Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

2346. Widać w Niebie też potrzebują dobrych ludzi...

Był taki polityk, który w niesieniu pomocy nie zwracał uwagi na poglądy polityczne, ale potrafił wyciągnąć rękę do każdego potrzebującego. Chociaż mieszkał dosłownie za miedzą, nie znałam go osobiście. Ale podglądałam jego profil na facebooku i podziwiałam go za niesienie pomocy innym. Dąbrowę od Sosnowca łączy kilka dróg. Dzisiaj jedną z nich, może jak co dzień, jechał nan rowerze poseł Lewicy - Łukasz Litewka. Niestety, była to jego ostatnia przejażdżka. Szok, niedowierzanie, zwłaszcza, że to się stało za przysłowiowym zakrętem. I że umarł ktoś w moim wieku. Bo cóż to jest rok różnicy w naszym wieku?
Myślę, że na chwilę można zejść z dziwnego podziału na Prawicę, Lewicę, czy też Centrum. Dziś warto być ponad podziałami, jak uczył tego Łukasz. Tablica na facebooku zaroiła się od jego czarno-białych zdjęć wstawianych przez znajomych. Wielu z nich znało go osobiście, wielu z nich pomógł. Widać w Niebie też potrzebują dobrych ludzi...

poniedziałek, 2 czerwca 2025

2199. W polityce nie ma nic pewnego

Chyba jeszcze nie było tak, że kiedy poszłam spać prezydentem elektem był jeden kandydat, a kiedy obudziłam się rano - drugi. Co prawda dla mnie różnica 0,6 głosów to tyle co nic, i naprawdę nie ekscytowałam się zwycięstwem jednego, wiedząc, że tak naprawdę do rana może zajść prawdziwa rewolucja. 
I nastąpiła. Podobno już przed 12 słupki uległy całkowitemu odwróceniu. I tak już zostało. Tym sposobem nowym prezydentem Polski od 6 sierpnia będzie Karol Nowicki. Nie mnie oceniać czy to dobrze, czy też źle. Myślę że wyjdzie to w przysłowiowym praniu. Tak wybrał naród. Co prawda niewielką różnicą głosów, ale zawsze. 
Jedyne co mnie denerwowało podczas całej kampanii to ta cała nagonka na Nawrockiego. Nie wiem, chyba wraz z wiekiem coraz bardziej drażni mnie takie publiczne pranie brudów. Każdy z nas popełnia błędy, ja też, i taki kandydat na prezydenta również. Kiedyś na spowiedzi usłyszałam jednak, że nie warto nieustannie wracać do błędów, jakie popełniło się w przeszłości, bo ich się nie cofnie. Lepiej robić co jest się w stanie, aby na nowo ich nie popełniać. Nie warto więc żyć nieustannie przeszłością, a skupić się na tu i teraz. Myślę, że są to słowa godne zapamiętania przez każdego z nas. I warto się ich trzymać. Ja wiem, że łatwo jest wyciągać różne grzechy z przeszłości, ale po co? Żeby skompromitować kogoś? Ośmieszyć? Pognębić? A może ten ktoś zrozumiał swój błąd? Nie wiemy tego, bo nie jesteśmy w jego skórze. Dobrze się robi sensację, dobrze się komuś ubliża, gorzej żyje w zgodzie. Nie musimy się wszyscy lubić, ale to nie oznacza, że mamy sobie ubliżać i wszczynać wojenki i wojny.
Teraz pozostaje czekać do 6 sierpnia i zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na prezydenta.
A ja tak po cichu gratuluję jednemu i drugiemu uzyskanego wyniku. Ale wiadomo, zwycięzca mógł być tylko jeden...

wtorek, 23 stycznia 2024

1837. Dylemat z pracami domowymi

Kiedy kilka dni temu usłyszałam o pomyśle, aby wycofać z pierwszych klas szkoły podstawowej prace domowe, a w starszych klasach aby były one dla chętnych (już widzę ten dobrowolny zryw do nauki wśród większości nastolatków), uznałam to za kiepski żart. A jednocześnie pomyślałam sobie - "biedne dzieci". Bo nie wiem, kiedy utrwalą sobie one zdobyte podczas lekcji wiadomości? Bo nie wierzę, po prostu nie wierzę, że tylko i wyłącznie na 45 minutowych lekcjach, podczas których nauczyciel musi być do dyspozycji każdego ucznia. Tymczasem odwieczną ideą zadawania do domu wszelkich partii materiału było przyswojenie go sobie i wypracowanie pewnych wiadomości. Oczywiście, nie jestem też zwolennikiem zarzucania uczniów setkami zadań do wykonania w domu, najlepiej na następny dzień. Wszystko powinno być wyważone i dopasowane ilościowo i jakościowo do poziomu i możliwości dziecka. A narysowanie ślaczka, napisania rządku liter, rozwiązanie do dziesięciu zadań arytmetycznych, nauczenie się wierszyka, czy też kilku słówek w języku obcym, jeżeli tylko mądrze rozłoży to się w ciągu tych pięciu dni, to znowu nie jest nie wiadomo jaki wyczyn.
W związku z tą rewelacją na świetlicy mamy typowy młyn i bunt. No bo po co mają przynosić lekcje, skoro obiecali im brak prac domowych (tu się kłania mój sarkazm odnośnie prac domowych dla chętnych). No dobrze, ale to ma wejść z początkiem kwietnia, do tego czasu prace domowe jak były, tak będą. Zresztą, większość z nich nie jest specjalnie chętna do nauki i zazwyczaj "nie ma nic zadane". Prawda oczywiście jest inna, ale w sumie w dzisiejszych czasach to nie dziwota, że nastolatkowie, zwłaszcza ci z tzw. "trudnych domów", raczej wolą spędzać czas z nosem w telefonie niż w książkach. O poziomie czytelnictwa już kiedyś wspominałam, o poziomie wiedzy matematycznej nie będę się wypowiadać. Po co się uczyć np. tabliczki mnożenia na pamięć, skoro w jednej chwili wszystko można obliczyć za pomocą kalkulatora. Ale co ja się dziwię uczniom piątej i szóstej klasy, skoro większość moich kolegów i koleżanek ze studiów podawała tematy prac dyplomowych zaproponowanych przez... sztuczną inteligencję. I tylko ja*, jak ten osioł, dochodziłam do niego samodzielnie.
Jestem dzieckiem prac domowych. Zresztą jak pewnie większość z Was. Czasami było ich zdecydowanie za dużo zważając na zajęcia dodatkowe po lekcjach (np. treningi sportowe, zbiórki harcerskie, kółka przedmiotowe, scholę parafialną) i siedziało się nad nimi do późnych godzin nocnych denerwując rodziców i młodszą siostrę. Pół biedy, jeżeli dało się odrobić zadanie za pomocą komputera i potem po prostu wkleić to do zeszytu (przez niepełnosprawność piszę bardzo wolno). Jednak nie zawsze było to możliwe. A przecież jeszcze człowiek musiał znaleźć czas na przepisanie zeszytów w przypadku nieobecności, która zdarzała się chociażby ze względu na wyjazd na zawody. Ale jakoś to przeżyłam. I chyba nie wyszło mi to zbytnio na złe. A niektóre wierszyki poznane w pierwszych klasach edukacji jestem w stanie przywołać jeszcze dzisiaj. Wiele osób dziwi się, że mam tak dobrą pamięć. Ja zaś sobie myślę, że gdyby nie prace domowe, to może nie byłaby ona taka dobra. Poza tym odrabianie prac domowych uczyło odpowiedzialności, systematyczności, hierarchizacji zadań, ale i odpowiedniego gospodarowania swoim czasem, czyli umiejętności przydatnych również w codziennym, dorosłym już życiu.
Nie jestem przeciwnikiem prac domowych, ale nie jestem też zwolennikiem ich zbyt dużej ilości w jednym dniu. Trzeba w nich też umieć zachować umiar.
Tak jak pisałam - w pracy sajgon. A ja pocieszam się jedną myślą - byle do ferii. A te tuż, tuż (myślałby kto, akurat tegoroczne ferie idealnie pokrywają się z sesją na studiach).

* No dobra, nie tylko ja, znalazłoby się jeszcze kilka innych osób

wtorek, 9 maja 2023

1579. Bez usprawiedliwienia

Od kilku tygodni wielu Polaków żyło sprawą 8-letniego Kamila z Częstochowy. Jak się okazało, malec od dawna był bity przez ojczyma, który na przełomie marca i kwietnia rzucał chłopcem o podłogę, lał na niego wrzątek z prysznica, aż w końcu położył na rozżarzonym piecu kaflowym. A wszystko dlatego, że malec zrzucił jego telefon ze stołu. W tym samym czasie ojciec Kamilka starał się zabrać go i młodszego o rok brata Fabiana, do siebie na święta. Matka dzieci za każdym razem go zbywała, pisząc że Fabian poparzył Kamila herbatą i dlatego nie mogą się z nim spotkać. W końcu pan Artur pojechał po synów do miejsca ich zamieszkania. Na miejscu zobaczył ciężko poparzonego syna. Kamil został przetransportowany do szpitala w Katowicach, gdzie rozpoczęła się walka o jego życie. Niestety, Kamil odszedł.

Nie mnie oceniać, kto w tym wszystkim najbardziej zawinił. Niepodważalna wina leży po stronie ojczyma, który od miesięcy znęcał się nad upośledzonym umysłowo pasierbem (do czego zresztą sam się przyznał) oraz matki, która właściwie nic nie robiła w tej sprawie. Co z resztą? Myślę, że tutaj w pewnym stopniu każdy zawinił. Szkoła, MOPS, Sąd Rodzinny, sąsiedzi. Dawali parze kolejną i kolejną szansę, myśląc pewnie, że w końcu się opamięta. Teraz już nie ma powodów, aby ową szansę jeszcze raz dostali. Mam nadzieję, że matka i ojczym Kamila zostaną odpowiednio ukarani. Wbrew pozorom nie jestem za karą śmierci. Bardziej byłabym za rozwiązaniem: nie pracujesz - w więzieniu żyjesz za minimum egzystencji, ale jeżeli zapracujesz na swoje utrzymanie - możesz liczyć np. na "lepsze" jedzenie. Wcale nie muszą przy tym wychodzić poza mury więzienia, mogą pracować np. chałupniczo, bez opuszczania celi. Mam też nadzieję, że służby też wyciągną odpowiednie wnioski z tego co się stało, tak aby na przyszłość można było zapobiegać takiej tragedii. Bo tutaj można było tego uniknąć.

Jednak tak samo przerażające jak ta tragedia, jest dla mnie to, że tak wiele osób wykorzystuje ją do swoich dziwnych politycznych gierek. Nie jestem specjalnym zwolennikiem PiSu, ale czytając oskarżenia o tą zbrodnię polityków tej partii, jest mi po prostu niedobrze. "Winny" według pewnej osoby jest "ciemny", "zacofany", "katolicki" cały naród. Bo według niej tylko tacy wybierają elektorat Prawa i Sprawiedliwości, a to on jest głównym odpowiedzialnym za zło tego świata. Nie wzięła tylko pod uwagę tych, którzy głosowali na inne partie i wrzuciła ich do jednego worka. Jak zwykle, zresztą. Bo Polacy, a zwłaszcza katolicy, są w jej oczach najgłupsi na świecie. W zasadzie, jako ktoś, kto po latach bycia Polką po latach zrzeka się obywatelstwa na rzecz niemieckiego oraz dokonuje apostazji, jest poza tą definicją. Rozumiem, że po raz kolejny chciała się wyżyć na znienawidzonym narodzie, ze znienawidzoną partią na czele, ale to, że wykorzystała do tego śmierć niewinnego dziecka, jest dla mnie po prostu niemoralne. Łatwo jest pisać siedząc w innym kraju, ciekawe czy sama by zareagowała. Zresztą, czemu ona tak bardzo wtrąca się do naszej polityki, skoro już nie jest związana z naszym krajem? 

Jednak czego się spodziewać, skoro ich guru, szanowny pan Tusk sam szkaluje PiS, że nie zrobił nic, aby uratować malca. Tak się zastanawiam, że skoro on jest taki mądry, to czemu sam nic nie zrobić. Bo co niby miała zrobić partia rządząca. Realnie, nie na zasadzie można by. Nie wiem, czy on chciałby, aby PiS postawił patrole pod każdymi drzwiami, za którymi mieszka dziecko? Czy może zrobi z mieszkań swoisty Big Brother, montując kamery i oglądając co robią rodziny 24 godziny na dobę. Tutaj potrzeba konkretnych planów, a nie pitolenia, jaka to obecna partia rządząca jest zła, bo za jej rządów zakatowano dziecko. Tak, jakby wtedy kiedy on siedział przy władzy, nic takiego nie miało miejsca. A Madzia z Sosnowca? A Szymon z Będzina? Przykłady można mnożyć. Co wtedy zrobił... Teraz dopiero jest taki mądry? Nie, nie bronię PiSu. Ale nie sądzę, aby oni zniżyli się do takiego poziomu, aby wykorzystać śmierć dziecka w kampanii wyborczej. Bo jak pisałam, uważam że jest to po prostu ohydny chwyt.

PS. 1 - Komentarze zostały wyłączone, bo wiem, że zostanę za ten wpis zlinczowana. Ale skoro jedni mogą pisać wszystko z jednej perspektywy, ja mogę z innej
PS. 2 - Tyle złego wyczytałam ostatnio o księżach. A tymczasem nasz wikary po prostu płakał z powodu Kamila, którego nawet nie znał...

niedziela, 24 kwietnia 2022

1426. Co się kryje w głowie despoty?

Równo dwa miesiące temu wojska rosyjskie zaatakowały Ukrainę. Była 4 rano, 24 lutego 2022 roku. Zaledwie kilkanaście godzin wcześniej obroniłam tytuł licencjata z turystyki religijnej. Właściwie to był ostatni moment, bo mijał pięcioletni okres w ciągu którego mogłam wznowić studia. Wznowić po to, aby zaliczyć praktyki i obronić napisaną już 5 lat temu pracę. Obronić oczywiście na najwyższym poziomie, aż komisja dyskretnie kręciła głowami na znak uznania. Nie dane mi jednak było specjalnie się nim cieszyć. W środę dosłownie padłam po tak emocjonującym dniu(zwłaszcza że podróż do i z Krakowa urasta do rangi wyczynu). Nazajutrz przed wyjściem na uczelnie włączyłam telewizor i poczułam jakby mnie trafił grom z jasnego nieba.
Wojna? Czołgi? Ukraina? To było tak niesamowite, że wręcz do nieuwierzenia. A jednak. Papierek, chociaż jeszcze formalnie go nie posiadałam, musiał zejść na boczny tor. Niemal natychmiast zgłosiłam się do wolontariatu. Najpierw na magazynie przy porządkowaniu darów, a potem w punkcie recepcyjnym. Paradoksalnie, według tego co mówi dyplom magisterski, jestem przygotowana do pracy z migrantami i uchodźcami. Nikt jednak te dwa lata temu, kiedy broniłam tytułu magistra pracy socjalnej, nie spodziewał się, że słowo "uchodźca" nabierze takiego wydźwięku.
Codziennie spotykam się z kobietami i dziećmi, które musiały uciekać z ogarniętego działaniami wojennymi kraju, które musiały zostawić chłopaków, mężów i ojców, którym niejednokrotnie ktoś już zginął w tych bezsensownych walkach. Nie zawsze ich rozumiem. Ale niekiedy nie trzeba słów, aby zrozumieć ból i rozpacz drugiego człowieka. Dzieci próbują się bawić i dokazywać, dorośli siedzą przy stołach w jadalni, szepcząc coś zrozumiałego tylko dla siebie.
Niejednokrotnie zastanawiam się, co się kryje w umyśle człowieka, który po raz kolejny w historii powszechnej funduje ludziom piekło na ziemi. Czy można było zapobiec tej tragedii? Dlaczego nie zaprotestowaliśmy, kiedy zaatakował Krym? Putin, Putin zniżył się do poziomu Hitlera, Stalina, Goebbelsa, Mussoliniego, a nawet... Heroda Wielkiego(czytam aktualnie książkę "Jerozolima. Biografia" S. S. Montefiora'y, napisaną na podstawie szeregu różnych źródeł, także tych pozabiblijnych i pozakoranowych i zauważam pewną zbieżność między obydwoma postaciami). Nie wyciągnął wniosków z historii. A może w ogóle się jej nie uczył? Jeszcze bardziej zaskakujące może być to, że ataku dokonał nie żaden muzułmański terrorysta, bo z nimi ostatnio kojarzymy wszelkie masakry ludzkości(dlatego nie lubię słowa "masakra", bo kojarzy mi się z ludobójstwem), a bądź co bądź chrześcijanin. 
Jakiś miesiąc temu w sieci pojawił się bardzo ciekawy wywiad przeprowadzony przez Annę Anagnostopulu z Krystyną Kurczab - Redlich, która daje zaskakujące odpowiedzi na wiele pytań. Sama byłam zaskoczona, bo nie znałam Putina od tej strony.

Panicznie boi się wirusa, nie potrafi obsługiwać internetu. Putin wojnę w Ukrainie planował od lat

Ogromny stół, który oddziela przywódcę Rosji Władimir(a - mój przyp.) Putina od francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona to nie wyraz pogardy wobec przedstawiciela Zachodu, a świadectwo paranoicznego lęku Putina przed zachorowaniem. Obsesji i lęków Putin ma więcej. Żyje w strachu przed otruciem, więc każdej podróży zagranicznej prezydenta Federacji Rosyjskiej towarzyszą dwa samoloty z aprowizacją dla głowy państwa. Nie korzysta z internetu, nikt go nigdy nie widział ze smartfonem przy uchu. Wojnę w Ukrainie planował już nim w 2000 r. objął urząd prezydenta Rosji - opowiada w wywiadzie dla Business Insider Polska Krystyna Kurczab-Redlich, dziennikarka, autorka publikacji poświęconych Rosji i Putinowi.

  • Jego biografia pełna jest kłamstw i kłamać Putin umie od dziecka. Już jako mały chłopiec Wowa był brutalny i unosił się dumą;
  • Nim został prezydentem Rosji, już mówił o konieczności militarnego przywrócenia jej dawnej świetności;
  • Zachód konsekwentnie odwracał oczy od zbrodni Putina i nie słuchał ludzi, którzy nazywali go mordercą;
  • Sama do niedawna miałam łatkę "antyputinowskiej oszołomki" - mówi Krystyna Kurczab-Redlich.
- Anna Anagnostopulu, Busines Insider Polska: Wszyscy zadają sobie pytanie: czy Putin jest szalony, czy tylko chce uchodzić za nieobliczalnego? Pani mówi, że to paranoik, socjopata i psychopata.
- Krystyna Kurczab-Redlich, dziennikarka, reportażystka, wieloletnia korespondentka polskich mediów w Rosji: Nie jestem psychiatrą, ale przypatruję się Putinowi od dawna i zawsze dostrzegałam jego brutalność i agresję. O wiele większe, niż u innych ludzi władzy, którzy wyszli z szeregów KGB, jak choćby były minister spraw zagranicznych i premier Jewgienij Primakow czy szef kontrwywiadu Siergiej Stiepaszyn. Choć Stiepaszyn pacyfikował Czeczenię w tzw. Pierwszej wojnie czeczeńskiej, nie wykazał się nawet częścią brutalności Putina w wojnie przez niego prowadzonej od 1999 r., którą oglądałam z bliska, w Czeczeni. I która aż nieprawdopodobnie przypomina dzisiejszą "operację denazyfikacyjną" w Ukrainie.
O psychopatach u władzy wiele napisano. Hervey Clackley na przykład, w książce "Maska zdrowia" charakteryzuje ich jako ludzi o powierzchownym uroku osobistym, skłonnościach do manipulowania innymi, o braku poczucia wstydu czy winy i ubóstwie uczuciowym. To ludzie, którzy nie liczą się z uczuciami innych, lekceważą normy, mają niski próg wyzwalania agresji.
Koledzy Putina z dzieciństwa mówili, że nie można były małego Wowki obrazić, bo natychmiast rzucał się na człowieka, gryzł, bił, kopał, wyrywał włosy. Pokonany wracał i znów rzucał się na przeciwnika. Czy inaczej zachowywał się w Czeczeni, w Gruzji, czy w Syrii, bombardując Aleppo?
- Anna Anagnostopulu: W swojej książce dużo miejsca poświęca pani dzieciństwu przywódcy Rosji. 
- Krystyna Kurczab-Redlich: Pisząc biografię Putina, musiałam się zastanowić, skąd ta jego łatwość kłamania i agresja. Musiałam więc zajrzeć w dzieciństwo. Było trudne i bazowało na kłamstwie. Jego prawdziwa biografia to inny ojciec, inna matka, inne miejsce urodzenia, inna data, niż podaje oficjalny życiorys. Ten człowiek startował w życie zmuszony do kłamstwa i do nieustannej obrony. W Gruzji, gdzie żył od trzeciego do dziesiątego roku życia, bo jego matka wyszła za mąż za Gruzina, był prześladowany przez kolegów jako nieślubny i obcy. W Leningradzie, gdzie mieszkała dalsza rodzina Putinów, która go zaadoptowała, też musiał stawiać czoła chłopakom z podwórza, wśród których się nagle pojawił.
Mędrcy psychologii, jak choćby Tali Sharot z University Colege London czy Nadja Heym z Nottingham Trent University udowodnili, także odwołując się do fizjologii mózgu, że kiedy ktoś wielokrotnie kłamie, przestaje emocjonalnie reagować na własne kłamstwa. A całkowita przy tym nieobecność uczyć, psychopatyczna właśnie, czyni kłamanie jeszcze łatwiejszym, tworzy codzienność kłamcy. Mózg kłamcy działa inaczej, Putin operuje totalnym kłamstwem od początku swojej kariery politycznej.
Długo myślałam, że on wie, że kłamie, i w to nie wierzy. Jest gorzej. Jego kolega z merostwa w Petersburgu, potem wicepremier Anatolij Czubajs, przerażony opowiadał o swojej rozmowie z Putinem o wojnie w Czeczenii. Okazało się, że Putin uwierzył w czeczeński terroryzm, który sam zmajstrował. Teraz też wierzy w ukraiński faszyzm, który zalęgł się w jego głowie. Jego były wieloletni przyjaciel, zmuszony do wyjazdu z Rosji Siergiej Pugaczow na pytanie dziennikarza: czy Putin wierzy, w to, co mówi, bez wahania odpowiada: tak, zawsze.
Nauka kwalifikuje taką przypadłość już nie jako psychopatię, lecz gorzej - jako paranoję. Piszą o tym autorzy książki "Paranoja polityczna. Psychologia nienawiści". Jeśli kłamca nie przyjmuje do wiadomości niezbitych dowodów podważających jego przekonania, uważa je za oszustwo spreparowane, by uśpić jego czujność, to taka osobowość wykazuje skłonność do urojeń. Jednak nie każdy paranoik u władzy staje się zbrodniarzem wojennym.
- Anna Anagnostopulu: "Nie włada internetem, nigdy nie odpalił komputera, nie ma smartfona" - to  też cytat z pani, w który aż nie chce się wierzyć. Co wobec tego jest źródłem wiedzy Putina o świecie?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Szalenie trudno mówi się o tym, że lider największego geograficznie państwa na świecie jest niespełna rozumu. I kiedy o tym mówię, chodzi mi nie o chorobę psychiczną, a o szczególny rodzaj dysfunkcji psychologicznej. Od wielu lat Putin nie przyjmuje do wiadomości negatywnych informacji. Jak na nie reaguje, mogliśmy zobaczyć podczas niedawnej Rady Bezpieczeństwa, kiedy szef wywiadu zagranicznego Siergiej Naryszkin powiedział coś, co Putinowi się nie spodobało. Prezydent zaczął go strofować na oczach kamer telewizji z całego świata.
Od lat wiadomo, że w telewizji będącej głównym źródłem jego wiedzy, najchętniej ogląda rosyjski program informacyjny. A że nie potrafi obsługiwać komputera? Wystarczy obejrzeć nagrania z kolejnych bunkrów, w których siedzi(teraz podobno ukrywa się w bunkrze na Uralu). Za każdym razem stoi przy nim komputer z jakimś starym Windowsem. Chyba ma telefon komórkowy, ale nikt go nie widział ze smartfonem przy uchu. Paranoicznie boi się otrucia, wszystkich potraw, jakie jada, ktoś musi przed nim próbować. Kiedy lata za granicę, towarzyszą mu dwa samoloty z transportem jedzenia. Ze sobą wozi termos z herbatą do picia.
Do tego wszystkiego dochodzi postępująca izolacja z powodu chorobliwego braku zaufania do najbliższego otoczenia. A ta izolacja i pogarda dla innych, to klasyczne oznaki "zespołu Hubrisa",  właściwego światowym przywódcom długo będącym u władzy. Przecież już w 2014 r. kanclerz Merkel stwierdziła, że Putin "przebywa w innym świecie". Z drugiej strony, mimo całej swojej niepoczytalności, tocząc teraz straszliwą wojnę, potrafi jednocześnie myśleć o bezpieczeństwie swojego jachtu stojącego w niemieckim porcie i w porę go wyprowadzić.
Boi się w końcu koronawirusa, czego dowodem jest widoczny na wielu zdjęciach, olbrzymi stół, przy którym rozmawiał choćby z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Początkowo wzięłam go za gest pogardy wobec przedstawicieli Zachodu, ale ten sam stół dzielił Putina także od zaufanego ministra obrony Siergieja Szojgu.
- Anna Anagnostopulu: W "Onet Radio" mówiła pani, że planował tę wojnę od początku. W trakcie pierwszych ośmiu lat rządów Putina budżet na armię wzrósł pięciokrotnie. Dlaczego uderzył teraz?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Domyka swój plan. Nigdy nie pogodził się z tym, że jakieś republiki ZSRR ośmieliły się sięgnąć po niepodległość. Jakieś Ukrainy, Litwy, Łotwy, czy Estonie... Mało kto zwrócił uwagę na jego pierwsze przemówienie w Zgromadzeniu Ogólnym obu izb parlamentu, gdy mówił "moim świętym obowiązkiem jest zjednoczenie narodu rosyjskiego". Pamiętajcie, w każdej minucie, że mamy - uwaga, uwaga - "jedną ojczyznę, jeden naród", i... tu zawiesił głos, dodając: "jedną przyszłość". Ciarki przechodziły po plecach, bo to kopia hitlerowskiego "jedna ojczyzna, jeden naród, jeden wódz". I znowu mamy tu "syndrom Hubrisa", który łączy w mózgu wodza element osobisty i narodowy: są identyczne.
Teraz uznał, że jego armia jest wystarczająco silna, a społeczeństwo odpowiednio wychowane. Po drugie nie chciał już zwlekać ze względu na swój wiek, a jest dwa lata starszy, niż podaje to oficjalna biografia, bo urodził się w 1950 r., nie w 1952. Istotny jest w końcu fakt, że niedawno ustąpiła Angela Merkel, silny lider światowej opozycji. No i był przekonany, że Joe Biden to słaby staruszek i tak też był przedstawiany przez rosyjską propagandę. Na nagraniu ze spotkania Bidena z dziennikarzami w rosyjskiej telewizji puszczano śmiech z offu i wmawiano społeczeństwu, że to dziennikarze śmieją się z amerykańskiego prezydenta. Jeśli chodzi o Angelę Merkel, sama czasem skręcałam się ze złości, kiedy rozmawiała, pertraktowała z Putinem. Miała jednak na niego duży wpływ.
Władimir Putin jest opętany obsesją na punkcie armii, której Zachód zdawał się nie zauważać. Już w 1994 r., kiedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że zostanie prezydentem, on mówił, że 25 mln obywateli kraju znalazło się na terenach należących do obcych państw, które, jak np. Krym, należy Rosji przywrócić. I tę myśl realizował, militaryzując Rosję. Stworzył około sto szkół kadetów, które szkolą młodych chłopców do rzemiosła wojskowego we wspaniałych, opłacanych przez państwo warunkach. Internat z wyżywieniem i gwarancja pracy w wojsku to w Rosji więcej, niż rodzice mogliby dla swoich synów wymarzyć. I wielu z tych chłopców dorastało wpatrzonych w portret Putina wywieszony w klasie, z hasłem "za rodinu, za Putina". Jak dawniej "za rodinu", czyli ojczyznę, i za Stalina. Przywrócił przysposobienie obronne do szkół, którego nie było od czasów schyłkowego Gorbaczowa i Jelcyna. Przywrócił wojskową odznakę "Gotów do pracy i obrony" dla dorosłych.
Wraz z militaryzacją społeczeństwa postępowało budowanie militarnego patriotyzmu. Wielka Wojna Ojczyźniana została wyniesiona do rangi świętości. Ta świętość została obudowana ustawami zabraniającymi jej zniesławiania. W praktyce oznacza to, że nie wolno mówić prawdy o II wojnie światowej. Zabronione jest choćby wspominanie o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Spotkałam dziesiątki Rosjan, którzy nie mieli pojęcia, że był drugi front, że w drugiej wojnie światowej walczył Zachód i Amerykanie.
 - Anna Anagnostopulu: O koncentracji wojsk przy granicy z Ukrainą wiadomo było wcześniej, Amerykanie od miesiąca upubliczniali informacje, że Putin szuka pretekstu do uderzenia na Ukrainę. Czy tej wojnie można było zapobiec?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Wszyscy wiedzieli i nikt nic nie zrobił. Ta wojna to ostatni etat kłamstw i słabości liderów politycznych Zachodu. Nawet nasz prezydent Aleksander Kwaśniewski mówił, że przez pierwsze lata świat widział w Putinie demokratę.
Jak można widzieć demokratę w człowieku, który w pierwszych dniach panowania zabija 150 tysięcy ludzi na Kaukazie, a militaryzację państwa czyni podstawą jego wielkości? Już w kwietniu 2000 r., jeszcze przed inauguracją, Putin ogłasza Doktrynę Bezpieczeństwa Narodowego Rosji, zezwalającą na użycie broni atomowej, "jeżeli wszelkie inne środki rozwiązania konfliktu zostaną wyczerpane lub uznane za nieskuteczne". A przecież nikt Rosji nie groził. A z jakim przerażeniem  wracamy do tego dzisiaj! Obecnie ludzie z otoczenia Putina to niemal wyłącznie jego koledzy z KGB. Innych, demokratycznych, dawno odsunął. Otaczają go tacy "jastrzębie" jak np. były dyrektor FSB Nikołaj Patruszew, "specjalista" od aktów terrorystycznych. Czy Zachód tego nie widział?
Zachód od początku nie chciał widzieć naukowców wysyłanych do łagrów jako szpiedzy już w 2003 r., nie widział pałowania protestantów od pierwszych lat rządów Putina, nie widział rosnącej liczby więźniów politycznych, nie widział mnożących się śmierci oponentów Putina, a przede wszystkim nie chciał widzieć zbrodni w Czeczenii. 150 tys. trupów przeszło bez śladu, Zachód je wygumował. Putin jeszcze nie objął urzędu, a już w Operze Petersburskiej gościł Tony Blair z małżonką. Wiadomo, że wcześniej otrzymał wielostronicowy raport o zbrodniach w Czeczeni, którego nawet nie przeczytał.
W 2001 r. Bush, patrząc mu w oczy, "ujrzał jego duszę", bo Putin opowiedział mu zmyśloną historyjkę o krzyżyku od matki, uratowanym z pożaru na daczy. W 2003 r. angielska królowa przyjmowała Putina w pałacu Buckingham, a w tym samym czasie w Londynie trwał festiwal filmów o Czeczenii. Z ekranu lała się krew, a przed naszymi oczami parafował autor tego koszmaru, w karocy angielskiej królowej. W 2006 r., roku zabicia Ani Politkowskiej i Saszy Litwinienki, których zresztą znałam, prezydent Chirac wręczył Putinowi Order Legii honorowej. O jakim zapobieganiu wojnie więc tutaj mówimy?
 - Anna Anagnostopulu: Czy przy całym obecnym koszmarze czuje Pani satysfakcję, że świat w końcu zrozumiał, kim jest Władimir Władimirowicz?
Krystyna Kurczab-Redlich: Ile trzeba było krwi i trupów! Byli ludzie, którzy od lat krzyczeli, że Putin jest mordercą. Wielki intelektualista francuski Andre Glucksmann, od zawsze opozycjonolista Putina, pisał: "Na ileż to rzezi pozwalaliśmy, by później żałować, żeśmy ich nie przerwali?[...] Każde pokolenie ma na swoim koncie tchórzliwe zaniechania i nieinterwencje".
Anna Politkowska jeździła po Stanach z odczytami, mówiła o Putinie, o wojnie czeczeńskiej i nikt nie chciał jej słuchać. Deputowany Siergiej Juszenkow, badający wybuchy z 1999 r., zabity w 2003, mówił mi o tym samym. Ja, po artykule, jaki napisałam w 2002 r., gdzie punkt po punkcie wskazywałam na faszyzującą politykę prezydenta Rosji, uchodziłam za antyputinowską oszołomkę. Bo to strasznie niewygodne dla ludzi siedzących w swoich ciepłych mieszkaniach słuchać, że ich prezydent, w niewątpliwie słusznym interesie kraju, staje się zbrodniarzem.
Świat lekceważył i Pomarańczową Rewolucję z 2004 r. której nie byłoby, gdyby nie fakt, że Ukraińcy ośmielili się wybrać nie tego prezydenta, którego osobiście popierał Putin. Świat zapomniał o kijowskim Majdanie z 2014 r. kiedy Putin poprzez swojego specjalnego wysłannika kazał strzelać do ludzi z ostrej amunicji przywiezionej z wojskowego lotniska Czkałowskoje pod Moskwą. Zachód podawał mu rękę, może tylko z pewnym wahaniem. A Syria? To z jego śmigłowców spuszczono bomby na Aleppo, a świat mówił, czasem z podziwem, że prezydent Rosji "umacnia jej pozycję na Bliskim Wschodzie".
Ważne były pieniądze, którymi poprzez ropę i gaz, Putin zalał świat. Bo Putin dysponował bronią, jakiej nie ma żadne tam ONZ: miliardami. I przy ich pomocy wpłynął na Brexit czy wybory w Stanach. A rosyjscy miliarderzy karmili londyńskie City i prawników legalizujących ich machinacje. Teraz dopiero, likwidując te majątki, rezydencje od Nicei, poprzez Hiszpanię, po Florydę, robi się to, co powinno być zrobione od dawna.
 - Anna Anagnostopulu: Czy, niezależnie od dalszego przebiegu wojny, można powiedzieć, że to początek końca Putina?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Wygląda na to, że tak. Trudno jednak powiedzieć, jak długo ten koniec potrwa, i jakim kosztem zostanie okupiony. Nic już nie będzie takie samo, jak przed wojną. Społeczeństwo rosyjskie, choćby chciało nadal wierzyć w propagandę, w pewnym momencie będzie musiało się ocknąć. Ale właśnie wprowadzone kary, 15 lat łagru za mówienie prawdy o wojnie w Ukrainie, zapewne mocno zahamują reakcję społeczeństwa na tę zbrodnię.
Historia się powtarza. Nie tylko dramat bombardowania Groznego(doskonale je pamiętam, siedziałam wtedy w piwnicach razem z Czeczenami), nie tylko zrzucanie bomb próżniowych i kasetowych, zabronionych Konwencją Genewską. Powtarza się dramat rosyjskich żołnierzy, 20-letnich chłopców, wprowadzanych w błąd, głodzonych i, identycznie jak w Czeczenii, po śmierci porzucanych. Widziałam w Groznym trupy leżące na ziemi, obgryzane przez psy. Widziałam zdjęcia krematoriów w Ukrainie w[mój dopisek] 2014 r., gdzie paliło się zwłoki rosyjskich żołnierzy, byle nie dotarły do rodzin w Rosji, byle nie było szumu... I teraz tak samo, jak przed laty, na front rosyjska armia wiezie krematoria.
Powtarza się też straszna rosyjska propaganda, tylko teraz nie ma już kto przekazać Rosjanom prawdy. Zamknięto Echo Moskwy, niezależny portal Deszcz sam zakończył działalność, nie mogąc funkcjonować pod groźbą lat łagru. Telewizja BBC jest w Rosji zablokowana, nie działa Deutsche Welle, zablokowano Facebooka i inne portale. To w końcu doprowadzi społeczeństwo do zdecydowanych ruchów.
 - Anna Anagnostopulu: Czy Rosjanie są gotowi na zmiany? "Pozostają wciąż bardziej poddanymi, niż obywatelami" - napisała Pani. I czy Władimir Władimirowicz wychował sobie następców? Kto mógłby go zastąpić?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Aleksiej Nawalny, ale to tylko moje pobożne życzenie. Toczy się wojna, więc łatwo przeoczyć fakt, że trwa właśnie kolejny proces Nawalnego, w którym prawdopodobnie zostanie skazany na 15 lat łagru.
Przed wojną rozmawiałam z wieloma Rosjanami, karmionymi państwową propagandą. Słyszałam od nich, że są otoczeni, że Zachód chce ich napaść. Nie potrafili jednak odpowiedzieć na moje pytanie, po co miałby to robić. NATO zbliża się do granic. Kaliningrad musi się bronić! Polska jest wrogiem - to codzienny przekaz rosyjskiej telewizji. Ciężko tego słuchać bez środków uspakajających.
Nam, ludziom rozumującym logicznie, trudno zdać sobie sprawę z tego, czym jest rosyjska propaganda. Przytoczę wyimek z ostatnich dni: To Ukraińcy nas napadli, zabijają Rosjan w Ukrainie, bombardują własne miasta. Nieważne, że nie ma w tym logiki. Umysł przeciętnego Rosjanina przyjmuje tylko, że Ukraińcy to bandyci, naziści i banderowcy.
Jest taki cytat z Pawłowa, tego od psów Pawłowa, który zresztą przytaczam we wspomnianym artykule z 2002 r. "Rosyjski umysł nie przywiązuje się do faktów. Najbardziej lubi słowa, lecz nie zastanawia się nad ich znaczeniem. Nie lubi patrzeć na prawdziwą rzeczywistość". A poczucie strachu jest w Rosji przekazywane w genach z pokolenia na pokolenie. Od Mongołów, przez carów, przez Iwana Groźnego, po terror stalinowski. Kiedy Rosjanie mieli dłuższą przerwę w historii wolną od strachu, która pozwoliłaby im odetchnąć latami demokracji?
Krystyna Kurczab-Redlich, dziennikarka, reportażystka, autorka książek o Rosji, m.in. wielokrotnie nagradzanej "Głową o mur Kremla", biografii Putina "Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina", autorka filmów dokumentalnych o Czeczenii, w 2005 r. nominowana przez Amnesty International i Helsińską Fundację Praw Człowieka do Pokojowej Nagrody Nobla.


Straszne jak dla mnie jest to, że wszystko od dawna było planowane, wiele osób o tym wiedziało (choćby Amerykanie) i nic nie zrobiło, aby zapobiec. Czy odważy się zaatakować też Polskę? Teoretycznie wie, że wtedy zadrze nie z krajem, ale m.in. z NATO i z Unią Europejską. Zresztą jest wielce prawdopodobne, że gdyby Ukraina już należała do jednego, albo drugiego związku(nie mówiąc już o obu), to Putin raczej nie odważyłby się na taki krok. Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo co takiej osobie przyjdzie do głowy. Tylko obawiam się, że np. takie Niemcy nie będą skore do przyjmowania uchodźców z Polski...

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

1333. Wszystko ładnie, pięknie, ale...

Ze wzruszeniem obejrzałam dzisiaj transmisję wręczenia nominacji paraolimpijskich sportowcom niepełnosprawnym, którzy będą reprezentowali nasz kraj podczas 16 Letnich Igrzysk Paraolimpijskich w Tokio. Uroczystość odbyła się w ogrodach Pałacu Prezydenckiego, a jej gospodarzami byli Andrzej i Agata Duda. No dobra, jeżeli Prezydent nie może lecieć tak jak w przypadku LIO do stolicy Japonii, to jestem w stanie już to zaakceptować. 
Fot. Adrian Stykowski i Bartłomiej Zborowski/Polski Komitet Paraolimpijski

Serce mi rosło, kiedy poszczególni członkowie Kadry Narodowej, którzy osiągnęli minima olimpijskie(pamiętajcie, nie każdy, kto dostał się do KN jedzie na Igrzyska Paraolimpijskie, tak naprawdę to dopiero pierwszy krok ku tego) podchodzili do Pary Prezydenckiej, która składała im serdeczne(mam nadzieję) gratulacje, życząc zarazem samych sukcesów(tutaj też mam nadzieję) oraz kiedy w imieniu wszystkich parasportowców uroczyste ślubowanie złożyła parapływaczka Oliwia Jabłońska: "Ja, reprezentant Polski na szesnaste Letnie Igrzyska Paraolimpijskie w Tokio, w imieniu wszystkich zawodników uroczyście przyrzekam przestrzegać obowiązujących przepisów i regulaminów sportowych, zasad fair play oraz godnie i z pełnym zaangażowaniem rywalizować na rzecz chwały naszej ojczyzny, pomnażając dorobek naszego sportu", na co wszyscy paraolimpijczycy odpowiedzieli "Przyrzekam". Z uwagą słuchałam przemówienia pana prezydenta, który skierował kilka ciepłych słów dla niepełnosprawnych reprezentantów naszego kraju oraz, niegdyś prezesa STARTu Bielsko - Biała, a obecnie prezesa Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, pana Łukasza Szeligi, który obiecywał, że parasportowcy przysporzą wiele powodów do narodowej dumy i tego samego życzył wszystkim wkrótce wylatującym do Tokio. I tak się zastanawiałam, czy ktoś zauważył brak lekkoatletów, którzy już w sobotę wylecieli do stolicy Japonii, aby tam się aklimatyzować i przygotowywać do swoich startów? Podczas wyczytywania nazwisk ich zostały pominięte, ba, nikt nawet nie wspomniał o nich ani słowa. Tak, jakby nie istnieli. Zastanawia mnie też, czy nie dało się przyspieszyć tej uroczystości o kilka dni wcześniej, tak, aby wszyscy wzięli w nich udział. Dobrze, już się nie czepiam. I tak w tej kwestii jest duży progres - podobno dopiero obecny prezydent, cokolwiek by mu nie zarzucać, "dostrzegł" sportowców takich jak ja i zaczął ich zapraszać na uroczyste wręczenia nominacji. Co prawda zawsze one były, ale raczej "po cichu", tak, jakby się nas wstydzono. A przecież dorobek medalowy polskich paraolimpijczyków jest dużo większy, niż pełnosprawnych sportowców mimo tego, że Letnie Igrzyska Paraolimpijskie trwają dużo krócej od LIO.
Fot. Adrian Stykowski i Bartłomiej Zborowski/Polski Komitet Paraolimpijski


Warto tutaj zaznaczyć, że nasz kraj będzie reprezentowało 89 parasportowców, którzy będą startować w 12 dyscyplinach: paralekkoatletyce, paratenisie stołowym, parapływaniu(tutaj wielkie brawa dla Przemka, któremu udało się zrealizować swoje marzenie, o którym szerzej pisałam w >>TEJ<< notatce), parakolarstwie, paraszermierce, podnoszeniu ciężarów, parakajakarstwie, parastrzelnictwie sportowym, parałucznictwie, parawioślarstwie, tenisie na wózkach oraz debiutującym na igrzyskach parabadmintonie. Tutaj pragnę wymienić, że polskiej reprezentacji goalballistów zabrakło zaledwie 2 punktów, aby dostać się na Olimpiadę, co dobrze rokuje na przyszłość. Chorążymi naszej reprezentacji podczas ceremonii otwarcia będą paralekkoatleta Maciej Lepiato wraz z parapływaczką Joanną Mendak. Natomiast podczas ceremoni zamknięcia flagę będzie niósł parabadmintonista - Bartłomiej Mróz. Igrzyska Paraolimpijskie zaczną się 24 sierpnia i będą trwały do 5 września.
Fot. Adrian Stykowski i Bartłomiej Zborowski/Polski Komitet Paraolimpijski

Pan prezydent życzył paraolimpijczyków, aby jak najczęściej słyszeli hymn naszego kraju. Zapewniam Was, usłyszymy go nie raz i nie dwa razy.

wtorek, 6 lipca 2021

1317. W tym biegu wszyscy byli bohaterami

Są takie momenty, kiedy jestem szczególnie dumna z faktu urodzenia się i mieszkania w tym, a nie innym miejscu na Ziemi. Bo niby Górny Śląsk głównie kojarzony jest z przemysłem oraz kopalniami. I słusznie, bo chociaż tych ostatnich coraz mniej funkcjonuje, to przecież jeszcze tak niedawno to głównie z ich powodu przez lata napływała w te rejony ludność z różnych stron Polski za przysłowiowym chlebem. A nawet z różnych krajów, wszak przez blisko 123 lata pozostawaliśmy pod zaborami trzech obcych państw.
Przyszła jednak niepodległość, a wraz z nią dylemat - przyłączyć ten teren do Niemiec, czy może pozostawić Polakom. Stawka była wysoka - ziemie te obfitowały w złoża węgla kamiennego, a na przełomie XIX oraz XX wieku to głównie ten surowiec wykorzystywano do funkcjonowania ówczesnego przemysłu. Ślązacy jednak czuli się bardziej Polakami. I pokazali to w znaczący sposób - w trzech kolejnych latach wzniecili powstania, które nie tylko pochłonęły życia wielu z nich, ale przede wszystkim spowodowały, że teren ten pozostał w obrębie granic Rzeczypospolitej, a kolejne pokolenia stały się dłużnikami historii stuleci.
Wczoraj obchodziliśmy 100-lecie zakończenia III Powstania Śląskiego, o którym szerzej pisałam w >>TYM<< wpisie. Z tego co wiem to był sam prezydent Andrzej Duda, który najpierw wziął udział w uroczystej Mszy świętej w katowickiej archikatedrze Chrystusa Króla, a następnie przemawiał przed charakterystycznym Pomnikiem Powstań Śląskich, znajdującym się naprzeciwko słynnego "Spodka". W swoim przemówieniu wskazał na ważną rolę Ślązaków w kształtowaniu się polskiej tożsamości po zakończeniu I wojny światowej: "Spotykamy się w Katowicach, w niezwykłym miejscu. Pod pomnikiem Powstańców Śląskich, pod trzema skrzydłami symbolizujące trzy zrywy ludu, który chciał, żeby była to ziemia polska. (...) Moment, w którym trzecie powstanie kończyło się, a jego efektem było wcielenie do ziemi polskiej znacznej części Śląska, uprzemysłowionej, niósł w sobie impuls rozwojowy. To był fundamentalny moment dla odrodzenia się Rzeczypospolitej Polskiej. Ślązacy chcieli być częścią Polski, byli gotowi chwycić za broń. 
W uroczystościach wzięły udział władze samorządowe, wojsko, służby mundurowe, a także władze reprezentujące województwa opolskie i wielkopolskie. Przy okazji prezydent oznaczył pośmiertnie Alfonsa Zgrzebnioka, jednego z dowódców I oraz II Powstania Śląskiego, przekazując na ręce jego krewnej, Józefy Miszczyk, Order Orła Białego. Oboje złożyli wieniec pod pomnikiem. Przykład Alfonsa Zgrzebnioka posłużył prezydentowi do zobrazowania sytuacji wielu wojaków, którzy nie mogli się cieszyć z włączenia ich ojcowizny do nowych granic Polski: "Pomimo, że jego rodzinna Opolszczyzna znalazła się poza granicami Polski, mógł z satysfakcją patrzeć, że jego działania w powstaniach przerodziły się w wolną, niepodległą Polskę, mocną Górnym Śląskiem".
Prezydent umieścił Powstania Śląskie na równi m.in. z Powstaniem Wielkopolskim czy Bitwą Warszawską. Zwrócił też uwagę na siłę Śląska, jaką stanowili nie tylko walczący powstańcy, a zwłaszcza wspomniał o nieopisanej roli kobiet - ich wsparciu oraz chwyceniu za broń. Podziękował dzieciom i młodzieży, jak również tym, którzy do dziś kultywują pamięć tych wydarzeń, w tym władzom samorządowym: "Z całego serca dziękuję wszystkim śląskim rodzinom, w których familijnej pamięci są te chwile. Dziękuję, że byliście za Polską i, że przy Polsce jesteście. Dziękuję władzom samorządowym za symboliczne podkreślenie trzech powstań, które buduje patriotyzm i poczucie odpowiedzialności"*.


Wszystko to działo się tuż obok mnie, a jednak tak daleko. Wtedy, kiedy Prezydent podkreślał rolę Powstań Śląskich, ja po drugiej stronie ronda razem z innymi wolontariuszami wydawałam pakiety startowe zawodnikom, którzy po południu mieli pobiec 4,2 km, by na sportowo uczcić pamięć bohaterów sprzed 100 lat. Nota bene sama byłam jednym z prawie 2000 biegaczy, którzy zdecydowali się zmierzyć z tym dystansem. Dlatego zależało mi, aby moja posługa nie kolidowała z samym startem. A biuro zawodów jest ku temu idealnym miejscem.
Co prawda spakowanie 400 pakietów(tyle przypadło na nasze stanowisko) mogłoby się wydawać bardzo czasochłonnym zajęciem, jednak przy opanowaniu odpowiedniej techniki wcale tak nie było. W zasadzie bardzo szybko wszystkie worki były pełne, wystarczyło tylko dołączyć do niego zadeklarowany przez sportowca rozmiar koszulki, wyciągając go uprzednio z rozstawionych z tyłu kartonów.
Wydawanie pakietów zaplanowano, z wiadomych powodów, zaplanowano na sobotę i niedzielę. Sobota - istny armagedon. Tłum ludzi taki, że niektórzy czekali i godzinę na wejście do Spodka. Za to niedziela - pełen luzik. Najlepiej obrazują to wydane numerki: pierwszego dnia ponad dwieście, drugiego: około stu. Oczywiście mówię tutaj tylko o moim i K. stanowisku. Nawet opracowałyśmy własny kod porozumiewawczy: rozmiarówki M i L brzmią podobnie, dlatego mówiłyśmy "męska/damska moda", "męski/damski listek". Nawet nieźle to funkcjonowało. Pomimo natłoku klientów, całe biuro spisało się bardzo dobrze, ba, ogólnopolski organizatorzy biegu stwierdzili, że byliśmy jednym z najbardziej wydajnych biur z jakimi miał do czynienia. A więc - brawo my!

Dzięki temu, że większość pakietów została odebrana w sobotę, nazajutrz skończyliśmy pracę biura zgodnie z planem. Zostały jeszcze dwie osoby do wydawania pakietów tym, którzy zostawili wszystko na ostatnią chwilę, ale reszta mogła spokojnie opuścić swoje stanowisko pracy. Jedni dostali przydział do innych zadań, a ja poszłam na start biegu. Po drodze strzeliłam sobie zdjęcie pod pomnikiem.

Bieg był podzielony na serie, którymi puszczani byli jego uczestnicy. Ja, z racji numeru, startowałam w ostatniej, o 16:40. Przede mną było już tylko 4,2 km. 

I Młodsza, która staje się z wiekiem coraz bardziej bezczelna. Jeżeli dostanie się do Kadry Narodowej jest równoważne z wyśmiewania się z możliwości innych, to ja dziękuję. A z drugiej strony, czemu nie "podskakuje" do sprawniejszych od siebie? Pocieszam się jednak tym, że pomimo wszystkiego zdałam maturę za 1 razem. A w sporcie nie muszę być przecież najlepsza. W ogóle dzień wcześniej przywiozłam jej papiery na obóz. Ktoś jednak odebrał pakiet za nią. No ok. byłam na innym stanowisku, więc nie było szansy przekazać. Spytałam się jej, czy po prostu nie może poczekać na mnie po biegu, bo wszystko mam w plecaku, a plecak pojechał już depozytem. Na co ona, że nie, bo jest tu z koleżankami, a ja na pewno dobiegnę na końcu, więc one nie będą na mnie czekać. Ewentualnie poprosi depozyt, aby jej wydał mój plecak i sama sobie wyciągnie. Wiedziałam, że to nie przejdzie, bo znam zasadę działania depozytu, ale już nic się nie odzywałam, tylko czekałam na start.

No dobra, przybiegłam na końcu, ale za to dostałam największe owacje. W ogóle to jeszcze raz dziękuję panu z Wieliczki, który zrezygnował z własnego czasu i towarzyszył mi w drodze.


Chwilę odpoczęłam i poszłam do depozytu po mój plecak. Po drodze minęłam wściekłą Młodszą, której nie wydali moich rzeczy. Powiedziałam jej, że może teraz ze mną podejść. Ona na to, że nie ma czasu i że przyjedzie do mnie do domu wieczorem, to jeszcze pogadamy. Tylko że tym razem ja nie miałam na to ani czasu, ani ochoty. Nie po to przez dwa dni wożę papiery, aby ona potem jeszcze zawracała mi po nocy tyłek. Zbyłam ją blefem, że po biegu idę ze znajomymi z wolontariatu na spotkanie podsumowujące. Ona na zawodach włóczy się nocami nie wiadomo gdzie i z kim, więc ja też od czasu do czasu mogę się z kimś zaufanym spotkać, nie koniecznie na %. Wkurzyła się jeszcze bardziej. Powiedziałam jej, że jak będę wracać, to mogę jej to po drodze podrzucić(chociaż zupełnie mi to nie było po drodze). Na początku powiedziała, że ok., ale później zadzwoniła do mnie z pytaniem, kiedy wracam, bo jak coś, to ona podjedzie po mnie do K-c, bo coś tam, coś tam. Powiedziałam jej że nie, że i tak za godzinę wracam i żeby czekała na mnie na centrum naszego miasta. Znowu czułam, że się wkurzyła, ale dlaczego to ona ma dyktować w tej sytuacji warunki. W każdym razie perspektywa miłego wieczora w Parku Śląskim, gdzie znajdowała się meta biegu, prysła jak bańka mydlana, a ja powoli zbierałam się do domu. Myślicie, że Młodsza czekała na mnie na umówionym przystanku? Zapomnijcie... Następnym razem nic jej nie wydrukuję.


Wiecie co, może i byłam na końcu listy biegu, ale dla mnie satysfakcją jest, że dobiegłam mimo wszystko. Nie zrobiłam tego dla braw, uznania, gratulacji, ale dla bohaterów sprzed stu lat. Oni zmagali się z upałem i potem od walk i karabinów, ja od wysiłku włożonego w bieg. 
A od dzisiaj przez 10 dni jestem na obozie sportowym, na który wcale nie chciałam jechać. Ja naprawdę po zawodach mam dość mieszkania z Młodszą, a tutaj przyjdzie mi dzielić z nią pokój przez ten czas... Trzymajcie się ciepło i przypominam o naszym wakacyjnym konkursie. Szczegóły w poprzednim poście.

* za P. Chrobok, Katowice. Prezydent Andrzej Duda na obchodach setnej rocznicy III Powstania Śląskiego: To był fundamentalny moment dla Polski, źródło: https://dziennikzachodni.pl/katowice-prezydent-andrzej-duda-na-obchodach-setnej-rocznicy-iii-powstania-slaskiego-to-byl-fundamentalny-moment-dla-polski/ar/c1-15695242

piątek, 10 lipca 2020

1184. Wstyd mi za moich krajanów

Miał być nieco inny post, bo o tym jakby wyglądał świat, gdyby Hitler wygrał wojnę, ale obawiam się, że mimo tego, że nie jest to blog polityczny, to w tym przypadku mógłby być potraktowany jako jakaś sugestia. A tego zdecydowanie nie chcę.
Ogólnie wczoraj spotkała mnie śmieszna sytuacja. Idę sobie na miejski targ, który u nas jest w czwartki i niedziele, patrzę: pełno ludzi, wozy policyjne. Moja pierwsza myśl to taka, że ktoś "podłożył bombę". W sumie "podkładali" pod centrum handlowe, to dlaczego nie mieliby napaść na targowisko. Chwilę potem na horyzoncie pojawił się "Dudobus" i wysiadł z niego Andrzej Duda. Hmmm... muszę przyznać, że wybrał sobie ciekawe miejsce. Miejskie targowisko w dniu "handlowe". Nie głupie, i pewnie przyszło na wiec więcej osób, niżby miał się on odbyć w centrum miasta. Zresztą jego przeciwnik spotkał się ze swoimi zwolennikami nad miejskim zbiornikiem wodnym. Ciekawe czy w stosunku do niego zwolennicy aktualnego prezydenta też się tak prostacko zachowywali. Nie no, rozumiem, że można się z czymś nie zgadzać, ale szanujmy się wzajemnie. W każdym razie, gdyby wiedziała, że Duda będzie na rynku, to bym nie poszła na targ. I to nie ze względów politycznych, ale... hm... ideologicznych? Po prostu nie wstydziłabym się za to, że Zagłębiacy nie potrafią się zachować. I żeby było jasne, tak samo byłoby mi wstyd, gdybym dowiedziała się, że wygwizdują oraz wyśmiewają Trzaskowskiego.
Trzymajcie się ciepło. I pamiętajcie: "Niech się ściemnia za oknami, ale nigdy między nami"😊!

wtorek, 7 lipca 2020

1183. "Wojna o Polskę! bracie! będziem Polakami!"

"...Słyszałeś pewnie, o czem już gadają wszędzie,
O czem ja wiadomostki przynosiłem nieraz;
Teraz czas już powiedzieć wszystko, czas już teraz!
Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!
Wojna o Polskę! bracie! będziem Polakami!
Wojna niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnem
Tu biegłem, wojsk forpoczty już stały nad Niemnem..."
A. Mickiewicz "Pan Tadeusz", fragment Księgi VI

 - A dlaczego właśnie wybrałaś ten fragment "Pana Tadeusza"? - padło pytanie.
Majowe słońce wdzierało się przez ogromne okna na sali gimnastycznej w gimnazjum, do którego uczęszczałam i oświetlało przykryty zielonym suknem stół, za którym siedziała komisja. Właśnie odbywał się międzygimnazjalny konkurs recytatorski, którego gospodarzem właśnie w tym roku była nasza szkoła. Byłam wtedy w pierwszej, może drugiej klasie gimnazjum i wspólnie z czwórką innych gimnazjalistów reprezentowaliśmy naszą placówkę. Zgłosiła nas opiekunka szkolnego teatru amatorskiego, jednak repertuar sami mieliśmy sobie wybrać. Kiedy oznajmiłam jej, że wybieram fragment naszej narodowej epopei o tym, jak ksiądz Robak wzywa sędziego do udziału w zbliżającej się wojnie, otworzyła tylko szerzej oczy ze zdumienia.
 - Rozumiem, że już omówiliście na polskim "Pana Tadeusza"? - rzekła po chwili. Oczywiście, że nie, ale to postanowiłam zachować dla siebie. A fragment znałam, chyba nawet był w podręczniku do polskiego w jednej z wcześniejszych klas.
Wtedy, już po wyrecytowaniu kilkunastu wersów najlepiej jak umiałam, stałam na baczność i myślałam nad odpowiedzią. Wpatrzona w granatowe halówki(które niezwykle pasowały do mojego równie granatowego mundurku szkolnego), próbowałam wymyślić argument, który zadowoliłby jury. W końcu podniosłam głowę i odpowiedziałam, że słowa "Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!/Wojna o Polskę! bracie! będziem Polakami!" są aktualne także w XXI wieku. To był okres niedługo po zamachu na wieże WTC i wkroczeniu naszych wojsk na Bliski Wschód. Media podawały coraz to bardziej "pikantne" wiadomości, które skutecznie działały na nasze młode umysły. Dodałam jeszcze, że w każdej sytuacji nie możemy zapominać, że jesteśmy Polakami. Musimy wręcz nieść brzemię naszej polskości, wypracowane przez całe wieki i odziedziczone po przodkach, nie możemy przynosić hańby naszemu narodowi, ani barwą ojczystym. Pamiętam, że kiedy wracałam wtedy ze szkoły do domu(chyba nawet zwolniono mnie wtedy z treningu), usiadłam na jednej z ławek znajdujących się w parku, który zawsze mijałam(oj, ile razy zimą zjeżdżało się tam z ośnieżonej górki w drodze powrotnej ze szkoły, a potem dostawało burę w domu nie tylko za godzinę powrotu[szczęśliwiec, co posiadał zegarek na rękę, bo o komórce można było co najwyżej pomarzyć], ale też za przemoczone ubranie), spojrzałam na prześwitujące przez liście niebo i wybuchnęłam płaczem. Chociaż na konkursie trzymałam emocje na wodzy, teraz mogłam sobie pozwolić na ich upust. A szczególnie za to niezwykle wymowne "będziem Polakami!". Bo chyba sobie uświadomiłam, jak bardzo, bardzo trudno będzie wykonać do końca tą misję...
Minęło 15 lat z hakiem. Mój blog nie jest polityczny, ja też nie jestem specjalnym sympatykiem żadnej partii politycznej, jednak jak już pisałam w poprzednim poście, mogę kogoś nie lubić, ale nie zwalnia mnie to z okazywania mu szacunku. A tymczasem co widzę? W TVP nagonka na kandydata PO, Rafała Trzaskowskiego, dla odmiany w TVN obrzucanie błotem starającego się o reelekcję Andrzeja Dudę. Na facebooka aż boję się wchodzić, bo widzę taką samą nienawiść wobec obydwóch kandydatów. Wczoraj dwie debaty, na których zabrakło tego drugiego kandydata. I od razu pretensje, to do jednego, to do drugiego. A przecież jak już, to wina leży gdzieś pośrodku. Męczy mnie to, bo każdy z nich ma swoje wady i zalety, ale czasami to wszystko robi się już niesmaczne. No cóż, ja rozumiem, że jest "Wojna o Polskę! bracie!" ale dlaczego nie "będziem Polakami!", jak to napisał nasz wieszcz narodowy.

A więc moi kochani - "Bądźmy Polakami"!

środa, 24 kwietnia 2019

909. Każdy widzi to co chce

Odniosę się dzisiaj jeszcze raz do strajku nauczycieli. Nie, nie będę go oceniać, zwłaszcza za każdym razem, kiedy wspomniałam o nim na blogu, starałam się tego nie robić. No, chyba że ktoś uznał za negatywne ocenianie mój stosunek do tego, że odbywa się on w najgorętszym dla uczniów okresie, czyli egzaminów. Z drugiej strony nie mogłam przejść obojętnie obok panikującej z tego powodu młodzieży, chociażby uczęszczającej do naszego Oratorium. Naprawdę, czasami żal człowieka ściskał, kiedy słyszał od ambitnego ósmoklasisty, że obawia się tego, że przez napisanie egzaminu w późniejszym terminie nie dostanie się do tego liceum, które sobie wymarzył. Tym bardziej, że w tym roku będzie naprawdę armagedon w tej sprawie, zważając, że do szkół średnich i branżowych idzie nie jeden, ale dwa roczniki. Także gra jest warta świeczki.
Również na facebooku nie powiedziałam ani tak ani nie na temat strajku. Jedyne co zrobiłam, to solidaryzowałam się z uczniami zdającymi egzamin gimnazjalny i ósmoklasisty. Tak jak napisałam, ocenianie nie jest tutaj w moim typie. I naprawdę, czasami boli mnie, jak czytam od kogoś zarzut czy też pretensje, że oceniam rzeczywistość. Zwłaszcza, że każdy z nas to robi. Tylko, że niektórzy nie nazywają tego ocenianiem, tylko "wyrażaniem własnego zdania". A że na jedno wychodzi...
To "wyrażanie własnego zdania" doskonale widać na wszelkiego rodzaju forach i komentarzach. Ach, jakie "kwiatuszki" czasami można tam wyczytać. Mam dziwne wrażenie, że najwięcej do powiedzenia w sprawie strajku mają ci, którzy z wychowaniem dzieci mieli do czynienia w przypadku swoich własnych, a nawet i nie. Zresztą co innego jest wychowywać swoje własne dziecko, któremu od biedy można strzelić klapsa w tyłek(czy jeszcze ktoś stosuje taką metodę wychowawczą), a co innego cudze dziecko(przypominam, że nauczyciel oprócz nauczania ma także wspomagać, a nie wyręczać w tym rodziców(!), wychowanie ucznia), na którego nie wolno krzyknąć, a co tu mówić np. o postawieniu do kąta. I żeby nie było, że się wymądrzam - stali czytelnicy bloga wiedzą, że w soboty(a teraz i w tygodniu) zajmuję się dziećmi w parafialnym Oratorium, więc znam to wszystko z autopsji. Najbardziej skrajną sytuacją, z jaką się spotkałam, była pretensja mamusi o to, że jej dziecko wróciło smutne do domu, bo dostało gorszą ocenę z zachowania(w soboty wprowadziliśmy 6-stopniową ocenę zachowania dzieci, co pomogło nam nieco nad nimi zapanować). Ale nie zapytała już dlaczego pociecha otrzymała taką ocenę. A tego dnia chłopak naprawdę przechodził sam siebie...
Jaki jest obraz nauczyciela w oczach przeciętnego Polaka? Pracuje 16 godzin na tydzień, ma dwa miesiące wakacji, ferie zimowe, przerwy świąteczne, od biedy może dorobić sobie korepetycjami. Po prostu żyć nie umierać... A oni jeszcze śmią sobie strajkować... Tylko, że nikt nie zauważa tego, że nauczyciele może i mają te 16 godzin tygodniowo, ale ile muszą poświęcić czasu na przygotowanie się do zajęć, sprawdzenie klasówek, a wcześniej opracowanie ich, do tego dochodzą wywiadówki i konsultacje z rodzicami. Poza tym cały czas zmienia się program nauczania, muszą więc brać udziały w szkoleniach, dzięki którym są z nim na bieżąco. To nie jest jednak tak, że są one w godzinach pracy, ale po nich. Wolne ferie i wakacje to też czysta fikcja. Nauczycielowi, jak każdemu, przysługuje 20/26 dni urlopu, z tym, że musi je wziąć w lipcu lub sierpniu. Poza tym często są wychowawcami na koloniach, czy też półkoloniach szkolnych, mają rady pedagogiczne, sprawdzają głupoty pisane przez uczniów na egzaminach zewnętrznych, zatwierdzają programy wychowawcze, przeprowadzają egzaminy poprawkowe i rekrutacje nowych uczniów... No, faktycznie, mają 2 miesiące wolnego. Korepetycje? Czasami studenci lepiej na nich zarabiają niż oni. A studentów nikt za to nie potępia...
Problemem wielu z nas jest nie tylko nasza niewiedza, ale też to, że nie potrafimy tego uargumentować. Wydaje mi się, że każda zarówno negatywna. jak i pozytywna ocena tego zjawiska była by do przyjęcia, gdyby podać mądre powody. A większość z nich jest śmieszna lub żałosna, na zasadzie tak bo tak. Nie podoba mi się też to, że przy okazji tak wielu niepełnosprawnych uczniów, w większości już absolwentów szkół, wywleka swoje gorzkie żale odnośnie nauczania indywidualnego w domu. Owszem, szkoda mi ich(sama miałam perspektywę takiej nauki od czwartej klasy, udało mi się jednak "uciec" do szkoły specjalnej, ale potem miałam kilka razy krótkotrwałe NI, przeważnie po operacjach), ale to trochę tak, jakby sobie "ocierali gębę" tą sytuacją. Nie rozumiem też porównania protestu nauczycieli do zeszłorocznego protestu niepełnosprawnych. A raczej stwierdzenie, że wtedy było więcej hejtu niż teraz. Po przeczytaniu wielu komentarzy na ten temat mam wrażenie, że hejt jest porównywalny w jednym i w drugim przypadku. Ale każdy widzi to, co chce zobaczyć... Oczywiście nie popieram wszystkich form protestu. Nie wiem dlaczego, ale oprócz jego terminu nie podobają mi się na przykład te wszelkie przeróbki różnych piosenek... Jak strajkować, to z klasą. Nie ukrywajmy, za nauczycielami często ciągnie się opinia, a takim postępowaniem raczej nie zyskali przychylności społeczeństwa. Nie rozumiem też tej zazdrości o 100 zł za każdą świnię i 500 zł za każdą krowę dla rolników. Przecież te pieniądze nie idą z budżetu państwa tylko z funduszy unijnych. Więc nic nie ubywa z kasy państwowej. A podejrzewam, że gdyby ich nie rozdysponowali w taki sposób, to mogliby zapłacić za to grzywnę. I wtedy pieniądze mogłyby być zabrane z budżetówki.
Dla mnie ten strajk ma wiele twarzy. To twarze dzieciaków, które przychodzą na alternatywne zajęcia do Oratorium(dzisiaj tematyka zajęć obejmowała marzenia). To twarze najpierw ósmoklasistów i gimnazjalistów, a teraz maturzystów, niepewnych swojego losu(chociaż po podpisaniu dzisiejszej ustawy zapaliło się przed tymi ostatnimi zielone światło). W końcu to twarz samotnej matki, która codziennie przyprowadza ze sobą dwójkę dzieci do pracy. Nie narzeka, bo wie, że na wiele się to nie zda. Ale widać, że nie pracuje już tak wydatnie jak wcześniej. Bo przy małych dzieciach się nie da. Jak jestem, to staram się jej pomóc, np. zanosząc papiery do drugiego budynku. Niestety, od czasu kiedy Oratorium działa w stanie gotowości, nie jestem tam tak często jakbym chciała. Pani D. każe mi się jednak tym nie przejmować. Ona to rozumie. Jak nikt inny...

środa, 7 listopada 2018

813. Czy można "legalnie" złamać ciszę wyborczą?

Okazuje się, że tak.
Dwa tygodnie temu na terenie naszego kraju odbyła się pierwsza tura wyborów na wójtów, burmistrzów i prezydentów. Teoretycznie od północy z piątku na sobotę trwała cisza wyborcza. A jednak udało mi się wykryć coś bardzo ciekawego...
Tradycyjnie w niedzielę udałam się na Mszę świętą, a po niej miałam iść do lokalu wyborczego oddać swój głos. Tego dnia schola nie śpiewała na Mszy. Początkowo myślałam, że zespół chciał podczas niej przedstawić zaległą akademię na temat Jana Pawła II(zdeklarował się z przygotowaniem jej na 16 października, z czego się nie wywiązał) i dlatego poprosił nas o odstąpienie im tego terminu. Ale w ostateczności nic nie zrobił, a za oprawę Mszy dostał nawet podziękowanie od proboszcza... Nam tam nie dziękują...
Ok, nie czepiam się, ani nie jestem zazdrosna. Żebym jeszcze miała o co. 
Msza toczyła się swoim tokiem. Aż tu nagle docierają do mnie słowa psalmu: "On miłuje prawo i sprawiedliwość". Zaraz, zaraz - przetoczyło mi się przez głowę - a co na to tzw. cisza wyborcza? Oczyma wyobraźni widziałam zagorzałych "stróżów prawa", toczących o to boje. Z długiej strony chichotałam w głębi duszy - wszak za PiS-em muszą być nawet niebiosa, skoro tej niedzieli był nawet taki psalm.
A tymczasem wszystko chyba rozeszło się po kościach. A może po prostu niewielu ludzi zwróciło na to uwagę? Co prawda niezbyt mamy wpływ na Czytania w danym dniu, ale dla upierdliwców wszystko będzie pretekstem, żeby wywołać istną wojnę.
Po Mszy poszłam do lokalu wyborczego. Głos oddałam, chociaż zgłupiałam, kiedy zobaczyłam kartę do głosowania do sejmiki województwa. Żadne z widniejących na nim nazwisk nic mi nie mówiło... Na szczęście z Radą Miejską i kandydatem na prezydenta nie miałam takich dylematów. Nie obyło się co prawda bez drugiej tury wyborów, ale tutaj wybór był prostszy - wszak to tylko dwóch elektorów.

środa, 17 października 2018

801. W najbliższych wyborach zagłosuję na partię ĄĘ!

No bo w sumie kto mi zabroni? Nie dotarłam co prawda do ich programu wyborczego, ale hymn mają bardzo ciekawy.
Ciekawe tylko ile jej przedstawicieli znajdę na kartach do głosowaniu?

czwartek, 7 czerwca 2018

732. Rodzinna klątwa Kennedy'ch

Wczoraj minęło 50 lat od dnia, w którym po zamachu w Los Angeles zmarł Robert F. Kennedy, brat 35. prezydenta Stanów Zjednoczonych - Johna F. Kennedy'ego. Braci połączyły nie tylko rodzinne więzy, ale też to, że oboje zginęli z rąk zamachowców. 
Z tej okazji na onecie pojawił się dosyć ciekawy artykuł przedstawiający nieco postać tego amerykańskiego prokuratora generalnego oraz kandydata na fotel prezydencki w wyborach prezydenckich w 1968 roku. A ponieważ postać Roberta F. Kennedy'ego nie jest tak bardzo znana jak jego brata, pozwoliłam sobie skopiować ten tekst, który mnie jednak zaciekawił, na bloga. 

Cień brata, klątwa i odebrana nadzieja. 50 lat temu zginął Robert Kennedy

Jego zwycięstwo w wyborach 1968 roku miało zasypać społeczne podziały i przybliżyć USA do zakończenia wojny w Wietnamie. Ale po raz drugi w ciągu kilku lat ród Kennedych dosięgły kule zamachowca. Pół wieku po śmierci Roberta F. Kennedy'ego nawet jego dzieci podważają oficjalne wyniki dochodzenia w sprawie zamachu.
  • 50 lat temu Robert Kennedy, ubiegający się o prezydencką nominację Demokratów, padł w Los Angeles ofiarą zamachu
  • Ledwie parę lat wcześniej z ręki zamachowca zginął prezydent John Kennedy - starszy brat Roberta; ten był ważną postacią w prezydenckiej administracji
  • Mniej lub bardziej przypadkowe zgony w licznej rodzinie Kennedych media określały przez wiele lat jako "klątwę"

Choć Robert Kennedy miał licznych wrogów w kraju, motywy zamachowca nie miały nic wspólnego z polityką wewnętrzną
Kiedy wieczorem Bobby Kennedy Jr. kładł się spać, stacje telewizyjne w całych Stanach mówiły, że jego ojciec wygrał prawybory w Kalifornii. Kiedy Bobby obudził się następnego dnia rano, gazety pisały, że jego ojciec padł ofiarą zamachu.
Robert F. Kennedy żył jeszcze dobę. Neurochirurdzy zdołali usunąć z głowy kulę i fragmenty czaszki, które wbiły się w mózg. Ale nic więcej dla senatora nie można już było zrobić.

Wiwaty na sali, strzały w kuchni
5 czerwca 1968 roku, późny wieczór, hotel "The Ambassador" w Los Angeles. To tam Robert F. Kennedy, walczący o start wyborach prezydenckich jako kandydat Demokratów, dowiaduje się o swoim zwycięstwie w Kalifornii. Jest przekonany, że jeden jego konkurent do nominacji, Eugene McCarthy, lada moment sam wycofa się z wyścigu, a on sam odwiedzie partię od poparcia drugiego (wiceprezydenta Huberta Humphreya) już za kilka tygodni - podczas konwencji w Chicago.
Kennedy w hotelowej sali balowej wygłasza krótkie przemówienie do zwolenników. Potem szef obsługi pokazuje mu skrót przez kuchnię, aby kandydat mógł szybciej dotrzeć na konferencję prasową. Prowadzi Kennedy'ego, trzymając go za nadgarstek, popędza - ale senator co rusz przystaje w wąskim przejściu i wita się z personelem kuchni. Ściska dłoń 17-letniego kelnera Juana Romero. Wtedy z tyłu podchodzi do niego zamachowiec.
Strzały słychać także na sali balowej. W chaosie, który ogarnia kuchnię, przez kilkanaście sekund nie wiadomo, kto strzelał, kto był celem zamachu i kto w nim ucierpiał. Zamachowca próbują obezwładnić dziennikarz i przyjaciel Kennedy'ego George Plimpton oraz dwaj nieoficjalni ochroniarze ekipy kandydata: lekkoatleta Rafer Johnson i były futbolista Rosey Grier. Przyciśnięty do stołu strzelec ciągle wymachuje bronią i strzela bezładnie w różnych kierunkach (ucierpi, oprócz Kennedy'ego, pięć innych osób, ale wszystkie dojdą do zdrowia).
Kennedy leży z głową opartą na kolanach Romero, jest ledwie przytomny. Kelner wciska mu w dłoń różaniec. Senator pyta go jeszcze: "Wszyscy cali?" - Romero przytakuje. "Wszystko będzie dobrze" - mówi jeszcze Kennedy, odwracając głowę. Zdąży się jeszcze uśmiechnąć do żony Ethel i poprosi sanitariuszy, którzy będą go układać na noszach, by go nie podnosili. To będą jego ostatnie słowa.
"Zdałem sobie wtedy sprawę, że nieważne, jak wielkie masz nadzieje - mogą ci je odebrać w jednej chwili" - mówił potem Romero. Miał zapewne na myśli obietnicę wielkiej zmiany, którą milionom Amerykanów niosła kandydatura Kennedy'ego - choć te słowa równie celnie odnoszą się do amerykańskich nadziei utraconych w latach 60.
Z kolei Kennedy zginął akurat wówczas, gdy wybijał się na suwerenność jako polityk. Niedługo przed zamachem powiedział do wieloletniego współpracownika: "Wreszcie czuję, że wydostałem się z cienia mojego brata".

"Dzięki ci, Boże, za Bobby'ego"
Robert, nazywany w rodzinie Kennedych Bobbym, pozostawał w tym cieniu przez lata. Od dziecka uchodził za cichszego oraz mniej przebojowego i elokwentnego niż dwaj starsi bracia. To najstarszy Joe był szykowany przez ojca rodziny na politycznego lidera.
Sam Joseph Kennedy po sukcesach w biznesie m.in. filmowym długo próbował rozwijać własną karierę polityczną, ale jako ambasador w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 30. skompromitował się pochwałami appeasementu i amerykańskiego izolacjonizmu. Odsunięty na boczny tor, używał potem swoich rozległych wpływów na rzecz kariery politycznej synów.
Jednak Joe zginął podczas wojny w Europie (był pilotem). Mało brakowało, a z wojny na Pacyfiku nie wróciłby także John (nazywany w domu Jackiem) - to on rozpoczął błyskotliwą polityczną karierę, którą miał zwieńczyć w roku 1960 wybór na prezydenta, najmłodszego w historii kraju.
Bobby kierował kampanią prezydencką starszego brata i był to dla Kennedych strzał w dziesiątkę. "Mały brat" był świetnym organizatorem, wymagającym wobec siebie i innych, ale potrafił także bezwzględnie rozdawać ciosy - w tym samym czasie JFK mógł się zająć uśmiechami i machaniem do wyborców. Po wyborach prezydent zaproponował mu posadę prokuratora generalnego.
Poszedł za radą ojca - potrzebował w Białym Domu kogoś, na kim mógł bezgranicznie polegać. Bobby połączył kilka funkcji formalnych i nieformalnych: został najbardziej zaufanym doradcą, w praktyce także szefem prezydenckiej kancelarii i osobistym ambasadorem. Doglądał tajnej wojny, jaką Waszyngton wypowiedział Fidelowi Castro. W najgorętszym momencie kryzysu rakietowego na Kubie to on spotkał się z radzieckim ambasadorem Dobryninem, by przekazać mu koncyliacyjne stanowisko prezydenta Kennedy'ego.
"Dzięki ci, Boże, za Bobby'ego" - powiedział prezydent podczas którejś z prywatnych rozmów.

Od rozpaczy do samodzielności
Po zamachu w Dallas (listopad 1963 r.) Bobby na wiele tygodni pogrążył się w rozpaczy. Nie mógł nawet patrzeć na zdjęcia JFK, wychodził z rezydencji nad ranem, by pojeździć samochodem, zaczął się zagłębiać w poważne lektury, czego wcześniej nie robił. Jednocześnie stał się wtedy opoką dla całego rodu Kennedych (ojciec był już wtedy po wylewie). Sugerowano mu ubieganie się o urząd wiceprezydenta, ale musiałby wtedy wejść we współpracę z Lyndonem Johnsonem (objął urząd po śmierci JFK), którego z wzajemnością nie znosił.
Zdecydował się kandydować do Senatu. Z początku sprawiał wrażenie apatycznego i nieporadnego, trzęsły mu się dłonie podczas wystąpień publicznych. Znów traktowano go jak "młodszego brata", bo przyćmiewał go senackim doświadczeniem i poparciem faktycznie młodszy brat Teddy. Bobby dojrzewał stopniowo i zajmował coraz bardziej zdecydowane stanowisko wobec najważniejszych amerykańskich wyzwań tamtego czasu: napięć na tle rasowym, ekonomicznego wykluczenia oraz wojny w Wietnamie.
Jako senator odbył parę wyjazdów zagranicznych, które mocno przypominały podróże prezydenckie. W RPA był zresztą witany jak głowa państwa.
Odwiedzał getta w Brooklynie. Interesował się losem wyzyskiwanych robotników sezonowych, których traktowano jak bohaterów "Gron gniewu" Steinbecka. Wizytował rezerwaty Indian, pogrążonych w biedzie, alkoholizmie i beznadziei, oraz wioski w delcie Mississippi. Był w nieudawanym szoku, widząc na własne oczy Amerykanów żyjących w budach krytych papą i dzieci z wydętymi brzuchami, co kojarzyło mu się raczej z klęską głodu w Afryce.
Nie krył, że zamierza zaangażować federalne środki na programy walki z ubóstwem, wykluczeniem i nierównością rasową. To musiało oznaczać m.in. podwyżkę podatków. Spotkał się któregoś razu ze studentami medycyny z Indiany, a ci zapytali go, skąd weźmie pieniądze na obiecywane programy socjalne. Odpowiedział im wprost: "Od was".

Honorowy pokój zamiast beznadziejnej wojny
Najważniejszy jednak wydawał się Wietnam. Wojna w Indochinach zaczynała wciągać w bagno nie tylko administrację Johnsona - zatruwała cały kraj i wzmacniała społeczne podziały. Robert Kennedy nie od razu opowiedział się przeciw niej - choćby dlatego, że za rosnące zaangażowanie militarne w Wietnamie odpowiedzialny był przecież JFK.
Senator, m.in. pod wpływem antywojennych protestów, zaczął się w 1967 roku domagać przerwania bombardowań z powietrza i rozwiązania sytuacji w Wietnamie pod patronatem ONZ. Johnson obsztorcował go, sądząc bezpodstawnie, że senator próbuje na własną rękę negocjować z Wietnamem Północnym rozmowy pokojowe. Kennedy nie domagał się natychmiastowego wycofania wojsk z Indochin, ale zawarcia "honorowego pokoju". Gdy jego postulaty odrzucono, odpowiedzialnością za przebieg wojny można było obarczyć już wyłącznie Johnsona.
Zakończenie wietnamskiej tragedii stało się obsesją senatora Kennedy'ego. Dał się przekonać do walki o prezydenturę sądząc, że o nominację będzie się bić właśnie z Johnsonem. Ten jednak nieoczekiwanie wycofał się z walki o drugą kadencję.

Jedyny, którego nie wygwizdano
Okoliczności, nazwisko, program - wszystko to sprawiło, że Roberta Kennedy'ego wspomina się dziś często jako tego, któremu śmierć stanęła na drodze do pewnej prezydentury. Zamiast tego Biały Dom "wpadł w łapy" Richarda Nixona, a Amerykanie mieli tkwić w Wietnamie jeszcze latami.
Biograf kandydata, Evan Thomas, stawia ten mit (chętnie oczywiście kultywowany przez ród Kennedych) co najmniej pod znakiem zapytania. Wprawdzie Kennedy w większości prawyborów rzeczywiście wygrywał, ale nie musiało się to przełożyć na generalne poparcie go przez Partię Demokratyczną, która faworyzowała raczej Huberta Humphreya, tj. wiceprezydenta Johnsona. Nawet gdyby Kennedy nominację dostał, czekałoby go jeszcze starcie z Nixonem, znacznie lepiej przygotowanym do walki o Biały Dom niż osiem lat wcześniej.
Prawdą jest natomiast, że Kennedy obiecywał wielką społeczną zmianę i że wielu wyborców miało powody, by mu wierzyć. Był kandydatem coraz bardziej wiarygodnym dla milionów uboższych Amerykanów, w tym także dla czarnej ludności. Otwarcie popierał np. jeden z niezrealizowanych pomysłów Kinga: Kampanię Biednych Ludzi.
Olbrzymie wrażenie w całym kraju zrobiło jego improwizowane wystąpienie w Indianie po zamachu na Martina Luthera Kinga (kwiecień'68). Kennedy przyznał, że czarna ludność ma prawo do "nienawiści, goryczy i żądzy zemsty", ale odwołał się do nauk Kinga, wzywając do zasypania podziałów niezależnie od koloru skóry. Tuż po śmierci pastora w całych Stanach wybuchły zamieszki, policja aresztowała 20 tys. ludzi - ale w Indianie było stosunkowo spokojnie. Kiedy Kennedy pojawił się na pogrzebie Kinga, był bodaj jedynym białym politykiem, którego nie wygwizdano.

"Myślałem, że to będę ja"
Od początku politycznej kariery Robert Kennedy zdążył narobić sobie w Stanach śmiertelnych wrogów. Zamach na niego planował np. Jimmy Hoffa, szef związku zawodowego kierowców ciężarówek Teamsters, o którego związkach z mafią powszechnie wiedziano i którego Kennedy próbował dopaść jako prokurator generalny.
Za kadencji Bobby'ego za kratki zaczęli też trafiać sami członkowie mafii. "Ktoś powinien tego skurwiela zakatrupić" - słyszała FBI na taśmach z podsłuchów bossów. "Mam nadzieję, że ktoś zabije sukinsyna" - miał powiedzieć o Kennedym Clyde Tolson, zastępca i najbliższy współpracownik Hoovera w FBI Clyde Tolson.
"Wiedziałem, że dorwą jednego z nas. Ale myślałem, że to będę ja" - powiedział zresztą sam Bobby Kennedy tuż po tym, jak poinformowano go przez telefon o śmierci JFK.
Zamach przyszedł jednak z nieoczekiwanej strony, jeśli chodzi o sprawcę i jego motywy. 24-letni wówczas Sirhan Sirhan (urodzony jeszcze w Brytyjskim Mandacie Palestyny, ale wychowany w Stanach) zabił senatora Kennedy'ego, bo dowiedział się o jego poparciu dla Izraela. "Determinacja, by wyeliminować RFK, staje się obsesyjna" - zapisał Sirhan w dzienniku dwa tygodnie przed zamachem.
Nieprzypadkowo wybrał datę - zamach miał być przeprowadzony w pierwszą rocznicę zwycięskiej dla Izraela wojny sześciodniowej. Sirhan ani nie był wyznawcą islamu (kluczył pomiędzy różnymi kościołami chrześcijańskimi), ani nie darzył Kennedy'ego spersonalizowaną nienawiścią.

"Ktoś tam na górze nas nie lubi"
Joseph Kennedy powiedział o swoich dzieciach w ich młodości, że będą "zakładnikami losu", ale miał tych słów po wielokroć żałować. Śmierć najstarszego syna Joego na wojnie miała być dopiero początkiem czegoś, co nazwano potem "klątwą Kennedych".
Kathleen, siostra Joego, Jacka i Roberta, zginęła w 1948 r. w katastrofie lotniczej. Od śmierci prezydenta Kennedy'ego nie upłynął nawet rok, gdy Ted (młodszy z braci) o mało nie zginął w wypadku awionetki. Parę lat później Ted zjechał samochodem z mostu do rzeki, najpewniej po pijanemu - w wypadku zginęła jego pasażerka, a on nie udzielił jej pomocy.
Po śmierci Roberta Kennedy'ego niektóre z jego dzieci osunęły się w problemy z prawem i narkotykami: Joe spowodował wypadek, wskutek którego ciężkiego urazu doznał jego brat David, a przyjaciółka została sparaliżowana. David nie dożył nawet trzydziestki (przedawkował). Michael zginął w latach 90. wskutek wypadku na nartach. W katastrofie lotniczej niedługo później zginął John Kennedy Jr. (syn JFK).
"Ktoś tam na górze nas nie lubi" - powiedział po wypadku lotniczym brata Bobby Kennedy, ale kolejne lata miały pokazać, że to co nazywano rodzinną klątwą, często wynikało z uporu, brawury i igrania z losem.
50 lat po śmierci Roberta F. Kennedy'ego ciągle żywe są spiskowe teorie dotyczące zamachu. Syn zamordowanego senatora Robert F. Kennedy Jr. spotykał się niedawno w więzieniu z Sirhanem i oświadczył, że nie wierzy, iż to on jest zabójcą jego ojca. Teoria "drugiego strzelca", wedle której tamtej nocy w hotelu Ambassador zamachowców było dwóch (Sirhan nie musiał wiedzieć o drugim) zdobyła szereg wyznawców i ciągle ma się doskonale.
Sam zamachowiec został początkowo skazany na karę śmierci, ale jej wykonanie uniemożliwiło moratorium Sądu Najwyższego. Zamieniono karę na dożywocie. Zza krat więzienia w San Diego zabójca Kennedy'ego regularnie - w kilkuletnich odstępach - składa wnioski o warunkowe zwolnienie. Ostatni, z 2016 roku, sąd odrzucił uznawszy, że Sirhan nie wykazuje należytej skruchy ani zrozumienia swojego czynu.

niedziela, 29 kwietnia 2018

714. Aż strach się cieszyć...

Kilka dni temu gruchnęła wiadomość, że najniższa renta socjalna z powodu całkowitej niezdolności do pracy(co już jest czystą fikcją, bo tak naprawdę o przydatności do pracy na danym stanowisku decyduje lekarz medycyny pracy, a nie komisja, czyli można teoretycznie pracować) została zrównana z najniższą rentą  minimalną i od czerwca ma już wynosić 1029,80 złotych brutto. Był to jeden z postulatów rodziców dorosłych osób minimalnych, którzy od kilku dni walczą pod sejmem o zwiększenie rent socjalnych, zasiłku pielęgnacyjnego(który od wielu lat niezmiennie wynosi 153 złote, ale za to nie jest to opodatkowana kwota) oraz o przyznanie dodatku 500+ na rehabilitację w przypadku osób z orzeczonym znacznym stopniem rehabilitacyjnym. Na razie wywalczono tylko ten jeden postulat, co z innymi - nie wiadomo.
W sumie powinnam się cieszyć z takie rozwiązanie, tak jak co roku cieszyłam się z minimalnej waloryzacji renty. Nie jest łatwo utrzymać się z niewielkimi funduszami, kiedy po zapłaceniu rachunków, wykupieniu lekarstw w aptece oraz odciągnięciu 100 złotych na rachunek oszczędnościowy zostaje człowiekowi 250 - 300 złotych na miesiąc. Ale da się za to wyżyć. Nie muszę codziennie kupować świeżego chleba, ani gotować nowego obiadu. Nie muszę co chwilę chodzić do kina, czy do galerii handlowej. Przejazdy komunikacją miejską mam na szczęście darmowe. Więc jakoś udaje mi się przeżyć od wypłaty do wypłaty. A nawet czasami zaoszczędzić na powiedzmy parafialny wyjazd, czy nawet jakąś wycieczkę zagraniczną. 
Ja jednak nie potrafię się cieszyć z tej nagłej podwyżki. Może gdyby była ona w marcu przyszłego roku to bardziej by do mnie dotarła? Bardziej bym się cieszyła? Cały czas zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest przysłowiowy haczyk. Przecież taka podwyżka to niesamowite obciążenie budżetu narodowego. Bo w końcu tej podwyżki nie dostanie tylko jedna osoba, tylko około jakieś 280,0 tysięcy osób w całym kraju... 
A może ta podwyżka będzie dotyczyła tylko ludzi z całkowitą niezdolnością do pracy oraz znaczną niepełnosprawnością, ale tego nigdzie się nie mówi, żeby nie wywołać kolejnej niepotrzebnej awantury. Wtedy mój przypadek już nie będzie się kwalifikować do tej podwyżki. Bo o ile mam orzeczoną przez ZUS całkowitą niezdolność do pracy o tyle komisja orzekająca o niepełnosprawności przyznała mi stopień umiarkowany... Czyli już bym nie miała na nią szans. 
No nic, dożyjemy zobaczymy jak to będzie. I wtedy jakby co zaczniemy się już cieszyć z czystym sumieniem.

sobota, 18 marca 2017

490. Ciężkie jest życie amerykańskiego prezydenta - cz. 4(od Dwighta Davida Eisenhowera do Baracka Obamy)

Napisany jeszcze w styczniu, ukryty wśród licznych opublikowanych już wpisów oraz zaczętych szkiców kolejnych postów, cierpliwie czekał na odpowiedni moment publikacji. Transza ostatnich 11 prezydentów rządzących Stanami Zjednoczonymi wieńczy rozpoczęty w styczniu rozpoczęty przeze mnie cykl postów przedstawiających władców jednej z największych potęg państwowych na świecie. Czyż czwartkowe pozytywne zaliczenie megatrudnego przedmiotu jakim jest polityka turystyczna nie jest doskonałym ku temu powodem? Wszak w plan rządzenia krajem przez każdego z nich musiała się składać również polityka turystyczna. Tak jeszcze dla przypomnienia - poprzednie sylwetki prezydentów znajdują się >>tutaj<<, >>tutaj<< i >>tutaj<<. Tak więc chociaż politykę turystyczną zaliczyłam w czwartek, wpis ten publikuję dopiero dzisiaj(wszak aktualne czwartki zarezerwowane są na projekt "Wierni do końca"). Zapraszam więc do poznania ostatnich 11 sylwetek amerykańskich prezydentów, którzy rządzili Stanami Zjednoczonymi od lat 50 ubiegłego wieku, aż po czasy współczesne. Całość pozwoliłam sobie zakończyć na sylwetce Baracka Obamy.

Dwight David Eisenhower
Na trzydziestego czwartego prezydenta USA wybrano kandydata republikanów, Dwighta Davida Eisenhowera. Jako prezydent elekt pojechał do ogarniętej wojną Korei, aby zapoznać się z zaistniałą sytuacją. Brał pod uwagę użycie bomby atomowej, gdyby zaistniała taka konieczność, na szczęście do tego nie doszło. Został zaprzysiężony 20 stycznia 1953 roku. Był jednym z najstarszych prezydentów w chwili wyboru - miał wtedy 63 lata. Jego politykę zagraniczną kształtował sekretarz Stanu, John Foster Dulles. Wyrażał niechęć do ZSRR. Nic dziwnego, że Eisenhower uważał Związek Radziecki jako zagrożenie dla kraju. Kiedy obejmował swój urząd Stany Zjednoczone posiadały 1000 głowic nuklearnych, osiem lat później arsenał ten wynosił już 18 000 sztuk. W lipcu 1953 roku, z inicjatywy Eisenhowera, zawarto rozejm w Korei. Miał on za sobą bezwzględne poparcie społeczeństwa, dzięki któremu jego przeciwnicy polityczni uważali z krytyką względem niego. Podczas jego prezydentury, przyspieszony został proces remilitaryzacji RFN. On sam uważał, że kluczem do pokoju na świecie jest ciągłe wzmacnianie paktów wojennych(zrodził się z tego pomysł uczynienia RFN równym sojusznikiem wyposażonym w nowoczesną broń). Kiedy w 1957 roku został wystrzelony pierwszy radziecki sputnik, w następnym roku Amerykanie zbudowali NASA jednocześnie tworząc program umożliwiający podbój kosmosu. W czasie jego drugiej kadencji przyłączono do USA dwa stany: Alaskę i Hawaje. Ukształtowało to terytorium kraju aż po dzień dzisiejszy. Do ważnych wydarzeń należy też zaliczyć tzw. doktrynę Eisenhowera, regulującą stosunek do państw Bliskiego Wschodu (chodziło w niej o pomoc dla tych państw, w rzeczywistości jednak o zabezpieczenie przed ewentualną agresją komunistyczną). Pomimo problemów ze zdrowiem, regularnie organizował konferencje prasowe, dzięki czemu miał dobre stosunki z dziennikarzami. W końcowym okresie prezydentury Dwight stał się bardziej opanowany i starał się nawiązać lepsze stosunki z innymi krajami, polepszyły się też jego stosunki z Polską Ludową. Za czasów jego prezydentury CIA przygotowało obalenie rządu w Iranie i w Gwatemali oraz akcję, która miała na celu wyeliminowanie Fidera Castro. Sama akcja została przeprowadzona już za Kennedy’ego i zakończyła się fiaskiem. Eisenhower do końca swej prezydentury popierał zbrojenia, choć w swym pożegnalnym przemówieniu ostrzegał przed zgubnym wpływem militaryzacji, będącej rezultatem umocnienia potencjału jądrowego ZSRR.

John Fitzgerald Kennedy
Po ośmioletnich rządach Eisenhowera przyszła pora na przedstawiciela demokratów, Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. Niebawem po jego zaprzysiężeniu rozpoczął się desant wyszkolonych i wyposażonych przez władze amerykańskie emigrantów kubańskich w Zatoce Świń. Ta inwazja nie powiodła się, przez co Kennedy przyznał się do swojej porażki. Fidel Castro zaś oficjalnie ogłosił, że "Amerykanie nie zdobędą Kuby". Kiedy w 1961 roku Jurij Gagarin poleciał w kosmos, Kennedy wyznaczył krajowi ambitny cel wysłania ludzi na Księżyc w ciągu najbliższych 10 lat. Cel ten został osiągnięty 20 lipca 1969 roku, kiedy statek Apollo 13 z powodzeniem wylądował na Srebrnym Globie. Kennedy niestety nie doczekał tejże chwili. Jego administracja wsparła wprowadzony w 1963 roku zamach stanu przeciwko nacjonalistycznemu rządowi Iraku. CIA udostępniła listy podejrzanych o sympatie lewicowe i komunistyczne, co umożliwiło zlikwidowanie opozycji. Nowy rząd, otworzył iracki rynek dla amerykańskich i brytyjskich firm. W czerwcu tego samego roku odbył podróż do Berlina Zachodniego. Wygłosił wtedy słynną mowę, podczas której padły słowa "Jestem berlińczykiem" co było reakcją na utworzenie Muru Berlińskiego. W czasie jego prezydentury pojawiły się kontrowersje związane z izraelską elektrownią atomową w Dimonie. Początkowo rząd Izraela zaprzeczał jej istnieniu, z czasem jednak stwierdzono, że zbudowano ją w celach badawczych. Podczas wizyty izraelskiego premiera w USA padły zapewnienia, że elektrownia zapewnia energię dla odsalania wody i służy tylko celom pokojowym. Kennedy doprowadził do zawarcia w 1963 przez Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i Wielką Brytanię układu Partial Test Ban Treaty, który zakazywał wszelkich prób atomowych z wyłączeniem podziemnych. W roku poprzedzającym podpisanie układu, zarówno Związek Radziecki, jak i Stany Zjednoczone przeprowadziły szereg eksplozji jądrowych w atmosferze. Jedynymi krajami, o których wiadomo, że mają broń atomową, a nie podpisały go są: Chiny, Francja i Korea Północna. Zwiększył zaangażowanie w wojnę w Wietnamie. Za jego prezydentury liczba żołnierzy amerykańskich wysłanych do Wietnamu Południowego zwiększyła się z 800 do 16 300. Powołał też Korpus Pokoju – organizację zajmująca się aktywną pomocą krajom III Świata.

Lyndon Baines Johnson
Po niespodziewanej śmierci Kennedy'ego władzę w kraju przejął wiceprezydent Lyndon Baines Johnson. Powstała nawet hipoteza o jego pomocy w spisku zamachu na życie swojego poprzednika - według niektórych badaczy stosunki pomiędzy oboma politykami nie były idealne. Jako prezydent przeprowadził wiele reform społecznych, realizując ideę stworzenia "Wielkiego Społeczeństwa" czym zyskał sporą popularność. Wśród nich znalazły się m.in. ustawa o prawach obywatelskich, program walki z ubóstwem, pomoc w edukacji i dostępie do opieki medycznej, program rozwoju zapóźnionych terenów oraz zniesienie przeszkód w prawie do głosowania. Jego działalność stworzyła podstawy do pełnego równouprawnienia czarnoskórych i białych w kraju oraz powstania systemu opieki, działającego po dzień dzisiejszy. Za jego prezydentury rozwinięto też program podboju kosmosu.Mimo prospołecznych reform i walki z dyskryminacją rasową, za jego kadencji rozgorzały w USA poważne niepokoje społeczne. Polityka Waszyngtonu w kwestiach równouprawnienia rasowego z trudem znajdowała realizację na amerykańskiej prowincji, zwłaszcza na Południu. Rząd kraju w tym czasie prowadził wojnę w Wietnamie, której Johnson był niechętny. Nie przeszkadzało mu jednak w zwiększaniu zaangażowania Ameryki w celu prób jej zwycięskiego zwyciężenia. Kwestia niepopularnej w społeczeństwie wojny zdominowała w końcu prezydenturę Johnsona, przesłaniając jego program „Wielkiego Społeczeństwa” i spowodowała drastyczny spadek jego popularności.

Richard Milhous Nixon
Po ośmioletnich rządach Johnsona, na prezydenta został wybrany republikanin Richard Milhous Nixon. W chwili zaprzysiężenia miał 56 lat. Obejmował kierownictwo nad państwem w trudnym okresie, kiedy narastał sprzeciw wobec interwencji Stanów Zjednoczonych w Wietnamie i kiedy narastała głęboka nieufność wobec struktur władzy. Nixon kreował się na zrównoważonego, nigdy nie ulegającego emocjom męża stanu, całkowicie poświęcającego się dla dobra państwa. Kontrastowało to z impulsywnym sposobem bycia np. Johnsona. Obejmował prezydenturę bez większości w obu izbach Kongresu, nie miał też dobrych stosunków z prasą. Postanowił zjednać sobie telewizję, ponieważ zdawał sobie sprawę z potęgi tego medium. Wraz ze swoimi współpracownikami chcieli przeciągnąć na swoją stronę hipisów, Murzyni czy antywojennych liberałów, aby zapewnić sobie stabilną bazę. Aby tego dokonać działali z wyraźnym naruszeniem prawa, z pomocą FBI i CIA prowadzili inwigilację i szykanowali przeciwników nowej administracji. Zmagał się też z jednym z największych kryzysów energetycznych w historii kraju. Zachęcając do oszczędności obniżył standardy czystości powietrza(miało to zachęcić do powrotu do korzystania z opałów naturalnych). Polecił też obniżyć temperaturę w budynkach rządowych i zaprzestać iluminacji wielu miejsc w stolicy. Nixon ustanowił wiele urzędów, m.in. ds. ochrony środowiska. Nie potrafił jednak do końca rozwiązać poważnego problemu bezrobocia i inflacji. 1 lipca 1972 roku podpisał dekret wykonawczy powołujący do życia agencję federalną do zwalczania przestępstw dotyczących alkoholu, tytoniu i  broni palnej. Po eskalacji wojny wietnamskiej nastąpił spadek pozycji Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Nixon i jego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego wiedzieli, że potrzeba takiej "chwili oddechu", aby zregenerować utracone siły. Odprężenie polegało na normalizacji stosunków z Chinami poprzez nawiązanie oficjalnych kontaktów. Nixon liczył, że dobre układy z Chinami okażą się pomocne, m.in. przy próbie rozwiązania konfliktu w Wietnamie. Równocześnie trwało ocieplenie na linii Waszyngton - Moskwa, jak również wycofywanie się armii z Wietnamu(w tych dziedzinach Nixon odniósł pełen sukces). Wsparł też puch Pinocheta w Chile. Za jego kadencji polepszyły się stosunki USA z Polską, zaś w 1972 roku jako pierwszy prezydent tego kraju odwiedził Polskę.

Gerald Ford
Bycie trzydziestym ósmym prezydentem Stanów Zjednoczonych przypadło republikaninowi, Geraldowi Fordowi. Ford kontynuował dialog z ZSRR, pomimo pozorów, że jest twardy wobec komunizmu. Niemałe kontrowersje wywołała rzekomo sformułowana za jego kadencji przez pracownika Departamentu Stanu "doktryna Sonnenfeldta". Głosiła ona, że dla zachowania poprawnych stosunków ze Związkiem Radzieckim Stany Zjednoczone powinny zrezygnować z popierania wolnościowych dążeń narodów Europy Wschodniej. Podczas sprawowania urzędu, dokonano dwóch nieudanych zamachów na jego osobę. Ponadto administracja Forfa borykała się z problemem inflacji i stagnacji. Kiedy Nowy Jork znajdował się na skraju bankructwa, prezydent początkowo nie chciał udzielić mu pomocy - według niego kryzys osłabiał rządzących miastem demokratów. Odmowa ta odbiła się jednak rykoszetem. Z czasem Ford zmienił jednak swoje zdanie odnośnie udzieleniu miastu pomocy i uczynił to. W dniach 28 - 29 lipca 1975 roku złożył wizytę w Polsce odwiedzając Kraków i Warszawę. Była to druga wizyta amerykańskiego prezydenta, po Richardzie Nixonie, w naszym kraju. Następnie udał się do Helsinek na konferencję szefów rządów i głów państw 33 krajów europejskich oraz Kanady i USA, którą zakończyło podpisanie Aktu Końcowego KBWE.

James Earl Carter
Kolejnym prezydentem USA został demokrata, James Earl Carter. Ponieważ na odcinku wewnętrznym prowadził niespójną politykę, uważany jest za prezydenta uczciwego, lecz chwiejnego. To za jego rządów utworzono Departament Edukacji oraz Departament Energii, jak również wprowadzono serię skutecznych ustaw o ochronie środowiska. Jego administracja borykała się z problemem złej sytuacji gospodarczej(wysoki poziom inflacji oraz bezrobocia). Dodatkowo w wyniku rewolucji w Iranie ceny ropy naftowej skoczyły w górę i osiągnęły najwyższy poziom w historii(doszło do tego, że w kraju pojawiły się długie kolejki przed stacjami benzynowymi). Sytuacja ta obniżyła poparcie dla Cartera. Walcząc z wysokim zużyciem ropy naftowej demonstracyjnie nosił w Białym Domu sweter oraz zainstalował piec na drewno oraz baterie słoneczne na dachu, co niektórzy Amerykanie odebrali jako oznakę słabości. Carter był jedynym prezydentem USA w XX wieku, który podczas pełnienia kadencji, nie miał okazji nominować nowego sędziego Sądu Najwyższego. Jednocześnie podkreślał rolę praw człowieka w jego polityce zagranicznej. Dzięki inicjatywie pokojowej na Bliskim Wschodzie zainicjowanej przez jego administrację, doszło do pokoju dzięki Egiptem, a Izraelem. Dodatkowo kontynuowała poparcie dla reżimu szacha w Iranie oraz starała się bezskutecznie zapobiec jego obaleniu, a kiedy to się nie udało - zainicjowała izolację nowych władz tego kraju. Carter kontynuował też zapoczątkowaną przez Richarda Nixona politykę normalizacji stosunków z Pekinem. 1 stycznia 1979 Stany Zjednoczone nawiązały pełne stosunki dyplomatyczne z Chinami, wycofując tym samym poparcie dla Tajwanu.

Ronald Reagan
Czterdziestym prezydentem Stanów Zjednoczonych został republikanin, Ronald Reagan. Sprawował swój urząd przez dwie kadencję. Podzielił obowiązku pomiędzy swoich podwładnych, a sam starał się wyłącznie nakreślić kierunek działania, co było całkowitym przeciwieństwem poprzednich republikańskich prezydentów (wcześniej byli oni generałami). Sporą część pierwszej kadencji Reagan poświęcił na poprawienie wydajności amerykańskiej gospodarki, którą trapiła stagnacja. Opracował program opierający się na zmniejszeniu wydatków publicznych, na programy socjalne, blokujących prywatną inicjatywę, a także zmniejszaniu podatków w celu pobudzenia inwestycji. W ciągu dwóch jego kadencji dług publiczny amerykańskiego rządu zwiększył się  trzykrotnie. Cała polityka gospodarcza Reagana, nazywana czasem reaganomiką, bliska była stosowanemu w tym samym czasie w Wielkiej Brytanii thatcheryzmowi. Miał negatywny stosunek do przeceniania roli związków narodowych - w sierpniu 1981 roku nakazał natychmiastowe zwolnienie z pracy za naruszenie prawa pracy wobec strajkujących kontrolerów lotu, którzy odmówili przerwania go i powrotu do pracy. Stosunek państw europejskich do konfliktów światowych różnił się od jego założeń zwalczania komunizmu we wszystkich krajach. Przerażona perspektywą wybuchu konfliktu atomowego Europa coraz bardziej zamykała się w kręgu własnych interesów. Na jej bierność wpłynęło też przekonanie, że USA dążyły do przywództwa. Prezydent popierał wszelkie ruchy antykomunistyczne. Mimo akcentowania wartości demokratycznych, udzielił w Ameryce Łacińskiej wsparcia wielu dyktatorom, którzy łamali prawa człowieka walcząc z partyzantką. Czynił to jednak w imię nadrzędnej walki ze światowym komunizmem. W krajach rządzonych przez lewicowe władze wspierał prawicowe grupy zbrojne. Jednocześnie krytyka poczynań republikańskiej administracji doprowadziła do powołania Amerykańskiej Agencji do Spraw Rozwoju Międzynarodowego mającej wspierać rozwój demokracji w Ameryce Łacińskiej. Wiosną 1983 roku prezydent wysłał oddziały amerykańskich Marines do ogarniętego wojną domową Libanu. Niestety, do amerykańskich koszar wdarła się ciężarówka wypełniona materiałami wybuchowymi, prowadzona przez islamskich terrorystów. W wyniku wybuchu zginęło 241 żołnierzy, co spowodowało wycofanie wojska z Libanu. Podczas prezydentury Reagana wybuchł skandal wokół jednej z tajnych operacji CIA. Administracja przekazała fundusze rebeliantom należącym do Contras walczącym z lewicowym rządem Nikaragui. Pieniądze te pochodziły z nielegalnej sprzedaży broni władzom Iranu w czasie wojny z Irakiem. Oba te czyny były sprzeczne z prawem. Prezydent utrzymywał, że o niczym nie wiedział i obciążył odpowiedzialnością swoich podwładnych. Prokuratorzy z Amerykańskiego Biura Niezależnego Prokuratora uznali, że prezydent był winny braku nadzoru. Większość Amerykanów wierzyła jednak w jego niewinność. W czasie urzędowania Reagana kilku podwładnych zostało przyłapanych na łapówkarstwie albo nielegalnym lobbingu, ale prezydent wyszedł z tych skandali obronną ręką. Podczas wizyty w RFN w 1987 roku przemawiając przed Bramą Brandenburską wezwał Michaiła Gorbaczowa do zniszczenia fizycznego symbolu żelaznej kurtyny oddzielającej kraje kapitalistyczne od komunistycznych. Ogromne znaczenie w upadku ZSRR miało narzucenie przez Reagana tempa wyścigu zbrojeń, zwłaszcza wprowadzenie do użytku nowych zaawansowanych technologii i rozpoczęcie prac badawczo-konstrukcyjnych nad nowymi rodzajami broni. Jednym z najbardziej znanych projektów Reagana było rozpoczęcie programu rozwoju strategicznego – narodowego systemu obrony antybalistycznej pod nazwą Strategic Defense Initiative. Reagan wspierał dążenia Polaków do obalenia komunizmu, zarówno ze względu na Polonię amerykańską, jak i na znaczenie tego ruchu w konfrontacji z ZSRR. Poprosił nawet CIA o przekazanie polskim opozycjonistom fundusze na walkę z władzami komunistycznymi. Wspierał też akcję pomocy dla działaczy ruchu Solidarności po wprowadzeniu stanu wojennego oraz doprowadził do nałożenia na PRL sankcji gospodarczych. W 1990 roku Reagan jako były prezydent przyjechał do Polski i wygłosił przemówienie w Stoczni Gdańskiej. Rok później odznaczono go Wielkim Krzyżem Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polski, zaś w 1994 roku przyznano mu Honorowe Obywatelstwo Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa.

George H. W. Bush
Demokrata George H. W. Bush został zaprzysiężony na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych w południe 20 stycznia 1989 roku, dokładnie w 200 rocznicę złożenia przysięgi prezydenckiej przez jego imiennika, George'a Washingtona. Posunięcia nowej administracji były kontynuacją polityki jego poprzednika, Ronalda Reagana. Bush koncentrował swoje działania wokół polityki zagranicznej. W czasie jego prezydentury upadł Związek Radziecki, co było odebrane jako koniec zimnej wojny. W grudniu 1989 roku przeprowadzono inwazję na Panamę, zaś w latach 1990 - 1991 prowadzono działania w ramach I wojny w Zatoce Perskiej. Jednocześnie gospodarka kraju w czasie jego rządów znalazła się w stanie recesji. Polity ka Busha była uzależniona od bieżących wydarzeń, cechowała ją rozwaga i pragmatyzm. Duże znaczenie miała dla niego dyplomacja personalna, dlatego utrzymywał dobre stosunki z wieloma politykami na świecie. Wobec tego często na problemy dotyczące danych państw patrzył przez pryzmat ich przywódców. Georg Bush przygotował warunki do utworzenia Północnoamerykańskiej Strefy Wolnego Handlu(NAFTA). Prowadził też działania na rzecz przywrócenia pokoju na Bliskim Wschodzie, współpracował z nowo powstałą Federacją Rosyjską oraz wyrażał poparcie na rzecz zniesienia apartheidu w RPA. W ten sposób zapoczątkowano proces tworzenia "Nowego Porządku Świata". Prezydentura Busha przypadła na okres przemian ustrojowych w Europie Środkowej i Wschodniej. On sam bardzo aktywnie je wspierał. W stosunkach z ZSRR popierał wprowadzenie przez Michaiła Gorbaczowa pierestrojki. Zresztą samego Gorbaczowa uważał za odpowiedzialnego partnera politycznego. Po rozwiązaniu ZSRR i powstaniu Wspólnoty Niepodległych Państw Bush uznał nowe suwerenne państwa i zapoczątkował proces pokojowej współpracy z Rosją. Podpisał też dwa rosyjsko-amerykańskie układy rozbrojeniowe: START I(1991 r.) i START II(1993 r.). Kiedy w grudniu 1989 roku rozpoczęto działania zbrojne w ramach operacji "Just Cause", wojska amerykańskie wkroczyły do Panamy w celu obalenia rządów dyktatorskich Manuela Noriegi. Bush uzasadniał ten ruch koniecznością ochrony wolności i praw człowieka oraz realizacji postanowień porozumienia zawartego pomiędzy prezydentem USA Carterem i prezydentem Panamy Omarem Torrijosem(zgodnie z nim przekazanie Panamie jurysdykcji nad Kanałem Panamskim miało odbyć się dopiero w 1999 roku). W 1990 roku po napaści rządzonego przez Saddama Husajna Iraku na Kuwejt, prezydent zainicjował utworzenie nad Zatoką Perską międzynarodowej koalicji sił zbrojnych pod przywództwem USA. Wojska koalicji prowadziły wówczas operację Pustynna Tarcza mającą na celu ochronę Arabii Saudyjskiej oraz operację Pustynna Burza zakończoną wyzwoleniem Kuwejtu spod irackiej okupacji. George H. W. Bush to pierwszy prezydent USA, który w czasie pełnienia swojego urzędu, odwiedził Polskę dwukrotnie. Swoją pierwszą wizytę odbył w dniach 9 - 11 lipca 1989 roku, kiedy w Polsce następowały przemiany politycznej. W Warszawie został wtedy przyjęty przez przewodniczącego Rady Państwa, Wojciecha Jaruzelskiego, zaś w Gdańsku spotkał się z przywódcą "Solidarności", Lechem Wałęsą. Drugi raz Bush wizytował Polskę podczas prezydentury Lecha Wałęsy, kiedy 5 lipca 1992 roku odbywały się uroczystości  związanego ze sprowadzeniem prochów Ignacego Jana Paderewskiego do ojczyzny.

William Clinton
Po czteroletnich rządach George H. W. Busha, na prezydenta został wybrany demokrata William Clinton, zwany też Billem Clintonem. Czterdziesty drugi następca Waszyngtona zaczął urzędowanie z dość silnej pozycji. Miał poparcie obu izb Kongresu, które w tym czasu kontrolowane były przez Demokratów. Po raz pierwszy od dwunastu lat zarówno władza wykonawcza, jak i ustawodawcza znalazła się w rękach jednej partii. Nie dziwnego, że ekipa Clintona miała bardzo ambitne plany. Już w pierwszym roku urzędowania prezydent przeforsował przez Kongres budżet zwiększający opodatkowanie oraz wydatki rządu w celu rozruszania amerykańskiej gospodarki(w dalszym ciągu borykającej się ze skutkami recesji). Najambitniejszą inicjatywą Clintona w tym okresie była próba całkowitego zreformowania amerykańskiego systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Specjalna grupa pod przewodnictwem jego żony, Hillary Clinton przygotowała daleko idący pakiet reform. Miał on na celu przekształcić amerykański system ubezpieczeń prywatnych na model, który był zbliżony do używanego we wszystkich innych uprzemysłowionych państwach z dużo większą rolą dla rządu federalnego. Stanowczy opór interesantów związanych z prywatnymi spółkami ubezpieczeniowymi spowodował, że ta inicjatywa nie uzyskała poparcia w amerykańskim Kongresie. Dodatkowo duża część społeczeństwa amerykańskiego nie była zadowolona z radykalnych działań Clintona i wyraziła swoje niezadowolenie w wyborach jesienią 1994, oddając po raz pierwszy od 42 lat kontrolę obu izb Kongresu Partii Republikańskiej. Kontrola ta utrzymała się aż do końca prezydentury Clintona, zdecydowanie ograniczając jego pole manewru i zmuszając do współpracy z Partią Republikańską. W trakcie prezydentury Clintona doszło do największych masowych mordów od czasu II wojny światowej, jakie miały miejsce w Rwandzie. Jednak gabinet Clintona przez długi czas nie chciał nazwać tych wydarzeń ludobójstwem. Co więcej, Stany Zjednoczone głosowały za całkowitym wycofaniem sił ONZ z zagrożonych obszarów, co było postrzegane jako praktyczne przyzwolenie na te zbrodnie. Mimo licznych zapowiedzi w trakcie kampanii przedwyborczej, prezydent zwlekał z jakimikolwiek działaniami w celu powstrzymania tego konfliktu, tłumacząc się „europejskimi sojusznikami”. Dopiero masakra w Srebrenicy zmieniła jego nastawienie.

George Walker Bush
Dwukadencyjna prezydentura reprezentanta republikanów George Walkera Busha(tak, tak, jego ojciec też był prezydentem Stanów Zjednoczonych na przełomie lat 80 i 90 ubiegłego stulecia, zresztą Bush, nazwijmy go juniorem, kontynuował politykę prowadzoną przez jego ojca), przypadła na trudny okres zamachów terrorystycznych oraz wojny z Bliskim Wschodem. Jak dobrze pamiętamy, zaledwie dziewięć miesięcy od złożenia przez Busha przysięgi, organizacja terrorystyczna Al-kaida dokonała zamachu m.in w Nowym Jorku. W konsekwencji Bush zapowiedział walkę z terroryzmem, wysyłając wojska amerykańskie do Afganistanu. Czterdziesty trzeci prezydent wywodził się z prawicowego skrzydła Partii Republikańskiej. Jego prezydentura była pod wyraźnym wpływem neokonserwatystów w dziedzinie polityki zagranicznej i gospodarki oraz paleokonserwatystów w sferze polityki społecznej. Było to powodem niezadowolenia części społeczeństwa o poglądach lewicowych. Chociaż społeczeństwo amerykańskie było podzielone, większa jego część popierała tą politykę, co udowodniła wybierając go na drugą kadencję.

Barack Obama
Czterdziestym czwartym prezydentem Stanów Zjednoczonych został wybrany demokrata, Barack Obama. Podczas swojej pierwszej wizyty w Rosji podpisał z tamtejszym prezydentem porozumienie o redukcji broni jądrowej(mieli zmniejszyć liczbę głowic bojowych do 1500 - 1675). Obydwoje zadeklarowali także gotowość współpracy w dziedzinie obrony przeciwrakietowej. Na początku jego prezydentury bezrobocie w kraju miało najwyższy poziom od szesnastu lat. Plan gospodarczy Obamy, warty 800 miliardów dolarów, miał przyczynić się do powstania 3-4 milionów miejsc pracy - ludzie mieli znaleźć zatrudnienie przy modernizacji dróg, budowie sieci szerokopasmowego Internetu oraz w przemyśle czystej energii. Dodatkowo po kilka tysięcy dodatkowych miejsc pracy miało powstać w oświacie i służbie zdrowia. Plan Obamy przewidywał też obniżki podatków dla osób indywidualnych i firm na kwotę 275 miliardów dolarów. 550 miliardów, czyli dwukrotnie więcej, stanowić miały w nim wydatki rządu federalnego. Większość rządowych pieniędzy poszła na zasiłki dla bezrobotnych, ubezpieczenia zdrowotne, kupony żywnościowe dla najbiedniejszych oraz dofinansowanie szkolnictwa i policji. Plan został ostatecznie przegłosowany w Kongresie lutym 2009 roku, a jednocześnie skorygowany w kwestii budżetowej. Pod koniec lutego 2009 roku Obama zapowiedział zmniejszenie do 2013 roku deficytu o połowę. Zapowiedział też inwestowanie w edukację, służbę zdrowia oraz odnawialne źródła energii. Jego plan przewidywał podwyższenie podatków w celu sfinansowania reformy odnowy zdrowia oraz cięć podatkowych dla biednych, a także nieznaczny wzrost wydatków na wojsko. Plan budżetowy Obamy przewidywał miliardowe dochody od przedsiębiorstw, które musiały wykupywać prawa do przekraczających wyznaczone limity emisji gazów cieplarnianych. Dodatkowe dochody miały sfinansować inwestycje w rozwój alternatywnych wobec ropy naftowej źródeł energii.