„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Ludzka pamięć jest niezwykła. Wierzcie mi lub nie, ale jeszcze pamiętam to, co działo się ćwierć wieku temu. Miałam wtedy 7 lat i zaczynałam moją niezwykłą przygodę z edukacją. Jednak dzisiaj nie będę pisać o dziewczynce w czarnej spódniczce i kokardzie w długich włosach, która nie mogła wręcz się doczekać chwili, kiedy zasiądzie w szkolnej ławce, ale o czymś zupełnie innym.
W 1997 roku telewizja działała już na dosyć wysokim poziomie, a wieczorem wiele rodzin, w tym moja, zasiadała przed szklanym ekranem, aby najpierw obejrzeć z dziećmi "Dobranockę", a następnie wieczorne wydanie "Wiadomości". W tamte wakacje naród żył wielką powodzią spowodowaną przez wylanie Odry z brzegów. Telewizja co rusz pokazywała obrazy zalanych miejscowości i dramatu ludzkiego, który się wtedy rozgrywał. Ktoś z Was pamięta jeszcze piosenkę "Moja i twoja nadzieja" wykonywaną przez wielu różnych polskich wokalistów?
Bo ja tak. Bardzo szybko podchwyciłam tą nutę, a potem przed rodziną bawiłam się w gwiazdę estrady i po swojemu wykonywałam ten utwór.
Wraz z końcem wakacji w mediach pojawiła się nowa nowina - śmierć księżnej Diany. Co prawda nie odcisnęła ona na mojej psychice takiego piętna jak śmierć księdza Józefa Tischnera, jednak pamiętam te obrazy w telewizji przedstawiające najpierw piękną, uśmiechniętą kobietę, a następnie samochód z powyginaną blachą. No właśnie, ze śmierci księdza Tischnera zapamiętałam emocje, okoliczności, w których się o tym dowiedziałam, ten szum medialny. Ze śmierci księżnej Diany jedynie jakieś pojedyncze obrazy. A przecież też musiało być o tym głośno. Z drugiej strony byłam wtedy trzy lata młodsza, trzy lata bardziej dziecinna, inaczej odbierałam docierające do mnie bodźce. Bardziej żyłam w baśniowym świecie z niecierpliwością wyczekując wieczornej bajki na dobranoc. Pewnie nawet nie zdawałam sobie sprawę z tego, kim była tak naprawdę księżna Diana. Pojęcie innego króla niż tego, którego znałam z bajek mogło być dla mnie zbyt abstrakcyjne.
Dopiero po latach, kiedy z okazji zbliżających się rocznic śmierci w mediach pojawiała się informacja o jej śmierci, na swój sposób odkrywałam zdarzenia z tamtej nocy. Trochę byłam przerażona doniesieniami, bo po prostu było mi jej szkoda, jak każdego człowieka. Tym bardziej, że czyniła dużo dobra, nawet jeśli po drodze pobłądziła...
Dziś mija 25 lat od tamtej chwili. Dużo to i mało. Myślę, że książę Karol szybko pogodził się z tą stratą. Ale przecież jeszcze byli ich synowie - 15-letni wtedy William i dwa lata młodszy Harry. Czy jeszcze pamiętają matkę, niekoniecznie przez pryzmat skandali, czy też dnia, w którym dowiedzieli się o jej śmierci? Mam nadzieję, że tak. Tak samo jak mam nadzieję, że ona sama jest gdzieś tam i cieszy się z widoku wnucząt, których nie dane jej było się doczekać.
Na tegoroczną Sosnowiecką Pieszą Pielgrzymkę na Jasną Górę zapisałam się w ostatnim momencie, bo dwa dni przed. Sierpień miałam tak intensywny, że nie miałam kiedy podejść do parafialnego kościoła(co nie znaczy, że w ogóle opuszczałam niedzielną Mszę świętą), a nikt z rodziny się nie pofatygował za mnie. Na początku byłam o to trochę zła i rozżalona, ale jak usłyszałam jaki numer wywinął nasz proboszcz, to zaczęłam błogosławić ich lenistwo. Co się stało zachowam dla siebie, jednak mój poziom sympatii co do tego księdza drastycznie spadł do krytycznego momentu. A więc, cytując moich znajomych - "Brawo on!".
Będąc na niedzielnej Mszy świętej z niecierpliwością wyczekiwałam, kiedy na ogłoszeniach duszpasterskich usłyszę od proboszcza termin spotkania poprzedzającego pielgrzymkę. Pomarzyć można, bo ani słowem się nie zająknął na ten temat. Chcę wierzyć, że dlatego iż o nim nie wiedział, a nie dlatego, że uznał iż dla może 5 osób z parafii nie ma sensu podawać tej informacji. Na szczęście jest internet. Wystukałam sobie adres strony kościoła dekanalnego, na której na szczęście była podana ta informacja. Postanowiłam mimo wszystko udać się na spotkanie z nadzieją, że można będzie się jeszcze na nim zapisać na pielgrzymkę. Można było. A przy okazji odkryłam, że zmieniono nam kierownika grupy. Trochę mi było szkoda, bo z poprzednim znałam się dosłownie od czasów piaskownicy, jednak w życiu nic nie jest wieczne. Z drugiej strony okazało się, że Paul(mam pozwolenie mówić do niego po imieniu) też z nami pójdzie w zastępstwie za księdzem Niosącym Światło(tak go nazwijmy) drugiego dnia. Bo księdzu Niosącemu Światło wypadła wizyta u lekarza. Pozostała kwestia tego, czy będę nocowała po drodze w szkołach, czy też wracała na noc do domu autokarem*. Mając jeszcze w pamięci zeszłoroczne szaleństwo z dojazdami zdecydowałam się na pierwszą opcję.
Takiego sympatycznego gołąbka spotkałam czekając na autobus na przystanku
Pielgrzymkę tradycyjnie rozpoczęła Msza święta 23 sierpnia o godzinie 7:00 w kościele znajdującym się na Będzinie-Syberce. Ponieważ trwa u nas remont linii tramwajowej, a jedyny autobus jadący ode mnie pod kościół planowo był na miejscu... minutę przed godziną 7, poradziłam sobie w inny sposób. Najpierw wsiadłam do autobusu jadącego na jedną z dzielnic Będzina - Koszelew, następnie przesiadłam się do takiego, który dowiózł mnie na obrzeża Syberki, aż w końcu wsiadłam do takiego, którym dojechałam pod kościół. Co prawda mogłam z tych obrzeży dojść do kościoła na nogach, jednak wolałam oszczędzać siły na później, tym bardziej, że pierwszego dnia jest do pokonania ok. 23 kilometrów. Moje "lenistwo" zostało jednak wynagrodzone - w pewnym momencie na przystanku pojawił się piękny, biały gołąb - jak dla mnie, Gołąbek Pokoju. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że mam jeszcze ok. 25 minut do Mszy świętej. Tak szybko jeszcze tam nie dotarłam. Kątem oka dostrzegłam, że do kościoła zmierza moja znajoma z parafialnej scholi. Podążałam więc za nią, aż do samej ławki. Msza rozpoczęła się procesyjnym wejściem kapłanów, któremu towarzyszył śpiew pieśni "Z dawna Polski tyś Królową". Głównym koncelebransem był biskup sosnowiecki, ksiądz Grzegorz Kaszak. W wygłoszonej homilii zachęcał nas wszystkich do pielgrzymowania na wzór Maryi, która też wyruszyła w niełatwą wędrówkę prowadzącej przez góry do swojej krewnej Elżbiety, która była brzemienna. Co ważne, nikt jej nie kazał tego robić, to był jej świadomy wybór.
Po Mszy świętej grupami wyruszyliśmy na pielgrzymi szlak. Nasza grupa miała numer ósmy i w tym roku wyszła na trasę jako ósma. Ogólnie jest tak, że co roku inna grupa rozpoczyna wymarsz, a ponadto kolejność wyjścia z każdej przerwy przesuwa się o jedną grupę do przodu. Tradycyjnie już pierwszy postój mieliśmy po przejściu pierwszych pięciu kilometrów w parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w jednej z będzińskich dzielnic, Łagiszy. To stosunkowo nowa parafia, której malowidła na ścianach przedstawiające historię budowy świątyni, nawiązują do miejscowego krajobrazu(możecie to zobaczyć na zamieszczonych fotografiach). Na Będzinie-Łagiszy, który najbardziej jest chyba znany z elektrociepłowni dostarczającej w zimniejszych porach roku ciepło do naszych kaloryferów, fotograf wykonywał pamiątkowe zdjęcia z samym biskupem wszystkim grupom. A potem można było usiąść wprost na trawie, albo na kocu, i posilić się przed dalszą wędrówką. Już na tym postoju spotkałam nauczycielkę jeszcze z czasów przedszkolnych, która przedstawiła mnie połowie swojej grupy.
Po półgodzinnej regeneracji wyruszyliśmy w trochę dłuższą, bo liczącą ok. 7 kilometrów, drogę, której finał był pod kościołem św. Mikołaja w Targoszycach. Na miejscu byliśmy po 12:00. W tym roku starałam się iść na przodzie grupy i "narzucać tempo". Efekt był taki, że ksiądz Niosący Światło kilka razy upominał mnie "Karolina, proszę cię, nie pędź tak..."😄😄😄. Ale przynajmniej szybko nauczył się mojego imienia, jak sam przyznał. Droga upływała nam pod znakiem śpiewów, modlitwy różańcowej, a także wysłuchaniu konferencji o jednym z patronów naszej diecezji, św. Bracie Albercie, o którym już raz tutaj wspominałam w >>TYM<< wpisie. Tradycją jest, że 3 dziesiątki różańca podczas marszu odmawiane są przed pielgrzymów. W pewnym momencie patrzę, ksiądz Niosący Światło podchodzi do mnie z mikrofonem. Pokręciłam głową odmawiając, a z drugiej strony musiałam ukryć wzruszenie, że po 5 godzinach tak we mnie wierzył, że sam chciał, abym powiedziała tą jedną "Zdrowaś Maryjo". Niektórym zajmuje to lata... Po dojściu do Targoszyc rozsiedliśmy się na placu przed kościołem. Podobno w kościele jeden z księży głosił pierwszą część konferencji mówiącej o Eucharystii. Niestety, albo kościół nie ma nagłośnienia, albo nie zostało ono włączone. W każdym razie ci, którzy siedzieli na zewnątrz(czyli zdecydowana większość, w końcu i kościół jest mały) nic nie słyszeli.
Następnie wyruszyliśmy w ok. 3,5 kilometrowy marsz pod remizę w Mierzęcicach, gdzie odbyło się nabożeństwo pokutne, a tym samym okazja do spowiedzi św. Pierwotnie tam miała mieć miejsce konferencja z Targoszyc, obawiano się jednak deszczu, a nawet burzy. Zupełnie niepotrzebnie - na naszą głowę nie spadła ani kropla deszczu.
Ok. godziny 16:00 wyruszyliśmy w ostatni, 7 kilometrowy odcinek trasy, który kończył się w Zendku. Przebiegał on m.in. koło lotniska w Pyrzowicach, toteż od czasu do czasu nad naszymi głowami przelatywał jakiś samolot. W końcu po około 2 godzinach minęliśmy znak informujący nas, że oto jesteśmy w Zendku. Co prawda musieliśmy jeszcze przejść pół wsi, aby dojść do kościoła parafialnego, no ale już prawie byliśmy "w domu". Kiedy dotarliśmy do świątyni, akurat trwała Msza święta. Ksiądz Niosący Światło, widząc nasze zmęczenie decydował, że nie będziemy czekać na jej koniec, tylko pomodlimy się przed budynkiem, a następnie osoby nocujące w szkole podjadą do niej autokarem, który jeszcze wróci po tych, którzy zdecydowali się zjechać na noc do domu. W szkole już czekali na nas z ciepłą zupą gulaszową. Pierwszy dzień pielgrzymowania zakończyliśmy wspólnym odśpiewaniem młodzieżowej wersji "Apelu Jasnogórskiego".
Nazajutrz większość z nas obudziła się o godzinie 6 rano. Wyjście zaplanowane było na godzinę 8:00, jednak do dyspozycji mieliśmy 2 kabiny z ubikacją. W szkole spało nas zaś ok. 40 osób. Szybkie ogarnięcie się, spakowanie swoich rzeczy i wsadzenie torby na bagaż. Po godzinie 7:00 ksiądz Niosący Światło przyniósł nam kosze pełne słodkich bułek w ramach śniadania. "Nie bolą cię nogi po wczorajszym marszu?" - zapytał z rozbrajającym uśmiechem, kiedy brałam moją porcję. Akurat przez tą godzinę zdążyłam już rozchodzić zalegający w mięśniach kwas mlekowy. Ciut przed godziną 8:00 opuściliśmy szkołę i udaliśmy się na drogę wyprowadzającą z Zendka.
Wychodzimy z Zendka
Według informacji z identyfikatora, który każdy z nas dostał na spotkaniu organizacyjnym, pierwszy etap marszu miał wynosić ok. 5 km. Może tak i było przed pandemią, kiedy jeszcze nie ukończono budowy nowego odcinku autostrady. Teraz wydaje mi się, że wynosi ona więcej(może nawet 7 km). Ponownie szłam na samym przodzie od czasu do czasu wyhamowywana przez księdza Niosącego Światło (Karolina, proszę cię, wolniej, no Pędziwiatr jakiś 😂). W końcu nie mogąc się doczekać przerwy, a jednocześnie widząc kapłana w pobliżu, zapytałam się go czy daleko jeszcze? "Nie mam pojęcia, dotychczas chodziłem z pielgrzymką z Siewierza" - usłyszałam w odpowiedzi. O matulu... Przynajmniej był szczery. W końcu zobaczyłam wiadukt, pod który wchodzili pielgrzymi z poprzedzających nas grup. "Doszliśmy" - usłyszałam głos kierownika grupy. Wszyscy skręciliśmy w lewo i usadowiliśmy się pod mostem, gdzie było w miarę sucho. Wyciągnęłam bułkę i wodę z plecaka, posiliłam się. Ksiądz próbował mnie jeszcze dokarmić bułką słodką, mnie jednak to co miałam wystarczyło.
Po jakiś 25 minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Tuż przed samym wymarszem zapytałam się księdza Niosącego Światło, czy nasz bus** jedzie do miejsca kolejnego postoju, czyli Woźnik. "Chcesz żeby cię podwiózł?" padło pytanie. Zaprzeczyłam, chciałam tylko, aby podwiózł mój plecak. Duchowny z tym swoim uśmiechem stwierdził, że nie ma problemu, a nawet wziął go ode mnie(Karolina, co ty tam nosisz?, hm... wodę, coś do jedzenia, bluzę, pelerynę i jeszcze kilka rzeczy). Plecak pojechał więc busem, a ja nieobciążona bagażem podążałam przed siebie. Znowu kilometraż z identyfikatora nie zgadzał mi się z faktycznym stanem rzeczy - wieża kościoła w Woźnikach pojawiła się dużo szybciej niż po zakładanych 6,5 kilometrach. Po drodze dołączył do nas ksiądz Paul, który zmieniał księdza Niosącego Światło. Znowu drogę umilał nam śpiew i żarty pielgrzymujących z nami księży. W Woźnikach pożegnałam się z księdzem Niosącym Światło, życząc mu jak najlepiej. A potem usiadłam z Ulencją i Wiolencją, aby coś zjeść i się napić.
Ta przerwa mogłaby trwać ciut dłużej, lecz już o 12:30 ruszyliśmy w 3 kilometrową(teoretycznie, bo kilometraż w busie wskazał, że wynosiła ona niecałe 6 km) drogę do Ligoty Woźnickiej. Kiedyś odprawiana była w niej na takim wielkim polu Msza święta, teraz nabożeństwo zostało przeniesione do ostatniego punktu w drugim dniu pielgrzymki, jakim jest kościół w Starczy. Teoretycznie moglibyśmy iść z Woźnik do Starczy za jednym zamachem, jednak to 11,5 kilometra. Dlatego nie zrezygnowano całkowicie z odpoczynku w Ligocie. Muszę przyznać, że ten odcinek dał mi w kość, miałam nawet ochotę się poddać i wsiąść do busa(myślę, że x Paul nie robił by mi żadnych problemów z tego powodu), a jednak zacisnęłam zęby i szłam przed siebie. Sił dodawał mi odmawiany po drodze różaniec oraz różne śpiewane piosenki pielgrzymkowe, jak chociażby ta, która jest moją ulubioną:
Swój wysiłek ofiarowałam w pewnej sprawie, co też w jakimś stopniu dodało mi sił do dojścia do końca etapu. A i tak z uczuciem ulgi usiadłam na kocu Ulencji, kiedy przyszedł czas odpoczynku. Ten odpoczynek też zaliczał się do "błyskawicznych", trwał około kwadransa. Z drugiej strony siedzieliśmy w środku lasu, więc może to i dobrze, że ograniczyli go do minimum, bo i mniej było czasu na złapanie kleszcza, i wspinający się po drzewie chłopiec nie miał dużo czasu, aby z niego spaść. Nawet zastanawiałyśmy się, czy w razie czego wystarczy pomoc jadącej z nami służby z hospicjum, czy trzeba będzie wzywać posiłki w postaci karetki pogotowia. Wiecie, zmęczony człowiek ma różne dziwne pomysły.
Kościół w Starczy
Po godzinie 13:00 wyruszyliśmy w ostatni etap drugiego dnia wędrówki wiodący ku kościołowi pw. Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w Starczy, gdzie zaplanowano Mszę świętą. Znowu podane w identyfikatorze kilometry nie zgadzały się z tymi, które pokonaliśmy... Ten fragment trasy poświęcony był postaci jednego z moich ulubionych świętych - Rafałowi Kalinowskiemu, którego życiorys przybliżył nam x Paul. A poza tym śpiewaliśmy różne pieśni oraz w okolicy 15:00 godziny - Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Kiedy kończyliśmy ją odmawiać, gdzieś w oddali zamajaczyła nam wieża kościelna, znak, że zbliżamy się do finału naszej wędrówki w tym dniu.
Po wejściu na plac kościelny znalazłyśmy dogodne miejsce na rozłożenie koca i po prostu padłyśmy na nim ze zmęczenia. Na szczęście temperatura nie była wysoka, ani nie padał deszcz. Mimo wszystko starałam się wyłapać słowa wygłoszonej homilii, która była kontynuacją konferencji z poprzedniego dnia. O oprawę muzyczną zadbała diakonia muzyczna Oazy. Powiem Wam szczerze, że czułam przebytą drogę w nogach, bo kiedy przyszła pora podniesienia się po homilii albo pójścia do Komunii, to był mały kłopot. No, ale jakoś dałam radę. Potem już tylko wystarczyło dojść do położonej niedaleko szkoły i miało się tą świadomość, że na ten dzień to już koniec. Na ten dzień, a raczej wieczór, zaplanowane mieliśmy ognisko z kiełbaskami. I nawet się odbyło, połowicznie, bo ledwie rozpalili ogień, lunęło jak z cebra. Śmieszne? Może trochę.
Trzeci dzień pielgrzymki skrócono nam o jakieś 5,5 kilometrów, które powinniśmy przejść do Nierady. Wszystko przez remont drogi, uniemożliwiający przejście dotychczasową drogą, a na inną trasę nie dostaliśmy zgody od kogoś tam. A znów bez sensu jest nabijać kilometry poprzez szukanie na siłę możliwości przejścia. Toteż wymyślili, że dowiozą nas tam autokarem, który potem pojedzie do Częstochowy i tam będzie na nas czekać na parkingu. Tak też się stało. W Nieradzie już czekała na nas ta część grupy, która przyjechała z domu autokarem. Złączyliśmy się w jedność i z "Godzinkami" na ustach ruszyliśmy na ostatnie 14,5 kilometrów marszu.
Po przebyciu pierwszych 6,5 kilometrów mieliśmy ponadgodzinny postój w lesie przed samą Częstochową. Wszak przed nami był najdłuższy odcinek trasy, który liczył 8 km. To na nim dołączył do nas ksiądz Niosący Światło. I od razu zrobiło się śmieszniej(Karolina... zgubiłem sutannę - a sutanna jak gdyby nigdy nic leży na kocu). W pewnym momencie podszedł do niego ksiądz, z którym byłam na Lednicy, a widząc mnie, pomachał mi. Widząc zdziwienie księdza Niosącego Światła od razu mu wyjaśnił, że my się znamy z tamtego spotkania młodych. "Ja też jeżdżę na Lednicę" - pochwalił się nasz kierownik. No niestety, nie kojarzyłam go.
Wypoczęci ruszyliśmy w dalszą, ostatnią drogę. Chociaż jest to teoretycznie najdłuższy odcinek, to jakoś tego nie odczuwam. Nawet mogę powiedzieć, że dla mnie jest on najprzyjemniejszy. A kiedy już w oddali widzi się Jasną Górę, to nogi same niosą człowieka przed siebie. Jednocześnie ma się świadomość, że to już miasto i że nie można zbytnio wyprzedzać grupy. I to na tym odcinku miało miejsce niezwykłe jak dla mnie zdarzenie. Akurat odmawialiśmy ostatni różaniec. Szłam sobie spokojnie przed wszystkimi i nagle widzę, że zbliża się do mnie ksiądz Niosący Światło z mikrofonem. Czekałam co wykombinuje. "Weź się Karolina nie wygłupiaj i powiedz tą jedną <<Zdrowaś Maryjo>>" usłyszałam jego szept - "Potrzymam ci mikrofon" - przekonywał - "Wierzę, że dasz radę". Przekalkulowałam to sobie wszystko w myślach. Zna mnie dopiero 2 i pół dnia, więc musi mieć cholernie wielką wiarę decydując się na takie szaleństwo. Jeszcze raz spojrzałam na niego, wyraz jego oczu mówił mi, że to nie żart. Zmobilizowałam się i powiedziałam tą pierwszą część modlitwy. "Widzisz, nie ma się czego bać" szepnął mi jeszcze do ucha i poszedł dalej. "No ale czy wy myślicie, że ja mam wam trzymać ten mikrofon?" - dobiegło mnie z tyłu. Chciało mi się śmiać, no, ale nie wypadało. Nie no, udany jest, to trzeba przyznać.
Upragniony widok(zdjęcie zrobione już po wejściu na Jasną Górę)
Kolumna powoli posuwała się do przodu, krok za krokiem, aż w końcu weszliśmy w mierzącą ok. 1,5 kilometra słynną Aleję Najświętszej Maryi Panny, prowadzącą prosto do stóp słynnego klasztoru. Jak dla mnie jest to miejsce niezwykłe - dla wierzących - duchowa stolica Polski, dla niewierzących - miejsce zatrzymania wojsk szwedzkich podczas Potopu Szwedzkiego w 1655 r. Czy tego chcemy, czy nie, to klasztor na zawsze zapisał się nie tylko na kartach historii naszego kraju, ale i w naszej literaturze. Sienkiewicz wspaniale opisał wszystko w "Potopie" wchodzącym w skład słynnej Trylogii, książka zaś jest lekturą w szkole średniej. Nie da się wymazać Jasnej Góry ze świadomości Polaków - trzeba by ją najpierw usunąć z podręczników do historii, a to może być trudne.
Każdy krok przybliżał nas do obranego celu. Maleńka wieża klasztoru stawała się coraz większa. Przed nami rozciągało się morze ludzi posuwających się ku podestowi, na którym stał biskup i wszystkich witał. Na ławkach i po bokach poustawiali się ludzie, którzy z uśmiechem witali przybyłych pielgrzymów. Ba, nawet ktoś wyniósł kubki z wodą, żebyśmy mogli się napić po podróży. Powolnej procesji towarzyszyły wesołe śpiewy pobożnych pieśni. Powolnej, bo przecież nie byliśmy ani jedyną, ani pierwszą grupą, która dotarła na Jasną Górę, a każda z nich musiała zostać przywitana przez księdza biskupa. Wreszcie nadeszła i nasza kolej, a wejście całej grupy, jak i wszystkich innych, nie tylko z naszej pielgrzymki, można zobaczyć na filmie -> https://www.youtube.com/watch?v=znWtz71lsUw(my wchodzimy od 3:56:32)***.
Po oddaniu pierwszego pokłonu wszyscy udaliśmy się do Kaplicy Cudownego Obrazu, gdzie mogliśmy na moment oddać swoje radości i powierzyć troski Najświętszej Panience. Trwało to naprawdę moment, ponieważ za nami na tą chwilę czekały kolejne grupy. Następnie mieliśmy jakieś dwie godziny dla siebie. Trochę pochodziłam sobie po Jasnej Górze, poprzyglądałam się wejściom grup z Tarnowskiej Pielgrzymki na szczyt, odpoczęłam. Porobiłam też kilka zdjęć, ale nimi może podzielę się w innym wpisie, bo coś czuję, że i bez tego zrobi się niezły tasiemiec.
O godzinie 16:00 w kościele przylegającym do Kaplicy Cudownego Obrazu odbyła się uroczysta Msza święta kończąca pielgrzymkę pod przewodnictwem księdza biskupa Grzegorza Kaszaka. Rozpoczęła ją pieśń "Maryjo, śliczna Pani", którą lud odśpiewał wraz z scholą oazową. Następnie zostaliśmy powitani przez księży paulinów, gospodarzy tego miejsca.
Homilię ksiądz biskup zaczął od przywołania słów wielkiego czciciela Matki Bożej Częstochowskiej, błogosławionego prymasa Stefana Wyszyńskiego: "Potrzebujemy Matki Bożej. Przecież nawet Bóg Jej potrzebował!(...) Nie możemy się bez Niej obejść. Bóg także nie chciał się bez Niej obejść. Szukamy u Niej ratunku i pomocy. Ona najpierw samemu Bogu była pomocą". Bo przecież Bóg mógł znaleźć inny sposób żeby przyjść na ten świat i go uratować. Wybiera jednak przedziwną drogę i poczyna się pod sercem Maryi. Z Maryi się rodzi i jej się całkowicie zawierza. Biskup przypomniał tym samym, że nowo poczęte dziecko jest całkowicie zależne od innych, a w szczególności od matki, podobnie jest, kiedy już się urodzi. Podobnie było z Jezusem i Maryją - tutaj też Dzieciątko było zależne od Matki. W ich życiu były momenty tragiczne wymagające od tej kobiety odwagi oraz wielkiego poświęcenia. Biskup przywołał tutaj historię ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu, w środku nocy, w nieznane, gdzie nie było rodziny ani przyjaciół. Maryja nie porzuciła tu swojego dziecka, zabrali ze sobą co mogli i udali się w nieznane żeby obronić dziecko przed śmiercią. Dbała o synka, zarówno na obczyźnie, jak i po powrocie do Nazaretu, aby mógł wzrastać w łasce i w latach. Miał więc wszystko to, co do tego rozwoju było niezbędne. I kiedy nastał moment, gdy ludzie niesprawiedliwie go osądzili i skazali na śmierć poprzedzoną wymyślnymi torturami, kiedy wszyscy go opuścili, Ona syna nie zostawiła samego - wspierała go i pomagała(stała przy krzyżu i słyszała wszelkie szykany). Jakby chciała powiedzieć ludziom, że jest z nim i wspiera go na tyle, na ile może. Pan Jezus dobrze wiedział, że może się na niej wesprzeć, że Matka nigdy go nie opuści ani nie zawiedzie. I oto tam na Krzyżu tą najdroższą sobie osobę on nam ofiaruje i daje. Trzeba powiedzieć, że Matka Boża z powierzonego jej zadania wywiązuje się bardzo dobrze. Kiedy grozi nam jakieś niebezpieczeństwo lub mamy jakiś problem, to ona spieszy nam na ratunek. Spieszy nam, Polakom, jako narodowi, ale też każdemu z nas z osobna. Nikogo nie porzuci, tak jak wtedy, kiedy uciekała przed Herodem. W tym miejscu biskup odwołał się do doświadczeń Polaków sprzed ponad 100 lat, czyli wojny polsko-bolszewickiej(sierpień 1920 r.). Armia Czerwona zalała wtedy Polskę. W pewnym momencie zbliżała się coraz bardziej pod Warszawę, już prawie w niej była, już była pewna swojego zwycięstwa. Bo jak padnie Warszawa, to najpierw polegnie Polska, a potem - Europa. Jak piszą historycy: "Gdy potężny nieprzyjaciel znalazł się blisko Warszawy, wtedy stało się oczywiste, że bez Bożej interwencji wojska polskie nie są w stanie pokonać armii sowieckiej. We wszystkich kościołach w Polsce ludzie spowiadali się, uczestniczyli w Eucharystii, trwali na adoracji Najświętszego Sakramentu i modlitwie różańcowej. Szczytem modlitwy był 7 i 8 sierpnia, to był początek wielkiej nowenny błagalnej, która kończyła się 15 sierpnia. Wtedy wszystkie kościoły Warszawy miały całodobowo wystawiony Najświętszy Sakrament. Razem z rządem Episkopat Polski i z wiernymi raz jeszcze poświęcił ojczyznę Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a na Jasnej Górze i w innych miejscach Polskę ofiarowano Maryi Królowej Polski. Oto tak zeszły się trzy wysiłki, które sprawiły cud - Najświętszy Sakrament, Najświętsze Serce Pana Jezusa i nasza najpiękniejsza Królowa Polski". Kardynał Wyszyński, który był wtedy młodym klerykiem był w Warszawie i tak to wszystko opisał: "Kościoły w Warszawie były otwarte, dniem i nocą, i ludzie trwali na modlitwie. One[kościoły] były zawsze pełne. Nie opuszczali świątyń". Prymas wspominał też, jak ludzie wyszli na ulice, aby organizować procesje pokutne. A on sam chodził wtedy od domu do domu i pocieszał ludzi. Ze słowami otuchy wchodził do polskich domów rozdając obrazki z Matką Bożą. Potwierdza to tezę, że w przypadku wszelkich niebezpieczeństw i zagrożeń Polak idzie prosić o ratunek Najwyższego. Jak przekonywał biskup, powinniśmy z tego wyciągnąć wnioski: z jednej strony, z tej wspaniałej osoby, którą mamy, która dana nam jest na obronę, na pociechę, na wsparcie dla narodu polskiego, a z drugiej strony z grożącego nam niebezpieczeństwa. Jako przykład tego zła została podana wojna na Ukrainie oraz potęga armii rosyjskiej. Przed 24 lutego, dniem ataku Rosji na Ukrainę, aż 90% Ukraińców nie wierzyło, że wybuchnie wojna. Pozostałe 10% twierdziło, że "to, co dla większości było niemożliwe stało się rzeczywistością". Homilia zakończyła się prośbą wzięcia sobie tego wszystkiego do serca i w razie zagrożeń wołać do Pani Przenajświętszej o pomoc, ratunek, pociechę, o wielką roztropność i rozwagę. A ona, kiedy usłyszy ten nasz błagalny głos, możemy być pewni, że wykona życzenie Syna.
Ze specjalną dedykacją dla naszej blogowej mielczarki - Pellegriny :)
Msza toczyła się dalszym rytmem. Pieśni śpiewane przez diakonie muzyczną ciekawie ją uzupełniały. A kiedy usłyszałam "Święty, święty, święty" śpiewane z podziałem na głos męski i żeński, to aż poczułam gulę w gardle. Chociaż moją ulubioną wersją jest to z mojej Pierwszej Komunii Świętej - "Hosanna, hosanna, hosanna memu Bogu". Następnie nastąpiło przemienienie chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew. Hmm... na myśl zawsze mi się wtedy nasuwają słowa jednej z pieśni: "Kiedyś wino i chleb, teraz Ciało i Krew, możesz wierzyć lub nie, to naprawdę dzieje się". Coś w tym jest, nie każdy wierzy, że pod tym białym opłatkiem kryje się sam Bóg, niektórzy wręcz pogardliwie nazywają komunikanty białym wafelkiem. Ja jednak wierzę, że w tym "białym wafelku" naprawdę ukryty jest Chleb Życia. Bo przecież jak śpiewamy: "Tyś w wieczerniku Siebie raz tylko uczniom dał, w ołtarzu-ś się, jak w niebie, powszednim chlebem stał". Nie powinna więc dziwić liczba osób, która podczas Mszy świętej przystąpiła do Komunii przy dźwiękach pieśni "Chrystus Pan karmi nas swoim świętym Ciałem" oraz "O wychwalajcie Go wszystkie narody". Na koniec ksiądz Dyrektor podziękował wszystkim za tą pielgrzymkę i oczywiście zaprosił na kolejną, w przyszłym roku. Otrzymaliśmy także uroczyste końcowe błogosławieństwo, którego udzielił nam ksiądz biskup. Ze świątyni wyszliśmy śpiewając, a jakże inaczej, "Czarną Madonnę".
Przed bazyliką odnalazłam Ulencję i Wiolencję, które nawet ucieszyły się na mój widok, bo, podobno, już się zastanawiały co się ze mną stało. Jak widać, w przyrodzie nic nie ginie. Nawet ja. Po chwili zmierzaliśmy na parking, gdzie już czekał na nas autokar. Ponieważ byłyśmy pierwsze, nie miałyśmy kłopotów z zajęciem miejsc. Z czasem zaczęli przybywać kolejni uczestnicy pielgrzymki, aż w końcu mogliśmy ruszyć w drogę powrotną do domu.
* Ogólnie zaleceniem dyrektora pielgrzymki był powrót na noc do własnych domów, jednak ksiądz Niosący Światło załatwił nam swoimi sposobami noclegi w szkołach ** Byliśmy jedyną grupą, która miała swojego busa jeżdżącego na wszystkie postoje oraz zbierającego tych, którzy już nie mogli iść dalej *** Ten okrzyk brzmiał "To my, to my, to my, anielskie lwy" :)
Dzisiaj z Będzina po raz 31 wyruszyła Sosnowiecka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę. Wśród setek pielgrzymów jestem też ja. Przed nami dwa i pół dnia wędrówki, którą zwieńczymy w czwartkowe południe wchodząc na słynny szczyt. W tym roku dziękujemy Najświętszej panience za 30 lat istnienia naszej diecezji, a samemu marszowi przyświeca hasło "W Krzyżu Miłości nauka".
Z tej okazji przygotowałam dla Was garść ciekawostek o tym niezwykłym miejscu. Wiem, że na mój blog zaglądają i ateiści, i wyznawcy religii, które nie akceptują pielgrzymek do Miejsc Świętych. W porządku, nie potępiam za to nikogo, ani nie próbuję nawracać na "jedyną słuszną wiarę"(hmm..., a kto to ustalił, że dana wiara jest jedyna i słuszna). Możecie potraktować to po prostu jako ciekawostkę o mieście, w którym znajduje się klasztor.
Wszyscy wiemy, że Matka Boska Częstochowska od zawsze nazywana jest Królową Narodu Polskiego, ukochaną Matką, cudowną Panią, a sama Jasna Góra jawi się jako duchowa stolica naszego kraju. Ale czy wiedzieliście, że Czarna Madonna ma "siostry"? Że była "aresztowana"? I że dostała Nobla?
Suknie Jasnogórskiej Madonny
Matka Boska Częstochowska, jak przystało na prawdziwą damę, ma się w co ubrać. Jej "szafa", czyli po prostu skarbce jasnogórskie, poszły w minimalizm, oznaczający się niewielką ilością ubrań, za to w dobrej jakości.
Wszystkich sukni jest jedenaście, każda z szat jest na inną wyjątkową okazję, a za każdą z nich kryje się osobna historia. Znajduje się wśród nich np. Suknia Zawierzenia wykonana z ok. 9 kg bursztynów i wysadzana tysiącem brylantów, Suknia z Nasion, Płaszcz Hetmański będący wotum generałów II Rzeczpospolitej, który został zrobiony z różnych oznaczeń i orderów, a także chyba najbardziej znana Suknia Milenijna z niebieskim haftem z motywem lilii.
Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie
Po ogłoszeniu, że VI Światowy Dzień Młodzieży odbędzie się w sierpniu 1991 roku w Częstochowie, rozgorzała się dyskusja, gdzie właściwie ma się odbyć to spotkanie. Brano pod uwagę m.in. błonia od zachodniej strony Jasnej Góry, czy też lotnisko wojskowe w Rudnikach.
Jednak Jan Paweł II stanowczo powiedział, że ma to być koniecznie plac przed szczytem, gdzie zawsze dokonywały się historyczne akty wielkich zawierzeń. "Będzie ciasno - przyznawał - ale ciepło, tak domowo, jak może być tylko u Matki! - miał tłumaczyć swoją decyzję.
Dzięki temu do serca Matki przytuliła się, i to dosłownie, młodzież z całego świata. Jak wspominają uczestnicy tego spotkania, jeszcze nigdy na Jasnej Górze nie było tak ciasno, a pozajmowane były nawet okoliczne drzewa, na które wchodziła pragnąca zobaczyć papieża młodzież.
św. Paweł Pustelnik
Paulini z Jasnej Góry
Chociaż Jasna Góra z masą pielgrzymów wcale nie kojarzy się z pustelnią, to trzeba pamiętać, że rezydujący w klasztorze paulini są zakonem wywodzącym się z ruchu eremickiego. Nawet Jan Paweł II ośmielił się z tego zażartować na zakończenie wspomnianych Światowych Dni Młodzieży: "- Czy wy wiecie jak nazywają się ci ojcowie i bracia w białych habitach, co tu się najwięcej kręcą po Jasnej Górze? Nazywają się paulini, synowie św. Pawła pustelnika. Synowie św. Pawła pustelnika i sami pustelnicy - aleśmy im urządzili pustelnię!".
Nobel dla Maryi
Tradycja składania dziękczynnych wotów w zamian za otrzymane łaski sięga XV wieku. Po dzień dzisiejszy zawiesza się je na ścianach kaplicy oraz gromadzi w jasnogórskim skarbcu. Dzięki temu przegląd zbiorów jest cudowną lekcją historii narodu polskiego.
Wśród nich można znaleźć liczne szaty i naczynia liturgiczne, takie jak monstrancja podarowana przez króla Zygmunta Starego, cenne dzieła sztuki, biżuteria z różnych epok, różaniec królowej Bony, a także przedmioty codziennego użytku, takie jak złoty kubek i zegar podarowany przez króla Jana III Sobieskiego lub pióro, którym pisał Henryk Sienkiewicz. Bardzo cennym wotum jest też medal Pokojowej Nagrody Nobla ofiarowany przez Lecha Wałęsę.
Inne zgromadzone dary są cenne od strony historycznej. Należą do nich różańce wykonane z cennego chleba czy też korona cierniowa z drutu kolczastego ofiarowane przez więźniów, którzy przeżyli piekło obozów koncentracyjnych.
Wyjątkowe znaczenie posiadają wota, które przekazali papieże: monstrancja od Jana XXIII, złota róża od Pawła VI oraz złota róża i zakrwawiona stuła po zamachu od Jana Pawła II.
Aresztowanie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej
Chociaż Jasna Góra od dekad jest celem licznych pielgrzymek z całego świata, to warto pamiętać, że sama Matka Boża od lat pielgrzymuje po całej Polsce. A wszystko zaczęło się 26 sierpnia 1957 roku, kiedy miał miejsce tzw. "święty pocałunek"(zetknięcie kopii obrazu z Cudownym Wizerunkiem.
Przez następne 23 lata obraz odwiedzał wszystkie polskie parafie, choć do niektórych dotarły same jego ramy. Chociaż może brzmieć to dziwnie - 4 września 1966 r. Matka Boża została "aresztowana" przez władze PRL i więziona do 1972 r. W maju 1985 r. rozpoczął się kolejny etap peregrynacji, który trwa do dzisiaj.
"Czarne siostry" Czarnej Madonny
Jeżeli sądziliście, że tytuł Czarnej Madonny zarezerwowany jest tylko dla Matki Bożej Częstochowskiej, to muszę Was rozczarować - nosi go jeszcze kilka innych maryjnych wizerunków i to na całym świecie. Jednym z najbardziej znanych jest La Morenta, czyli Czarnulka(Matka Boża z Montserrat w Katalonii.
La Morenta
Co ciekawe, przez podobieństwo tych dwóch wizerunków Katalończycy zostali okrzyknięci przez innych mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego los polacos - czyli Polakami.
Cuda, po prostu cuda
Uzdrowienia, nawrócenia, łaski rodzicielstwa, a nawet wskrzeszenia - lista cudów jakie miały miejsca a wstawiennictwem Matki Bożej z Jasnej Góry jest bardzo długa. Nic dziwnego, bowiem już od 1402 roku paulini spisują wszystkie nadzwyczajne zdarzenia.
Wiele z nich zostało poświadczonych dokumentacją medyczną oraz zeznaniami świadków. Jednym z najbardziej spektakularnych cudów miał miejsce na początku XVI wieku. Wtedy to pod cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej została wskrzeszona matka wraz z dwójką jej dzieci. Dzisiaj przypomina o tym obraz wiszący w łączniku pomiędzy bazyliką, a kaplicą Cudownego Obrazu.
W jasnogórskich archiwach spisanych jest aż 30 świadectw powstania z martwych za pośrednictwem Pani z Częstochowy. Wszystkie jednak miały miejsce wieki temu. Z tyłu głowy może rodzić się pytanie - czy nasi przodkowie byli ludźmi większej wiary? Trudno jest na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Faktem jest natomiast, że każdego roku na Jasną Górę pielgrzymują tysiące osób, aby wymodlić potrzebne łaski.
Ostatnio "katuję" Was opisami moich wolontariatów, w szczególności sportowych. Pokazuję jak to działa od tej drugiej strony. A tymczasem w zeszły poniedziałek sama brałam udział w X już edycji patronalnego biegu "Biegać jest Bosko" odbywającego się w Oświęcimiu. Biegowi od początku patronuje święty Jan Bosko, kapłan i przyjaciel młodzieży, który jest dla mnie niedoścignionym autorytetem w dziedzinie bycia pedagogiem i wychowawcom. Zresztą święty patronuje nie tylko biegowi, ale i całemu miastu Oświęcim. Ciekawostką jest, że właśnie w Oświęcimiu powstało pierwsze na ziemiach polskich Oratorium salezjańskie, które działa po dzień dzisiejszy.
To już mój trzeci bieg "Biegać jest Bosko". Dotarłam na niego, a jakżeby inaczej, z przygodami. Od jakiegoś czasu coś się dzieje na drodze kolejowej, bo pociągi dojeżdżają tylko do Bierunia Starego, a stamtąd jest już komunikacja zastępcza. Autobusu bezpośredniego z Katowic nie uświadczysz... Nie wiem dlaczego, ale e-podróżnik nie wyświetlił mi ani jednego pociągu do Oświęcimia/Bierunia. Przekonana, że i jego wycofali, skierowałam się na Kraków, a stamtąd już łapałam autobus do miejsca docelowego. Jeszcze nie wiem co mi się ubzdurało, że start jest godzinę wcześniej. Ale miało to i swoje dobre strony, dzięki temu nie spóźniłam się na bieg.
W Oświęcimiu wysiadłam za kościołem znajdującym się w centrum miasta. Stamtąd udałam się w dół rynku, w kierunku kościoła "należącego" do księży salezjanów. Tuż za nim wznosi się ogromny gmach oratorium salezjańskiego, w którym usytuowano Zespół Szkół. W jego skład wchodzą Liceum, Technikum, Szkoła Branżowa I Stopnia oraz Centrum Kształcenia Ustawicznego, a także internat, gdzie mogą zostać zakwaterowani przyjezdni uczniowie. To tutaj w latach 50 ksiądz Henryk po raz pierwszy zetknął się z charyzmatem salezjańskim, składając papiery, a następnie uczęszczając do działającego w placówce Niższego Seminarium Duchownego(dającego mu jednocześnie wykształcenie na poziomie szkoły średniej). Dlatego w tym roku patrzyłam na budynek z trochę innej perspektywy.
Biuro zawodów usytuowane było na obszernym dziedzińcu oratoryjnym. Ledwie do niego doszłam, już zostałam rozpoznana przez organizatorów pomimo tego, że był to dopiero mój trzeci bieg. No ale dobra, było mi miło, nie powiem, że nie. W biurze dostałam numer startowy, agrafki oraz... paczkę paluszków. Jak się potem okazało, były one dla wybrańców, czyli tych startujących, którzy nie są zrzeszeni w klubie organizującym bieg.
Teraz musiałam tylko czekać na start. Teoretycznie mogłam sobie iść pozwiedzać centrum miasta, bo miałam jeszcze chwilkę czasu, ale wolałam oszczędzać siły. Poszłam więc sobie na ławkę, wyjęłam z plecaka książkę i pogrążyłam się w jej lekturze. W zasadzie nie była ona specjalnie wciągająca, ale bibliografia potrzebna do napisania kolejnej pracy dyplomowej sama się raczej nie przeczyta.
Start biegu przewidziany był na godzinę 16:00. Jednak tradycją jest, że kwadrans wcześniej wszyscy przechodzimy przed pomnik św. Jana Bosko(który jest usytuowany między budynkiem szkolnym, a kościołem parafialnym), gdzie ksiądz proboszcz poprowadził krótką modlitwę oraz pobłogosławił biegaczy. Ponieważ była jeszcze chwilka do wykorzystania, ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia.
Zaraz po zdjęciu wszyscy przebiegliśmy albo przeszliśmy tzw. honorową rundę pod miejsce oficjalnego startu biegu, znajdujące się już na szkolnym dziedzińcu, który jest połączony z zielonymi terenami nad przepływającą przez miasto Sołą. To po ich alejkach i ścieżkach wiodła trasa biegu.
Na starcie odczekaliśmy jeszcze moment, aż elektroniczny zegar ustawiony na linii startu/mety wskaże punkt 16:00. Ostatnie 10 sekund było wspólnym odliczaniem wspak. Kiedy na zegarze pojawiła się długo wyczekiwana godzina, starter dał nam znak do startu.
Przed nami było malowniczych 5 kilometrów trasy, przebiegającej przez bulwary nad Sołą oraz przylegające do nich tereny zielone. Najszybszym pokonanie całego dystansu zajęło ok. 15 minut. Mi ciut więcej - 48, czyli kilometr pokonywałam w niecałe 10 minut. Nie jest źle, bądź co bądź zmieściłam się w limicie czasowym wynoszącym 60 minut, ba, mogłam sobie nawet pozwolić, aby biec te 12 minut wolniej :D.
Sama atmosfera biegu była niezwykła. Po trosze była to zasługa głównego jego patrona - św. Jana Bosko, a po trosze spacerowiczom po usytuowanych na bulwarach, którzy nie szczędzili dłoni do oklasków ani gardeł do wykrzykiwania haseł dopingujących każdego z nas.
Biegnąc bulwarami nad rzeką Sołą
A przez pewien czas przez kawałek lasku
Aż w końcu cudowny finisz z najstarszym uczestnikiem biegu
Zmęczona, z niewielkim wspomaganiem(jak widać na załączonym zdjęciu) ale szczęśliwa dobiegłam do końca. To nic, że na końcu, ważne że się nie poddałam i dałam radę. A kiedy na mojej szyi zawisł piękny medal, pomyślałam sobie, że każdy tutaj jest zwycięzcą, bez różnicy, które tak naprawdę zajął miejsce!
Wracając do domu naszła mnie jeszcze jedna myśl, że oprócz wspomagania ziemskiego dostałam jeszcze jedno - z samych niebios. Bo może gdzieś tam ksiądz Henryk mi kibicował i dodawał otuchy ciesząc się, że ktoś reprezentował naszą salezjańską parafię w biegu, któremu patronował założyciel księży salezjanów :).
Gdy idziesz leśną ścieżką, zatrzymaj się w pół drogi. Wytęż swój zmysł słuchu, najsilniej jak tylko potrafisz. A może wyraźnie usłyszysz, mowę ukrytą wśród głuszy. Szum drobnych liści brzozy, zachęca do dalszej wędrówki. Szelest gałązek pod butem, wtóruje tej zachęcie. Dzięcioł tak bardzo wyraźnie, stuka w twarde drewno. Echo to niesie wokoło, wołając: "Idź do lasu, tam przygoda czeka!" Głos w leśnej głuszy, subtelny i delikatny, czy słyszysz go w swej duszy, w swym sercu? Podążaj za jego śladem...
Jako typowy mieszczuch tęsknię do miejsc, w których panuje choć trochę ciszy i w których można tak po prostu odpocząć. Co prawda mam po drugiej stronie ulicy park miejski, do którego staram się zaglądać tak często, jak tylko mogę, jednak jak tylko mam okazję, to staram się iść do lasu. Śmieję się, że w poprzednim wcieleniu musiałam być jakimś ludkiem leśnym, względnie wyssałam to z mlekiem ojca. A tak, faktycznie, to raczej matki karmią swoje potomstwo mlekiem z piersi. Jednak to tata wychował się w samym sercu lasu, więc może przekazał mi coś w swoich genach?
Nic więc chyba dziwnego, że jako miejsce porannego rozruchu podczas tegorocznego obozu sportowego(i nie tylko, bo i podczas wcześniejszych lat), najczęściej wybierałam sobie leśną przestrzeń. To zaś nie było trudne - ośrodek wypoczynkowy, w którym zostaliśmy zakwaterowani(ten sam, który ucierpiał podczas zeszłorocznego tornada) leży w samym sercu takiego lasu. Oczywiście, na upartego mogłam biegać drogą ze skraju lasu w stronę ośrodka i z powrotem, ale to by było... nudne. O wiele ciekawsze było penetrowanie przestrzeni leśnej, nawet jeżeli wiązało to się z ewentualnym pomyleniem drogi powrotnej. Ale i na to miałam swój autorski patent - wystarczyło dojąć do linii kolejowej i iść wzdłuż niej do ścieżki wyjazdowej z ośrodka.
Nigdy na taki bieg nie brałam ze sobą żadnego urządzenia z zapisaną na nim muzyką. Nie tylko dlatego, że takiegoż nie posiadam. Dla mnie najpiękniejszą muzyką jest ta, która tworzona jest naturalnie. Zazwyczaj witały mnie przepiękne ptasie trele zwiastujące, że oto nastał nowy, niepowtarzalny dzień. Tak, tak, to one przypominały mi, że w każdym dniu mamy jedną i niepowtarzalną okazję przeżyć czy też zrobić coś dobrego, ciekawego i pożytecznego. Bo nigdy później już się nie powtórzą takie same okoliczności. Tego właśnie nauczył mnie też sport - każdy start to dawanie z siebie wszystkiego, bo nigdy już nie mogę mieć podobnej szansy, aby pobiec w identyczny sposób.
Piękny jest też dla mnie odgłos trzaskających gałęzi pod moimi butami połączony z szelestem suchych liści. To dla mnie potwierdzenie, że właśnie zetknęłam się z ziemią. To bardzo intymny moment, który trwa krócej, niż wciągnięcie powietrza do płuc. Pozwala jednak poczuć jedność z podłożem, a nawet pozwolić sobie na odpoczynek trwający ułamek sekundy. Następnie jedna noga wędruje do góry, a druga uderza w podłoże, wywołując kolejne trzaski. Nie są one zbyt głośne, przypominają powolne, lecz równomierne uderzanie dobosza w bęben. Trach, trach, trach. A człowiek biegnie(chociaż bardziej to był trucht niż bieg) w jego trakt niczym żołnierz w wojsku.
Ale bywały i dni, kiedy las witał mnie odgłosami kropel deszczu, przedzierających się przez gęste listkowie i opadających na suchą ściółkę. Po zeszłorocznej przygodzie czuję trwogę, nawet przy niepozornych opadach. A jednak, nawet w dźwięku, który napełnia mnie niepokojem, starałam się wyłapać "słowa", które dodawały mi otuchy w pokonywaniu własnych słabości. W dodatku deszczowe poranki były dość chłodne, a jednocześnie rześkie. Truchtając mijałam wiele powyrywanych drzew z korzeniami, czy też połamanych pni. Czy to skutek huraganu z zeszłego roku, czy też jakaś inna ingerencja człowieka albo natury? Nie mam pojęcia. W każdym razie czułam jakiś wewnętrzny smutek na ten widok.
Na szczęście dużo częściej w mojej duszy pojawiało się szczęście i radość. Radość z każdego dźwięku dochodzącego z głębi dnia, radość ze słonka przedzierającego się przez gałęzie i liście, radość z widoku mrówek dzielnie taszczące ogromne jak na nie źdźbła trawy. W końcu wszystko to składało się na radość z każdego dnia. Nic dziwnego, że w mojej głowie po drodze tak jakoś sam ułożył się wiersz, który zaprezentowałam Wam na wstępie. Bo przecież w lesie można usłyszeć tyle pięknych dźwięków, zobaczyć tyle pięknych obrazów. Trzeba tylko mieć oczy i uszy szeroko otwarte na jego piękno.
Po debiucie w roli wolontariusza podczas zimowej edycji "Biegu Zbója" było niemal pewne, że pojawię się również na jego letniej wersji. Nawet jeżeli na początku mieli jakieś wątpliwości, to w trakcie całego dnia zostały one rozwiane. I chociaż panowała raczej minusowa temperatura, to dzięki szeroko rozumianej współpracy nasze serca rozpalał płomień radości. Na koniec sam organizator podziękował mi za pomoc i zaprosił na przyszłość.
Ekipa na strefie startu/mety
Jednak o ile zimą biegi odbyły się w jeden dzień(i to w niecały), o tyle w sierpniu całość jest rozłożona na dwa dni. Niby Bielsko-Biała nie jest daleko od K-c, niby między jednym a drugim miastem jest w miarę dobrze połączenie kolejowe, a jednak uznałam, że bez sensu jest jeździć w tą i z powrotem. Postanowiłam więc załatwić sobie nocleg na miejscu. Udało mi się załatwić aż trzy noclegi w Domu Turysty PTTK. Może i zaszalałam, ale dzięki temu mogłam cały piątek poświęcić na zdobywanie Klimczoka, czemu poświęciłam poprzedni wpis na blogu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Baca załatwił mi nocleg u innego wolontariusza mieszkającego na miejscu. A że jakoś to do mnie nie dotarło... No, zdarza się.
Po niezwykle intensywnym jak dla mnie piątku trochę obawiałam się, czy na drugi dzień będę zwarta i gotowa do działania. Co prawda trochę bolało mnie w piętach, ale poza tym czułam się całkiem dobrze. Zarzuciłam plecak na plecy i ruszyłam w stronę przystanku, który był kilkaset metrów dalej.
Autobusem podjechałam sobie pod Akademię Techniczno-Humanistyczną, spod której musiałam przejść ok. kilometra na zielone tereny Błoni, na których usytuowane było biuro zawodów, depozyt oraz start i meta biegu. W zasadzie nie za bardzo znałam trasę, podążałam jednak za tłumem ubranych na sportowo osób. Tym sposobem dotarłam na miejsce. Po drodze zeszłam się z jednym z organizatorów wydarzenia, który od razu pośpieszył mnie przywitać.
Na miejscu oddelegowano mnie, tymczasowo, do działania w biurze zawodów. Wylądowałam na ostatnim stanowisku, ale tak naprawdę to tam było najwięcej do zrobienia. Na ostatnim stanowisku oprócz normalnego wydawania pakietów startowych trwały zapisy zawodników, którzy tego dnia dopiero się na to zdecydowali. Trzeba było im wydać pakiet, numerek z dodatkowej puli numerów startowej, chip oraz dopilnować, by wypełnili kartę startową(ci, którzy zapisywali się wcześniej przez internet wypełniali elektroniczny formularz) i wnieśli opłatę startową. Spokojnie, nie robiłam tego wszystkiego sama, bo chyba bym się pogubiła*, do mnie należało wydawanie pakietów oraz szukanie chipów. Tak naprawdę najwięcej pracy jest jakieś 30 minut przed startami, bo wtedy najwięcej startujących odbiera swoje pakiety. Wcześniej i później wszystko się jakoś rozkłada w czasie.
Kiedy wystartował drugi bieg na 25 km o 10:30(pierwsza część wystartowała o 9:00) ekipę z biura zawodów podzielono na dwie grupy - pierwsza została na miejscu, a druga poszła na strefę startu/mety. Znalazłam się w tej drugiej grupie, głównie ze względu na doświadczenie w wydawaniu medali i innych rzeczy. Zanim jednak udałam się na pieczonki, w celu uzupełnienia kalorii. Wszak nigdy nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja.
Zwłaszcza, że wkrótce na metę zaczęli wbiegać pierwsi zawodnicy pierwszej tury biegu na 25 km. Moje zadanie na mecie polegało na podawaniu im butelki z wodą oraz... puszki z piwem. 0%, rzecz jasna. To piwo z pozoru może wydawać się dziwne, jednak bardzo dobrze nawadnia ono organizm po zmożonym wysiłku. Co prawda tego dnia nie było słońca, nawet w pewnym momencie zaczął padać deszcz. Jednak, jak pamiętamy z lekcji fizyki, podczas pracy(a w tym przypadku wysiłku), wydziela się ciepło, mimo wszystko. Więc zarówno jedno(woda), jak i drugie(piwo) było przez zawodników pożądanym towarem. I tylko nieliczni z któregoś z tych dwóch napoi rezygnowali.
Zakończenie przez zawodników biegu na 25 km(druga tura musiała się wyrobić do godziny 15) nie oznaczało zejścia ze stanowiska. Na trasie w dalszym ciągu byli jeszcze biegacze z dystansu 42 oraz 60 kilometrów, którzy stopniowo meldowali się na mecie. Ci ostatni mieli czas do 18:00(od godziny 7:00) i tak naprawdę do tej godziny trzeba było stać na stanowisku. Na szczęście pogoda nieco się poprawiła - słońce nie zaszczyciło nas swoją obecnością, ale za to nie padało.
Po drodze Baca załatwił mi na niedzielę podwózkę spod Domu Turysty na Błonia. Co prawda o kosmicznej godzinie, bo 5:45, ale cieszyłam się i z tego. A adrenalina tak zadziałała, że już o 5:30 stałam pod drzwiami obiektu. Ponieważ na Błoniach byłam już o godzinie 6:00, pomogłam trochę w rozkładaniu medali na ławce przy linii mety. Po kolorze wstążki można było rozpoznać, dla jakiego dystansu są przeznaczone. Na szczęście w niedzielę bieg na 7 kilometrów startował po zakończeniu wcześniejszego biegu, nie było więc ryzyka, że się pomylą. Około godziny 7:00 poszłam pomóc w biurze zawodów. Tym razem wydawaliśmy pakiety na 11 i 7 km oraz ponownie zapisywaliśmy nowych zawodników.
Pierwszy z biegów, na 11 kilometrów, wystartował o godzinie 9:00. Po nim ponownie podzieliliśmy się na dwie grupy, a ja ponownie zostałam przydzielona do strefy medalowej. Tym razem emocje wzięły górę, ponieważ wśród startujących byli także wolontariusze pomagający przy organizacji całego przedsięwzięcia. Ich radość po dotarciu na metę udzieliła się także i nam.
Bieg na 7 km wystartował o godzinie 12:30. Tym razem załapałam się na rozdawanie medali, co również bardzo lubię. Po dwóch dniach rozdawania butelek z wodą oraz puszek z piwem nie mogłam już trzymać nic takiego w rękach. Dlaczego? Sama nie wiem. Na szczęście rąk do rozdawania medali nigdy nie jest za mało. Tym bardziej, kiedy na metę wpadają zawodnicy jeden po drugim.
Bieg na 7 km trwał najkrócej - właściwie po godzinie 14:00 było już po wszystkim. Jeszcze tylko zjadłam kolejną porcję prażynek i mogłam się zbierać do domu. Oczywiście mogłabym pomóc w ogarnięciu wszystkiego, jednak tym zajęli się miejscowi. Musiałam tylko poczekać, aż pojawi się jedna z wolontariuszek, która obiecała mnie podwieźć pod dworzec PKP, żebym nie musiała czekać na komunikację miejską, jeżdżącą znacznie rzadziej niż normalnie. Ogólnie to cieszę się, że zawsze znajdzie się ktoś gotowy mnie przywieść albo odwieźć.
Na wygłupy z Bacą też znalazł się czas :)
Czy wróciłam zmęczona? Może trochę. Ale to wszystko daje mi dużo radości oraz satysfakcji. I tego się trzymajmy. A nasze uśmiechy niech mówią same za siebie :)
W ubiegły weekend miałam przyjemność pomagać w Bielsku - Białej podczas odbywającej się po raz 5 letniej edycji "Biegu Zbója". Pobyt w miejscowości postanowiłam połączyć ze zdobyciem jej najwyższego szczytu - Klimczoka(1 117 m n. p. m.). Na wejście na Klimczok miałam ochotę od początku roku, tj. od chwili kiedy Baca napisał mi o wyzwaniu jednego z tamtejszych klubów sportowych, polegającym na codziennym zdobyciu szczytu. Korciło, i to bardzo, jednak zdrowy rozsądek połączony ze swoistym strachem, wziął górę. Co innego zdobywanie góry zimą(w dodatku bez odpowiedniego sprzętu), a co innego innymi porami roku, kiedy nie ma już śniegu. Dlatego nic nie stało na przeszkodzie, abym zaległości ze stycznia nadrobiła kilka miesięcy później. Specjalnie na tą okazję przyjechałam do Bielska dzień wcześniej niż powinnam poświęcając na wędrówkę cały piątek. Wiem, że niektórzy dochodzą tam w niecałe 3 godziny, zakładam jednak, że są to zaprawieni w boju górołazy. Gdzie tam mi do nich... Swoją przygodę ze wspinaczką zaczęłam od dojechania komunikacją miejską na przystanek autobusowy, który nazywa się "Karbowa. Hala Sportowa". Już w drodze widziałam jedną z kolejek linowych prowadzących na pierwszy z mijanych przeze mnie szczytów - Dębowiec. Tuż przed nią błysnęło mi coś ala mapa. Domyśliłam się, że mogą tam być zaznaczone szlaki prowadzące na poszczególne szczyty. Co prawda musiałam się wrócić od przystanku, ale dzięki temu mogłam przeanalizować różne warianty trasy - zgodnie z moimi przypuszczeniami była to mapa turystyczna.
Wybrałam szlak czerwony. Właściwie nie wiem dlaczego, ale po przejściu całej trasy wiem, że to był idealny wybór jak na pierwszy raz. Najtrudniejszym elementem było tak naprawdę wejście na ten szlak. Po przestudiowaniu całej mapy(a konkretniej interesującego mnie odcinka) uznałam, że najlepiej będzie wrócić się do drogi prowadzącej do toru saneczkowego i tam szukać punktu zaczepienia. To był strzał w dziesiątkę - po minięciu osiedla domków jednorodzinnych oraz parkingu dla samochodów trafiłam na rozgałęzienie szlaku czerwonego i niebieskiego.
To tylko fragment samochodów, które tamtego dnia stały przed wejściem na szlak
Tak jak napisałam, obrałam sobie szlak czerwony, toteż skręciłam w lewo. Zastanawia mnie w tych znakach, dlaczego napisali, że prowadzą na kolejkę na Szyndzielnię, skoro prowadzą na kolejkę u szczytu Dębowca? No, chyba, że kolejka z Dębowca jest jakoś połączona z kolejką na Szyndzielnię... Może kiedyś rozwiążę tą zagadkę. Na razie pokonywałam kolejne metry prowadzące w górę, wsłuchując się w dochodzące zewsząd ptasie trele. Sami śpiewacy byli poukrywani gdzieś w gęstwinie drzew, bez problemów wypatrzyłam jednak budki, w których zapewne pomieszkują niektórzy z nich. Jednocześnie ze zdziwieniem odkryłam ilu mijających mnie ludzi miało słuchawki w uszach. Ech, nie wiedzą co tracą. Po drodze mijała mnie spora ilość turystów. Nic w tym dziwnego - podejrzewam że większość z nich była na dłuższym lub jednodniowym urlopie. Wszak w poniedziałek przypadał dzień ustawowo wolny od pracy, biorąc jednodniowy urlop w pracy, miało się więc 4 dni do wykorzystania. Ale przecież wśród górołazów było też sporo osób w wieku emerytalnym(co nie oznacza, że są oni już na emeryturze), dzieci i młodzieży w większych grupach. Pogoda też zachęcała do zdobycia szczytu - nie padało, ale też nie było przerażająco gorąco. Było ciepło, a i droga skąpana była w cieniu rzucanym przez rosnące dookoła drzewa. Ich gęste listowie nie dawało tak łatwo przedrzeć się przez nie promieniom słonecznym.
Po kilkudziesięciu minutach(niestety, nie miałam ze sobą zegarka na rękę, a komórkę miałam schowaną w kieszeni spodni - zdjęcia robiłam kompaktówką) dotarłam do pierwszego punktu, jakim był niewielki szczyt Dębowiec (525 m. n. p. m.). Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to urokliwa kapliczka stojąca na lewo od wejścia na polankę. Opiekują się nią miejscowi księża Pallotyni. Kaplica jest pod wezwaniem (o ile dobrze zrozumiałam) Matki Boskiej Fatimskiej i Świętych Dzieci Fatimskich. W niedzielę w okresie od maja do października o godzinie 16:00 odbywają się w niej Msze święte. Przy kaplicy znajdują się figurki naturalnej wielkości, które przedstawiają scenę ukazania się Matki Boskiej ubogim pastuszkom - Łucji, Franciszkowi oraz Hiacyncie. Tego dnia kaplica była zamknięta, udało mi się jednak sfotografować jej wnętrze przez szklane drzwi, przez które wchodzi się do jej wnętrza.
"Na liściach dębowych stanęła Pani, a dzieci na klęczkach modlą się do niej"
Za kaplicą znajduje się dość sporych rozmiarów tor saneczkowy, który działa cały rok. Po chwili skierowałam swoje kroki ku stokowi, po którym zimą prawdopodobnie szusują narciarze. Na szczęście teraz można było bezpiecznie usiąść. Tak też zrobiłam. Co prawda trochę wyżej było usytuowane schronisko z miejscami do siedzenia, jednak wybrałam łono natury. Na wprost rozciągał się wspaniały widok na panoramę znajdującego się w oddali Bielska.
Tor saneczkowy
Wyciąg krzesełkowy
Panorama miasta
Mistrz robienia sobie selfie :)
Po krótkim odpoczynku połączonego z nawodnieniem organizmu ruszyłam w dalszą drogę. Przy wejściu na dalszą część szlaku minęłam ciekawy głaz poświęcony ks. Józefowi Schimko. Zmarł on nagle podczas wędrówki na Dębowiec, 9 czerwca 1858 roku. Mijany kamień upamiętniający jego postać został tam ustawiony już w 1864 roku.
Kamień upamiętniający postać ewangelickiego pastora, ks. Józefa Schimko
Po jakiś 200 metrach przejścia lasem trafiłam na rozstaje dróg. Tam również znajdowała się tabliczka informująca, że w tym miejscu jest szczyt Dębowiec oraz zawierająca informację na temat tego, dokąd prowadzą przecinające się tam szlaki. Wynikało z nich, że czekał mnie przynajmniej dwugodzinny marsz na Szyndzielnię, która znajdowała się po drodze na Klimczok. Piszę "przynajmniej", bo czterokończynowe porażenie mózgowe skutecznie utrudnia mi poruszanie się przeciętnym tempem. No, może gdybym częściej wychodziła w góry, to chodziłabym po nich szybciej, ja jednak cieszę się, że w ogóle jest mi dane pokonać ten szlak na własnych nogach.
Na rozstaju zobaczyłam też pierwsze taśmy znakujące trasę "Biegu Zbója". Aż 3 z 5 biegów wchodzących w jego skład (bieg na 25 km, maraton[42 km] oraz ultramaraton[60 km]) prowadziło właśnie przez Klimczok. Serce zaczęło mi szybciej bić - zdaję sobie sprawę z tego, że choćbym nie wiem jak chciała to nigdy nie przebiegnę takiego odcinku ze względu na ograniczenia mojego ciała. A jednak przez te znaczniki chociaż w niewielkim stopniu mogłam poczuć emocje związane z pokonywaniem kolejnych metrów trasy biegu. Kawałki taśmy zwisały co pewien czas. Przy każdym z nich była informacja w jakim celu zostały umieszczone, prośba o nieusuwanie ich oraz zapewnienie, że zostaną uprzątnięte po biegu. W większości przypadków to one informują zawodników, czy dobrze biegną, dlatego mam do Was prośbę - jeżeli kiedykolwiek zobaczycie je na trasie to nie zrywajcie i nie usuwajcie ich. Być może w Waszym przekonaniu zrobicie coś dobrego, ale tak naprawdę tylko zdezorientujecie biegaczy, a to znów może doprowadzić do zboczenia z trasy i po prostu zgubienia się.
Chociaż nachylenie podłoża było niewielkie, przesuwające się pomiędzy drzewami widoki świadczyły, że mimowolnie wznoszę się ku górze. Odwracając od czasu do czasu wzrok od kamienistej ścieżki można było podziwiać takie oto widoki:
Po drodze natchnęłam się na ścięte drzewa, które z powodzeniem posłużyły mi za statyw do aparatu. Tym sposobem udało mi się utrwalić na trasie marszu ku górze. Wszystko w myśl zasady, że w życiu trzeba sobie jakoś radzić... I chociaż samo zdjęcie wyszło niezbyt ostre, to jednak jest to jakaś pamiątka ze szlaku.
Tymczasem zupełnie niepozornie pokonywałam kolejne metry. Szło mi się dosyć dobrze, pomału, ale do przodu. W dalszym ciągu towarzyszyły mi oznaczenia trasy biegu. Aż w końcu trafiłam na rozgałęzienie, od którego ostro w górę odbijał szlak niebieski. To nim biegła dalsza trasa biegów górskich. Niby mogłam nim iść, uznałam jednak, że jak na pierwszy raz może być on dla mnie zbyt forsujący. Zresztą to nie oto chodzi, aby wejść na szczyt , "umierać" na nim i nie mieć siły zejść, ale aby tak rozłożyć swoje siły, by móc na niego zarówno wejść, jak i z niego zejść.
Po przemaszerowaniu dość długiego odcinka prostej drogi pojawił się ostry zakręt w prawo. Jednak kiedy mijając uniosło się w górę swoją głowę, można było zobaczyć wagoniki kolejki dowożącej na Szyndzielnię. Dla mnie był to taki znak, że już bliżej niż dalej, co zadziałało na mnie jakoś tak mobilizacyjnie.
Uchwycenie tej kolejki przy autowyzwalaczu okazało się niełatwym zadaniem, ale w końcu się udało
Przede mną pozostało jakieś 45 minut marszu. Kika skrętów, jednak w większości była to prosta droga. Zmęczenie powoli dawało o sobie znać. Przystanęłam na chwilę i napiłam się łyk wody. Pomogło. W pewnym momencie zobaczyłam rozstaj szlaków - czerwony prowadził dalej na Szyndzielnię, żółty sprowadzał turystów do Cygańskiego lasu. Z tabliczek wynikało, że zostało mi 30 minut drogi. Mam jednak nieodparte wrażenie, że pokonałam ten dystans ciut szybciej.
Wkrótce drzewa zaczęły się przerzedzać, a moim oczom ukazał się kolejny stok, który zimą służy amatorom białego szaleństwa wraz z wyciągiem narciarskim, który wwozi ich do góry. Za mną znajdował się budynek kolejki linowej działający cały rok. Szyndzielnia? Tak, to Szyndzielnia. Trzeba było zdać się na jeszcze jeden wysiłek i dojść do najstarszego schroniska w naszych górach. A stamtąd już zachwycać się nieziemskimi widokami.
Tutaj łączą się szlaki żółty, czerwony i zielony, które prowadza do schroniska na Szyndzielnię
Na Szyndzielni byłam już raz podczas obozu w Międzybrodziu Bialskim. Niewiele z tego pamiętam ponadto, że zostałam ofuczana przez jedną z wychowawczyń, kiedy odkryłam, że w kolejce zatkały mi się uszy... Nie pamiętam co mi wtedy powiedziała, pamiętam, że od tej odzywki jeszcze bardziej się jej bałam. Teraz mogłam sobie usiąść na jednej z ławek i we własnym wnętrzu zachwycać się otaczającym mnie pięknem świata. Uszy mi się zatkały po drodze, ale już wiedziałam co trzeba zrobić, aby wyrównać powstałą wraz ze wzrostem wysokości różnicę ciśnień.
Jednak to nie Szyndzielnia była moim punktem docelowym, a Klimczok. Dlatego po krótkim odpoczynku zarzuciłam swój plecak na plecy i ruszyłam z dalszą drogę. Zaskoczeniem było dla mnie to, że pojawiło się na niej tak dużo dość sporych rozmiarów kamieni. Ale z drugiej sprawy był to swoisty egzamin dla moich nowych butów górskich, które debiutowały w roli, do której zostały przeznaczone. Z następnych tabliczek informacyjno-kierunkowych dowiedziałam się, że przede mną ostatnie 40 minut marszu. W przybliżeniu, oczywiście. Na chwilę jednak przystanęłam - zegarek w komórce wskazał godzinę 12:00, a więc po cichu odmówiłam Anioł Pański. Wbrew pozorom to nie były ciężkie warunki, dużo bardziej spartańskie są podczas wykładów na uczelni bądź obozów sportowych. Ale jakoś sobie radzę. Po krótkim odpoczynku ruszyłam dalej, a kamienisto-wyboista droga stawała się coraz bardziej przyjazna.
Wreszcie dotarłam do ostatniego rozwidlenia, z którego jedna droga prowadziła do schroniska na Klimczoku(25 minut), a druga na sam Klimczok(15 minut). I chociaż to schronisko kusiło niesamowicie, wybrałam drugą, szybszą drogę. Za moim wyborem przemawiała podsłuchana rozmowa, dwójki innych turystów, gdzie jeden radził drugiemu, aby najpierw szedł na szczyt, a potem do schroniska, bo w odwrotnym kierunku może mu zabraknąć sił. Posłuchałam go i poszłam w stronę szczytu. Tym razem prowadził mnie żółty szlak. Przez pewien czas szłam w słońcu, ponieważ dookoła nie było żadnych drzew. Na szczęście nie trwało to długo, bo wkrótce ponownie weszłam na zacienioną część drogi.
Muszę przyznać, że powoli miałam już dosyć, kiedy w oddali dostrzegłam "dziurę" między drzewami. "Czyżby to był już szczyt?" - przemknęło mi przez myśl. I chociaż nie przyspieszyłam kroku, to postanowiłam dojść do końca. Wkrótce wyszłam na niewielką polankę, która okazała się być szczytem Klimczoka.
Czasami znajdzie się ktoś, kto zrobi mi zdjęcie
A więc stało się - po około 4 godzinach marszu(czyli trochę dłużej, niż zakładają znaki informacyjne) osiągnęłam swój cel stając na szczycie Klimczoka. Nie było to łatwe, wymagało niemałego wysiłku(trzeba brać pod uwagę moje problemy z poruszaniem się oraz koordynacją ruchową), kilka razy chciałam wręcz zawrócić ze szlaku, ale wytrwałam do końca. Stojąc na szczycie pomyślałam sobie, że chyba się udało. Kolejny raz rozejrzałam się dookoła i poczułam się taka malutka. Co prawda nie jestem wysoka, ale teraz miałam wrażenie, że jestem jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości.
W oddali majaczyło mi schronisko na Klimczoku, aby się do niego dostać trzeba było pokonać przełęcz. Nie, tym razem sobie je podarowałam. Jak na pierwszy raz i tak byłam dumna z tego, że dałam radę dotrzeć. Co nie oznacza, że nie zrobiłam sobie zasłużonego odpoczynku. Odpoczynek był, i owszem. Usiadłam sobie wygodnie na trawie, wyciągnęłam z plecaka bułkę z serem, którą to zjadłam w mgnieniu oka, popiłam wodą. Naokoło biegały dzieci, słońce przyjemnie świeciło, po niebie przesuwały się działające na wyobraźnię obłoki - ach, bajka. Nic, tylko się położyć niczym Dyzio Marzyciel z tuwimowego wiersza. Przy okazji rozglądałam się po okolicy wypatrując kolejnych pasm górskich. I chociaż wydawać by się mogło, że są tuż na wyciągnięcie ręku, to jednak niektóre z nich były w odległości dziesiątek metrów. Aż żałowałam, że nie miałam ze sobą żadnej mapy okolicy, bo może prościej byłoby je zidentyfikować. No nic, może następnym razem.
Przy wejściu na Klimczok od strony żółtego szlaku znajduje się ciekawa drewniana ścianka na której ludzie zostawiają różne pamiątki po sobie. Niektóre są ciekawe, inne oryginalne.
Mój pobyt na Klimczoku powoli dobiegał ku końcowi. Dochodziła czternasta, najwyższy czas, aby się zbierać. Pierwotnie miałam wracać zielonym szlakiem(który rozpoczyna się dopiero od Szyndzielni), w ostateczności jednak postanowiłam wracać tą samą trasą, której byłam pewna. A więc najpierw żółtym szlakiem na Szyndzielnię, a następnie czerwonym ku dołowi.
Szczerze powiedziawszy trochę byłam przerażona zejściem, bo chociaż droga nie była zbyt nachylona, to jednak zmęczenie dawało już o sobie znać. Na szczęście miałam lekki plecak(ot, zaledwie pół 0,5 litrowej butelki wody, bluza, peleryna, portfel i dokumenty), dzięki czemu szło mi się w miarę dobrze. Po drodze zrobiłam też dwie dłuższe przerwy na odpoczynek - pierwszą na Szyndzielni, a drugą na Dębowcu. A po drodze jeszcze kilka mniejszych, w zależności od potrzeb. Dodatkowym plusem było to, że pamiętałam wiele charakterystycznych miejsc po drodze, a mijając je wiedziałam, że z każdym z nich jestem coraz bliżej mety mojej wyprawy. Co prawda drobny niepokój wywołał u mnie długo nie pojawiający się jeden z zakrętów, jednak i do niego dotarłam, co wywołało niesamowite poczucie ulgi w moim sercu. Po drodze mijałam wiele osób zmierzających ku górze, rodziny z dziećmi, a nawet rowerzystów, na Szyndzielnię(a może i na sam Klimczok) wiedzie bowiem górski szlak rowerowy. Bardzo cieszył mnie widok rodziców prowadzących swoje pociechy ku górze, a przy okazji objaśniających im wiele rzeczy. Kilkoro z tych maluchów chciało zrezygnować, jednak zachęcani przez rodziców, dzielnie maszerowali w górę. Dotarwszy do Dębowca usiadłam na chwilę na jednej z ławek przed wspomnianą kaplicą. Dyskretnie wyciągnęłam z kieszeni spodni mój różaniec i zmówiłam całą część bolesną, z czego jedną dziesiątkę ofiarowałam za wszystkich tych, którzy w górach stracili swoje życie. Był to też mój ostatni odpoczynek, po którym wyruszyłam na ostatnią prostą.
Edmund Wojtyła z Jadwigą Urban na Klimczoku
Zbliżając się ku końcowi wyprawy zdałam sobie sprawę z jednego faktu - że właśnie zdobyłam tą samą górę, na którą dziewięćdziesiąt lat wcześniej wspinał się z pochodzącą z Mucharza(z tej samej parafii, do której aktualnie należy moja babcia) przyjaciółką(niektóre źródła podają, że z narzeczoną) Jadwigą Urbanówną, starszy brat papieża - Edmund Wojtyła. Były wakacje 1932 roku. Tego samego roku, w którym zakończył swoje piękne, chociaż krótkie życie. Czy było spełnione? Myślę, że tak. Z owych wypraw zachowały się zdjęcia, na których widać parę młodych i uśmiechniętych ludzi, którzy być może już planowali dalsze wspólne życie. Nikt nie przypuszczał, że już na przełomie listopada i grudnia, podczas epidemii szkarlatyny w mieście i okolicy, młody sekundariusz miejskiego szpitala sam zakazi się tą chorobą i umrze. Może gdyby w tamtych czasach znano i stosowano antybiotyki, może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej... Mnie jednak przeszła przez głowę inna myśl - czy na Klimczok wędrował też nastoletni Lolek Wojtyła? W wyobraźni widziałam małego chłopca, który w ślad za starszym bratem(a może trzymając go za rękę?) zdobywa bielskie szczyty. Wspaniały widok, nawet jeżeli wytworzony przez moją własną wyobraźnię. Z lasu wyprowadzającego z Dębowca na parking zeszłam drogą w dół osiedla. Szłam za ludźmi. I tym sposobem zamiast przed halę sportową trafiłam na parking samochodowy. Widać nie skręciłam w żadną boczną uliczkę, o której zapomniałam. No, nic nie szkodzi, spod parkingu też odjeżdżał autobus w kierunku centrum miasta. Zmęczona, ale szczęśliwa wróciłam do Domu Turysty. Po drodze zahaczyłam jeszcze o sklep, aby kupić coś do zjedzenia. Trochę się obawiałam, czy nazajutrz dam radę wstać i dotrzeć na miejsce startu/mety biegu, dlatego w miarę wcześnie położyłam się do łóżka.
Samą wyprawę uważam za udaną. Jego trasę obrazuje poniższa mapa:
Według niej liczyła ona 7,2 km w jedną stronę, co w obie strony daje ok. 14,4 km. Wejście na Klimczok i zejście z niego zajęło mi 8 godzin. Z jednej strony dużo, ale z drugiej czerwony szlak zapewniał w miarę łagodne i jednostajne podejście do Szyndzielni. Chociaż wydaje się długi, to może okazać się bardzo dobry dla osób nieprzyzwyczajonych do chodzenia po górach, z ograniczoną sprawnością ruchową, a nawet poruszających się na wózkach. Sama byłam świadkiem tego, jak mama pchała wózek rehabilitacyjny z niechodzącym synkiem w środku. Coś pięknego dla mnie, chociaż wyobrażam sobie, że musiał to być dla niej niemały wysiłek.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się zdobyć ten szczyt także za pomocą innych szlaków. Żółty wydaje się ciekawy, ale do końca nie wiem, gdzie się zaczyna. No i że to nie jedyny szczyt, na który weszłam(nie licząc Leskowca). Marzy mi się wejście na Górę Żar. Może kiedyś...