Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

2387. Siewierskie Dni dzielenia i głoszenia 2026

W jednym z poprzednich wpisów wspominałam Wam, że wraz ze wspólnotą "Wiary i Światło" planujemy zorganizować w kilku parafiach zbiórki na nasz sierpniowy wyjazd. Pierwsza taka zbiórka odbyła się w ostatni dzień maja w kolegiacie w Jaworznie. Na przedpołudniowych Mszach świętych grupa osób przedstawiała scenkę obrazującą powstanie loga wspólnoty, które przedstawia apostołów w łodzi na morzu. Z kolei po każdej Mszy staliśmy przy drzwiach wejściowych i rozdawaliśmy ludziom woreczki z lawendą oraz gazetki parafialne. Jeżeli ktoś wrzucił nam w zamian jakąś kwotę pieniężną, byliśmy zadowoleni, jeżeli nie - nie mieliśmy o nic pretensji. Mnie zwerbowali podczas dorocznej pielgrzymki prowincji, która tym razem była do Dębowca, polskiego La Salette, dzień wcześniej. Poprosili mnie o stanie z upominkami na ostatniej Mszy świętej. Ok. Nie ma problemu.
Podobną akcję mieliśmy dwa tygodnie później w parafii św. Macieja w Siewierzu, w której dzieliliśmy się naszą obecnością i głosiliśmy wiarę na nasz sposób. Już w Dębowcu dostałam propozycję zagrania w scence. Do tej przedstawianej w Jaworznie już nie było kiedy się przygotować, zaś tuż przed Siewierzem i tak mieliśmy ostatnie spotkanie wspólnotowe w tym roku, na którym ćwiczyliśmy przed występem, który miał mieć miejsce dzień później. A przy okazji omawialiśmy m.in. wyjazd na obóz, na który zbieraliśmy pieniądze.
W niedzielę większość osób przyjechała do Siewierza wynajętym busem. Ponieważ mi bardziej opłacało się podjechać bezpośrednim autobusem, niż przez Jaworzno, dotarłam na miejsce sama. Trochę chyba zaskoczyłam tamtejszych parafian, że nie zasiadłam z nimi w ławce jak zwykle zaśpiewać godzinki, ale jeden z koordynatorów odesłał mnie na plebanię, abym tam się przebrała w strój zapałki. Scenki odgrywaliśmy bowiem podczas każdej z pięciu Mszy świętych w ramach kazania.
Na pierwszej porannej Mszy świętej byliśmy całej, potem już tylko pojawialiśmy się w czasie kazań i na zakończenie Mszy. Podobnie jak w Jaworznie, także i tutaj jedna osoba opowiadała po ogłoszeniach parafialnych o ruchu, a kilka innych (w tym ja) szło do wejścia, aby rozdawać drobne upominki. Tym razem oprócz lawendy były to papierowe łódeczki z mottem "Wy jesteście na Ziemi światłem mym". Właściwie to czułam się trochę jak VIP, kiedy ludzie odbierali ode mnie te podarunki z komentarzem: "O, nasza Karolina". No, może niekoniecznie ich, ale było mi miło, nie powiem, że nie.
Na popołudnie zaplanowany był grill na zakończenie roku formacyjnego, ale i w ramach obiadu. Ja niestety musiałam ich opuścić po Mszy świętej o godzinie 11:30, ponieważ tego dnia po południu było też pożegnanie kopii ikony jasnogórskiej w naszej diecezji. No cóż, byłam na powitaniu, na kilku nabożeństwach jubileuszowych, w kilku parafiach, nie wypadało jej nie pożegnać. I tak się cieszę, że mogłam chociaż trochę wspomóc "Dominki-bis". Nie wiem ile zarobiliśmy, ale grosz do grosza...
A w przerwie między Mszami zajadaliśmy się m.in. moimi kokosankami
Już o tym pisałam raz - nasza koordynatorka założyła zbiórkę pieniędzy, aby chociaż trochę odciążyć kieszenie uczestników obozu i zmniejszyć koszty wyjazdu. To drugi ze sposobów na dofinansowania do całości. Ja już mam wszystko opłacone, więc mnie to raczej nie obejmie. Chodzi mi raczej o moich przyjaciół i ich opiekunów. Dla nich taki wyjazd to naprawdę chwila na złapanie oddechu, ale też wyrzeczenia względem kosztów. Jak widzicie, nie chcemy tylko brać, ale też staramy się dawać innym cząstkę siebie. Może ktoś z Was jeszcze chciałby się dorzucić i nas wspomóc? Albo chociaż udostępnił informację o zbiórce na swoim profilu? Bylibyśmy Wam wdzięczni.

Link do zbiórki - https://zrzutka.pl/c6mtdf

niedziela, 11 stycznia 2026

2304. Wigilijnych spotkań wspólnotowych czas

Już tak się jakoś utarło, że styczeń w dużej mierze upływa na różnych wigiliach wspólnotowych. W tym roku teoretycznie mogłabym wziąć udział w czterech (duszpasterstwo + 2 x we wspólnocie "Wiara i Światło" + wigilia grupy pielgrzymkowej "Zielono - czarnej", z którą w zeszłym roku przez 6 dni zmierzałam na Jasną Górę Szlakiem Orlich Gniazd). Finalnie wyszło połowę mniej. O nie, dwóch Wigilii w jednym dniu nie byłam w stanie ogarnąć. Przynajmniej na razie. Ale z czasem, kto wie... No i w przypadku dwóch Wigilii w jednym dniu musiałabym upiec podwójną porcję pierniczków, bo tak jakoś głupio jechać z pustymi rękami. Już jedna porcja dała mi nieźle w kość, jednak po wszystkich pozytywnych recenzjach śmiem twierdzić, że był to dobry pomysł.
Jak myślicie, kto praktycznie nie spróbował nawet tych wypieków? Lukier cytrynowy, z którym debiutowałam, okazał się strzałem nawet nie w dziesiątkę, ale w dwudziestkę
Pierwszą Wigilię miałam 6 stycznia, w święto Trzech Króli. Tego dnia rywalizowały ze sobą spotkania wigilijne w wadowickich "Rafałkach" oraz Duszpasterstwie Akademickim z Katowic. Wygrało miasto papieskie, chociaż dużo dalej położone i o wiele bardziej problematyczne pod względem dojazdu. A jednak to miejsce mojego dzieciństwa zawsze i wszędzie będzie miało pierwszeństwo. Tym bardziej, że tego dnia z samego rana jechał pociąg z Częstochowy do Zakopanego, przez moje obecne miasto i przez Wadowice. Czegoż więcej trzeba chcieć od życia?
Do Wadowic dojechałam godzinę przed czasem. Podczas grudniowego spotkania umówiliśmy się, że zaczynamy od Mszy świętej o godzinie 10:30, następnie żegnamy Orszak Trzech Króli i idziemy do Domu Katolickiego na spotkanie opłatkowe. Te 45 minut (15 pozostawiłam sobie na dojście do rynku) poświęciłam na tworzenie kolejnych anielskich kartek świątecznych. Nie wyszło ich dużo, ale zawsze byłam te 2 do przodu.
Po Mszy świętej uważnie rozglądałam się za pozostałymi członkami wspólnoty, na której spotkaniu byłam zaledwie drugi raz. Jednak to nie ja ich wypatrzyłam, ale oni mnie, i przywołali do swojej grupki. Pożegnawszy orszak udaliśmy się do budynku tuż obok, pamiętającego czasy młodego Karola Wojtyły. To podczas katechezy w tym budynku 16 października 1978 roku mój tata usłyszał, że papieżem został Polak, i to wywodzący się z tego miasta. A teraz ja, właściwie przypadkowo, przemierzam szlaki tej dwójki. 
Spotkanie rozpoczęliśmy od przełamania się opłatkiem i złożenia sobie życzeń. Starałam się podejść do każdego i skierować do niego chociaż kilka słów. Nigdy przecież nie wiadomo, w którym z nich może do mnie przyjść Bóg. Może w tym najbardziej irytującym? A może w cichym i niepozornym? Po złożeniu sobie życzeń zasiedliśmy do prześlicznie zastawionego stołu, o co zadbali wolontariusze z jednej z wadowickich podstawówek. Z kolei mamy roznosiły wszystkim krokiety i barszcz czerwony. Było dużo śmiechu i rozmów, ja zaś czułam się tak, jakbym była z nimi od zawsze, a nie od zaledwie dwóch miesięcy.
Po "wieczerzy" zasiedliśmy w kręgu, aby obejrzeć scenkę przedstawiającą Boże Narodzenie. Bardzo wielu z nas wcielało się w rolę świętej rodziny, aniołów, pasterzy i króli. Nawet najmłodszy uczestnik spotkania otrzymał rolę małego Jezuska.
Na koniec odmówiliśmy wspólną modlitwę i życzyliśmy sobie dużo szczęścia do następnego spotkania, albo i wcześniej - do prowincjalnego "Święta Światła", które odbędzie się 31 stycznia w Libiążu.
Z kolei drugie spotkanie odbyło się kilka dni później, w sobotę, 10 stycznia w położonym niedaleko mnie Jaworznie. W zasadzie jest to gałąź tego samego ruchu, w której uczestniczyłam we wtorek. Ten sam założyciel, te same cele, ten sam program roczny. Tylko oczywiście osoby uczęszczające na spotkania są inne, różnią się też nazwą oraz miejscem spotkań. Ciekawie tak uczęszczać na spotkania do dwóch różnych grup tej samej inicjatywy. Widzi się podobieństwa w ich funkcjonowaniu, ale i różnice.
Spotkanie w Jaworznie odbyło się w późniejszych godzinach niż to w Wadowicach, bo o 15:00. Kiedy weszłam do salki katechetycznej, stoły już były poustawiane, a wokół nich krzątali się członkowie wspólnoty. Po przywitaniu się z główną koordynatorką udałam się z moimi pierniczkami do kuchni, po drodze witając się z każdym, którego napotkałam. W tle już odbywała się próba jasełek, w których właściwie wszyscy brali udział. Mnie przypadła rola pastuszka. Trochę szkoda, że nie osła, bo to wbrew pozorom bardzo mądre zwierzę. Wcześniej jednak zaniosłam pudełko z wypiekami paniom urzędującym w aneksie kuchennym. Z radością oraz pokojem wróciłam na salę główną, gdzie namierzyłam grupę pastuszków i pobiegłam do nich. Już z daleka słyszałam, jak Kubiszon tłumaczył, w jaki sposób i jak mamy zagrać. Obecne na spotkaniu mamy znalazły mi odpowiedni strój, dzięki czemu byłam pastuszkiem jak się patrzy.
Jasełka były w dużej mierze improwizowane, ale chyba wszystkim sprawiły nieukrywaną radość. Na koniec stanęliśmy wokół symbolicznego żłóbka i przy akompaniamencie gitary odśpiewaliśmy kilka kolęd. 
Atmosfera była przednia, a zrobiło się jeszcze bardziej rodzinnie, kiedy przyszedł czas składania sobie życzeń. Wszyscy staliśmy w kręgu z białymi opłatkami w dłoniach i każdy z nas mówił po jednym życzeniu. Bardzo sympatycznie to wyszło. 
Po życzeniach zasiedliśmy do wspólnego stołu. O ile w Wadowicach był barszcz z krokietami, o tyle tutaj mieliśmy kluski z makiem. Do tego ciasta, sałatki, moje pierniki i przepyszną herbatkę zimową z limonką, pomarańczą oraz imbirem. Pyszotka! Podobnie jak w Wadowicach, tak i w Jaworznie nie zabrakło miejsca na wspólne rozmowy, śmiechy i chichy. Jak to w rodzinie, nawet takiej nieformalnej.
Spotkanie zakończyliśmy rundką kolęd - podzielono nas na podzespoły i każdy taki podzespół losował jeden przedmiot, z którym musiał skojarzyć i zaśpiewać jakąś kolędę. Nam przypadła gwiazda betlejemska. Od razu przyszła mi na myśl pastorałka "Prowadź gwiazdo betlejemska, co świecisz na Wschodzie", wiedziałam jednak, że raczej nikt jej nie będzie znał. Finalnie zdecydowaliśmy się na "O gwiazdo betlejemska zaświeć na niebie mym". I też jakoś poszło. Była gitara, był akordeon. Mam ciche marzenie nauczyć się grać na najprostszym flecie chociażby w podstawowym zakresie. Pamiętam, że w szkole na muzyce grałam na cymbałkach, bo były proste. Ale taki flet, może też dałabym radę. Chociaż z moimi dłońmi może być ciężko. Na razie to jednak dalekosiężne plany, zobaczymy co z nich wyjdzie. Bo może nic nie wyjść.
Po spotkaniu pomogłam w sprzątaniu ze stołów, żeby było szybciej. Wiele to nie porobiłam, ale zawsze mogłam chociaż dekorację zdjąć. Do domu podwieźli mnie kierownicy naszej ekipy. I tak jechali w moim kierunku, a ja nie musiałam jechać z przesiadkami. Ale i tak już nie miałam siły jechać na spotkanie opłatkowe grupy pielgrzymkowej do Będzina. No trudno, coś za coś. Może za rok bardziej zgrają mi się terminy.
Wiecie co, to były naprawdę wspaniałe dwa spotkania, które jeszcze bardziej uświadomiły mi, że nie można nikogo marginesować ze względu na jego niepełnosprawność, zwłaszcza intelektualną. Bo takie osoby w większości tworzą wspólnotę. Wiecie, oni nie kalkulują, nie analizują, nie patrzą rozumem, ale sercem. Są prości i bezpośredni w swoim życiu, a przez to - piękni, nieraz pomimo zewnętrznej brzydoty. Bo każdy jest piękny pięknem Boga. Tylko nie każdy dostrzega to piękno. Wierzę, że z nimi będę kroczyć po najpiękniejszej, chociaż trudnej drodze, jaką mogłam sobie wymarzyć.

sobota, 3 stycznia 2026

2300. A po spacerze...

A po spacerze (i powrocie do domu, oczywiście) najlepiej rozgrzać się powolnymi łykami ciepłej, ulubionej herbaty. Z tę ulubioną herbatą to trochę przesadziłam, bo najczęściej pijam normalną, czarną. Za to mam ukochany kubek, taki z którego jak piję, to z automatu poprawia mi się humor, nawet jeżeli mam go z pozoru najlepszy jaki mogłabym mieć. Ale jeżeli ktoś jest smakoszem jakiegoś specjalnego jej gatunku, to czemu nie. Do tego jakieś smakowite ciasteczko i można choć na chwileczkę poczuć się szczęśliwym i spełnionym. Nawet jeżeli za oknem śnieg straszy zaspami po pas.
Herbaciany motyw wykorzystałam do stworzenia skromnej kartki imieninowej dedykowanej osobie, którą poznałam zupełnie przypadkowo, a którą bardzo lubię i cenię. W styczniu są jej imieniny. Nie wiem, czy właśnie wtedy ona je obchodzi, a tak jakoś niestosownie było zapytać ją o to wprost. Postanowiłam jednak zaryzykować i wysłać jej życzenia imieninowe. Jedyne co ryzykuję to to, że spudłuję z datą. Problem miałam jedynie z tym, co umieścić na samej kartce. Jasne, mogłabym kupić jej gotową kartkę, ale miałam akurat ciut czasu wolnego, więc postanowiłam jej coś nagryzmolić swoimi łapkami. Jakoś tak przyszła mi do głowy ta herbata w zimowy czas i taki właśnie motyw znalazł się na mojej skromnej kartce. Przepraszam za jakość zdjęcia, wykonywane było wieczorem, a jeszcze nie opanowałam działania mojego nowego aparatu fotograficznego w takich warunkach.
Gorąca herbata, a czasami, jak dobrze się czułam, to i coś słodkiego do tego, towarzyszyły mi w ostatnie wieczory, kiedy wgłębiałam się w biografię naszego nowego papieża, Leona XIV. Jeszcze w trakcie zeszłorocznych rorat miałam zamiar przeczytać jakąś książkę na ten temat. Owszem, same kazania dosyć ciekawie przybliżały jego sylwetkę, a jednak postanowiłam poznać ją jeszcze bliżej. Nie wyrobiłam się w trakcie rorat, zabrakło mi kilka godzin w ciągu dnia. Nie przeszkodziło mi to jednak w sięgnięciu po jedną z książek przybliżających jego sylwetkę już po nich. A czas między świętami, a aktualnym dniem okazał się ku temu doskonałą okazją. I tak, jak rok 2025 zamknęłam książkami "Mój piękny syn" Davida Sheffa i "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem" jego syna Nicka Sheffa, tak moja czytelnicza przygoda w 2026 roku rozpoczęła się od przeczytaniu książki Adama Sosnowskiego oraz ks. Janusza Królikowskiego - "Leon XIV. Biografia ilustrowana".
Tytuł: "Leon XIV. Biografia ilustrowana"
Autor: Adam Sosnowski, ks. Janusz Królikowski
Wydawnictwo: Biały Kruk
Kraków 2025
Ilość stron: 412

Zmiana następcy świętego Piotra na Stolicy Piotrowej jest czymś właściwie nieuniknionym. Każdy przecież kiedyś musi umrzeć, także papież. Na szczęście jest coś takiego, jak sukcesja apostolska, która pilnuje ciągłości obsady na Tronie Piotrowym. Zawsze jest to wielka niewiadoma, kto po konklawe wyjdzie z niego jako papież. Co prawda dziennikarze mają swoich faworytów, jednak jak mówi stare przysłowie, ten kto wchodzi jako papież na konklawe, wychodzi z niego jako kardynał.
Myślę, że wybór augustianina Roberta Prevosta na 267 papieża był identycznym szokiem dla katolickiego świata, jak w 1978 roku wybór Karola Wojtyły, czy też w 2013 roku wybór jezuity Jorge Bergoria. Pierwszy z nich był pierwszym od blisko czterech wieków papieżem nie-Włochem. Drugi był pierwszym w historii papieżem jezuitą, w dodatku z odległej Argentyny. Tym razem kolegium kardynalskie zapaliło zielone światło mało znanego kardynała pochodzącego z Chicago - Roberta Prevosta. W odpowiedzi na to "nieznane", kierowany potrzebą poznania nowego papieża przez Polaków, dr Adam Sosnowski postanowił przybliżyć im sylwetkę aktualnego następcy św. Piotra. Spod jego pióra wyszła bardzo ciekawa książka zatytułowana po prostu "Leon XIV. Biografia ilustrowana". Jest to komplementarny zapis drogi, jaką przemierzył Robert Prevost, od dzieciństwa, po aktualny moment. Czytelnik poznaje więc rodzinę Boba, jak w domu i wśród znajomych wołano na małego Roberta, przygląda się jego edukacji oraz drodze kapłańskiej. Ciekawym dodatkiem do całości są skrócone biografie wszystkich dotychczasowych papieży, noszących imię Leon. Część ta wyszła spod pióra księdza Janusza Królikowskiego, czyniąc go współautorem tej ciekawej publikacji.
Książkę naprawdę dobrze się czyta. Znajduje się w niej wiele ciekawostek związanych z nowym papieżem, Leonem XIV. Jak zakłada autor, wiele z nich nie było dotąd nigdzie publikowanych. Dla mnie wartością dodaną są cytaty wypowiedzi osób, które znały kardynała Roberta Prevosta we wcześniejszych okresach jego życia, jak i wiele wypowiedzi przyszłego papieża, w tym fragmenty jego kazań i homilii. Myślę, że to ważne, ponieważ w naszym kraju jego słowa nie były raczej tak bardzo cytowane we wcześniejszych latach. Piękne zdjęcia w unikatowy sposób obrazuje czytane treści. Jedyne, co mnie jakoś tak denerwowało podczas czytania książki, to ciągłe utyczki w stronę poprzednika Leona XIV, papieża Franciszka. Rozumiem, że autor może go nie lubić, nie darzyć sympatią, ale czasami te jego "pretensję" np. co do stylu rządzenia przez niego Kościołem, były wręcz męczące.

Tak sobie też teraz myślę, że lektura wspomnianej książki nie tylko poszerzyła stan mojej wiedzy na temat aktualnego papieża, ale też zainspirowała do stworzenia własnych kontrolek do ubiegłorocznych rorat. No bo planszę na nie otrzymałam, a po same kontrolki miałam przyjść innym razem (spieszyłam się na ostatni autobus do domu). Ale jakby ksiądz sobie o tym zapomniał i pozbył się nich, to nic nie szkodzi, zrobię sobie je sama. Myślę, że mam już ku temu odpowiednie zaplecze wiedzy, a i ewentualne zdjęcia znajdą się też gdzieś w czeluściach Internetu.
I na koniec zostawiam Was z wspomnianym na początku kubkiem z ciepłą herbatą oraz czymś słodkim do tego. Mam nadzieję, że i Wy się nimi jakoś poczęstujecie.

środa, 24 grudnia 2025

2293. "Leo, Leo, Leo, odnajdę Cię"

Tegoroczne studenckie poranne roraty w kaplicy na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego nie były jedynymi, w których brałam udział. Wieczorami bowiem, o ile czas i zdrowie pozwalały, starałam się brać też udział w roratach organizowanych w parafii Księdza-administratora. Zazwyczaj po pracy pędziłam na jeden z dworców autobusowych, a potem przez ok. 70 minut jechałam autobusem na miejsce. Żeby nie było - to jest tzw. "szybka linia", czyli nic szybszego nie ma. No, może własny samochód, ale tego aktualnie nie posiadam.
Tematem przewodnim wieczornych rorat, podejrzewam że podobnie jak w wielu parafiach, był ten zaproponowany przez redakcję "Małego Gościa Niedzielnego", a dotyczący postaci papieża Leona XIV. W poznawaniu życiorysu nowego, 267. papieża pomagał najmłodszym sympatyczny, pluszowy lew o imieniu, a jakżeby inaczej, Leo.
Na każdym spotkaniu roratnim trzymany przez jedne z dzieci lew Leo rozmawiał z nimi głosem byłego proboszcza przybliżając im ciekawostki i fakty z życia Leona XIV. Najmłodsi z chęcią wchodzili z nim w dyskusję, czasami wręcz zaskakując go swoją bystrością. Wzorem wcześniejszych lat, także i tym razem powstała okolicznościowa piosenka, która bardzo szybko wszystkim wpadła w ucho i każdy, zarówno ci mali, jak i ci duzi, nucili ją pod nosem, nie tylko na koniec Mszy, kiedy była śpiewana jako pieśń na wyjście.
Na przodzie kościoła pojawiła się dekoracja nawiązująca do tematyki rorat. W tym roku był to baner z wizerunkiem papieża Leona i miejscami na naklejki z danego dnia. Tuż obok ustawiono świecę roratkę, a na dole zegar, który odmierzał nie godziny, a dni upływające do świąt Bożego Narodzenia. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia, bo wyglądało to przeuroczo. Każda Msza święta rozpoczynała się od radosnej procesji dzieci i kapłanów rozświetlających kościelny mrok swoimi lampionami. Towarzyszyła temu pieśń, którą poznałam dopiero w tamtej parafii, a która bardzo mi się podobała i niemal natychmiast nauczyłam się jej na pamięć. 
W dniach, kiedy byłam na nabożeństwach, dostawałam za zadanie zebranie dzieci przybyłych na nie z lampionami i ustawienie ich pod chórem. Czasami, kiedy poprzedniego dnia mnie nie było w kościele, podpytywałam je, czego się wówczas dowiedzieli. Dzieciaki, z początku niezbyt przychylnie do mnie nastawione, z czasem zaczęły się do mnie coraz bardziej przekonywać, a w ostatnich dniach już same z siebie ze mną rozmawiały. Noszszsz... aż się wzruszyłam. Potem wraz z nimi, i z lampionem w łapach, szłam w uroczystej procesji.
Tak jak pisałam wcześniej, kazania nie były tylko monologiem kapłana, jak to było za czasów mojego dzieciństwa, ale dialogiem ksiądz-dzieci-lew Leo. Aż serce samo z siebie cieszyło się na ten widok. A przy okazji sama wiele wyniosłam z tych spotkań. Bo przecież nigdy nie jest tak, że wszystko wiemy, zawsze coś będzie dla nas nowością.
Bardzo mi się podobał pomysł z przynoszeniem przez dzieci ozdób na choinkę. Każdego dnia była losowana jedna z nich, a dziecko które ją wykonało, otrzymywało szopkę, do której miało dołożyć jedną rzecz i przynieść na kolejne spotkanie. Dodatkowo dostawało ono batonik "Lion" oraz wykonanego przeze mnie lwa np. na choinkę.
Pomysł na lwy przyszedł mi przypadkowo podczas dłuższego przebywania w szpitalnej (przychodniowej?) poczekalni. Ogólnie wiedziałam o temacie przewodnim rorat zaproponowanym przez "Małego Gościa Niedzielnego" już w połowie listopada. W tym samym czasie ksiądz podzielił się ze mną wiadomością, że zdecydował, że na jego podstawie zrobi nabożeństwa (z tego co wiem, to jeszcze można było zrobić je o bł. Laurze Vicunii i świętych Pier Giorgio Frassatiego oraz Carla Acutisa, czy też samego św. Carla Acutisa). Podejrzewałam, że na swojej nowej parafii zrobi jakieś losowania czegoś wśród dzieciaków. I tak sobie pomyślałam, że miło by było, gdyby ci, którzy to coś wylosują dostały jakiś tematyczny upominek. Białe lwy np. na choinkę? Czemu nie. Szybko zamówiłam odpowiednią foremkę do wypieków, aby jakoś wprowadzić zamysł w czyn, i jeszcze zdążyć na czas. Udało się, a przynajmniej połowicznie. W zamyśle miały być one z zimnej porcelany, ale coś nie wyszło. W ostateczności pomalowałam je na biało, bo naturalny kolor bardziej przypominał ten, w którym lwy występują w naturze. Zdążyłam z tym dosłownie na styk i już pierwszego dnia wręczyłam pudło, w którym się znajdowały, księdzu. Może nie były idealne, ale z sercem. A to, co zostało, bo jednak wyszło ich nieco więcej niż dni adwentowych, rozdałam osobom bliskim mojemu sercu.
Po losowaniu jedno z dzieci przesuwało wskazówkę adwentowego o jeden dzień. Po błogosławieństwie i rozesłaniu w murach świątyni rozlegał się radosny śpiew "Leo, Leo, Leo, odnajdę cię!". W tym czasie, albo któryś z ministrantów, albo ja, szli na zakrystię po naklejki z danego dnia, które następnie dzieci przyklejali na specjalną planszę. Nawet mi dostało się jedną. 
Dodatkowo do naklejki dzieci otrzymywały "coś słodkiego", ciasteczko, pierniczka, babeczkę, "czekoladowego pierniczka" (z gęstej roztopionej białej czekolady "wykrajałam" foremkami do pierniczków odpowiednie kształty). Trochę było z tym roboty, zwłaszcza, że w dniach, kiedy byłam na tych roratach wracałam do domu na godzinę 21:30, ale uśmiech dzieciaków wynagrodził mi wszelkie zmęczenie.
Jak białe lwy, tak białe lwy :)
Takim finałem spotkań roratnich było wspólne ubieranie choinek przez dzieci w przyniesione przez nie ozdoby. Nawet kilka moich lwów na niej wylądowało, co oczywiście mnie cieszy. Ale, oczywiście, najbardziej cieszyła mnie radość dzieci z tej przygody. (Na tej drugiej choince widać nawet moje lwy)
Tak mi się przypomniały roraty z 2011 roku z "Pamiętnikiem papieskiego anioła". Roraty najczęściej prowadzone przez księdza Wojtka, który angażował w nie wszystkich chętnych od najmłodszego do najstarszego. Wiecie, myślałam, że już nigdy nie przeżyję czegoś takiego. A tu życie sprawiło mi taką niespodziankę. Takie promyczki radości pomiędzy kolejnymi pobytami u specjalistów, badań, diagnoz, zażywania leków przeciwbólowych, zmęczenia pracą. Bo w życiu, oprócz tych złych momentów, są także i dobre. I to z nich należy się cieszyć.

Na koniec dzisiejszego wpisu chciałabym Wam życzyć staropolskim zwyczajem 

wszystkiego najlepszego i najpiękniejszego na te święta. Żeby nowonarodzona Boża Dziecina zawitała w Waszą codzienność i została w niej przyjęta dużo cieplej, niż 2025 lat temu w Betlejem. Żebyście potrafili cieszyć się tymi dniami i spędzili je w spokojnej atmosferze, takiej, jaka Wam odpowiada. Żeby pokój ogarnął Wasze serca, a spokój płynący z Bożego żłobu towarzyszył Wam przez cały rok. Niech to będzie dobry czas sprzyjający odpoczynkowi i budowaniu relacji. A jednocześnie nie zapominajmy, kto tak właściwie jest w tym wszystkim najważniejszy.
Błogosławionych i dobrych świąt spędzonych w zdrowiu i radości!

I na koniec dziękuję Uleńce i Marzence za kartki z życzeniami. Akurat wyjęłam je ze skrzynki pocztowej w chwili, w której wróciłam z całodniowego (no, może przesadziłam, ale na pewno kilkugodzinnego) pobytu w szpitalu i od razu jakoś tak lepiej się poczułam. Ale poczułam też żal do samej siebie, że w tym roku nie dałam rady (na razie) nic nikomu wysłać. Przepraszam Was...

wtorek, 9 grudnia 2025

2282. Powrót do przeszłości na moich zasadach

Ktoś patrząc z boku na moje życie mógłby pomyśleć, że nie mam w nim czasu na odpoczynek, a nawet na przyjemności. Tymczasem staram się znaleźć w ciągu dnia tych kilka chwil dla siebie. Ostatnio nawet mam więcej czasu z powodu zwolnień lekarskich. Staram się go jakoś wykorzystać. Książki zazwyczaj czytam w autobusach i w lekarskich poczekalniach. A w domu? Z reguły przygotowuję jakieś zajęcia dla dzieci przebywających na świetlicy, czy to szkolnej, czy środowiskowej, czy też na sobotnich zajęciach w salezjańskim Oratorium. 
Ale od reguły są też wyjątki. Niedawno wywołałam jakąś część zdjęć, które znajdowały się dotychczas na komputerowym dysku twardym. Nie wszystkie, bo chyba bym zbankrutowała, ale kilkadziesiąt z minionego roku by się zebrało. Lwią część z nich stanowią te zrobione podczas różnych akcji w Duszpasterstwie. Ale znalazły się też i takie z Oratorium, z wyjazdów, wolontariatów, spotkań rodzinnych, nawet jakieś z treningów sportowych i z codziennego życia. Mam nadzieję, że kiedyś będę do nich wracać z łezką w oku, tak jak wracam do zdjęć z okresu mojego dzieciństwa i młodości.
Albo tak, jak z łezką w oku oglądam serię "Witaj w roku..." zamieszczaną na kanale "Telewizja z kartonu". Pierwsza seria dotyczy dekady 2000-2009, czyli czasów, które w zasadzie bardzo dobrze pamiętam. Druga obejmuje dekadę 1990 - 1999 i jeszcze nie została utworzona w całości. Jeden odcinek trwa około 30 minut, a więc tyle, ile standardowy program telewizyjny. W pewnym momencie przyszedł mi nawet na myśl inny program, który był emitowany w TVN24 w okolicy 2011 roku i nosił tytuł "Dekada zmian". Jak można się domyśleć, dekada zmian obejmowała podobny zakres lat (konkretniej 2001-2010). "Witaj w roku" obejmuje jednak większą przestrzeń czasową i pozwala przypomnieć sobie najważniejsze momenty, jakie miały miejsce na przestrzeni lat. Dla mnie największym plusem jest to, że każdy odcinek mogę włączyć o dowolnej porze. Dzięki temu "powrót do przyszłości" mogę połączyć chociażby z pieczeniem kolejnych partii ciastek dla dzieci. Chociaż bardziej preferuję przy tej czynności słuchanie kryminalnych podcastów. Ale oglądanie "Telewizji z kartonu" też jest w porządku... A przy okazji mogę trochę się odstresować przed czekającą mnie obroną. To, że jest to kolejna w moim życiu nie oznacza, że mniej się nią denerwuję. Może nawet jeszcze bardziej niż w przypadku wcześniejszych. Jestem jednak dobrej myśli. Będzie dobrze - musi być!
A że czasami nawet drobne rzeczy powodują uśmiech na czyjejś twarzy i uruchomienie wspomnień, to postanowiłam popierniczyć. To tylko jedna blacha z kilku...
Będzie jak znalazł na wigilię "Rafałków" w Wadowicach 😀.

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

2177. Wspólnotowe śniadanie wielkanocne

W pierwszą niedzielę po Wielkanocy, tzw. Niedzielę Bożego Miłosierdzia, Duszpasterstwo Akademickie "Centrum" spotkało się w siedzibie "Gościa Niedzielnego" na śniadaniu wielkanocnym. Dosłownie, bo spotkanie miało miejsce o 9 rano, tak aby wszyscy mogli na spokojnie na nie dojechać.
Na spotkanie każdy z nas miał coś przygotować. Ja zdeklarowałam się na ciasto. Rok temu zrobiłam mazurek, który zrobił furorę, w tym roku też postawiłam na ten wypiek, który już się sprawdził. A że było nas trochę (chociaż nie tak dużo, jak na Wigilii), toteż na stole pojawiły się same pyszności.
W Wigilię Paschalną w Archikatedrze Katowickiej chrzest, pierwszą Komunię i bierzmowanie przyjął przygotowujący się w naszej wspólnocie katechumen - Marcin. Śniadanie było zarazem zwieńczeniem jego "Białego Tygodnia". Na pamiątkę tego wydarzenia dostał akt specjalnego błogosławieństwa podpisanego przez, świętej pamięci już, papieża Franciszka. To takie coś w rodzaju naszych obrazków z dnia Pierwszej Komunii Świętej. A poza tym mieliśmy czas na rozmowy, na wspominanie, na podzielenie się z innymi swoimi uwagami i spostrzeżeniami.
A potem uczestniczyliśmy w Mszy świętej sprawowanej w naszej akademickiej krypcie przez 91-letniego biskupa-seniora archidiecezji katowickiej, Damiana Zimonia. Tradycyjnie już wzruszyła mnie sekwencja wielkanocna, tym razem razem w wersji łacińskiej, która bardzo trafia w moje serce (szczególnie tłumaczenie "Jagnie odkupiło owce", co odpowiada znanemu nam "Odkupił swe owce baranek bez zmazy"). Słowo kazania skierował do nas ksiądz Kris. Nawiązując do usłyszanej Ewangelii, prosił nas, abyśmy nie zamykali się w "wieczernikach" wspólnotowych, bo w byciu w jakiejś wspólnocie nie o to chodzi. Abyśmy to, co zyskamy poprzez obecność w nich wynieśli w świat. Do takich "niewiernych Tomaszów", czyli tym, którzy potrzebują namacalnych dowodów na to, aby w coś uwierzyć (oj, mam ja takich kilku w mojej rodzimej parafii). Marcinowi zaś zdjęto "białą szatę" na znak zakończenia jego białego tygodnia.
A po Mszy jeszcze na chwilę wróciliśmy do siedziby "Gościa Niedzielnego", aby posprzątać przyniesione przez nas rzeczy. Na szczęście w miarę szybko uwinęliśmy się z tym, toteż i mój powrót do domu był w miarę szybki. A dzięki temu mogłam jeszcze pójść na Koronkę do Bożego Miłosierdzia. 

środa, 9 kwietnia 2025

2167. Sezon mazurkowy czas zacząć

Tydzień temu Archanioł poinformował mnie i Madziałka, że na dzisiaj zaplanowano spotkanie Koła Naukowego Nauk o Rodzinie połączone z spotkaniem wielkanocnym. Madziałek od razu stwierdziła, że odkąd jest w Kole naukowym Teologów, nie czuje związku z Kołem Naukowym NoRek, do którego pierwotnie należała. No, ja też działam i w jednym, i w drugim kole na tyle, na ile pozwalają mi obowiązki. Bo w zasadzie zawsze można coś ciekawego wynieść. I tylko żałuję, że moje zobowiązania i czas nie pozwalają mi na to, abym działała w Kołach tak często, jak tylko bym tego chciała.
W związku z tym, że miało to być spotkanie świąteczne, zdeklarowałam się, że zrobię mazurek. Archanioł mi oczywiście powiedział, że nie muszę, że nasza opiekunka obiecała, że kupi coś na słodko. Ale wiecie, co domowe ciasto to domowe ciasto. A chyba nic tak nie kojarzy mii się z Wielkanocą, jak mazurek. Poza tym ja tak lubię piec, a tak tylko dla siebie to dla mnie nie ma sensu. No i rok temu na spotkaniu wielkanocnym z Duszpasterstwa Akademickiego wszyscy zachwycali się moim mazurkiem. Mam sprawdzony przepis, co do którego jestem pewna, że na 90% wyjdzie. Doszło do tego, że kiedy Madziałek dowiedział się, że piekę mazurka, to przyznała, że może zastanowi się czy nie wpaść. Co prawda bardziej ją ciągło na późniejsze spotkanie Koła Teologów, ale...
Jeszcze wczoraj przejrzałam moje zapasy w kuchennych szafkach oceniając co mam, a co muszę dokupić. Potrzebne produkty kupiłam w drodze powrotnej do domu. Na szczęście większość produktów miałam. Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu wzięłam się za wypiek. Tym bardziej, że nigdy nie wstrzeliwuję się w ramy czasowe i zawsze mi wszystko idzie wolniej. Chociaż nie, tym razem pieczenie ciasta i wykonanie czekoladowej masy zajęło mi jedyne 3 godziny. Nie najgorzej. Po wszystkim wypiek trafił do lodówki, a ja po ogarnięciu rozgardiaszu miałam jeszcze chwilę dla siebie.
Niedawno kupiłam sobie specjalny pojemnik do transportu ciast, który właśnie zaliczył swój debiut. I sprawdził się znakomicie, bo bez problemu zawiozłam wypiek do Kato, a potem przeniosłam między wydziałami. Bo rano jeszcze miałam zajęcia na pedagogice. 
Spotkanie Koła Naukowego było na tzw. długiej przerwie - jest to ok. 45 minutowa przerwa w środku dnia przeznaczona w dużej mierze na konsultacje ciała profesorskiego ze studentami. Ale można podczas niej robić wiele innych ciekawszych rzeczy. Jeszcze w zeszłym tygodniu Archanioł postarał się o to, żeby jedna z sal było wolnych, i żeby to w niej odbyło się nasze kameralne, bo zaledwie 8-osobowe spotkanie. Było przyjemnie, bo rozmowa toczyła się nie tylko wokół naszej nauki, ale i planów co dalej. Wszak wielu z nas już w tym roku kończy swoją przygodę ze studiowaniem. I pomyśleć, że czwórka z nas po jednym dniu spędzonym na Wydziale została wysłana na nauczanie zdalne, na którym tkwiła przez pierwszy rok. Ale jakoś przebrnęliśmy i przez różne kwarantanny, i przez licencjat, i przez magisterium. Ostatnie kilka tygodni przed nami. Och, chyba jednak ten czas przyspieszył w niebezpieczny sposób.
Ale dobrze, że mamy taką szansę na tego typu spotkania z okazji świąt. Mazurek wszystkim przypadł do gustu, co bardzo mnie cieszy, tym bardziej, że sama nie mogę jeść tego typu rzeczy. Tak sobie myślę, że na tegoroczne wielkanocne spotkanie w Duszpasterstwie Akademickim też go upiekę. Bo się sprawdza. Madziałek niestety nie dotarł na spotkanie Koła. Zachęcała mnie, abym przyszła na spotkanie Koła Teologów, które z kolei odbywały się po zajęciach. Czyżby liczyła na kawałek ciasta? Niestety, to co zostało to rozdałam na zajęciach na NoRkach. Na tym drugim Kole nie zostałam - co prawda miałam wolne w pracy, ale jutro mamy dwa ciężkie kolokwia, materiał sam się nie ogarnie, a i mój powrót do domu nie należy do najszybszych. Z tego samego powodu nie poszłam na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego w S-cu, chociaż bardzo chciałam. Czasami jednak trzeba z czegoś zrezygnować, aby osiągnąć coś innego.

poniedziałek, 17 lutego 2025

2130. Niezapomniani

Chciałabym powiedzieć, że sesję mam już za sobą. Ale nie mam. Zostały mi dwa zaliczenia, które przeniosłam na sesję poprawkową. Jednak trzy egzaminy na dzień, i to takie naprawdę wymagające, w połączeniu z dwoma seriami antybiotyków, okazały się dla mnie ponad siły. Chociaż podejrzewam, że gdyby nie owe antybiotyki, to dałabym radę. Niestety, byłam po nich tak zmęczona, że nie miałam siły się uczyć wszystkiego. Na szczęście miałam możliwość przełożenia ich bez konsekwencji. Pociesza mnie też to, że to ostatni tak zawirowany semestr. Bo przyszły, przynajmniej na Naukach o Rodzinie, będzie luźniejszy i bez egzaminów. Poza tym najważniejszym - magisterskim. Czy wytrwam? Daj Boże. Szkoda, że na pedagogice tak nie ma, ale jakoś się to przeżyje. Zwłaszcza, że nie mogę doczekać się kilku przedmiotów. Bo czyż Podstawy pedagogiki osób uzdolnionych i wybitnie zdolnych nie brzmią wspaniale? Zwłaszcza, że moja praca magisterska dotyczy pracy z właśnie takimi uczniami z niepełnosprawnością. Masa wniosków z przeprowadzonych badań własnych na ten temat. Nawet mojemu promotorowi się podoba.
Teraz chwila odpoczynku. Jestem już po rozmowie w sprawie praktyk. O jej rezultacie napiszę w następnym wpisie. A po rozmowie poszłam do jednego z supermarketów po składniki potrzebne do "ciasta leniwej teściowej". Jednym z nich był ekstrakt z wanilii znajdujący się poza zasięgiem moich rąk. Poprosiłam więc pierwszą lepszą osobę o pomoc w ściągnięciu go. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że była to... jedna z nauczycielek z mojej szkoły, która od razu mnie poznała mimo upływu lat (czyli ok. 19, bo gimnazjum skończyłam w 2006 r.). Od razu oczywiście zaczęła wypytywać się co i jak u mnie słychać. Pewnie normalnie by mnie to denerwowało, ale teraz nie, teraz było mi niezmiernie miło, że po tylu latach dalej wzbudzam zainteresowanie u byłych nauczycieli. Oczywiście dostałam zaproszenie do szkoły, ale po jej przeprowadzce w nowe miejsce po prostu źle się w niej czuję - szkoła straciła swoją kameralność, ciepło, duszę. Nie potrafię odnaleźć się w tej nowej siedzibie i nic na to nie poradzę.
Po powrocie do domu miałam wolny czas aż do treningu, więc postanowiłam upiec wspomniane ciasto, które było moim skromnym piekarniczym debiutem. Potrzebne mi były do niego: Na ciasto: 250 g mąki pszennej, 200 g cukru, 1 jajko, 200 ml śmietany 18%, 100 g masła, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1 łyżeczka cukru wanilinowego; Na nadzienie: 500 g twarogu półtłustego, 100 g cukru, 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego, 1 jajko oraz 1 łyżka mąki ziemniaczanej.
Wykonanie ciasta w zasadzie jest w miarę proste: Na początek przygotujemy ciasto. W misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia i cukier wanilinowy. Dodajemy jajko, śmietanę oraz roztopione masło i zagniatamy ciasto, aż będzie gładkie i elastyczne. Ciasto dzielimy na dwie części – jedną większą, którą wyłożymy na dno formy, i mniejszą, która trafi na wierzch ciasta. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie. Twaróg dokładnie mieszamy z cukrem, jajkiem, ekstraktem waniliowym i mąką ziemniaczaną, aż masa stanie się jednolita. Formę o wymiarach 25x25 cm wykładamy papierem do pieczenia i rozwałkowujemy większą część ciasta, wykładając nią dno. Na ciasto rozsmarowujemy przygotowane nadzienie twarogowe, a następnie przykrywamy je cienką warstwą ciasta z mniejszej części. Piekarnik nagrzewamy do 180°C i pieczemy ciasto przez około 40-45 minut, aż wierzch będzie złocisty, a ciasto wypieczone.
Jeszcze nie próbowałam. Ale mam nadzieję, że może choć trochę się udało...

poniedziałek, 23 grudnia 2024

2088. "Niech wokół serca i choinki. Czekają myśli, jak upominki" PIN, "Święty czas"

Tegoroczny adwent był raczej dla mnie przewidywalny. Rano od wtorku do piątku Msze święte roratnie na Wydziale Teologicznym, podczas których wraz z innymi "Stróżami poranka" poznawałam prawie wszystkie encykliki napisane przez Jana Pawła II. Nie, wróć, w większości to była dla mnie powtórka, bo ze wszystkimi 14 dokumentami zapoznałam się jakieś 10 lat temu, czyli w momencie, gdy zaczynałam studia na UPJPII. Patron uczelni do czegoś zobowiązuje. Chociaż nieoficjalnie, bo prawda jest taka, że nikt nas do tego nie zmuszał. Wiecie co, doszłam do wniosku, że chyba muszę jeszcze raz przypomnieć sobie te wszystkie encykliki, choćby sama dla siebie. Ale na to przyjdzie pora najwcześniej po sesji. O ile zdam ją za pierwszym podejściem. Co może być trudne, patrząc na ogrom materiału do przyswojenia.
Wieczorem, po pracy, pędziłam z kolei na wieczorne roraty do parafii Księdza Niosącego Światło. Nieraz wpadałam w ostatniej chwili, zderzając się w drzwiach wejściowych z księżmi idącymi spowiadać do konfesjonału. Zdarzało się też, że nie docierałam ponieważ nie wyrobiłam się z pracy, ewentualnie z zajęć na uczelni. Jednak takich sytuacji było naprawdę kilka. Na tych roratach miałam powierzone przez tamtejszego proboszcza mini-zadanie, polegające najpierw na przygotowanie dzieci z lampionami do procesji wejścia, a na koniec na rozdanie im kontrolek z każdego dnia. 
W tym roku, wzorem poprzednich lat, posłużyli się tematem zaproponowanym przez redakcję "Małego Gościa Niedzielnego". Tym razem motywem przewodnim były dobre uczynki czynione na wzór francuskiego świętego - Vincenta a Paolo. 
Okazją ku tego jest jubileusz 400-lecia powstania Zgromadzenia Księży Misjonarzy, które założył właśnie Vincenty a Paolo. Każdego dnia dzieciaki przenosiły się w inny region świata (w czym pomagała przyniesiona ze szkoły mapa), w którym działają Księża Misjonarze i poznawały różne uczynki miłosierdzia względem drugiego człowieka. 
Podczas jednego ze spotkań Kręgu Biblijnego zastanawialiśmy się z Księdzem Niosącym Światło nad koncepcją tegorocznej szopki bożonarodzeniowej. Rok temu był w nią wkomponowany dźwig, co nawiązywało do franciszkańskiego placu budowy (szczegóły >>tutaj<<). W tym roku postanowiliśmy pójść w coś bardziej banalnego - w serce. Jeszcze na początku adwentu Lolkowi ubzdurało się, żeby poprosić dzieci, aby na sercach wypisały swoje dobre uczynki i żeby z tych serc ułożyć potem drogę, ale ksiądz sprowadził mnie na ziemię - przez brak prac domowych dzieciaki mają na wszystko "wywalone", dzieciaki nie robiły zbyt chętnie ozdób na choinkę, a co dopiero mówić o moim pomyśle. Ale jednocześnie poprosił, abym została moment po spotkaniu. To wtedy wyjaśnił mi, co wymyślił pytając, co o tym myślę. Ogólnie według jego zamysłu przed żłóbkiem miało znajdować się serce, w centrum którego miało leżeć Dzieciątko Jezus. Pomysł też dobry, o czym od razu mu powiedziałam.
Budowanie szopki rozpoczęliśmy w środowy poranek. Tego dnia po porannych roratach wróciłam do mojego miasta, aby chociaż trochę pomóc w stawianiu drewnianej konstrukcji. Ktoś, kto trzyma śrubki też się przydaje. Na początku był z nami ksiądz proboszcz, po jakiejś godzinie zamienił się z Księdzem Niosącym Światło, który właśnie wrócił z wizyty lekarskiej. Od razu zrobiło się weselej, a ja musiałam na poczekaniu wymyśleć realny powód tego, dlaczego nie jestem na zajęciach. Jednak w kościele było dosyć chłodno, więc ksiądz długo z nami nie pobył, żeby się nie zaziębić, co przy jego niskiej odporności jest prawdopodobne. Jeszcze na odchodnym rzucił w moją stronę, że ja też mu zmarznę, zwłaszcza że już kaszlałam. Ale to było raczej odkasływanie, niż jakieś większe ataki.
Dzisiaj rano kończyliśmy resztę, czyli w dużej mierze układaliśmy scenerię - wspomniane serce, sianko, figurki. Musieliśmy się też trochę spieszyć, bo jeszcze na 12:00 zaplanowana była Msza św. pogrzebowa. Ale dzięki temu w dwie i pół godziny uporaliśmy się z całością. Mimo mojego kaszlu i marudzenia Księdza Niosącego Światło. I chyba nie najgorzej nam poszło. To nic, że to nie moja parafia, tak naprawdę to czuję się w niej lepiej niż u siebie. 
Podczas pieczenia w sobotę i w niedzielę pierniczków tak sobie pomyślałam, że częścią z nich mogę się podzielić z innymi. Wzięłam więc kilkanaście z nich do śniadaniówki i po skończonej pracy podzieliłam je między tych, z którymi przyszło mi współpracować przez tych kilkaset minut. Nawet ksiądz odprawiający Msze wziął sobie jednego i odłożył na później. I chyba tylko Ksiądz Niosący Światło nie mógł się znowu poczęstować, ale on i tak był zadowolony z mojej obecności i minimalnej pomocy. "To co, do wieczora? Czy może będziesz się kurować?" - zapytał otwierając mi drzwi na zakrysti. Nie no - do wieczora. Byłam prawie na wszystkich nabożeństwach, to zgodnie z tradycją je dokończę. A potem przyjdzie czas na odpoczynek.

Moi Drodzy czytelnicy bloga. W te wyjątkowe i najbardziej rodzinne ze świąt, życzę Wam wszystkiego co najlepsze i najwspanialsze. Abyśmy w natłoku otaczających nas spraw i obowiązków nie zapominali o Tym, którego pamiątkę narodzin świętujemy. Zatrzymajmy się na moment i pomyślmy, jakie to szczęście, że dane nam jest jeszcze raz przeżyć ten cudowny czas. W Boże Narodzenie pokłońmy się z pokorą Dzieciątku w żłóbku, jak niegdyś pastuszkowie oraz Trzej Mędrcy ze Wschodu. Nie zapominajmy też o sobie wzajemnie, bądźmy przez tych kilka dni dla siebie dobrzy i wyrozumiali. Niech nasze serca będą dużo cieplejsze, niż betlejemska stajenka, a także dużo bardziej gościnne na przyjęcie nowonarodzonego dziecięcia, niż gospody ponad 2000 lat temu. 
A z taką słodką przekąską wyszedł każdy zaangażowany w budowę szopki :), no może oprócz Księdza Niosącego Światło

niedziela, 8 grudnia 2024

2079. Dzień skupienia w Rybniku

Każdego roku Duszpasterstwo Akademickie oraz Towarzystwo Ciemnych typów przeżywają swój dzień skupienia. W tym roku miał on miejsce w dniu wczorajszym w Rybniku, w parafii do której został skierowany zaprzyjaźniony z Duszpasterstwem ksiądz Paweł, a dla mnie po prostu Paweł. Z samego rana pociągiem i autami udaliśmy więc się do parafii Matki Boskiej Częstochowskiej, na której posługiwał kiedyś ksiądz Krzysztof. Po przybyciu do Rybniku zebraliśmy się pod dworcem PKP, skąd udaliśmy się w odpowiednim kierunku.
O 11:00 wszyscy przybyli udali się do znajdującej się na dole domu katolickiego kaplicy, jeszcze nie tak dawno pełniąca funkcję kościoła parafialnego. Każdy z nas spokojnie znalazł sobie miejsce do siedzenia i niecierpliwie wyczekiwał, co też powie nam ksiądz Paweł.
Młody neoprezbiter oparł swoje rozważania dotyczące nadziei o encyklikę Spe salvi napisaną ręką papieża Benedykta XVI. Swoją drogą, chyba będę musiała w końcu przeczytać ten dokument (oczywiście po tym, jak zapoznam się ze wszystkimi tego typu dokumentami napisanego przez Jana Pawła II). Pokazywał w nim, że nadzieja ma wiele oblicz, a niektóre z nich są dosyć zaskakujące. Znacie powiedzenie, że nadzieja jest matką głupich? A przecież jednocześnie jest ona jednym z imion Boga oraz Cnotami Boskimi, czy też cnotami teologalnymi. A więc jest czymś potrzebnym w naszym życiem. Tam, gdzie kończy się wszystko, tam pozostaje jedynie nadzieja na lepszy czas. Chciałabym wrzucić tutaj całe nagranie tej konferencji, za bardzo jednak nie wiem jak. Myślę, że wielu rozśmieszyło stwierdzenie, że pewnie mamy nadzieję, iż kapłan zaraz skończy to przemówienie i tak też się stało - konferencja się skończyła, a Paweł popędził na wizytę kolędową. Chociaż wcześniej udało nam się zrobić pamiątkowe zdjęcie.
Po zakończonej konferencji mieliśmy okazję wziąć udział we Mszy świętej, którą sprawowali ksiądz Krzysztof i ksiądz z parafii. Szczerze powiedziawszy to czułam się w nim trochę tak, jak w moim parafialnym kościele te 20 lat temu - kiedy był jeszcze w stanie surowym. Na Mszę przybyło jeszcze kilkoro osób. Poniższe zdjęcie ukazuje, że było nas całkiem sporo.
Po Mszy świętej i zabraniu naszych rzeczy z salki katechetycznej ksiądz Krzysztof zabrał nas do burgerowni znajdującej się w centrum miasta. Zna to miejsce od lat i serdecznie poleca je każdemu. W zasadzie nie wiem, jak smakują burgery, bo żadnego nie kupiłam, ale kulki serowe mają całkiem smaczne.
Po posileniu się podzieliliśmy się na dwie grupy i jedna poszła pod rybnicką katedrę, a druga, w tym ja, udała się na dworzec PKP, skąd pojechaliśmy pociągiem w kierunku Katowic. Na miejsce dojechaliśmy o 17:45. Szczerze powiedziawszy, to myślałam, że zejdzie nam szybciej. Jednak cały dzień uważam za w miarę udany i cieszę się, że wzięłam udział w tym wydarzeniu.
Jutro dzień równie intensywny - cały dzień na Śląskim Festiwalu Nauki, najpierw na stoisku naszego Koła Naukowego Teologów, wieczorem Msza święta wraz z nauką rekolekcyjną w Duszpasterstwie Akademickim. Potem dwutygodniowy maraton kolokwiów i referatów. A potem już to, co przyjemne, czyli święta.
Przed chwilą skończyłam natomiast wypiekać 24 babeczki (12 jogurtowych i 12 czekoladowych) na poniedziałkowy Kręg Biblijny.
Już na pierwszy rzut oka widać, że dwie czekoladowe nie do końca wyszły i wylały się z formy. Ale pozostałych 22 jest raczej niczego sobie. Mam nadzieję, że nic im się nie stanie, kiedy będą cały dzień przebywać w pudełku w plecaku. Podejrzewam, że z Śląskiego Festiwalu Nauki pojadę prosto do kościoła i nie będę miała kiedy w międzyczasie podskoczyć po nie do domu. Pachną nieziemsko i mam nadzieję, że tak samo będą smakować.

niedziela, 18 sierpnia 2024

2013. Tylko nie to, tylko nie dzisiaj, tylko nie teraz

Mniej więcej takie myśli przychodziły mi do głowy, kiedy w piątkowy poranek obudziłam się z temperaturą. Tym bardziej, że w planach miałam udać się na trzydniowy odpust do Kalwarii Zebrzydowskiej. Nic z tego, musiałam zostać w domu i chociaż trochę się wykurować. Zwłaszcza, kiedy w niedalekiej perspektywie czasowej mam udział w kolejnej już pieszej pielgrzymce na Jasną Górę (właśnie wróciłam ze spotkania organizacyjnego).
Dzień wcześniej, wieczorem, wróciłam z biegu "Biegać jest Bosko". Czułam się dobrze, nie licząc typowego zmęczenia biegiem. Niczego nie podejrzewając spakowałam się na wyjazd i poszłam spać. W piątkowy poranek obudziłam się, próbuję wstać, a tu nagle cały świat zaczyna wirować mi przed oczami, ja zaś nie mam siły zrobić nawet kroku na przód. Wiedziałam, że jestem zmuszona zmodyfikować moje plany na weekend i zamiast jechać na mini-pielgrzymkę zostać w domu. Było mi przykro, nie powiem, że nie. Ale starałam się upatrywać w tym szansy na coś innego.
Nie było więc uczestnictwa w piątkowej uroczystości zaśnięcia Maryi Panny wraz z procesją figurki do Grobku, sobotnich dróżek, czy też niedzielnej uroczystej Mszy odpustowej (nota bene trzeciej w przeciągu tygodnia). Była za to gorączka, bolące gardło i gorsze samopoczucie. Czyli coś, czego każdy z nas chciałby uniknąć, zwłaszcza o tej porze roku. Było wyglądanie przez okno i oglądanie telewizji. Czytanie książek oraz szukanie w Internecie informacji o najsłynniejszym chodziarzu w historii Polski, Robercie Korzeniowskim (a tych na szczęście nie brakuje, część wywiadów i artykułów planuję wydrukować i spiąć, aby mieć taką bazę pod ręką). Układanie puzzli. Rozwiązywanie pochodnych, całek i różniczek. I jeszcze zagłaskiwanie Pusi "na śmierć" (spokojnie, kotka przeżyła i ma się całkiem dobrze). Może zabrakło słynnych odpustowych cukierków, ale za to były pyszne babeczki a'la kopiec kreta, zrobione w chwili przypływu sił.
Może niezbyt idealne, ale smakowały wybornie
Mogłabym być zła na cały świat, że w tak beznadziejny sposób musiałam zmodyfikować moje plany. Ale po co? Czy użalanie się coś by zmieniło? Oczywiście było mi chwilowo żal, że ominie mnie cała uroczystość, jednak potem, z każdą chwilą już coraz mniej. Może po prostu tak miało być? Może pochorowałam się i nie pojechałam, abym w przyszłości bardziej cieszyła się z tego, co mi się uda zrealizować? To trochę tak, jak w wpisie o drogach - nie każda jest łatwa, ale każda jest po coś.
Swoją drogą, Ksiądz Niosący Światło mógłby zostać wróżem - kiedy kilka dni temu zmokłam podczas ulewy, zaczął jęczeć, że jeszcze skończy się to chorobą. No i viola, mam przeziębienie. Chociaż tak szczerze wątpię, czy to właśnie ona jest przyczyną mojego przeziębienia. Równie dobrze mogłam dostać podczas biegu lekkiego udaru słonecznego. Bo kaszlem i katarem się nie przejmuję - coś pyli, a lekarstwa za bardzo mi nie pomagają.

środa, 19 czerwca 2024

1960. Galaretkowiec, pyszny, łatwy i szybki deser

- Proszę pani, niech pani zrobi coś dobrego na zakończenie roku szkolnego! Przecież wszyscy zdaliśmy do następnej klasy - dzieciaki ze świetlicy przekrzykiwały się w czasie pobytu w niej. Koniec zajęć szkolnych zbliżał się wielkimi krokami, a przejście o klasę wyżej wszyscy chcieli jakoś uczcić. 
Już kilka razy piekłam coś do pracy, najczęściej były to jakieś ciasteczka. Ale ciasto własnej produkcji też się zdarzyło raz czy dwa razy przynieść. Do tego jednak potrzeba czasu, a ja akurat byłam w trakcie sesji, z czego tej na pedagogice wyjątkowo nie chciałam zawalić. Nie jestem co prawda zwolennikiem nauki na ostatnią chwilę, bo myślę, że był na to czas przez całe 15 tygodni (a nawet więcej) trwania semestru, ale trudniejsze zagadnienia, a tych nie brakuje, lubię sobie powtarzać do końca. Stanie kilka godzin nad wymyślnymi ciastami odpadało. Nie chciałam jednak zawieść moich ananasów i postanowiłam zrobić coś łatwego, a smacznego. Mój wybór padł na najzwyczajniejszy w świecie galaretkowiec, deser z galaretki i mleka, bez pieczenia i wyszukanych składników.
Aby przygotować galaretkowiec potrzebujemy:
  • 4 galaretki (najlepiej) różnego koloru (u mnie była to żółta - cytrynowa, pomarańczowa - pomarańczowa, czerwona - malinowa i zielona - agrestowa)
  • 3 łyżki cukru
  • 3 łyżki żelatyny
  • 500 ml mleka
  • łyżka ekstraktu z migdałów lub kilka kropli olejku (można zastąpić waniliowym lub kokosowym)
Opcjonalnie do dekoracji można wykorzystać 150-200 ml śmietanki, łyżkę cukru i listki mięty. Ja jednak to pominęłam. Najwyżej kupię po drodze bitą śmietanę w spreyu i tym udekoruję.
Wykonanie jest dziecinnie proste. Galaretki rozpuszczamy w 300 ml wrzącej wody i odstawiamy do wystudzenia. Galaretka musi jednak pozostać płynna. W garnuszku zagotowujemy mleku z cukrem i olejkiem, a następnie odstawiamy do przestygnięcia. W 300 ml gorącej (ale nie wrzącej) wody rozpuszczamy, najlepiej łyżka po łyżce, żelatynę. Powstały roztwór odstawiamy do przestudzenia. Kiedy mleko przestygnie wlewamy do niego schłodzoną, ale płynną żelatynę.
Do naczynia żaroodpornego wyłożonego najlepiej folią spożywczą (u mnie był to papier śniadaniowy) wylewamy pierwszą galaretkę i wstawiamy ją do lodówki na ok. 30 minut (aż stężeje).
Na stężałą galaretkę wlewamy szklankę mleka z żelatyną i ponownie wkładamy do lodówki do stężenia. Postępujemy w ten sposób aż do wykorzystania wszystkich galaretek. Wylewając na przemian galaretkę i mleko, powstaną 4 warstwy galaretki i 3 warstwy mleczne.
Po całkowitym schłodzeniu wyjmujemy z lodówki. Do naczynia przykładamy deskę i odwracamy do góry dnem. Zdejmujemy folię i kroimy w kwadraty, które możemy udekorować bitą śmietaną i miętą.
Odkroiłam kawałek, głównie dlatego, że galaretkowiec trochę wystawał poza tackę, a ja jeszcze musiałam przewieźć go autobusem do Kato. No i pewnie gdybym tego nie zrobiła, to nie miałabym szans na skosztowanie go. Może ciut się rozleciał podczas przenoszenia, ale w smaku był niezły. Mam nadzieję, że dzieciakom też będzie smakować.

sobota, 6 kwietnia 2024

1904. Mazurek

Jeżeli ktoś myśli, że przynależenie do Duszpasterstwa to tylko chodzenie na spotkania formacyjne i Msze Święte to jest w dużym błędzie. Duszpasterstwo Akademickie to również szereg inicjatyw, które mają za zadanie zintegrować jego członków. Należą do nich chociażby spotkania całej wspólnoty z okazji wigilii i śniadań wielkanocnych.
Wigilie są dosyć popularną formą spotkań wspólnotowych. Nawet schola do której kiedyś należałam (ja do niej jeszcze wrócę, tak samo jak do parafii, niech no tylko zmienią niektórych księży) przez większość swojego istnienia organizowała tego typu imprezy, które były idealną okazją do spotkania się jej członków w świątecznej atmosferze. Czasami było się na dwóch spotkaniach tego typu, bo przecież jeszcze było to organizowane przez Oratorium (no i komu to przeszkadzało!). No, ale czasy i władze się zmieniły, a wraz z nimi panujące zwyczaje.
Jednak spotkanie wielkanocne jest dla mnie nowością. Znowu z dozą nieśmiałości zapisałam się na nie, deklarując za razem, że przyniosę na nie ciasto. Na Wigilię przygotowałam sałatkę, więc teraz musiała być jakaś odmiana. Mój wybór co upiekę był bardzo prosty - postawiłam na tradycyjny, wielkanocny mazurek. Sama nie wiem, skąd mi się wziął pomysł, zwłaszcza że w mojej rodzinie nigdy się go nie piekło. Ale że jestem trochę szalonym i lubiącym wyzwania człowiekiem, to postanowiłam chociaż spróbować go upiec.
Dość łatwy i przystępny przepis znalazłam >>tutaj<<. Przedpołudniem dokupiłam potrzebne składniki, a po obiedzie zabrałam się do pracy. Od razu Wam zdradzę, że sugerowany czas przygotowania wydłuża się u mnie niesamowicie, ale takie to już są uroki życia z niepełnosprawnością. Czy to jednak oznacza, że mam się z tego powodu poddawać i nie być w jak największym stopniu samodzielna? Myślę, że nie. Zwłaszcza, że kocham eksperymentować w kuchni podczas wypróbowania nowych przepisów. Nawet gdy wiem, iż nawet nie skosztuję danej potrawy.
Przygotowanie mazurka równiej rozciągnęło mi się w czasie, zwłaszcza pierwsza faza, czyli przygotowanie ciasta. Jestem jednak tak dziwnym człowiekiem, że tą przedłużającą się chwilę wykorzystałam... powtarzając sobie w myślach materiał na poniedziałkowe kolokwium. Kiedy wstawiłam ciasto do piekarnika, wzięłam się z kolei za przygotowanie masy z kajmaku, kremu czekoladowego i gorzkiej czekolady. Aż zastanawiałam się, jaki to może mieć smak.
Po wyrobieniu masy (co okazało się nie taką łatwą sprawą) i wyjęciu ciasta z piekarnika rozprowadziłam masę po jego wierzchu, a następnie z migdałów i orzechów laskowych ułożyłam takie oto kwiatuszki.
Jeszcze tylko trzeba było posypać całość zmielonymi orzechami laskowymi oraz gotowa posypką cukrową. Chociaż zwrot trzeba było jest trochę nad wyrost. Po prostu miałam taką wizję i chęć. 
A wersja finalna wygląda mniej więcej tak:
Na koniec ciasto trafiło do lodówki. Po pierwsze chciałam aby masa kajmakowo-czekoladowa bez problemu zastygła. A po drugie nie chciałam aby Pusia za bardzo się interesowałam tym wypiekiem. Wiecie, że koty nie powinny jeść czekolady, bo im szkodzi? Ja wiem, dlatego za nic na świecie nie daję jej Pusi, nawet polizać. Na szczęście sama nie mogę zbytnio jej jeść, więc naprawdę pojawia się ona u mnie raz na jakiś czas.
Jak na pierwszy raz to myślę, że wyszło nie najgorzej, przynajmniej wizualnie. A jaki jest ten mazurek w smaku mam nadzieję przekonać się jutro. Mam nadzieję, że ktoś się na niego skusi i oceni, czy jest smaczny, czy też mógłby być lepszy i smaczniejszy.

czwartek, 8 lutego 2024

1853. Sentymentalnie

Westchnienie

Gdzieś z tyłu głowy pojawia się coś,
myśl jakby nieoczywista.
Coś tak prostego, jak zwykły cień,
cień z domowego ogniska.
Przy wspólnym stole siedzą już,
ci, którzy sercu są bliscy.
To mama, tata, siostra i brat,
z uśmiechem na twarzy wszyscy.
Wszystko to mogłoby zdjęciem być
lub namalowanym obrazem.
I wdzięczność zwykła, najprostsza dziś,
że wszyscy są znowu razem.
Ulotne chwile, zamknięte w pięść,
w skarbnicy serca trzymane.
Tak bardzo wszystkie chcą często być,
z pamięci przywoływane.

Z wiekiem człowiek robi się coraz bardziej sentymentalny. Chociaż jeszcze przez rok mogę zaliczać się do młodzieży, to coraz częściej zdarza mi się analizować moje dotychczasowe życie. To co mi się w nim udało, a co nie, co wydarzyło, a co mogło wydarzyć. Czy to co się nie wydarzyło to bardziej z mojej winy, czy też z winy innych. Czy jestem dobrym człowiekiem, czy tylko mi się tak wydaje. Czy w życiu czeka mnie jeszcze coś dobrego i pięknego, czy może to już za mną? I ile w ogóle tego życia mi zostało. Może kilkadziesiąt lat, a może tylko kilka dni. 
W zasadzie takie i podobne rozmyślania mam od liceum. Nie wiem skąd mi się to biorą, bo według naukowców i psychologów powinny się one pojawić w wieku ok. 40 lat, a nie kilkunastu czy dwudziestu paru. Ale to tylko statystyka. Ja zaś przez niemal całe moje życie wymykam się spod bliżej określonych ram, w które próbują mnie wcisnąć różni specjaliści. Wiem, jestem niestandardowa, przez co często przysparzam zakłopotania innym, zwłaszcza lekarzom i nauczycielom. 
Mimo wszystko staram się cieszyć tym moim życiem takim, jakie jest. Kolekcjonować w sercu tylko te piękne chwile, warte zapamiętania i wracania do nich w trudnych chwilach. Chociaż życie niejednokrotnie rzuca mi kłody pod nogi. Zresztą pewnie jak każdemu z nas. Te kłody trzeba przeskakiwać. Czasami się udaje, a czasami człowiek zahacza nogą o jedną z takich kłód i leci jak długi na ziemię (akurat mam słabo wyrobiony odruch obronny przed upadkiem, więc mniej więcej tak to u mnie wygląda). Zagadką zawsze pozostaje to, ile czasu mi zajmie podnoszenie się z kolejnego upadku. I kiedy zagoją się powstałe w ten sposób rany. Bo to, że się zagoją jest pewne. Które z nich zostawią trwałe blizny, a po których nie pozostanie ani śladu.
50 upieczonych pączków na Tłusty Czwartek z jednej strony cieszy, a z drugiej powoduje rozczarowanie. Chyba zaczyn nie za bardzo wyszedł, albo ciasto nie wyrosło. Nie szkodzi, człowiek uczy się na błędach. Następnym razem będzie lepiej. Mam taką nadzieję. Prawda jest taka, że zabawę w piekarza zaczęłam dopiero w zeszłym roku, kiedy dorobiłam się nowej kuchenki. Bo po przygodzie z kremówkami bałam się odpalać piekarnik w tej poprzedniej. Pączki w większości zostały zjedzone. Nie przeze mnie, ale podobno wcale nie były takie złe... Mam tylko nadzieję, że nikt się od nich nie pochoruje.
Wieczorem powrót na spotkania Duszpasterstwa Akademickiego po kilkutygodniowej przerwie. Aż chce się krzyknąć "nareszcie!". Ciekawe ile ludzi będzie, bo jednak jest przerwa międzysemestralna na większości uczelni. Zresztą, czy to takie ważne? Ważne, aby ktoś był. Nie mogę się już go doczekać. 

sobota, 6 stycznia 2024

1820. Żeby tylko smakowało...

Pół dnia spędzone w kuchni, a w efekcie:
Na Wigilię z Duszpasterstwa Akademickiego sałatka z kurczakiem i makaronem.
Palce poprzecinane, krew lała się strumieniami, ale to nic. A w tle leciały ulubione kolędy z Zielonego Wzgórza.
Pierwszą z sałatek już próbowałam, smaczna. Druga czeka na swój debiut. Mam nadzieję, że też będzie smakować. A tym samym czas nie został stracony.
Siadam do nauki. Kto to widział, aby pierwszy tydzień po powrocie do nauki był tak zapełniony zaliczeniami i kolokwiami?