Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętnik papieskiego anioła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętnik papieskiego anioła. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

1166. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", epilog

Beatyfikacja Jana Pawła II (źródło zdjęcia)
Pożegnanie Anioła Stróża: Tym razem już nie sam, lecz razem z Karolem patrzyłem na ziemski glob, który przybliżał się do nas z ogromną szybkością. I tym razem ujrzałem już nie rynek w Wadowicach, a Plac Świętego Piotra w Rzymie. Głowa przy głowie, człowiek przy człowieku - rzesze ludzi wypełniały to dobrze znane nam obu miejsce. Czegoś takiego jeszcze tam nie widzieliśmy - ani Karol podczas pobytu na ziemi, ani ja. Wierni wypełniali nie tylko plac i prowadzącą do niego via della Conciliazone, ale także pobliskie ulice. Eksplodowali radością, gdy z obrazu na frontonie bazyliki uniosła się zasłona i ujrzeli portret Jana Pawła II. Jego następca, Ojciec Święty Benedykt XVI ogłosił go błogosławionym.
Do chóru na ziemi przyłączył się nasz chór anielski. Chcieliśmy uczcić nie tylko nowego błogosławionego, ale naszą Królową i Matkę. Poświęcony jej miesiąc rozpoczął się wspaniale - od beatyfikacji ulubieńca. Nic dziwnego, że Karol przyszedł na świat w maju i również w maju ocalał z zamachu. Także trzynastego maja - w roku 2005 - Benedykt XVI publicznie ogłosił wcześniejsze rozpoczęcie jego procesu beatyfikacyjnego. A pierwszego maja roku 2011 ogłosił go błogosławionym. Była to niedziela - pierwsza po Wielkanocy - Niedziela Miłosierdzia.
Spojrzałem z wdzięcznością na Karola. Oby każdy Anioł Stróż miał takiego podopiecznego. Jakże łatwo byłoby nam wtedy spełniać naszą misję. Życzę tego wszystkim moim braciom, którzy strzegą was i prowadzą od momentu poczęcia i narodzin po koniec ziemskiej wędrówki. Bardzo liczą oni na to, że będziecie ich prosić o pomoc, radę, wskazówki i obronę, bo po to Najwyższy stawia ich przy Waszym boku. Razem będziecie niezwyciężeni - jak Karol.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I tutaj kończy się historia człowieka, który "odmienił oblicze Ziemi. Tej Ziemi". Ale wraz z odejściem Jana Pawła II nie skończyło się kiełkowanie ziarna, które zasiał za życia. A może to ziarno wydało jeszcze bardziej obfite owoce? Może nie u wszystkich, bo podobnie jak w Ewangelii, czasami ziarno padło na skały, innym razem między ciernie, a jeszcze kiedy indziej na ziemię jałową. Ale padło też na ziemię żyzną, która pozwoliła mu wzrastać ku górze.
Teraz, po latach, warto sobie zadać pytanie, co z jego nauki we mnie zostało i szczerze sobie na nie odpowiedzieć.
A ja po dwóch dniach życiowego zawirowania pozwolę sobie pobuszować po Waszych blogach :). W ogóle to był szalony dla mnie czas, ale wiecie, artykuł na temat wartości jakimi kierowali się państwo Wojtyłowie przy wychowaniu dzieci sam by się nie napisał(po to był mi potrzebny ten stos książek widoczny w jednym z postów). Co prawda obawiałam się, że za późno go wysłałam(termin był do 15 maja, a ja wysłałam 16 maja, ale o 4:28 nad ranem), jednak chyba to przeszło, bo otrzymałam meil zwrotny z podziękowaniami i papierologią stosowaną do wypełnienia. Mam tylko nadzieję, że Pani Dyrektor się nie wścieknie na mnie jeszcze bardziej, ale z drugiej strony... No co ja na to poradzę, że chcę się rozwijać?

sobota, 16 maja 2020

1165. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", część 26

"Chwała Pańska zewsząd ich oświeciła"
Od Anioła Stróża: Gdy Karol powrócił do Domu Ojca, ja przypatrywałem się światu. Miałem wrażenie, że powtarza się to, co działo się w błogosławionych dniach narodzenia Pana. Wtedy pasterze zobaczyli wielką światłość i usłyszeli głos jednego z nas: "Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie". 
Moi bracia i ja śpiewaliśmy z radości: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom jego upodobaniu". 
Po odejściu Karola również śpiewaliśmy z radości patrząc, jak ludzie na całym świecie powracają do Pana. W Europie, i w Azji, w Afryce, w Ameryce i w Australii zapełniały się kościoły, oblegano konfesjonały - tak, działy się cuda. Nie tylko uzdrowienia ciała, ale przede wszystkim dusz. 
Teraz wszystko stało się jasne: widziałem całe życie Karola, którego Wszechmogący prowadził ku tajemnicy Miłosierdzia. Przed drugą wojną światową przyjechał do Krakowa. W tym samym mieście i w tym samym czasie umierała siostra Faustyna Kowalska, którą Pan Jezus uczynił Sekretarką Bożego Miłosierdzia. W czasie wojny Karol pracował niedaleko klasztoru w Łagiewnikach, z którego siostra Faustyna poszła do domu Ojca. W tym miejscu zetknął się z głoszonym przez nią nabożeństwem. Jako biskup otworzył jej proces beatyfikacyjny, a jako papież beatyfikował ją i kanonizował. Była pierwszą świętą ogłoszoną w Roku Wielkiego Jubileuszu 2000, a dwa lata później przyjechał do Krakowa, aby konsekrować bazylikę poświęconą Miłosierdziu Bożemu. Powiedział wtedy: "Do dzisiaj pamiętam tą drogę, która prowadziła z Borku Fałęckiego na Dębniki, którą odbywałem codziennie, przychodząc na różne zmiany w pracy, przychodząc w drewnianych butach. Takie się wtedy nosiło. Jak można było sobie wyobrazić, że ten człowiek w drewniakach kiedyś będzie konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach?"

W łonie miłosierdzia
Przez następnych kilka miesięcy Lisa czuła się jak dziecko, które uczy się chodzić. Chciała jak najwięcej dowiedzieć się o Panu Jezusie, zbudowała relację z Najświętszą Maryją Panną. Czuła się bardzo blisko Jana Pawła II, który stał się dla niej jakby duchowym ojcem. I chciała ze wszystkimi dzielić się skarbem, który odkryła. Pewnego dnia napisała obszerne świadectwo swojego nawrócenia: 
"Na koniec chciałabym zostawić was z tymi słowami, które były wypowiedziane przez Jana Pawła II w jego ostatnim przesłaniu do świata, a które tak silnie przemówiło do mnie w tamtym czasie: Ludzkości, która czasem wydaje się zagubiona i zdominowana przez siły zła, egoizmu lub strachu zmartwychwstały Pan ofiaruje dar Jego przebaczającej miłości, jedna nas i otwiera na ducha nadziei. To miłość nawraca serca i daje pokój. Jak bardzo świat potrzebuje zrozumieć i przyjąć Boże Miłosierdzie! O Panie, który Twoją śmiercią i zmartwychwstaniem objawiasz miłość Ojca, wierzymy Tobie i z ufnością powtarzamy dziś - Jezu, ufam Tobie, miej miłosierdzie dla nas i całego świata."

piątek, 15 maja 2020

1164. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", część 25

"PÓJDŹ ZA MNĄ"


Pogrzeb Jana Pawła II(źródło zdjęcia)
Wiatr uspokoił się nieco, deszcz na szczęście nie padał, choć nad Placem Świętego Piotra zalegały ciemne chmury. Kardynał Joseph Ratzinger spojrzał na trumnę stojącą przed ołtarzem. Zgodnie z życzeniem Jana Pawła II nie było katafalku. Postawiono ją na ziemi, a na wieku położono księgę Ewangelii. Pod wpływem huraganowych porywów wiatru księga ożyła. Wyglądało to tak, jakby niewidzialna ręka przewracała kartki. Ten sam wiatr omal nie pozrywał mitr i piusek kardynałów wychodzących z bazyliki na koncelebrowaną Mszę pogrzebową Ojca Świętego. Z powiewającymi na wszystkie strony szatami wyglądali jak wielkie ptaki rozkładające skrzydła do lotu. 
Sięgnął po kartki z homilią. Postanowił, że tekst kazania oprze na słowach zmartwychwstałego Jezusa skierowanych do Piotra nad Jeziorem Genezaret. Pan powiedział do pierwszego papieża "Pójdź za mną" i trzykrotnie powtórzył to wezwanie. Życie Jana Pawła II również miało wyraźnie trzy etapy, na progu każdego z nich słyszał wołanie i szedł za nim. Najpierw było to wołanie do kapłaństwa przyjęte w mrocznych czasach okupacji. Następnie został biskupem w niezwykle trudnych warunkach ateistycznego komunizmu. I wreszcie trzecie "Pójdź za mną" owego październikowego popołudnia 1978 roku. 
Był mu wierny przez te wszystkie lata. Jak wiele dzięki temu się zmieniło! Chrześcijanie odzyskali dumę z tego, kim są, upadły ustroje gnębiące człowieka, tak wielu ludzi odzyskało nadzieję. To wszystko dzięki prostemu "Tak" w odpowiedzi na wołanie Pana.
 - Możemy być pewni, że nasz umiłowany Ojciec Święty stoi dzisiaj w oknie domu Ojca, patrzy na nas i błogosławi nas - powiedział. - Tak, błogosław nam, Ojcze Święty.

W DOMU NAJLEPIEJ
Lisa wpatrywała się w telewizor jak zaczarowana. Kiedy kardynał Ratzinger powierzył duszę papieża Najświętszej Maryi Pannie, poczuła, jakby jej serce przeszyła strzała wystrzelona przez Boga. Zobaczyła prawdę. Zobaczyła ją jasno i wyraźnie. Chwyciła różaniec i szlochając, zaczęła całować krucyfiks. Kochała Jezusa i tęskniła za Nim, a  teraz pojęła, że to właśnie Jego szukała przez cały ten czas - a On był ciągle obok niej. 
Operatorzy transmisji skierowali kamerę na trumnę z ciałem Ojca Świętego. Wiatr znowu zaczął wiać i przewracać kartki - to w jedną, to w drugą stronę. Czyż nie jest to obraz życia człowieka? Każdy dzień jest nową niezapisaną kartką, wyciągniętą ręką Pana, który daje kolejne szanse - często niewykorzystane, czasem wręcz odrzucane. 
Wiatr ustalił swój kierunek i przewracał kartki jedna po drugiej. W końcu uniósł i okładkę. Było to dziwne, bo kartka łatwo się unosiła, ale ciężka okładka stawiała opór. Księga została zamknięta.
Następnego dnia rano Lisa poszła do spowiedzi. Po raz pierwszy od wielu lat. Jej serce wypełniał żal. Przez łzy opowiadała, jak była głupia i jak odrzucała Prawdę - samego Chrystusa. Ksiądz powiedział jej, że otrzymała specjalną łaskę z nieba. Kiedy wyszła z konfesjonału, poczuła, jakby z ramion zdjęto jej wielki ciężar. Spojrzała na tabernakulum. Miała wrażenie, że słyszy słowa: "Lisa, wróciłaś do domu".
Następnego dnia była na pierwszej po latach Mszy Świętej. Ewangelia mówiła o Dobrym Pasterzu, który wychodzi szukać zaginionej owcy. Była pełna radości. Znikła ciemność, która spowijała ją przed śmiercią Jana Pawła II. Wkroczyła do krainy światła!

czwartek, 14 maja 2020

1163. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", część 24

LISA


Przygnębienie. Ze wszystkich stron ogarniała ją ciemność. Trwało to od Bożego Narodzenia. Były to najsmutniejsze święta w jej życiu. Nie mogła zasnąć, leżała z otwartymi oczami, a serce wyło w niej jakąś potworną tęsknotą, której nie potrafiła nazwać. "Boże, czy istniejesz? Jezu, czy naprawdę istniejesz? Czy po prostu umrę i to będzie mój koniec?"
Jeszcze kilka lat wcześniej życie Lisy Burns z Manchesteru w Wielkiej Brytanii nie różniło się niczym od życia wielu jej rówieśniczek. Chodziła do szkoły(była to zresztą szkoła katolicka), z wielką radością i entuzjazmem przyjmowała pierwsze sakramenty. Ale gdy doszła do wieku 12 lat, cała wiara z niej wyparowała. Była dobrą uczennicą i zachowywała się dobrze, co sprawiało, że stała się łatwym celem dla innych. Dogryzali jej i naśmiewali się - stawało się to coraz trudniejsze do zniesienia. Pewnego dnia zobaczyła, że przed siedzącą obok niej koleżanką leży otwarta książka z zaklęciami. Wzrok Lisy padł na zdanie, które bardzo ją zainteresowało: "Zaklęcie, które sprawi, że pokonasz prześladowców i uczynisz się popularniejszą". Tak zaczęła się jej podróż w świat okultyzmu. Odkryła, że w księgarniach jest cała masa pozycji na ten temat. Pierwszą nauką, którą z nich wyniosła, było twierdzenie, że szatan jest mitem wymyślonym przez zabobonnych katolików. Tak naprawdę - czytała - jest on aniołem światła-Lucyferem.
Stosowała zaklęcia i rytuały, jednak jakoś nie zauważyła, żeby działały. Najpierw pociągała ją nowość tych praktyk, lecz z czasem ją to znużyło. Życie stawało się coraz bardziej bezcelową egzystencją. Stwierdziła, że najważniejsze to czuć się dobrze. I jeśli to nikogo nie krzywdzi, to trzeba po prostu robić tak, żeby być w takim stanie. 
Jednak poczucie odrętwienia postępowało. Boże Narodzenie 2004 roku było straszliwe. Znalazła się na skraju depresji. 

DZISIAJ W BETLEJEM

Jan Paweł II w Betlejem(źródło zdjęcia)
Od Anioła Stróża: Tamtej nocy w Betlejem było nas wielu. Towarzyszyliśmy naszemu Panu, który z schronienia w łonie Matki wychodził na świat. Pokazaliśmy się pasterzom, którzy bardzo się przestraszyli. "Nie bójcie się!" - wołaliśmy. Maryja i Józef znaleźli schronienie w stajni, bo nie było dla nich miejsca w gospodzie. Od tego czasu dla ludzi na ziemi zaczęła się liczyć nowa era. Lata zamieniały się w wieki, wieki w tysiąclecia. Po pierwszym tysiącu lat Pan był znany w Europie, w drugim tysiącleciu misjonarze zanieśli Go na inne kontynenty. Gdy dobiegało ono końca, Najwyższy upatrzył sobie człowieka, dzięki któremu ci, którzy zapomnieli o Bogu - przypomną sobie, a ci, którzy nie wierzą - poznają go. Betlejem miało zamieszkać w sercach niezliczonej rzeszy ludzi. Tak, by cały świat stał się jak grota, w której Jezus przyszedł na świat. 
Na konklawe 16 października 1978 roku prymas Stefan Wyszyński powiedział Karolowi: "Masz wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie". Papież z Polski miał 22 lata, aby pracować nad przygotowaniem jubileuszu 2000 lat od narodzenia Pana. Podczas uroczystej inauguracji pontyfikatu wypowiedział słynne słowa: "Nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi!". Dla mnie brzmiały znajomo, bo jak nasze wołanie do pasterzy. Jan Paweł II bardzo pragnął zacząć swoją misję następcy świętego Piotra w Betlejem, w Bazylice Narodzenia, przy miejscu gdzie nasz Pan przyszedł na świat i gdzie został złożony w żłóbku. Wówczas nie było to możliwe. 
Karol nie rezygnował z tej podróży. Była to prawdziwa próba cierpliwości. Trwała ona tyle, ile przygotowanie do Wielkiego Jubileuszu - 22 lata. Dopiero w roku 2000 mógł udać się do Ziemi Świętej. 22 marca odprawił Mszę świętą na Placu Żłóbka. "Betlejem jest sercem mojej jubileuszowej pielgrzymki - powiedział wówczas. - Drogi, którymi szedłem przywiodły mnie do tego miejsca i do tajemnicy narodzin, które ono ogłasza".

NIE LĘKAJCIE SIĘ
Pierwsze trzy miesiące 2005 roku były dla Lisy okropne. Nie wierzyła w istnienie miłości, w ludziach widziała tylko zło, nikomu nie ufała i wszystkich nienawidziła. Czuła tylko jedno - gniew. Zaczęła chorować i tracić na wadze. Pewnego dnia włączyła telewizor. 
"Wczoraj wieczorem w Watykanie zmarł papież Jan Paweł II" - powiedział prezenter, a na ekranie ukazał się obraz placu i Bazyliki świętego Piotra. Kamera przesuwała się po poważnych twarzach ludzi, głównie młodych, którzy patrzyli w górę, w stronę okien na trzecim piętrze. - Na placu zgromadziły się tłumy ludzi. Przed godziną 22 podano wiadomość o śmierci papieża.
Ludzie na Placu św. Piotra(źródło zdjęcia)
Lisa zobaczyła zbliżenie twarzy jakiegoś biskupa, który powiedział coś po włosku. Na dole przesunęły się litery z tłumaczeniem - "O godzinie 21:37 nasz umiłowany Ojciec Święty Jan Paweł II odszedł do domu Ojca. Módlmy się...".
Coś nią wstrząsnęło. Zdrętwiała. Nie rozumiała dlaczego, lecz wiedziała na pewno, że jej serce doznało głębokiego wzruszenia. Patrzyła w ekran i słuchała kolejnych wypowiedzi o tym człowieku, który do tej pory był jej zupełnie obojętny. Z setek ujęć, z filmów dokumentalnych i świadectw ludzi układał się w jej głowie obraz kogoś, kto potrafił być zarazem silny i delikatny, zdecydowany i uprzejmy, wierny, a nade wszystko pełen miłości. Zobaczyła jego oczy pełne gniewu, gdy wzywał do nawrócenia członków sycylijskiej mafii, i czułość, z jaką brał na ręce małe dzieci. Widziała, jak przemawia do nieprzeliczonych rzesz i jak przygarnia brazylijskiego robotnika, który skarżył się na los ludzi takich jak on. Patrzyła na papieża przytulającego chłopca chorego na AIDS i modlącego się gorliwie pod krzyżem, gdzieś pośrodku afrykańskiego buszu. Poruszyły nią obrazy z ostatnich lat i ostatnich dni - widok starca, który porusza się i mówi z ogromnym trudem, który stoi w oknie swojej biblioteki i bezradny uderza się dłonią w czoło, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa. Uświadomiła sobie, że widzi w nim to wszystko, o czym jako dziewczynka czytała w Ewangelii. Cytowano wiele słów papieża, ale nie tylko to było dla niej ważne. Zobaczyła w nim odbicie Chrystusa, miłość, której ten Polak pozwolił pracować w sobie. Przez kolejne dni nie mogła oderwać się od telewizora. Czuła, że wraca nadzieja, choć nie odzyskała utraconej przed laty wiary.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie chcąc marnotrawić podarowanego mi z okazji pandemii czasu, postanowiłam wykorzystać to w miarę produktywnie. Więc chodzę po pokoju i gadam do siebie. I to w dodatku nie po polsku, ale po niemiecku oraz hiszpańsku. Żeby było śmieszniej, czasami pytam siebie o coś w języku hiszpańskim, a odpowiadam w języku polskim, albo niemieckim. Wow, chyba mam jakąś drugą osobowość, albo coś.
Poza tym czytam sobie teksty Wojtyły/Jana Pawła II. Niech żyje internet! Chociaż po niedzieli mają otworzyć już Bibliotekę Śląską, więc będzie można wreszcie coś sobie wypożyczyć. Bo tak sobie pomyślałam, że ludzie cieszą się ze 100 lecia jego urodzin, ale czy tak naprawdę znają jego naukę, nie mówiąc już o wcielaniu jej w życie? Bo wszyscy kojarzą go z kremówkami, w świecie postawione są setki pomników, ale najpiękniejszym pomnikiem są pozostawione przez niego dzieła i przemówienia. Nie wszystkie są proste, jednak myślę, że zapoznanie się z nimi nakreśli nam jakieś syntetyczne wyobrażenie tego, co chciał nam przekazać.
I na koniec taka mała ciekawostka: dzisiaj w kalendarzu liturgicznym obchodzimy wspomnienie św. Korony, do której możemy zwracać się o pomoc w trudnych chwilach. A tych zapewne nie brakuje nie tylko w okresie pandemii.

środa, 13 maja 2020

1162. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 23/Prorocza czytanka

TOTUS TUUS

Ksiądz Mieczysław Mokrzycki zerwał się od stołu i szybko zbliżył się do papieża. Mocnym ruchem uderzył go w plecy - nie pomogło. Jan Paweł II nadal się krztusił. Jeszcze raz. Bez skutku.
 - Trzeba do szpitala - niemal krzyknął.
Takie sytuacje zdarzały się w przeszłości. Uderzenie w plecy zazwyczaj pomagało, tym razem jednak sytuacja wyglądała groźnie. Początek 2005 roku przyniósł dalsze pogorszenie zdrowia Ojca Świętego. Właściwie nie mógł się samodzielnie poruszać. Jego żywa i tak pełna wyrazu twarz w znaczącej części stała się nieruchoma, tylko oczy świeciły wciąż tym samym blaskiem. Powstrzymywana przez lekarstwa, lecz nieuleczalna choroba Parkinsona czyniła coraz większe spustoszenie. Papież, niegdyś wspaniały mówca, z trudem wydobywał z siebie głos. Tylko zaczynał i kończył homilie, które czytał za niego jeden z arcybiskupów.
Nie zrezygnował jednak z wystąpień publicznych, choć jego widok nie należał do przyjemnych. Zdarzało się, że z ust mimowolnie wypływała mu ślina, którą musiał wycierać chusteczką. Niektórzy twierdzili, że nie powinien się pokazywać. 
 - Nie jest dobrze, gdy wszyscy widzą słabość szefa tak potężnej struktury jaką jest Kościół - mówili. - To obniża autorytet tej organizacji.
Wróciły głosy, które pojawiały się kilka lat wcześniej, kiedy słabość Jana Pawła II zaczęła być widoczna. - Papież zrobił już bardzo dużo, powinien zrezygnować i odpocząć - twierdzili życzliwi i nieżyczliwi. Tym pierwszym zależało na zdrowiu Ojca Świętego i na tym, by jak najdłużej był z tymi, którzy go kochają. Ci drudzy po prostu mieli go dość.

Od Anioła Stróża: Już dziesięć lat wcześniej Karol zastanawiał się, czy nie powinien zrezygnować. Przecież choroba mogła zahamować lub przynajmniej utrudnić rządzenie Kościołem. Co prawda umysł miał jasny, tylko ciało było coraz mniej sprawne.
 - Na szczęście starzejemy się od nóg, a nie od głowy - powiedział jednemu ze swoich przyjaciół, biskupowi Adamowi Dyczkowskiemu. Ale o odejściu myślał, szczególnie w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy po upadku w łazience doznał urazu kości biodrowej. Wiedział też o postępującej chorobie, która mogła go doprowadzić do całkowitego niedołęstwa. Pewnego dnia w czasie wakacji w górach powiedział o tym swojemu uczniowi i przyjacielowi, księdzu Tadeuszowi Styczniowi. Ksiądz odparł, że odejść z tego powodu może szef firmy lub przywódca państwa. Ale papież jest ojcem, zaś ojcem jest się do końca. 
Przed laty, po wyborze na Stolicę Piotrową, musiał zrezygnować z dotychczasowej wolności: z kajaków, nart, częstych spotkań z przyjaciółmi. Teraz wolność zewnętrznego działania odbierała mu choroba. Nie mógł chodzić, mówić, podróżować. Czasem nie mógł także przełykać, jak owego wieczora, gdy zabrano go do Polikliniki Gemelli. 

Werdykt lekarzy był jednoznaczny: potrzebna jest tracheotomia. Pod tym skomplikowanym słowem ukrywał się prosty, jak twierdzili, zabieg polegający na rozcięciu tchawicy i umieszczeniu w niej rurki umożliwiający dopływ powietrza do płuc, z pominięciem chorego odcinka dróg oddechowych. "Nie, narkoza nie będzie potrzebna, zrobi się znieczulenie miejscowe".
Zabieg trwał pół godziny. Gdy znieczulenie minęło chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Nawet jednego słowa! Dał znać, że chce napisać. "Co ze mną zrobiliście? Ale Totus Tuus".


Ostatnie błogosławieństwo Jana Pawła II z okien apartamentu
(źródło zdjęcia)
Od Anioła Stróża: Karol miał bardzo silną wolę. Tym trudniej było mu pogodzić się z tym, że stał się niemy. Pamiętał jednak o modlitwie naszego Pana, który w Ogrójcu mówił do Ojca: "Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie". Pamiętał też o naszej Matce stojącej pod krzyżem umierającego Syna. Słowa "Totus Tuus - Cały Twój" towarzyszyły mu przez całe życie i pomagały uczyć się posłuszeństwa Panu. 
Zbliżał się Wielki Tydzień, Triduum Męki Pańskiej. Chciał wrócić ze szpitala do domu i nauczyć się mówić od nowa. Z pomocą logopedy zaczął ćwiczyć artykułowanie słów. Dawny aktor, mistrz słowa, pragnął, choć krótko, przemówić do wiernych w Niedzielę Zmartwychwstania i udzielić im specjalnego papieskiego błogosławieństwa "Urbi et Orbi", czyli Miastu i Światu. W tym nikt nie może go zastąpić. W Wielkanoc, 27 marca, stanął w oknie swej biblioteki.

Z potężnych megafonów dochodził tylko chrapliwy, nieregularny oddech. Jan Paweł II miał mikrofon blisko ust, aby można było zrozumieć cicho wypowiadane słowa. Lecz żadne nie padło. Oddech stał się szybszy i głośniejszy.
Papież śledził wzrokiem tekst przemówienia. Milczał. Emocje go zdradziły. Na widok stojących ludzi na placu wzruszenie ścisnęło mu gardło. Nie mógł wydobyć z siebie głosu. Gdy doszedł do słów "Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący", podniósł rękę i nakreślił znak krzyża.
 - Może lepiej żebym umarł, jeśli nie mogę spełniać powierzonej mi misji - powie później arcybiskupowi Dziwiszowi i zaraz doda: "Niech się spełni wola Twoja. Totus Tuus".
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mija drugi miesiąc przymusowej izolacji, podczas której człowiek musiał przestawić się na inne tory funkcjonowania. Chociaż na początku trochę się temu "buntowałam", to w końcu przyzwyczaiłam się do przymusowej codzienności.
Pierwsze dwa tygodnie traktowałam jako odpoczynek od tego co było dotychczas. Potem blisko trzy tygodnie chorowania. Od połowy kwietnia zaś wszystko wróciło do normy. No prawie, bo to co dotychczas robiło się twarzą w twarz trzeba było przenieść do wirtualnej rzeczywistości.
Zabawne w tym wszystkim jest to, że dwadzieścia lat temu w podręczniku do języka polskiego dla klasy III była czytanka(ach, jakie to były urocze czytanki, niektóre z nich do dzisiaj pamiętam), w której bohaterowie żyli na tak skażonej planecie, że poza domem musieli poruszać się w skafandrach na wzór astronautów i oddychać powietrzem z butli tlenowej, po powrocie musieli się dezynfekować, zaś dzieci uczyły się przez internet. Wtedy było to nie do wyobrażenia. Ale minęły dwie dekady i to co wtedy wydawało się fantazją autora, stało się rzeczywistością. No, może poza chodzeniem w skafandrach. Nikt się tego nie spodziewał. A już na pewno nie ja.
Skoro już wracamy do cudownych lat dziecięcych, to "pochwalę się" jednym rysunkiem z tamtych czasów, na 90% zainspirowanym tamtym opowiadaniem. Nawet nie wiem jak on się dochować do współczesności.
Trochę przygnębiający, ale widać na twarzach ludzkich maski(a może i aparaty tlenowe na plecach) oraz okulary przeciwsłoneczne(chociaż nie ma słońca) na oczach. Nie wiem o co chodzi z tym helikopterem. Za to jestem niemal pewna, że to, co widać w głębi to fabryka. Czy tak w wieku 9-11 lat(w późniejszych latach rysowałam zazwyczaj z zachowaniem perspektywy, czego tutaj nie widać) wyobrażałam sobie świat za dwie dekady? Nie mam pojęcia, jednak wydaje mi się, że jest to obraz nieco zbliżony do zaistniałej sytuacji.

wtorek, 12 maja 2020

1161. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 22/Majowe rocznice

MARZENIE RAFAŁA


 - Rafał, zostańcie w Rzymie jeden dzień dłużej - powiedział Piotr Piwowarczyk, prezes fundacji "Mam marzenie".
 - No to półfinały Euro mam z głowy - pomyślał chłopak. - Ale spotkanie z papieżem zrekompensuje mi tą "stratę".
Rafał z całą rodziną - mamą, tatą i rodzeństwem, znajdował się na lotnisku w Katowicach, gdzie żegnał ich organizator tej niezwykłej podróży. Prowadzona przez pana Piotra fundacja zajmowała się spełnianiem marzeń ciężko chorych dzieci. Rafał od pół roku walczył z rakiem węzłów chłonnych. Do fundacji napisał, że chciałby spotkać się z Ojcem Świętym.
Udało się zorganizować wejściówki dla chłopca i jego rodziny na Mszę w uroczystość świętych Piotra i Pawła oraz na środową audiencję generalną. Rafał miał też przekazać papieżowi list od chorych dzieci ze swojego oddziału szpitalnego. W poniedziałek, 28 czerwca 2004 roku, wylądowali w Rzymie.
"Znak nadziei" - to była jego pierwsza myśl, gdy dostał do ręki niebieskie kartki - wejściówki na Mszę i audiencję. Wszystko układało się wspaniale. Rzym podbił jego serce, tym bardziej, że historia należała do ulubionych przedmiotów chłopca. A tu przecież można jej było dotknąć dłonią - jak choćby Koloseum czy Forum Romanum. Zwiedzanie ich w czerwcowym upale przepłacił wielkim zmęczeniem, ale to go nie zniechęcało. Zachwycił się Placem Świętego Piotra i bazyliką. Wielkie wrażenie zrobiła na nim odprawiana przez papieża długa, bo aż trzygodzinna Msza z okazji uroczystości świętych Piotra i Pawła. "Trzyma się nieźle, jak na swój wiek i chorobę - stwierdził. - Całą Mszę odprawił sam jeden, nie używając nawet okularów!". Teraz pozostawało czekać na dzień następny. Podczas audiencji będzie mógł zbliżyć się do papieża i powiedzieć mu kilka słów. Co? Na pewno się przedstawi: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Nazywam się Rafał Rogowski...".
Miał już "przepustkę". Tym razem była to karteczka pomarańczowa. Upoważniała do wstępu na dziedziniec prowadzący do bramu wjazdowej do bazyliki. Po błogosławieństwie na zakończenie audiencji generalnej przeszli tam i czekali na papieża. Żar lał się z nieba. Rafałowi robiło się słabo, ale zaciskał zęby. Widział, że Ojciec Święty jest bardziej zmęczony niż poprzedniego dnia. "Też pewnie zaciska zęby" - myślał.
Nie udało się! Papieski samochód nie zatrzymał się przy czekającej na niego grupce Polaków, wśród których był Rafał. Nie porozmawiali, nic nie wyszło z przekazania listu od chorych dzieci.
Piotr Piwowarczyk nie spodziewał się, że tego środowego popołudnia dotrze do niego taka wiadomość. Widocznie Ojciec Święty poczuł się źle - nic dziwnego, przecież w Rzymie panuje niesamowity upał, a audiencja odbywała się na wolnym powietrzu. Ale marzenie Rafała pozostało niespełnione. Co prawda Tomek, wolontariusz fundacji towarzyszący rodzinie Rogowskich, mówił, że chłopiec trzyma się dzielnie, cieszył się, że widział papieża z odległości pół metra, jednak nie zmieniło to faktu, że do bezpośredniego spotkania nie doszło.
Co robić? Na szczęście pan Piotr miał telefon do biskupa Dziwisza. Wziął słuchawkę.
 - Halo? Mówi Piotr Piwowarski z Krakowa, z fundacji "Mam marzenie". Mam do księdza arcybiskupa serdeczną prośbę...
Opowiedział historię Rafała, łącznie z tym, że zaraz po powrocie do Polski ma mieć kolejną chemię.
 - Niech przyjadą jutro rano - usłyszał odpowiedź. - Zobaczymy, co da się zrobić. 
"Zobaczymy". A więc pod żadnym pozorem nie trzeba dawać Rafałowi nadziei na spotkanie z Ojcem Świętym. Nie może zawieść się po raz drugi.
 - Słuchaj Tomek - tym razem to Piotr zadzwonił do wolontariusza. - Jutro rano macie być w Watykanie przy Spiżowej Bramie. Ustaliłem to z arcybiskupem Dziwiszem. Powiedz Rafałowi, że spotka się z sekretarzem papieża. Ale jest bardzo możliwe, że przyjmie go sam Jan Paweł II.
Rafał z papieżem(źródło zdjęcia)
 - Z arcybiskupem? - powtórzył Rafał, gdy dowiedział się o niespodziewanej audiencji. - Spoko, może być i arcybiskup. To tak jakby moje marzenie spełniło się prawie w 90%.
W czwartek rano zameldowali się pod bramą. Krótka wymiana zdań z malowniczo ubranymi żołnierzami Gwardii Szwajcarskiej. Niebieska karteczka-przepustka wręczona przez jednego z nich. Droga po schodach do windy. Drugie piętro i wyjście na dziedziniec. Przejście do pałacu i wędrówka przez wspaniale zdobione komnaty. W końcu ostatnia, z wygodnymi kanapami. Czekali jakiś czas. Wreszcie drzwi się otworzyły. Weszli i Rafał o mało nie upadł z wrażenia.
Na środku komnaty, na tronie, siedział papież. Zachęcająco skinął ręką. Chwilę później Rafał klęczał przed Ojcem Świętym. Ucałował pierścień. Jan Paweł II położył rękę na jego głowie i wypowiedział słowa błogosławieństwa. Sięgnął po różaniec.

Od Anioła Stróża: Przez chwilę rozmawiali. Rafał przekazał Ojcu Świętemu list od chorych dzieci. Tego samego dnia wrócił do Polski. Niedługo potem okazało się, że rak się cofnął.
Takich spotkań Karol miał bardzo, bardzo dużo. Niektóre z nich kończyły się podobnie jak spotkanie Rafała. Chorzy ludzie odzyskiwali zdrowie, bezpłodne małżeństwa mogły mieć dzieci, ludzie, którzy zeszli na złą drogę, wracali do Pana Boga. Tak było w przypadku pewnego księdza, który rzucił kapłaństwo i został bezdomnym. Nieopodal Placu św. Piotra spotkał go znajomy, który szedł na audiencję do Ojca Świętego. Gdy papież dowiedział się o tym, kazał przyprowadzić bezdomnego do siebie. Zabrał go do drugiego pokoju, po czym... klęknął przed nim i wyspowiadał się. Ksiądz-kloszard rozpłakał się. A Jan Paweł II powiedział mu: "Widzisz  jak wielki jest sakrament kapłaństwa? Nie kalaj go!".
Innym razem spotkał się z grupą kapłanów z Polski. Było ich wielu, jeden wołał z tyłu do Ojca Świętego pragnąc przedstawić mu swoją matkę. Papież już musiał wychodzić, ale usłyszał tę prośbę. "Ten ksiądz chciał mi przedstawić matkę, znajdźcie ich i przyprowadźcie" - powiedział później do swoich współpracowników. Szukali dwa dni. Wreszcie znaleźli, w pensjonacie kilkanaście kilometrów od Rzymu. Papież przyjął oboje. Kiedyś do Ojca Świętego napisali rodzice dziewczynki ciężko chorej na raka. Byli Polakami, mieszkali w Kanadzie. Jan Paweł II zaprosił ich do siebie. Dwukrotnie rozmawiał z mamą trzymającą na rękach córeczkę - raz na audiencji generalnej, potem na prywatnej. "Ufaj Bogu - powiedział. - Jeśli on zdecyduje, że chce ją mieć obok siebie, to zabierze ją. Jeśli będzie chciał, aby była z tobą, nie musisz się o nic martwić i nic robić. Traktuj ją jak pozostałe dzieci. Będzie tak, jak postanowił Bóg".
Najwyższy postanowił, że dziewczynka wyzdrowieje. I tak się stało po ich powrocie do Kanady. 
Długo by mówić o wszystkich takich spotkaniach. Wystarczyło by Jan Paweł II zobaczył chorych lub dzieci i już do nich szedł, nieraz przyprawiając o palpitację serca swoich ziemskich "aniołów stróżów".
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dzień spędziłam, można powiedzieć, na trzech rzeczach:
  1. Dokończeniu czytania bloga cieni wiatru, który autorka prowadziła od 2005 roku, więc było co czytać,
  2. Porządkowaniu i wklepaniem do "systemu"(czyli serwisu "lubimy.czytać") kilku książek;
  3. A teraz zrobiłam sobie chwilę przerwy od czytania "Zaburzeń osobowości we współczesnym świecie" pod redakcją T. i C. Millon'ów oraz "Zaburzeń osobowości z pogranicza" Marshy Linehan zgłębiając w ten sposób tajniki osobowości borderline, znanej też pod nazwą osobowość pograniczna lub pograniczne zaburzenie osobowości.
Jakoś sobie trzeba organizować ten czas w okresie kwarantanny. Zastanawiam się też czy możliwe jest odizolowanie jednego województwa od innych. I jak to miałoby wyglądać od strony technicznej? Czyżby chcieli postawić wojsko na granicach?
Ogólnie dziwny jest ten maj.
Dzisiaj mija 85 rocznica śmierci Józefa Piłsudskiego oraz 50 rocznica śmierci Władysława Andersa. Nie wiem jak to miało być z Józefem Piłsudskim, ale obchody poświęcone rocznicy śmierci Andersa zaplanowali dosyć bogate. Miał być uroczysty koncert, mieli być weterani bitwy pod Monte Casino, miało być odsłonięcie pomnika generała. Zamiast tego było skromne złożenie kwiatów na jego grobie przez córkę generała, Annę Anders, ambasadorkę Polski w Rzymie.
Zresztą to nie jedyne uroczystości, które trzeba było odwołać z powodu pandemii koronawirusa. W przyszłym tygodniu Wadowice miały hucznie obchodzić 100 rocznicę urodzin Jana Pawła II. Wszystko było zaplanowane od miesięcy. I co? Wiele z atrakcji trzeba było odwołać. A przecież 100 urodziny zdarzają się raz w historii...
W dodatku w wielu regionach naszego kraju spadł śnieg. W Wiadomościach podano analogiczną sytuację sprzed 85 lat, kiedy po śmierci Józefa Piłsudskiego spadł śnieg połączony z deszczem. To chyba niebiosa przeżywały to wszystko. Ponadto, chociaż trudno w to uwierzyć, pogrzeb marszałka był największy w historii Polski. A koniki towarzyszące wydarzeniu wspominali najstarsi ludzie, którzy przybyli na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki(na nich też była kawaleria konna). Tutaj też zrezygnowano z hucznych obchodów na rzecz skromnego złożenia wieńca przez prezydenta Andrzeja Dudę.

poniedziałek, 11 maja 2020

1160. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 21/Widzieć dobro zamiast zła

MATKA

- Tak, Ojcze Święty. To ja, Ojcze Święty. Jeszcze dzisiaj, Ojcze Święty. Dziękuję.
Jan Paweł II i Matka Teresa z Kalkuty(źródło zdjęcia)
Papież pamiętał tą rozmowę, jakby to było wczoraj. A przecież minęło od niej pełnych dwadzieścia
lat. Zadzwonił wieczorem do Matki Teresy z Kalkuty przekonać ją, by zechciała pójść do szpitala. Kilka dni wcześniej bardzo zaniepokojone siostry z założonego przez nią zgromadzenia Misjonarek Miłości skontaktowały się z księdzem Dziwiszem. Matka była bardzo słaba, na dodatek spadła z łóżka, uszkodziła sobie stopę i za nic nie chciała pójść do szpitala. Przemówił do niej dopiero autorytet Jana Pawła II. "Cały świat cię potrzebuje, więc proszę, wracaj do szpitala i wypocznij" - powiedział do niej przez telefon. 
Święte posłuszeństwo wobec następcy Piotra prawdopodobnie uratowało jej życie. W szpitalu okazało się, że lada chwila mogła dostać zawału serca. Lekarze zastosowali odpowiednie środki i Matka mogła jeszcze długo pracować. Dopiero w 1997 roku, w wieku 87 lat, oddała duszę Bogu.
Za chwilę ogłosi ją błogosławioną.
Rzesze ludzi wypełniały Plac Świętego Piotra w ten słoneczny październikowy poranek. Przyszli tu z dwóch powodów. Po pierwsze, by świętować wyniesienie na ołtarze kobiety, która już za życia cieszyła się na całym świecie opinią świętej. Po drugie by był blisko z papieżem. Trzy dni wcześniej minęło dwadzieścia pięć lat od dnia, gdy został wybrany na Stolicę Piotrową. Beatyfikację Matki Teresy połączono z obchodami tego jubileuszu.

Od Anioła Stróża: "Chyba mój Anioł Stróż wypchnął mnie z łóżka" - mówiła Matka Teresa po przygodzie, w której doznała urazu nogi.  Podobnie jak Jan Paweł II była z nami w dobrym kontakcie, ale nie tylko to ich łączyło. Oboje pochodzili z krajów, gdzie po drugiej wojnie światowej władzę objęli komuniści. Matka Teresa urodziła się bowiem w Albanii. Bardzo się przyjaźnili. I Karol, i Agnes(bo takie było jej imię chrzcielne - Teresa to jej imię zakonne) opuścili swoje kraje wezwani przez Najwyższego.
Oboje żyli długo i byli powszechnie znani. Oboje bardzo wiele podróżowali. Jan Paweł II nieraz wysyłał Matkę Teresę do krajów, do których nie mógł udać się sam, aby tam przygotować grunt pod dzieło ewangelizacji - na przykład pojechała do Chin. I oboje pragnęli zostać świętymi. Kiedyś Matka ciężko zachorowała. Przyśniło jej się, że poszła do nieba. Tam spotkała świętego Piotra, który powiedział, że ma wracać na ziemię, bo w raju nie ma opuszczonych. "To ja ci go napełnię biedakami" - zagroziła. Takim miejscem, z którego "wysyłała" ich do Pana Boga był Dom Niepokalanego Serca(Nirmal Hriday) w Kalkucie, w Indiach. Tam założyła umieralnię dla najbiedniejszych z biednych. Zbierała ich z ulicy. Jan Paweł II odwiedził to miejsce podczas pielgrzymki do Indii. 

Zatrzymał się wtedy przy czarnej tablicy, na której widniał zrobiony kredą napis: "3 lutego 1986 rok. Przybyły dwie osoby, wyszło zero, umarły cztery. Robimy to dla Chrystusa."
Mało brakowało, a przeczytałby inne słowa: "Witamy Cię, Ojcze Święty". Matka Teresa w porę jednak ostudziła zapędy sióstr, które tak chciały uczcić niezwykłego gościa. Codziennie Misjonarki Miłości umieszczały tu bilans dnia. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem przybywało tych, którzy w tym domu znaleźli, jak mówiła założycielka misjonarek, bramę do raju. Kiedyś pewien dziennikarz zapytał Matkę, czy to co robi nie wydaje jej się kroplą w morzu potrzeb. 
 - Może to i kropla - odpowiedziała - ale bez kropel nie byłoby oceanów.
 Jan Paweł II w Domu Dla Umierających w Kalkucie
(źródło zdjęcia)
Matka wprowadziła Ojca Świętego do środka. Przechodził między rzędami łóżek, pochylał się nad umierającymi, obejmował ich i błogosławił. Od jednej z zakonnic wziął miseczkę z ryżem, przysiadł na pryczy i zaczął karmić starca. Potem pochylił się nad nim i pocałował w głowę.
Dotarli do miejsca, gdzie leżeli ci, o których przeczytał na tablicy. Cztery ciała, wśród nich jedno malutkie - dziecko. Nakreślając nad nimi znak krzyża, polecił ich Bogu.
 - Nirmal Hriday to miejsce nadziei - powiedział, gdy po pół godzinie wyszli przed dom. - Budynek zbudowany na odwadze i wierze, dom, gdzie króluje miłość, dom wypełniony miłością.
 - To najszczęśliwszy dzień mojego życia - wyznała Matka Teresa. - To także wspaniały dzień dla nich, bo dotknięcie papieża jest jak dotknięcie Chrystusa.
Jan Paweł II uścisnął zakonnicę.
 - Czy Matka nie otworzyłaby domu u mnie? - zapytał. 
 - Przecież już pracujemy w Rzymie.
 - W Rzymie tak, ale nie w Watykanie - odparł papież.
Musiał wykazać się sporym zdecydowaniem - jego współpracownicy gorąco protestowali przeciw takiemu pomysłowi. Do takiego domu przychodzili przecież ludzie najbiedniejsi, często brudni, obdarci co groziło odstraszeniem pielgrzymów i turystów odwiedzających Watykan. Jednak Jan Paweł II nie dał za wygraną. Chciał by na terenie rządzonego przez niego miniaturowego państwa było miejsce, w którym znajdzie się Bóg obecny w najuboższych. Kilka miesięcy później poświęcił kamień węgielny pod Casa di Accoglienza per i piu Poveri "Dono di Maria" - dom gościnny dla najuboższych "Dar Maryi". Po kolejnych dwóch latach dom został otwarty.

Od Anioła Stróża: Jana Pawła II i Matkę Teresę łączyło jeszcze jedno. Jej beatyfikacja odbyła się niezwykle szybko - już sześć lat po śmierci. Normalnie nie jest to możliwe - watykańskie procedury wymagają, aby proces beatyfikacyjny rozpoczął się najwcześniej pięć lat po śmierci kandydata na ołtarze. Papież jednak udzielił dyspensy od tego przepisu dwa i pół roku po odejściu założycielki Misjonarek Miłości i proces mógł się rozpocząć w 1999 roku. Najwyższy sprawił również cud uzdrowienia pewnej hinduskiej kobiety, dając znak, że i Jego wolą jest beatyfikacja Matki. Dzięki temu możliwe było tak szybkie wyniesienie jej na ołtarze. Stało się to 19 października 2003 roku.
Kilkanaście miesięcy później z tego wzoru skorzystał papież Benedykt XVI, zezwalając na wcześniejsze rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego swojego poprzednika - Jana Pawła II
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Matka Teresa z Kalkuty zmarła na początku września 1997 roku, kilka dni po śmierci Lady Diany, z którą się przyjaźniły. Zresztą księżna Diana, chociaż nie była katoliczką, została pochowana z różańcem, który otrzymała od zakonnicy. Mam jeszcze w pamięci obraz telewizyjny przedstawiający trumnę, z ciałem odsłoniętym od klatki piersiowej w dół. Nie jestem jednak w stanie sobie przypomnieć, czy była to Matka Teresa z Kalkuty w charakterystycznym białym sari, czy może angielska Królowa Ludzkich Serc w jakimś pięknym kostiumie. Zbyt dużo czasu minęło od tego momentu, a i ja, jako niespełna 7-letnie dziecko pewnie niewiele uwagi poświęcałam temu, co się działo na ekranie telewizyjnym.
Czy oglądałam Mszę świętą beatyfikacyjną? Trudno mi powiedzieć. Wiem, że widziałam jej kanonizację dokonaną przez papieża Franciszka w pierwszą niedzielę września 2016 roku. Akurat tego samego dnia w moim mieście odbywały się dożynki, dlatego w planach miałam udać się na Mszę świętą do bazylikę, która odbyła się w późniejszych godzinach, toteż nic nie stało na przeszkodzie, abym obejrzała transmisję z Watykanu. Jak zwykle byłam zachwycona całą oprawą uroczystości, jednak najbardziej tym, że Matka Teresa z Kalkuty została ogłoszona patronką wolontariuszy, czyli poniekąd i moją.
Wraz z kanonizacją(a znając ludzką naturę to pewnie i beatyfikacją) pojawiły się głosy oskarżające Matkę Teresę o niewłaściwe traktowanie chorych. Jeszcze teraz od czasu do czasu czytam opinię, że nie była świętą tylko potworem. Tak łatwo jest nam oceniać postępowanie innych. Tymczasem "kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień"(J. 8, 7). Błądzić jest rzeczą ludzką. Każdy z nas popełnia takie czy inne błędy. A święci przecież byli z krwi i kości, z sumieniem i wolną wolą. Im też zdarzało się pobłądzić w życiu, oszukiwać, a nawet zabić innego człowieka. A jednak swoim życiem i uczynkami zamazali wszelkie swoje winy i wspięli się na drogę świętości. Poza tym, jak napisał ks. Aleksander Derouville w książce "O naśladowaniu Najświętszej Maryi Panny": "Sprawiedliwie oszacować jakąś rzecz możemy tylko wg tego, jak ją Bóg ocenia! To, co Bóg myśli i sądzi, winno być dla nas niezmienny prawidłem.". Nie wiemy jakimi kryteriami ocenia Bóg. Być może to my za swoje "małe grzeszki" urośniemy w Jego oczach do rangi "potworów"? Być może odpowiemy za sprzeciwianie się przykazaniu nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu?
Na jednym z czytanych przeze mnie blogów autor żali się często, że nie jest już szczęśliwy. Tylko jak ma być szczęśliwy, skoro naokoło widzi samo zło, gardzi ludźmi, katolikami(bo księża to pedofile), muzułmanami(bo wysadzają w powietrze), Polakami, politykami. Wylewanie żali na blogu może i przynosi jej ulgę, ale myślę że jest to chwilowe. Ta jej nienawiść do wielu grup ludzi(wrzuconych zresztą do jednego worka) jest trochę jak nowotwór toczący jej wnętrze(bo nie wiem czy uznaje duszę). Owszem, można czerpać radość z obcowania z przyrodą, ale co to za uczucie, kiedy w większości osób dookoła widzi się zło?
Dlatego proszę Was, starajcie się dostrzegać w innych też dobro, bo każdy z nas posiada chociaż drobną cząsteczkę tej pozytywnej cechy.

niedziela, 10 maja 2020

1159. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 20/O czym nie śniło się dwunastolatce?

NIE MARTW SIĘ

Konrad zaczynał żałować, że wybrali się na tą eskapadę. Nie dość, że całą noc trzeba było spędzić pod gołym niebem, to jeszcze teraz ta ulewa. O szóstej rano z nieba runęły kaskady wody. Zrobiło się groźnie- wiał porywisty wiatr, który zniszczył część ołtarza, przy którym wkrótce Jan Paweł II miał odprawić Mszę świętą. Czy papież w ogóle tutaj dotrze?
 - Jak się czujesz? - zapytał Paulinę. Wyglądała bardzo źle. Pozbawioną włosów głowę okrywała chustka. Była blada, a ręce posiniały jej z zimna. "To było szaleństwo przyjeżdżać tutaj" - pomyślał. 
Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 
 - Dziękuję, że mnie przywieźliście - powiedziała. 
Był to ostatni dzień Światowego Dnia Młodzieży w Toronto w Kanadzie. Paulina od dawna marzyła by uczestniczyć w tym spotkaniu. Rodzina i przyjaciele postanowili spełnić to marzenie, tym bardziej, że mogło to być jedno z ostatnich pragnień jej życia. Dziewczyna była chora na raka węzłów chłonnych, przeszła już chemioterapię a poprawa nie następowała. Poprzedniego dnia przyjechali na teren dawnego lotniska wojskowego Downsview, przy pięknej pogodzie uczestniczyli w wieczornym czuwaniu z papieżem, a potem położyli się spać pod gołym niebem. O świcie zbudziło ich oberwanie chmury. Lało, i nic nie wskazywało na to, aby miało przestać. 
 - Jan Paweł II leci już do nas - oznajmił głos z megafonów. Ledwo się przebił przez hałas deszczu i wiatru.
***
 - Ojcze Święty, trzeba jakiejś Bożej interwencji, żeby to wszystko ucichło - arcybiskup Stanisław
Jan Paweł II w Kanadzie(źródło zdjęcia)
Dziwisz usłyszał, jak jedna z osób z papieskiej świty zwraca się do Jana Pawła II. Papież po wyjściu ze śmigłowca stanął na niewielkiej platformie zaopatrzonej w kółka. Popychało ją kilkoro młodych ludzi. O własnych siłach poruszał się z najwyższym trudem - choroba nie oszczędzała go, samodzielnie mógł zrobić kilka kroków. 
Wiatr uderzał z wielką siłą.
 - Ojcze Święty, tak mi przykro za tą pogodę - powiedział ksiądz Tom Rosica, główny koordynator Światowych Dni Młodzieży.
Jan Paweł II uśmiechnął się.
 - Don't worry - odparł. - Nie martw się.
Wyciągnął rękę w kierunku ciemnych chmur i pobłogosławił je. 
Konrad patrzył z niedowierzaniem w niebo. Wichura nie zelżała, ale pod jej ogromnym naporem chmury zaczęły ustępować. Deszcz słabł z minuty na minutę. Słońce? Na niebie pojawiły się blade promienie, za chwilę grzało już całkiem solidnie. Paulina spojrzała na niego z jakimś błyskiem w oczach. Usłyszeli papieża:
 - Lluvia-viento-sol - powiedział Ojciec Święty po hiszpańsku. - Deszcz-wiatr-słońce.

Od Anioła Stróża: Moc w słabości się doskonali. Tak mówił święty Paweł i o tym przypomniał Jan Paweł II. Kiedy w lipcu 2002 roku przyleciał do Toronto był tak słaby i schorowany, że z trudem mógł zejść po schodach z samolotu na płytę lotniska. Trzeba było widzieć, z jakim wysiłkiem pokonywał każdy stopień. Był już przy jednym z ostatnich schodków, gdy jeden z księży chciał mu pomóc, ale on energicznie uderzył laską o podłogę i pokazał, że da radę sam. Wiele go to kosztowało, chciał jednak to zrobić, aby przynajmniej w ten sposób okazać swoją solidarność z organizatorami Światowego Dnia Młodzieży, którzy napotkali ogromne trudności w czasie przygotowań do tej uroczystości. Już to zdziwiło Kanadyjczyków witających papieża. A niedzielna przygoda z burzą i jej nagłym uciszeniem? Tutaj w całej pełni objawiła się moc, tym większa im większa słabość człowieka.

 - Konrad, czyż to nie wspaniałe? - zapytała Paulina. - Zupełnie jak uciszenie burzy na jeziorze Genezaret. 
 - Daj spokój, ale dobrze, że już przestało padać.
 - Ale dobrze się czuję.
"To przez te emocje" - pomyślał. 
Papież mówił:
 - Chociaż przeżyłem wiele ciemności i surowych reżimów totalitarnych, to jednak ujrzałem wystarczająco wiele dowodów, aby być niezachwianie przekonanym, że żadna trudność i żaden lęk, jakkolwiek wielkie by one były, nie są w stanie całkowicie stłumić nadziei, która rodzi się wiecznie w sercach młodych ludzi. Nie pozwólcie umrzeć tej nadziei. Postawcie swoje życie na niej. Nie jesteśmy sumą naszych słabości i upadków. Jesteśmy sumą miłości Ojca do nas, naszej prawdziwej zdolności stawania się obrazem Jego Syna, Jezusa.

Od Anioła Stróża: Głos Karola drżał. Ja jednak słyszałem tego samego człowieka, który pięćdziesiąt lat wcześniej pocieszał pobitego Staszka Wyporka w Niegowici i który w czasie wycieczki do Zakopanego został "Wujkiem". 22 października 1978 roku w dniu inauguracji pontyfikatu powiedział do młodych ludzi na Placu Świętego Piotra:
 - Wy jesteście nadzieją Kościoła, jesteście moją nadzieją.
Siedem lat później zaczęły się Światowe Dni Młodzieży - wędrówka przez ziemię pod wodzą papieża. Zaczęli od Rzymu (1985 rok), potem było Buenos Aires (Argentyna 1997), Santiago de Compostela (Hiszpania 1989), Częstochowa (Polska 1991), Denver (USA 1993), Manilia (Filipiny 1995), Paryż (Francja 1997), Rzym (2000) no i Toronto (Kanada 2002).
A Paulina? Kilka dni po wyjeździe papieża z Kanady poszła do lekarza. Okazało się, że rak zniknął.
-----------------------------------------------------------------------
Pamiętam dobrze tamto lato - jak przez mgłę kojarzę artykuł w "Tinie" poświęcony cudowi, jaki się dokonał za sprawą Ojca Pio i który "przesądził" o jego ziemskiej kanonizacji. Samej uroczystości nie pamiętam. Być może byłam wtedy jeszcze na "zielonej szkole"(w naszej szkole była możliwość jeżdżenia na nią co roku, nie tylko w trzeciej klasie), być może nie była transmitowana w publicznej telewizji, a może była, a my jakąś ją przegapiliśmy? Potem było zakończenie roku szkolnego - gorący dzień, po akademii i otrzymaniu świadectw poszliśmy z rodzicami na lody i zaczęły się wyczekiwane wakacje. Ponieważ na początku sierpnia zaplanowany miałam obóz harcerski, lipiec spędziłam z kuzynostwem w Wadowicach. 
Pewnego dnia na rynku pojawił się duży telebim, wyrósł dosłownie na naszych oczach(swego czasu była tam też fontanna, przy której uwielbialiśmy spędzać czas jako dzieci, niestety usunięto ją podczas modernizacji na początku minionego dziesięciolecia i zastąpiono inną, bardziej nowoczesną). Tego samego dnia, późnym wieczorem, udałam się wraz z kuzynami na owy rynek. I wtedy zrozumiałam po co stawiali telebim - zaplanowany był tzw. telemost pomiędzy młodzieżą zgromadzoną w położonym na drugim krańcu globu Toronto, a tą w niewielkich Wadowicach. Jak dla mnie było to istną magią, tym bardziej, że na ekranie pojawiła się postać Jana Pawła II, która przemówiła. Oczywiście wiedziałam co to są telebimy, ale jeszcze nie docierało do mnie, że mogą transmitować dźwięk i obraz na tak dużą odległość.
Wtedy, w 2002 roku, jako niespełna dwunastolatka nie śmiałam nawet marzyć, że kiedyś będzie mi dane osobiście wziąć udział w tego typu wydarzeniu. Pewnie gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że byłoby wspaniale, gdyby to się udało, ale wydawało mi się to równie niemożliwe jak lot w kosmos. Bóg miał jednak wobec mnie swój plan i nie dość, że tak pokierował tym wszystkim, że w 2016 roku Światowe Dni Młodzieży odbyły się w Krakowie(i nawet udało się mi dostać na wolontariat, co już było samo w sobie niezwykłe) to jeszcze udało mi się polecieć do Panamy na kolejną edycję.
Zaś po moim powrocie z obozu w Rabce, niemal na drugi(trzeci?) dzień, pojechaliśmy z rodzicami na krakowskie Błonia(a następnego dnia do Kalwarii Zebrzydowskiej), aby uczestniczyć we Mszy świętej i spotkaniu z papieżem. Niestety, był to jego ostatni pobyt w Ojczyźnie, chociaż w 2004 roku planowano kolejną wizytę na 2005 albo 2006 rok. Dlatego bardzo się cieszę, że mimo zmęczenia mogłam jeszcze raz zobaczyć i usłyszeć Jana Pawła II na żywo.

sobota, 9 maja 2020

1158. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 19/Plany, plany i po planach?

ROZDZIAŁ 4 - PRZYJACIEL BOGA


"Świętość, zarówno w życiu papieży, którzy są znanymi postaciami historycznymi, jak i w życiu skromnych wiernych świeckich i duchownych, pochodzących ze wszystkich kontynentów globu, okazała się rzeczywistością, która lepiej niż cokolwiek innego wyraża tajemnicę Kościoła. To wymowne orędzie przemawiające bez słów jest żywym objawieniem oblicza Chrystusa"
 Jan Paweł II, list apostolski "Novo millennio ineunte"

I WIELKI, I ŚWIĘTY

Kanonizacja Ojca Pio(źródło zdjęcia)
Nie miała wątpliwości, że ta kanonizacja jest jedną z najważniejszych. Kilka dni wcześniej Jan Paweł II ogłosił oficjalnie, że Ojciec Pio jest święty, a Maria Okońska była świadkiem tej uroczystości. Marzyła, aby pewnego dnia papież podjął taką decyzję wobec prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wiedziała jednak, że trzeba będzie długo na to czekać.
Po znajomości wiele można, ale nie wszystko. Sama chciała kiedyś namówić Ojca Świętego, aby pominął żmudne watykańskie procedury. Było to krótko po śmierci kardynała Wyszyńskiego. 
 - Ojciec Święty bardzo kochał naszego prymasa - powiedziała mu wtedy. 
 - Tak, masz rację - odparł Jan Paweł II.
 - A czy myślisz Ojcze, że on był święty? - drążyła. 
 - Tak.
 - A nie mógłbyś go beatyfikować i kanonizować bez procesu?
 - Marysiu, mam takie prawo, ale z niego nie skorzystam.
 - A można wiedzieć dlaczego?
 - Bo posądziliby nas o nepotyzm. 
 - Co to takiego?
 - Cóż, mniej ładniej nazywa się to kumoterstwem. Więc tego nie zrobię.

Od Anioła Stróża: Podobną rozmowę, tyle że o Ojcu Pio, przeprowadziła z Janem Pawłem II pani Wanda Półtawska, która nazywała papieża "bratem", a on ją "siostrą". Znali się bardzo dobrze, łączyła ich głęboka przyjaźń i oboje byli związani z włoskim kapucynem. Karol spowiadał się u niego podczas pobytu w Italii tuż po wojnie. Już wtedy Ojciec Pio miał sławę kapłana prześwietlającego ludzkie sumienia. Dzięki jego modlitwie wiele osób doznało nadzwyczajnych łask. Była wśród nich Wanda Półtawska. Karol jako młody biskup pisał do Ojca Pio z prośbą o modlitwę za nią, ponieważ zachorowała na raka. Modlitwa zakonnika przyniosła jej uzdrowienie. 
Jako papież miał władze ogłosić Ojca Pio świętym bez procesu. Ale nie chciał tego zrobić. "Wszystko musi być przeprowadzone zgodnie z zasadami" - tłumaczył Wandzie. 
Ojciec Pio był jedną z wielu osób, które Karol znał, a które odeszły z tego świata w opinii świętości. Należeli do nich Jan Tyranowski(który w czasie okupacji zorganizował Żywy Różaniec wśród chłopców), Jerzy Ciesielski(towarzysz wędrówek narciarskich i kajakowych przyszłego papieża, tragicznie zmarły podczas katastrofy na Nilu), francuski lekarz i naukowiec, profesor Jerome Lejeune i oczywiście prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński. Maria Okońska nazywała go "Ojcem", ponieważ był duchowym opiekunem grupy dziewcząt zwanych "ósemką"(na początku było ich osiem).

Prymas Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II(źródło zdjęcia)
Jan Paweł II wydał się Marii skupiony i milczący. "Muszę go jakoś rozruszać" - pomyślała. "Może trochę się odpręży i stanie się  bardziej rozmowny?". 
 - Ojcze Święty - zagadnęła niewinnie. - Czy nie sądzisz, że są święci, którzy wcale nie są wielkimi ludźmi?
Papież spojrzał na nią, jakby nieco zdziwiony. 
 - Myślę sobie - ciągnęła - że o niektórych nie można powiedzieć "to był wielki człowiek", tylko "to był święty". Na przykład proboszcz z Ars. On nie był wielkim człowiekiem, ale był święty. Z drugiej strony są ludzie, których uważamy za wielkich, ale oni nie są święci, nie zostaną wyniesieni na ołtarze. Weźmy Adama Mickiewicza-wielki człowiek, wielki Polak, ale nie święty. Widzisz Ojcze Święty? A ty jesteś i wielki, i święty.
Papież wybuchnął śmiechem. A więc udało się. "Śmieje się, ale nie zaprzecza" - pomyślała z satysfakcją.

Od Anioła Stróża: Na początku pontyfikatu Jan Paweł II odwiedzał Kongregację do spraw Świętych. To watykańskie "ministerstwo" zajmujące się badaniem świętości chrześcijan. Wówczas powiedział:
 - Do was bardzo łatwo przyjść za życia, o wiele trudniej po śmierci. 
Papież z Polski wyniósł na ołtarze najwięcej ludzi w historii Kościoła. Ogłosił 1338 błogosławionych i 482 świętych. "Składam dzięki Bogu za to, że pozwolił mi beatyfikować i kanonizować w ostatnich latach tak wielu chrześcijan, a wśród nich licznych wiernych świeckich, którzy uświęcali się w najzwyklejszych okolicznościach życia" - pisał w liście na nowe tysiąclecie - Co to znaczy być świętym? Najprościej ujął to Pan Jezus: "Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz Niebieski". 
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Właśnie sobie uświadomiłam, że gdyby nie ta cała sytuacja z koronawirusem, to ten weekend spędziłabym na meetingu lekkoatletycznym w Słubicach, następny na Mistrzostwach Polski w Krakowie, a jeszcze kolejny na meetingu w Tarnowie(z którego planowałam się wcześniej urwać, bo w niedzielę miał być 10-kilometrowy bieg w Wadowicach), no i w końcu na początek czerwca zaplanowano Paraatletyczne Mistrzostwa Świata w Bydgoszczy(z których planowałam się urwać na beatyfikację prymasa Stefana Wyszyńskiego połączoną z diecezjalną pielgrzymką do Sokółki).
Plany dość ambitne, odwołane niestety z powodu wirusa w koronie. Zresztą nie tylko te. Mam jednak nadzieję, że cała ta sytuacja nie zniweczy najważniejszego planu zamierzonego na ten rok. A jeżeli już, to powie się trudno, chociaż podejrzewam, że jakiś wewnętrzny żal we mnie pozostanie. Ale cóż zrobić? Można tupnąć nogą, można zapalić z nerwów papierosa, czy napić się alkoholu. Ale można też przyjąć wszystko z pokorą i zrozumieniem. Wszystko zależy od nas samych.

Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się temu w koronie.

piątek, 8 maja 2020

1157. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 18

BOMBA

- Gdzie? Pod mostem? - arcybiskup Sarajewa, kardynał Vinko Puljić, nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jego kapelan skinął głową. Przed chwilą policja odnalazła potężny ładunek wybuchowy na trasie przejazdu papieskiego orszaku.
 - Dwadzieścia min przeciwczołgowych i plastik - powiedział kapelan. - Teren sprawdzono jeszcze wczoraj i było czysto. Uwagę mieszkańców zwróciło kilkoro podejrzanie zachowujących się ludzi. Musieli podłożyć to w nocy. Strach pomyśleć...
Puljić otarł pot z czoła. Było zimno, ale jemu zrobiło się gorąco. Za chwilę Jan Paweł II miał wylądować na lotnisku w Sarajewie, a tu taka wiadomość! Straszne! Bomba znalazła się pod mostem, przez który wiodła droga z lotniska do katedry. Później orszak papieski miał jechać bulwarem Mese Selimovica, który mieszkańcy miasta nazywali "Aleją Snajperów". Niby wojna skończyła się dwa lata temu, a jednak znalazł się ktoś, kto chciał wysadzić w powietrze papamobil. Czy nie znajdzie się ktoś inny ze snajperskim karabinem? Dobrze byłoby, gdyby Jan Paweł II pozwolił sobie założyć kamizelkę kuloodporną. Na to jednak nigdy nie chciał się zgodzić.Kiedyś przed pielgrzymką do szarpanej aktami przemocy Ameryki Łacińskiej, ktoś z otoczenia chciał go przekonać do takiego zabezpieczenia. Odpowiedział krótko: "Kto się boi i chce używać kamizelki, niech lepiej zostanie w Rzymie".

Od Anioła Stróża: Były pielgrzymki-marzenia papieża, które nigdy nie doszły do skutku. Szczególnie do Moskwy w Rosji i do Pekinu w Chinach. Były też takie, na które musiał czekać wyjątkowo długo. Należała do nich podróż do Sarajewa - stolicy Bośni i Hercegowiny, gdzie w połowie lat dziewięćdziesiątych toczyła się krwawa wojna między Serbami, a Bośniakami. W samym Sarajewie zginęło ponad dziesięć tysięcy ludzi. Już wtedy Jan Paweł II chciał tam pojechać, ale podróż odwołano, gdyż zagrożenie było zbyt wielkie. Udało się to dopiero trzy lata później, ale była to niezwykle trudna pielgrzymka. Nie tylko z powodu udaremnionego zamachu. 

Ceremoniarz papieski, arcybiskup Piero Marini, starał się stać tak, aby osłonić Jana Pawła II od przenikliwego wiatru. Niestety, pogoda nie dopisała w czasie Mszy odprawianej przez Ojca Świętego na stadionie w Sarajewie. Choć był to kwiecień, to z nieba sypał śnieg i panowało dojmujące zimno. 
 - Ojcze Święty, bardzo mi przykro, że tak to przebiegało, że uroczystość była tak trudna - powiedział Marini po uroczystości. 
 - Moje cierpienie to jest nic w porównaniu z tym, co przeszli ci ludzie - odparł papież. 

STO CZWARTA

Musiała tu przyjechać, choć jej choroba trwała już tak długo, że niemal do niej przywykła. Chciała choć z daleka zobaczyć papieża, który szczególnie w ostatnich latach stał się jej bliski, gdyż cierpiał podobnie jak ona.
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny w tym roku obchodzone było w Lourdes wyjątkowo uroczyście. Mijało właśnie 150 lat od ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, która właśnie tutaj objawiła się dziewczynce, Bernadecie Soubirous. Z tej okazji Ojciec Święty postanowił przyjechać do położonego u stóp Pirenejów sanktuarium. Przybyła tu również nieznana mu Francuzka z Marsylii, która dwadzieścia lat wcześniej uległa wypadkowi samochodowemu. Doznała urazu kręgosłupa. Od tego czasu nosiła gorset, miała ciężkie migreny. Przed snem musiała zażyć lekarstwa uśmierzające ból i za każdym razem specjalnie ustawiać poduszkę, aby zminimalizować dolegliwości. 
Teraz wyglądała Jana Pawła II, który sam ledwo się poruszał, ale jednak zdecydował się na tę podróż. 
Papamobil podjechał w pobliże groty massabielskiej, przy której niegdyś Bernadeta ujrzała Białą
(źródło zdjęcia)
Panią. Ojciec Święty z trudem wyszedł z pojazdu. Dotarł do klęcznika. Był pochylony i blady. Ukląkł i w tym momencie zachwiał się gwałtownie. Byłby upadł, gdyby ktoś go nie podtrzymał. 
Przez chwilę trwał pogrążony w modlitwie. To chyba dodało mu sił, bo mógł, choć z trudem - przemówić do zgromadzonych.
 - Przybywając do groty massabielskiej - powiedział - pierwsze słowa pozdrowienia pragnę skierować do chorych, którzy licznie przybywają do tego sanktuarium, do tych, którzy im towarzyszą, do tych, którzy opiekują się nimi, i do ich rodzin. 
Przemówienie było bardzo krótkie. Na końcu Jan Paweł II podniósł drżącą rękę. 
 - Ja was błogosławię - wyszeptał, kreśląc znak krzyża. - W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego.
Stojąca w tłumie mieszkanka Marsylii poczuła się jakoś dziwnie. Ustąpiła sztywność, znikł gdzieś ból. "To pewnie z powodu emocji" - pomyślała. Ale to nie był skutek wzruszenia. Jej dolegliwości całkowicie minęły, tę noc po raz pierwszy przespała bez proszków, bez bólu i długiego poszukiwania pozycji, w której mogłaby zasnąć. Dwa dni później zgłosiła swoje uzdrowienie w Biurze Medycznym sanktuarium.

Od Anioła Stróża: Karol przeczuwał, że jego pielgrzymowanie po świecie dobiega końca. 
- Klękając tutaj, przy grocie massabielskiej, ze wzruszeniem odkryłem, że doszedłem kresu mojej pielgrzymki - powiedział w Lourdes. I miał rację. Była to jego sto czwarta podróż zagraniczna. Poza tym sto czterdzieści sześć razy wyjeżdżał poza Rzym i Castel Gandolfo, aby odwiedzić różne miejscowości we Włoszech(papież jest za razem prymasem Italii). Gdyby zsumować czas, który spędził poza domem, okazałoby się, że to ponad dwa lata. Jan Paweł II stał się największym pielgrzymem wszech czasów - przemierzył ponad 1 200 000 kilometrów, czyli przeszło trzykrotną odległość z Ziemi na Księżyc lub 31 okrążeń Ziemi wzdłuż równika. W ten sposób pokazał, że życie chrześcijanina jest jak wędrówka, a każdy dzień przybliża go do ostatecznego celu.

czwartek, 7 maja 2020

1156. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 17/O przygotowaniach do występów

OJCIEC ŁAGODNY I SROGI

 - Ojcze Święty, chrześcijaństwo w Afryce jest młode, ale mury tego kościoła pamiętają czasy budowy Bazyliki św. Piotra - powiedział biskup Serafin Shyngo-Ya-Hombo. - Stanął tutaj w połowie XVI wieku. Legenda głosi, że wznieśli go aniołowie w ciągu jednej nocy. 
Papież skinął głową. Mbanza Congo, gdzie spędzał to poniedziałkowe popołudnie, była dla tej części Afryki tym, czym Gniezno dla Polski. Przed pięciuset laty dotarli tu portugalscy misjonarze, miejscowy król przyjął chrzest i zaczęło się głoszenie Chrystusa tej części Czarnego Lądu. Jan Paweł II już czwarty dzień przebywał w Angoli w związku z 500-leciem jej ewangelizacji.
Papieski fotograf, Arturo Mari, zauważył że wzrok Ojca Świętego wędruje ku lepiankom
Jan Paweł II z małym chłopcem(źródło zdjęcia)
znajdującym się w pewnym oddaleniu od miejsca uroczystości. Biskup skończył mówić, za chwilę wszyscy mieli pojechać do stolicy Angoli, Luandy, gdzie na papieża czekała grupka mieszkających tam Polaków. Biskup Serafin podszedł do samochodu i w tej chwili ze zdumieniem dostrzegł, że papież mija go i idzie w kierunku lepianek. Arturo Mari przyspieszył kroku. Tego punktu nie było w planie wizyty, ale Ojciec Święty potrafił zaskakiwać. "Ochroniarze znowu się zdenerwują" - pomyślał. Od czasu zamachu na Placu św. Piotra był jednak przekonany, że bezpieczeństwo papieża zależy od Maryi, a nie od nich.
Papież był już przy lepiance, przed którą kręciło się kilkoro dzieci i ich rodzice. I oni patrzyli z niedowierzaniem na tego białego człowieka w białej sukni z małym białym nakryciem na głowie. Przynieśli jakąś skrzynkę, potem drewniane krzesło. Jan Paweł II usiadł na nim.
 - Jak wam się powodzi? - zapytał.
Jan Paweł II z afrykańską rodziną(źródło zdjęcia)
Rodzice zaczęli nieśmiało odpowiadać. Dzieci nieufnie patrzyły na dziwnego gościa. Papież "puścił oko" do jednego z chłopców. Drugi, nieco ośmielony, zbliżył się do Ojca Świętego, który objął go za szyję tak, że chłopak schował mu się pod ramieniem. Wtedy pojawiły się następne dzieci. Mari z zachwytem fotografował Murzyniątka wspinające się na białą postać. Tymczasem mama przyniosła sok, plastikowe szklanki i nalała gościowi.

Od Anioła Stróża: Tym razem Jan Paweł II skosztował napoju, ale nie zawsze pozwalano mu zjeść lub wypić to, czym był częstowany. Jego ziemscy aniołowie stróżowie, czyli członkowie osobistej ochrony, obawiali się, że ktoś może go otruć. Tak się zdarzyło podczas wizyty Ojca Świętego w Polsce w 1983 roku. Wówczas papież jeden dzień spędził na wędrówce po Tatrach. Na koniec, w schronisku w Dolinie Chochołowskiej, zapytał, czy mają dla niego jakiś oscypek. Ser się znalazł. 
 - Nie został sprawdzony - powiedział wtedy jeden z ochroniarzy. - Teraz Ojciec Święty może na niego tylko popatrzeć, ale jeść będzie dopiero w Rzymie. 
Papież mógł zrezygnować z poczęstunku, ale nie wyobrażał sobie podróży bez bliskiego kontaktu ze zwyczajnymi ludźmi, a szczególnie z rodzinami i dziećmi. Kiedyś, w stolicy Togo, Togoville, wzbudził panikę swojego otoczenia, ponieważ kazał zatrzymać papieski samochód i wszedł do murzyńskiej chaty, w której matka karmiła niemowlaka. 
Papież bardzo kochał Afrykanów i oni kochali jego. Także dlatego, że pochodził z kraju, który nie podbijał innych narodów, ani ich nie kolonizował. Odwiedził ten kontynent aż 14 razy, wielokrotnie zabierał głos w obronie cierpiących mieszkańców Czarnego Lądu. W Burkina Faso powiedział, że nie mógłby w spokoju umrzeć i stanąć przed Bogiem, gdyby tego nie zrobił. W Senegalu pojechał na wyspę Goreę, z której wysłano do Ameryki 12 milionów murzyńskich niewolników. Odwiedził dom, w którym pozostały żelazne obręcze w maleńkich celach. Niewolnicy spali w nich na stojąco. Widział otwory - przez nie wrzucano do morza chorych i nieposłusznych, a także "drzwi bez powrotu", którymi niewolnicy wchodzili na statki. W Sudanie, gdzie toczyły się wojny i gdzie bardzo prześladowano chrześcijan, surowo upominał prezydenta. 

Arturo Mari wszedł za papieżem do niewielkiego saloniku, w którym czekał dyktator Sudanu, Omar al-Bashir. Obok, w charakterze tłumacza, stanął miejscowy misjonarz.

 - Czy pan wie ilu ludzi umiera w pańskim kraju? - zapytał papież. - I co pan na to? Czy pan wie, co pan robi? Ile jest rodzin zabitych, zrujnowanych, osieroconych?
 - Uznajmy, że te słowa nie padły - powiedział prezydent. Jeszcze mu się nie zdarzyło, żeby ktoś tak do niego mówił.
Papież zwrócił się do misjonarza:
 - Przetłumacz mu dokładnie to, co teraz powiem: Ja tu nie przyjechałem na wypoczynek. Przyjechałem w imię Boga, żeby bronić tych wszystkich zmarłych i te wszystkie rodziny.
 - Nie mówmy o tym teraz - powtórzył prezydent.
Mari zobaczył jak na czole papieża pojawiają się poprzeczne zmarszczki, a w oczach zapala się groźny blask. "Nadchodzi burza" - pomyślał. I miał rację.
 - Mam milczeć!? - Jan Paweł II podniósł głos. - Mamy przemilczeć los tych wszystkich niewinnych ofiar?
Mówił długo. Prezydent nie miał innego wyjścia jak słuchać.

Od Anioła Stróża: Karol był człowiekiem spokojnym i łagodnym. Czasem jednak ogarniał go święty gniew. Działo się tak, gdy zobaczył jakąś niesprawiedliwość. Taki gniew ogarnął go podczas pielgrzymki do Polski w 1991 roku, gdy mówił o rozbijanych rodzinach i zabijanych nienarodzonych dzieciach. Tak gniewał się również w 1993 roku w Argigento na Sycylii, gdzie mafia mordowała niewinnych ludzi. 
- Mówię do odpowiedzialnych: nawróćcie się! - wołał. - Pewnego dnia przyjdzie Sąd Boży!
Kilka miesięcy później mafiozi podłożyli bomby przy papieskiej bazylice świętego Jana na Lateranie i w rzymskim kościele św. Grzegorza.
Jan Paweł II jednak się nie bał. Współpracownicy wielokrotnie przekonywali go by nie jeździł tam, gdzie może być źle przyjęty.
 - Papież musi jechać wszędzie tam, gdzie go zapraszają - mówił - gdzie jest Kościół przeżywający trudności, nawet jeśli wie, że nie odniesie tam pełnego sukcesu.

ŚCIŚLE TAJNE


Na scenę przed papieżem wyszło kilka par tancerzy. Za nimi pojawili się młodzi ludzie z długimi bambusowymi tyczkami. Jan Paweł II patrzył na nich z zainteresowaniem. Zdążył już się przyzwyczaić, że Filipińczycy to naród rozśpiewany i roztańczony, zaciekawiło go jednak, do czego im są potrzebne tak długie kije.
Rozległy się dźwięki rytmicznej muzyki. "Kijarze" przykucnęli i położyli tyczki na scenie. Tworzyli pary - każda trzymała dwa bambusy. Dwa uderzenia w podłogę, jedno tyczka o tyczkę. Tancerze ustawili się obok. Gdy tyczki się rozdzielały wskakiwali do środka, by w ostatniej chwili, tuż przed ich zderzeniem, wyskoczyć z pułapki. Rytm uderzeń był najpierw dość spokojny, ale z każdą minutą stawał się szybszy. Po twarzach tancerzy wirujących między kijami spływał pot. Twarde bambusy o milimetry mijały ich kostki. Nie przestawali się jednak uśmiechać. Tempo uderzeń stawało się już tak szybkie, że niemal zlewały się ono w jedno. Młodzi ludzie z zadziwiającą łatwością unikali bolesnego zetknięcia się z bambusem. Muzyka umilkła. Wśród entuzjastycznych krzyków i braw tancerze ukłonili się papieżowi.

Od Anioła Stróża: Filipiny to niezwykłe miejsce. Kraj leży na siedmiu tysiącach wysp(niektórzy twierdzą, że ich liczba wzrasta o sto w czasie odpływu wtedy wynurzają się wysepki zakryte normalnie wodą) i jest jedynym krajem Azji, w którym większość mieszkańców to katolicy. Karol był tu już w roku 1981 na kilka miesięcy przed zamachem na Placu św. Piotra, a w roku 1995 przyjechał z okazji Światowego Dnia Młodzieży. Bardzo liczył na Filipińczyków i na ich pomoc w ewangelizacji Azji - największego i najludniejszego kontynentu świata, na którym jest najmniej chrześcijan. Dlatego papież często powtarzał słowa Pana Jezusa z Ewangelii św. Jana: "Jak Ojciec Mnie posłał, tak i ja was posyłam". Powiedział to również i tego wieczoru, 14 stycznia w Manili.

Od strony pogrążonego w mroku placu zaczęły dochodzić coraz głośniejsze okrzyki.
 - John Paul II, we love you!(Janie Pawle II, kochamy cię!)
Jan Paweł II wyciągnął rękę, pozdrawiając Filipińczyków. A oni po raz kolejny go zaskoczyli.
 - Lolek! Lolek! - usłyszał zdrobnienie swojego imienia z lat dzieciństwa.
 - Lolek to nie brzmi zbyt poważnie - powiedział po angielsku.
Filipińczycy eksplodowali radością.
 - Jan Paweł II to zbyt poważnie - ciągnął z uśmiechem. - Może znajdziemy coś pośrodku? Spróbujmy poszukać czegoś pośrodku. A więc Lolek to dziecko, Jan Paweł II to stary człowiek. Pomiędzy nimi był Karol.
 - Karol! Karol! - wybuchło skandowanie.
"Po tym trudnym roku Ojciec Święty nareszcie zaznał trochę odprężenia" - pomyślał stojący obok kardynał Jean Marie Lustiger z Paryża. Martwił się o papieża. Sportsmen, kajakarz, narciarz, miłośnik górskich wędrówek od kilku miesięcy z trudem chodził, a laska stała się jego nieodłącznym atrybutem. Jan Paweł II upadł w łazience i złamał kość biodrową. Operacja nie przywróciła mu dawnej sprawności. Cierpiał i było to widać, choć nie narzekał, a nawet starał się ukrywać ból. A jednak zadziwiająco dobrze zniósł kilkugodzinny lot z Rzymu do stolicy Filipin - Manili. I z każdym dniem spędzonym wśród młodych(przyjechał na Światowy Dzień Młodzieży) nabierał sił i promieniał dobrym humorem. Tego wieczoru zaś tryskał energią. Jakby zapomniał, do czego służy laska. Stanął wśród rozśpiewanej młodzieży i zaczął nią kręcić jak Charlie Chaplin w swoich komediach.
Światowe Dni Młodzieży w Manili(źródło zdjęcia)
Nikt już nie pamiętał, że uroczystość rozpoczęła się niefortunnie, bo zgasły światła z powodu awarii elektryczności. Teraz młodzi ludzie zgromadzeni w parku Rizala zapalili świece. Setki tysięcy płomieni rozbłysły w ciemnościach.
 - To nieprawdopodobne, ale prawdziwe - powiedział papież. - Na początku było więcej ciemności. Na końcu świetliste punkty, świetliste punkty, świetliste punkty. Bardzo dobrze młodzi ludzie. Potrzebujemy filipińskiej inspiracji. To wszystko jest cudowne. Czy wiecie gdzie będziemy mieli następny Światowy Dzień Młodzieży? Może już wiecie? Jeszcze nie?
Odpowiedziały mu głośne okrzyki: "No!"(nie!)
 - Może moglibyście zapytać kardynała Paryża? Odkryję wam tajemnicę. Ściśle tajne!
 - Jesteście zaproszeni wszyscy za dwa lata do Paryża - powiedział wzruszony kardynał Lustiger.

Od Anioła Stróża: I znowu gdyby nie interwencja Najwyższego, to wspaniałe święto mogłoby skończyć się wielką tragedią. Kilka dni wcześniej, na skutek zbiegu okoliczności(zapewniam was - zbiegi okoliczności nie istnieją), wykryto plany kolejnego zamachu na Jana Pawła II. W pewnym mieszkaniu położonym nieopodal nuncjatury apostolskiej, gdzie miał się zatrzymać Ojciec Święty, wybuchł pożar. Straż szybko go ugasiła, potem pojawiła się policja. Jeden z lokatorów zaczął uciekać i został ujęty, drugi zniknął. W czasie rewizji odnaleziono sutanny, brewiarze, a także dyskietki komputerowe z planami zabicia papieża. Snajperzy mieli strzelać do Jana Pawła II, a także do ludzi, by wywołać panikę i pod jej osłoną zbiec z miejsca zbrodni. Policja odkryła również plany wysadzenia w powietrze dwunastu samolotów pasażerskich latających nad Oceanem Spokojnym. Autorami niedoszłych zamachów byli terroryści związani z islamską organizacją Al-Kaida i Osamą bin Ladenem. Tragedia mogła być wielka, bo na spotkanie z papieżem przybyły ogromne rzesze ludzi - ponad cztery miliony - tworząc największe zgromadzenie religijne w historii ludzkości. Nie była to ostatnia próba zamachu na Jana Pawła II.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Może to i dziwne, ale doskonale pamiętam jak w grudniu 2011 roku przepisywałam ten fragment. Dynamiczny opis tańca podziałał na moją wyobraźnię. Tak, bardzo dobrze widziałam jak wymachują kijami i to wskakują, to wyskakują z koła.
Oczywiście wiedziałam, że raz na jakiś czas są spotkania z papieżem, nawet w 2011 roku odbyło się takież w Madrycie. Nigdy nie przypuszczałam, że dane mi będzie wziąć w nich udział. Ale nie o tym chciałam dzisiaj napisać, lecz o przygotowaniach. Bo to co widać na ekranach może wyglądać bardzo ładnie. Jednak podejrzewam, że patrząc na te wszystkie obrazy niewielu z nas zastanawia się, ile pracy trzeba było włożyć w to, żeby efekt końcowy był taki jaki był. Jako wolontariusz miałam możliwość wejścia na próby efektów wizualnych na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. I powiem Wam jedno - to była mega ciężka, do znudzenia powtarzająca się praca. Jednak ci, którzy widzieli towarzyszące spotkaniu widowisko musieli przyznać, że wyszło wspaniale.
Zresztą nie musiałam brać udziału w Światowych Dniach Młodzieży, żeby powiedzieć coś o próbach poprzedzających jakiś występ. Kiedyś każdy występ w szkole, a teraz w parafii poprzedzony jest wielotygodniowymi próbami. Niekiedy człowiek ma dosyć i myśli sobie, że tyle mógłby zrobić w czasie, kiedy one są, ale w ostateczności wygrywa swoją wewnętrzną walkę i zostaje. Nieraz trzeba poświęcić na coś sporo czasu i energii, oddając cząstkę samego siebie, aby w końcowym rezultacie wszystko wyszło w takim zamiarze, jaki żeśmy sobie wymyślili. A przecież braliśmy niegdyś udział w różnych przeglądach pieśni religijnej, sami też organizowaliśmy festiwale, do których trzeba się było przygotować i od strony wokalnej i od strony organizacyjnej. Nic nie przyszło samo z siebie, wszystko zostało wypracowane.
I tak sobie myślę, że nie ważne czy to jest wielka impreza jak Światowe Dni Młodzieży, czy też mała na szczeblu parafialnym, a może jeszcze mniejszym. Z reguły na koniec występu dostaje się oklaski, które smakują tak samo dobrze.