„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Postać Sługi Bożego Angielino Bonetty, który odszedł z tego świata w wieku zaledwie 13 lat na skutek choroby nowotworowej, już kilkakrotnie przemknęła mi w odmętach Internetu. Nigdy jednak specjalnie nie zgłębiałam się w jego biografię, ale kojarzę kilka zdjęć tego jednego z najmłodszych członków Cichych Robotników (Pracowników) Krzyża. Dziś przez przypadek zobaczyłam wzmiankę o nim na facebookowej tablicy. Okazało się, że przypada 63 rocznica narodzin dla Nieba włoskiego chłopca, którego pokora wobec losu połączona z głęboką wiarą mogłaby zawstydzić niejednego z nas. Mnie na pewno zawstydza.
Angiolino urodził się 18 września 1948 roku w Cigole, niedaleko Brescii (miasto w północnych Włoszech) w rodzinie Francesco Bonetty oraz Giulii Scarlatti. Chociaż rodzina była uboga materialnie, nie przeszkodziło jej to w byciu bogatą w miłość oraz czerpaniu autentycznej radości ze swojej wzajemnej obecności. Chłopiec uczęszczał do szkoły prowadzonej przez siostry kanonsjanki. To one zauważyły żywy płomień wiary, który charakteryzował malca. To one przygotowały go do Pierwszej Komunii Świętej już w wieku 6 lat. Angiolino równie szybko został ministrantem. Zostawał też po skończonych lekcjach u sióstr, żeby pomagać im przy klasztorze, ale też po to, aby po prostu z nimi być. Zawsze był żywy, radosny i bystry, a jego ulubioną zabawą była gra w piłkę nożną.
W pewnym momencie Angiolino zaczął kuleć oraz uskarżać się na ból w prawej nodze. Jego rodzice na początku bagatelizowali problem, kładąc to na karb żywotności i obrotności synka, przy której o stłuczenie, przewrócenie się, skaleczenie czy inne kontuzje nie trudno. Kiedy jednak ból nie ustępował, zaniepokojeni rodzice udali się z nim do lekarza. Po serii przeprowadzonych w szpitalu badań lekarze zdiagnozowali u ich syna nowotwór: mięsaka kościopochodnego kości piszczelowej
Dwa lata po wystąpieniu pierwszych objawów chirurdzy zdecydowali się na amputację nogi. Młodzieniec miał wtedy tylko 13 lat. Po operacji Angiolino doświadczał bólu zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Na przykład wyobrażał sobie, że w dalszym ciągu ma nogę, w której odczuwał ból.
W trakcie choroby nasiliło się w nim poczucie obecności Jezusa i siła modlitwy, w szczególności zwracania się do Najświętszej Maryi Panny. Choć początkowo zmaganie się z chorobą i spowodowanym nią bólem było dla niego trudnym doświadczeniem, to z czasem nauczył się je ofiarować w wybranych przez siebie intencjach. Pomogło mu to w zdobyciu cierpliwości i pokoju serca. Ważny wpływ wywarła na nim książka o Fatimie i zawarta w niej prośba Maryi, aby ofiarować swoje cierpienia w intencji nawrócenia grzeszników. Chłopiec tą prośbę potraktował bardzo serio. Był to wstęp do spotkania przyszłego błogosławionego, który nauczył go porządkować tylko dobre pragnienia - 1 maja 1962 spotkał Alojzego Novarese. W tym samym czasie wraz z innymi chorymi uczestniczył w pielgrzymkach do Lourdes. To tam podczas rekolekcji spotkał Novaresego. Novarese wiedział, że choroba nastolatka jest nieuleczalna i zaproponował mu włączenie się do ruchu Cichych Robotników Krzyża.
Cisi Robotnicy (bądź też Pracownicy) Krzyża to stowarzyszenie założone w 1950 roku przez włoskiego kapłana, błogosławionego już Alojzego Novarese. Ma ono charakter wspólnoty osób konsekrowanych: kapłanów oraz wiernych świeckich zaangażowanych w uświadamianie ludziom chorym i niepełnosprawnym chrześcijańskiego sensu ich cierpienia.
Tymczasem choroba Angiolina nadal postępowała. On sam musiał dzielić czas między domem, a szpitalem. Pewnego razu jego koledzy z klasy wpadli na pomysł, aby wysłać mu kartkę z pozdrowieniami. Chcieli tym samym dodać mu otuchy.
Ucieszony tym gestem chłopiec odpisał im: "Drodzy koledzy, pragnę podziękować Wam za kartkę, którą mi przesłaliście. Czuję się umocniony kiedy myślę, że moi koledzy myślą o mnie i modlą się w mojej intencji. Odwzajemniając to, co Wy dla mnie robicie, prosząc w modlitwach Boga, bym mógł wyzdrowieć jak najszybciej, ofiaruję Maryi całe moje cierpienie, abyście z Jej pomocą byli czyści, posłuszni i uczący się*".
Pewnej nocy powiedział do swojej matki: "Gdybym wkrótce umarł, to co byś zrobiła?" Ona niemal natychmiast mu odpowiedziała: "Wspólnie wykonalibyśmy wolę Bożą". To stwierdzenie uspokoiło Angiolino, który przeczuwał, że czas jego ziemskiego życia dobiega końca. Zmarł 28 stycznia 1963 roku wpatrując się w figurkę Madonny. Prawie 60 lat później, w 2020 roku, papież Franciszek potwierdził heroiczność jego cnót.
* Nie pytajcie o co chodzi, tak jest w oficjalnym tłumaczeniu, które znalazłam
Zagłada narodu żydowskiego jest motywem podejmowanym nie tylko przez wielu scenarzystów i reżyserów, o czym pisałam ostatnio, ale też pisarzy i poetów. Wiele osób, które przeżyło holokaust w różnej formie, zdecydowało się po latach przelać swoje wspomnienia na papier, nawet jeżeli nie są zawodowymi pisarzami. Za moich czasów jedną z obowiązkowych lektur w szkole średniej była niewielkich rozmiarów książka Hanny Krall, "Zdążyć przed Panem Bogiem". Poruszono w niej chociażby problem codziennego życia w getcie żydowskim. Pamiętam, że zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, chociaż nie była pierwszą o tej tematyce, jaką przeczytałam w życiu.
Od jakiegoś czasu w okolicach przełomu stycznia i lutego staram się przeczytać jakąś książkę związaną z tą tematyką. A jest ich multum, począwszy od literatury faktu, a skończywszy na beletrystyce, z wymyśloną przez autora fabułą, która jest nieprawdopodobna, a jednak zadziwiająca (mam tu na myśli chociażby mojego ulubionego "Chłopca w pasiastej piżamie"). Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się. W tym roku wypożyczyłam dwie książki związane z problemem holokaustu z którymi uporałam się bardzo szybko. Aż chciałoby się rzec - za szybko. Ale co innego można robić na przymusowym L4 żeby się nie nudzić? Jedna opowiadała o żydowskich dziewczynkach ukrywanych w czasie II wojny światowej i trochę przypominała mi "Dziewczyny sprawiedliwe. Polki które ratowały Żydów" autorstwa Anny Herbich-Zychowicz. Druga natomiast to oparta na faktach historia chłopca, który wiele lat spędził za murami obozu koncentracyjnego w Auschwitz.
Tytuł: "Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu"
Autor: Anna Bikont
Wydawnictwo: Czarne
Wołowiec 2023
Ilość stron: 244
Jak wiemy z historii, zgodnie z rozporządzeniem wydanym przez Adolfa Hitlera, naród żydowski miał zostać zgładzony. W związku z tym budowały najpierw getta żydowskie, a następnie obozy koncentracyjne i zagłady, które miały przyspieszyć ich zagładę. Każdy Polak miał obowiązek zgłosić miejsca, w których mogą przebywać Żydzi, a za pomoc w ich ukrywaniu groziły surowe kary. Jednak znajdowali się tacy ludzie, którzy decydowali się na pomoc prześladowanym, a nawet na ich ukrywanie w swoich posiadłościach. Popularne było na przykład ukrywanie dzieci, które na ten czas stawały się najczęściej dalekimi krewnymi rodziny. W ten sposób uratowano wiele żyć, w tym szóstki kobiet, które po latach niektóre z nich zdecydowały się na podzielenie się swoimi wspomnieniami z Anną Binkot.
Znamienne jest to, że wszystkie przedstawione przez autorkę ocalone kobiety już nie żyją. Z Elżunią, bohaterką pierwszego reportażu nie miała ona nawet okazji porozmawiać, ponieważ popełniła ona samobójstwo w latach 60 XX w Stanach Zjednoczonych. Jako materiał musiały jej wystarczyć wspomnienia tych, którzy ją znali. Z pozostałymi: Blimą, Janką, Dorką, Małką oraz Ireną udało jej się jednak porozmawiać. Każda z nich miała swoją historię i swój obraz holokaustu, jaki wyniosły z czasów swojego dzieciństwa. Nie brakuje w nich strachu, głodu i chłodu, ale też nadziei na to, że wszystko kiedyś się skończy i wreszcie ktoś zdejmie ciążące na nich jarzmo pochodzenia.
Książka Anny Bikont "Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu" jest potwierdzeniem, że w czasie wojny łatwiej było ukryć żydowskie dziewczynki niż chłopców, którzy z powodu obrzeżania byli łatwi do zidentyfikowania co do ich pochodzenia. Oczywiście wiązało to się z ryzykiem, także ze zmianą tożsamości tych dzieci. Ale w większości udawało się ocalić chociaż tą część żydowskiego społeczeństwa, które po wojnie najczęściej wracały do swoich korzeni, kontynuując tym samym trwanie całego narodu.
Tytuł: "Chłopiec, który przeżył Auschwitz. Historia prawdziwa"
Autor: Tomasz Wandzel
Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Kraków 2021
Ilość stron: 218
Książek takich jak ta jest wiele. Kilka lat temu przeczytałam "Chłopca, który poszedł za tatą do Auschwitz" Jeremy'ego Dronfielda, przy której kilka razy polały mi się łzy. Potem przyszła pora na "Chłopca, który narysował Auschwitz" z niesamowitymi obrazkami narysowanymi dłonią nastolatka i obrazującymi codzienne życie w obozie. Teraz przyszła pora na "Chłopca, który przeżył Auchwitz. Historia prawdziwa" autorstwa Tomasza Wandzla.
"Chłopiec, który przeżył Auschwitz. Historia prawdziwa" jest, jak mówi drugi człon tytułu, historią opartą na faktach. Przedstawia kilka lat z życia Griszy, który jako zaledwie pięcioletnie dziecko wraz z rodziną trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. W ciągu zaledwie kilku miesięcy z kilkuosobowej rodziny został sam. Ale i życie malca kilkakrotnie wisi na włosku: zmaga się z zapaleniem płuc, a także trafia pod "opiekę" słynnego doktora Mengele. Jednak dzięki opiece i pomocy innych współwięźniu udaje mu się dotrwać chwili, kiedy armia radziecka wyzwoliła obóz.
Historia małego Griszy wzrusza, ale też powoduje oburzenie i niezgodę na to, co działo się za druciastym płotem obozu koncentracyjnego. Najbardziej uderzające, jak dla mnie, były te fragmenty, w których wspominał on eksperymenty, jakim został poddawany będąc pacjentem legendarnego doktora Josefa Mengele. Oczywiście wiem, że był to pseudolekarz, który nie leczył, a wykonywał na ludziach dziwne eksperymenty. Ale i tak żal mi było w tym wszystkim tego kilkuletniego Griszy, którym wtedy był autor wspomnień. A jednak książka niesie nadzieję, że nawet z najgorszego miejsca na Ziemi można zostać uwolnionym, jeżeli tylko znajdzie się ktoś, kto nam w tym pomoże i wesprze.
Koniec stycznia i przypadający wtedy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu powodują, że telewizja zaczyna nadawać więcej filmów poświęconych tej tematyce. Tych zaś nie brakuje, tak samo produkcji polskiej, jak i zagranicznej. Pamiętam, jak w lutym 2002 roku, jako jedenastoletnie dziecko pierwszy raz świadomie obejrzałam jeden z nich, nota bene do dzisiaj mój ulubiony, "Lata dzieciństwa" i tak zaczęło się moje zainteresowanie tym tematem. W ogóle żałuję, że ten film jest tak trudno dostępny (mnie rodzice kupili go na kasecie VKS, chociaż założę się, że tata też go kupił dlatego, że sam chciał go zobaczyć) i właściwie niepuszczany w telewizji, bo wydaje mi się idealny do wprowadzenia dzieci w tematykę. Niedrastyczny i opowiedziany z perspektywy świata widzianego oczami kilkuletniego dziecka. Coś w rodzaju "Chłopca w pasiastej piżamie". I to dzięki niemu poznałam piosenkę "Gam, Gam, Gam", zanim jeszcze stała się sławna.
W ogóle scena na tym drugim filmiku, w której siedmioletni Jona widzi zmarłego ojca i odzyskuje swoją dziecięcą radość, będąca finałową sceną filmu, jest jedną z moich ulubionych w filmografii, i wielokrotnie była odtwarzana w moich dziecięcych zabawach.
W ostatnich dniach różne stacje telewizyjne wyemitowały oscarową produkcję "Pianista" w reżyserii Romana Polańskiego. Jest to przedstawienie postaci znanego w okresie międzywojennym, ale też po wojnie, pochodzącego z Sosnowca pianisty, Władysława Szpilmana. Szpilmanowie byli Żydami, toteż doświadczyli piekła Holokaustu. Zamknięci w warszawskim getcie, w większości wywiezieni do Treblinki, gdzie stracili życie. Z całej rodziny ocalał tylko Władysław, który do końca wojny musiał się ukrywać, czy to u znajomych, czy też w ruinach Warszawy.
W filmie jest wiele scen, które mnie wzruszają. Jedną z nich jest ta, kiedy Władysław zostaje znaleziony przez niemieckiego oficera. Sytuacja kuriozalna, Szpilman wie, że to jego koniec, że tamten wkrótce go zabije, bo takie było prawo, a z prawem się nie dyskutuje. Tym bardziej, że muzyk ma typowo semicki wygląd. Tymczasem wywiązuje się rozmowa, podczas której Władysław mówi wprost, że gra na pianinie. Traf chciał, że w zbombardowanym i opuszczonym mieszkaniu był ten instrument. Tamten poprosił Szpilmana, aby dla niego coś zagrał. I tak oto, ponad zniszczonym i obróconym w proch miastem, poniosły się piękne takty muzyki Chopina. Wzruszony oprawca nie tylko nie zastrzelił utalentowanego Żyda, ale wręcz pomagał mu tak długo, jak tylko mógł.
Mogłoby się wydawać, że jest to wymysł reżysera, który też przeżył Holokaust ukrywany u polskich rodzin. No bo jak Niemiec mógł ocalić nieznanego sobie wcześniej Żyda i jeszcze pomagać mu przynosząc jedzenie i oddając ciepły płaszcz? Tymczasem jest to historia jak najbardziej prawdziwa, wielokrotnie przytaczana po latach przez samego artystę. Zresztą sami przeczytajcie:
Niemiecki oficer wyznał, że "wstydzi się za swój naród". To spotkanie ocaliło pianistę
W dowód wdzięczności za uratowanie życia, Władysław Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał niemieckiemu oficerowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223. To wtedy doszło do spotkania, które miało zaważyć na całym życiu pianisty - i zaowocować jednym z najbardziej poruszających filmów we współczesnej kinematografii. Oto historia relacji, która przywraca wiarę w człowieka.
Władysław Szpilman i Wilm Hosenfeld sportretowani w filmie "Pianista" w reż. Romana Polańskiego (EPA / DPA / PAP)
23 września 1939 roku Władysław Szpilman, wśród ogłuszającego huku bomb, ledwo mogąc dosłyszeć dźwięki fortepianu, grał przez pół godziny recital utworów Fryderyka Chopina w rozgłośni Polskiego Radia. Tamtego dnia niemieckie bombardowania na lata przerwały funkcjonowanie rozgłośni.
Polski Robinson
Wojenne losy cudem ocalałego Władysława Szpilmana były gotowym materiałem na film. Mało kto dziś pamięta, że pierwsze próby przeniesienia wspomnień wybitnego pianisty na wielki ekran podjęto tuż po zakończenia wojny. Autorami scenariusza pt. "Robinson Warszawski" byli Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski. W trakcie prac nad scenariuszem filmowa historia zaczęła jednak coraz bardziej odbiegać od pierwowzoru - był koniec lat 40., Polska była areną gwałtownych zmian politycznych: cenzura wprowadziła do oryginalnego scenariusza tyle zmian, że obraz finalnie miał już niewiele wspólnego z relacją samego Szpilmana. Film miał premierę w 1950 roku, wyszedł pod tytułem "Miasto nieujarzmione". Miłosz ostatecznie wycofał swoje nazwisko z czołówki filmu.
Ci, którzy znali relację Szpilmana, jego dramatyczną historię odczytywali jako uniwersalną opowieść o współczesnym, "warszawskim Robinsonie": osadzonej w realiach Zagłady historii o samotności i skrajnej bezbronności człowieka, którego ratuje wola przetrwania.
Szpilman przeżył zarówno zagładę getta żydowskiego, jak i całej Warszawy, miesiącami ukrywając się w jej gruzach. Po upadku powstania i wysiedleniu ludności pozostał w na wpół wypalonej kamienicy. "Byłem teraz sam, z odrobiną sucharów na dnie torebki i brudną wodą w wannie jako całym zapasem żywności" - wspominał.
Po wojnie spisał swoje wspomnienia, wydane w 1946 r. w formie książki "Śmierć miasta". Według pamiętników Szpilmana Roman Polański nakręcił uhonorowany licznymi nagrodami, w tym trzema Oscarami, film "Pianista". W artystę wcielił się Adrien Brody, natomiast niemieckiego oficera zagrał Thomas Kretschmann. Film odniósł ogromny sukces.
Spotkanie z niemieckim oficerem. Historia prawdziwa
Szpilman w trakcie wojny wielokrotnie otarł się o śmierć. Już w pierwszych miesiącach okupacji wraz z ojcem i bratem zostali złapani przez patrol żandarmerii, gdy po godzinie policyjnej wracali do domu. "Zanim zdołaliśmy zorientować się, co zamierzają, postawili nas twarzami do ściany, odeszli parę kroków i odbezpieczyli karabiny. Tak więc miała wyglądać nasza śmierć (...). Usłyszałem, jak ktoś powiedział: >>To jest już koniec!<<. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to był mój własny głos". Stał się jednak cud, a żandarmi zmienili zdanie - i pozwolili im odejść.
Film Polańskiego upamiętnia niecodzienne spotkanie kompozytora z niemieckim oficerem, który natrafił na niego w kryjówce przy alei Niepodległości 223, gdzie pianista ukrywał się od kilku miesięcy. Tak wspominał to spotkanie sam Szpilman:
"Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, że nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: >>Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę<<. >>Nie mam zamiaru robić panu nic złego!<< - oficer wzruszył ramionami. >>Kim pan jest?<<. >>Jestem pianistą<<.
Traf, że w jednym z pokojów znajdował się fortepian. Oficer zaprowadził tam wycieńczonego Szpilmana i wskazał mu instrument, by na nim zagrał. Pianista wybrał jeden z nokturnów Chopina. Tak wyglądał początek niecodziennej relacji.
Ów dzień Szpilman wspominał później w rozmowie z Anną Skulską na antenie Polskiego Radia. Jak relacjonował, "w pewnym momencie usłyszałem nad głową >>Hande hoch!<< i już widziałem siebie leżącego w kałuży krwi. - A tu widzę takiego przystojnego oficera, który wcale nie wyjął rewolweru. I w pierwszych słowach mówi, ja powiem po polsku, on mówił do mnie po niemiecku, "Proszę pana, niech się pan nie boi. Ja panu nic nie zrobię" - opowiadał.
"Bardzo się za mój naród wstydzę"
Owym oficerem był kapitan Wilhelm Hosenfeld. Niemiec nie tylko nie wydał Szpilmana, ale do chwili opuszczenia miasta regularnie przynosił mu żywność. Podarował też pianiście ciepły wojskowy płaszcz.
"Czy pan jest Niemcem?" - zapytał go Szpilman podczas ich pierwszego spotkania. "Zaczerwienił się i prawie krzyknął, wzburzony, jakbym go obrażał: >>Tak. Niestety jestem Niemcem. Wiem dobrze, co się tu w Polsce działo, i bardzo się za mój naród wstydzę<<".
Hosenfeld trafił do Polski w czerwcu 1940 roku. Został przeniesiony do Warszawy, gdzie do końca wojny stacjonował w stołecznej komendzie Wehrmachtu. Jako "oficer sportowy" był odpowiedzialny za organizację ćwiczeń i wydarzeń sportowych dla Niemców. Wcześniej, w latach 20. i 30., pracował jako nauczyciel historii. Koncesję nauczycielską odebrano mu za krytykowanie poglądów Adolfa Hitlera w czasie, gdy dyktator coraz bardziej otwarcie pokazywał swoje rasistowskie i antykatolickie oblicze (Hosenfeld został członkiem NSDAP w 1935 r. i początkowo popierał ówczesną politykę).
Wewnętrzne odchodzenie od doktryny nazizmu u kapitana było długim procesem. Jego świadectwem są listy, jakie Hosenfeld po sobie pozostawił. Z lipca 1942 r. pochodzą słowa: "Ostatnia resztka ludności żydowskiej w getcie została unicestwiona (...) Całe getto jest ruiną. I tak chcemy wygrać wojnę! To są bestię. Tym strasznym mordem na Żydach przegraliśmy wojnę. Sprowadziliśmy na siebie nieusuwalną infamię, nieusuwalne przekleństwo. Nie zasługujemy na łaskę; wszyscy jesteśmy winni. Wstyd mi chodzić po tym mieście, każdy Polak ma prawo pluć przed nami. Codziennie giną niemieccy żołnierz; ale będzie jeszcze gorzej i nie mamy prawa narzekać. Na nic innego nie zasługujemy".
Ze Szpilmanem ostatni raz widzieli się 12 grudnia 1944 r. Zaledwie kilka tygodni później trafił do niewoli radzieckiej.
"Skoro i pan, i ja przetrwaliśmy przeszło pięć lat tego piekła, to widocznie jest nam pisane pozostać przy życiu. Trzeba w to wierzyć" - miał powiedzieć w trakcie ich ostatniego spotkania.
- Ja zawsze zasypiałem, gdy zmierzch zapadał. Mam wrażenie, że on po raz ostatni przyszedł właśnie, gdy zasypiałem, bo słyszałem, jak się oddalały kroki. Chciał się ze mną pożegnać - wspominał Szpilman na antenie Polskiego Radia. Nazwisko swojego wybawiciela poznał dopiero w 1951 r. Po wojnie stale utrzymywał kontakt z jego szkołą i dziećmi.
"Nikt nie żądał, żeby wchodzili do wagonu"
Po latach Szpilman zapytany o to, co w doświadczeniu wojennym było dla niego największą tragedią, wskazał utratę bliskich. Przeżył Zagładę jako jedyny z całej rodziny.
"W 1942 r. rozpoczęło się wysiedlanie i zaraz trafili do pociągu. Najbardziej tragiczny w tym wszystkim jest fakt, że od mojego brata, który był jeszcze bardzo młody, a także od siostry, nikt nie żądał, by wchodzili do wagonu. Postanowili jednak wspólnie z resztą rodziny udać się na wysiedlenie, jak się wtedy mówiło i myślano. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że pociągi jadą w kierunku Treblinki. Mnie jeden z żydowskich policjantów wypchnął z transportu, a oni wszyscy wyruszyli w tę ostatnią, jak się później okazało, podróż" - wspominał w wywiadzie, który ukazał się 17 kwietnia 2000 r. na łamach "Plus Minus", dodatku do "Rzeczpospolitej".
Niespełna dwa miesiące później zmarł.
W wywiadach podkreślał też, że zawsze czuł się bardziej Polakiem niż Żydem. "Nie wypieram się wprawdzie mojego pochodzenia - dowodem jest fakt, że nie zmieniłem mojego nazwiska. Brzmi, jak brzmiało. (...) Urodziłem się w Polsce, wychowałem się w niej, jest moją ojczyzną. Żyć mogę na całym świecie, ale umierać chcę w Polsce" - mówił.
W dowód wdzięczności za tamto spotkanie i uratowanie życia, Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał Hosenfeldowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223.
Dalsze losy samego kapitana były pasmem nieszczęść i cierpienia.
Śmierć w łagrze
Po tym, jak 17 stycznia 1945 r. Hosenfeld dostał się pod Błoniem do niewoli radzieckiej, został umieszczony w obozie przejściowym, a potem wywieziony do Mińska. Dopiero w sierpniu 1989 r. jego syn, Helmut (urodzony w 1923 r.), zdołał ustalić dokładne miejsce pochówku ojca przy pomocy Czerwonego Krzyża.
Oficerowie radzieccy byli przekonani, że Hosenfeld pracował w wywiadzie. Wiadomo, że był torturowany. W 1946 r. udało mu się potajemnie wysłać kartkę z listą osób, którym pomógł podczas wojny - widniało wśród nich także nazwisko Władysława Szpilmana. Mimo wstawiennictwa osób, które pomógł ocalić, wytoczono mu proces i skazano na karę śmierci za rzekome zbrodnie wojenne. Oskarżono go o służbę w obozach jenieckich w 1939 r. i "działalność antyradziecką".
Wyrok śmierci zmieniono po amnestii na 25 lat obozu pracy, jednak ciężkie warunki bytowe doprowadziły u mężczyzny do wylewu i paraliżu, a w konsekwencji także do śmierci; zmarł
w łagrze znajdującym się nieopodal Stalingradu.
W 2007 r. został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Odrodzenia Polski.
Dzięki staraniom między innymi Andrzeja Szpilmana, syna kompozytora, w 2009 r. Niemiec otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. W imieniu ojca wyróżnienie to odebrały jego dzieci.
Skoro już jesteśmy przy muzyce, to odebrałam już zamówiony flet prosty. Taki sam, na jakim dzieci uczą się grać na lekcjach muzyki w podstawówce. Pierwsza umiejętność jaką muszę nabyć, być może kuriozalna dla innych, to ułożenie moich koślawych i powyginanych palców na otworów. Próbuję, próbuję... Na razie ciężko mi to wychodzi. Na razie też się tym zbytnio nie zrażam. Przecież to dopiero moje początki. Może za setnym razem mi się uda.
Gdy miałam chwile zwątpienia włączyłam sobie wirtualne pianino, na którym można grać nie tylko myszką, ale i klawiaturą. Wzięłam coś prostego - "Gdy adwentowy wieczór nadchodzi". Może po nie w czasie, ale... Początek potrafię już zagrać. Reszta? Mam nadzieję, że też się nauczę :). A jak nie, to pierwszych 5 taktów to już jest coś...
Pomagając podczas katechizacji dzieci przy parafiach (to w ramach "zabranej" przez rząd jednej godziny religii w szkole) staram się wskazywać im młodych ludzi, na których mogliby się wzorować w swoim życiu. Był już św. Pier Giorgio Frassati, św. Carlo Acutis, św. Stanisław Kostka. Kandydatów na dalsze spotkania nie brakuje, bo i wielu młodych żyło tak pięknie, że zostali włączeni przez Kościół Katolicki do grona świętych i błogosławionych.
I wciąż wyszukuję i poznaję nowych, w tym także tych, którzy dopiero są kandydatami na ołtarze. Całkowicie przypadkiem dowiedziałam się o francuskim chłopcu Guy'u Pierre de Fontgallandzie, który zmarł w opinii świętości w wieku zaledwie 12 lat. Dzisiaj przypada 101 rocznica jego narodzin dla Nieba.
Guy urodził się 30 listopada 1913 roku. Był synem Pierre'a Heurarda de Fontgallanda i Marie Renee Mathevona. Uchodził za chłopca kapryśnego, złośliwego i często popadającego w gniew. Nigdy nie zdarzyło mu się jednak skłamać. Zarazem był czuły i wrażliwy, w szczególności na Boże Tajemnice. Potrzebował cierpliwego serca mamy, żeby nauczyć się odróżniać to, co warto zachować od tego, co należy w sobie zmienić.
Jedną z najcenniejszych informacji, które pomogły mu podjąć decyzję o "współpracy" z Bogiem, była wiadomość od jego babci, że Pan Jezus przebywa w sercach grzecznych dzieci. Mały Guy Pierre zaś marzył, aby Pan Jezus nie opuszczał jego dziecięcego serca.
Od dzieciństwa jego wielką pasją była liturgia, pilnie śledził każdą Mszę świętą i uwielbiał przebywać na adoracji Najświętszego Sakramentu. Raz nawet pokłócił się z mamą, kiedy zauważył, że na spotkanie ze znajomymi zakłada lepszą sukienkę, a do kościoła gorszą. Miał wtedy krzyknąć "Nie rozumiem cię!". Mały Guy szczególnie upodobał sobie modlitwę "Zdrowaś Maryjo" i odmawiał ją wiele razy w ciągu dnia. Wszystko, co było związane z Matką Bożą, budziło jego zachwyt. W swoim pokoju miał figurę Maryi, którą zawszę kiedy mógł, ozdabiał świeżymi kwiatami.
W 1917 roku razem z mamą odwiedził grób św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która jeszcze wtedy była Służebnicą Bożą. Postać Małej Tereski tak zachwyciła chłopca, że postanowił wziąć z niej przykład. Co ciekawe, przy grobie przyszłej świętej czuje cudowny zapach kwiatów.
W swoim dzienniczku prowadzonej przed Pierwszą Komunią Świętą notuje trzy postanowienia:
Odmawiać co dzień ranne i wieczorne modlitwy.
Nie przeżyć ani jednego dnia bez zrobienia przynajmniej jednego poświęcenia dla Jezusa, które wymagałoby wysiłku,
Starać się o to, by stać się mniej leniwym, by lepiej pracować, aby kiedyś zostać księdzem.
Na końcu tych postanowień napisał "O Jezu, pobłogosław mi, spraw, bym Cię kochał zawsze całym sercem".
Podczas swojej Pierwszej Komunii Świętej usłyszał w swoim sercu głos samego Jezusa: "Mój mały, zabiorę cię wkrótce do siebie, umrzesz młodo". Tak bardzo ufał Jezusowi, że odpowiedział: "Tak, niech się dzieje wola Twoja". Nikomu przez dłuższy czas nie opowiadał o tym zdarzeniu. Zdradził to dopiero mamie, w momencie kiedy zachorował i zrozumiał, że wypełnia się obietnica Pana Jezusa.
Będąc w 1924 roku na pielgrzymce w Lourdes otrzymał od Maryi potwierdzenie słów, które kilka lat wcześniej powiedział mu Pan Jezus. Maryja miała mu wtedy obiecać, że umrze w jej dzień, czyli w sobotę. Zaledwie kilka miesięcy po tym zdarzeniu Guy Pierre zapadł na błonicę - zakaźną chorobę występującą u dzieci, wywoływaną przez bakterię maczugowca błonicy. Powoli tracił siły, ale całe cierpienie oddał w intencji zadośćuczynienia za grzechy. "Dziś umrę - powiedział matce po wielu tygodniach chorowania - nie płacz, to będzie bardzo miłe. Kiedy zabraknie mi tchu i nie będę już mógł mówić, żeby powiedzieć Jezusowi, że go kocham, połóż krucyfiks na moich ustach, abym mógł go jeszcze całować". Zgodnie z tym życzeniem, przed śmiercią zdążył jeszcze ucałować krzyż i powiedzieć: "Jezu, kocham Cię, Mamusiu!". Mama chłopca zorientowała się, że to nie ją woła, ponieważ jego wzrok był utkwiony w kogoś innego, kogo nikt inny nie widział w pokoju chłopca. To, co Guy widział, zdradzały jego oczy i uśmiech. Maryja, tak jak obiecała, przyszła po chłopca w sobotę, 24 stycznia 1925 roku.
Biografia nastolatka, która pojawiła się zaledwie kilka lat po jego śmierci, została przetłumaczona na 13 języków i rozeszła się w 100 000 egzemplarzach. Około 300 ludzi przypisuje mu swoje nawrócenie, a 700 twierdzi, że zawdzięcza mu odnalezienie powołania. Do kurii diecezjalnej trafiło w sumie ponad 80 000 informacji o otrzymanych łaskach za wstawiennictwem chłopca. Zebrano 1 312 000 podpisów dzieci i dorosłych pod petycją o beatyfikację Guya Pierre de Fontgallanda. W latach 40 kongregacja zamknęła proces beatyfikacyjny, a chłopcu przysługuje tytuł Sługi Bożego.
Są takie chwile, kiedy człowiek zadaje głuche pytanie "dlaczego", chociaż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że i tak nie otrzyma na nie odpowiedzi. Tak było ze mną w lipcu, kiedy media podały informacje o utonięciu 15-letniego harcerza w mętnych wodach jeziora Ośno w województwie wielkopolskim. Chłopak wykonywał zadanie na otrzymanie kolejnej odznaki harcerskiej, a sam obóz miał się zakończyć dzień później.
Identyczne odczucia miałam, kiedy kilka dni temu natrafiłam na wiadomość o śmierci zaledwie trzy lata starszego od Dominika mieszkańca województwa małopolskiego, 18-letniego Michała.
Dominik i Michał. Dwójka młodych chłopaków, przed którymi było praktycznie całe życie. Sporo ich dzieli: wiek (Michał był starszy o trzy lata od Dominika), miejscowość, z której pochodzili (Dominik wychowywał się w położonej 5 kilometrów od Świdnicy wsi, Michał to typowy Krakus), sposób śmierci (Dominika życie zostało przerwane nagle, Michał podobno od dłuższego czasu chorował).
Jednak o wiele więcej ich łączy - obaj byli nastolatkami, obaj chodzili do liceum, obaj byli ceremoniarzami, służąc tym samym przy Ołtarzu Pańskim. Chłopcy starali się rozwijać swoje talenty: Dominik uprawiał różne dyscypliny sportu i był wybitnym matematykiem, Michał z kolei pięknie śpiewał w dekanalnym chórze złożonym z chłopców. Zarówno Michał, jak i Dominik, formowali się w Ruchu Światło - Życie, jak i w Związku Harcerstwa Polskiego.
Uśmiechnięci, zdolni, pełni pasji działania. Rysowała się przed nimi piękna przyszłość. Niestety, Bóg, albo jak kto woli los, chciał inaczej i zabrał ich w kwiecie wieku. Być może Dominik czekał już na Michała z jego Aniołem Stróżem na progu bramy do Raju i był jego przewodnikiem po nim w tych pierwszych chwilach? A może po prostu siedli sobie na niebiańskiej chmurze, niczym na ławce przed szkołą i tak zaczęła się ich wieczna przyjaźń? Przecież mieli tyle wspólnych tematów, na które mogliby porozmawiać...
W grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia w szkole, w której aktualnie pracuję, odbył się koncert kolęd. Przez przypadek zostałam jego współorganizatorką. Szerzej pisałam o tym w >>tym<< wpisie. Sam koncert wyszedł tak dobrze, że gdzieś w głębi serca pomyślałam sobie, że może by wyjść z nim do podopiecznych pobliskiego Domu Seniora "Wigor", którzy w większości są ludźmi starszymi. Wiem, że wiele instytucji organizuje koncerty kolęd i pastorałek w tym czasie, ale zdaję sobie też sprawę z tego, że nie wszystkie te miejsca są dostępne dla tej grupy społeczeństwa. A tutaj to my przyszlibyśmy do nich i dali występ. W dodatku dzieciaki przed przerwą świąteczną wykonały śliczne kartki świąteczne. Nic nie stało na przeszkodzie, aby napisać w nich życzenia i podarować je im z okazji Dnia Babci i Dziadka.
Podzieliłam się tym pomysłem z niektórymi nauczycielami i z dyrekcją szkoły, od której mój pomysł dostał "zielone światło". Zostało tylko zapytanie o zgodę kierownika placówki i ustalenie terminu, ale tym po Nowym Roku zajął się inny wychowawca świetlicy. Zależało mi, aby występ odbył się w okolicach 21 i 22 stycznia, czyli Dnia Babci i Dziadka. I tak też się stało. Wszystko rysowało się w jasnych barwach.
Pierwotnie mieliśmy powtórzyć koncert dany w szkole, co najwyżej zmniejszając liczbę wykonawców. Jednak wiele dzieciaków ze starszych klas jest w okresie ostatnich zaliczeń i poprawek przed końcem semestru i musiałyby zrezygnować z występu. Z kolei dla dzieci z młodszych klas mógłby to być zbyt duży stres i obciążenie. Co prawda wiele z nich śpiewało w grudniu w ogólnym chórze złożonym z uczniów praktycznie ze wszystkich klas, ale to głównie starszaki grały tam pierwsze skrzypce.
Wraz z katechetką i z wychowawcami klas 1-3 doszliśmy do wniosku, że w przypadku ich uczniów dużo lepiej sprawdzą się tradycyjne jasełka okraszone kilkoma kolędami i pastorałkami. Zgodnie uzgodniliśmy, że będą to "Cicha noc", "Wśród nocnej ciszy", "Skrzypi wóz" oraz "Lulajże Jezuniu". Kolędy raczej znane i lubiane, była szansa, że seniorzy z Domu Seniora włączą się z nami we wspólne śpiewanie. Nauczycielki klas z nauczania początkowego zadbały o scenariusz i próby dzieci, moim zadaniem było ogarnięcie strony muzycznej.
Dzisiaj zgodnie z umową dzieci, które występowały poszły z nami do mieszczącego się dosłownie kilka kroków od szkoły Domu Seniora "Wigor". Na miejscu przebrały się już w swoje stroje i dzielnie wyszli na środek sali, w której miał miejsce występ. Całe przedstawienie poszło raczej sprawnie, dzieciaki z przejęciem recytowali swoje teksty, seniorzy aktywnie włączyli się w śpiew kolęd, a potem sowicie nagrodzili młodych aktorów gromkimi brawami.
Mam nadzieję, że te jasełka wniosło dobro w życie obydwóch stron - w życie dzieci, które miały szansę wystąpić przed dużo starszymi, nieznanymi sobie ludźmi, i w życie seniorów, którzy mogli jeszcze raz obejrzeć jasełka w wykonaniu młodych amatorskich aktorów i na swój sposób nacieszyć się nimi. Dodatkową atrakcją było to, że na sam koniec dzieciaki rozdały zgromadzonym starszym ludziom własnoręcznie wykonane laurki z własnymi życzeniami dla nich. Myślę, że to był miły upominek dla nich na jesień życia.
Wstęp do słynnego na cały świat dzieła naszego czołowego astronoma Mikołaja Kopernika "De revolutionibus orbium coelestium", czyli po prostu "O obrotach sfer niebieskich" rewelacyjnie zinterpretowany w piosence Lecha Makowskiego (szerzej pisałam o niej w >>tym<< wpisie) towarzyszy mi zawsze w tych momentach, kiedy mam okazję wznosić swoje oczy i patrzeć nimi w górę, w niebo. A spoglądam często, zarówno w tych momentach, kiedy jest ono bezchmurne, pochmurne, jak i okryte mrokiem nocy. Coraz częściej i coraz głębiej zachwycam się jego pięknem oraz harmonią zjawisk, jakie nam ono oferuje. Coraz bardziej świadomie podziwiam też piękno świata, stworzonego ręką niewidzialnego. Zwłaszcza kiedy jestem na wsi, bądź w górach, gdzie przyrodę można chłonąć wszystkimi swoimi zmysłami.
Zorza polarna to w południowej części naszego kraju zjawisko rzadko spotykane. Chciałoby się powiedzieć - nie ten klimat. Może coś w tym jest. Ale jeżeli pojawia się okazja zobaczenia tak niesamowitego spektaklu, to czemuby z tego nie skorzystać? Umówiliśmy się z najlepszym szkolnym kolegą i koleżanką, że wspólnie będziemy świadkami tego, co zafunduje nam niebo. Nawet dobrze się stało, bo Rafael miał na tyle dobry aparat, że to on robił fotografie, które wykorzystałam w tym wpisie.
Można powiedzieć, że z Katią i Rafaelem tworzę zgraną paczkę, chociaż Katię znam od czwartej klasy szkoły podstawowej, a Rafaela od ostatniego semestru nauki w gimnazjum. Z Katią siedziałam w ławce przez sześć lat, do końca gimnazjum, z Rafaelem przez cały okres nauki w liceum. Razem trenowaliśmy lekką atletykę, razem startowaliśmy w zawodach sportowych, razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przez te wszystkie lata naprawdę zżyliśmy się ze sobą i zawiązaliśmy silne więzi.
Biorąc udział w zeszłorocznej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej po moim mieście (w dużej mierze) w pewnym momencie trafiłam na niezbyt wysokie wzniesienie. Było ono dużo mniej wymagające od znajdującego się w samym mieście stromego Wzgórza Gołonowskiego i dużo przyjemniejsze do wdrapania się na nie. Kiedy kilka dni wcześniej zastanawialiśmy się, skąd moglibyśmy podziwiać ową zbliżającą się zorzę, na myśl przyszło mi właśnie ono. Tym bardziej, że Rafael jest szczęśliwym posiadaczem samochodu, a w związku z tym nie mieliśmy problemu z powrotem do domu.
Oglądając przepiękną grę świateł na ciemnym nocnym niebie, w głowie miałam kolejne wersy wspomnianego na początku "De revolutionibus" (bo taki tytuł nosi ta piosenka):
A cóż piękniejszego od nieba, które przecież ogarnia wszystko co piękne?
Cóż ważniejszego od prawdy, której tak jesteś ciekaw, że się jej nie zlękniesz?
Cóż może być ponad miłość, której wciąż pragniemy, bo jej wciąż za mało?
I cóż większego od Stwórcy, jednym słowem którego wszystko się stało?
Im bardziej się zagłębiam w ten Kosmos nad nami, im mocniej pragnę pojąć rozumem, zmysłami
Im więcej w nim harmonii i ładu się splata, tym niżej chylę czoło, przed Panem Wszechświata
Bóg planety w ruch wprawił! I tak się zaczęło, zaprawdę przeogromne jest boskie to dzieło!
Więc klękam przed Istotą Najlepszą, Największą, o Panie daj mi poznać Tajemnicę Pierwszą...
Przed dobre trzy godziny, do 24.00 siedzieliśmy na naszym punkcie obserwacyjnym i podziwialiśmy barwne niebo, niczym dzieciaki z podstawówki. Trochę szkoda, że moja lornetka, którą dostałam na ostatnie urodziny została na wsi, bo może i tutaj znalazłaby swoje zastosowanie. Ale też tak wozić ją busem w te i we w te... Próbowałam też zrobić zdjęcia moim aparatem fotograficznym, za nic na świecie nie mogłam go jednak wyostrzyć. Na szczęście lustrzanka Rafaela spisała się bez zarzutów, a i on sam podzielił się powyższymi zdjęciami z nami. Osobiście bardzo mnie to ucieszyło - mam nie tylko materiał na bloga, ale też będę miała co pokazywać dzieciakom ze świetlicy.
Siedzielibyśmy tak pewnie dłużej, gdyby nie to, że zaczęło nam się robić już zimno, ja i Rafael na drugi dzień musieliśmy iść do pracy, a poza tym ja byłam przed zabiegiem i wolałam się nie przeziębić, żeby nie musieć już go przenosić na nowy termin. W drodze powrotnej rozmawialiśmy o tym, co widziały nasze oczy i zastanawialiśmy się, czy długo nam przyjdzie czekać na następny tego typu spektakl.
A jeszcze nazajutrz rano po włączeniu na szybko laptopa i messengera zobaczyłam zdjęcie zorzy nad jednym z naszych miejskich jezior, które zrobiła znajoma w czasie wyprowadzania psa na spacer.
Cóż jest ponad odwagę, by dać odpór głupocie, i o prawdę walczyć...
I cóż godniejszego nad wolność, która wszystko objaśni i będzie nam tarczą?
We wpisie pozwoliłam sobie wykorzystać tekst piosenki "De revolutionibus" Lecha Makowskiego, którego piękno i prawda niesamowicie współgrały mi z tymi wykonanymi przez mojego kolegę fotografiami. Ale ja też postanowiłam napisać moje "De revolutionibus". Nie jest może tak podniosłe jak to napisane przez pana Makowskiego, ale może też nie jest takie najgorsze.
Chyba pisałam blisko dekadę temu przy okazji kolejnej rocznicy urodzin Jana Pawła II. Już taka tradycja, że tego dnia zjeżdżają się do Wadowic orkiestry dęte działające przy ochotniczych strażach pożarnych w mieście i okolicach i dają wspólny koncert. Uwielbiam te chwile, chociaż jestem ich świadkiem wyjątkowo rzadko. Ale pokazują mi, jak różnorodność i różnorakość przez kilka chwil może tworzyć jedność, jeżeli tylko przyświeca im ten sam cel.
Moja miłość do muzyki orkiestr dętych prawdopodobnie narodziła się gdzieś w małej zapomnianej wioseczce na kielecczyźnie, gdzie tamtejsza orkiestra dęta działająca przy Ochotniczej Straży Pożarnej grała podczas pasterek, rezurekcji, czy też odpustów parafialnych. Zawsze, kiedy rozlegał się charakterystyczny dźwięk orkiestry podczas przemienienia chleba w Ciało i wina w Krew, czułam w szczególny sposób podniosłość tej chwili. To głównie dla niej mogłam przejść na nogach te 6 km dzielących wioskę moich dziadków od wioski, w której był kościół parafialny w zimną noc (pasterka), nieprzyzwoicie wczesny poranek, kiedy jeszcze za oknem panował mrok (rezurekcja), czy też lejący się z nieba żar (odpust w lipcu). I szczerze żałowałam, że u mnie w parafii nie może być aż tak uroczyście obchodzonego chociażby odpustu parafialnego.
Kiedy ksiądz-administrator powiedział mi, że w jego parafii miejscowi strażacy z OSP mają zamiar zorganizować koncert kolęd i pastorałek, zapewne oczy zapaliły mi się z radości. Wiedziałam, że bardzo pragnę go wysłuchać, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że dotarcie tam bez własnego środka transportu w niedziele jest jeszcze bardziej skomplikowane, niż w tygodniu. No, ale jak wiecie, raczej nie zrażam się tak szybko przy pierwszej lepszej przeszkodzie. Owszem, jakby nie było żadnego sposobu na dotarcie na miejsce, to bym z automatu odpuściła. Jak się nie da to się nie da - z pustego i Salomon nie naleje. Ale po tych kilku miesiącach wiem, że jest taki autobus, tyle że z Będzina, którym dojechałabym idealnie tuż przed koncertem. A potem planowałam zostać na Mszy świętej po koncercie.
Po zakończonej Mszy świętej z godziny 9:30 przed ołtarz wyszli przedstawiciele liczącej 103 lata Orkiestry Dętej działającej przy miejskiej OSP. Na początku poznaliśmy skróconą historię działalności zespołu, a także mogliśmy poznać repertuar, jaki mieli nam zaprezentować.
Kilka chwil później po wnętrzu tego starego, liczącego blisko 600 lat kościoła rozniosły się dźwięki zarówno znanych polskich kolęd, takich jak "Gdy śliczna panna", "Nie było miejsca dla Ciebie", "Jest taki dzień", czy też "Północ już była", jak i zagranicznych szlagierów, w tym "Venite adoremus", "Jingle Bells", "Let it snow" i "Last Christmas".
Każda wykonywana kolęda została poprzedzona krótką informacją na jej temat. Dzięki temu można było obliczyć, jak dawno temu ona powstała oraz w którym mniej więcej rejonie Polski lub świata.
Trwający ok. 50 minut koncert (nawet nie wiem, kiedy ten czas minął) został spuentowany Marszem Radetzky'ego, do którego rytm wyklaskiwali praktycznie wszyscy zgromadzeni goście. Dzięki temu zrobiło nam się cieplej i na sercu i w ciele.
Wiele kolęd było tylko zagranych, ale niektóre z nich zostały wyśpiewane przez pana Grzegorza współpracującego z orkiestrą. Założę się jednak, że wielu z nas po cichu podśpiewywało sobie znane kolędy pod nosem. Każda kolęda została sowicie nagrodzona oklaskami, co było naocznym docenieniem występu i talentu występujących.
Jak możecie się domyśleć, wcale nie żałowałam tego, że w zimne przedpołudnie dotarłam do oddalonego trochę drogi ode mnie kościoła, aby przez niecałą godzinę słuchać tych pięknych dźwięków. Jak pisałam, większość moich wcześniejszych sposobów dotarcia na Msze z udziałem orkiestr dętych były bardziej wymagające. Osobiście mam nadzieję, że tego typu koncerty wejdą do parafialnej tradycji już na stałe. Bo naprawdę, przepięknie one wychodzą.
Ej. Niedawno pisałam o tym, że chciałabym nauczyć się grać na flecie. Gdybym tak przy łucie szczęścia opanowała tą umiejętność i "wyćwiczyła" moje koślawe palce tak, że by w miarę posłusznie zatykały poszczególne wyloty to może, może... Ale nie, to będzie kolejne moje niespełnione marzenie. Myślę, że warto jednak marzyć. Może dzięki temu nauczę się chociaż podstawowej gry na tym instrumencie? Nauczę się. Blisko 25 lat temu nauczyłam się grać "Walc Barbary" dla mojej matematyczki na jakimś dziecięcym akordeonie. Może nie wyszło idealnie, ale było wiadomo o co chodzi. I pani Basia od matematyki (chyba) też była zadowolona.
Kilka dni temu, całkowicie przypadkowo, odkryłam kanał na youtube, na którym opowiadane są historie związane z gwiazdami telewizji, głównie z epoki PRLu. To niby już nie moje czasy, aczkolwiek same postacie w większości są mi znane. Z ciekawości wysłuchałam filmiku, który włączył mi się całkowicie przypadkowo. Opowiadał o aktorach i aktorkach, którzy traktowali innych z wyższością. Trochę mnie to wstrząsnęło. Owszem, wiem że sława i popularność potrafi sprawić, że czujemy się lepsi od innych i gardzimy nimi. Wiecie o co zawsze modliłam się po olimpiadach przedmiotowych? Abym w razie czego nie uważała innych za gorszych ode mnie i poświęcała im choć trochę czasu podczas przerw. Nie wiem na ile mi się to udało, ale chyba nie było tak źle.
Mimo kontrowersyjnego tematu postanowiłam wysłuchać jeszcze jakiegoś tego typu filmiku. Tym razem trafiłam na taki, który opowiadał o aktorach, którzy zostali zniszczeni przez reżim ówczesnych czasów. O ile pierwszy film stawiał bohaterów w roli tych, którzy przejawiali niepokojące zachowania, o tyle tutaj miałam już do czynienia z bohaterami - ofiarami. I znowu szok, jak bardzo władza może wpływać na życie tych, którzy nie potrafią im się podporządkować, a zarazem poczucie wewnętrznego szczęścia i ulgi, że żyjemy już w zupełnie innych czasach. Jak współczesne gwiazdy i gwiazdeczki zniosłyby takie traktowanie i mobbing? Strach pomyśleć. Tak samo, jak nie mogłam sobie wyobrazić co by było, gdybym to ja doświadczyła takiego traktowania, zarówno ze strony sław, jak i aktualnej władzy.
Tych filmików jest jeszcze trochę, i to nie na jednym kanale, ale na kilku. Mam nadzieję, że uda mi się chociaż część z nich odsłuchać, np. robiąc porządki. Chociaż w najbliższym czasie czeka mnie też przymusowe kilkudniowe wolne. Mam nadzieję, że odkryte niedawno filmiki, na zmianę z podcastami i wypożyczonymi książkami umilą mi jakoś ten czas. Ja tymczasem wracam do przerwanej w połowie lektury "Odwróconych", którzy zostali napisani na podstawie scenariusza serialu pod tym samym tytułem, nadawanego niegdyś na TVNie. Słyszałam o nim, ale nie wiem, czy obejrzałam chociaż jeden jego odcinek. Nawet próbowałam znaleźć te odcinki na internecie, ale inaczej niż na płatnym pleyerze nie było. Szkoda. Dobrze jednak, że została napisana ta książka, przynajmniej w ten sposób chociaż trochę zapoznam się z fabułą. Na razie dzieje się niewiele, mam jednak nadzieję, że z akcją książki będzie podobnie jak z akcją niektórych filmów - na początku nudne jak flaki z olejem, ale jak już się rozkręci, to nie będzie się chciało, aby się skończyła.
Poza tym sfrustrowana ciągłymi problemami z wycinaniem kółek postanowiłam kupić sobie dziurkacze - wycinacze z kołami o średnicy 3,8 cm oraz 5 cm. Podejrzewam, że wycinanie tego typu kształtów jest zmorą niejednego człowieka, który bez problemów operuje nożyczkami, a co tutaj mówić o takim, który zmaga się na co dzień z atetozą. Mam nadzieję, że teraz problem rozwiąże się, choćby tymczasowo, a przez to chociażby stworzę kilka kartek urodzinowo-imieninowych na najbliższy czas. Z wiadomości zwrotnych wiem, że moje życzenia na Boże Narodzenie i Nowy Rok doszły do części z tych osób, do których je wysłałam. Co do reszty - nie tracę jeszcze nadziei. Podobno niepozorne aniołki się podobały, więc może nie jestem takim antytalenciem w tej materii.
Podejrzewam, że za ten wpis dostanę "po głowie" zwłaszcza od tych, którym nie po drodze z Kościołem. Tak było wielokrotnie, chociażby wtedy, gdy nie pochwalałam "czarnego protestu kobiet". Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli piszę u siebie na blogu i nie wszyscy muszą to czytać oraz że jeżeli w nikogo wprost nie uderzam, to nie robię równocześnie nikomu krzywdy. A że ktoś się nie zgadza z tym co piszę? No cóż, ja też się nie zgadzam ze wszystkimi wpisami innych, ale staram się tego zbytnio nie akcentować, zwłaszcza na ich blogach.
Pierwsze oficjalne rady pedagogiczne na koniec pierwszego półrocza mam już za sobą. Jako młodszy wychowawca świetlicy, w dodatku na zastępstwie, nie miałam zbyt dużo do gadania, zwłaszcza w przypadku uczniów klas wyższych, którzy stosunkowo rzadko do nas przychodzą. Dzieciaki z młodszych klas bywają uciążliwe, ale da się wytrzymać. W każdym razie, nie jest tak strasznie, jakby się mogło wydawać.
W kuluarach pokoju nauczycielskiego raz po raz pojawia się temat głośnego w ostatnim czasie zachowania nauczycielki ze szkoły podstawowej w Kielnie, która zabrała dzieciom krzyż i wyrzuciła go do kosza. Zareagowały na to dzieci, które stanęły w obronie tego, w co wierzyli. Potem sprawę nagłośnili rodzice, w mediach zaczęła się a to nagonka na nauczycielkę, a to na całą resztę. Katolików zbulwersowała ta sprawa, przeciwników katolicyzmu wręcz przeciwnie. Pochwalili takie zachowanie. Myślę, że znając mnie domyślacie się, po której stronie tego sporu stoję.
Tu nie chodzi o to, że nauczycielka zabrała dzieciom coś, czym mieli bawić się na lekcji. Też zabierałam wielokrotnie dzieciakom przedmioty, których używały albo niezgodnie z przeznaczeniem, albo wbrew wyraźnemu zakazowi. Czasami były to też przedmioty kultu religijnego. Ale nigdy nie wyrzuciłabym ich do kosza, zwłaszcza na oczach ich właścicieli. To tak, jakbym im pokazywała, że mam gdzieś ich tożsamość, wyznawane przez nich wartości. Poza tym to nie jest moja własność. Nawet kiedy chcę wyrzucić coś należącego do szkoły, to zawsze wolę skonsultować to z innymi współpracownikami. Wielokrotnie pytałam zwolenników takiego zachowania, czy tak samo postąpiliby w przypadku, gdyby dany uczeń był dzieckiem wpływowego polityka albo wyznawcą np. islamu. Zawsze wtedy zapadała niezręczna cisza. A ja miałam ochotę zadać pytanie: dlaczego nie? Czym się różni katolik od muzułmanina? Czym przeciętny uczeń od dziecka biznesmena? No właśnie.
Nie bronię uczniów, dziwię się jednak nauczycielce, która podobno już wcześniej przejawiała nerwowe zachowania. Czy takie osoby nie są okresowo badane przez psychologów? Zwłaszcza, że już wcześniej pojawiają się niepokojące sygnały. Przecież nawet ja musiałam przejść przez całą masę badań i rozmów, zanim rozpoczęłam pracę, choćby na zastępstwie. Rozumiem, że jako osoba z mpd mogę wzbudzać wiele zastrzeżeń, ale...
A tak odnośnie obecności krzyża w miejscach publicznych, to przypomniała mi się taka oto sytuacja:
Pani Krysia pracowała jako pielęgniarka w osiedlowej przychodni zdrowia. Pewnego razu jedna z jej koleżanek przyniosła do ich dyżurki krzyż i powiesiła go na ścianie. Po kilku tygodniach pani Krysia zauważyła, że został on zdjęty i położony na stole. Z pomocą konserwatora zawiesiła go znowu na ścianie. Po kilku tygodniach znowu zniknął. Pani Krysia tym razem znalazła go w koszu na śmieci. Posmutniała, ale ponownie zawisł on na ścianie. Nie minęło kilka tygodni, jak pani Krysia przechodząc obok śmietnika zauważyła charakterystyczny krzyż. Podniosła go i schowała do torebki. W dyżurce przekonała się, że krzyż ponownie został zdjęty. Zasmuciło ją to, ale nie powiesiła go z powrotem na ścianie, tylko wzięła do domu i zawisł w dużym pokoju. Po kilku latach, przechodząc obok tego samego śmietnika, pani Krysia źle się poczuła i upadła. Przed utratą przytomności zdążyła wyszeptać: "Jezu, pomocy". Kiedy ocknęła się w szpitalu okazało się, że miała udar. Jednak chwilę po tym jak zemdlała, obok przechodziła inna kobieta, która wezwała pomoc. Dzięki szybkiej pomocy skutki udaru nie były takie duże i rozległe. Po latach opowiedziała tą historię księdzu, podsumowując ją słowami: "Jezus został wyrzucony na śmietnik jak jakiś śmieć, a potem pod tym samym śmietnikiem uratował mi życie".
Tegoroczny rok formacyjny w polskich wspólnotach "Wiary i Światło" upływa pod hasłem naszych aniołów. Podczas każdego spotkania w poszczególnych miesiącach pochylamy się nad tym, jaką rolę odegrały anioły w niektórych historiach biblijnych. Były już scenki (akurat jest to jeden z najlepszych sposobów na zrozumienie dla osób z niepełnosprawnością umysłową) na temat spotkania na pustyni przez Hagar i Izmaela anioła, na temat spotkania Zachariasza z Aniołem, zwiastowania Maryi przez archanioła Gabriela oraz pojawienie się aniołów nad Betlejem w noc Bożego Narodzenia. Po obejrzeniu scenek za każdym razem dzielimy się na grupy i rozmawiamy na temat tego, co było ich tematem. I o ile w Jaworznie jestem jeszcze na poziomie uczestnika, o tyle w Wadowicach już na ostatnim, drugim moim spotkaniu w tamtejszej wspólnocie debiutowałam w charakterze kogoś w rodzaju moderatora grupy. Szybko idzie. Również podarunki urodzinowo-imieninowe we wspólnotach, przynajmniej w tych, do których przynależę, mają anielski charakter. Nawet nie wiecie ile radości sprawił mi niewielki obrazek przedstawiający Anioła Stróża czuwającego nad bezpieczeństwem dwojga dzieci przechodzących przez kładkę na rzeczce. Zwłaszcza, że podobny obraz wisiał w sypialni mojej babci.
Anielskie postacie są wdzięcznym tematem. Są inspiracją wielu obrazów oraz rzeźb, wykraczają też poza świat wiary. Przecież cherubinki pojawiają się też na wielu świeckich obiektach. Dla mnie takim najbardziej klarownym przykładem jest transatlantyk "Titanic", gdzie aniołki podtrzymywały lampy wewnątrz statku. Czy miało to wydźwięk religijny? Nie, bardziej kulturowy. Doszło do tego, że stały się istotnym elementem w życiu większości ludzi, również tych uważających się za ateistów. Zauważyłam bowiem, że takie osoby pytane o Boga, kategorycznie wykluczają jego istnienie. Ale już kiedy pada pytanie o anioły... to wielu z nich uczciwie stwierdza, że tak, że wierzą, że one są, że często odczuwają ich obecność. Piękne to wyznanie, nie powiem, że nie.
Anioły stanowią ważną część życia osób wierzących. Przypomnijcie sobie pierwszą modlitwę, jakiej nauczyliście się. Prawdopodobnie było to pewne ufności "Aniele Boży stróżu mój". Po latach wielu dorosłych w dalszym ciągu ją powtarza, np. wyruszając w drogę. Nie wiem czy pamiętacie, ale to jest jedyna modlitwa Carla Acutisa, którą potrafił powiedzieć po polsku. Również i w moim życiu anioły, a szczególnie Anioł Stróż, odgrywają niebagatelną rolę. Lubię zwracać się do niego nie tylko wtedy, gdy mam jakiś problem, czy też sprawę, ale też w radosnych chwilach. Bo przecież On jest ze mną zawsze i wszędzie, od poczęcia po całą wieczność. Ot, taka moja dziecinna mentalność. Moja prababcia zawsze zwykła mawiać na odchodnym: "I życzę ci jeszcze opieki Anioła Stróża". To zdanie jakoś tak bardzo do mnie przywarło i jest ze mną po dziś dzień. Nawet żałuję, że nie mam sama dzieci, bo chyba też życzyłabym im tego samego. Z drugiej strony, często w tzw. "pouczeniu po spowiedzi" słyszałam od Księdza Niosącego Światło, aby w razie kłopotów w kontaktach z drugim człowiekiem poprosiła mojego Anioła Stróża o to, aby porozmawiał z jego Aniołem Stróżem. Dalej to stosuję, nie wiem na ile mi to pomaga, ale mentalnie czuję się lepiej przygotowana.
W zasadzie nie wiadomo jak oni wyglądają - dowiemy się tego dopiero po śmierci, kiedy nasi Aniołowie Stróżowie jako pierwsi wyjdą nam na spotkanie. Kiedyś jednak pozwoliłam sobie narysować ilustrację do wiersza o aniołach dla dzieci, która przedstawiałaby te ponadziemskie istoty. Może trochę infantylnie, trochę śmiesznie to wyszło, ale niektórym z Was, bo ten rysunek pojawił się już na łamach bloga, podobała się taka w sumie prosta i niewymyślna ilustracja.
Korzystając z przeżywanego w polskich wspólnotach Wiary i Światło roku pod znakiem aniołów, postanowiłam, że motywem przewodnim moich kartek bożonarodzeniowych będzie właśnie anioł. Sporo jest kolęd, w których pojawiają się anieli, ja jednak na hasło przewodnie wybrałam dwie praktycznie nieznane kolędy: "Leżysz Chryste" oraz "Z nieba wysokiego zlecieli anieli". Pamiętam, jak bardzo cieszyło się moje serce, kiedy śpiewaliśmy je podczas Mszy świętych. Szczególnie upodobałam sobie pełną majestatu i powagi "Leżysz Chryste", którą do dzisiaj nucę pod nosem. Jeszcze tylko wystarczyło zilustrować je odpowiednim rysunkowym odzwierciedleniem słów kolęd.
Jednak w pewnym momencie przyszło mi do głowy, że może warto by było dodać jakiś anielski akcent przypominający, że aniołowie nad nami czuwają i w symboliczny sposób życzący obdarowanym owej "opieki Anioła Stróża", za czym tak bardzo orędowała moja prababcia. W pierwszym momencie miałam zamiar wykroić kilkanaście aniołów z masy porcelanowej. Nawet zaopatrzyłam się w odpowiednią foremkę. Jednak jak już pisałam, coś robię nie tak, bo zimna porcelana zamiast białawej barwy przybiera żółtą - to raz. Dwa - zamawiając foremkę, myślałam, że będzie ona ciut mniejsza, a przez to nie nastawiałam się aż na taką ilość zużytej masy. Trzy - masa porcelanowa może łatwo się połamać. Cztery - czas, który nieubłagalnie podążał na przód i za nic nie chciał zwolnić, a i sama zabawa z masą porcelanową, i potem schnięcie tego co z niej wyszło, trochę trwa. I w końcu pięć - koszty, nie jestem dusigroszem, ale nie wiem, czy zmieściłabym się w standardowej opłacie za przesyłkę, tym bardziej, że jedna była ciut większa od reszty. Finalnie, zrobiłam cztery "porcelanowe aniołki", a reszta niestety była papierowa, co nie oznacza, że moje życzenie anielskiej opieki względem osób, które je otrzymają jest mniejsze. Jest takie samo. Tak po prostu było szybciej i praktyczniej.
Trochę żałuję, że moje życzenia świąteczno-noworoczne wysłałam dopiero po świętach. Planowałam wyrobić się przed świętami, za dużo jednak wtedy się działo (chociażby obrona magisterki z pedagogiki) i nie miałam za bardzo do tego głowy. Nawet nie przypuszczałam, że wykonanie ok. 16 kartek (bo tyle ich powstało), zajmie mi aż tyle czasu. Zaczęłam w adwencie, a skończyłam kilka dni po Trzech Królach. A wykonywałam je dosłownie wszędzie - w domu, w szpitalnej poczekalni, na bruku w przedsionku kościoła, czekając na wieczorne roraty, nawet na dworcu kolejowym w Wadowicach czekając na pociąg. Tak więc nie wiadomo, gdzie powstała karteczka, którą niektórzy z Was otrzymają, ale na pewno została wykonana z sercem. Bo znaczna ilość tych karteczek, wraz z niepozornymi aniołkami, wysłałam do Was. Kierowałam się tym, czy do danej osoby mam adres oraz, co może było jeszcze ważniejszym kryterium, czy dana osoba okazała się takim prawdziwym aniołem dla mnie w ostatnim roku, kiedy naprawdę miałam życiowego doła, czy raczej nie. Wierzcie mi, nie była to dla mnie łatwa decyzja, bo serce naprawdę podpowiadało mi coś innego, ale nie. Dodatkowo jedną kartkę z dwoma aniołami z masy porcelanowej otrzymali bliscy mi księża, a także jedna kartka z aniołem została podarowana kościelnemu. Wiem, że ci ostatni się ucieszyli. I mam nadzieję, że również na Waszych twarzach chociaż na moment zagości uśmiech.
A na koniec przedstawię Wam jedną z ostatnio przeczytanych przeze mnie książek opowiadających, a jakże by inaczej, o aniołach. Okazała się tak lekka i przyjemna w czytaniu i w odbiorze, że jej lektura zajęła mi zaledwie jeden wieczór. O samej książce słyszałam już podczas naszego studyjnego wyjazdu do Rzymu w 2023 roku (pisałam o nim >>tutaj<<, >>tutaj<< i >>tutaj<<), kiedy moja współlokatorka czytała ją w wolnych chwilach i całym sercem poleciła mi ją także mnie. Stwierdziła, że spodoba mi się. I w zasadzie, nie pomyliła się w tym.
Tytuł: "Sekretne życie aniołów"
Autor: Aleksander Bańka
Wydawnictwo: RTCK (Rób To Co Kochasz)
Nowy Sącz 2019
Ilość stron: 164
W dzieciństwie wielu z nas nie wyobrażało sobie życia bez Anioła Stróża. Wierzyliśmy w jego obecność i z ufnością modliliśmy się do niego w większości spraw. Z czasem to nasze dziecięce nabożeństwo do Aniołów zaczęło ustępować racjonalizmowi, aż w końcu gdzieś zanika. Przestajemy wierzyć w obecność naszego duchowego towarzysza w drodze na rzecz empirycznych doświadczeń. Tymczasem pan Aleksander Bańka w swojej książce próbuje nas przekonać nie tylko do tego, że anioły naprawdę istnieją, ale też do tego, że chcą nam nieprzerwanie towarzyszyć w naszej drodze ku wieczności.
Treść książki "Sekretne życie aniołów" to bardzo ciekawy, choć niezbyt obszerny podręcznik przedstawiający różne aspekty istnienia tych pozamaterialnych istot. Jej autor w prosty i klarowny sposób wyjaśnia genezę ich stworzenia, podpierając się chociażby tym, co na ten temat napisał św. Tomasz z Akwinu oraz sposoby ich działalności w naszym codziennym życiu. Niewielka ilość treści została podzielona na kilkanaście rozdziałów, co zdecydowanie ułatwia wewnętrzną nawigację w jej wnętrzu. Ciekawym zabiegiem redakcyjnym jest zaznaczenie ważniejszych i istotniejszych treści w kolorowe ramki.
Książka pana Aleksandra Bańki bez wątpienia rzuca nowe światło na te niebiańskie istoty. Nie są one w niej przedstawione z poziomu poznającego wiarę dziecka, ale dojrzałego człowieka. Autor daje jasne argumenty na ich istnienie oraz przykłady tego, jak anioły działają w życiu każdego człowieka. To książka tak samo dla wierzących, jak i niewierzących, ale poszukujących jakiegoś oparcia w swoim życiu. Myślę, że każdy po jej przeczytaniu na nowo uwierzy w to, że jest ktoś, kto zawsze i wszędzie będzie blisko niego.
W ostatnią sobotę już po raz 91 miał miejsce Plebiscyt Przeglądu Sportowego, który zarazem świętował 100-lecie swojego istnienia. Jednak różne wydarzenia, takie jak wojna i okres następujący bezpośrednio po niej spowodowały, że tych edycji było właśnie tyle. Jak wiecie, jestem związana w różnym stopniu ze światem sportu, tak więc nie wyobrażałam sobie, abym mogła nie oglądać transmisji z tego wydarzenia. Wielkie emocje (także dotyczące tego, czy zdążę wrócić do domu na czas, czy też nie), trzymanie kciuków za faworytów, westchnienia rozczarowania (no czemu Robert Korzeniowski nie otrzymał nagrody 100-lecia Plebiscytu za te swoje cztery złote krążki?), a potem cieszenie się z poszczególnych miejsc sportowców, nawet kiedy nie należą oni do moich ulubieńców. Do moich może nie, ale dla innych już tak.
Sportowcy mają swoje gale i plebiscyty, a wolontariusze współpracujący przy organizacji wydarzeń związanych z różnymi wydarzeniami sportowymi, także tymi, w których oni biorą udział, swoje. Kilka dni temu, w związku z zaangażowaniem w imprezy biegowe organizowane przez lokalną grupę "MK Team", zostałam zaproszona na galę podsumowującą cały ubiegłoroczny sezon biegowy. Ucieszyłam się tym wyróżnieniem, ponieważ pokazuje mi to, że praca wolontariusza na tego typu imprezach też jest doceniana.
Ja przed wyjściem. Skoro gala, to i galowe ubranie wypada włożyć. Myślę, że niebieska koszula w połączeniu z granatowym swetrem była ok.
Wydarzenie odbywało się w jednej z katowickich restauracji. Głównie nagradzano na nim laureatów wszystkich czterech biegów w ciągu roku (a było ich aż 183 biegaczy). Ale znalazło się w nim też miejsce na nagrodzenie dziewięciu najbardziej aktywnych wolontariuszy na przestrzeni tych 12 miesięcy. Nawet nie wiecie jaka to dla mnie była radość bycia jednym z nich.
Każdy z nas otrzymał parasolkę oraz worek, w którym znalazło się pudełko z "Merci", paczka makaronu, notes oraz komino-czapka. Taki sympatyczny prezent na koniec sezonu. A może zachęta na jego rozpoczęcie? Któż to wie. Wiadomo, że wolontariat bardziej robię z pasji, niż dla jakiś profitów. Nawet gdybym nic nie otrzymała, to pozostawałaby satysfakcja z tego, co się zrobiło. Z niektórych wolontariatów mam co najwyżej certyfikat wolontariusza i jakoś nie mam ochoty z tego powodu rezygnować ze współpracy, bo naprawdę daje mi to dużo radości. Dlatego tym bardziej przykro mi było słuchać rozmowy innych wolontariuszy, w których narzekali, jak to na niektórych imprezach jedni wolontariusze dostają "lepsze" pakiety, a inni (niby oni) "gorsze". Serio? Są na wolontariacie tylko dla pakietów? Bez sensu. Przecież pakiety to tylko dobra wola organizatora. Mnie osobiście najbardziej pasuje zwykłe "dziękuję". I to nie koniecznie w słodkiej wersji.
W tym roku nie mogło być inaczej i również będzie miał miejsce cykl biegów organizowanych przez zespół MK Team. Ich harmonogram prezentuje się następująco:
Wstępnie już się zapisałam na Parkowe Hercklekoty w roli wolontariusza. Z miłą chęcią pobiegłabym jako uczestnik, ale nie tym razem. Może na Hazoka już dam radę na tyle dojść do siebie, żeby to zrobić. Ja nawet nie wiem, czy na 100% dam radę pojawić się tego 8 na Hercklekotach. Jestem jednak dobrej myśli. I wiem, że jak dam znać, że jednak czuję się na tyle źle, że wolałabym zostać w domu, to nikt nie będzie miał o to do mnie pretensji. Na kolejne biegi tradycyjnie już zapisy będą w międzyczasie, więc nimi specjalnie się na razie nie martwię.