Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 31 sierpnia 2021

1337. Przed-szkolnie i dzisiaj jest nasz dzień...

Ostatni dzień sierpnia nie napawa optymizmem. Za oknem deszczowo, wietrznie, zimno i nieprzyjemnie. Czyżby aura za oknem jednoczyła się mentalnie z tymi, którzy od jutra ruszą na bój w zdobywaniu kolejnych pokładów wiedzy? Od kilku dni dostaję od Kropki informacje, że boi się przed rozpoczęciem nauki w liceum. Niejako rozumiem jej obawy - wszak dostała się do Staszica w Sosnowcu, jednej z najlepszych szkół w rejonie, z klasami akademickimi. To jeden z namacalnych przykładów na to, że nawet wychowując się w ciężkich warunkach, można mieć ambitne plany i dążyć do ich realizacji. A Kropka jest ambitna - dostała się do klasy matematyczno-biologiczno-chemicznej(z dodatkowym rozszerzeniem z j. angielskiego, ale tutaj jeszcze można było sobie wybrać język niemiecki), a potem mierzy w farmację. Trzymam kciuki za to, aby jej się udało. Z tym, że już od początku będzie musiała wziąć się za naukę. Pozytywne jest jednak to, że pomimo młodszego rocznika(poszła do szkoły o rok wcześniej) trafiła do jednej klasy z córką znajomych(ona zaś mierzy w wydział lekarski), z którą zresztą już się zapoznała na tegorocznej Pieszej Pielgrzymce do Częstochowy.
Zupełnie inną postawę przedstawia Maxym. Na zupełnym luzie podszedł do faktu, że dostał się do technikum w "Sztygarce" na profil technik spedytor(podobno też bardzo ciężki). Od razu przyjął postawę, że w razie czego to on przeniesie się do zawodówki działającej przy tej samej szkole. Na pytanie co zrobi, jak mu się nie spodoba w zawodówce wzruszył ramionami twierdząc, że najwyżej jakoś przemęczy się do tego 18 roku życia, a potem jakoś się zobaczy. 
Tak ogólnie to namawiam Kropkę na prowadzenie jakiś zapisków swojej codzienności. Ma dziewczyna dryg do pisania(w szkole przez trzy lata była kronikarzem, a ponadto udzielała się w gazetce szkolnej), ciekawe przemyślenia, szkoda aby szło to gdzieś w eter. Nie, nie musi od razu prowadzić bloga. Ja sama na początku prowadziłam pamiętnik w "Notatniku", a były to czasy, kiedy o Internecie jeszcze się marzyło, zaś o blogach słyszeli tylko nieliczni. Można więc powiedzieć, że to był mój pierwszy, prywatny, dziennik. Co ciekawe, mam go do dzisiaj(na pendrivie) i czasami do niego wracam, aby zobaczyć, jaką byłam "postrzeloną" nastolatką. Nie, nie robiłam nie wiadomo jakich głupot, raczej starałam się brać z życia pełnymi garściami mimo wszystko.
Dzisiaj funkcje pamiętnika przejmują blogi. Lubię tutaj być, ponieważ daje mi on nie tylko dużo radości, ale i możliwość wyrażenia swojego zdania. Bo w realnym życiu nie zawsze jest to możliwe. Co prawda jestem dosyć towarzyską osobą, jednak czasami nie mogę dojść do głosu podczas rozmów. Tutaj jest inaczej. Mogę dzielić się z Wami moimi przeżyciami, spostrzeżeniami, zdaniem na dany temat. Na blogu nikt mi nie przerwie w środku wypowiedzi twierdząc, że nie da się mnie słuchać. Co najwyżej możecie przestać czytać posty w połowie, jeżeli są dla Was "za ciężkie". W blogosferze "spotkałam" też wiele fantastycznych i wartościowych osób, prowadzących niesamowite blogi. To dzięki Wam mogę zobaczyć wirtualnie ciekawe miejsca, podziwiać wypielęgnowane ogrody, zachwycać się Waszym rękodziełem, "pożerać wzrokiem" potrawy, których nigdy nie spróbuję przez moją dietę, zaznaczać tytuły ciekawych filmów do obejrzenia i książek do przeczytania, podglądać trendy w modzie i wystroju domu. Mogę poznać wiele osób, których nigdy pewnie nie spotkałabym w realnym życiu. Może minęlibyśmy się na ulicy i nie zwrócilibyśmy na siebie uwagi. A przecież każdy z nas na nią zasługuje. Wiem, że może w porównaniu do innych nie mam tak dużo komentarzy, czy też obserwatorów, ale nigdy nie stawiałam na ilość, ale na jakość. Kiedyś zastanawiałam się, czy jest sens aby ktoś taki jak ja zakładał bloga. Czy będę miała czytelników? Czy dam radę "utrzymać się na powierzchni"? Czy uda mi się nie robić z siebie ofiary, a jeszcze bardziej - bohatera? Wszak ani jednym, ani drugim nie jestem. 
Kochani współbloggerzy. Z okazji dzisiejszego Dnia Blogów dziękuję Wam wszystkim po prostu, że jesteście, że dzielicie się z innymi swoimi talentami i przemyśleniami. Dziękuję, że zaglądacie, chociaż nie ma u mnie ani wspaniałych zdjęć, ani wykwintnych dań, ani prześlicznych kartek, obrazów itp.(no chyba, że coś dostanę od innych), nawet mało jest mojego ogródka, który dopiero podnosi się do góry. Jest za to moje życie, przemyślenia, rocznice, święta. Okazji do pisania jest wiele. Dlatego życzę Wam, aby nigdy nie brakło Wam weny i pomysłów na nowy wpis, zaś wśród komentatorów były same życzliwe Wam osoby. Żeby pisanie było dla Was przyjemnością, a nie udręką czy też przymusem. Może też to, abyście umieli wyśrodkować czas pomiędzy życiem realnym, a wirtualnym. Pisanie, publikowanie, czytanie czyiś postów i ich komentowanie jest ciekawe, znajdźmy jednak czas na spacer, spotkanie ze znajomymi, rozmowę z najbliższymi. Przepraszam też, jeżeli ktoś poczuł się urażony tym, że nie otrzymuje odpowiedzi na swoje komentarze. Wybaczcie, ale czasami jestem w gorszej kondycji i po prostu "jestem wypompowana" po napisaniu posta i skomentowaniu Waszych blogów, a co za tym idzie, nie mam już siły(dosłownie) na pisanie jeszcze tutaj. Mam nadzieję, że to zrozumiecie.

Trzymajcie się ciepło.

niedziela, 29 sierpnia 2021

1336. Dąbrowa Górnicza Marii Konopnickiej, cz. 2

Pierwszy etap naszej wędrówki śladami Marii Konopnickiej zakończyliśmy stojąc naprzeciwko Huty Bankowej i poznając zawiłą historię jej oraz stojącej nieopodal Kopalni Węgla Kamiennego "Paryż"(niestety już nie istniejącej). Wiemy, że sławna pisarka mogła je zobaczyć. Bo to jeszcze nie koniec naszego wędrowania, o nie. Wiecie, jedni wędrują do Częstochowy(ja po roku przerwy ponownie się na nią wybrałam, ale o specyfice pielgrzymowania w pandemii napiszę osobny post), a inni wędrują po jednym z największych miast Górnego Śląska. Mam nadzieję, że nogi Was jeszcze jeszcze nie bolą. I że macie ze sobą wygodne buty, tudzież kubek z ulubioną herbatą :).
Naprzeciwko Huty Bankowej stoi drewniany budynek, "Hubertus". Jak wyczytałam w źródłach, powstał on na początku XX wieku z inicjatywy zarządców zakładu, więc być może Maria Konopnicka miała okazję nie tylko zobaczyć go na własne oczy, ale i zjeść w nim obiad. "Hubertus" stanowił bowiem coś w rodzaju stołówki dla pracowników huty. A dodatkowo znajdowały się w nim pokoje gościnne, które można było wynająć. Później, bo na przełomie lat 60 i 70 w budynku znajdowała się wytwórnia strun gitarowych. Następnie "Hubertus" powrócił do pełnienia swojej pierwotnej funkcji, czyli był restauracją. Niestety, ostatnimi czasy ten budynek w stylu zakopiańskim zaczął popadać w ruinę. Chodziły nawet pogłoski, że będzie wyburzany. Na razie jednak stoi na swoim dawnym miejscu.
źródło zdjęcia


Idziemy teraz w górę osiedla Mydlice, a konkretnie w stronę pozostałości po cmentarzu żydowskim. Dziś jest to rozległe osiedle z blokowiskami, szpitalem, dwoma kościołami i różnymi obiektami handlowymi oraz zakupowymi, jednak nie zawsze tak było. Na przełomie XIX i XX wieku stało tutaj osiedle biednych domków robotniczych, które zostały wzniesione od 1825 roku. To tutaj Maria Konopnicka umieściła akcję jednego ze swoich opowiadań - "Hanysek". W niektórych z tych domków mieszkali także miejscowi chłopi. Wszystkie jednak zostały wyburzone wraz z infrastrukturą kolonii Koszelew w latach 70 XX wieku.
Dom na Mydlicach(źródło zdjęcia)

Panorama Mydlic (źródło zdjęcia)

Warto tutaj przyjrzeć się warunkom życia ludności, która przyjechała w XIX i XX wieku do Dąbrowy za przysłowiowym chlebem. Jak można się domyślać, na początku XIX wieku dominowała we wsi zabudowa wiejska. Niewielkie domy wznoszono z drewna. Liczne, bo 5-6 osobowe rodziny mieszkały w nich raczej ciasno, zwłaszcza kiedy wraz z rozwojem przemysłu zaczęli pojawiać się zatrudniać w dąbrowskich zakładach przemysłowych. Z czasem nowi robotnicy zaczęli otrzymywać jedną morgę gruntu oraz drewno no budowę domu. Po spłaceniu wartości budulca dom stawał się własnością robotnika. Był to jeden ze sposobów wiązano ich z zakładem pracy. Domostwa budowano na terenie kolonii. Już w latach 20 XIX wieku powstała kolonia "Reden", w której wybudowano 70 domów, 54 drewniane oraz 16 murowanych, przeznaczonych dla rodzin górników pracujących w kopalni. Niebawem podobną kolonię murowanych domów jedno i dwurodzinnych zbudowano na terenie kopalni "Ksawera"(współcześnie jest to właśnie osiedle Mydlice). Takie domy były własnością rodziny, w której ktoś pracował w kopalni. Wyjątek stanowiły wdowy po górnikach - musiały jednak przyjąć sublokatora, też górnika. Ówczesne domy miały dość wysoki standard jak na tamte czasy - składały się z sieni, izby, komory i komórki. Na przełomie XIX i XX wieku budownictwo prowadzone przez zakłady pracy nie nadążało za budową nowych domów dla pracowników i pojawiły się prywatne inicjatywy budowlane. W tym okresie zaczęto wznosić jedno i wielorodzinne budynki jedno lub dwupiętrowe. Ich jakość pozostawiała wiele do życzenia: domy były źle wykończone, a materiały z których zostały wykonane kiepskiej jakości. Czynsz w takim domu wahał się od 1,50 do 3,50 rubla. Niskie dochody połączone z gwałtownym przyrostem ludności robotniczej powodowały, że codzienność rodzin robotniczych przebiegała w tragicznych warunkach. Większość rodzin żyła w ciasnych, wilgotnych i dusznych pomieszczeniach. W mieszkaniach brakowało podstawowych urządzeń sanitarnych oraz sprzętów domowych. Trudności w uzyskaniu lokum w połączeniu ze stosunkowo wysokim czynszem spowodowały, że wielu robotników zamieszkiwało okoliczne wsie, pokonując tym samym codziennie nawet kilkanaście kilometrów idąc do swoich zakładów pracy.
Do dzisiaj na osiedlu Mydlice zachowały się tylko nieliczne jedno lub dwupiętrowe domy czynszowe z tamtego okresu ulokowane pomiędzy strzelistymi blokami.
Dochodząc do pomnika na dawnym cmentarzu żydowskim warto nakreślić rys rozwoju judaizmu w miejscowości. Pierwsza wzmianka o Żydach we wsi Dąbrowa pojawiła się w spisie ludności diecezji krakowskiej z 1787 r. Pojawia się w niej informacja, że wśród 184 mieszkańców osady mieszka pięcioosobowa rodzina żydowska. Inne źródła mówią o niejakim Jakóbie Józefowiczu(pis. oryginalna), prowadzącym karczmę "Pod Lwem", która położona była między Starą Dąbrową, a Będzinem. Brak wyznawców judaizmu na tym terenie wynikał z polityki prowadzonej przez zabór pruskiej, która nie popierała osadnictwa Żydów. Do 1828 roku nie mogli oni mieszkać i handlować w sąsiedztwie kopalń i hut, a w szczególności prowadzić zbyt dużej ilości szynków i karcz. Zabraniało się im także pracować w kopalniach. Z czasem, ze względu na niedobór rąk do pracy w rozwijającym się w Zagłębiu Dąbrowskim przemyśle wydobywczym, władze ograniczyły zakaz dotyczący pracy Żydów w kopalniach. Masowy napływ Żydów do osady nastąpił dopiero po ukazie carskim z 1862 roku, w którym uchylono ograniczenia i zakazy ich zamieszkiwania, gwarantował równe z chrześcijanami prawa w sądach, nadawał im prawo nabywania dóbr ziemskich oraz pozwalał na dowolny wybór zawodu. Z dokumentów wiemy, że w 1893 roku(a więc w okresie, w którym Maria Konopnicka odwiedzała naszą miejscowość) we wsi Dąbrowa mieszkało ok. 1432 Żydów, zaś pięć lat później już ok. 1590. Dominowali oni w kolonii Reden oraz kolonii Huta Bankowa, a więc bardzo prawdopodobne, że bohaterka naszego spaceru mijała się z nimi na ulicy. Pod koniec XIX wieku ludność żydowska żyła głównie z handlu i rzemiosła: prowadzono sklepy obuwnicze, warsztaty krawieckie, rzeźnie, usługi zegarmistrzowskie, handlowano futrami, był też kapelusznik, druciarze, malarz, medyk, księgowy, furmani i zwyczajni robotnicy. Czasami zastanawiam się, z czyich usług korzystała Maria, kiedy przybywała z wizytą do córki i zięcia... Za czasów Marii Konopnickiej nie było jeszcze w miejscowości ani synagogi, ani cmentarza na którym się znajdujemy(powstały dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym), ludność żydowska uczęszczała na nabożeństwa do synagogi w sąsiednim Będzinie, tam też byli grzebani na żydowskim cmentarzu. Wraz z nadaniem Dąbrowie praw miejskich, a następnie odzyskaniem przez Polskę niepodległości, ruch żydowski zaczął się rozwijać. Nastało "złote dwudziestolecie", które brutalnie przerwał wybuch II wojny światowej. Dąbrowskim Żydom zabrano wszelkie mienie, ich samych zamknięto w niewielkim getcie umiejscowionym na obecnej ulicy Okrzei przy dąbrowskiej synagodze. Tam czekali na okropny los. Co ciekawe, sama synagoga oraz cmentarz żydowski, przetrwały wojnę w dosyć dobrym stanie. Podzielili jednak los swoich właścicieli dopiero w latach 70 - synagogę zburzono podczas remontu drogi, zaś żydowski kirkut(chociaż uszkodzony podczas II wojny światowej) ostatecznie został zniszczony podczas budowy osiedla. Po pierwszym został znak na ścianie kamienicy, po drugim kilka macew...
Bardzo podoba mi się ta macewa

Z pozostałości po cmentarzu żydowskim kierujemy się do niegdysiejszej szkoły górniczej "Sztygarka", w której murach mieści się teraz m.in. muzeum miejskie.

Przechodząc obok Szpitala Miejskiego warto zwrócić uwagę na małą białą kapliczkę św. Marka znajdującą się tuż przed nim. Pierwotnie była ona drewniana, ale prawdopodobnie spaliły ją oddziały kozackie podczas powstania styczniowego. W latach 1863 - 67 odbudowano ją już w stylu murowanym. Dach pokrywa ocynkowana blacha. Jego zakończenie stanowi barokowa sygnaturka z dzwonkiem, który jest prawdopodobnie jedynym oryginalnym elementem wyposażenia pochodzącym z 1867 roku. Być może Maria Konopnicka przechadzając się po Mydlicach zaglądała do niej.
źródło ryciny

Powoli docieramy do budynku Muzeum Miejskiego, wchodzącego w skład szkoły górniczej, potocznie zwanej "Sztygarką". Jest ona najstarszą i jedną z największych szkół technicznych w Polsce posiadającą bogaty profil nauczania. Jej korzeni należy szukać w Kielcach, gdzie z inicjatywy Stanisława Staszica powstała pierwsza szkoła górnicza. Stanisław Staszic przyczynił się do rozwoju górnictwa węgla kamiennego, rud żelaza i cynku oraz hutnictwa w Zagłębiu Dąbrowskim. W 1816 roku założył Akademiczną Szkołę Górniczą w Kielcach. Pozostawała ona pod bezpośrednim nadzorem Głównej Dyrekcji Górniczej Wydziału Przemysłu i Kunsztów Komisji Spraw Wewnętrznych Rządu Królestwa Polskiego. Nauka w niej trwała 3 lata. Prawie 70 lat później, w maju 1881 roku grupa polskich inżynierów i działaczy przemysłowych rozpoczęła intensywne zabiegi mające na celu otwarcie szkoły górniczej w Królestwie Polskim na terenie Zagłębia Dąbrowskiego. Oficjalne otwarcie Szkoły Górniczej nastąpiło w lutym 1889 roku(a więc Maria Konopnicka widziała ten budynek, a być może i zmierzającą do niego młodzież, przechadzając się po Mydlicach), zaś egzaminy wstępne odbyły się na początku listopada. Zgłosiło się na nie 115 kandydatów, egzamin zdało 74, na pierwszy rok nauki przyjęto 30 uczniów. Wobec dużego napływu kandydatów, do egzaminu dopuszczono tylko tych, którzy mogli wykazać się roczną praktyką w kopalni lub półroczną w hucie. Czesne wynosiło 20 rubli za rok, a sama nauka trwała 4 lata. Od 1890 obowiązywały jednolite mundury szkolne. Wysoki poziom teoretycznego i praktycznego przygotowania do zawodu górnika i hutnika zapewniali uczniom polscy wykładowcy. Pod koniec 1899 roku w szkole wybuchł bunt przeciwko szykanom narodowościowym ówczesnego dyrektora. Zakończony został relegowaniem kilku uczniów oraz wstrzymaniem promocji do następnych klas. Uczniowie brali również czynny udział w zamieszkach rewolucji lutowej w 1905 roku. Natomiast we wrześniu zorganizowali strajk, żądając m.in. nauki w języku polskim. W związku z zaangażowaniem uczniów w te wydarzenia, w listopadzie władze carskie karnie zamknęły szkołę aż na 5 lat. W 1910 szkoła została ponownie otwarta i działała do wybuchu I wojny światowej. W sierpniu 1912 roku z inicjatywy wychowanków szkoły otworzono Muzeum Geologiczne. W połowie 1914 roku szkoła zostaje zamknięta i przekształcona w koszary. Zniszczeniu ulegają m.in. pomoce naukowe, fachowa literatura, a także muzeum. We wrześniu 1919 szkoła zostaje ponownie otwarta, tym razem pod nazwą Państwowej Szkoły Górniczej i Hutniczej im. Stanisława Staszica. Obok istniejących już wydziałów górniczego i hutniczego powstają dwa nowe: elektromechaniczny i miernictwa kopalnianego. Nauka trwała cztery lata i kończył ją egzamin zawodowy. Samo grono pedagogiczne dąży do postawienia szkoły na jak najwyższym poziomie. Ponownie uruchomiono Muzeum Geologiczne. Uzupełniało ono realizację programu geologii w zakresie rozpoznawania minerałów i skał przez uczniów. W celu zapoznania uczniów z naturalnym środowiskiem górniczym zbudowano sztolnię z udostępnionymi pokładami węgla kamiennego, która istnieje do dnia dzisiejszego. W 1989 roku, z okazji 100 rocznicy założenia szkoły, odsłonięto i poświęcono pamiątkową tablicę oraz otrzymuje sztandar. Od 1997 roku mieści się tu muzeum.
źródło zdjęcia

Przed budynkiem, po drugiej stronie ulicy, znajduje się niewielki skwer, gdzie na honorowym miejscu, na przeciwko wejścia do gmachu  muzeum, dumnie stoi pomnik Stanisława Staszica. Natomiast wśród ławeczek i klombów usytuowano obelisk upamiętniający Zagłębiaków walczących w I wojnie światowej.

Kilkaset metrów od "Sztygarki" stoi kościół. Aktualnie jest to parafia świętej Barbary, jednak na przełomie XIX i XX wieku była to świątynia ewangelicka. 

Kościół został zbudowany przez ewangelików pod koniec XIX wieku. Wszystko dlatego, że wyznawcy innych religii zaczęli napływać na te tereny wraz z rozwojem przemysłu. Oprócz wspomnianych wcześniej Żydów, byli to też prawosławni i ewangelicy. Obecność wiernych wyznania prawosławnego związana była z politycznymi losami Królestwa Polskiego w tamtym okresie. Prawosławni byli głównie Rosjanami pracującymi jako kadra urzędnicza, przedstawiciele rosyjskiego handlu i przemysłu. Jednak w Dąbrowie nigdy nie wybudowano cerkwi prawosławnej. Natomiast pierwsi ewangelicy przywędrowali głównie z Saksonii. Byli to pracownicy miejscowych kopalń i hut. W latach 30 XIX w., władze rządowe zleciły odprawianie dla nich od czasu do czasu nabożeństw w sąsiednim Będzinie pastorowi parafii ewangelickiej w Tarnowskich Górach. 5 kwietnia 1840 w Dąbrowie otwarto filię parafii ewangelickiej, do której należało ok. 400 wiernych. Była ona obsługiwana kolejno przez duchownych z Wielunia, Kielc, Piotrkowa i ponownie Kielc. Zmieniała się także lokalizacja odprawiania nabożeństw - najpierw były to ruiny będzińskiego zamku, następnie sale szkolne i prywatne mieszkania, a jeszcze później lokal należący do zarządu cechowni. W 1882 roku otwarto w Dąbrowie osobny cmentarz dla wyznawców protestantyzmu, a kilka lat później wystąpiono do władz administracyjnych o zezwolenie na budowę zboru. Z powodu ograniczonych funduszy oraz problemów ze zdobyciem działki pod budowę, właściwie był to dom modlitwy wraz z domem dla miejscowego kantora. Tuż po II wojnie światowej przejęli go katolicy. Do 1957 roku służył jako kościół rektorski pobliskiej Szkoły Górniczej "Sztygarka". W 1988 roku rozbudowano go o boczną nawę. Kilka lat później wnętrze kościoła gruntownie wyremontowano. Drewniane ambona i ołtarz główny zastąpiono marmurowymi, następnie dodano marmurową chrzcielnicę.

Spod kościoła p.w. św. Barbary udajemy się pod chyba najbardziej związane z Marią Konopnicką miejsce w Dąbrowie Górniczej, budynek dawnej Resursy, w której m.in. owa poetka(ale nie tylko, bo Resursa gościła też Elizę Orzeszkową, Helenę Modrzejewską, czy też Gabrielę Zapolską) wygłaszała swoje odczyty i przemówienia.

Resursa Obywatelska powstała w latach 70. XIX wieku, kiedy to dąbrowscy przedsiębiorcy postanowili utworzyć w tej największej gminie wiejskiej na obszarze zaboru rosyjskiego klub towarzyski. Zgodnie z panującą wówczas modą został nazwany z francuska - resursą. W 1895 roku, przy ulicy klubowej będącej jedną z głównych arterii miejscowości(łączyła okolice "Sztygarki" z Hutą Bankową oraz dworcem kolejowym) stanęła siedziba klubu. Dwukondygnacyjny budynek Resursy wzniesiono z cegły. Został otynkowany dopiero podczas II wojny światowej przez stacjonujących w nich Niemców. Stylistycznie nawiązywał do renesansu. Przed wejściem znajdował się ganek podparty filarami. Wewnątrz znajdowała się m.in. największa w okolicy sala balowa. W budynku odbywały się amatorskie koncerty muzyczne i spektakle teatralne. Z czasem zaczęli przyjeżdżać tutaj aktorzy z sosnowieckiego teatru, odbywały się odczyty, spotkania z pisarzami, akcje oświatowe, konferencje naukowo-techniczne oraz bale karnawałowe. Wiem, mam wyobraźnie ale może po takich odczytach Maria Konopnicka wraz ze "śmietanką towarzyską" szła do jakiejś z pobliskich cukierni i jeszcze dogłębniej dzieliła się swoimi przemyśleniami przy smacznych wypiekach? To w niej odbył się pierwszy w Zagłębiu pokaz kinematografu. O znaczeniu Resursy w życiu tutejszych mieszkańców może świadczyć to, że nazwę ulicy przy której mieścił się jej budynek zmieniono na Klubową. W okresie międzywojennym Resursa wciąż pozostawała w centrum kulturalnym miasta. Od 1928 roku do momentu wybuchu II wojny światowej znajdowało się w nim cenione Gimnazjum Żeńskie. W czasie II wojny światowej mieścił się w niej Deutsches Haus(Dom Niemiecki). Aktualnie służy celom komercyjnym. 
Resursa Obywatelska z przełomu XIX i XX wieku. W takiej wersji Konopnicka wygłaszała swoje odczyty (źródło zdjęcia)
Resursa z okresu II wojny światowej(źródło zdjęcia)
Resursa współcześnie

Spod budynku Resursy obywatelskiej kierujemy się w stronę Parku Miejskiego im. Generała Józefa Hallera. Znajduje się on na terenie dawnej kopalni Reden. To kolejne przedsiębiorstwo, które musiała widzieć Maria Konopnicka podczas wizyty u córki.

Kopalnia odkrywkowa Reden(od 1796 r.) została uruchomiona w 1785 roku. Swoją nazwę wzięła od  dyrektora Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu. Po wyczerpaniu płytko zalegających pokładów węgla postanowiono pogłębić szyb upadowy i wybudować sztolnię odwadniającą. Sztolnia ta biegła do dzisiejszej ulicy Kościuszki i tam łączyła się z kanałem szybu wodnego. Kanał ten obsadzony był topolami i uchodził do rzeki. W przeciwieństwie do sezonowej eksploatacji wyrobisk przed 1796 rokiem, kopalnia Reden była czynna non stop, niezależnie od pory roku i pogody. Taka praca była bardzo uciążliwa, dlatego czasami skarżono się na brak pracowników. Na przełomie XVIII i XIX wieku władze wystawiły przy kopalni prymitywny dom dla rachmistrza, następnie murowaną cechownię, aż wreszcie, w 1803 roku, pierwszy w Zagłębiu Dąbrowskim tzw. familok. Wkrótce powstały też koszary dla samotnych górników, które jednak zamieniono na lazaret. Powstają też pierwsze domy dla robotników(w latach 20. było ich 70). Wraz z utworzeniem Królestwa Polskiego kopalnia przeszła na jego własność. Od 1824 roku kopalnia zaczęła eksploatację głębinową. Zainstalowano maszynę parową do wydobywania węgla na powierzchnię, zaczęto też stosować żelazne szyny. O dwa kilometry przedłużono sztolnię odwadniającą. Cztery lata później w kopalni wybucha pierwszy pożar spowodowany samozapłonem miału węglowego. Po jego ugaszeniu zostaje wznowiony proces wydobywczy. Wkrótce kopalnia przechodzi na własność Banku Polskiego. Skutkowało to liczne prace modernizacyjne, a w konsekwencji potrojenie wydobycia węgla. W 1860 roku wybucha kolejny pożar, który trwa aż 5 lat. Został w końcu ugaszony, jednak kopalnię musiano zatopić, a przez to - unieruchomić. Pięć lat później eksploatowano odkrywkę. W połowie lat 70. wybucha kolejny pożar, zaś ciągły spadek wydobycia węgla spowodował kolejne zamknięcie zakładu. Pod koniec XIX wieku zmienia się jego zarządca. Kopalnia została odbudowana, a od 1899 ponownie rozpoczęto wydobycie. W 1907 roku kopalnia wysunęła się w nim na pierwsze miejsce. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości kopalnią zarządza "Towarzystwo Górnicze Francusko - Polskie". Sytuacja zakładu była coraz lepsza. Dobra passa trwała jednak do 1923 roku. W nocy z 20 na 21 września doszło do tragedii. W kopalni po raz kolejny wybuchł pożar, który doprowadził do wybuchu nagromadzonych gazów. W jego wyniku zginęło 38 górników.  Przyczyny tej katastrofy nie są do końca znane. Obwinia się tu dyrekcję, która zlekceważyła niebezpieczeństwo(ogień zgłosili już robotnicy z popołudniowej zmiany) i wysłała górników na nocną zmianę. Podczas robót strzałowych wybuch zniszczył ścianę węglową oddzielającą nowe wyrobiska od starych. Wydobywające się na całą kopalnię gazy doprowadziły do pożaru i wybuchu, odcinając grupie robotników dojście do szybu głównego. Do akcji ratunkowej przystąpiły ekipy ze wszystkich okolicznych kopalń oraz uczniowie Szkoły Górniczej. Udało im się wydobyć ciała 27 górników, do pozostałych dotarto dopiero po kilku miesiącach, kiedy ugaszono pożar. 
Pożar w kopalni Reden(źródło zdjęcia)

Kopalnia Reden(źródło zdjęcia)
Pamiątkowa tablica na hali sportowej "Centrum"

Sytuację kopalni pogorszyła też wojna celna z 1925 roku między Polską a Niemcami, która odcięła dąbrowskie kopalnie od odbiorców węgla w niemieckiej części Górnego Śląska. W związku z załamaniem się rynku pracy w angielskich kopalniach, Reden podbija skandynawskie rynki. Dobry czas ponownie skończył się wraz z Wielkim Kryzysem z 1929 roku. Zmniejszyło się zapotrzebowanie na węgiel m.in. ze strony przemysłu hutniczego i metalowego. W końcu w 1934 roku kopalnia znowu została unieruchomiona. Próbowano ją jeszcze uruchomić dwa lata później, jednak bezskutecznie. Wkrótce wybucha II wojna światowa. Hitler chciał całkowicie opanować potencjał produkcyjny Górnego Śląska oraz Zagłębia Dąbrowskiego. 6-go września kopalnię przejął zarząd komisaryczny Głównego Urzędu Powierniczego Wschód w Berlinie. Placówka ta powstała do przejmowania mienia i obywateli Polski i innych państw, z którymi Niemcy prowadziły wojnę. W styczniu 1942 kopalnia została przekazana kolejnemu koncernowi, który posiadał już kilka kopalni na Górnym Śląsku. W czasie wojny rozszerzał on swoją działalność w oparciu o polskie zagłębia węglowe. Po wojnie teren po kopalni Reden przyłączono do kopalni Generał Zawadzki(Paryż). Jednocześnie zastanawiano się w jaki sposób zagospodarować te tereny. W 1969 roku zlikwidowano znajdujące się tu torowisko kolejki wąskotorowej i przystąpiono do gruntownej przebudowy centrum miasta. Dzięki pracy w czynie społecznym mieszkańców miasta, doprowadzono do zagospodarowania terenu dzisiejszego parku. Powstał odkryty basen, korty tenisowe, boisko do piłki siatkowej i stadion lekkoatletyczny. Przy osiedlu przy ulicy Adamieckiego wybudowano tor dla modeli latających na uwięzi. Powstała wysoka skarpa, stanowiąca doskonały punkt widokowy na miasto. W zimie służy ona za tor saneczkowy. W 1993 park miejski otrzymał imię generała Józefa Hallera.
Aktualnie w miejscu gdzie znajdował się stadion i pozostałe obiekty sportowe, dzisiaj stoi park wodny "NEMO - Wodny Świat". Tuż obok stoi nowoczesna hala widowiskowo-sportowa "Centrum". Zaś za halą znajduje się siłownia pod chmurką.

Na horyzoncie widać wieżę bazyliki Matki Bożej Anielskiej, jednego z najstarszych kościołów. Maria Konopnicka widziała go w nieco okrojonej wersji, a mianowicie jako niewielki kościół św. Aleksandra.
Kaplica św. Aleksandra

Historię naszej dąbrowskiej bazyliki można przeczytać >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<< i >>Tutaj<<.
Tuż obok bazyliki znajduje się siedziba szkoły podstawowej nr 7, a w latach 1999 - 2018 gimnazjum nr 1. Także ten budynek mogła zobaczyć na własne oczy Maria Konopnicka, ponieważ powstał (przynajmniej jego fragment) jeszcze w XIX wieku.

Szkolnictwo elementarne w Dąbrowie rozwinęło się w XIX wieku. Wcześniej jej mieszkańcy, w większości chłopi, posyłali swoje dzieci do szkoły elementarnej w Będzinie. Informacje z 1815 roku mówią, że we wsi było 13 chłopców i 8 dziewczynek w wieku szkolnym. Pierwsza szkoła elementarna powstała na początku lat 20. w kolonii Reden. Szkoła i nauczyciele byli utrzymywani ze środków przeznaczonych przez władze górnicze. Dopiero wiele lat później szkoła przeszła pod jurysdykcję Okręgu Naukowego Warszawskiego. Zaczęto wtedy pobierać od górników składkę, którą potrącano im z pensji. Na początku szkoła kształciła dzieci ewangelickie, jednak od 1854 zlikwidowano odrębne klasy ewangelickie. Rok później założono osobną szkołę dla dziewcząt. Natomiast trochę wcześniej, bo pod koniec lat 40. zezwolono dzieciom ze wsi Dąbrowa na uczęszczanie do szkoły na terenie kolonii, co nie tylko skróciło im drogę do pokonania, ale i pozwoliło na jeszcze większe związanie się z rodzącym się ośrodkiem przemysłowym. Druga szkoła elementarna powstała na terenie kolonii Huty Bankowej w 1863 roku. Poszerzono także zakres nauczania do dwóch klas szkoły miejskiej, co wiązało się ze zwiększeniem kosztów ich utrzymania. Władze górnicze zapewniały lokal dla powstających szkół oraz nauczycieli w nich pracujących. Z kopalni dostarczano węgiel do ogrzania sal lekcyjnych oraz kwater nauczycielskich. Według zachowanych źródeł, dom szkolny w kolonii Reden miał 4 pokoje, kuchnię i sień, był otynkowany, pobielany oraz pokryty gontem. W 1880 roku został on przebudowany - m.in. dobudowano drugie piętro. Ciekawostką jest, że projekt szkoły został przedstawiony na wystawie światowej w Paryżu w tym samym roku. Dzisiaj budynek ten tworzy jedno ze skrzydeł wspomnianej szkoły podstawowej. 

Trochę inaczej wyglądała sytuacja szkoły żeńskiej. Początkowo umieszczono ją w koszarach górniczych, potem przeniesiono na poddasze szkoły żeńskiej. Obok stanu technicznego budynku ważną sprawą było jego wyposażenie. Składało się ono z ław i stołów dla uczniów oraz stolika i krzesła dla nauczyciela. Szkoła posiadała też czarną tablicę na trójnogu oraz takie pomoce dydaktyczne, jak "tablice abecadłowe" służące do nauki liter. Sam program nauczania obejmował czytanie druku i pisma, pisanie, rachunki pamięciowe, naukę moralną i religii. W wyższych klasach dochodziła nauka o zachowaniu zdrowia, hodowli i leczeniu bydła, wiadomościach rolniczych, znajomości wag, miar i pieniędzy oraz praw obywatelskich. Każde półrocze kończyło się tzw. "popisami szkolnymi". Był to rodzaj egzaminów sprawdzających postępy w nauce. Do szkoły przychodził wtedy jej opiekun, sołtys, radni oraz zainteresowani rodzice. Każdy uczeń prezentował zdobyte umiejętności za co otrzymywał ocenę. Był to też sprawdzian efektów pracy nauczyciela, który aby móc dalej pracować, musiał mieć dobrą opinii społeczności lokalnej. Najlepsi uczniowie dostawali na koniec roku nagrody kupowane przez opiekuna szkoły z jej funduszy. Najczęściej były to przybory piśmiennicze, ale zdarzały się też  nagrody finansowe.
Ostatnim punktem naszego spaceru jest kilka familoków na ulicy, a jakżeby inaczej, Marii Konopnickiej. Nieco wcześniej miniemy jedną z dąbrowskich szkół podstawowych, również mającą ją za patronkę. Jeszcze kilka lat temu byłam przekonana, że to właśnie w tych budynkach mieszkała pisarka. Tymczasem okazało się, że nie. Niemniej są to kolejne budynki należące w przeszłości do kolonii Huty Bankowej. Na koniec warto zastanowić się nad pensją przeciętnego pracownika i jego wydatkach. Na przełomie XIX i XX wieku minimalna tygodniowa pensja wykwalifikowanego górnika i hutnika wahała się od 1,5 rubla do 2,25 rubla, zaś osoba zatrudniona we włókiennictwie, czy też niewykwalifikowany robotnik z zakładu pracy, zarabiali średnio 50 - 80 kopiejek. Tymczasem średni tygodniowy koszt utrzymania pięcioosobowej rodziny wynosił odpowiednio 58-71 kopiejek za wyżywienie oraz 1,40 rubla za mieszkanie i opał. Zatem wykwalifikowany robotnik spokojnie mógł się utrzymać, a nawet coś odłożyć na "czarną godzinę", natomiast niewykwalifikowani lub pracujący w mniejszych zakładach cierpieli niedostatek. Ich pensje wystarczały jedynie na wyżywienie, bez dodatkowych kosztów utrzymania, takich jak mieszkanie, opał, światło, ubranie. Dlatego w takich rodzinach najczęściej pracowało kilka osób. Nie każdego też było stać na samodzielne mieszkanie, toteż zdarzało się, że jeden lokal wynajmowały na spółkę 2-3 rodziny, redukując koszty opłaty za czynsz.
A te familoki miniemy, idąc od ulicy Marii Konopnickiej do dworca PKP

I tym sposobem zatoczyliśmy koło, wędrując trasą, którą mogła iść sama Maria Konopnicka. Warto tutaj przypomnieć, że pisarka nie doczekała ani momentu nadania Dąbrowie praw miejskich, ani odzyskania przez Polskę niepodległości, ponieważ zmarła kilka lat wcześniej(jest pochowana na lwowskim cmentarzu). Widziała jednak rosnącą w siłę dzięki rozwijającemu się przemysłowi osadę, do której z roku na rok przybywało coraz więcej ludzi. Chodziła tymi samymi ścieżkami, widziała niektóre z zachowanych do dzisiaj budynki. Rozsławiła to miejsce w swoich nowelkach. A ja swego czasu z radością czytałam "Dym" wiedząc, gdzie tak naprawdę osadzona jest jego akcja.

niedziela, 22 sierpnia 2021

1335. Dąbrowa Górnicza Marii Konopnickiej, cz. 1

Maria Konopnicka (źródło zdjęcia)
Ten post planowałam od dawna. Myślę, że 105 urodziny miasta(tudzież nadanie prężnie rozwijającej się osadzie górniczej o nazwie Dąbrowa Górnicza praw miejskich) jest bardzo dobrą ku niemu okazją. Pierwotnie miała to być jedna notatka, ale chęć ukazania Wam przy okazji historii mojego miasta spowodowałaby, że wyszedłby z tego tasiemiec, a więc podzieliłam notatkę przynajmniej na dwie(a pewnie wyjdą z tego i trzy) części.
Podejrzewam, że wielu z Was zna nowelkę "Dym" opowiadającą o niezwykłej relacji łączącej wdowę i jej syna, Marcysia. Chłopak pracuje w fabryce, jego mama całymi dniami przesiaduje w kuchennym oknie, wpatrując się w dym wydobywający się z jednego z fabrycznych kominów. Pewnego dnia w zakładzie dochodzi do wybuchu kotła, w wyniku którego życie traci właśnie Marcyś. Zawsze wzruszało mnie zakończenie tej pięknej opowieści - matka dalej siadała przy oknie, jednak od momentu wybuchu dym wydobywający się z komina przybierał postać jej tragicznie zmarłego syna. Tłem owej opowieści autorka bajki "Sierotka Marysia i siedmiu krasnoludków" uczyniła jedną z dąbrowskich fabryk, a ona sama na przełomie XIX i XX wieku dosyć często odwiedzała rosnącą w siłę osadę górniczo-przemysłową.

Zofia Konopnicka(potem Mickiewicz) 
w młodości(źródło zdjęcia)

Wszystko za sprawą zięcia pisarki, Bolesława Królikowskiego. W 1890 roku na Jasnej Górze poślubił on córkę Konopnickiej, Zofię. Wkrótce młodzi małżonkowie przeprowadzili się do osady Dąbrowa(człon Górnicza został oficjalnie dodany dopiero po I wojnie światowej), gdzie inżynier Królikowski dostał posadę w tutejszej Hucie Bankowej. Zofia kilka lat wcześniej ukończyła z wyróżnieniem francuską szkołę dla guwernantek(Instytut Polskich Panien Hotelu Lambert), w której specjalizowała się w zakresie nauczycielki języka francuskiego. Niestety, nie dotarłam do informacji, czy Zofia wykorzystała w jakimś stopniu swoje umiejętności będąc w Dąbrowie, dlatego przypuszczam, że po prostu zajmowała się domem. Wiadomo za to, że para posiadała psa oraz kanarka imieniem Zusio. Dąbrowska przygoda państwa Królikowskich trwała do 1902 roku, kiedy to Bolesław zmarł w wyniku choroby. Wkrótce Zofia opuściła osadę i wyjechała do Paryża, gdzie rozpoczęła nowe życie. Dzisiaj, ponad wiek później, chciałabym zaprosić Was na przechadzkę po moim mieście. Z przyjemnością zaprowadzę Was w miejsca, które widziała ta wybitna polska pisarka(pamiętacie "Szkolne przygody Pimpusia Sadełko"? Wspaniała, pełna humoru bajka) i które są milczącym świadkiem historii dziejących się sto lat temu.

Najpierw nakreślę jednak rys geo-historyczny czasów, w jakich "poruszała się" Konopnicka. Jest przełom XIX i XX wieku. Wieś Stara Dąbrowa wraz z przylegającymi do niej koloniami pracowniczymi znajduje się w obrębie zaboru rosyjskiego(chociaż na samym początku zagarnął ją sobie zabór pruski). Odkrycie tu przed ponad stuleciem złóż węgla kamiennego, wybudowanie hut cynku i żelaza oraz podłączenie miejscowości do kolei warszawsko-wiedeńskiej spowodowały gigantyczny napływ w te rejony ludności. W centrum wznoszony jest kościół, ewangelicy mają swoją świątynię, Żydzi - swoją radę. Różne kultury przeplatają się ze sobą, tworząc jedność. Powstają komitety i organizacje. Wokół zakładów pracy tętni życie, ale są jeszcze rodziny, które utrzymywały się z upraw na okolicznych polach. Łatwo odróżnić bogacza od biedaka, dziecko chłopskie od dziecka robotniczego. Wszyscy marzą o tym, żeby Polska odzyskała niepodległość, a Dąbrowie nadane zostały prawa miejskie. Jednak i na jedno, i na drugie trzeba jeszcze zaczekać...

Naszą wędrówkę rozpoczynamy od dworca kolejowego, na którym Maria wysiadała, kiedy przybywała z wizytą do córki. Od razu mówię, że jest on w trakcie przebudowy(tworzą centrum przesiadkowe) toteż cała okolica przypomina krajobraz jak po wojnie. Wyburzono(zresztą wcale się nie dziwię, bo groził zawaleniem) budynek, w którym były kasy biletowe, z tego co wiem, chcą też wyburzyć dawny budynek gospodarczy przy stacji kolejowej. Jednak na przełomie XIX i XX wieku to tutaj zatrzymywały się ciężkie lokomotywy parowe, a z wagonów wysiadali zarówno bogaci przedsiębiorcy, biedota "szukająca szczęścia w świecie", klasa średnia, jak i krewni wszystkich trzech stanów. Na bocznicach załadowywano wagony węglem kamiennym oraz wyrobami stalowymi wyprodukowanymi w tutejszych fabrykach. 

Otwarcie odcinka kolei warszawsko - wiedeńskiej nastąpiło w 1858 roku. Początkowo poprowadzony został jedynie jeden tor, w latach 1860 - 1880 położono drugi, prowadził on jednak do pobliskich Ząbkowic. Tory przechodzące przez Dąbrowę nie były linią pierwotną, ani główną, a jedynie odnogą służącą do połączenia ze znajdującą się w Sosnowcu granicą z Prusami, jak też w celu transportu zagłębiowskiego węgla w głąb kraju. 

Pociąg wiozący trumnę z ciałem Juliusza Słowackiego przejeżdżający przez stację w Dąbrowie(Górniczej), początek XX w.
(źródło zdjęcia)
Dojechawszy do Dąbrowy, Maria Konopnicka wysiadała na wybudowanym w 1858 roku dworcu kolejowym. Do dzisiaj jest to jeden z najstarszych obiektów w mieście(mówi się nawet, że ma najstarszą elewację). Jest doskonałym przykładem kunsztu dawnych budowniczych.  Dawniej w budynku mieściły się m.in. kasy biletowe, poczekalnia, nastawnia, biura kolei, mieszkania i restauracja dworcowa. W czasach carskich znajdowały się w nim nawet pokoje do wynajęcia dla podróżnych. Składa się z trzech części: środkowej i dwóch piętrowych po bokach. Uwagę zwracają dwustopniowe zdobione nadproża zakończone kamiennym zwornikiem nad każdym oknem posiadającym dodatkowo ceglaną ramkę oraz delikatne kasetony pod parapetem. Ważnym elementem  jest też gzyms, który oddziela kondygnacje oraz drugi, znajdujący się pod linią dachu. Środek jest 4-poziomowy. Jego głównym pomieszczeniem jest poczekalnia, która zajmuje znaczną część tego segmentu. Wychodziło się z niego na perony i, być może, na osadę. Do dzisiaj zachował się pięknie rzeźbiony wiatrołap z ciemnobrązowego drewna. Obok poczekalni były ustępy. We wschodniej części segmentu ulokowano różne biura kolejowe. Segment po zachodniej stronie mieścił wysokiej klasy dworcową restaurację, do której prowadziły ogromne drzwi. Na piętrach znajdowało się 10 pomieszczeń. Przed wojną funkcjonował tam niewielki hotel oraz mieszkania dla kolejarzy. Konstrukcja więźby dachowej została zrobiona bez użycia gwoździ i przetrwała do dzisiaj. Prawdopodobnie był to jakiś cykl budowniczy, ponieważ w Myszkowie znajduje się bardzo podobny budynek. 
Przed dworcem znajdował się postój dorożek, które zawoziły przyjezdnych we wskazane miejsce. Maria Konopnicka nie musiała z nich korzystać, bowiem do domu, w którym mieszkała jej córka nie miała daleko. 
Królikowscy mieszkali na poddaszu nieistniejącego już domu przy ulicy Przybylaka (współcześnie). Być może był to prywatny dom, którego właściciele podnajmowali pokoje przybyłym do pracy z różnych stron ludziom. Czasami było to tymczasowe rozwiązanie, innym razem rodziny mieszkały tak latami. Na pewno była to tańsza opcja niż opłata czynszu mieszkań w familokach należących do kopalń lub huty, za to mających bardzo wysoki, jak na tamte czasy, standard - posiadały dwie spore izby oraz mniejszą i większą komorę. Prawdopodobnie mieszkanie podnajmowane od właścicieli było jedno lub dwuizbowe, bez kanalizacji i dostępu do bieżącej wody(którą pobierało się z publicznych studni). Jeżeli jego okna wychodziły na południe, to widać z nich było kominy Huty Bankowej(i być może było pierwowzorem okna ze wspomnianej nowelki Dym).
Idziemy teraz do słynnej Huty Bankowej, znajdującej się niedaleko ulicy Przybylaka. GoogleMaps na siłę poprowadziło mnie na około miejskiego Centrum Handlowego Pogoria, jednak można spokojnie przejść na tzw. przełaj(przez tą drugą białą drogę), co znacznie skraca nam trasę.
Do Huty Bankowej dochodzimy jedną z głównych ulic miejskich, ulicą Sobieskiego. Niegdyś jeździły po niej konie, dyliżanse i bryczki zaprzęgnięte w konie, dzisiaj zostały one zamienione na samochody, autobusy miejskie oraz linię tramwajową, prowadzącą aż do innej huty, tym razem słynnej Huty Katowice. Warto tutaj zwrócić uwagę na kamienice znajdujące się po lewej stronie. Niektóre z nich pochodzą z przełomu XIX i XX wieku, a więc możliwe, że "pamiętają" Bolesława Królikowskiego zmierzającego co rano do pracy, a może i samą Marię Konopnicką.

Ulica Królowej Jadwigi przechodząca w ulicę Sobieskiego

Dalsza część ul Sobieskiego po drugiej stronie kładki, dzięki której można przejść z jednej strony ulicy na drugą. Po prawej stronie widać pierwsze budynki Huty Bankowej

Zbieg ulic 3-go Maja i Sobieskiego(dawniej Klubowa)

To samo miejsce ponad 100 lat wcześniej-zwróćcie uwagę szczególnie na kamienicę po prawej stronie(źródło zdjęcia)

Kamienica u zbiegu ulic Sobieskiego i Sienkiewicza

Ta sama kamienica(pierwsza z prawej) ok. 1900 r. (źródło zdjęcia)

Nieco dalej ponownie zobaczymy familoki należące niegdyś do Huty Bankowej. Jednak to, na co warto zwrócić uwagę, to krzyż z 1834 roku, czyli jeden z najstarszych zachowanych obiektów w mieście. Wygląda bardzo niepozornie i bardzo łatwo jest go przeoczyć.

Wkrótce docieramy do sławnej Huty Bankowej, jednego z centrum przemysłu w Zagłębiu na przełomie XIX i XX wieku. Jej nazwa pochodzi od Banku Polskiego, głównego wierzyciela przemysłu rządowego. 
Powstała stosunkowo wcześnie, bo już ok. 1839 roku. Decyzja o jej budowie zapadła po tym, gdy wytapiany przez lata cynk przestał odgrywać znaczącą rolę w przemyśle. Postanowiono wtedy zająć się produkcją dużo bardziej opłacalnego żelaza. W 1833 roku wierzyciel przemysłu rządowego zdecydował o zlokalizowaniu zakładu na terenie Dąbrowy. Miał się składać z 6 wielkich pieców na koks, odlewni, 6 pieców refeineris, pudlingarni składającej się z 18 pieców, 4 pieców szwajsowych, walcowni, młotowni, warsztatów mechanicznych, koksownii i magazynów gotowych wyrobów. Maszyny do wyposażenia huty sprowadzono z zagranicy, a plac budowy znajdował się na terenie dwóch funkcjonujących kopalń węgla - "Reden" i "Ksawery". 
Pierwszy piec do prażenia rudy ruszył wiosną 1834 roku, a już na jesień warsztat mechaniczny opuściły pierwsze gotowe elementy. Cała budowa huty została ukończona w 1842 roku. Węgiel potrzebny do pracy huty dostarczany był w najprostszy sposób - zaprzęg konny ciągnął wózki z węglem, który następnie był koksowany na składzie huty przez wypalanie go w stertach na wolnym powietrzu. Na przeciwko wejścia do budynku dyrekcji znajdowały się dwa zbiorniki z wodą na potrzeby huty. Woda pozyskiwana była z rzeki i szybu wodnego kopalni Reden. 
Huta Bankowa przyczyniła się do rozwoju Dąbrowy. W latach 1836-1840 obok zakładu wybudowano ok. 60 murowanych domów i wytyczono ulice, tworząc w ten sposób osiedle robotnicze. Dekadę później do huty została doprowadzona linia kolejowa wraz z systemem bocznic. Ożywienie huty nastąpiło po rosnących zamówieniach na szyny stalowe, które powoli wypierały te żelazne. 
Wraz z przeciągnięciem odnogi kolei warszawsko-wiedeńskiej z Ząbkowic do Szopienic, Zagłębie Dąbrowskie zyskało połączenie ze Śląskiem, Częstochową i Warszawą. Dzięki temu można było eksportować dobra na coraz dalsze odległości. 
Wkrótce władze carskie zaczęły dążyć do wyzbycia się wszystkich zakładów byłego skarbu Królestwa. W efekcie gwałtownie obniżono taryfę celną na surówkę, żelazo kute i walcowate. Zamknięto walcownię, wygaszono ostatni z wielkich pieców oraz unieruchomiono pudlingarnię. Zatrudnienie spadło do 20-30 osób. W końcu huta została sprzedana wraz z kopalniami Reden, Ksawery, Cieszkowski i Nowa dwóm carskim oficerom oraz generałowi strzeleckiemu. Rosjanie wkrótce po transakcji wydzierżawili kopalnie na 90, zaś hutę na 36 lat paryskiemu Bankowi Francusko-Włoskiemu, ten zaś powołał Towarzystwo Francusko-Włoskie Dąbrowskich Kopalń Węgla z siedzibą w Dąbrowie. Dawna huta została rozebrana, a w jej miejscu wzniesiono nowy zakład, który odpowiadał współczesnemu poziomowi techniki. 
Pierwszy piec, największy w Królestwie(mierzył 16 metrów wysokości) ruszył w 1880 roku, drugi siedem lat później, trzeci w 1890 roku, a czwarty prawie sto lat później(1989 r). Każdy nowy piec był większy, wydatniejszy i ekonomiczniejszy od swoich poprzedników. Nic dziwnego, że rząd carski przekazał hucie zamówienia na dostarczenie m.in. szyn kolejowych. 
Pierwsza stalownia została uruchomiona w Dąbrowie już w 1878 r. W piecach wykorzystywano surówkę własnej produkcji, a jako paliwo węgiel z miejscowych kopalni oraz koks. Dzięki temu huta zdobyła nowych nabywców w Prusach oraz na rynku wewnętrznym. Skutkowało to znaczne zwiększenie produkcji i ponowne uruchomiono pudlingarnię oraz walcownię żelaza. Dodatkowo działały piece spawalne, żarowe i 2 młoty parowe. W 1888 roku ruszyła największa w Królestwie odlewnia, a rok później - walcownia blachy stalowej. 
Na początku XX wieku huta przeszła na własność Francuskiego Towarzystwa Anonimowego. Po latach okupacji i przymusowym zarządzie Austriaków, zarząd obejmują władze polskie. Niestety, trudności finansowe powodują, że przedsiębiorstwo przechodzi ponownie we władanie kapitału francuskiego. Następuje ponowny upadek produkcji, której wznowienie przebiegało bardzo wolno. Pierwszy wielki piec został uruchomiony dopiero w kwietniu 1920 roku, kolejny pięć lat później. Huta, jako jedyny zakład, pracowała 6 dni w tygodniu(inne tylko 3 dni). W dodatku odczuwało się "wielki kryzys". Jednak dzięki zamówieniom od strony rządu nie tylko pozwoliły hucie przezwyciężyć lata kryzysu, ale i na nowo ruszyć z produkcją po jego ustaniu. Wkrótce przedsiębiorstwo zaczęło zatrudniać nowych pracowników - dostało bowiem kolejne zamówienie na szyny kolejowe od rządu polskiego oraz kolei argentyńskich i szwedzkich.
Wkrótce wybucha II wojna światowa. Polityka prowadzona przez Hitlera miała na celu całkowicie opanować potencjał produkcyjny Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Już 8 września 1939 roku hutę przejmuje Główny Urząd Powierniczy Wschód w Berlinie. Ponieważ w hucie dominował kapitał francuski, została przyjęta przez tę organizację częściowo. Finalnie miała być ona przekazana jednemu z wielkich koncernów niemieckich Konigs und Bismarckhutte AG, co stało się w styczniu 1942. Przez naciski z kręgów politycznych i militarnych, z roku na rok zaostrzała się dyscyplina w hucie, co skutkowało wzrostem produkcji w stosunku do lat przedwojennych. Produkowano przede wszystkim na potrzeby wojska, dzięki czemu została uznana za zakład ważny dla gospodarki wojennej. Z huty wywożono głównie granaty i elementy do pocisków rakietowych V1 i V2. Poziom zatrudnienia w tym okresie wzrósł dwukrotnie, a oprócz Polaków zatrudniano też jeńców wojennych. 
26 stycznia 1945 roku, w przeddzień wyzwolenia miasta, kierownictwo nad zakładem przekazano dwóm polskim inżynierom. W pierwszych miesiącach po wyzwoleniu huta posiadała zapasy rudy i złomu, ale brakowało elementów ogniotrwałych i koksu. Wkrótce zostaje wyodrębnionym państwowym zakładem produkcyjnym podlegającym Centralnemu Zarządowi, a następnie Zjednoczeniu Hutniczemu. Jak łatwo się domyślić, produkcja huty skierowana była głównie na potrzeby Armii Radzieckiej. Na początku lat 50 huta zostaje częściowo rozbudowana i zmodernizowana, otrzymuje także imię Feliksa Dzierżyńskiego, który w 1905 roku na jej terenie organizował wiece i strajki. Niestety, z powodu ulokowania zakładu w centrum miasta, nie dało się rozbudować go na nowych terenach. Postawiono więc na politykę socjalną: powstawały nowe osiedla, ośrodek wypoczynkowy w Łebie i nad pobliskim zbiornikiem wodnym Pogoria, dwie szkoły podstawowe, przedszkole i żłobek, na terenie zakładu powstała stołówka, szatnie i łaźnie.
W połowie  lat 70 Huta im Feliksa Dzierżyńskiego zostaje wcielona w struktury Huty Katowice. Rok wielkich przemian, 1989, przyniósł zakładowi powrót do pierwotnej jego nazwy - odtąd nazywa się Kombinat Metalurgiczny Huta Katowice - Zakład Huta Bankowa". W tym samym roku zakończono produkcję w małej i średniej walcowni oraz rozebrano halę. Wkrótce wygaszono ostatni piec martenowski.
Od 1 września 1996 roku przedsiębiorstwo występuje pod nazwą Huta Bankowa Spółka z o. o. Po 2000 roku rozebrano starą halę stalowni, gdzie znajdowały się piece martenowskie(7 kominów w centrum miasta). Aktualnie w hucie realizuje się inwestycje dotyczące m.in. modernizacji procesów obróbki cieplnej prętów, stanowiska do przebudowy walców, chłodni pokrocznej do prostownic. 
(źródło zdjęcia)

(źródło zdjęcia)

Kierując nasz wzrok nieco na lewo, możemy zauważyć pozostałości po kopalni Paryż, najdłużej działającej w naszym mieście. Ostatnią partię węgla wydobyto z niej w 1995 roku. Została ona założona w 1876 roku z połączenia kopalni Łabęcki oraz kopalni Nowa. Osiem lat później wybudowano szyb, który jeszcze ja osobiście pamiętam. Po wojnie została przemianowana na KWK "Generał Zawadzki"(od jej międzywojennego pracownika, Aleksandra Zawadzkiego). To tutaj miała miejsce słynna katastrofa z lipca 1969 roku, podczas której do wyrobisk przedostała się woda z mułem, odcinając górnikom drogę ucieczki. Akcja ratunkowa znana jest głównie z tego, że górnicy otrzymywali witaminy w... piłeczkach ping-pongowych. Po 1989 roku powrócono do nazwy KWK Paryż. W sierpniu 1993 r. zdecydowano o jej zamknięciu. Na jej terenie do dzisiaj znajduje się pomnik pamięci pomordowanych jej pracowników w Auschwitz-Birkenau.
"Kopalnia Paryż", przełom XIX i XX w(źródło zdjęcia)

Pomnik na terenie kopalni(źródło zdjęcia)

Ten wyższy budynek z powybijanymi szybami to właśnie pozostałość po Kopalni "Paryż"

CDN...