Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2026

2345. Zbawienne numerki na życie

Prawdopodobnie dzisiejszego wpisu by nie było, gdyby nie to, że poniższy artykuł opracowałam już jakiś czas temu i tylko czekał na wciśnięcie odpowiedniego przycisku. Wydaje mi się, że kolejna rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim jest idealną ku temu okaą. Zapraszam Was do przeczytania niezwykle ciekawej opowieści o tym, w jak niezwykły sposób kilkoro, a dokładniej 6 pielęgniarek wydostało się z piekła getta.

"Numerek na życie" dostało tylko sześć pielęgniarek z getta. Usłyszały jedno pytanie

na podstawie tekstu  Pauliny Wieczorek

Mieszkały w najpiękniejszym gmachu warszawskiego getta. Były młode, niektóre z nich nie miały nawet 14 lat. Uczyły się, jak odbierać poród i co powiedzieć komuś, kto za chwilę umrze. Później celowo łamały pacjentom ręce i nogi, aby uchronić ich przed rychłą śmiercią. Kiedy same stanęły w jej obliczu, miały tylko jedną szansę, by przeżyć. Był nią najlepszy stopień na świadectwie. "Numerek na życie" przyszłe pielęgniarki dostawały za odpowiedź na jedno pytanie.
"Numerek na życie" dostało tylko sześć pielęgniarek z getta. Usłyszały tylko jedne pytanie. Na zdj. Szpital na Czystem w Warszawie, 1939 r. (Anka Grupińska, Bogna Burska, Żydzi Warszawy, Warszawa, Żydowski Instytut Historyczny, 2003, p. 121)
  • Szkoła Pielęgniarstwa przy Szpitalu Starozakonnych w czasie wojny działała przy ul. Mariańskiej, w samym sercu warszawskiego getta.
  • "Uczennice, przeważnie zawsze głodne, musiały chodzić na drugi koniec miasta, żeby pielęgnować chorych na tyfus; nie miały do dyspozycji ani bielizny, ani łazienek" - wspominała ówczesna dyrektorka placówki Luba Blum - Bielicka.
  • Po rozpoczęciu akcji eksterminacyjnej ludności żydowskiej pielęgniarkom darowano życie. Uznano je za "niezbędne do zwalczania zarazy".
  • 18 stycznia 1943 r. oglądały jak Niemcy bestialsko mordują pacjentów, którymi się opiekowały. Wśród ofiar były także noworodki.
  • Z 350 pielęgniarek, które ukończyły szkołę, wojnę przeżyły zaledwie 42.
Trudno było uwierzyć, że to getto. Budynek był solidny, piętrowy, w środku niemal sterylnie czysty, wypełnione wspaniałymi młodymi dziewczętami, które o siódmej rano zbiegały z piętra, gdzie mieścił się internat, do sali wykładowej na parterze, aby z wypiekami na twarzy słuchać o tym, jak pielęgnować pacjentów.

Serce warszawskiego getta
Był listopad 1940 roku, a one mieszkały i uczyły się przy ul. Mariańskiej, w samym środku odizolowanej od reszty miasta "dzielnicy żydowskiej". Pielęgnowanie pacjentów, nawet tych z chorobami zakaźnymi i wenerycznymi, było najlepszym, co mogło je spotkać. Wiedziały, że w tym trudnym czasie, to utopia. Że pod ich opiekę będą trafiać głównie ranni. Że gdy uda im się wrócić do zdrowia, to i tak wkrótce zostaną rozstrzelani albo wywiezieni.
Szkoła Pielęgniarstwa przy Szpitalu Starozakonnych miała działać w zupełnie innym miejscu. Powstała w 1923 roku na osiedlu Czyste w Woli (dlatego mówiono o niej "szkoła na Czystem"). Nazwa "Czyste" doskonale oddawała jeden z priorytetów kształcenia w niej: bycie wzorem higieny, czyli najlepszego środka chroniącego przed chorobami, zwłaszcza tymi zakaźnymi. To wówczas nieoczywiste zalecenie było jednym z wielu nowatorskich rozwiązań, jakie szkoła chciała wdrożyć.

Serce warszawskiego getta
Inną nowoczesnością było powierzenie kierowania szkołą zagranicznym ekspertkom. Do Polski oddelegowano dwie dyplomowane pielęgniarki, Amerykanki żydowskiego pochodzenia: Ruth Hoffman i Amelię Greenwald. Greenwald została pierwszą dyrektorką placówki. Była to pielęgniarka z ogromnym doświadczeniem - uczyła się w Nowym Orleanie, Baltimore i Nowym Jorku, pomagała w tworzeniu szpitala na Florydzie, podczas I wojny światowej służyła w Amerykańskim Korpusie Ekspedycyjny, a potem we Francji, w Verdun i Savoy. Do Warszawy wkroczyła pewnym krokiem z programem nauczania New York State University pod pachą, gotowa uczyć młode dziewczęta pielęgniarstwa na światowym poziomie.
Pod jej pieczą Szkoła Pielęgniarstwa rozkwitła i szybko stała się jedną z najnowocześniejszych placówek tego typu w kraju, rozpoznawalną nawet za granicą. Wykładali tu najlepsi lekarze Szpitala Starozakonnego, pomagały cztery pielęgniarki z Anglii. Wysokie standardy kształcenia szybko zaowocowały. Absolwentki szkoły trafiły do najlepszych szpitali, szkół i przychodni w kraju. Te najzdolniejsze wysyłano za granicę, aby się doszkoliły. W najlepszych czasach w szkole uczyło się nawet 120 dziewcząt.
Kiedy możliwości lokalowe stały się niewystarczające, tuż obok szpitala zakupiono plac pod budowę nowego gmachu placówki. Wtedy wybuchła wojna.

Pielęgniarki były "przeważnie zawsze głodne"
Wraz z wybuchem wojny wszystko się skomplikowało. Trwała epidemia tyfusu, brakowało wody, prądu, gazu, żywności, leków, mimo to szpital ciągle działał. Funkcjonowała też szkoła, bo pielęgniarki były potrzebne bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej: opatrywały rannych, doglądały chorych po zabiegach, odbierały porody, uczyły higieny. Dziewczęta na praktyki jeździły po całej Warszawie, zdobywając doświadczenie, którego pozazdrościłby im niejeden "zakaźnik" czy specjalista medycyny ratunkowej. Największym wyzwaniem była praca w "punktach dla uchodźców" i poradniach, do których trafiały dzieci z chorobą głodową.
"Uczennice, przeważnie zawsze głodne, musiały chodzić na drugi koniec miasta, aby pielęgnować chorych na tyfus; nie miały do dyspozycji ani bielizny, ani łazienek. Jedyne, co chroniło pielęgniarki przed zarażeniem, to wzorowo zorganizowana sala przyjęć. Chorzy byli strasznie zaniedbani, zawszeni, brudni, w łachmanach. Parokrotnie ich więc kąpano, golono na całym ciele, oglądano przy reflektorach, przebierano i dopiero potem kierowano na oddział" - pisała w swoich wspomnieniach ówczesna dyrektorka szkoły, żona działacza Bundu i powstańca w getcie warszawskim Abraszy Bluma - Luba Blum - Bielicka.
Na nową siedzibę szkoły wybrano budynek Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Mariańskiej 1. Stał w samym centrum nowo utworzonego getta. Placówka pod nazwą Żydowska Szkoła Pielęgniarek działała tam półtora roku. Było to też jedyne miejsce, w którym mogła szkolić się ludność żydowska. Przedstawiciele władz niemieckich nie zaglądali do tej szkoły, chociaż wprowadzono limity przyjęć - z 300 kandydatek wybrano 32 uczennice, "które najbardziej nadawały się do zawodu ze względu na zdrowie, wykształcenie i referencje".

"Niezbędne do zwalczania zarazy"
W lecie 1942 roku szkołę przeniesiono do budynku przy ul. Stawki, tuż obok tzw. placu przeładunkowego, skąd Żydów wywożono m.in. do obozu zagłady w Treblince. 22 lipca rozpoczęła się akcja eksterminacyjna ludności żydowskiej. Na pielięgniarki przyszła kolej 6 sierpnia. Stanęły w swoich mundurach wśród 40 tys. innych Żydów. Decyzją inicjatorów akcji zostały jednak zwolnione, ponieważ uznano je za "niezbędne do zwalczania zarazy".
"Z nami razem był wtedy sędziwy inż. Weisblatt. Próbowałam tłumaczyć, że jest on prezesem naszego zarządu, w odpowiedzi dostałam pałką po głowie. Pobili do krwi staruszka, krew mu ciekła po skroniach, zawlekli go razem ze skazańcami na Umschlagplatz" - wspominała Luba Blum-Bielecka. Kobieta była mocno zaangażowana w ratowanie rodaków przed wywózką. Mówiono o niej "pielęgniarka o kostycznych zasadach zakonnicy". Miała jednak wielkie serce, a jeśli była bezkompromisowa to tylko wobec okupantów. Świadkowie opowiadali, że nawet namawiała swoich podopiecznych do łamania pacjentom rąk lub nóg, aby w ten sposób ocalić ich przed zagładą (chorzy i kalecy byli w tamtym czasie pomijani przez Niemców). Udało im się też uratować od śmierci wiele dzieci, przemycając je do przyszpitalnego ambulatorium dla nagłych wypadków.
Blum-Bielecka uratowała też wielokrotnie swoje podopieczne od pewnej śmierci. Pierwszy raz niemal w ostatniej chwili, gdy czekały na wejście do wagonu pociągu, który miał je zawieźć na "roboty": "Wpuszczali wszystkich, ogłoszenia wzywały do dobrowolnego zgłaszania się na roboty, a naprawdę na śmierć. Tym, którzy sami przychodzili, dawali na drogę dwa chleby i 1 kg marmolady. Zastałam tam dzieci, moją siostrę, również pielęgniarkę i 12 uczennic ze szpitala dr Braude - Hellerowej. Okazało się, że zezwolenie niemieckie na uruchomienie Domu Pielęgniarek (Schwesternheim) było jednocześnie gwarancją życia dla tych pielęgniarek. Dzieci nie wchodziły, naturalnie, w rachubę. Wyprowadziłam zwycięsko z Umschlagplatzu niedobitki naszej szkoły. Ten pochód pielęgniarek pośród tysięcy skazańców, obłąkanych z rozpaczy, z wyczerpania, z głodu, o spieczonych ustach i nieprzytomnych oczach, był jedynym w swoim rodzaju marszem do życia. Wiedziałam, że za chwilę mogą załadować moje dwoje dzieci do wagonów śmierci".

"Kartki za życie" za odpowiedź na pytanie egzaminacyjne
Luba Blum-Bielicka wręczała też słynne "numerki na życie", o których w książce "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall wspomniał Marek Edelman. Według jednej z relacji kobieta dostała zaledwie sześć karteczek z pieczątkami niemieckimi, które chroniły przed wywózką. Musiała je rozdysponować wśród swoich uczennic, których było 60. Luba nie chciała i nie mogła wybierać spośród nich, dlatego zdecydowała, że dostaną je te, które uzyskają najwyższy stopień z egzaminu i najlepiej odpowiedzą na pytanie: "Jak wygląda opieka pielęgniarska w pierwszych dniach świeżego zawału serca?".
Sama Blum - Bielecka wspominała o "kartkach na życie" w opublikowanym w "Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego" (nr 40, z 1961 r.) artykule, podając inną ich liczbę - 20*.
Kiedy zlikwidowano szpital przy ul. Stawki, część personelu została przeniesiona do nowego, otwartego przez Niemców szpitala dla żydowskich ratowników. Był wrzesień 1942 r. Udało im się przetrwać jesień i początek zimy.

Brutalny mord na pacjentach
18 stycznia 1943 r. Niemcy wtargnęli do placówki i bestialsko wymordowali pacjentów, nie oszczędzając w tym dzieci. Te wydarzenia zostały opisane przez Blum-Bielicką w następujący sposób: "18 stycznia 1943 r. udałam się do szpitala o godz. 6 rano. Zastępowałam siostrę przełożoną, panią Fryd. Nigdy nie wiadomo było, ile tego dnia pielęgniarek przyjdzie do pracy. Niektóre bowiem chorowały na skutek głodu i wycieńczenia, inne usiłowały się wydostać na >>aryjską stronę<<. Urzędowałam w kancelarii szpitala, przez telefon dowiedziałam się o kolejnej >>akcji<<, nie miałam już złudzeń. Żydowska Organizacja Bojowa w getcie spodziewała się >>akcji<< o tydzień wcześniej. Wróciłam na Franciszkańską po uczennice i swoje dzieci. Ulokowałam chorych w schronach, w które szpital był zaopatrzony. Nawet położnice uciekły do schronu. Niemowląt nie można było ukryć, byłyśmy przekonane, że hitlerowcy nie tkną noworodków. Jakże byłyśmy naiwne! >>Akcja<< trwała cały dzień. Lekarz niemiecki w wojskowym mundurze spytał, ilu jest chorych zakaźnych. Kiedy usłyszał, że w szpitalu jest 400, zawołał: >>Mein Gott, ich kann doch nicht so viel Alkohol trinken!<<. Okazało się, że polecono mu zabić chorych zakaźnych i ciężko rannych w łóżkach, a za każdego miał dostać litr alkoholu. Martwił się więc ten przedstawiciel >>Herrenvolku<<, że nie potrafi spożyć tak wielkiej ilości alkoholu. (...) Po odejściu SS-manów w łóżkach leżały trupy z wyciągami chirurgicznymi i z szynami. Uratował się jakiś chłopiec (był trupio blady), hitlerowcy wzięli go za zmarłego. Noworodki leżały w krwawych kałużach, w pięknych białych łóżeczkach. Tego dnia postanowiłam szukać ratunku po >>stronie aryjskiej<<. Nie chciałam już nigdy wrócić do getta".
Z 350 pielęgniarek, które ukończyły szkołę, wojnę przeżyły 42. Wśród nich była Luba Blum-Bielicka. Gdy wojna dobiegła końca, kierowała żydowskim domem dziecka w Otwocku, a jej podopieczną była m.in. Hanna Krall. W 1949 r. ponownie została dyrektorką Szkoły pielęgniarstwa nr 3 przy ul. Kasprzaka w Warszawie. Zmarła w 1973 roku.

źródło: https://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,numerek-na-zycie-dostalo-tylko-szesc-pielegniarek-z-getta--uslyszaly-jedno-pytanie,artykul,16983736.html?2290=&utm_campaign=cb

* prawdopodobnie chodzi tutaj o inną sytuację - dzięki swoim kontaktom Blum-Bielicka kilkukrotnie zdobywała dla swoich bliskich pieczątki

U mnie w miarę stabilnie...
Na koniec dziękuję tym wszystkim, którzy zostawili tyle ciepłych słów pod poprzednim wpisem. Szczerze powiedziawszy - nie spodziewałam się tak pozytywnego odzewu. Nie wiem jednak kiedy i czy w ogóle wrócę do pisania w miarę regularnego. Jasne, blog jest ciekawą formą pamiętnika, no ale...

Dziękuję też Natalii (chyba nawet podejrzewam kto to jest), Jadzi oraz Agai za przemiłe kartki świąteczne. I znowu jest mi niezwykle głupio, że nawaliłam pod tym względem...

piątek, 6 lutego 2026

2321. Przyszła pora na zimę stulecia...

W naszym tryptyku podróży przez najzimniejsze zimy docieramy w końcu do tej, która miała miejsce w 1978/1979 osób. Mnie nie było jeszcze na świecie, ale wiem, że bardzo wielu moich drogich czytelników w miarę dobrze ją pamięta. To co, gotowi na podróż do kolejnej pamiętnej zimy w historii powszechnej ale także i naszego kraju?

Paraliż kraju, ogromne zaspy i niskie temperatury. Taka była zima stulecia

Zima stulecia - tak zwyczajowo mówi się o czasie z przełomu 1978 i 1979 r. Nic dziwnego, bo tamta zima była wyjątkowo śnieżna i mroźna, choć nie rekordowo. Co więcej, opady śniegu były tak obfite, że w kilku województwach ogłoszono stan klęski żywiołowej.
  • Zima z przełomu 1978 i 1979 r. zapisała się w pamięci wielu osób jako bardzo śnieżna i gwałtowna;
  • Opady śniegu były tak obfite, że większość kraju została sparaliżowana. Szyny kolejowe pękały od mrozu, a autobusy jeździły wykopanymi w śniegu tunelami;
  • Problemy były także m.in. z ogrzewaniem, bo węgiel nie mógł dotrzeć do elektrociepłowni
Paraliż kraju, ogromne zaspy i niskie temperatury. Taka była zima stulecia
W nocy z 29 na 30 grudnia 1978 roku rozpoczął się napływ mroźnej masy powietrza z północy. Spowodowało to, że opady deszczu zaczęły się nasilać i przenosić w śnieg. Towarzyszył temu silny wiatr, co powodowało szybkie tworzenie się zasp. Od początku 1979 roku polska przez kilkunastostopniowy mróz oraz ogromną ilość śniegu była niemal całkowicie sparaliżowana. Na terenie województwa gdańskiego już 1 stycznia wprowadzono stan klęski żywiołowej.
"Gwałtowne śnieżyce, zamiecie i ostry mróz. Zima przypuściła atak na północy, od Suwałk, Gdańska i Szczecina, przesuwając się w głąb kraju. Porywisty wiatr zasypał śniegiem drogi i szlaki kolejowe. Komunikacja niemal całkowicie sparaliżowana..." - relacjonował lektor Polskiej Kroniki Ludowej z 1 stycznia 1979 r.
Przechodnie na zasypanym chodniku przed sklepem na ul. Malczewskiego (źródło zdjęcia)
Chłodny front atmosferyczny przemieszczał się na południe kraju, przynosząc śnieżyce i gwałtowny spadek temperatury w większości regionów. Warto dodać, że w wielu miejscach notowano dużą pokrywę śnieżną - 84 cm w Suwałkach (16 lutego 1979 roku), 70 cm w Warszawie (31 stycznia 1979 roku).
Paraliż transportu spowodował, że w kolejnych dniach zaczęło brakować surowców energetycznych. Węgiel nie mógł na czas dotrzeć do elektrociepłowni, bo z powodu mrozu pękały szyny kolejowe, a zwrotnice zamarzały. Do rozmrażania szlaków oraz dróg skierowano wyposażone w ciężki sprzęt wojsko.
Hałdy śniegu na drodze. W oddali stodoła i dom na wsi. (źródło zdjęcia)
W wielu miastach komunikacja miejska praktycznie nie działała, ale zdarzało się, że autobusy jeździły wykopanymi w śniegu tunelami. Trudno też było przedostać się z miasta do miasta, więc wiele osób zmuszonych było koczować na dworcach kolejowych i autobusowych. "Pociąg osobowy zdążający z Kielc do Katowic utkną w zaspach śnieżnych w okolicach Charsznicy. O sześć godzin później niż przewiduje rozkład, przybył na granicę pociąg zdążający do Warszawy z Wiednia przez Pragę" - relacjonowała "Gazeta Krakowska" na początku lutego 1979 roku.
Z powodu trudnej sytuacji ówczesny minister oświaty i wychowania Jerzy Kuberski podjął decyzję o tym, aby wstrzymać powroty dzieci i młodzieży z zimowisk.
"Zakłócenia w komunikacji kolejowej i drogowej spowodowały podjęcie przez ministra oświaty i wychowania decyzji o wstrzymaniu powrotu młodzieży przebywającej na zimowiskach. W Nowosądeckiem na przedłużonych feriach pozostało ponad 1,3 tys. dziewcząt i chłopców z różnych stron kraju. Ich wyjazd będzie możliwy dopiero za kilka dni, gdy skutki kolejnego ataku zimy zostaną przezwyciężone" - można było wyczytać w "Gazecie Krakowskiej".
Grupa osób oczekujących na przystanku PKS. Na drodze taksówka marki Skoda 100. (źródło zdjęcia)

Dobrze jest wspomnieć, że bardzo niskie temperatury wraz z zamarzniętym w ich wyniku grunt pośrednio przyczyniły się do wybuchu gazu w rotundzie PKO w Warszawie. Doszło do niego 15 lutego 1979 roku. W katastrofie śmierć poniosło 49 osób.


A skoro mówimy o biciu rekordów, to ja pobiłam dziś jeden - 3 godziny czekałam pod gabinetem lekarza. Byłam piąta w kolejce. Ja rozumiem sezon grypowy, ale tym sposobem prędzej złapałabym wirusa w ten sposób (przy obniżonej na skutek zabiegu odporności) niż w ogóle. Nie wywalczyłam skierowania, którego chciałam. Ale za to wyszłam ze zdiagnozowaną anemią... Co ciekawe, nie miałam żadnych jej objawów, nic. Gdybym nie zrobiła tej krwi na tarczyce, to pewnie żyłabym w nieświadomości. Ale że mi nic nie powiedzieli po zabiegu, kiedy i tak mi robili badania krwi? Przecież anemia nie bierze się z dnia na dzień. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam nadzieję uporać się z nią w miarę sprawnie i będzie po kłopocie.

czwartek, 5 lutego 2026

2320. Zimna zima 1929 roku

Dwudziestolecie międzywojenne to zdecydowanie moja najbardziej ulubiona epoka w historii. Tyle się wtedy działo. To czas odbudowywania kraju, który odzyskał wolność po 123 latach bycia pod zaborami, a zarazem okres, w którym powoli zaczęliśmy doganiać świat, który pozostawił nas daleko w tyle. To również czas rewolucji w myśli pedagogicznej, tak bardzo bliskiej moim zainteresowaniom. Dość powiedzieć, że wtedy rozwinęły się systemy myśli wychowawczych takich postaci, jak Janusz Korczak, Helena Radlińska czy też Maria Grzegorzewska. To też czasy wielkich przemian społecznych, gdzie wiele wynalazków na stałe wkroczyło do polskich mieszkań, znacznie ułatwiając życie ich użytkowników.
Mogłabym tak pisać bez końca. Zwłaszcza, że mój licencjat z pedagogiki analizował homilie oraz listy pasterskie św. Józefa Bińczyckiego z tego okresu pod kątem treści patriotycznych. To z kolei było kolejną okazję do zapoznania się ze spuścizną tych 21 lat wolności naszego kraju. Czy zatem powinno dziwić kogoś to, że z zaciekawieniem przeczytałam artykuł autorstwa Wojtka Ducha, który niedawno przeczytałam na onecie. A skoro wczoraj Wam przedstawiłam historię Wielkiej Zimy z 1709 roku, to czuję się w obowiązku opowiedzieć też i o tej zimie z 1929 roku.

Zima stulecia z 1929 r. Rekordowe mrozy w Polsce, zabrakło węgla

Podczas żadnej zimy w historii Polski temperatura nie spadła poniżej - 40 st. C w tak wielu miastach. Niskie temperatury podczas zimy w 1929 r. doprowadziły do paraliżu na kolei, zawieszenia zajęć szkolnych oraz zamarznięcia portu w Gdyni. Natomiast węgiel stał się najbardziej pożądanym towarem w całym kraju.
Budowa wału z bloków śnieżnych, który miał służyć jako ochrona przed nawiewaniem śniegu na tory kolejowe, zima 1929 (Domena publiczna /Polski portal historyczny - historia.org.pl)

Rekordowe mrozy
Uważana za zimę stulecia zima 1978/1979 pod względem mrozów była bardzo daleko od zimy 1928/1929. Tak mroźnego miesiąca jak luty 1929 r. nie było nigdy w historii Polski (a na pewno nigdy nie notowano tak rekordowo niskich temperatur w wielu miejscach kraju). Była to wówczas najmroźniejsza zima od 1888 r., kiedy w Dobrzechowie odnotowano - 40 st. C.
W dniach 10 - 11 lutego 1929 r. w kilku miejscowościach w Polsce zanotowano mrozy sięgające -40 st. C. Zarejestrowano je w Żywcu (- 40,6 st. C), Olkuszu (- 40,4 st. C), Poroninie (- 40,4 st. C) oraz w Siankach (- 40,1 st. C). Duży mróz panował też w Zakopanem (- 37,5 st. C) oraz Dusznikach-Zdroju (- 37 st. C).
Odśnieżanie drogi Kraków - Zakopane (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Były to dane oficjalne uzyskane z sieci stacji Państwowego Instytutu Meteorologii. Gdyby wziąć pod uwagę dane nieoficjalne, np. ze szkolnej stacji meteorologicznej w Rabce, to rekord wynosiłby - 45 st. C. Tylko raz w dziejach Polski oficjalnie zanotowano niższą temperaturę niż w 1929 roku. Zmierzono ją w Siedlachach w 1940 i wynosiła ona - 41 st. C.
Najgorsza sytuacja w Polsce, której towarzyszyły najniższe temperatury wraz z paraliżem transportu komunikacyjnego trwała w dniach 8-15 lutego 1929 roku.

Zima 1928/1929 w Warszawie
Zaspy podczas zimy w 1929 roku (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Zgodnie z okólnikiem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w przypadku, gdy w klasie było 10 st. C, lekcje należało odwołać. Natomiast, gdy temperatura wynosiła 15 st. C, lekcje odbywały się, a dzieciom zalecano przerwy na ćwiczenia ruchowe. W Warszawie lekcje odwołano 12 lutego, gdyż w dniach poprzedzających decyzję władz w klasach stawiały się zaledwie po jedno lub dwoje dzieci. Przy temperaturach sięgających - 20 st. C rodzice bali się posyłać dzieci do szkół.
W stolicy została zerwana komunikacja telefoniczna z Katowicami, Gdańskiem i Poznaniem, czy też Poznaniem oraz telegraficzna ze Lwowem i Stanisławem. Siarczysty mróz uniemożliwiał szybką naprawę zerwanych linii. W samym mieście zaczęło brakować węgla, który stał się produktem deficytowym na skalę krajową. Zwiększeniu uległo zapotrzebowanie na niego, a jednocześnie transporty surowca stały unieruchomione na torach i drogach w całym kraju. Dzienne zapotrzebowanie stolicy na czarne złoto wynosiło dwadzieścia pociągów, a przy krytycznym okresie w dniach 10-14 lutego docierały tylko trzy składy z tym surowcem.
Sytuacja była naprawdę poważna, bo jak pisał "Głos Poranny" w dniu 10 lutego: "Zakładom żyrardowskim zatrudniających około trzech i pół tysiąca robotników, grozi przerwa z powodu braku węgla, którego dowóz z powodu silnych mrozów i zamieci śnieżnych zmniejszył się do minimum".
Ruch osobowy na kolei zredukowano o połowę. Chciano w ten sposób wszystkie siły i środki przeznaczyć na transport towarowy. To spowodowało anulowanie wielu połączeń, na które bez skutku czekali pasażerowie zgromadzeni na dworcach.
Zimowe odśnieżanie Warszawy (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Celem usprawnienia transportu węgla do walki z zimą skierowano także Wojsko Polskie. "Polska Zbrojna" tak informowała o tym w wydaniu z 12 lutego: "300 żołnierzy uzbrojonych w kilofy i motyki, rozładuje 100 wagonów węgla na stacji towarowej, a samochody ciężarowe rozwiozą go po całej stolicy do miejskich składnic opałowych (...) Dziś również kilka kuchen polowych zostanie uruchomionych do gotowania i rozwożenia po mieście dla ubogiej ludności kawy osłodzonej i zupy".
W wielu domach nie było wody, a część miasta między ul. Zgoda, a Marszałkowską oraz Bracką a Marszałkowską była jej zupełnie pozbawiona. Szybka naprawa nie była możliwa ze względu na mocno zamarzniętą ziemię.
Odśnieżanie Warszawy (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Ponadto pojawiły się problemy z dostępnością żywności. Z bazarów w stolicy całkowicie zniknęły wszystkie jarzyny - zgromadzone zapasy albo przemarzły, albo nie było ich jak do niej dowieźć.
Dużemu mrozowi towarzyszyły także duże, jak na Warszawę, opady śniegu. W stolicy warstwa śniegu w połowie lutego wyniosła 39 cm (dla porównania w Zakopanem warstwa śniegu wynosiła wówczas 48 cm).

Zima 1928/1929 w Krakowie
Sprzedaż węgla i drewna opałowego w Krakowie (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Silny mróz powodował, że zamarzało wszystko, łącznie z parowozami. Powodowało to ogromne opóźnienia na kolei. Na Dworcu Głównym w Krakowie tłum podróżnych czekał na podstawienie pociągów. Większość kursów została jednak odwołana, a te składy, które dotarły, miały opóźnienia wynoszące nawet po 15 godzin.
Odśnieżanie dworca kolejowego w Krakowie zimą (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Nawet kiedy węgiel dotarł do Krakowa, to był racjonowany. W całym mieście nie można było kupić więcej, niż cetnar (tj. ok. 50 kg) produktu na osobę. Prowadziło to do dantejskich scen, gdzie ludzie rzucali się wręcz na przyjeżdżające fury węgla, by wyrwać z nich chociażby parę kawałków cennego łupu. To powodowało, że handlarze znacząco podnieśli ceny węgla. Miasto postanowiło temu przeciwdziałać, ustalając maksymalne stawki za kilogram węgla. 
Mróz miał także spory wpływ na przyrodę - w Krakowie w poszukiwaniu pożywienia pojawiły się kruki, które zwykle unikają miast żyjąc głównie w lasach.
Mężczyzna ciągnący sanie z węglem w Krakowie, luty 1929 (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Z powodu wielkich mrozów na ulicach miast panowały pustki. Na placach targowych brakowało podstawowych towarów, a nawet jeśli ktoś nimi handlował, to ceny jego produktów znacznie wzrosły. W szkołach zawieszono zajęcia do czasu ustąpienia mrozów. Zajęcia zawiesił także Uniwersytet Jagielloński, odwołując wykłady.

Zima 1928/1929 w Bydgoszczy
Także w Bydgoszczy brakowało węgla, ponieważ nie docierały transporty kolejowe ze Śląska. Sytuacja była tak dramatyczna, że realnym była groźba, że zabraknie węgla nawet w elektrowni. Gdyby do tego doszło, w całym mieście zabrakłoby prądu. Brak węgla spowodował, że w Bydgoszczy pracę wstrzymała część fabryk.

Zima 1928/1929 w Poznaniu
Mróz spowodował, że wiele ludzi po prostu pozamarzało. W prasie pojawiały się też doniesienia o licznych odmrożeniach. Podobnie jak w innych miastach, tak też i w Poznaniu, ludzie zaczęli zgłaszać się do lekarzy w powodu odmrożenia uszu i nosa. W wielu mieszkaniach miasta temperatura spadła  poniżej zera. 15 lutego w "Dzienniku Poznańskim" napisano: "Na podstawie szeregu informacji bezpośrednich, telefonów i listów, nabieramy przekonania, że brak koksu w naszem mieście wytworzył sytuację tak niesłychaną, iż wśród szeregu rodzin zapanowały dantejskie wprost co do rozpaczliwej sytuacji sceny, skoro temperatura w mieszkaniach obniżyła się do 8-10 stopni poniżej zera, a rodziny całe przeżywają istną tragedię, żyjąc w pokojach zupełnie nieogrzewanych, do których nie można sprowadzić piecyków żeliwnych ze względu na brak odpowiednich możliwości w konstrukcji kominów".

Zima 1928/1929 we Lwowie
Budowa wału z bloków śnieżnych, który ma służyć jako ochrona przed nawiewaniem śniegu na tory kolejowe, zima 1929 (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Jak już wspomniano, zima całkowicie sparaliżowała transport kolejowy. We Lwowie kolej w ogóle nie funkcjonowała. W innych regionach kraju działała w mocno ograniczony sposób. Problem z koleją spowodował, że we Lwowie zaczęło brakować węgla. Pomiędzy Krakowem, a Lwowem stało wiele pociągów towarowych z węglem, które nie mogły dotrzeć do celu. Wszystko z powodu zaspy na linii Przemyśl-Rzeszów, która miała 400 metrów długości i 2 metry wysokości. Dodatkowo mróz był tak wielki, że nawet szyny kolejowe zaczęły pękać. Tak było w rejonie Lwów-Stryj, gdzie kolejarze stwierdzili uszkodzenia szyn w 33 miejscach. Dla ratowania sytuacji we Lwowie i Stanisławowie wysłano z Warszawy specjalny pociąg. Jego ładunek stanowiły łopaty, narzędzia i pługi motorowe, które miały udrożnić ruch kolejowy w Małopolsce Wschodniej.
Odśnieżanie torów na trasie Lwów - Tarnopol, zima 1929 (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Jak informowała "Chwila" w wydaniu z 12 lutego 1929 roku: "Od niepamiętnych lat Wschodnia Małopolska (jak zresztą inne połacie kraju) została nawiedzona niezwykle ostrymi i uporczywymi trwającymi mrozami, które w pierwszym rzędzie dają się we znaki ubogiej ludności, pozbawionej opału i szukającej pracy". Z powodu niedoborów węgla sytuacja najbiedniejszych mieszkańców miasta była bardzo ciężka. Dlatego władze Lwowa uruchomiły kuchnie polowe, by zaopatrywać ubogich w ciepłą strawę.
Odśnieżanie torów na trasie Lwów - Tarnopol (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Sytuacja była naprawdę dramatyczna. Jak relacjonował 12 lutego korespondent "Kurjera Warszawskiego": "Akcję tę zapoczątkowało w sobotę Pogotowie Ratunkowe, które przez przeciąg tygodnia opatrzyło ponad 4.000 osoby, które odniosły odmrożenia. Zapas lekarstw i bandaży wyczerpał się zupełnie.".

Zima 1928/1929 w Trójmieście
Zamarznięty port morski w Gdyni w (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Z powodu mrozu sięgającego w Gdańsku do - 27 st. C zamarzł port. Natomiast na wodach portu utworzyły się zatory lodowe uniemożliwiające żeglugę. Z tego powodu został wstrzymany eksport węgla drogą morską. Podobnie zablokowany był port w Gdyni, w którym 10 lutego znajdowało się 18 statków, które nie były w stanie wyjść w morze.
Nie lepsza sytuacja była w samym mieście. 10 lutego w "Kurjerze Poznańskim" podano, że "Z powodu długotrwałych mrozów w wielu domach popękały rury wodociągowe, co spowodowało znaczne straty. Jeden z domów został podmulony przez uchodzącą z rur wodę. Musiano przedsięwziąć środki ostrożności, gdyż dom grozi zawaleniem".

źródło: https://www.onet.pl/informacje/historiaorg/zima-stulecia-z-1929-r-rekordowe-mrozy-w-polsce-zabraklo-wegla/e7lw42x,30bc1058

środa, 4 lutego 2026

2319. O Zimie tysiąclecia

Spadło trochę więcej śniegu, mróz postraszył przez kilka dni. Na drogach pojawił się lód, który sparaliżował ruch. Wiele ludzi narzeka na taką aurę. Tymczasem takie zimy w tym regionie świata nie są niczym szczególnym. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie dziwiły one nikogo, a były zwyczajną koleją rzeczy. Może ludzie byli mniej zabiegani? Bardziej przystosowujący się do otaczającego ich świata? Było mniej samochodów, nie musieli ich odśnieżać, ani podjazdu do domu. Ubierali się ciepło, napalili w piecach kaflowych i żyli.
A co mieli powiedzieć ludzie, którzy byli świadkiem Wielkiej Zimy w 1709 roku, kiedy zamarzało nawet wino w beczkach. 1709 rok, czasy bez współczesnych wygód, bez elektryczności, bez mediów. Podejrzewam, że nawet z magazynowaniem pożywienia było krucho. Tamten czas wyobrażam sobie tak, że rodziny spały na jednym posłaniu, poprzytulane do siebie, jeżeli nie musiały, to nie wychodziły z domów, w których ledwie było znośnie. My możemy swoje mieszkania ogrzać urządzeniami elektrycznymi, oni musieli cały czas pilnować, żeby ogień nie wygasł w paleniskach.
A jak wyglądała zima tysiąclecia w 1709 roku? Zapraszam do lektury.

Zima tysiąclecia. W 1709 r. zamarzła cała Europa

Wielki Mróz lub Wielka Zima to nazwa bez wątpienia najbardziej mroźnej zimy w całym tysiącleciu. Temperatura na południu Francji wynosiła nawet -23,2 st. C. Mróz uderzył nawet w kraje o ogólnie łagodnych zimach, takich jak Portugalia, czy Włochy. Głód spowodował ogromne straty w uprawach, kryzys gospodarczy, wielki głód, a nawet zmienił bieg wojny.
Zima na obrazie Pietera Bruegela Starszego (domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)

Zima 1790 w Anglii
Fala zimna, która finalnie doprowadziła do niespotykanych w Europie Zachodnich mrozów, rozpoczęła się w okolicach Święta Trzech Króli w 1709 roku. William Derham, angielski astronom, a zarazem proboszcz w kościele św. Wawrzyńca w Upminster, od lat prowadził obserwacje meteorologiczne. W nocy 5 stycznia zanotował najniższą temperaturę w historii prowadzonych przez siebie pomiarów. Wynosiła ona aż -12 st. C. W łagodnym klimacie Wysp Brytyjskich jest to naprawdę silny mróz. Derham zapisał wtedy, że to był wręcz największy mróz w pamięci człowieka. Oczywiście istnieją regiony świata, gdzie taka temperatura nikogo nie dziwiła i dalej nie dziwi, jednak tak niska temperatura w podlondyńskim Upminster musiała szokować ówczesnych mieszkańców Anglii. Zamarzła wtedy Tamiza, stając się tym samym miejscem, na którym londyńczycy spotykali się towarzysko i jeździli na nartach. Po trzech miesiącach przyszło ocieplenie, a wraz z nim dość duża powódź. W ostateczności w 1709 roku dochód na mieszkańca Anglii spadł o 20-30%.

Zima 1709 roku we Francji
Jeszcze niższe temperatura odnotowano we Francji. W leżącej nad Morzem Śródziemnym Marsylii 8 stycznia zanotowano spadek temperatury z +8,5 st. C do - 11,2 st. C. Ta rozbieżność idealnie pokazuje gwałtowność zjawiska. Kilka dni później, 11 stycznia, temperatura spadła już do - 17,5 st. W leżącym kilka kilometrów od wybrzeża Morza Śródziemnego Montpellier temperatura wynosiła - 16,1 st. C. Z kolei w Bordeaux, które jest położone ok. 100 km od Oceanu Atlantyckiego, od 10 do 22 stycznia temperatura każdego poranka wynosiła około -18 st. C, a spadała okresowo do -23,2 st. C. Zamarzła przepływająca przez miejscowość rzeka Garonna, a nawet woda w domach i wino w beczkach. Także w pobliżu palenisk temperatura była stosunkowo niska.
Obraz przedstawia konfiskatę zapasów zboża celem jego dystrybucji wśród głodującej na skutek Wielkiej Zimy ludności / fot. BnF (domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)

Wielki Mróz nie oszczędził również Paryża, gdzie dokładne pomiary temperatury prowadzili astronom Philippe de La Hire oraz botanik Louis Morin de Saint-Victor. Z uzyskanych wyników wyliczono, że średnia temperatura w styczniu we stolicy Francji w 1709 r. wyniosła -3,7 st. C. Dla porównania średnia temperatura w styczniu w Paryżu wynosi aktualnie około +3,5 st. C. Zimno panowało w Paryżu od 6 do 24 stycznia, kiedy temperatura potrafiła spaść nawet do - 18 st. C. Tak niskie temperatury spowodowały, że w okolicach Awinionu zamarzła rzeka Rodan. Z kolei w leżącym na Lazurowym Wybrzeżu Grasse zamarzło kilka drzew oliwnych, które trzeba było wyciąć. Podobny los spotkał drzewa oliwne w Mas-Cabardes w Oksytanii. Uszkodzeniu uległa też inna roślinność, w szczególności uprawy zbóż oraz winorośli. Francuski archiwista, Armand Benet, który opisał zimę w 1709 roku, zrelacjonował, że 6 stycznia zerwał się północny wiatr powodując przenikliwe zimno. Mróz był tak silny, że przesiąknięta deszczami ziemia zamarzła na głębokość trzech stóp w przeciągu zaledwie doby. Zimno trwało z taką surowością przez blisko siedemnaście dni. W tym czasie nawet rzeka w Macon zamarzła na całej głębokości. Z tego okresu zachował się list, który do ciotki w Niemczech napisała Elżbieta Charlotta z Palatynatu, księżna orleańska. Napisała w nim, że nigdy nie widziała takiej zimy.

Zima 1709 w innych krajach Europy
Obraz Gabriela Belle przedstawiający zamarzniętą Lagunę Wenecką w 1709 roku (domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
W Berlinie temperatura w nocy z 9 na 10 stycznia spadła do -16,6 st. C. Nawet gorące źródła Akwizgranu zamieniło się w lód. Częściowo zamarzło także Morze Północne, umożliwiając przejście po morzu z Danii do Szwecji. Zamarzło też Morze Bałtyckie, dzięki czemu można było podróżować saniami z Polski do Szwecji. Zima nie ominęła także i Włoch. Zamarznięciu uległa Laguna Wenecka, stając się miejscem zabaw dla mieszkańców Wenecji. W mieście temperatura spadła do -17 st. C. W regionie Emilia-Romania wymarzły jabłonie, śliwki, orzechy i wiśnie. 
Statki zostały uwięzione w oblodzonych śródziemnomorskich portach, takich jak Genua i Marsylia. Zamrożone zostało nawet ujście Tagu w Lizbonie.

Zima a wojna
Bitwa pod Połtawą (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
W 1709 r. pod Połtawą doszło do rozstrzygającego starcia między Rosją a Szwecją w trwającej wojnie północnej. Bitwę wygrała armia rosyjska. Zwycięstwo dało Rosji dostęp do Morza Bałtyckiego, co tylko wzmocniło ją gospodarczo, a sukcesy militarne rozbudziły jej dążenia do powiększenia swojego terytorium. Spory wpływ na porażkę szwedzkiego króla miała także zima. To niej po części swoje zwycięstwo zawdzięczał Piotr I, ponieważ poważnie osłabiła zdyscyplinowaną i doświadczoną armię szwedzką. Zima spowodowała też opóźnienie działań wojennych podczas wojny o sukcesję hiszpańską.

Wielki głód w 1709 r.
Skutkiem tak mroźnej zimy był wielki głód w 1709 roku. Zniszczenie plonów doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen zbóż. Mieszkańcy wsi nie byli w stanie zebrać plonów dla zaspokojenia swoich potrzeb. Z kolei wysokie ceny produktów uniemożliwiały mieszkańcom zakup zboża, którego cena wzrosła dziesięciokrotnie w porównaniu w 1708 r. Fatalna sytuacja na rynku rolnym wywołała kryzys gospodarczy. Aby ratować sytuację, król Francji zwolnił z ceł importowych zboże przywożone do kraju. Zwiększono też opodatkowanie najbogatszych Francuzów, zaś gminy zmuszono do organizowania pomocy żywnościowej dla najbiedniejszych. Ukrywającym zapasy zboża grożono ciężką karą pracy na galerach.
Zima na obrazie Charlesa Leickerta (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Mimo to we Francji wskutek mrozu i głodu w 1709 r. zmarło około 600 tys. ludzi. Dodatkowo trwała wtedy wojna o sukcesję hiszpańską, która pogarszała sytuację ludności w zachodniej Europie.

Co wywołało Wielki Mróz?
Nie ulega wątpliwości, że zima w 1709 roku była najzimniejszą w historii Europy. Nigdy nie odnotowano tak mroźnego stycznia. Pomimo rozwoju nauki, jego przyczyna w dalszym ciągu jest zagadką dla naukowców. Jedna z hipotez mówi, że w 1709 r. miała miejsce zima wulkaniczna spowodowana wcześniejszymi erupcjami takich wulkanów, jak Teide (na Wyspach Kanaryjskich), Santorini (we wschodniej części Morza Śródziemnego) oraz Wezuwiusza (w pobliżu Neapolu). Druga hipoteza koncentruje się wokół zjawiska nazywanego Minimum Maudera, tj. okresu mniejszej ilości plam słonecznych. Nadal brak jest jednak pewnych na 100% przyczynach wielkiej zimy w 1709 roku.

wtorek, 27 stycznia 2026

2315. W lekturze siła

Zagłada narodu żydowskiego jest motywem podejmowanym nie tylko przez wielu scenarzystów i reżyserów, o czym pisałam ostatnio, ale też pisarzy i poetów. Wiele osób, które przeżyło holokaust w różnej formie, zdecydowało się po latach przelać swoje wspomnienia na papier, nawet jeżeli nie są zawodowymi pisarzami. Za moich czasów jedną z obowiązkowych lektur w szkole średniej była niewielkich rozmiarów książka Hanny Krall, "Zdążyć przed Panem Bogiem". Poruszono w niej chociażby problem codziennego życia w getcie żydowskim. Pamiętam, że zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, chociaż nie była pierwszą o tej tematyce, jaką przeczytałam w życiu.
Od jakiegoś czasu w okolicach przełomu stycznia i lutego staram się przeczytać jakąś książkę związaną z tą tematyką. A jest ich multum, począwszy od literatury faktu, a skończywszy na beletrystyce, z wymyśloną przez autora fabułą, która jest nieprawdopodobna, a jednak zadziwiająca (mam tu na myśli chociażby mojego ulubionego "Chłopca w pasiastej piżamie"). Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się. W tym roku wypożyczyłam dwie książki związane z problemem holokaustu z którymi uporałam się bardzo szybko. Aż chciałoby się rzec - za szybko. Ale co innego można robić na przymusowym L4 żeby się nie nudzić? Jedna opowiadała o żydowskich dziewczynkach ukrywanych w czasie II wojny światowej i trochę przypominała mi "Dziewczyny sprawiedliwe. Polki które ratowały Żydów" autorstwa Anny Herbich-Zychowicz. Druga natomiast to oparta na faktach historia chłopca, który wiele lat spędził za murami obozu koncentracyjnego w Auschwitz.
Tytuł: "Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu"
Autor: Anna Bikont
Wydawnictwo: Czarne
Wołowiec 2023
Ilość stron: 244

Jak wiemy z historii, zgodnie z rozporządzeniem wydanym przez Adolfa Hitlera, naród żydowski miał zostać zgładzony. W związku z tym budowały najpierw getta żydowskie, a następnie obozy koncentracyjne i zagłady, które miały przyspieszyć ich zagładę. Każdy Polak miał obowiązek zgłosić miejsca, w których mogą przebywać Żydzi, a za pomoc w ich ukrywaniu groziły surowe kary. Jednak znajdowali się tacy ludzie, którzy decydowali się na pomoc prześladowanym, a nawet na ich ukrywanie w swoich posiadłościach. Popularne było na przykład ukrywanie dzieci, które na ten czas stawały się najczęściej dalekimi krewnymi rodziny. W ten sposób uratowano wiele żyć, w tym szóstki kobiet, które po latach niektóre z nich zdecydowały się na podzielenie się swoimi wspomnieniami z Anną Binkot.
Znamienne jest to, że wszystkie przedstawione przez autorkę ocalone kobiety już nie żyją. Z Elżunią, bohaterką pierwszego reportażu nie miała ona nawet okazji porozmawiać, ponieważ popełniła ona samobójstwo w latach 60 XX w Stanach Zjednoczonych. Jako materiał musiały jej wystarczyć wspomnienia tych, którzy ją znali. Z pozostałymi: Blimą, Janką, Dorką, Małką oraz Ireną udało jej się jednak porozmawiać. Każda z nich miała swoją historię i swój obraz holokaustu, jaki wyniosły z czasów swojego dzieciństwa. Nie brakuje w nich strachu, głodu i chłodu, ale też nadziei na to, że wszystko kiedyś się skończy i wreszcie ktoś zdejmie ciążące na nich jarzmo pochodzenia.
Książka Anny Bikont "Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu" jest potwierdzeniem, że w czasie wojny łatwiej było ukryć żydowskie dziewczynki niż chłopców, którzy z powodu obrzeżania byli łatwi do zidentyfikowania co do ich pochodzenia. Oczywiście wiązało to się z ryzykiem, także ze zmianą tożsamości tych dzieci. Ale w większości udawało się ocalić chociaż tą część żydowskiego społeczeństwa, które po wojnie najczęściej wracały do swoich korzeni, kontynuując tym samym trwanie całego narodu.

Tytuł: "Chłopiec, który przeżył Auschwitz. Historia prawdziwa"
Autor: Tomasz Wandzel
Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Kraków 2021
Ilość stron: 218

Książek takich jak ta jest wiele. Kilka lat temu przeczytałam "Chłopca, który poszedł za tatą do Auschwitz" Jeremy'ego Dronfielda, przy której kilka razy polały mi się łzy. Potem przyszła pora na "Chłopca, który narysował Auschwitz" z niesamowitymi obrazkami narysowanymi dłonią nastolatka i obrazującymi codzienne życie w obozie. Teraz przyszła pora na "Chłopca, który przeżył Auchwitz. Historia prawdziwa" autorstwa Tomasza Wandzla.
"Chłopiec, który przeżył Auschwitz. Historia prawdziwa" jest, jak mówi drugi człon tytułu, historią opartą na faktach. Przedstawia kilka lat z życia Griszy, który jako zaledwie pięcioletnie dziecko wraz z rodziną trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. W ciągu zaledwie kilku miesięcy z kilkuosobowej rodziny został sam. Ale i życie malca kilkakrotnie wisi na włosku: zmaga się z zapaleniem płuc, a także trafia pod "opiekę" słynnego doktora Mengele. Jednak dzięki opiece i pomocy innych współwięźniu udaje mu się dotrwać chwili, kiedy armia radziecka wyzwoliła obóz.
Historia małego Griszy wzrusza, ale też powoduje oburzenie i niezgodę na to, co działo się za druciastym płotem obozu koncentracyjnego. Najbardziej uderzające, jak dla mnie, były te fragmenty, w których wspominał on eksperymenty, jakim został poddawany będąc pacjentem legendarnego doktora Josefa Mengele. Oczywiście wiem, że był to pseudolekarz, który nie leczył, a wykonywał na ludziach dziwne eksperymenty. Ale i tak żal mi było w tym wszystkim tego kilkuletniego Griszy, którym wtedy był autor wspomnień. A jednak książka niesie nadzieję, że nawet z najgorszego miejsca na Ziemi można zostać uwolnionym, jeżeli tylko znajdzie się ktoś, kto nam w tym pomoże i wesprze.

piątek, 9 stycznia 2026

2303. Czym charakteryzowała się "Biała odwaga"?

Temat bezsensownej śmierci młodego Nikodema Mareckiego i poruszona różnymi pozytywnymi opiniami na temat jego gry aktorskiej postanowiłam obejrzeć jakiś film z jego udziałem. Nie ma ich zbyt dużo - chłopiec był dopiero początkującym aktorem. Jednak w ostatnim czasie "TVP Historia" wypuściła na swoim kanale "Białą odwagę", w której Nikodem grał epizodyczną rolę brata głównej bohaterki. Zmobilizowałam się więc i obejrzałam, nawet nie tyle ze względu na chłopca, ile na samą tematykę. I muszę przyznać, że to były bardzo dobrze wykorzystane dwie godziny w styczniowy wieczór.
Akcja filmu zaczyna się chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Jędrek Zawrat, potomek znanego góralskiego rodu, jest utalentowanym taternikiem, który każdą wolną chwilę spędza pokonując najtrudniejsze drogi na górskie szczyty. Wybranką jego serca jest najpiękniejsza dziewczyna w całej okolicy - Bronka Wetula. Rodzice mają jednak inne plany co do połączenia się tych dwóch rodów. Wkrótce dziewczyna wychodzi za mąż za starszego, stateczniejszego i poważniejszego z braci - Macieja. Urażony Jędrek opuszcza rodzinne strony i wyjeżdża do Krakowa, gdzie szybko wtapia się w życie dużego miasta. Wkrótce poznaje niemieckiego alpinistę, a zarazem naukowca, Wolframa von Kamitza. Jest on zwolennikiem ciekawej teorii, wedle której Górale mają wywodzić się ze starogermańskiego plemienia Pragotów. Niebawem wybucha wojna, która szybko ogarnia całą Polskę, w tym tereny dawnej Galicji. Niemcy oferują mieszkańcom Podhala pójście na współpracy. Maciej Zawrat, przy poparciu wielu znakomitych góralskich rodów, jednogłośnie odrzuca taką propozycję. Inaczej postępuje przekonany przez Wolframa Jędrek. Mając nadzieję na odzyskanie ukochanej Bronki oraz ocalenie swojej góralskiej społeczności przed skutkami wojny, w tym przed zagładą, podejmuje współpracę z okupantem. Maciej i Jędrek mimowolnie zostają uwikłani w historię, a tym samym zmuszeni do podejmowania najtrudniejszych wyborów. Kochając tą samą kobietę staną po przeciwnych stronach sporu, który zdecyduje nie tylko o ich osobistych losach, ale być może i o przyszłości całego regionu.
"Biała odwaga" to nie tylko film o miłości dwóch braci do jednej kobiety w czasie drugiej wojny światowej, ale też o trudnych wyborach które musieli podjąć ludzie żyjący w ówczesnych czasach. O zdradach, kolaboracjach, intrygach i kombinowaniu, jak przeżyć kolejny dzień. Mnie uderzył też wątek żydowskiej społeczności żyjącej w Zakopanem i okolicach, która musiała walczyć podwójnie o swoje ocalenie. A jednocześnie to film o pasji i pięknie gór. Niebanalne ujęcia majestatu polskich Tatr wraz z klimatyczną muzyką sprawiają, że nie trzeba być miłośnikiem gór, aby zachwycić się tego typu kadrami. Ciekawym pomysłem reżysera było też wplecienie elementów podhalańskiego folkloru w fabułę filmu - góralska muzyka oraz ubiór podkreślają etniczność regionu, na którym ona się toczy. Jedyne co wyszło na minus to mnogość wątków, przez co widz może z czasem się pogubić w tym, co się dzieje, a nawet może go to nużyć, ale ogólnie to jest dobry film.
źródło zdjęcia
Jeszcze ciągnie mnie, aby pójść obejrzeć "Ministrantów". Podobno to też jest mocny. Może znajdę choć chwilkę w przyszłym tygodniu.

niedziela, 4 stycznia 2026

2301. Danton - bohater czy postać tragiczna

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie na początku mojej studenckiej kariery. Profesor prowadzący historię gospodarczą włączył go naszemu rocznikowi najpierw w ramach wykładów, a potem ćwiczeń. Jaki był tego powód nie mam pojęcia, ponieważ byłam wtedy na zimowym obozie sportowym. Faktem natomiast jest to, że potem stawiał z jego treści pytania podczas zaliczenia przedmiotu. Z jednej strony cieszyłam się wtedy, że ocena została mi wystawiona na podstawie aktywności na zajęciach, z drugiej jednak obiecałam sobie, że kiedyś zmobilizuję się na tyle, aby obejrzeć jeden z filmów reżysera Andrzeja Wajdy, "Danton".
Myślę, że każdy z nas kojarzy postać głównego bohatera filmu - Georgesa Dantona. Historia zapamiętała go jako jednego z organizatorów i głównych przywódców rewolucji francuskiej w 1789 roku. Bezwzględny, stanowczy, chociaż pojawiają się też głosy broniące jego stanowczej postawy. Chyba jednak najbardziej zapamiętany został z tego, że go zgilotynowano w czasie terroru jakobińskiego.
Film "Danton" opowiada właściwie o ostatnich tygodniach życia jej głównego bohatera. Jego akcja rozpoczyna się w 1794 roku, kiedy Francję ogarnia rewolucyjny terror wprowadzony przez Dantona. Podczas burzliwego posiedzenia Komitetu Ocalenia Publicznego, jakobin Jacques Nicolas Billaud-Varenne jawnie oskarża go o działalność kontrrewolucyjną wymierzoną przeciw komitetom. Obecny na zebraniu Maximilien de Robespierre przeciwstawia się co prawda aresztowaniu i osądzeniu Dantona, ale z trudem narzuca swoje zdanie innym członkom Komitetu, którzy są zaniepokojeni wpływami Dantona oraz jego popularnością. Takim sygnałem ostrzegawczym dla niego jest likwidacji redagowanej przez Camille'a Desmoulinsa gazety "Vieux Cordelier".
Danton otrzymuje ostrzeżenie, że rząd chce go aresztować wraz z najbliższymi współpracownikami. Niestety, lekceważy je, licząc naiwnie na swoją popularność wśród paryżan oraz nietykalność z uwagi na zasługi dla rewolucji. Z inicjatywy Robespierre'a, nadal pragnącego oszczędzić Dantona, dochodzi do poufnego spotkania obydwóch przywódców, które jednak nie skutkuje dojściem do zamierzonego porozumienia. Zdecydowany już Robespierre, w obawie przed radykalnymi działaniami ze strony Dantona, postuluje w Komitecie Ocalenia szybkie osądzenie go. Raport rewolucjonisty Lauis de Saint-Juste'a stanowi podstawę do przygotowania listy osób przeznaczonych do uwięzienia. W nocy z 30 na 31 marca 1794 roku dochodzi do aresztowania tzw. dantonistów wraz z samym Dantonem. Zostają oni internowani w Pałacu Luksemburskim. Następnie zostaje im wytoczony publiczny proces, podczas którego zostaje wydany na Dantona wyrok śmierci.
Film Andrzeja Wajdy pt. "Danton" jest doskonałym obrazem tego, jak ktoś może w jednej chwili z osoby bardzo popularnej w społeczeństwie stać się taką, z którą nikt nie będzie się liczył, która spadła na sam dół i została pozbawiona praw publicznych. Chociaż z historii wiedziałam, jaki będzie jej finał, to i tak żal mi się zrobiło, kiedy oglądałam finałowe sceny, w których Danton został zgilotynowany. Chociaż nie przepadam za aktorem Gerardem Depardieu, to nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że w tej roli akurat bardzo przypadł mi do gustu. Zagrał niezwykle realistycznie rolę Dantona, widz widział, że wkłada w nią wiele emocji. Poza tym w filmie zobaczymy całą plejadę dobrze znanych nam polskich aktorów i aktorek, co sprawia, że film odbiera się jako jeszcze bardziej swojski.

poniedziałek, 21 lipca 2025

2236. W centrum Bożego Miłosierdzia

Kiedy zbliżały się Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku, zabrałam moich ówczesnych czytelników w wirtualną podróż w czasie poprzez kolejne edycje tego niezwykłego spotkania młodych osób z całego świata pod wodzą papieża. Większość z tamtych wpisów oparłam na książce "Młodym być" Pawła Zuchniewicza, który w rewelacyjny sposób opisał spotkania Jana Pawła II z młodymi ludźmi. Pozostałe spotkania, aż do 2013 roku, kiedy odbyły się Światowe Dni Młodzieży odbywały się w Rio de Janeiro, opisywałam na podstawie różnych materiałów dostępnych w sieci. 
31. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie były tymi pierwszymi, w których miałam okazję brać czynny udział, i to od razu w roli wolontariusza na dwóch poziomach przygotowania - parafialnym i centralnym. Kiedy trzy lata wcześniej papież ogłaszał miejsce spotkania w 2016 roku, wiedziałam, że wezmę w nich udział. Ale nigdy bym nie przypuszczała, że w takim charakterze. To było drugie zaskoczenie, tuż po ogłoszeniu samego miejsca spotkania. Chociaż z drugiej strony, Kraków to całkiem ciekawe miasto pełne zabytków i świętych, a więc - dlaczego nie.
31. spotkanie młodych całego świata z papieżem Franciszkiem odbyło się od 26 do 31 lipca. Jako hasło wybrano jedno z ewangelicznych błogosławieństw - "Błogosławieni miłosierny, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". Było ono trafione w punkt, ponieważ Kraków nazywany jest "Stolicą Bożego Miłosierdzia" - to stąd święta Faustyna Kowalska przekazała światu prawdę o Bożym Miłosierdziu. Do hasła został skomponowany hymn oparty na Psalmie 121 "Błogosławieni miłosierni".
Logo spotkania prezentowało krzyż wpisany w kontury Polski - to nawiązanie do jej chrześcijańskiego dziedzictwa. Nie możemy bowiem zapominać, że w 2016 roku w Polsce obchodziliśmy także 1050 rocznicę przyjęcia przez kraj chrztu. Z ramion krzyża wypływają dwie wstążki - czerwona i niebieska. To odzwierciedlenie dwóch promieni wypływających z serca Pana Jezusa na obrazie Jezusa Miłosiernego. Wstążki te obejmują kółko, którym zaznaczono Kraków, czyli miejsce spotkania.
Tydzień wcześniej niemal wszystkie diecezje w naszym kraju gościły przybyszów z różnych zakątków świata, pokazując im tym samym najpiękniejsze i godne uwagi miejsca. Przykładowo moja diecezja zaproponowała wycieczki do Częstochowy oraz Obozu Koncentracyjnego w Oświęcimiu. Oprócz tego był tzw. Dzień dekanalny, podczas którego świętowaliśmy całym dekanatem w lokalnym parku oraz dzień parafialny. Włączałam się we wszystko na ile mogłam, pomiędzy zabiegami rehabilitacyjnymi, a szkoleniami przed centralnymi wydarzeniami, na które musiałam dojechać busami do Krakowa (to jedna z tych goryczy, które czuję, kiedy słyszę, że za mało udzielam się w parafii).
W poniedziałek, 25 lipca, do Krakowa oraz okolic zaczęli napływać pielgrzymi. Nasza diecezja miała bazę w niedalekich Jerzmanowicach. Tam przygotowywali się na spotkanie z papieżem np. poprzez konferencje i spotkania z ciekawymi ludźmi. Ja jednak, jako wolontariusz centralny, zakwaterowana byłam w Krakowie. Dzięki temu mogłam jak na dłoni widzieć to, co się działo w samym sercu wydarzeń. Te tłumy ludzi, tą radość na ich twarzach. I wyjątkowe grafiki zdobiące miasto, skonstruowane przez przedwcześnie zmarłego Maćka Cieślę.
We wtorkowe popołudnie uroczystą Mszą świętą sprawowaną na krakowskich Błoniach, chociaż jeszcze bez papieża Franciszka, zaingurowano centralne uroczystości. Eucharystii przewodniczył ówczesny kardynał krakowski Stanisław Dziwisz, a koncelebrowali ją kapłani z różnych kontynentów. W homilii kardynał prosił młodych: "Niech płomień miłości ogarnie nasz świat, by umacniała się cywilizacja dobra, pojednania i pokoju; dzielmy się naszą wiarą, naszymi doświadczeniami, naszymi nadziejami. Z czym wrócimy? Lepiej nie uprzedzać odpowiedzi na to pytanie. Ale podejmijmy wyzwanie". Z perspektywy czasu ważnym dla mnie momentem było zaniesienie przez przedstawicieli Towarzystwa Ciemnych Typów obrazu z błogosławionym Pier Giorgiem Frassatim. Osobiście nie mogłam jednak być na tej Mszy, ponieważ jako wolontariusz miałam posługę w innym miejscu. Od wtorku do piątku trwały bowiem dodatkowe wydarzenia dla pielgrzymów, na których też potrzebowano ludzi do pomocy. Dlatego obejrzałam transmisję z tego wydarzenia dopiero po powrocie do domu.
Środa była dniem, w którym była przerwa w centralnych głównych wydarzeniach. Nie oznacza to, że w Krakowie zamarło życie, wręcz przeciwnie. Były turnieje sportowe, koncerty, wystawy, prelekcje i wykłady, przewodnicy oprowadzali po mieście, a kapłani głosili katechezy w różnych językach świata. Pamiętam, że na AGH, gdzie byłam przydzielona, były wykłady i dyskusje na temat encykliki papieża Franciszka "Laudato Si". Tak naprawdę życie w mieście zamarło tylko na moment - tego dnia Franciszek przyleciał do Polski i z lotniska na Balicach przejechał do zamku na Wawelu na spotkanie z władzami kraju oraz Konferencją Episkopatu Polski, pozdrawiając zgromadzonych przy drodze wiernych i przypadkowych ludzi. Tego dnia kończyłam służbę dosyć późno, miałam jednak nadzieję, że uda mi się zdążyć na spotkanie z papieżem pod oknem na Franciszkańskiej. Nie udało. Ale wiem, że w kilku słowach wspominał o Maćku Cieśli, czym wzruszył niejednego człowieka.
Na czwartkowe popołudnie zaplanowane było powitanie papieża Franciszka z młodzieżą na krakowskich Błoniach. Jednak zanim to się stało, to większość wolontariuszy udała się do przydzielonych im zadań. Sam papież pojechał na Jasną Górę, gdzie przewodniczył Mszy świętej z okazji 1050 rocznicy Chrztu Polski. Wiele osób w Krakowie było na bieżąco z tym, co się dzieje w Częstochowie i dzieliło się tym z innymi (w tym ze mną). Przyznam, że im bliżej było tego spotkania, tym większą czułam ekscytację. I naprawdę nie mogłam się doczekać tego, aż papież w końcu dotrze na krakowskie Błonia i skieruje do na swoje słowa. A docierał w dosyć nietypowy sposób, bo tramwajem i z niepełnosprawnymi ludźmi.
To zdjęcie nabrało dla mnie wyjątkowej mocy - Marta, niepełnosprawna poetka z Krzeszowic, która z powodu niepełnosprawności pisała swoje piękne wiersze malutkim palcem u lewej dłoni (spróbujcie tak napisać na komputerze chociaż jedno zdanie, jedno słowo), a na studiach była prymuską i całujący ją czule papież. Oboje już po tamtej stronie życia...
Kiedy w końcu papamobile zaczęło objeżdżać sektory wokół Błoni, emocje sięgnęły zenitu. Zwłaszcza w momencie, kiedy Franciszek był na wyciągnięcie ręki. Potem wszystko jakoś toczyło się dalej. Dźwięki hymnu "Błogosławieni miłosierni" oficjalnie powitały najważniejszego pielgrzyma, tak samo jak kardynał Stanisław Dziwisz, gospodarz miejsca. Jak żywe przed oczyma mam sceny z przemarszu przedstawicieli różnych krajów z ich flagami oraz podawanie sobie Ewangelii przez młodych żyjących na przestrzeni wieków w różnych częściach świata (św. Agnieszka Rzymska, święta Jadwiga królowa, św. Dominik Savio, św. Kizito, św. Teresa od Dzieciątka Jezus, błogosławiony Pier Giorgio Frassati, św. Maria Goretti, bł. Jose Sanchez del Rio oraz błogosławieni Zbigniew Strzałkowski i Michał Tomaszek). A także słowa Franciszka, te na które tak bardzo czekaliśmy. To z tamtego przemówienia do codziennego języka weszły takie zwroty, jak: "młodzi emeryci", "miłosierdzie ma zawsze młode oblicze", czy też "serca otwarte na marzenia".
W piątkowe popołudnie odbyła się Droga Krzyżowa pod przewodnictwem papieża Franciszka. Dla mnie był to też ostatni dzień posługi wolontariackiej podczas przypisanego mi przez "górę" zadania. Sobota oraz niedziela była dla mnie wolna, dzięki czemu mogłam bez przeszkód iść na Pole Miłosierdzia. Rano Ojciec Święty udał się do liceum sióstr prezentek oraz, dosyć niespodziewanie dla wszystkich, do Szpitala Uniwersyteckiego, gdzie od tygodni przebywał w śpiączce kardynał Franciszek Macharski. Można powiedzieć, że zdążył w ostatniej chwili - kardynał kilka dni później zmarł. Następnie udał się do Oświęcimia, a po powrocie pojechał na spotkanie z młodymi pacjentami Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Zgodnie z programem po godzinie 17:00 papież ponownie spotkał się z przybyłą do Krakowa młodzieżą, aby wspólnie modlić się i przeżywać kolejne stacje Drogi Krzyżowej, które wyszły spod pióra biskupa Grzegorza Rysia. Czy ktoś jeszcze pamięta, że w tamtym czasie był on biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej? Tym razem Franciszek niestety nie jeździł między sektorami, a pojechał prosto pod specjalnie zbudowany na tą okazję ołtarz, z którego przewodniczył nabożeństwu. Pomimo upływu lat, bardzo dobrze pamiętam to skupienie na twarzy zgromadzonych ludzi, wsłuchujących się w treść rozważań. A rozważania, jak przystało na Rok Bożego Miłosierdzia, dotyczyły uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała. Mądre, życiowe teksty trafiające w sam punkt i w serce młodzieży. Do owych czternastu uczynków miłosierdzia nawiązał papież podczas przemówienia na zakończenie nabożeństwa. Potem udało mi się iść pod okno na ulicy Franciszkańskiej. Co prawda niewiele widziałam i jeszcze mniej rozumiałam, ale za to poczułam tą niesamowitą atmosferę, która roztaczała się dookoła.
Kulminacyjnym punktem spotkania młodych całego świata było czuwanie z soboty na niedzielę na Polu Miłosierdzia, usytuowanym kilka kilometrów za Krakowem. Chętnych chcących w nim uczestniczyć czekał dosyć długi marsz w dość wysokiej temperaturze. Z drugiej strony mieli na to cały dzień, więc mogli spokojnie dotrzeć na miejsce. Czuwanie rozpoczęło się o godzinie 20:00 od przybycia papieża na kampus i symbolicznego przejścia Franciszka z przedstawicielami młodzieży przez Bramę Miłosierdzia.
Następnie wysłuchaliśmy świadectw młodych osób o tym, jak Bóg i Jezus wpłynęli na ich życie. Niektóre z nich były radosne, a od innych ciarki przechodziły po plecach. Pewnym podsumowaniem ich wypowiedzi było wystąpienie papieża. Kojarzycie motyw z tym, aby wstać z wygodnej kanapy, założyć wygodne buty i iść zmieniać świat? To właśnie z tamtego wieczoru i tamtego przemówienia. Dzień został zwieńczony koncertem "Wierzę w Boże miłosierdzie", na którym wystąpiło wiele polskich i zagranicznych gwiazd.
Niedziela 31 sierpnia to był ostatni dzień oficjalnych obchodów 31. Światowych Dni Młodzieży. Rano tradycyjnie odbyła się Msza Posłania, po południu - spotkanie z wolontariuszami. Wbrew pozorom noc spędzona na świeżym powietrzu nie była taka zła. Przed rozpoczęciem Mszy, na polecenie koordynatorów, chodziliśmy po sektorach i prosiliśmy pielgrzymów, aby powoli składali swoje namioty. Papież przybył na Pole Miłosierdzia tuż przed Mszą. Z niecierpliwością czekałam na jedne z ostatnich słów Franciszka skierowanych do młodych podczas kazania. Tym razem opiewały one wokół ewangelicznego Zacheusza - człowieka małego wzrostem, ale wielkiego odwagą i duchem. I takiej też odwagi życzył każdemu z nas. Na koniec papież ogłosił miejsce kolejnego spotkania - Panama w 2019 roku. Na Brzegach wybuchnął autentyczny entuzjazm. W wyśmienitych nastrojach wracaliśmy ze spotkania. I nie zniszczył ich nawet padający po drodze deszcz. Jedyne czego było mi żal to tego, że nie dotarłam na czas na spotkanie papieża z wolontariuszami na Tauron Arenie, ale w życiu nie można mieć wszystkiego, na co ma się ochotę.

poniedziałek, 12 maja 2025

2185. Marszałek był tylko jeden

Dziadek od strony mamy był w ostatniej klasie szkoły powszechnej, kiedy zmarł Józef Piłsudski. Podobno przez cały tydzień te wiejskie dzieci z małej wiejskiej szkółki chodziły z żałobnym pasem na ramieniu. Z kalendarium życia Karola Wojtyły wiem, że miał on mowę okolicznościową w dniu jego pogrzebu. Ten z kolei wypadł w piętnastą rocznicę urodzin przyszłego papieża. Do dziś śmierć marszałka Piłsudskiego uważana jest za moment, który wstrząsnął II Rzeczpospolitą.

Jak żegnano Józefa Piłsudskiego
12 maja 1935 o godz. 20.45 w warszawskim Belwederze zmarł Józef Piłsudski. Ówczesny nastrój panujący w stolicy uchwycił popularny wówczas reportażysta w tygodniku "Wiadomości Literackie".

Wieść zbiegła z telefonów, wczepiła się w szare mury domów plakatami orędzia Prezydenta, podbiegła czarnymi obwódkami na pierwszych stronach pism porannych, wytrysła nad bramy domów sztandarami spowitymi w czerń. Poleciała w Aleje [Ujazdowskie] i na Pragę, na Wolę, na daleki Żoliborz, Ochotę, Annopol, opóźniła kroki ludzi wstających do pracy, fabryki, urzędu, rzucała ich na gazety, przykuwała do plakatu. Dotarła już wszędzie. Sklepy spożywcze i szynki, hale targowe i rogi ulic, wszędzie, gdzie życie wielkiego miasta najpierw rusza od nowa, pełne są tylko niej. I naraz tłum poczyna walić pod Belweder, bez sztandarów, bez pochodów i komend, bez pytania, jezdnia nie jezdnia, na przełaj, po wiejsku. Zagęszcza się zbitą masą głów przed kratami pałacu. Zagląda w każde oczy człowieka, który wychodzi stamtąd, który widział. Chwyta każde słowo z jego ust.

Marszałek umarł.

Warszawa pęcznieje tą wiadomością, rozpęka nią, wzbiera, wylewa. Gazety rozdzierają ciemność wczorajszej nocy, rozrywają zasłonę murów pałacowych, zasłonę zapuszczonych w oświetlonych pokojach stor. Na rogu ulicy chrapie głośnik radiowy. Padają nazwiska lekarzy i nazwy chorób, medyczne, uczone słowa mieszają się z patosem porannych artykułów w dziennikach, niosą opisy ostatnich chwil, niepewne, pogmatwane, ale pierwsze. Mówią o nominacjach. Tłum chce wiedzieć przede wszystkim to wszystko, co koło tych Zwłok bezpośrednio krąży. Że spoczęły na białym jedwabnym całunie, że je balsamowano, że przypadnie im na Wawelu, między królami, miejsce stosowne. Głośnik mówi to wszystko, przerywając teksty depesz z zagranicy, wiadomości z kraju. Podchwytuje się jeszcze, że mózg oddany będzie nauce, że serce spocznie w Wilnie, tam, "gdzie przebywało zawsze", że je kazał złożyć u stóp trumny matczynej.

I wtedy po raz pierwszy ludzie płaczą.

[...] W mroku cichego wieczoru [15 maja], w blasku wschodzącego księżyca wysunęła się jak cień, biało-czerwonym całunem okryta, trumna Marszałka [...]. Ponad tłum wypełniający dziedziniec spłynęła na żelazne łoże lawety armatniej. Przepuściły ją bez słowa straże warty. Od Belwederu po "Święty Jan" wyrósł wokoło szpaleru piechoty mur ludu. [...

Pod pałacykiem ambasady, gdzie urzędnicy od dziesiątej doszlifowują sobie paznokcie, stanęła murem robotnicza Warszawa z Pragi, pewna siebie, pracę posiadająca, ale temu światu ambasad i cylindrów nie mniej jak ci z baraków, choć inaczej, obca, rozśmieszona nim, podrwiwająca z dokładnej pedanterii jego fanaberyjnych nawyczek. Teraz Powiśla nie śmieszą papuzie mundury dyplomacji. Nie widzi cherlawych "inteligentów", co w czapkach studenckich stanęli tuż obok. W tłumie narosłym wzdłuż szpaleru, w samym jego centrum, tuż pod kościołem Świętego Aleksandra, stanął czarny, przygarbiony Żyd. Lata całe nie wychodził dalej niż Graniczna, dalej niż koniec Bielańskiej, nie odważył się iść w tamtą Warszawę, taki, jaki był, gettowy, czarny, żydowski. Lata całe tkwił w swym mateczniku ulic Dzikich i Gęsich, w mateczniku szkół rabinackich, w świecie uczonych komentarzy do Pisma, niczym żubr mickiewiczowski. Wieki całe przekazały mu lęk przed tłumem, przed większym skupieniem ludzi obcych. Przedwczoraj wieść zastała go nad księgami, wypłoszyła. Wyszedł na ulicę, a potem wrócił, pytając siebie cały dzień: "Was jytzt" [Co teraz?]. Przesiedział tak, niepewny, pełen obawy o to, co teraz będzie. A dziś, po południu, wyszedł. Poszedł aż tu, w świat obcy, w tłum powiślaków i studentów, stanął pod samym portykiem kościoła. Kumochy, które tam stały, paniusie kruchtowe ani go dziś spostrzegły. Jego czarne, smutne oczy Żyda wypatrywały godzinami daleki mrok Alej. Nadciągnęła w tłumie żołnierzy, w roju białych księży komż trumna. Stary Żyd wepchnął się aż w samą gęstwę szpaleru. Żołnierze musieli go odtrącać. Żyd pchał się z powrotem. Nadjechała na lawecie armatniej, z szablą skrzyżowaną nad całunem, trumna. Stary Żyd, który nigdy nie widział Józefa Piłsudskiego, uczepił się oczami tej trumny. Może dziś wieczór ze swej nory w głębi Czarnego Lądu wypowie słowa "kadiszu", hebrajskiej modlitwy, za zmarłego obcoplemieńca.

[...]
A Belweder stoi w blasku słońca, spokojny, jak ktoś, co długo płakał, aż wreszcie nie stało mu łez. Warty zelżały u jego bramy; pilnować nie mają kogo. Warszawa mija go jak dom żałoby. Dziwnym zrządzeniem losu chciały wypadki, aby nie raz jeden w niskich pokoikach tego białego pałacu snuły się wielkie sny dziejowe, aby nie raz jeden w jego ścianach gotowały się wielkie prace. Potem Belweder zamierał na lata całe. Ten pański dwór, wtulony w wielkie nowe miasto, obkarczowany z drzew, pól i łęgów, przez wiek cały nie chciał umrzeć, swą legendą kusił jednych po drugich nowych władców czasu. Dziś ostatni z panów tego dworu zmarł. Głęboko i na zawsze w głuszę kościelnego lochu zapadły ostatnie echa żałobnej wieści, która przeszła oto krajem i ludźmi. Możecie ją, odchodząc, widzieć raz jeszcze rankiem, jak szorstkimi dłońmi stróży zdziera znad domów waszych ostatnie chorągwie żałoby. Rozsnuwa się polami szeroką, polską mgłą.

źródło: https://www.onet.pl/informacje/fundacja-osrodka-karta/jak-zegnano-jozefa-pilsudskiego/bfzd9hq,30bc1058