Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niespodzianka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niespodzianka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 grudnia 2025

2287. Może jednak dobro potrafi wracać?

8 grudnia jest szczególnym dniem w społeczeństwie salezjańskim. Jest to bowiem rocznica powstania pierwszego Oratorium, ustanowionego jeszcze przez samego księdza Jana Bosko. Dlatego zalecane jest podwójne świętowanie - przypadającego tego dnia Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny oraz owej rocznicy założenia Domu Salezjańskiego. I tak też było przez lata w mojej parafii. Niestety, gdzieś ta tradycja zniknęła. Ale z drugiej strony, kto ją miałby kontynuować, skoro proboszcz rozwiązał Oratorium, a animatorów rozgonił na cztery wiatry?
Mimo moich wewnętrznych oporów postanowiłam iść wtedy na roraty do mojej rodzimej parafii. Tego samego dnia byłam wolontariuszem na Śląskim Festiwalu Nauki, z którego wróciłam za późno, aby podjechać na roraty do S-rz. Spodziewając się takiego obrotu sprawy, dzień wcześniej zawiozłam księdzu ciastka przygotowane dla najmłodszych uczestników nabożeństw. Na pojechanie do salezjanów w S-cu też było za późno. Mogłabym sobie odpuścić, ale jakoś nie chciałam. W końcu się przemogłam i udałam do mojej parafii. Przed wyjściem wzięłam jeszcze jednego z lwów z zimnej porcelany, które zrobiłam również dla dzieci. Kilka dni wcześniej pani prowadząca parafialną scholę miała imieniny. Pomyślałam sobie, że może miło by jej było, gdyby otrzymała taki podarunek z tej okazji.
Dalej jest mi przykro, że w żaden sposób nie zareagowała na to, co dwa lata temu zrobił proboszcz. Ale to nie znaczy, że mam do niej jeszcze jakieś pretensje. Podobno po moim odejściu ze scholi cały system zaczął się sypać - co zresztą zobaczyłam na wieczornym nabożeństwie. Jak daleko sięgam pamięcią, tak zawsze schola (ewentualnie młodzieżowy zespół muzyczny) obstawiał tą Mszę świętą. A tutaj nic, ani jednej osoby ze scholi, co było już dla mnie upadkiem obyczajów. Pani Dyrygent też nie było. A lew w mojej kieszeni podskakiwał i czekał na zmianę właściciela.
I nagle na horyzoncie pojawił się organista. Zawsze uśmiechnięty, zawsze pozytywnie nastawiony do innych. W pewnym momencie pozwolił mi nawet na zmienianie slajdów z tekstami pieśni na ekranie. Teraz też z automatu pomachał mi na powitanie. Już wiedziałam do kogo trafi figurka. Cierpliwie czekałam na koniec Mszy, po której po prostu do niego podeszłam i wyciągnęłam w jego stronę trzęsącą się dłoń z białym lwem. Pan organista był zaskoczony, ale podziękował za niepozorny podarunek tłumacząc, że on nic dla mnie nie ma. Uspokoiłam go, że to nie ważne. Wystarczy mi jego uśmiech.
Minął tydzień. Postanowiłam iść do mojej parafii na ostatni dzień rekolekcji adwentowych. Automatycznie poszłam na chór. Nie wiem dlaczego, ale tam się czuję najpewniej. Organista przyszedł tuż przed rozpoczęciem Mszy. Założę się, że w pierwszej chwili mnie nie dostrzegł. Ale to nie oznacza, że byłam dla niego całkowicie przeźroczysta. Ku mojemu zdziwieniu, podczas kazania podszedł do mnie. Na początku myślałam, że chce się ze mną przywitać. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że ma coś dla mnie - opakowanie "Merci". Za tego niepozornego lwa, którego otrzymał właściwie przez przypadek. Teraz to mnie było głupio, że naraziłam go na wydatek. A jednocześnie pomyślałam sobie, może dosyć egoistycznie, że może jednak dobro potrafi do nas wrócić w nieoczekiwanej formie. W momencie, kiedy już prawie zwątpiłam w sens bycia dobrym, znalazł się ktoś, kto zupełnie nieoczekiwanie mi go przywrócił. I za to jestem mu wdzięczna.

środa, 19 listopada 2025

2270. "Bo nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, nowy dzień" (Edward Stachura/Stare Dobre Małżeństwo, "Opadły mgły")

Cisza trwającej jeszcze nocy świadczyła dobitnie o tym, że wszyscy w mieszkaniach dookoła jeszcze śpią. Zresztą czego innego można się spodziewać przed godziną piątą nad ranem. Pozwalało to nawałowi moich myśli krążyć wokół kubka z parującą, świeżo zaparzoną herbatą. Z uporem długodystansowca jedna prześcigała drugą, co było dosyć dziwne, zważając na jakieś cztery godziny snu. Człowiek powinien być zmęczony, niewyspany, nie do życia. Chociaż ja nie do życia byłam przez ostatnie tygodnie, włócząc się od lekarza do lekarza. Wystarczy. Tymczasem ja nie czułam zmęczenia, nawet nie jestem w stanie określić tego, co czułam. Zegar nieubłagalnie odmierzał kolejne sekundy, bezpowrotnie zabierając je z ludzkiego życia. Ostatni łyk ciepłego płynu, dopakowanie plecaka, który wkrótce wylądował na moich ramionach, nieporadne zawiązanie zimowych butów, pogłaskanie kota, niezawodnego przyjaciela, i w drogę. Jest wtorek - dzień, w którym od września staram się uczestniczyć w porannej Mszy świętej w parafii mojego byłego katechety.
Im bliżej ulicy, tym coraz więcej głosów dobiegało do moich uszów, a łagodne krople deszczu opadały na ziemię. W końcu to już listopad. Intuicyjnie przyspieszyłam kroku, nie chcąc spóźnić się na autobus do oddalonego o godzinę drogi S-rza, królewskiego miasta. Na przystanku autobusowym, pomimo wczesnej pory, było już trochę ludzi czekających na swój autobus. Odruchowo spojrzałam na elektroniczny rozkład jazdy - umieszczony na nim zegar wskazywał 5:10. Jeszcze dwie dłużące się w nieskończoność minuty i wsiadam do stającego na przystanku żółtego pojazdu. Za chwilę zamykają się drzwi, a ja ruszam do innego świata. Świata, który poznaję od zaledwie 2,5 miesiąca, a który przyjął mnie zupełnie naturalnie. Aby wykorzystać tych cennych 57 przepisowych minut jazdy, sięgam po skrywaną w plecaku książkę. To dosyć lekka "333 popkulturowych rzeczy... lata 90". Może dlatego, że to czasy mojego dzieciństwa, tak wiele opisanych tam rzeczy w dalszym ciągu mam zmagazynowanych w pamięci. Kiedy było jeszcze jasno, czas podróży mijał mi na oglądaniu krajobrazów przesuwających się za oknem. W większości wiejskich. Teraz, kiedy na przełomie godziny 5 i 6 jest jeszcze stosunkowo ciemno, właściwie to nie ma na czym zawiesić wzroku. Co najwyżej na oświetlonym zamku biskupim, oznajmiającym że dotarłam na miejsce. 
Czas schować lekturę i wstać z siedzenia. Odruchowo spoglądam na zegar na kasowniku biletów - wskazuje 6:10. To dobry czas. Biegnę uroczymi uliczkami rozchlapując wodę stojącą w kałużach. Tuż przy kościele spoglądam w stronę plebani - świeci się reflektor, a więc pan kościelny poszedł już po klucze. Wymacuję ukrytą w kieszeni latarkę, wychodząc z domu pomyślałam sobie, że choć trochę mu pomogę w otwarciu ciężkich drzwi świątyni, przyświecając jej światłem. Po chwili w bladym świetle ulicznych latarni dostrzegłam drobną sylwetkę pana Gienka przechodzącego przez ulicę oddzielającą plebanię od kościoła. Po grzecznościowym wymienieniu "Szczęść Boże" i moją niewielką pomocą drzwi zostały otwarte dla innych. Przy okazji pan Gienek znowu się dziwił, jak mi się chciało tak rano wstawać, kiedy jemu, mieszkającemu za rogiem, było tak trudno to zrobić. Ja tylko mam nadzieję, że po śmierci za te dojazdy dostanę kilka lat mniej czyśćca.
Dyskretne skrzypnięcie drzwi otworzyło świątynię dla wiernych. Do moich nozdrzy dobiegł specyficzny, aczkolwiek miły, zapach kościelnych świec. Potraktowałam to jako prezent od samego Boga na wypadające tego dnia imieniny. Po krótkiej modlitwie pooświecałam boczne ołtarze, a pan kościelny w tym czasie poszedł otworzyć główne drzwi do kościoła. A potem poszliśmy przygotować ołtarz do sprawowania Najświętszej Ofiary. Dużo nie zrobię, np. nie przyniosę kielicha przykrytego puryfikarzem, pateną, palką i korporałem, czy też ciężkiego Mszału, ale zdjąć aksamitne płótno z bielutkiego obrusu na ołtarza, czy też zapalić świece już tak. Zawsze pan Gienek ma mniej do roboty. I szybciej można zacząć śpiewać poranne "Godzinki", które pokochałam właśnie w tej parafii. Ogólnie jest 3-osobowa stała grupa do śpiewania, i ja z doskoku. Z doskoku, no bo też nie jestem codziennie. I tak punktualnie z dwoma gongami dzwonu na kościelnej wieży oznajmiających, że jest 6:30 mury liczącego 601 lat kościoła wypełniają się dźwiękami tej pięknej modlitwy ku czci Najświętszej Maryi Panny. Tym razem byliśmy z kościelnym sami, bo druga połowa godzinkowej ekipy pojechała na pielgrzymkę do Fatimy (o ile dobrze zrozumiałam). I tak jego donośny głos przeplatał się z moim dosyć słabym. Ot, kolejna piękna chwila, niepozorna wręcz, przybierająca rangę kolejnego prezentu.
Tymczasem do kościoła zaczęli schodzić się wierni na poranną Mszę. W pewnym momencie pojawił się też ksiądz-proboszcz-senior, który poszedł spowiadać. Zerwałam się z miejsca, poszłam do niego. Nie tyle, żeby się wyspowiadać, ile zapytać czy nie posłużyć mu do Mszy. Jego szeroki uśmiech mówił więcej niż tysiąc słów. Kolejny prezent? Czemu nie. Szybkim krokiem poszłam na zakrystię, gdzie po chwili poszukiwania znalazłam najmniejszą komżę. Chociaż i tak okazała się dla mnie dużo za duża. "Chyba musimy sprawić ci coś mniejszego" - skomentował mój wygląd kapłan.
Zgromadzeni wierni zaczęli śpiewać "Kiedy ranne stają zorze", pieśń napisaną wieki temu przez Franciszka Karpińskiego. Jej treść przeplatała się z naszą modlitwą przed rozpoczęciem Mszy: "Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Pańskiego... Do świętej przystępuję służby... Proszę Cię Panie Boże o łaskę skupienia...". Na trzeciej zwrotce wyszliśmy z zakrystii. Trzy dzwonki sygnaturką oznajmiły wiernym, że muszą wstać. Jeszcze tylko czwarta i piąta zwrotka, której dźwięki wdzierały się w każdy zakamarek mojej duszy ("A za nocki dziękujemy / o szczęśliwy dzień prosimy / Byś nam zawsze błogosławił / a po śmierci duszę zbawił") i rozpoczęliśmy sprawować kolejną pamiątkę ofiarowania przez Jezusa swojego Ciała i Krwi wiernym. Tutaj znowu za dużego pola do popisu nie mam, ale mnie całkowicie wystarcza podawanie kapłanowi ampułek z wodą i winem, polewanie mu dłoni wodą z dzbanuszka podczas obrzędu obmycia po ofiarowaniu oraz dzwonienie dzwonkami. Chociaż z tymi ampułkami to trzeba było iść na kompromis, bo za nic w świecie nie dam rady ich trzymać w obu dłoniach na raz. Szczególnie w prawej. Podobnie z obmywaniem dłoni - teoretycznie powinnam pod rękami kapłana trzymać taką miseczkę, do której spływa woda. Tutaj znowu mam tylko jedną rękę do dyspozycji. Ale jeszcze niczego nie rozbiłam, więc nie jest tak źle. Zdecydowanie najlepiej idą mi dzwonki - po trzy razy przed i po przemienieniu, trzy razy po "Baranku Boży", raz, kiedy kapłan przyklęka przed tabernakulum po schowaniu do niego puszki z komunikantami i po trzy razy gongiem podczas unoszenia Hostii i kielicha z Winem podczas przemienienia. 
Poranne Msze święte są raczej krótkie. Dwukrotne dzwonienie dzwonu na dzwonnicy na 7:30 zbiegło się w czasie z modlitwą, którą odmawialiśmy z księdzem-proboszczem-seniorem w zakrystii na zakończenie Mszy: "Boże, którego dobroć powołała mnie do Twej służby, spraw, bym uświęcony uczestnictwem w Twych tajemnicach, przez dzień dzisiejszy i całe me życie szedł tylko drogą zbawienia". Ksiądz nie zapomniał o moich imieninach i złożył mi tak szczere życzenia, że aż się wzruszyłam. A w ślad za nim poszli pan Gienek i jeszcze jeden kościelny, którzy usłyszeli wszystko porządkując ołtarz. I znowu zrobiło mi się cieplej na sercu. Zwłaszcza kiedy usłyszałam - "Tyś jest już nasza". Hmmm... 2,5 miesiąca, szybko poszło.
Wychodząc ksiądz-proboszcz-senior zaprosił mnie znowu na śniadanie, żebym nie zasłabła po drodze. I żeby proboszcz-administrator też miał okazję na złożenie mi życzeń. Te życzenia to tak przy okazji, bo wtorkowe śniadania z księżmi stały się przez ten czas taką naszą tradycją. Ksiądz proboszcz-administrator zawsze podczas nich żartuje, że chyba śpię na zamku, bo zazwyczaj dzień wcześniej jestem u nich wieczorem na Kręgu Biblijnym. Po wyjściu z kościoła uderzyło mnie rześkie powietrze. Aż miło było wciągnąć je do płuc, nawet zapadniętych. W towarzystwie księdza-proboszcza-seniora zmierzałam na plebanię, raz po raz wypytując go o rzeczy związane z wyglądem kościoła, a on mi w miarę obszernie odpowiadał. I chyba nawet się cieszył z tego. A patrząc na spektakl grany przez aktora pierwszego planu, czyli poranek, po głowie chodziła mi jedna piosenka, która doskonale oddawała w tamtej chwili moje uczucia: "Opadły mgły i miasto ze snu się budzi / Górą czmycha już noc / Ktoś tam cicho czeka by ktoś powrócił / Do gwiazd jest bliżej niż krok... Bo nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, nowy dzień... Z dusznego snu już miasto się wynurza / Słońce wschodzi gdzieś tam" (Edward Stachura / Stare Dobre Małżeństwo, "Opadły mgły").
Po pokonaniu kilkunastu schodów znaleźliśmy się na ganku. Ksiądz senior otworzył drzwi i mogliśmy wejść do środka. Odruchowo zdjęłam buty i słysząc brzdęk talerzy pobiegłam do kuchni. Ksiądz proboszcz-administrator przygotowywał już śniadanie. Na chwilę przestał, składając mi życzenia, a nawet lekko obejmując. A potem przeszedł samego siebie wyjmując z szafki kaszkę mannę, żebym też mogła coś zjeść. Nie, żebym była jakimś gustatorem tego typu jedzenia, ale po ostatnim 1,5 miesiąca, gdzie zwijałam się z bólu brzucha po 98% zjedzonych rzeczy (a zważając na moją alergię ich lista nie była zawrotnie długa), na razie po takich lekkich rzeczach nic mi nie jest. Zaskoczył mnie, bo mógł mnie olać, w końcu przez ostatni czas nic z nimi nie jadłam i też jakoś to było, ale nie, on poszedł do sklepu po tą nieszczęsną mannę dla niemowląt. Nawet nie chcę myśleć, co sobie pomyśleli jego parafianie na ten widok. Ale żeby nie było tak łatwo, to poprosił mnie o pomoc w nakryciu do stołu. A przy okazji próbował podpytać o to, co powiedzieli mi lekarze na to wszystko. Bo według niego nie jest normalne to, że człowiek wszystko zwraca, zwija się z bólu, ciągle jest zmęczony i gorączkuje tygodniami (hasło "Jeszcze raz mi przyjedziesz z gorączką na różaniec / Krąg Biblijny / Mszę świętą, to cię nie rozgrzeszę, ani nie pochowam" padało nagminnie z jego ust). Nie chciałam go jednak zasypywać moimi problemami zdrowotnymi, i tym na co skierował mnie lekarz, odpowiedziałam mu tylko, że na razie jest w porządku. A że ostatnio był na Sycylii ze znajomymi, to zmieniłam temat w tym kierunku. Ogólnie stwierdził, że było dobrze, ale on jednak woli aktywniejszy wypoczynek.
Na śniadaniu byli też jego znajomi, więc to na nim opowiadał im o wyjeździe. W sumie, po co miał się powtarzać. Gdzieś między jedną a drugą łyżką bezsmakowej zupy wodno-mannowej (bo była ona na wodzie a nie na mleku) rzucałam okiem na jego smartfon, na którym pokazywał zdjęcia. I nagle, kiedy mój posiłek dobiegał do końca, nagle jakby sobie o czymś przypomniał. Na chwilę poszedł na górę, po czym wrócił z małym pakunkiem w dłoniach i wręczył mi go. Pakunkiem okazał się mały aniołek, którego zobaczył na Sycylii. Stwierdził, że gdy tylko go zobaczył, postanowił go dla mnie kupić. I jeszcze obiecał mi pokazać pewien unikatowy obiekt na skalę europejską należący do głównego kościoła, a którego nie udostępnia zwiedzającym ot tak. Tylko musimy poczekać na cieplejsze dni. Aż mu się rzuciłam na szyję. "Wreszcie się uśmiechasz" - rzucił mi do ucha. A potem dopiłam herbatę i odniosłam swoje naczynia do zlewu. Zmyła je jednak zmywarka rozprowadzając łagodny szum po pomieszczeniu.
Tego dnia wyszłam trochę szybciej, bo miałam zaplanowany wyjazd. Była godzina 8:10, kiedy opuściłam plebanię. Dzień powoli budził się do życia pod każdym aspektem. Dla mnie trwał od 4 godzin. 
O mafii sycylijskiej słyszałam, o aniele niekoniecznie 
A na koniec dziękuję tym wszystkim, którzy skomentowali mój ostatni post. Nie pisałam nic, bo z jednej strony nie widziałam sensu, z drugiej, zdrowie się posypało (nie ma to jak przewlekły stres), po trzecie - codzienność mi dokręciła śruby na tyle, że po powrocie do domu po prostu miałam wszystkiego dosyć. I w sumie chyba dalej mam. Ale myślę, że kiedyś będzie lepiej. I będzie jak dawniej.

środa, 27 listopada 2024

2072. Echa imienin

 - Lolek, coś ty tak wczoraj szybko uciekła z Kręgu Biblijnego. Ja tu chciałem dowiedzieć się jak po imieninach, wołałem cię, a tyś mi nawiała.
Mniej więcej tak powitał mnie dzisiaj Ksiądz Niosący Światło przed wieczorną Mszą Świętą. No tak, coś tam mówił, kiedy wychodziłam, ale rozmawiał wtedy z innymi, którzy zostali po spotkaniu, więc równie dobrze mógł do nich się zwrócić. Poza tym mi się trochę spieszyło do domu. A tak w ogóle to po całym dniu na nogach mogę być trochę przymulona i nie ogarniać, że ktoś coś do mnie mówi. Ale tego ostatniego mu nie powiedziałam. Istniała jeszcze jedna możliwość - mógł mnie opierniczyć za wyrywanie się do odpowiedzi na temat Świątyni Jerozolimskiej, tylko chciał to zrobić dyskretnie i bez świadków. No, w końcu kiedyś musiał stracić do mnie cierpliwość, a moja wyobraźnia podsuwała mi różne scenariusze.
Jak tak sobie pomyślałam, to w zeszłym tygodniu jakoś nie mogliśmy się zgrać. W poniedziałek pojechałam na Drogę Krzyżową do Wał-Rudy. We wtorek zostałam na próbie duszpasterskiej scholi. W środę zastępowałam go na spotkaniu z kandydatami do sakramentu bierzmowania, bo był nie w formie i tylko proboszcz dał mi klucze do salki katechetycznej. W czwartek zostałam w Kato na "Piekarniku". W piątek nie wyrobiłam się z pracy. W sobotę byłam najpierw na wycieczce na Magurkę, a potem na nieszporach inaugurujących 100-lecie istnienia archidiecezji katowickiej. W niedzielę świętowaliśmy jako duszpasterskie LSO. Niestety, nie dałam rady upchać jeszcze wieczornej Mszy w jego parafii do grafiku. 
Podobno w miniony poniedziałek wysłał mi nawet życzenia imieninowe SMSem. Co prawda owa wiadomość tekstowa do dzisiaj do mnie nie dotarła, ale i tak zrobiło mi się miło. Może nie tyle, że pamiętał, bo wspomnienie błogosławionej Karoliny Kózki jest w naszym kraju obowiązkowe, więc na pewno kilka razy wspomniano o niej na Mszy, ale że po prostu mu się chciało wysłać mi te życzenia. Ten SMS trochę mnie zastanawia, gdzie się "podział". Jest jeszcze taka ewentualność, że wysłał go komuś innemu. Ale intencje miał dobre i to się powinno liczyć. Na razie nie zdążyłam mu powiedzieć gdzie byłam w poprzedni poniedziałek i co robiłam, bo nie chciałam go zbyt przetrzymywać (akurat szedł spowiadać i trochę zboczył z toru). Może za tydzień na kolejnym Kręgu Biblijnym mu o tym opowiem? A swoją drogą, to chyba mnie lubi... Bo czy w przeciwnym razie zawracałby sobie głowę moimi imieninami? Nie wydaje mi się.
Tradycyjnie niespodziankę zrobiła mi Basia W z bloga 5 pór roku przesyłając paczkę imieninową. Chociaż wiedziałam, że coś dostanę (zdradziła mi to podczas mojej zeszłotygodniowej wizycie w Wał-Rudzie), to i tak z niecierpliwością udałam się na pocztę po przesyłkę. Wzruszyła mnie jej zawartość (ale pozwólcie, że zdjęcie zrobię w bardziej sprzyjających warunkach świetlnych), chociaż poczta niestety się nie popisała i gdzieś po drodze nieco potłukła świąteczny kubek. Ale to nic, spróbujemy go z tatą skleić. Może nie będzie jak nowy, ale będzie cieszył oczy i serce.

piątek, 13 września 2024

2026. Pozytywny wymiar blogowania, czyli rzecz o komentowaniu (i nie tylko)

Kiedy zakładałam tego bloga zupełnie nie spodziewałam się, że znajdę tutaj tyle pokrewnych dusz. Co rusz trafiam na nowe blogi, których autorzy mnie inspirują, wydają mi się ciekawi, mają pasję i potrafią w twórczy sposób je wykorzystać. Zachwycam się nimi, ponieważ sama mam dwie lewe ręce do różnych robótek ręcznych. Zawsze staram się też zostawiać chociaż kilka słów na blogach, które odwiedzam. Jakichś wielkich oczekiwań co do ich autorów nie mam. Wiem, że mogę mieć w ich oczach mało atrakcyjny blog i w ogóle, ale po prostu chcę, aby im się zrobiło miło, że ktoś ich czyta.
Staram się, aby moje komentarze były jak najbardziej autentyczne. Czasami mam wrażenie, że są bardzo prymitywne i lakoniczne, ale co ja na to poradzę, że brakuje mi słów, aby w pełni wyrazić to, co chcę? Z drugiej strony mam wrażenie, że mimo mojej zwyczajności w komentowaniu są ludzie, których cieszy to, co im piszę. Którzy nie tylko odpisują u siebie na blogu, ale też komentują zapiski z mojej codzienności. Przez tych 10 lat trochę się Was nazbierało za co jestem Wam bardzo wdzięczna.
Czasami moje komentowanie przyjmuje niecodzienny obrót. Niedawno napisała do mnie Basia z https://barbaratoja.blogspot.com/, z zapytaniem, czy mogłabym podać jej swój adres, bo w podzięce za komentarze chce mi coś wysłać. Zaniemówiłam, bo nigdy nie przypuszczałam, że mogłabym zostać aż tak wyróżniona. Trochę nieśmiało, ale spełniłam jej prośbę. Po jakimś czasie odebrałam niestandardową paczuszkę zawierającą dwa morskie albumy.
Prawda jest taka, że żadne zdjęcie, a tym bardziej wykonane przeze mnie, nie odda piękna tych cudeniek wykonanych basinymi rękami. Przez pierwsze dni ich posiadania nie mogłam przestać ich podziwiać, jednocześnie wymyślając historię do licznych ilustracji. Zresztą do dzisiaj nie wyszłam z zachwytu nad nimi. Za każdym razem, kiedy biorę je do ręki jestem pod wrażeniem ich kunsztu i wykonania. I aż się proszą, aby zapełnić je fotografiami znad morza.
Jakiś czas później notaria zadała na swoim blogu pytanie co może przedstawiać dany rysunek (możecie go zobaczyć >>tutaj<<). Znowu bez żadnych oczekiwań i bardziej dla zabawy napisałam w komentarzu z czym on mi się kojarzy. I znowu zupełne zaskoczenie, kiedy po krótkim czasie notaria do mnie napisała z prośbą o adres, bo chce mi coś wysłać. Ponownie poczułam mieszaninkę niepewności, niedowierzania oraz najzwyczajniejszej w świecie radości. Ale, że co - ja byłam najbliżej poprawnej odpowiedzi? Niemożliwe, a jednak. Kilka dni później cieszyłam się kolejną przesyłką, tym razem zawierającą książkę oraz sympatyczną kartkę - list. Kiedy go przeczytałam aż cieplej mi się zrobiło na mojej skołatanej duszy...
Trzecia sympatyczna przesyłka przyszła do mnie niedługo przed urodzinami. Właściwie to wszystkie zaprezentowane dzisiaj przesyłki potraktowałam po trochu jako prezenty urodzinowe, ale ta jedna jedyna paczuszka była zrobiona specjalnie na tą okazję. Niespodziewana, a więc tym bardziej wywołująca uśmiech na mojej buzi. A zarazem wzruszenie, że ktoś gdzieś tam pamięta o kimś takim, jak ja, o mnie. Długo wahałam się, czy ją otworzyć, niedowierzając, że to się dzieje naprawdę. A jednak. Niepozorna koperta skrywała piękną kartkę urodzinową z niebanalnymi życzeniami oraz zakładkę własnej produkcji.
Tak piękną niespodziankę przygotowała dla mnie nasza kochana Beatka z bloga My kobiety (https://beata-becia.blogspot.com/). Niezwykła kobieta, która zaskakuje mnie swoim chartem ducha. Prawdziwa siłaczka! Podejrzewam, że Beatka znając moje zamiłowanie do książek postanowiła obdarzyć mnie czymś praktycznym - zakładką do nich. Nie wiem ile poświęciła na jej wykonanie, ale efekt mnie rozczulił. Zakładka niemal natychmiast została wykorzystana, pojechała wraz z czytaną przeze mnie książką na wieś i tam już została. Wbrew pozorom nie pójdzie ona na zmarnowanie, przebywając na wsi uwielbiam wieczorami czytać książki. Dotychczas zakładałam sobie strony kawałkami gazet albo papierowymi zakładkami (czasami rozdawanymi jako gadżety). Nie były one jednak trwałe. Teraz mam zakładkę, której tak szybko nie zniszczę. A to jest ważne, kiedy jest się na wsi, gdzie za wiele nie ma.
Dziewczyny, dziękuję Wam za Wasze ogromne serce. Pokazujecie mi, a tym samym wszystkim blogowiczom, że warto bywać na innych blogach i dawać o sobie znać, nawet błahymi, niewyszukanymi komentarzami. Bo chyba każdy z nich jest ważny i pozwala nam wierzyć, że to co robimy ma sens...

niedziela, 17 grudnia 2023

1800. Moc radości w Niedzielę Radości

Ostatnio pisałam, w kontekście przesyłki otrzymanej od Jadzi, że szczęście warto dawkować. Nadal się z tym zgadzam. Ale też warto szukać i odczuwać radość w każdej chwili swojego życia. Chociaż wczorajsza dawka tej emocji osiągnęła swoje apogeum. Czy to oznacza, że nie przyjęłabym jeszcze większej jej dawki? Myślę, że przyjęłabym, bo to ta emocja, która jak najbardziej pozytywnie wpływa i na nasze samopoczucie, i na samoocenę i w ogóle na nas samych. Zresztą już sama nazwa dnia - niedziela Radości, do czegoś zobowiązuje. Trudno się w ten dzień smucić, bo cóż to by była za niedziela Gaudete?
Chociaż tak właściwie dzień zaczął się raczej w negatywny sposób. Na Mszy świętej o 10:00 miały być imieniny księdza Darka. Ledwie pojawiłam się na chórze, w miejscu, w którym śpiewa schola, a pani Dyrygent wyszła z zapytaniem, czy nie pójdę z jedną z dziewczyn wręczyć mu kwiatów, bo może idę jako przedstawicielka Oratorium. Pewnie jeszcze pamięta, jak rok temu na spontanie składałam mu życzenia w imieniu animatorów. Tylko, że u nas nie ma Oratorium, bo proboszcz je rozwiązał. Ucieszyłam się i zgodziłam na jej propozycję, bo w sumie nieczęsto się to zdarza. Nawet byłam gotowa zejść z góry z mega bolącym kolanem (nie byłam nawet w stanie klęczeć na przeistoczeniu i po "Baranku Bożym"). Tylko, że tuż przed Mszą okazało się, że coś się stało i księdza Darka nie będzie na Mszy. Trochę zrobiło mi się smutno i przykro, ale też poczułam dziwny niepokój. Komu jak komu, ale jemu w naszej parafii z prawdziwą przyjemnością wręczyłabym kwiaty. Ale skoro go nie było, no to trudno. Trzeba było się z tym pogodzić. Jednak po skończonej Mszy Świętej czekała na mnie pewna niespodzianka, która nieco osłodziła mi tą stratę. Wszyscy członkowie scholi na początku adwentu dostali drobny upominek. Tylko, że była to moja pierwsza wizyta w mojej parafii w tym okresie. Dlatego torebka z zawartością czekała aż do teraz. Trochę byłam zaskoczona, bo dostałam ją tylko ja, ale szybko wszystko się wyjaśniło. A mi zrobiło się miło, że jeszcze ktoś o mnie pamięta. Co do zawartości prezenciku mogę powiedzieć, że niby nic, a cieszy.
A oto zawartość torebki - dzwoneczek, ozdóbka choinkowa, cytaty na każdy dzień i biała czekolada
Niedzielne południe postanowiłam wykorzystać na przygotowanie pierniczków, za które zabieram się od niepamiętnych czasów. Już dzień wcześniej przygotowałam masę od a do zet, nie na podstawie jakiegoś gotowego proszku. Trochę się bałam, że nie do końca mi to wyjdzie, masa miała też podejrzanie kleistą konsystencję, ale w smaku była jak najbardziej piernikowa. Niby niedziela, dzień święty, ale chciałam to już mieć z głowy. Zwłaszcza, że część z nich planuję rozdać tym, którzy wraz ze mną uczęszczają na poranne roraty dla studentów w kaplicy na Wydziale Teologicznym UŚ. Myślę, że będzie im miło. Chcę zrobić jeszcze jedno podsumowanie ich tegorocznego motywu przewodniego, ale jeszcze muszę o jedną rzecz dopytać księdza Krzysztofa.

Po obiedzie swoim zwyczajem postanowiłam wybrać się na spacer. Tym razem jako jego punkt obrałam sobie kilkudniowy świąteczny jarmark odbywający się w centrum miasta. Była to dosłownie ostatnia chwila aby to uczynić - we wtorek kramy i karuzele mają zostać usunięte, jedynie choinka będzie stać tam, gdzie stoi.
Wstyd się przyznać, ale chociaż jarmark organizowany jest każdego roku (nie pamiętam jak to było w pierwszym roku pandemii, ale chyba były też jakieś kramy), to ja dopiero teraz miałam okazję go odwiedzić. Może nie jest jakiś spektakularny (w porównaniu do tego z Katowic, czy chociażby z Krakowa), bo liczy zaledwie kilka kramów, ale ma swój urok. I sprawia, że człowiek czuje, że święta zbliżają się wielkimi krokami, że są coraz bliżej. Jego niewielkie rozmiary sprawiły, że bez pośpiechu można obejrzeć co oferują poszczególne stoiska (chociaż nie wszystkie były otwarte), a sympatyczny ludek oferujący gorącą czekoladę sprawiał, że niejednemu dużemu i małemu, zapaliły się oczy na myśl o skosztowaniu tego smacznego napoju (i mówi to osoba uczulona na kakao).
Taką kulminacją radości tego dnia było udanie się do Kato na kolejne rekolekcyjne spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego Centrum połączone z wieczorną Mszą Świętą. Ku radości księdza Krzysztofa udało mi się nie spóźnić (tydzień temu dotarłam dopiero pół godziny po rozpoczęciu, no ale na wolontariacie jestem w konkretnych, określonych godzinach i nie mogę ot tak sobie z niego zejść). Tym razem tematem przewodnim był jakże bliski mi temat dialogu chrześcijańsko - żydowskiego. Szerzej o rekolekcjach adwentowych dla studentów napiszę w następnym wpisie, bo to była bardzo ciekawa inicjatywa, zwłaszcza pod kątem organizacyjnym. 
Po Mszy Świętej była możliwość zakupienia wypieków za dowolny datek, a to co zostało w ten sposób zebrane, ma zasilić budżet naszego Duszpasterstwa. Postanowiłam i ja wspomóc naszą wspólnotę i zakupiłam jedno z pudełek zawierające łakocie. A więc jest kolejny powód do radości.
No i jak tutaj nie radować się w tak pozytywnie spędzonym dniu pełnym niespodzianek i szczęśliwych chwil?
A adwentowa myśl na dzisiaj brzmi:
I pamiętajcie, aby radować się na co dzień, a nie tylko w Niedzielę Gaudete.

sobota, 16 grudnia 2023

1799. Szczęście trzeba dawkować

Gdzieś kiedyś usłyszałam, albo wyczytałam, że szczęście jest jednym z tych uczuć, którymi wręcz trzeba się nieustannie zachłystywać, bo i tak nie da się go przedawkować. Tymczasem osobiście uważam, że ze szczęściem jest trochę tak jak z narkotykiem, pobudza, ale nie warto zbyt bardzo z nim przeholowywać, bo można je przedawkować. Jakie są objawy przedawkowanego szczęścia? Choćby takie, że nic nas nie cieszy, jesteśmy coraz bardziej wybredni i wymagający, chcemy więcej i więcej, chociaż tego tak naprawdę nie potrzebujemy. Wszystko po to, aby być coraz bardziej szczęśliwsi, a i tak to nic nie daje. Dlatego czasami warto odsunąć coś w czasie, żeby jeszcze bardziej docenić to, co inni dla nas robią, abyśmy byli szczęśliwsi.
Już w zeszłym tygodniu wiedziałam, że mam się spodziewać jakiejś drobnej przesyłki od Jadzi. Trochę mnie tym zaskoczyła, tym bardziej, że z rozmowy wynikało, iż to będzie coś więcej, niż tylko symboliczna kartka z życzeniami bożonarodzeniowymi. Kto zna Jadzię, chociażby przez prowadzonego przez nią bloga, ten wie, jakie cudeńka potrafi stworzyć. Zresztą nie raz już mnie nimi obdarowała, za każdym razem wywołując u mnie ogrom radości. I już wtedy, podczas tego dialogu czułam, że cokolwiek by to nie było, to moja reakcja będzie taka sama.
W środę otrzymałam SMS, że przesyłka jest już w paczkomacie. Odebrałam ją w czwartkowy wieczór, byłam jednak tak padnięta, szczególnie uczestnictwem w otwartym mitingu AA*, że po prostu nie miałam na to siły. W piątek, jak wspominałam, chciałam napisać artykuł na podstawie mojego wystąpienia na konferencji. Nie ukrywajmy, wymagało to ode mnie maksymalnego skupienia nad tym co robię. A znając moje reakcje na pewne sprawy, to po otwarciu przesyłki wpadłabym w taką euforię, że uspokajanie się i dochodzenie do względnej równowagi emocjonalnej, trochę by trwało. A że to był ostatni dzień na przesłanie pracy, mnie zaś jak najbardziej na tym zależało, otwarcie przesyłki musiało jeszcze zostać na chwilę przesunięte w czasie.
Dzisiaj już nic nie stało na przeszkodzie abym zobaczyła, czym tym razem obdarzyła mnie Jadzia. Otwarłam niewielkie pudełko, a tam... tadam!:
Coś dla ciała, czyli kompot wigilijny do zaparzenia (będzie idealny na zimowe, zimne wieczory) oraz wiśnie w czekoladzie:

I coś dla ducha, czyli: prześliczna kartka z cudownymi życzeniami:
Własnoręcznie wykonany przez Jadzię notes (będzie gdzie zapisywać kolejne pomysły na wiersze)
A także coś o czym marzyłam od dawna, i nawet próbowałam sama sobie takie coś zrobić, ale bez powodzenia: to grudniownik, czyli coś w stylu albumo-kalendarza, gdzie jest miejsce, aby każdego dnia coś wkleić lub zapisać. Wspaniała pamiątka na dalsze lata, bo i tegoroczny grudzień jest wyjątkowy. Już powoli planuję jak go wypełnię, chociaż nie ukrywam, że szkoda mi troszkę niszczyć jego pierwotne piękno.
Tyle piękna, serca, pamięci i dobroci zmieściło się w jednej, niepozornej przesyłce. A ile radości to we mnie wywołało... Tego nie da się opisać słowami.
I na koniec kolejna myśl odnośnie adwentu, tym razem arcybiskupa metropolii katowickiej, oraz tymczasowego biskupa mojej diecezji - Adriana Galbasa:

* To było jedno z zadań do wykonania (i napisanie z tego sprawozdania) w ramach przedmiotu Uzależnienia i współuzależnienie, które mamy na studiach

niedziela, 27 listopada 2022

1495. Na dobry początek adwentu

Jeszcze wczoraj bawiliśmy się z dziećmi na dyskotece z okazji andrzejek zorganizowanych w ramach sobotniego Oratorium. To znaczy kto się bawił ten się bawił. Ja jeszcze nie doszłam do siebie po tym tygodniu, więc raczej pilnowałam, aby nikt nie latał po całym budynku, a w szczególności nie właził tam, gdzie mu nie wolno. Czyli np. na trzecie (drugie?, budynek Domu Młodzieżowego i jego piętra od początku stanowiły dla mnie zagadkę), gdzie mieszkają księża. Oj, już sobie wyobrażam, jaka byłaby reakcja księdza proboszcza... Tydzień temu byłam w szoku, że w ogóle sam wyszedł z taką inicjatywą. No, nie żebyśmy od razu bawili się we wróżenie* czy coś, ale były i tańce, i karaoke, i poczęstunek. I mam wrażenie, że dzieci dobrze się czuły i bawiły. A jak ktoś chce snuć jakieś swoje teorie na ten temat to już jego problem. Ogólnie to trzeba porozmawiać z księdzem o możliwość robienia zdjęć podczas zajęć - można by też reaktywować fanpage Oratorium, a przy okazji byłaby to pamiątka z tego, jak to wszystko u nas funkcjonuje.
Dzisiejsza pierwsza niedziela adwentu rozpoczęła nowy rok liturgiczny. Księża zmienili swoje szaty na fioletowe (podobnie jak ministranci swoje pelerynki), w kościele pojawiły się takie akcenty jak wieniec adwentowy oraz schody, po których codziennie będzie schodzić figurka małego Pana Jezuska do żłóbka. Co prawda ksiądz proboszcz nie zamówił w tym roku pomocy adwentowych zaproponowanych przez "Małego Gościa Niedzielnego", ale i tak właściwie od wczoraj piosenka przewodnia z ich materiałów śpiewana jest przez dzieci. Jesteście ciekawi, jak to było z Bożym Narodzeniem? No to posłuchajcie:

Po dzisiejszej Mszy świętej dostaliśmy od Pani Dyrygent drobne prezenty z okazji nadchodzącego okresu. Ostatni tydzień był dla mnie dosyć trudny. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Mogę tylko napisać, że nie ma to związku z kontaktami międzyludzkimi. Dlatego ten gest nieco osłodził mi go. A zważając, że w paczuszce były żelki (pamięta, że czekolada raczej mi szkodzi), to można powiedzieć, że osłodziła mi go dosłownie. Oprócz żelek znalazłam też świeczkę o zapachu wanilii oraz dzwoneczek. Za bardzo nie wiem o co z nim chodzi (a o coś musi, tak przynajmniej wynika ze słów Pani Dyrygent), ale może ktoś z Was wie?
Co prawda trochę bardziej ucieszyłby mnie niematerialny gest, jak np. przeczytanie Czytania (da się, ksiądz Francesko kilka razy mi dawał pozascholowo, gdyby wyszło całkiem beznadziejnie, to poprzestałby na jednym razie), no ale dobra. Ja i tak mam pewien plan jak i kiedy coś przeczytać. Mam nadzieję, że ten nowy wikary ma wiarę w rzeczy z pozoru niemożliwe - tylko wtedy uda mi się to wcielić w życie. Co nie oznacza, że wcale nie cieszę się, czy też cieszę się w niewielkim stopniu z podarunku, bo cieszę się bardzo. Bardzo, bardzo.
Ale to nie była jedyna pozytywna rzecz w tym zakręconym tygodniu. Jakiś czas temu napisała do mnie meila nasza Jadzia - Stokrotka z zapytaniem, czy nie byłabym chętna na jedną z jej książek, którą odnalazła w szufladzie. A że czytanie jest tym, do czego nie trzeba mnie namawiać, to przystałam na jej propozycje. Potem trochę zamieszałam, ale w ostateczności książka trafiła do mojej skrzynki pocztowej (dobrze, że jest względnie "cienka"). Jadzia pisała mi, że to jej ostatni egzemplarz, więc czuję się tym bardziej zaszczycona. Co prawda na razie jestem zakopana w literaturze potrzebnej mi do zaliczenia poszczególnych przedmiotów na studiach i balansuję między historią Ukrainy, "Pismami filozoficznymi" Cycerona, Kodeksem Prawa Kanonicznego, a książkami poświęconymi terapii pedagogicznej, ale jak tylko trochę się z tym uporam, to z chęcią sięgnę i po tą pozycję. Tak w ramach odmiany i odpoczynku.
I na koniec coś, czego zupełnie się nie spodziewałam (bo o książce wiedziałam i czekałam na nią, paczka od Pani Dyrygent też była w jakiś sposób przewidywalna). Zaglądam wczoraj do skrzynki, a tam dość sporych rozmiarów koperta. Tak trochę zaskoczona wyjęłam ją i spojrzałam na nadawcę, którym okazała się słynąca z różnych wydzierganych cudeniek Beatka. Serce szybciej mi zabiło, jednak przyjemność otwarcia przesyłki odłożyłam na dzisiaj. Delikatnie odkleiłam kopertę i wyjęłam jej zawartość. I naprawdę aż zaszkliły mi się oczy ze wzruszenia, kiedy zobaczyłam pięknego wydzierganego anioła oraz pierwszą kartkę z świątecznymi życzeniami. Tym bardziej, że jestem świadoma, że nigdy nie będę w stanie odwdzięczyć się czymś tak samo pięknym (no, chyba że kupię coś równie ślicznego).

Niestety, fotografia (zwłaszcza wykonana przeze mnie) nigdy nie odda prawdziwego piękna jakie skrywała ta niepozorna przesyłka. A ja dalej zastanawiam się, czym sobie na nią zasłużyłam.

* Przypominam sobie, jak jakieś 9 - 8 lat temu na moim poprzednim blogu też napisałam o zabawie andrzejkowej w Oratorium i od razu co gorliwsi stwierdzili, że popełniliśmy ogromny grzech, ponieważ Pismo Święte mówi, że zabrania się czarów i wróżenia. Że też niektórzy na siłę sprowadzają andrzejki do tych dwóch rzeczy nie przyjmując argumentu, że to była tylko dyskoteka

czwartek, 30 września 2021

1352. A w 32 rok życia dosłownie wbiegłam...

I to dosłownie. Jednak zanim do tego doszło, cały dzień poprzedzający datę upamiętniającą kolejną rocznicę moich urodzin pomagałam przy wręczaniu medali biegaczom, którzy ukończyli górski bieg, najpierw na dystansie 25, a następnie 45 km.
Jakiś czas temu jeden z moich znajomych napisał do mnie wiadomość z pytaniem, czy nie chciałabym pomóc mu w organizacji Maratonu Trzech Jezior. Od jakiś trzech lat Wu. jest głównym organizatorem Górskiego Biegu Frassatiego, w którym dwa razy miałam okazje brać udział, jako wolontariusz(rok temu w taki właśnie sposób spędziłam dzień moich 30 urodzin). Wiedziałam więc, że po raz kolejny czeka mnie ciekawe doświadczenie. W dodatku Wu., znając jedną z moich pasji, jaką jest bieganie, zaproponował, abym w ramach pakietu wolontariusza pobiegła na Czupel. A że to tylko 3,5 kilometra (szkoda, że mnie nie poinformował o wszelkich przewyższeniach powyżej 60०) więc zgodziłam się na jedno i na drugie. 
Dotychczas bieg odbywał się przez jeden dzień. Tym razem całość podzielono na dwa, a właściwie to na trzy, dni. W piątkowy wieczór odbywały się prelekcje z zaproszonymi gośćmi, w sobotę biegi na 25 oraz 45 km(po górskim terenie) no i niedziela przeznaczona była na bieg na wspomniany Czupel.
Ponieważ Wu. udało się załatwić wolontariuszom noclegi, do Międzybrodzia Bialskiego przyjechałam już w piątek. Nawet nie wiedziałam, że to tak blisko z Wadowic(a ściślej pisząc to z Kęt). Najpierw jednak musiałam podjechać do Gminnego Ośrodka Kultury oddać oświadczenia i odebrać mój pakiet startowy.

Torba płócienna + numerek startowy + opaska na głowę + folder o gminie
A że było już późno to jedna dziewczyna podrzuciła mnie pod OSP w Międzybrodziu Bialskim, gdzie miałam załatwiony nocleg. Ogólnie słysząc hasło nocleg w OSP miałam wizję nocowania w sali a'la weselna. Wzięłam więc karimatę i koc. Tymczasem okazało się, że są to normalne pokoje hotelowe.
Nazajutrz zostałam przydzielona do strefy medalowej znajdującej się w Porąbce. Jak wiecie, jam niezmotoryzowany człowiek, dlatego albo korzystam z czyjejś uprzejmości, albo z publicznego/prywatnego transportu. A ponieważ dzień wcześniej nie zdążyłam się z nikim umówić, postanowiłam skorzystać z lokalnej komunikacji podmiejskiej. Trochę się bałam, że zostanie ona wstrzymana na czas biegu. Jednak na przystanku nie było takiej informacji, a i lokalna(chyba) ludność zaczęła się na nim pojawiać. Wkrótce nadjechał oczekiwany autobus. Jeszcze tylko dopytałam się, czy na pewno jedzie przez Porąbkę, zapłaciłam za przejazd i już po chwili ruszyliśmy w stronę Bielska-Białej. 
Po kilkunastu minutach wysiadłam przy malowniczej zaporze oddzielającą drogę boczną od miasteczka. Wąski most pozwala mi dojść do miejscowości. Szybko odkryłam, że jestem w do jej centrum(nieopodal dojrzałam Gminny Ośrodek Kultury). Od miejscowych dowiedziałam się jak dojść do miejskiego stadionu, gdzie umieszczono metę biegów. Po drodze podziwiałam otoczenie.
Na stadionie dopiero wszyscy zaczęli się schodzić. Jeden z koordynatorów wolontariatu był nawet zdziwiony, że już jestem, bo miał zamiar wysłać po mnie jakiegoś zmotoryzowanego wolontariusza. Na szczęście okazało się to zbyteczne(od razu piszę, że nikt mi nic wcześniej nie powiedział). Postanowiłam od razu czymś się zająć, toteż porozkładałam sobie medale, które zawieszaliśmy na szyjach biegaczy.
Po chwili dołączyła do mnie koordynatorka strefy mety oraz mały John. Na pierwszego finiszującego zawodnika(z dystansu 25 km) trzeba było trochę poczekać. A potem już poszło z przysłowiowej górki. Każdy biegacz po przekroczeniu linii mety otrzymywał w pełni zasłużony medal. Ci, którzy biegli na 25 kilometrów otrzymuje go na szarej wstążce, natomiast biegacze z 45 - na niebieskiej. To, kto na jakim dystansie startował sygnalizował kolor numeru startowego.
I tak aż do godziny 19. Ale co to dla takiej zgranej ekipy jak my? Chociaż w pewnym momencie zostałam sama na mecie i to akurat w chwili, kiedy wbiegło na nią w bardzo krótkim odstępie czasu kilkunastu zawodników zarówno z jednej, jak i z drugiej trasy. Przez chwilę był mały kocioł, na szczęście szybko jedna z innych wolontariuszek przyszła mi z pomocą.
Po przekroczeniu linii mety przez ostatniego z biegaczy(potwierdzonego przez zabezpieczenie biegu) trochę pomogłam w sprzątaniu banerów, które ją przyozdabiały. Na scenie trwała w tym momencie dekoracja najszybszych zawodników. Następnie udało mi się załatwić sobie transport na nocleg w OSP. Dzięki temu już o 21:00 byłam na kwaterze. Szybki prysznic, książka i łóżko to idealny zestaw do wypoczynku przed biegiem, w którym miałam wziąć udział.
W niedzielę wstałam przed 7. Chwilkę wymieniliśmy się wrażeniami z dziewczynami, z którymi dzieliłam pokój, po czym poszłam do aneksu zrobić sobie coś na śniadanie. W aneksie było już kilkoro innych wolontariuszy, z którymi zamieniłam kilka słów. Następnie jeszcze na chwilę wróciłam do pokoju, głównie po to, aby się przebrać i spakować plecak na bieg.
Początkowo myślałam, że będę biec z plecakiem, na starcie jednak okazało się, że można go nadać jako depozyt, który zostanie wwieziony przez strażaków na szczyt. Tak też zrobiłam. Na rynku w Międzybrodziu Bialskim było już sporo startujących, wiele z nich to wolontariusze pomagający poprzedniego dnia przy Maratonie Trzech Jezior.
Start zaplanowany był na godzinę 9:00, przy czym każdy zawodnik startował w odstępie 10 sekund od pozostałego. Co prawda byłam bliżej końca listy startowej, jednak kilkoro osób zrezygnowało z występu, toteż lista się nieco przesunęła. 
Prawda jest taka, że pobiegłam bardziej dla rekreacji, niż zrobienia jakiegoś wyniku. Dlatego też bardziej dla mnie był to marszobieg, niż bieg. Poza tym chwilami były takie przewyższenia, że jakbym po nich biegła, to nic dobrego by z tego nie wyszło. Biegłam więc swoim tempem, tak, aby dobiec. I tak myślę, że nie było tak źle, bo przez tydzień kilka razy przebiegłam się po górach. Ale chyba na szczycie ktoś zaczął się niepokoić moją nieobecnością, bo gdzieś w 3/4 trasy zbiegł po mnie jeden z zawodników, a potem dołączył do nas drugi. Od razu lepiej się biegło.
W końcu udało mi się przekroczyć linię mety. Na szczycie czekał na mnie medal oraz... gromkie odśpiewanie "Sto lat". Wszak to był dzień moich urodzin. Po krótkim odpoczynku trzeba było zejść na dół. Jeszcze na szczycie poprosiłam Domina, aby mi w tym pomógł. Bo wiecie, czasami gorzej jest iść właśnie w dół, niż w górę. Chłopak bez problemu się zgodził. A po drodze informował wszystkich turystów zmierzających na szczyt, że jeżeli mi się udało to zrobić, to i im się uda, przy okazji dodając, że tego dnia obchodzę urodziny. Domino odprowadził mnie niemal pod samo OSP. Nie żegnaliśmy się też, bo na popołudnie zaplanowano dla nas, wolontariuszy, ognisko w ramach podziękowania.
Chwilkę wolnego wykorzystałam nie tylko na odpoczynek, ale też na spakowanie swoich rzeczy. W międzyczasie wróciły moje współlokatorki, które przedpołudnie spędziły na sprzątaniu trasy z poprzedniego dnia. Po ogarnięciu się poszłyśmy na ognisku, które było na ogrodzie remizy. Ledwo weszłyśmy na plac, kolejny raz w tym dniu zabrzmiało gromkie "Sto lat". W dodatku Domino przyniósł mi paczkę "Krówek" w ramach prezentu. Aż wzruszyłam się na ten gest. W połączeniu z medalem stanowiło to wyjątkowy prezent urodzinowy.
Ponieważ o 17:30 miałyśmy pociąg (moje współlokatorki wracały tym samym kursem) o 16:45 jeden z wolontariuszy podwiózł nas do Bielska-Białej na dworzec. Po ponad godzinie wysiadłyśmy w K-cach. Pożegnałam się z dziewczynami, które pojechały w swoją stronę, po czym udałam się na dworzec autobusowy na autobus do mojego miejsca zamieszkania.
A tam czekała na mnie kolejna niespodzianka. W tygodniu została dostarczona paczka od naszej Basi, którą odebrała moja siostra(wiecie, Pusia sama się nie nakarmi). Jednak jej rozpakowanie pozostawało w mojej gestii.
Po odpakowaniu znalazłam w niej całkiem pokaźny stos książek.
Wśród książek znalazła się kartka z życzeniami urodzinowymi:
Poza tym czasopisma poświęcone papieżowi Polakowi:
Książki "Pamięć i tożsamość" Jana Pawła II oraz "Wielka księga cudów Jana Pawła II".
Kolejne książki - "Grzech i przebaczenie w świetle słowa Bożego" oraz "Szczęście w niebie. O radościach wieczystej chwały".
Dzięki Basi będę miała co czytać nie tylko w zimowe wieczory, ale i podczas pokonywania trasy DG - K-ce. A z tą "Pamięcią i tożsamością" to trafiła w punkt, bo już od dawna chciałam sobie kupić tą pozycję.

W niedzielę przyszła mi do głowy też pewna refleksja - i co z tego, że przyszło mi świętować dzień urodzin jesienią(a gdybym się tak bardzo nie spieszyła, to byłby to początek zimy)? Co z tego, że niekiedy jest zimno i deszczowo, a świat stracił już piękne barwy wiosny i lata? Niektórzy uważają, że to idealne pory roku do świętowania. A tak naprawdę każdy moment jest dobry do obchodzenia urodzin. Nawet środek mroźnej zimy. Musimy tylko sami tego chcieć i to zauważyć. A jeżeli do tego dołączą się osoby, które naprawdę sprawiają, aby ten dzień był wyjątkowy, to taki naprawdę będzie. Bo ileż to osób urodziło się w owych "najlepszych miesiącach", a potem nie cieszą się z świętowania w promieniach słońca, a dzień urodzin widzą jako datę, kiedy stają się o dzień starsi? I na odwrót, można urodzić się w środku zimy i cieszyć się z tego równie silnie, jak gdyby świętowało się ten dzień w środku lata. Zapamiętajcie więc, nie liczy się pora roku, w której świętujemy pojawienie się na świecie. Gdybym miała podać składniki, które powinniśmy wrzucić do gara z napisem "udane urodziny", to wskazałabym:

1. garść radości z życia
2. kopiastą łyżkę wewnętrznego optymizmu
3. szczyptę pozytywnego myślenia
4. kilka osób, dla których jest się ważnym

Ten ostatni składnik jest niezwykle ważny - nawet zwykły telefon, SMS, wiadomość na fb z życzeniami sprawia, że człowiek wie, że nie jest dla otoczenia obojętny. Że jest akceptowany takim, jakim jest, mimo wszystko. A skoro nie jest obojętny, to jego życie, jakiekolwiek by ono nie było, ma sens.