Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

1427. Mam nadzieję, że choć trochę się spodoba...

Od pierwszej chwili, kiedy usłyszałam, że Jej ulubioną sceną biblijną jest opis Eliasza wstępującego na ognistym rydwanie do Nieba wiedziałam, iż kiedyś ją namaluję i jej podaruję. Tym kiedyś okazała się okrągła rocznica jej urodzin.
Łatwo nie było - wyobrażenie nieco odbiega od efektu końcowego, ale chyba idzie się domyśleć, o co chodzi na malunku. Choć z drugiej strony, tego nie potrafiłam namalować inaczej z powodu atetozy(nie do końca skoordynowanych ruchów). Nasza Gosia bezbłędnie odgadła mimo niepełnej wersji całości za co należą jej się ogromne brawa(swoją drogą Gosiu, czy trudno było na to wpaść, czy też nie?). Chociaż interpretacja Lenki, że to Jezus wjeżdżający do Jerozolimy jako symbol zwycięstwa też jest ciekawa.
W wersji ostatecznej wszystko wyszło tak:

Mam nadzieję, że osobie która dostanie obrazek chociaż trochę on się spodoba. Nie musi wisieć na ścianie, nawet nie musi być na widoku. Może być nawet schowany na dnie szafki pod stertą papierów. Ale jeżeli kiedykolwiek wyciągnie go i tak najzwyczajniej w świecie się uśmiechnie, będę uważała misję za wygraną...
Nie, nie jest w ramce, ale zabezpieczyłam go tekturową teczką i owinęłam w papier prezentowy

niedziela, 24 kwietnia 2022

1426. Co się kryje w głowie despoty?

Równo dwa miesiące temu wojska rosyjskie zaatakowały Ukrainę. Była 4 rano, 24 lutego 2022 roku. Zaledwie kilkanaście godzin wcześniej obroniłam tytuł licencjata z turystyki religijnej. Właściwie to był ostatni moment, bo mijał pięcioletni okres w ciągu którego mogłam wznowić studia. Wznowić po to, aby zaliczyć praktyki i obronić napisaną już 5 lat temu pracę. Obronić oczywiście na najwyższym poziomie, aż komisja dyskretnie kręciła głowami na znak uznania. Nie dane mi jednak było specjalnie się nim cieszyć. W środę dosłownie padłam po tak emocjonującym dniu(zwłaszcza że podróż do i z Krakowa urasta do rangi wyczynu). Nazajutrz przed wyjściem na uczelnie włączyłam telewizor i poczułam jakby mnie trafił grom z jasnego nieba.
Wojna? Czołgi? Ukraina? To było tak niesamowite, że wręcz do nieuwierzenia. A jednak. Papierek, chociaż jeszcze formalnie go nie posiadałam, musiał zejść na boczny tor. Niemal natychmiast zgłosiłam się do wolontariatu. Najpierw na magazynie przy porządkowaniu darów, a potem w punkcie recepcyjnym. Paradoksalnie, według tego co mówi dyplom magisterski, jestem przygotowana do pracy z migrantami i uchodźcami. Nikt jednak te dwa lata temu, kiedy broniłam tytułu magistra pracy socjalnej, nie spodziewał się, że słowo "uchodźca" nabierze takiego wydźwięku.
Codziennie spotykam się z kobietami i dziećmi, które musiały uciekać z ogarniętego działaniami wojennymi kraju, które musiały zostawić chłopaków, mężów i ojców, którym niejednokrotnie ktoś już zginął w tych bezsensownych walkach. Nie zawsze ich rozumiem. Ale niekiedy nie trzeba słów, aby zrozumieć ból i rozpacz drugiego człowieka. Dzieci próbują się bawić i dokazywać, dorośli siedzą przy stołach w jadalni, szepcząc coś zrozumiałego tylko dla siebie.
Niejednokrotnie zastanawiam się, co się kryje w umyśle człowieka, który po raz kolejny w historii powszechnej funduje ludziom piekło na ziemi. Czy można było zapobiec tej tragedii? Dlaczego nie zaprotestowaliśmy, kiedy zaatakował Krym? Putin, Putin zniżył się do poziomu Hitlera, Stalina, Goebbelsa, Mussoliniego, a nawet... Heroda Wielkiego(czytam aktualnie książkę "Jerozolima. Biografia" S. S. Montefiora'y, napisaną na podstawie szeregu różnych źródeł, także tych pozabiblijnych i pozakoranowych i zauważam pewną zbieżność między obydwoma postaciami). Nie wyciągnął wniosków z historii. A może w ogóle się jej nie uczył? Jeszcze bardziej zaskakujące może być to, że ataku dokonał nie żaden muzułmański terrorysta, bo z nimi ostatnio kojarzymy wszelkie masakry ludzkości(dlatego nie lubię słowa "masakra", bo kojarzy mi się z ludobójstwem), a bądź co bądź chrześcijanin. 
Jakiś miesiąc temu w sieci pojawił się bardzo ciekawy wywiad przeprowadzony przez Annę Anagnostopulu z Krystyną Kurczab - Redlich, która daje zaskakujące odpowiedzi na wiele pytań. Sama byłam zaskoczona, bo nie znałam Putina od tej strony.

Panicznie boi się wirusa, nie potrafi obsługiwać internetu. Putin wojnę w Ukrainie planował od lat

Ogromny stół, który oddziela przywódcę Rosji Władimir(a - mój przyp.) Putina od francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona to nie wyraz pogardy wobec przedstawiciela Zachodu, a świadectwo paranoicznego lęku Putina przed zachorowaniem. Obsesji i lęków Putin ma więcej. Żyje w strachu przed otruciem, więc każdej podróży zagranicznej prezydenta Federacji Rosyjskiej towarzyszą dwa samoloty z aprowizacją dla głowy państwa. Nie korzysta z internetu, nikt go nigdy nie widział ze smartfonem przy uchu. Wojnę w Ukrainie planował już nim w 2000 r. objął urząd prezydenta Rosji - opowiada w wywiadzie dla Business Insider Polska Krystyna Kurczab-Redlich, dziennikarka, autorka publikacji poświęconych Rosji i Putinowi.

  • Jego biografia pełna jest kłamstw i kłamać Putin umie od dziecka. Już jako mały chłopiec Wowa był brutalny i unosił się dumą;
  • Nim został prezydentem Rosji, już mówił o konieczności militarnego przywrócenia jej dawnej świetności;
  • Zachód konsekwentnie odwracał oczy od zbrodni Putina i nie słuchał ludzi, którzy nazywali go mordercą;
  • Sama do niedawna miałam łatkę "antyputinowskiej oszołomki" - mówi Krystyna Kurczab-Redlich.
- Anna Anagnostopulu, Busines Insider Polska: Wszyscy zadają sobie pytanie: czy Putin jest szalony, czy tylko chce uchodzić za nieobliczalnego? Pani mówi, że to paranoik, socjopata i psychopata.
- Krystyna Kurczab-Redlich, dziennikarka, reportażystka, wieloletnia korespondentka polskich mediów w Rosji: Nie jestem psychiatrą, ale przypatruję się Putinowi od dawna i zawsze dostrzegałam jego brutalność i agresję. O wiele większe, niż u innych ludzi władzy, którzy wyszli z szeregów KGB, jak choćby były minister spraw zagranicznych i premier Jewgienij Primakow czy szef kontrwywiadu Siergiej Stiepaszyn. Choć Stiepaszyn pacyfikował Czeczenię w tzw. Pierwszej wojnie czeczeńskiej, nie wykazał się nawet częścią brutalności Putina w wojnie przez niego prowadzonej od 1999 r., którą oglądałam z bliska, w Czeczeni. I która aż nieprawdopodobnie przypomina dzisiejszą "operację denazyfikacyjną" w Ukrainie.
O psychopatach u władzy wiele napisano. Hervey Clackley na przykład, w książce "Maska zdrowia" charakteryzuje ich jako ludzi o powierzchownym uroku osobistym, skłonnościach do manipulowania innymi, o braku poczucia wstydu czy winy i ubóstwie uczuciowym. To ludzie, którzy nie liczą się z uczuciami innych, lekceważą normy, mają niski próg wyzwalania agresji.
Koledzy Putina z dzieciństwa mówili, że nie można były małego Wowki obrazić, bo natychmiast rzucał się na człowieka, gryzł, bił, kopał, wyrywał włosy. Pokonany wracał i znów rzucał się na przeciwnika. Czy inaczej zachowywał się w Czeczeni, w Gruzji, czy w Syrii, bombardując Aleppo?
- Anna Anagnostopulu: W swojej książce dużo miejsca poświęca pani dzieciństwu przywódcy Rosji. 
- Krystyna Kurczab-Redlich: Pisząc biografię Putina, musiałam się zastanowić, skąd ta jego łatwość kłamania i agresja. Musiałam więc zajrzeć w dzieciństwo. Było trudne i bazowało na kłamstwie. Jego prawdziwa biografia to inny ojciec, inna matka, inne miejsce urodzenia, inna data, niż podaje oficjalny życiorys. Ten człowiek startował w życie zmuszony do kłamstwa i do nieustannej obrony. W Gruzji, gdzie żył od trzeciego do dziesiątego roku życia, bo jego matka wyszła za mąż za Gruzina, był prześladowany przez kolegów jako nieślubny i obcy. W Leningradzie, gdzie mieszkała dalsza rodzina Putinów, która go zaadoptowała, też musiał stawiać czoła chłopakom z podwórza, wśród których się nagle pojawił.
Mędrcy psychologii, jak choćby Tali Sharot z University Colege London czy Nadja Heym z Nottingham Trent University udowodnili, także odwołując się do fizjologii mózgu, że kiedy ktoś wielokrotnie kłamie, przestaje emocjonalnie reagować na własne kłamstwa. A całkowita przy tym nieobecność uczyć, psychopatyczna właśnie, czyni kłamanie jeszcze łatwiejszym, tworzy codzienność kłamcy. Mózg kłamcy działa inaczej, Putin operuje totalnym kłamstwem od początku swojej kariery politycznej.
Długo myślałam, że on wie, że kłamie, i w to nie wierzy. Jest gorzej. Jego kolega z merostwa w Petersburgu, potem wicepremier Anatolij Czubajs, przerażony opowiadał o swojej rozmowie z Putinem o wojnie w Czeczenii. Okazało się, że Putin uwierzył w czeczeński terroryzm, który sam zmajstrował. Teraz też wierzy w ukraiński faszyzm, który zalęgł się w jego głowie. Jego były wieloletni przyjaciel, zmuszony do wyjazdu z Rosji Siergiej Pugaczow na pytanie dziennikarza: czy Putin wierzy, w to, co mówi, bez wahania odpowiada: tak, zawsze.
Nauka kwalifikuje taką przypadłość już nie jako psychopatię, lecz gorzej - jako paranoję. Piszą o tym autorzy książki "Paranoja polityczna. Psychologia nienawiści". Jeśli kłamca nie przyjmuje do wiadomości niezbitych dowodów podważających jego przekonania, uważa je za oszustwo spreparowane, by uśpić jego czujność, to taka osobowość wykazuje skłonność do urojeń. Jednak nie każdy paranoik u władzy staje się zbrodniarzem wojennym.
- Anna Anagnostopulu: "Nie włada internetem, nigdy nie odpalił komputera, nie ma smartfona" - to  też cytat z pani, w który aż nie chce się wierzyć. Co wobec tego jest źródłem wiedzy Putina o świecie?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Szalenie trudno mówi się o tym, że lider największego geograficznie państwa na świecie jest niespełna rozumu. I kiedy o tym mówię, chodzi mi nie o chorobę psychiczną, a o szczególny rodzaj dysfunkcji psychologicznej. Od wielu lat Putin nie przyjmuje do wiadomości negatywnych informacji. Jak na nie reaguje, mogliśmy zobaczyć podczas niedawnej Rady Bezpieczeństwa, kiedy szef wywiadu zagranicznego Siergiej Naryszkin powiedział coś, co Putinowi się nie spodobało. Prezydent zaczął go strofować na oczach kamer telewizji z całego świata.
Od lat wiadomo, że w telewizji będącej głównym źródłem jego wiedzy, najchętniej ogląda rosyjski program informacyjny. A że nie potrafi obsługiwać komputera? Wystarczy obejrzeć nagrania z kolejnych bunkrów, w których siedzi(teraz podobno ukrywa się w bunkrze na Uralu). Za każdym razem stoi przy nim komputer z jakimś starym Windowsem. Chyba ma telefon komórkowy, ale nikt go nie widział ze smartfonem przy uchu. Paranoicznie boi się otrucia, wszystkich potraw, jakie jada, ktoś musi przed nim próbować. Kiedy lata za granicę, towarzyszą mu dwa samoloty z transportem jedzenia. Ze sobą wozi termos z herbatą do picia.
Do tego wszystkiego dochodzi postępująca izolacja z powodu chorobliwego braku zaufania do najbliższego otoczenia. A ta izolacja i pogarda dla innych, to klasyczne oznaki "zespołu Hubrisa",  właściwego światowym przywódcom długo będącym u władzy. Przecież już w 2014 r. kanclerz Merkel stwierdziła, że Putin "przebywa w innym świecie". Z drugiej strony, mimo całej swojej niepoczytalności, tocząc teraz straszliwą wojnę, potrafi jednocześnie myśleć o bezpieczeństwie swojego jachtu stojącego w niemieckim porcie i w porę go wyprowadzić.
Boi się w końcu koronawirusa, czego dowodem jest widoczny na wielu zdjęciach, olbrzymi stół, przy którym rozmawiał choćby z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Początkowo wzięłam go za gest pogardy wobec przedstawicieli Zachodu, ale ten sam stół dzielił Putina także od zaufanego ministra obrony Siergieja Szojgu.
- Anna Anagnostopulu: W "Onet Radio" mówiła pani, że planował tę wojnę od początku. W trakcie pierwszych ośmiu lat rządów Putina budżet na armię wzrósł pięciokrotnie. Dlaczego uderzył teraz?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Domyka swój plan. Nigdy nie pogodził się z tym, że jakieś republiki ZSRR ośmieliły się sięgnąć po niepodległość. Jakieś Ukrainy, Litwy, Łotwy, czy Estonie... Mało kto zwrócił uwagę na jego pierwsze przemówienie w Zgromadzeniu Ogólnym obu izb parlamentu, gdy mówił "moim świętym obowiązkiem jest zjednoczenie narodu rosyjskiego". Pamiętajcie, w każdej minucie, że mamy - uwaga, uwaga - "jedną ojczyznę, jeden naród", i... tu zawiesił głos, dodając: "jedną przyszłość". Ciarki przechodziły po plecach, bo to kopia hitlerowskiego "jedna ojczyzna, jeden naród, jeden wódz". I znowu mamy tu "syndrom Hubrisa", który łączy w mózgu wodza element osobisty i narodowy: są identyczne.
Teraz uznał, że jego armia jest wystarczająco silna, a społeczeństwo odpowiednio wychowane. Po drugie nie chciał już zwlekać ze względu na swój wiek, a jest dwa lata starszy, niż podaje to oficjalna biografia, bo urodził się w 1950 r., nie w 1952. Istotny jest w końcu fakt, że niedawno ustąpiła Angela Merkel, silny lider światowej opozycji. No i był przekonany, że Joe Biden to słaby staruszek i tak też był przedstawiany przez rosyjską propagandę. Na nagraniu ze spotkania Bidena z dziennikarzami w rosyjskiej telewizji puszczano śmiech z offu i wmawiano społeczeństwu, że to dziennikarze śmieją się z amerykańskiego prezydenta. Jeśli chodzi o Angelę Merkel, sama czasem skręcałam się ze złości, kiedy rozmawiała, pertraktowała z Putinem. Miała jednak na niego duży wpływ.
Władimir Putin jest opętany obsesją na punkcie armii, której Zachód zdawał się nie zauważać. Już w 1994 r., kiedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że zostanie prezydentem, on mówił, że 25 mln obywateli kraju znalazło się na terenach należących do obcych państw, które, jak np. Krym, należy Rosji przywrócić. I tę myśl realizował, militaryzując Rosję. Stworzył około sto szkół kadetów, które szkolą młodych chłopców do rzemiosła wojskowego we wspaniałych, opłacanych przez państwo warunkach. Internat z wyżywieniem i gwarancja pracy w wojsku to w Rosji więcej, niż rodzice mogliby dla swoich synów wymarzyć. I wielu z tych chłopców dorastało wpatrzonych w portret Putina wywieszony w klasie, z hasłem "za rodinu, za Putina". Jak dawniej "za rodinu", czyli ojczyznę, i za Stalina. Przywrócił przysposobienie obronne do szkół, którego nie było od czasów schyłkowego Gorbaczowa i Jelcyna. Przywrócił wojskową odznakę "Gotów do pracy i obrony" dla dorosłych.
Wraz z militaryzacją społeczeństwa postępowało budowanie militarnego patriotyzmu. Wielka Wojna Ojczyźniana została wyniesiona do rangi świętości. Ta świętość została obudowana ustawami zabraniającymi jej zniesławiania. W praktyce oznacza to, że nie wolno mówić prawdy o II wojnie światowej. Zabronione jest choćby wspominanie o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Spotkałam dziesiątki Rosjan, którzy nie mieli pojęcia, że był drugi front, że w drugiej wojnie światowej walczył Zachód i Amerykanie.
 - Anna Anagnostopulu: O koncentracji wojsk przy granicy z Ukrainą wiadomo było wcześniej, Amerykanie od miesiąca upubliczniali informacje, że Putin szuka pretekstu do uderzenia na Ukrainę. Czy tej wojnie można było zapobiec?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Wszyscy wiedzieli i nikt nic nie zrobił. Ta wojna to ostatni etat kłamstw i słabości liderów politycznych Zachodu. Nawet nasz prezydent Aleksander Kwaśniewski mówił, że przez pierwsze lata świat widział w Putinie demokratę.
Jak można widzieć demokratę w człowieku, który w pierwszych dniach panowania zabija 150 tysięcy ludzi na Kaukazie, a militaryzację państwa czyni podstawą jego wielkości? Już w kwietniu 2000 r., jeszcze przed inauguracją, Putin ogłasza Doktrynę Bezpieczeństwa Narodowego Rosji, zezwalającą na użycie broni atomowej, "jeżeli wszelkie inne środki rozwiązania konfliktu zostaną wyczerpane lub uznane za nieskuteczne". A przecież nikt Rosji nie groził. A z jakim przerażeniem  wracamy do tego dzisiaj! Obecnie ludzie z otoczenia Putina to niemal wyłącznie jego koledzy z KGB. Innych, demokratycznych, dawno odsunął. Otaczają go tacy "jastrzębie" jak np. były dyrektor FSB Nikołaj Patruszew, "specjalista" od aktów terrorystycznych. Czy Zachód tego nie widział?
Zachód od początku nie chciał widzieć naukowców wysyłanych do łagrów jako szpiedzy już w 2003 r., nie widział pałowania protestantów od pierwszych lat rządów Putina, nie widział rosnącej liczby więźniów politycznych, nie widział mnożących się śmierci oponentów Putina, a przede wszystkim nie chciał widzieć zbrodni w Czeczenii. 150 tys. trupów przeszło bez śladu, Zachód je wygumował. Putin jeszcze nie objął urzędu, a już w Operze Petersburskiej gościł Tony Blair z małżonką. Wiadomo, że wcześniej otrzymał wielostronicowy raport o zbrodniach w Czeczeni, którego nawet nie przeczytał.
W 2001 r. Bush, patrząc mu w oczy, "ujrzał jego duszę", bo Putin opowiedział mu zmyśloną historyjkę o krzyżyku od matki, uratowanym z pożaru na daczy. W 2003 r. angielska królowa przyjmowała Putina w pałacu Buckingham, a w tym samym czasie w Londynie trwał festiwal filmów o Czeczenii. Z ekranu lała się krew, a przed naszymi oczami parafował autor tego koszmaru, w karocy angielskiej królowej. W 2006 r., roku zabicia Ani Politkowskiej i Saszy Litwinienki, których zresztą znałam, prezydent Chirac wręczył Putinowi Order Legii honorowej. O jakim zapobieganiu wojnie więc tutaj mówimy?
 - Anna Anagnostopulu: Czy przy całym obecnym koszmarze czuje Pani satysfakcję, że świat w końcu zrozumiał, kim jest Władimir Władimirowicz?
Krystyna Kurczab-Redlich: Ile trzeba było krwi i trupów! Byli ludzie, którzy od lat krzyczeli, że Putin jest mordercą. Wielki intelektualista francuski Andre Glucksmann, od zawsze opozycjonolista Putina, pisał: "Na ileż to rzezi pozwalaliśmy, by później żałować, żeśmy ich nie przerwali?[...] Każde pokolenie ma na swoim koncie tchórzliwe zaniechania i nieinterwencje".
Anna Politkowska jeździła po Stanach z odczytami, mówiła o Putinie, o wojnie czeczeńskiej i nikt nie chciał jej słuchać. Deputowany Siergiej Juszenkow, badający wybuchy z 1999 r., zabity w 2003, mówił mi o tym samym. Ja, po artykule, jaki napisałam w 2002 r., gdzie punkt po punkcie wskazywałam na faszyzującą politykę prezydenta Rosji, uchodziłam za antyputinowską oszołomkę. Bo to strasznie niewygodne dla ludzi siedzących w swoich ciepłych mieszkaniach słuchać, że ich prezydent, w niewątpliwie słusznym interesie kraju, staje się zbrodniarzem.
Świat lekceważył i Pomarańczową Rewolucję z 2004 r. której nie byłoby, gdyby nie fakt, że Ukraińcy ośmielili się wybrać nie tego prezydenta, którego osobiście popierał Putin. Świat zapomniał o kijowskim Majdanie z 2014 r. kiedy Putin poprzez swojego specjalnego wysłannika kazał strzelać do ludzi z ostrej amunicji przywiezionej z wojskowego lotniska Czkałowskoje pod Moskwą. Zachód podawał mu rękę, może tylko z pewnym wahaniem. A Syria? To z jego śmigłowców spuszczono bomby na Aleppo, a świat mówił, czasem z podziwem, że prezydent Rosji "umacnia jej pozycję na Bliskim Wschodzie".
Ważne były pieniądze, którymi poprzez ropę i gaz, Putin zalał świat. Bo Putin dysponował bronią, jakiej nie ma żadne tam ONZ: miliardami. I przy ich pomocy wpłynął na Brexit czy wybory w Stanach. A rosyjscy miliarderzy karmili londyńskie City i prawników legalizujących ich machinacje. Teraz dopiero, likwidując te majątki, rezydencje od Nicei, poprzez Hiszpanię, po Florydę, robi się to, co powinno być zrobione od dawna.
 - Anna Anagnostopulu: Czy, niezależnie od dalszego przebiegu wojny, można powiedzieć, że to początek końca Putina?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Wygląda na to, że tak. Trudno jednak powiedzieć, jak długo ten koniec potrwa, i jakim kosztem zostanie okupiony. Nic już nie będzie takie samo, jak przed wojną. Społeczeństwo rosyjskie, choćby chciało nadal wierzyć w propagandę, w pewnym momencie będzie musiało się ocknąć. Ale właśnie wprowadzone kary, 15 lat łagru za mówienie prawdy o wojnie w Ukrainie, zapewne mocno zahamują reakcję społeczeństwa na tę zbrodnię.
Historia się powtarza. Nie tylko dramat bombardowania Groznego(doskonale je pamiętam, siedziałam wtedy w piwnicach razem z Czeczenami), nie tylko zrzucanie bomb próżniowych i kasetowych, zabronionych Konwencją Genewską. Powtarza się dramat rosyjskich żołnierzy, 20-letnich chłopców, wprowadzanych w błąd, głodzonych i, identycznie jak w Czeczenii, po śmierci porzucanych. Widziałam w Groznym trupy leżące na ziemi, obgryzane przez psy. Widziałam zdjęcia krematoriów w Ukrainie w[mój dopisek] 2014 r., gdzie paliło się zwłoki rosyjskich żołnierzy, byle nie dotarły do rodzin w Rosji, byle nie było szumu... I teraz tak samo, jak przed laty, na front rosyjska armia wiezie krematoria.
Powtarza się też straszna rosyjska propaganda, tylko teraz nie ma już kto przekazać Rosjanom prawdy. Zamknięto Echo Moskwy, niezależny portal Deszcz sam zakończył działalność, nie mogąc funkcjonować pod groźbą lat łagru. Telewizja BBC jest w Rosji zablokowana, nie działa Deutsche Welle, zablokowano Facebooka i inne portale. To w końcu doprowadzi społeczeństwo do zdecydowanych ruchów.
 - Anna Anagnostopulu: Czy Rosjanie są gotowi na zmiany? "Pozostają wciąż bardziej poddanymi, niż obywatelami" - napisała Pani. I czy Władimir Władimirowicz wychował sobie następców? Kto mógłby go zastąpić?
- Krystyna Kurczab-Redlich: Aleksiej Nawalny, ale to tylko moje pobożne życzenie. Toczy się wojna, więc łatwo przeoczyć fakt, że trwa właśnie kolejny proces Nawalnego, w którym prawdopodobnie zostanie skazany na 15 lat łagru.
Przed wojną rozmawiałam z wieloma Rosjanami, karmionymi państwową propagandą. Słyszałam od nich, że są otoczeni, że Zachód chce ich napaść. Nie potrafili jednak odpowiedzieć na moje pytanie, po co miałby to robić. NATO zbliża się do granic. Kaliningrad musi się bronić! Polska jest wrogiem - to codzienny przekaz rosyjskiej telewizji. Ciężko tego słuchać bez środków uspakajających.
Nam, ludziom rozumującym logicznie, trudno zdać sobie sprawę z tego, czym jest rosyjska propaganda. Przytoczę wyimek z ostatnich dni: To Ukraińcy nas napadli, zabijają Rosjan w Ukrainie, bombardują własne miasta. Nieważne, że nie ma w tym logiki. Umysł przeciętnego Rosjanina przyjmuje tylko, że Ukraińcy to bandyci, naziści i banderowcy.
Jest taki cytat z Pawłowa, tego od psów Pawłowa, który zresztą przytaczam we wspomnianym artykule z 2002 r. "Rosyjski umysł nie przywiązuje się do faktów. Najbardziej lubi słowa, lecz nie zastanawia się nad ich znaczeniem. Nie lubi patrzeć na prawdziwą rzeczywistość". A poczucie strachu jest w Rosji przekazywane w genach z pokolenia na pokolenie. Od Mongołów, przez carów, przez Iwana Groźnego, po terror stalinowski. Kiedy Rosjanie mieli dłuższą przerwę w historii wolną od strachu, która pozwoliłaby im odetchnąć latami demokracji?
Krystyna Kurczab-Redlich, dziennikarka, reportażystka, autorka książek o Rosji, m.in. wielokrotnie nagradzanej "Głową o mur Kremla", biografii Putina "Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina", autorka filmów dokumentalnych o Czeczenii, w 2005 r. nominowana przez Amnesty International i Helsińską Fundację Praw Człowieka do Pokojowej Nagrody Nobla.


Straszne jak dla mnie jest to, że wszystko od dawna było planowane, wiele osób o tym wiedziało (choćby Amerykanie) i nic nie zrobiło, aby zapobiec. Czy odważy się zaatakować też Polskę? Teoretycznie wie, że wtedy zadrze nie z krajem, ale m.in. z NATO i z Unią Europejską. Zresztą jest wielce prawdopodobne, że gdyby Ukraina już należała do jednego, albo drugiego związku(nie mówiąc już o obu), to Putin raczej nie odważyłby się na taki krok. Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo co takiej osobie przyjdzie do głowy. Tylko obawiam się, że np. takie Niemcy nie będą skore do przyjmowania uchodźców z Polski...

sobota, 23 kwietnia 2022

1425. Aby święta mieli choć trochę radosne...

Ostatnio jakoś mało mnie w sieci. Ale za dużo spraw się nazbierało. Wiecie - studia, praca, wolontariat w punkcie recepcyjnym dla uchodźców z Ukrainy, treningi... Czasami brakuje czasu na przyjemności, chociaż staram się, aby nie zabrakło go na odpoczynek i wypoczynek. Ten dłuższy, tygodniowy (prawdopodobnie), przyjdzie w ciągu najbliższych 6 tygodni. Ale na razie o tym cicho sza, żeby nie zapeszyć.
W tym roku wyznawcy prawosławia i grekokatolicy obchodzą swoją Wielkanoc tydzień po katolickich i protestanckich świętach Wielkanocnych oraz żydowskim święcie Paschy obchodzonym na pamiątkę wyprowadzenia Narodu Wybranego z Ziemi Egipskiej w stronę Ziemi Kanaan(swoją drogą tej fragment z Księgi Wyjścia jest jednym z moich ulubionych). Wynika to z różnic między używanym przez nich kalendarzem juliańskim, a naszym - gregoriańskim. Dla wielu z nich, uchodźców z ogarniętej wojny Ukrainy, z pewnością będą zupełnie inne niż dotychczas. Z dala od domu, w nieznanym miejscu, niejednokrotnie rozłączeni z najbliższymi(chociażby z mężami). Dlatego wiele miast wyszło z inicjatywą zorganizowania "śniadań wielkanocnych", będących nie tylko okazją dla świętowania, ale i integracji z lokalną społecznością. 
Kiedy zobaczyłam informację, że potrzebują wolontariuszy do "wielkanocnego śniadania" organizowanego w Katowicach przez fundację "Wolne miejsce", nie wahałam się ani chwili z wysłaniem swojego zgłoszenia. Ja wiem, że dużo nie zdziałam, wychodzę jednak z założenia, że każda pomoc, nawet tyci-tyci, jest przydatna. Już na drugi dzień dostałam odpowiedź zwrotną, że jak najbardziej mogę przyjść. Co prawda dzielnica Ligota, w której odbywało się śniadanie, w dalszym ciągu brzmi dla mnie kosmicznie i przerażająco, i znam ją głównie ze szpitala z oddziałem neurologii dziecięcej, no, ale...
Z drugiej strony już samo dostanie się tam stanowiło nie lada wyzwanie. Oczywiście, dzień wcześniej sprawdziłam co tam jedzie. Nie wpadłam jednak na to, że na trasie upatrzonego autobusu będą dwa tak samo brzmiące nazwy przystanków, na obydwóch krańcach kursu. Jak myślicie na którym wysiadłam? Na szczęście obok był tramwaj - przynajmniej była szansa, że nie wywiezie mnie nie wiadomo gdzie. Tym sposobem dojechałam pod dworzec PKP. Wczoraj analizując mapę widziałam w okolicy akademików(gdzie było owo spotkanie) stację kolejową, więc zdecydowałam się spróbować dostać się tą drogą. Po jakiś 8 minutach byłam prawie na miejscu.
Piszę "prawie", bo jeszcze musiałam dojść na te nieszczęsne akademiki. Najpierw poszłam w zupełnie innym kierunku. Po drodze weszłam do "owada", kupić sobie pierwszego w tym roku loda. Wodnego, rzecz jasna, bo tych mlecznych niestety nie toleruję. Przy kasie przede mną stał może z 8-mio letni chłopiec, któremu zabrakło 2 zł do zakupów. Aż mi się go żal zrobiło i mu dorzuciłam tą kwotą. Dla mnie to niewiele, a on będzie miał mleko i bułki. Dopiero po zakupach "wskoczyłam" na właściwe tory i w miarę szybko dotarłam na wskazane miejsce.

Te jajka były pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy po dotarciu na miejsce. Zostały na nich napisane życzenia, a po wszystkim zawieziono je do Medyki na znak jedności pomiędzy narodami.

Na miejscu odnalazłam organizatora i zakomunikowałam mu moją obecność. A potem sama wkręciłam się do kuchni, gdzie wydawałam jedzenie, a także pilnowałam, aby nie brali zbyt wielu kawałków pasky(ukraińskiej paschy).

To ciasto to właśnie ukraińska paska. Trochę przypomina keks, jednak jest bardziej wyrazista w smaku

Dla gości przygotowano też m.in. cały gar żurku
A na to zdjęcie to nawet ja się załapałam...
Według obliczeń w spotkaniu wzięło udział ok. 1000 osób, w przeważającej liczbie Ukraińców. Jak można się domyśleć, wszystkie potrawy można było skosztować za darmo, co jeszcze bardzie mogło pomogło zintegrować się ze społecznością. Dodatkowo najmłodsi uczestnicy spotkania dostały torby z drobnymi upominkami, co wywołało uśmiechy na niejednej twarzyczce. 
Frekwencja dopisała
Podarki dla najmłodszych
Z powrotem wróciłam najpierw pociągiem, a następnie autobusem. Na szczęście obyło się bez przygód. Po powrocie do domu wzięłam się za... malowanie. Domyślacie się może, co będzie przedstawiać(przynajmniej w moim zamyśle) ten obrazek? Nie jest on dokończony(jeszcze), jednak jak pokazałam go sąsiadce, dosyć szybko wpadła, o co chodzi. Od razu tłumaczę, że to żółto-czerwone i czerwone to ogień(nie licząc końskich ogonów i grzyw), a temu brązowemu na kółkach brakuje jeszcze jednej rzeczy. Ktoś ma jakiś pomysł?

niedziela, 17 kwietnia 2022

1424. Niech to będzie czas nadziei i pokoju

Kochani Czytelnicy, drodzy Goście mojego skromnego bloga,
Po dwóch latach świąt Wielkiej Nocy, będącej wspomnieniem zmartwychwstania Syna Bożego, które przyszło nam spędzić w pandemicznych obostrzeniach, zapewne wielu z nas marzyło o tym, że tegoroczne święta będą już "normalne". Tymczasem rzeczywistość po raz kolejny napisała nam niespodziewany scenariusz.
Od prawie dwóch miesięcy za naszą wschodnią granicą toczą się działania wojenne, wielu ludzi ginie w tej bezsensownej walce(żadna wojna nie ma sensu, ponieważ każda niesie za sobą jakieś ofiary), rzesze ludzi zmuszonych jest uciekać z miejsc, gdzie jeszcze tak niedawno czuli się bezpiecznie. Wielokrotnie pytamy "Gdzie jest Bóg? Dlaczego pozwala na takie rzeczy". Pamiętajcie, Bóg nie chce wojny, wojna wybucha zawsze wtedy, kiedy ludzie odtrącą, wyrzucą Go ze swojego życia, czy wręcz sami będą się Nim mianować. Wiele naszych rodaków włączyło się w pomoc uchodźcom na różne sposoby, niosąc im w ten sposób płomyki nadziei.
Święta Wielkanocne również nierozerwalnie łączą się z nadzieją. Nadzieją na lepsze jutro, na uśmiech, na dobroć. Nie trzeba być wierzącym, aby poczuć, że to znak zmian. Czy na lepsze? Tak wiele zależy w tej kwestii od nas samych. Dlatego moi Kochani, chociaż tegoroczne święta powoli się już kończą, życzę każdemu z Was, abyście mieli w sobie niegasnącą nadzieję na zmianę na lepsze. Co więcej, jeżeli możecie, nie trzymajcie jej niczym lampy pod korcem, a nieście w świat. Życzę Wam też pokoju, zarówno ducha, jak i myśli. Nie róbmy niepotrzebnych wojen w najbliższym nam otoczeniu, w naszych rodzinach. Nie dzielmy swoimi poglądami innych, a łączmy, nie bądźmy zawistni, czasami odpuszczajmy i idźmy na kompromis. Wbrew pozorom takie małe wojny, nawet na blogach internetowych, mogą mieć równie dużą siłę, jak te toczące się z użyciem broni. 
Myślę, że nadzieja i pokój są nam teraz nawet bardziej potrzebne, niż zdrowie. Owszem, ono jest ważne, spójrzmy jednak w stronę Ukrainy. Ileż to zdrowych ludzi poszło walczyć za ojczyznę... Ile z nich zginęło, lub zginie, ile zostało lub zostanie okaleczonych... Właśnie w takich momentach zastanawiam się, czy zdrowie zawsze jest najważniejsze. Czy może czasami jest coś ważniejszego.
Kochani, odpocznijcie też i nabierzcie sił. Niech zmartwychwstały Chrystus jeszcze raz zatriumfuje - jeżeli nie na świecie, to w sercach każdego z nas. I pamiętajcie - po każdej śmierci, także tej w przenośni, następuje zmartwychwstanie!

Radosnego Alleluja! 

Taka skromna dekoracja świąteczna. Dziękuję wszystkim tym, którzy się do niej przyczynili(Basia P., Ulcia, Marzenka D.)

P.S.1. Chyba mnie wena twórcza poniosła... Musicie mi to wybaczyć...
P.S.2. Dziękuję wszystkim tym, którzy przyczynili się do 300 000 wyświetleń bloga :)

środa, 13 kwietnia 2022

1423. Krzyż, co stał się zbawieniem

Tajemnica Krzyża

Krzyż...
Dwie belki do siebie przybite.
Pozioma, 
co obejmuje wszystkich ludzi,
począwszy od Adama, 
skończywszy na ostatnim,
który po ziemi kroczy.
Pionowa,
spinająca ziemię z niebem,
niczym drabina 
łącząca ze sobą
te dwa odległe na pozór światy.
Krzyż, co stał się bramą,
do pokonania wrót śmierci,
i otwarcia zamkniętych wrót Raju.
Nadal nie wierzysz, że stał się cud?
że ktoś swoją śmiercią uczynił coś tak niezwykłego?
Pamiętaj, że dla Boga 
nie ma nic niemożliwego.
Największa tajemnica została rozwiązana.

Jednym z takich nieodłącznych elementów polskiego krajobrazu jest krzyż, najczęściej z wiszącym na nim Zbawicielem. Krzyże widzimy przy wiejskich drogach i w środku dużych miast, na dachach świątyń katolickich, na ścianach mieszkań ludzi identyfikujących się z wiarą i kulturą chrześcijańską, szkół, a nawet w sali sejmowej (swego czasu wywołał on niemałą dyskusję na temat tego, czy powinien tam wisieć, czy też nie). Niektórym to przeszkadza, inni, nawet jeżeli są niewierzący, mają do niego neutralny stosunek. 
W dawnych, starożytnych czasach na krzyżach wieszano największych złoczyńców. Dlatego Żydzi chcieli, aby Jezus zawisł na nim. Pokazałoby to wszystkim zgromadzonym na Golgocie, że wcale nie uważają go za swojego Króla, ale za kogoś zupełnie przeciwnego. Tymczasem, paradoksalnie, Krzyż wcale nie uniżył majestatu Bożego, wręcz przeciwnie, wywyższył go i wyróżnił ponad wszystko, chociaż na pierwszy rzut oka ówcześni ludzie widzieli pewnie zwykłego człowieka, który ponosił śmierć za czyny, które dokonał.
Na Krzyżu Stare Przymierze zderzyło się z Nowym. Według źródeł Chrystus zmarł około godziny 15:00. W tradycji judaistycznej o tej porze zabijano baranki paschalne. Tymczasem na Golgocie konał nowotestamentarny Baranek. Być może żałosne, ostatnie beczenie baranków dobiegało do Jego uszów w ostatnich chwilach życia. Chociaż ten zwrot w perspektywie zmartwychwstania, czyli ponownego powrotu do życia, wydaje mi się nieadekwatne. Jednak to tylko moje subiektywne odczucie.
Lubię patrzeć na krzyże, zarówno na te zwykłe, jak i bogato zdobione. Jest jednak jeden, którego widok szczególnie mnie wzruszył i zapadł mi w pamięć - to krzyż wiszący w jakimś kościele z Jezusem, któremu podczas wojny kula urwała rękę. Symboliczne wydaje mi się jednak to, że była to lewa ręka, a więc może ocalałą prawą błogosławić swojemu ludowi z krzyża. 

niedziela, 10 kwietnia 2022

1422. Pierwszy Bieg Hazoka za nami

Tak jakoś związałam się z siemianowickim MK Teamem, że z prawdziwą przyjemnością rekrutuję się na organizowane przez nich imprezy biegowe jako wolontariusz(a czasami i jako uczestnik biegu, jak to miało miejsce podczas ostatnich VIII Hercklekotów). Na początku robiłam to z drobnym niepokojem, bo przecież nigdy nie ukrywałam mojej, hmmm, oryginalności(jasne, mogłabym napisać inności, ale oryginalność ciekawiej brzmi) i zdawałam sobie sprawę z tego, że będę musiała udowadniać, że mogę pomagać w większości funkcji na takim biegu bez względu na moje ograniczenia. Teraz wysyłam formularze zgłoszeniowe już z większą pewnością, że uda mi się zakwalifikować. I tak się dzieje - jeszcze mnie ani razu nie odrzucili.
źródło zdjęcia
Kiedy zaczęto mówić o zupełnie nowym biegu w ramach tegorocznego biegowego Grand Prix, wypatrywałam formularza rejestracji wolontariuszy chętnych do pomocy w nim. Niestety, jak na złość go nie było. Myślałam, że naprawdę nie potrzebują nas, kiedy na grupie na fb pojawiła się informacja, że chętni mogą się zgłaszać, poprzez wysłanie meila do żony prezesa(tego samego, co biegł ze mną ostatnio). Jak myślicie co zrobił Lolek w środę, trzy dni przed biegiem, o godzinie 22:32? Brawo dla tych, co obstawili, że napisał wiadomość i wysłał ją pod wskazany adres. Chwilę później dostałam potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia. Czyli już wiedziałam jak będzie przebiegało moje sobotnie przedpołudnie. 
W piątek jeszcze zastanawiałam się, czy skorzystać z lutowego zaproszenia mojego promotora pracy licencjackiej z turystyki religijnej na Niedzielę Palmową spędzoną na Groniu Pawła II, gdzie miał Mszę świętą. Jednak zważając na to, że gmina usunęła wszystkie połączenia komunikacyjne na wieś, to w ostateczności z tego zrezygnowałam. Mówi się trudno. W takich chwilach tylko żałuję, że te 13 lat temu posłuchałam się mamy i nie poszłam na prawo jazdy. Ile było by prościej, zwłaszcza w czasach pandemii. Ale jak się słucha innych to tak to już jest.
Podczas piątkowej Drogi Krzyżowej ponownie schola miała rozważania. I chociaż dostałam jedną stację, to jakoś tak zrobiło mi się przykro. Ja naprawdę musiałam cierpliwie czekać na swój przydział na czytania wręcz latami i jeszcze potem słuchać, że muszę się pogodzić z tym, że inni mają częściej wszystko ode mnie bo są młodsi. Tymczasem teraz wystarczy być dwa tygodnie, aby dostać coś do przeczytania. Ech, sprawiedliwość... Tylko dlaczego z tego powodu czuję się gorsza od innych?
Na harmonogramie niby jest napisane,
że Biuro Zawodów pracuje do 14:30, 
w rzeczywistości jednak działamy do
samego startu biegu(źródło zdjęcia)
Nazajutrz jednak cały gorszy humor mi minął wraz z pojawieniem się na siemianowickiej Rzęsie. Już z daleka widziałam, jak macha mi Żona Prezesa na powitanie. Po krótkim przywitaniu poszłam do Biura Zawodów, gdzie już zostałam prawie do końca. Niemal od razu jego kierownik zapytał mnie, czy teraz też biorę udział w biegu. No niestety, wtedy kiedy były zapisy jeszcze "jechałam do babci na Niedzielę Palmową"(babcia mieszka jakieś 3 km. poniżej Leskowca i Gronia Jana Pawła II), a bieg na 5 km startował dopiero o 15:00. Wedle moich pierwotnych planów z zawodów miałam się urwać gdzieś o 12, jechać do Katowic, z Katowic do Krakowa, z Krakowa do Wadowic, a w Wadowicach już ktoś od babci musiałby mnie odebrać. No, ale dzień wcześniej się rozmyśliłam, a wtedy już było za późno na wszelkie zapisy.
Biuro Zawodów funkcjonowało od 8:00 do ostatniego biegu, czyli do godziny 15:00(a nawet ciut dłużej, bo często zdarza się tak, że zawodnicy odbierają pakiety po starcie danego biegu, a potem gonią innych. Najpierw wydawałam pakiety z biegu na 10 km, a potem na biegi dla dzieci. A jeszcze na koniec poszłam rozdawać medale zawodnikom z biegu na 5 km.
Poranek był zimny i wietrzny, w dodatku teren zawodów był podmokły. W pewnym momencie zaczął padać deszcz, a nawet grad. Na szczęście pogoda oszczędziła atrakcji podczas samych biegów i obyły się one bez większych niespodzianek(chociaż momentami na trasie było dość ślisko). Akurat tym razem nasze stanowisko było tak ustawione, że mogliśmy podziwiać finiszujących biegaczy od strony stawu. Zresztą nie tylko zawodników, tych dużych i tych małych, bo biegi dla dzieci odbywały się wokół jednego ze zbiorników wodnych (a może to był jeden zbiornik, tylko przedzielony pomostem?), ale też uczestników zabawy polegającej na zebraniu jak największej liczby czekoladowych jajeczek poukrywanych na terenie kompleksu. Najlepsza rodzina znalazła ich aż 169(albo 163, bo ktoś z organizatorów miał co do tego wątpliwości).
Swoją misję skończyłam przed godziną 16:00. Jeszcze tylko oddałam kamizelkę, za co dostałam pakiet wolontariusza oraz certyfikat wolontariusza. Tym razem w pakiecie znalazł się worek, butelka z napojem, czekolada, opaska sportowa na głowę oraz identyfikator, że faktycznie byłam wolontariuszem na biegu.
Schowałam to do mojego plecaka i udałam się na przystanek autobusowy. Okolica do biegania urocza, ale dostanie się tam komunikacją miejską jest trochę skomplikowane. Na szczęście jest jeden autobus, który zatrzymuje się na tamtejszym przystanku, a także na "moim" przystanku. I nawet nadjechał w niedługim czasie. Tylko trzeba się pilnować, bo tamten przystanek jest na żądanie i jeżeli człowiek się zagapi, to autobus może nie zjechać w zatoczkę.
Bieg Hazoka może brzmieć dla większości z Was tajemniczo. Hazok to z gwary śląskiej zajączek, jeden z symboli świąt Wielkiej Nocy. Z jednej strony symbol pogański, ale z drugiej istnieje chrześcijańska legenda wedle której zające były pierwszymi istotami, które zobaczyły zmartwychwstałego Pana. 
Chyba najbardziej znany Hazok na świecie(źródło zdjęcia)

czwartek, 7 kwietnia 2022

1421. Nieoczekiwany zwrot akcji

Staram się, aby entuzjazm z formalnego potwierdzenia ukończenia studiów nie zawrócił mi w głowie. Tym bardziej, że jeszcze nie skończyłam mojej edukacyjnej ścieżki. Być może i mogłabym sobie odpuścić i nauki o rodzinie i pedagogikę, ale teraz dopiero czuję, że podążam właściwą drogą. Co nie oznacza, że nie mogę też wykorzystać wiadomości z turystyki, a nawet zarządzania czy administracji. Tak jak dotychczas staram się regularnie powtarzać materiał, uzupełniać notatki i przygotowywać do zajęć. Inaczej raczej nie wyrobiłabym ze wszystkim. A czasami wręcz wychodzi to na dobre.
Trzy tygodnie temu wykładowca z pedagogiki resocjalizacyjnej zapowiedział nam na przyszły tydzień (13 kwietnia) kolokwium zaliczeniowe(akurat kończą nam się już zupełnie te zajęcia, ale za to zaczynają kolejne). Od początku byłam sceptyczna co do takiego rozwiązania, bo po tylu latach studiowania wiem, że w ostatnim dniu przed świętami zdarzają się godziny rektorskie. No, ale ja akurat "mam najwięcej do gadania". W każdym razie w ten poniedziałek moje przypuszczenia okazały się słuszne - do publicznej wiadomości podano informację, że w środę 13 kwietnia ogłasza się godziny rektorskie...
I tu pojawił się problem odnośnie kolokwium zaliczeniowego. W zasadzie wszyscy mieliśmy nadzieję, że na środowych zajęciach znajdziemy jakiś nowy, dogodny termin jego napisania. Wszak, jakby nie patrząc, mieliśmy jeszcze jeden temat do zrealizowania. 
Przed wyjściem z domu do plecaka włożyłam jeszcze bazę pod farby oraz laptopa. Na ćwiczeniach z pedagogiki resocjalizacyjnej mieliśmy bowiem poznać technikę malowania "dziesięcioma palcami" oraz robić notatki z zaobserwowanych zachowań grupy malującej. Oczywiście, na upadłego mogłam robić te notatki ręcznie, ale na laptopie zdecydowanie jest mi lepiej i, nie czarujmy się, szybciej.
Przejazd do Katowic spędziłam tradycyjnie już na czytaniu książki(tym razem jedną z pozycji obowiązkowych na przedmiot zowiący się polityka społeczna). Czas szybko mijał i w niecałą godzinę dotarłam na uczelnię.
Tam, niemal zaraz przy wejściu, natchnęłam się na koleżankę z roku, która mi oznajmiła, że... za kilka minut mamy kolokwium zaliczeniowe z pedagogiki resocjalizacyjnej. Serio? - przemknęło mi przez myśl. Mina musiała mi zrzednąć, ponieważ niemal natychmiast dodała, że możemy mieć notatki i że oni sami dowiedzieli się o wszystkim chwilę wcześniej. Szczęście w nieszczęściu, że tydzień temu zmobilizowałam się na tyle, że w domu zrobiłam notatki z dwóch ostatnich wykładów, które miałam nagrane na dyktafon. Nie chciało mi się co prawda siedzieć z nimi po nocach, miałam ochotę wszystko rzucić, ale w ostateczności wyszło mi to na dobre. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Nie miałam jedynie pierwszego wykładu, pech chciał, że broniłam wtedy licencjatu z turystyki religijnej. Ktoś wrzucił notatki na grupę na messengerze, no ale ja nie miałam internetu, a i na uczelni nie ma sieci wi-fi. Na szczęście z pomocą pospieszyła mi realna grupa, gdzie jedna dobra dusza udostępniła mi swoją sieć. Nawet nie przypuszczałam, jak bardzo mi się to przyda. 
Na początku zajęć prowadzący kazał nam się rozsiąść i rozdał kartki z czterema pytaniami otwartymi. Pierwsze dotyczyło własnej definicji niedostosowania społecznego w oparciu o jedną z czterech definicji wg Lesława Pytki, drugie własnej definicji resocjalizacji inspirowanej dotychczasowymi wyjaśnieniami tego pojęcia, trzecie cechy wychowawcy resocjalizacyjnego wraz z uzasadnieniem, zaś czwarte przykładowe cele resocjalizacji wraz z ich opisem. Nieśmiało rozejrzałam się dookoła, niemal wszyscy wertowali swoje komórki lub laptopy. Poczułam się ośmielona i otworzyłam i mój laptop. Niby coś tam kojarzyłam, ale wolałam się upewnić(w zasadzie tylko drugiej odpowiedzi nie byłam pewna), a skoro można było korzystać... 
Coś tam zaczęłam skrobać na kartce. Ogólnie powinnam zgłosić prowadzącemu, że mam zgodę na pisanie kolokwiów na laptopie, względnie odpowiadanie ustne, ale wszystko się działo zbyt szybko i niespodziewanie. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy wykładowca sam wyszedł z inicjatywą i ni stąd, ni zowąd doszedł do mnie jego głos:
 - Jak pani woli, pani Karolino, to może to kolokwium napisać na laptopie i mi przesłać.
Serio? - jeszcze raz przebiegło mi przez głowę. Niepewnie spojrzałam na mężczyznę.
 - Pan Profesor to do mnie mówi - mimo wszystko wolałam się upewnić.
 - Tak - potwierdził. No dobrze, skoro sam wpadł na to, że ręcznie dużo mu nie napiszę(nawet w 1,5 godziny), to żal nie skorzystać z okazji. Uwierzcie mi, nie wszyscy są tacy domyślni i wspaniałomyślni. I tutaj nie chodzi o to, że wolno piszę ręcznie(szczęście, że w ogóle tak piszę), bo wolno myślę, tylko dlatego, że atetoza nie pozwala mi na skoordynowanie ruchów.
W ostateczności zdążyłam i napisać i wysłać kolokwium wykładowcy na czas. Trochę mnie poniosło w dwóch ostatnich pytaniach, ale z drugiej strony pisząc ręcznie raczej bym się tak nie rozpisała. Nawet profesor zwrócił uwagę na moje odpowiedzi. Jednak nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że wszyscy zdali - jedni lepiej, inni gorzej, ale nikt nie ma poprawki. Nawet nie wiecie jak z tego się cieszę, bo po cichu kibicowałam im wszystkim. Same notatki nie na wiele mi się zdały, bo tak jak pisałam, wcześniej już zaczęłam się wszystkiego uczyć i powtarzać. Jedynie w tym drugim pytaniu się nimi podparłam(akurat po wczorajszych zajęciach miałam poprosić grupę o pożyczenie mi ich).
Sam Profesor jest zatrudniony w Instytucie Pedagogiki, więc mam nadzieję, że jeszcze go spotkam.
A po tym co straszne i stresujące, przyszedł czas na relaks podczas ćwiczeń i malowania dziesięcioma palcami na nich(chociaż ja tam używałam najwyżej siedmiu).
A tu już nasza grupa z nauk o rodzinie podczas ostatnich ćwiczeń z pedagogiki resocjalizacyjnej*

Trzymajcie się ciepło!

* Ten krzyż na ścianie może razić, ale uwierzcie mi są na Wydziale Teologicznym i osoby innego wyznania, i ateiści i jak dotąd żaden z nich nie miał co do nich żadnego "ale"(a wiszą one w każdej sali)

wtorek, 5 kwietnia 2022

1420. Niedzielny wyjazd na tegoroczne Misterium Męki Pańskiej do Krakowa

Witajcie Kochani,
Zanim przejdę do dzisiejszego wpisu, chciałabym bardzo, ale to bardzo podziękować każdemu z Was za komentarze i gratulacje pod poprzednim postem. Zrobiło mi się niezwykle miło, czytając każdy z nich. Serce biło mi niesamowicie, kiedy czytałam Wasze wypowiedzi, zresztą tak samo, jak podczas czytania komentarzy na fb(ale jak tu się nie wzruszyć, kiedy gratulują nauczyciele jeszcze z czasów przedszkolnych, wspominając moją "karierę naukową", rodzice moich szkolnych kolegów i koleżanek, czy też sami oni). Co prawda kilkakrotnie powtórzyłam, że nie zrobiłam właściwie nic wyjątkowego, po prostu ukończyłam studia, obroniłam prace i odebrałam dyplomy, jak rzesza studentów przede mną i rzesza studentów po mnie. Byłam jednym z nich, studentem, któremu nie zawsze wszystko wychodziło i czasami też miał ochotę wszystko rzucić. Też złościłam się na profesorów, też miałam dosyć nauki. Ale to chyba każdy przechodzi takie kryzysy. Grunt, żeby je przetrwać i iść dalej. Może to dziwne, ale dopiero teraz do mnie dociera, że mogę mówić o sobie "magister", chociaż tytuł obroniłam prawie 2 lata temu. Mam tylko nadzieję, że nie przewróci mi on w głowie za bardzo😄. Trzymajcie za mnie o to kciuki. Jeszcze raz wszystkim serdecznie za wszystko dziękuję i obiecuję Wam poodpisywać na komentarze. Tylko muszę jakoś wygrzebać kilka wolnych chwil.
Już kilkakrotnie pisałam na tym blogu o Misterium Męki Pańskiej wystawianym na salezjańskiej scenie przy Salezjańskim Seminarium Duchowym w Krakowie. Każdego roku sceny Triduum Paschalnego(a niekiedy i poprzedzające te trzy dni, lub też następujące tuż po nich) osadzone są w innej rzeczywistości. Były już np. słowa papieża Franciszka podczas ŚDM w Krakowie, wesele w Kanie Galilejskiej, rola światła, Błogosławiona Piątka Salezjańska, czy też Jezus jako Dobry Pasterz. Dlatego za każdym razem jestem ciekawa czym tym razem zaskoczy mnie reżyser przedstawienia.
Kiedyś na Misterium jeździliśmy całą parafią, raz mieliśmy wyjazd tylko dla scholi(+rodzice+dwie osoby spoza), raz podłączyliśmy się pod młodzieżową wspólnotę. Od czterech lat jednak nikt nie organizuje już tego typu wyjazdów. W 2019 roku wybrałam się na przedstawienie sama(no dobra, nie do końca sama, bo z Młodą, ale już nie jako grupa parafialna), co opisałam w >>TYM<< wpisie. W 2020 roku miałam "zaklepany" bilet, niestety wybuchła pandemia i spektakle zostały zawieszone. Co prawda wznowiono je na jesieni, jednak nie udało mi się zdobyć miejscówki(głównie dlatego, że było mniejsze obłożenie sali). Podobno było w zeszłym roku. W tym roku jednak trochę popuścili wszelkie ograniczenia, a w związku z tym widownię można było zapełnić nawet w 100%. Na początku oczywiście wszystkie bilety zostały wykupione, jednak z doświadczenia sprzed pandemii wiedziałam, że po drodze zawsze zwalniają się jakieś miejsca. Tzn. podczas pandemii też się zwalniały, ale pierwszeństwo w "zabukowaniu" miały grupy wpisane na listę rezerwową, tych zaś nie brakowało. Kiedy zobaczyłam, że 3 kwietnia zwolniło się ponad 30 miejsc, aż zaświeciły mi się oczy z radości. Szybko napisałam do organizatorów meila z prośbą o rezerwację jednej miejscówki. Już nawet nie prosiłam o konkretną godzinę(miejsca były i na spektaklu o 13:00 i o 15:30), bardziej chodziło mi już o samo bycie. Na ten dzień nie zapisywałam się też na żaden wolontariat, a zatem był on też dla mnie niejako wytchnieniem od codzienności.
Chociaż pogoda splatała nam psikusa, kwiaty dzielnie stawiają jej czoła
W tygodniu poprzedzającym spektakl dostałam meila z potwierdzeniem zapisu oraz szczegółowymi informacjami, w tym z godziną przedstawienia. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że zapisali mnie na godzinę 15:30. Dzięki temu mogłam niejako zaplanować ten dzień.
Do Krakowa pojechałam z samego rana. Po przeanalizowaniu wszelkich za i przeciw uznałam, że jeżeli chcę iść na niedzielną Mszę świętą, to najrozsądniejszym wyjściem będzie udać się do jakiegoś kościoła na miejscu. A tych w dawnej stolicy naszego kraju nie brakuje - w samym centrum jest ich około 31(dokładniej są one wpisane w koło o promieniu +/- 1 km, przyjmując Sukiennice za jego środek). Chwilę się zastanawiałam, który z nich wybrać, w końcu zdecydowałam się na barokowy kościół Świętych Piotra i Pawła znajdujący się na ul. Grodzkiej, na przeciwko dziekanatu Wydziału Teologicznego UPJPII. Taką moją główną motywacją co do tego było to, że w ubiegły wtorek został w nim pochowany kompozytor Krzysztof Penderecki. Nie ukrywam, że byłam ciekawa tego szumnego panteonu, który okazał sie sarkofagiem po prawej stronie świątyni. 
Po Mszy miałam jeszcze trochę czasu do przedstawienia. Postanowiłam się przejść słynnymi krakowskimi plantami. Kiedy jeszcze studiowałam lubiłam spacerować po tych alejkach po obu stronach usłanymi drzewami. Nawet wolałam tą formę dostania się do dworca autobusowego niż podjechanie tramwajem. Chociaż, jak mi się wyjątkowo spieszyło, wybierałam tą drugą opcję. 
Trasa mojego spaceru prowadziła najpierw w kierunku głównego budynku Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwanego też Collegium Novum, a następnie zawędrowałam na królewski Wawel, który najczęściej podziwiałam z okien mojego Uniwersytetu.
Trochę słabo widać, ale udało mi się wypatrzeć pierwszą sikorkę na plantach
Zafrasował mnie ten ptak. Ktoś wie jak może się nazywać? Bo ja nie mam ptasiego pojęcia
Nie mogło zabraknąć też gołębi
Ani kruków(?)

Wzruszyła mnie ta płaskorzeźba po drodze, a zwłaszcza masa biało-niebieskich bukietów pod nią(niestety, przez stojące przed budynkiem samochody nie miałam jak zrobić ładnego zdjęcia)
Wymowny symbol solidarności z Ukrainą
Collegium Novum UJ-otu, byłam w nim dwa razy na konferencjach naukowych
Drzewo naprzeciwko Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego
Najciekawszy efekt jest wtedy, kiedy z tych młoteczków tryska woda
Zawsze mnie ciekawiło, czego dotyczyła ta ich rozmowa
Aż wreszcie trafiłam na królewski Wawel. Bardzo lubię ten napis nad jedną z tamtejszych bram. Pamiętam nawet taką sytuację, że podczas pierwszego wyjazdu na Misterium ksiądz proboszcz zaprowadził nas pod nią i przetłumaczył nam ten napis. I tak mi to utkwiło w łbie, że potem kilka razy "przetłumaczyłam" ten napis podczas kolejnych wycieczek, wzbudzając zachwyt zgromadzonych.
"Jeżeli Bóg jest z nami to któż przeciwko nam"
Kaplica Wazów(to ta z czarną kopułą) i Kaplica Zygmuntowska(ta ze złotą kopułą)
Panorama Krakowa z perspektywy Wawelu.
Widok na Kopiec Kościuszki
Widok na Dębniki

W oddali widać sanktuarium Bożego Miłosierdzia
Smok wawelski z nieco innej perspektywy
Całkiem ciekawy ten korzeń
Powoli zbliżała się godzina 14:00, a więc powoli trzeba było kierować się w stronę Wyższego Salezjańskiego Seminarium Duchownego mieszczącego się na Dębnikach. Można tam dojść pieszo wzdłuż Wisły, ja jednak w tamtą stronę postanowiłam podjechać tramwajem. Wysiadłam na Szewskiej, po czym powoli zmierzałam bulwarami w kierunku kompleksu. Trochę mi się dłużyło i chwilami miałam wątpliwości czy dobrze idę, ale w końcu dotarłam na miejsce, gdzie otrzymałam zamówiony bilet.
W tym roku Misterium oparto na sakramencie spowiedzi. Już na początku z głośników rozległo się pytania: Czy się spowiadasz? Jak często się spowiadasz? itp. Następnie na scenie pojawili się Józef z Maryją, która dopiero co urodziła Syna Bożego. Zamartwiali się, jak sobie poradzą jako młodzi rodzice. Następnie przenieśliśmy się do czasów, kiedy Jezus prowadził już swoją działalność. Na naszych oczach uzdrowił paralityka oraz człowieka "opętanego przez złego ducha", nie potępił także cudzołożnicy, którą przyprowadzili przed niego faryzeusze. Następnie jesteśmy świadkami wydarzeń z Wielkiego Czwartku oraz Wielkiego Piątku, a także Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego. Równocześnie przyglądaliśmy się współczesnym ludziom przystępującym do sakramentu pokuty i pojednania. Niektórzy w ostatniej chwili rezygnują, inni wymieniają wciąż te same grzechy, jeszcze inni nachalnie zrzucają swoją winę na innych. Tymczasem na końcu zaznaczono, że spowiadamy się nie przez księdzem, a przed samym Bogiem. Ksiądz jest tylko pośrednikiem, który ma za zadanie tak nas pokierować, abyśmy nie popełniali wciąż tych samych grzechów. W ten sposób wypełniane są słowa Jezusa skierowane do apostołów, pierwszych księży "tym, którym odpuścicie grzechy są in odpuszczone, a którym zatrzymacie są im zatrzymane". Na koniec każdy widz otrzymał wydrukowany na kartce rachunek sumienia na podstawie spektaklu. 
Figurka przy wyjściu z budynku teatru
Po wyjściu z terenu seminarium skierowałam swoje kroki w kierunku centrum miasta. Drogę powrotną postanowiłam pokonać pieszo. Mogłam co prawda wybrać się na tramwaj, ale wtedy:
nie widziałabym Wawelu z tej perspektywy:
Ani nie minęłabym barki rodem z Hucka Finna
Ani nie zrobiłabym sobie zdjęcia z samowyzwalaczem:
Co prawda droga powrotna nieco mi zeszła, uznajmy jednak, że ruch to zdrowie. Dłuższy dzień też działał na plus - nie zrobiło się ciemno już o godzinie powiedzmy 17, 18, kiedy szłam bulwarami, a ciut później. Potem wystarczyło przejść pod "Jubilatem" na drugą stronę Wisły i ulicą Zwierzyniecką dojść do plantów. A potem już przez Stare Miasto prosto do dworca autobusowego.
Kiedy o 19:00 wyruszyłam w drogę powrotną do domu, byłam zmęczona, ale szczęśliwa. To był w miarę dobrze spędzony dzień. Próbowałam jeszcze czytać zabraną ze sobą książkę, oczy jednak same mi się zamykały. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Na szczęście autobus kończył swoją trasę w Katowicach, toteż nie było opcji, abym przespała mój przystanek.
W tym roku Misterium zostało wystawione po raz 91. Jeżeli dobrze liczę, to było to moje 10, może 11. Jak zawsze stanowiło dla mnie niemałe przeżycie duchowe, ale i emocjonalne. Warto było na nie jechać, nawet jeżeli wiązało się to z licznymi wyrzeczeniami. 
Trzymajcie się ciepło!