Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 26 marca 2026

2342. Synod rozpoczyna się od spotkania

30 rocznicę swojego istnienia moja diecezja uczciła peregrynacją krzyża papieskiego po parafiach wchodzących w jej skład. W mojej też była, o czym pisałam w >>tym<< wpisie. Niesamowite przeżycie o którym w dalszym ciągu pamiętam, także dzięki wspomnianej notatce. Myślę, że to był jeden z lepszych pomysłów poprzedniego włodarza diecezji stawiający go w ciut lepszym świetle.
Teraz powoli przygotowujemy się do obchodów 35 rocznicy jej powołania. W związku z tym aktualny biskup, Arturro*, zwołał drugi Synod diecezjalny. Ma się on rozpocząć w kwietniu 2027 roku, czyli w roku wspomnianej okrągłej rocznicy. Jednak już teraz, wczoraj, 25 marca, dokładnie w 34 rocznicę ustanowienia diecezji sosnowieckiej, podczas uroczystej Mszy świętej w sosnowieckiej katedrze, rozpoczęto przygotowania do niego.
Długo zastanawiałam się jak pogodzić rekolekcje w miejscowości oddalonej godzinę drogi ode mnie z pracą zawodową i w dodatku zdążyć na rozpoczęcie przygotowań do Synodu, a na końcu zdążyć na trening, z którego jeszcze miałabym pobiec na spotkanie z bierzmowanymi. Albo inaczej pisząc: rekolekcje w S-rzu- godzina 9:00, praca 1 w DG - 7:00-13:00; praca 2 w Kato - 14:00-16:30; rozpoczęcie Synodu w S-cu - 16:00, trening w DG - 17:00 - 18:45; przygotowanie kandydatów do bierzmowania (kwadrans drogi z treningu) - 19:00 - 20:00. Do tego trzeba dodać dojazdy komunikacją miejską. 
Ostatecznie, do pierwszej pracy poszłam na 1,5 godziny, w drugiej nie byłam, ale godziny mam do odrobienia, na trening też nie poszłam. Zamiast t ego poszłam i na ostatni dzień rekolekcji i na rozpoczęcie przygotowań do Synodu. I jeszcze miałam trochę czasu dla siebie po powrocie z tego drugiego. Żyć - nie umierać! 
Co do rozpoczęcia przygotowań to byłam ciut zaskoczona niską frekwencją wiernych, którzy byli na Mszy. Oczywiście, godzina mogła być dla większości dosyć wczesna. Z drugiej strony było tak kameralnie. Rocznica powstania diecezji pokrywa się z wypadającym w tym dniu wspomnieniem Zwiastowania Maryi Panny, które wznosi pokutny charakter dnia, co nadało jeszcze bardziej uroczystego charakteru całej Mszy świętej - białe ornaty zamiast fioletowych, podwójne czytania, Chwała na wysokości i Wierzę w jednego Boga, podczas którego na słowa "I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Marii Dziewicy i stał się człowiekiem" wszyscy klękają. Znałam to z porannej Mszy rekolekcyjnej, ale i tak czułam wewnętrzne wzruszenie. Tak po prostu.
Podczas homilii biskup zaznaczył, że synod nie powinien ograniczać się do ciasnych sal kurii, ale do naszego codziennego życia, to od nas zależy, czy do niego wstąpimy i co wniesiemy. Zachęcał nas wszystkich, żebyśmy aktywnie włączyli się w jego prace w parafiach i wspólnotach, do których należymy. A jednocześnie przypominał, aby nikt z nas nie zapominał, że największą pozycją, jaka mogła nas spotkać w Kościele nie jest urząd proboszcza, biskupa, czy też to, że należymy np. do rady parafialnej, ale to, że jesteśmy dziećmi Bożymi i mamy tą godność. Ech, szkoda, że nie był obecny na tym wszystkim mój proboszcz. Może zmieniłby stosunek do niektórych rzeczy... A może jednak nie...
Biskup wspominał, że w dekanatach będą szkolenia odnośnie zespołów synodalnych. Wiecie, chętnie bym wzięła udział w czymś takim. Niekoniecznie po to, aby zostać liderem w mojej parafii. Zresztą znając proboszcza i tak by się na to nie zgodził. Bardziej chciałabym iść tą drogą podczas spotkań z kandydatami do bierzmowania. Już teraz staram się wprowadzać w nie tą ideę, choćby dlatego, że z wiadomych przyczyn nie mogę za dużo mówić. Ale robię to po omacku, bardziej intuicyjnie. Może udział w takim szkoleniu otworzy mi oczy na niektóre sprawy?
A jutro Ekstremalna Droga Krzyżowa. Będzie dobrze - musi być!


* Obstawiam, że kto jak kto, ale on by się nie obraził, gdybym tak do niego powiedziała

środa, 25 marca 2026

2341. Sposób na dobry dzień

Nie ukrywam, że przez blisko sześć lat chodziłam do szkoły specjalnej. Być może jest to powód do wstydu. Dla mnie jednak okazało się to, dość przewrotnie, szansą. Bo rodzice, kiedy miałam iść do czwartej klasy, mieli wybór, albo zostawić mnie w szkole masowej, ale z nauczaniem indywidualnym, albo znaleźć dla mnie jakąś alternatywę. Od znajomych dowiedzieli się, że miejska szkoła specjalna daje możliwość realizacji materiału normalnej szkoły, w dodatku od czwartej klasy uruchamiana była eksperymentalna klasa sportowa. I to chyba ta ostatnia perspektywa przekonała mnie do zmiany placówki. Bo jednak nikt nie chciał ograniczać mojej edukacji do kilku godzin dziennie sam na sam z nauczycielem.
Sama szkoła była dosyć mała - nie wiem czy za mojej kadencji liczba przedszkolaków i uczniów przekraczała 100 osób. Bo na dole, oprócz pomieszczeń biurowych i kilku gabinetów terapeutycznych, z których korzystały również dzieciaki z zewnątrz, znajdowały się cztery sale, z czego dwie były dla przedszkolaków, a dwie dla tzw. zespołów rewalidacyjnych. Zespoły klasowe posiadały klasy na pierwszym i drugim piętrze budynku oraz niewielką salę gimnastyczną w piwnicy. W piwnicy mieliśmy także stołówkę oraz szatnię. Piszę zespoły klasowe, bo zazwyczaj 2-3 klasy z jednego poziomu edukacyjnego łączono w jedną klasę. Tym sposobem najpierw uczęszczałam do zespołu 4-5, potem do 4-6, aż w końcu 1-3 gimnazjalnego. Minusem była rotacja niemal co rok uczniów, plusem to, że z materiałem szkolnym wykraczałam poza poziom klasy, do której aktualnie uczęszczałam.
Tak niewielka ilość osób sprawiała, że w szkole panowała kameralna atmosfera i praktycznie każdy, każdego znał z imienia, nazwiska i klasy, do której uczęszczał. Starsi dbali o młodszych, dla których byli w jakimś sensie autorytetami. Pamiętam jak na przerwach zachodziło się do młodszych klas i zabawiało uczęszczających do nich uczniów, np. odgrywając teatr jednego aktora, czytając im bajki, albo po prostu rozmawiając. I pamiętam jeszcze bardzo dużą część z nich, chociażby z imienia, chociaż ze szkoły wyszłam prawie dwadzieścia lat temu.
Wczoraj, kiedy jechałam do pracy autobusem, w pewnym momencie usiadła obok mnie dziewczyna, która wydawała mi się znajoma. Te oczy, ta charakterystyczna grzywka i pucołowate policzki. Niemal od razu przypomniał mi się Kręciołek, jak wszyscy nazywali pewną dziewczynkę, której wszędzie było pełno. Ona sama też odwróciła głowę w moją stronę i bacznie mi się przyglądała. Odważyłam się (a nóż to jednak nie ona) i zapytałam, czy mnie pamięta. Pokiwała głową i powiedziała z pewnością w głosie: "Ty jesteś Lolek". Już wtedy dla większości osób byłam Lolkiem, bo jednak to było łatwiej wymówić od Karolina. Dawno się tak nie ucieszyłam i nie bacząc na innych pasażerów serdecznie uściskałam Kręciołka. A potem już przez całą drogę rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.
Widziałam po niej, że cieszy się z tego, że może komuś opowiedzieć o swoim życiu. Co prawda była to dosyć infantylna opowieść, ale i tak starałam się okazać jej ciągłe zainteresowanie, zadając kolejne pytania. W końcu mnie jest łatwiej dopasować się do jej toku myślenia, niż na odwrót. Z drugiej strony nie chcę, by to tytuły naukowe mnie definiowały, bo jeszcze zacznę traktować tych, którzy ich nie mają z wyższością, a może i pogardą. A przecież każdy ma taką samą godność. Kątem oka rzucałam w kierunku jej mamy, która była wyraźnie poruszona naszym spotkaniem. Ja zaś nawet nie zauważyłam, kiedy zleciała mi cała podróż. I wiecie co, kiedy wysiadłam z autobusu wiedziałam jedno - to będzie dobry dzień, mimo wszystko.

niedziela, 22 marca 2026

2340. A czas biegnie i biegnie

Zasłonięte krzyże w świątyniach bezlitośnie przypominają, że za dwa tygodnie będziemy świętowali Wielkanoc. Dwa tygodnie - czternaście dni. Dużo to i mało. Zależy z jakiej perspektywy patrzeć. Zresztą, coraz częściej i coraz dobitniej odczuwam zbyt szybko przemijający czas. Tak, jakby chciały się wypełnić słowa piosenki "Dzisiaj to już wczoraj, jutro się zamienia w dziś". Czuję też dziwną pustkę w życiu. Nie osamotnienie, bo przecież na co dzień spotykam się z innymi ludźmi, czy to w pracy, czy w życiu, ale pustkę. Nie wiem, może jest to związane z moimi ostatnimi wynikami krwi, które znowu poleciały na łeb na szyję? A może z tym, że co rusz ktoś komu ufam po prostu zawodzi w ważnych chwilach? 
Ale w tych trudnych chwilach są też okruchy szczęścia, które błyszczą niczym promyczki słońca na kamienistej ścieżce. Jest ich wiele, tworząc piękny drogowskaz ku temu, co ważne, dobre, piękne. A jednak chciałabym jeszcze raz być szczęśliwa i radosna, bez tego całego bagażu doświadczeń, który dźwigam po drodze. Z tą swoją dawną ufnością, jaką żywiłam względem drugiego człowieka. Teraz, teraz wiele osób trzymam na dystans. Boję się im zaufać, bo boję się zawodu i odrzucenia. To takie powszechne w dzisiejszym świecie.
Od mojego byłego katechety dostałam zadanie napisanie krótkiego scenariusza akademii wielkanocnej, którą dzieciaki z szkoły podstawowej przylegającej do jego parafii mogłyby wystawić w DSS. Na takie coś zawsze będę chętna. Coś tam naskrobałam, jakieś pieśni wynalazłam, w tym tą poniżej.
Podkłady i nuty też znalazłam, podobno panie w szkole będą robić z dzieciakami próby. W sumie miałam chęć iść z moimi dzieciakami z czymś podobnym do "Wigoru", no ale u nas od jutra (właściwie to od dzisiaj) zaczynają się rekolekcje wielkopostne i za bardzo nie byłoby z kim robić tych prób. 

sobota, 21 marca 2026

2339. Po prostu być jak Chuck Norris

Nie będę ukrywać, że był taki okres w moim życiu, kiedy byłam oczarowana amerykańskim serialem "Strażnik Teksasu" opowiadającym o grupie strażników, strzegących pokoju w tytułowym mieście. Na ich czele stał nieustraszony Cordell Walker, grany przez Chucka Norrisa. Niezwykle prawego i sprawiedliwego człowieka, a poza tym - praktycznie niezniszczalnego, z powodu indiańskiej krwi, płynącej w jego żyłach. Miałam te osiem, dziewięć lat, kiedy siadało się w niedzielne wieczory przed telewizorem, a po niewielkim mieszkaniu niosły się dźwięki charakterystycznej piosenki:
Może i to nie był odpowiedni serial dla osoby w moim wieku, ale kto by się tam wtedy tym przejmował. Mnie to ciekawiło. Najbardziej chyba osobowość Cordella Walkera. Nic dziwnego, że nawet po zakończeniu produkcji darzyłam tego aktora podświadomą sympatią, przez wiele lat chcąc być taką jak on. No oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że w sprawności mu nie dorównam, ale nic nie stawało na przeszkodzie, abym chociaż w byciu przewodniczącą najpierw klasy, a potem szkoły, była tak sprawiedliwa, jak on.
Zadziwiało mnie też to, jak dobrze się trzyma, mimo upływu lat i problemów ze zdrowiem (np. w 2017 roku przeszedł rozległy zawał serca). Całkiem niedawno, po śmierci Edwarda Linde-Lubaszenki i Bożeny Dykiel, z ciekawości zerknęłam, co słychać u Chucka Norrisa, który był w wieku tego pierwszego (no dobrze, Norris był o kilka miesięcy młodszy). Z internetowych informacji wynikało, że całkiem nieźle sobie żyje.
Aż to informacja, która powaliła na ziemię, niczym jeden z ciosów Chucka (nota bene "Chuck" to jego ksywka nadana mu w wojsku, bo tak naprawdę nazywał się Carlos) - wiekowy aktor zmarł w wieku 86-lat w szpitalu w Kaua, gdzie przebywał na wakacjach. Myślę, że nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że odeszła wręcz legenda. Bo oprócz wielu ról filmowych i serialowych Norris był też mistrzem wschodnich sztuk walki, a także ewangelizatorem kościoła baptystów. 
Carlos "Chuck" Norris (10 marzec 1940 - 19 marzec 2026 rok)
Myślę, że wielu z Was wie, że na temat aktora krążyły różne kawały. Jeden z nich brzmiał, że "Chucka Norrisa boi się nawet śmierć". Jak widać, niekoniecznie, a to, czy po niego przyjdzie było tylko kwestią czasu...

czwartek, 19 marca 2026

2338. Wyjątkowe miejsce, mimo wszystko

O naszej miejskiej bazylice pisałam już tutaj nie raz. W krótką "podróż w czasie" zabrałam Was w 2018 roku, kiedy wspólnota przeżywała 50-cio lecie koronacji łaskami słynącej figurki Matki Bożej Anielskiej. Był to >>ten<<, >>ten<<>>ten<< oraz >>ten<< wpis. Czas jednak tylko na chwilę stanął w miejscu, aby następnie ruszyć w swoim równym tempie.
Tymczasem zupełnie niepostrzeżenie dotarliśmy do kolejnej rocznicy. Dokładnie 125 lat temu miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w historii nie tylko mojego miasta, ale i całego regionu, a może nawet i kraju. 19 marca 1901 roku ówczesny papież Leon XIII wydał breve, na mocy którego kościół Matki Bożej został wyniesiony do godności bazyliki (a konkretniej probazyliki), jak też agregowany do bazyliki św. Piotra w Rzymie. Wiązało się to nie tylko z prestiżowym tytułem, ale też realnymi przywilejami duchowymi - wierni, którzy nawiedzili świątynię mogli uzyskać identyczne łaski i odpusty, co pielgrzymi modlący się w sercu Kościoła powszechnego, czyli w Watykanie.
Na przełomie XIX i XX wieku Dąbrowa Górnicza rozwijała się jako dynamiczny ośrodek przemysłowy. Nieustanny napływ ludności spowodował, że dotychczasowy kościół św. Aleksandra przestał im wystarczać. Ksiądz prałat Grzegorz Augustynik zdecydował, że pora rozpocząć budowę nowej, dużo większej świątyni.
Kamień węgielny pod nią położono w 1898 roku, a projekt bazyliki w stylu neogotyckim został przygotowany przez Józefa Stefana Pomiana - Pomianowskiego. Sama jej budowa to wspólne dzieło mieszkańców, w większości robotników, którzy przez lata wspierali budowę materialnie. Jeszcze podczas wznoszenia budynku jego proboszcz podjął starania o nadanie jej szczególnego statusu w całym Kościele.
W 1900 roku ksiądz Augustynik wyruszył do Rzymu, gdzie zabiegał o przyznanie świątyni przywilejów odpustowych. Te starania przyniosły niezwykły efekt - dokument papieski z 19 marca 1901 roku, który:
  • Podniósł kościół do godności bazyliki,
  • Włączył go w szczególną więź z bazyliką św. Piotra, 
  • Przyznał wiernym możliwość uzyskiwania odpustów i łask duchowych na wzór rzymskich.
Było to wydarzenie zdecydowanie bez precedensu - oto bowiem pierwsze maryjne sanktuarium na ziemiach polskich (bo jednak nie w Polsce), otrzymało tak szerokie przywileje.
W następnym roku, 16 marca 1902, Stolica Apostolska potwierdziła je dodatkowymi decyzjami. Było to chociażby prawo do obchodzenia odpustów w tym tzw. Porcjunkuli, czyli święta Matki Bożej Anielskiej. Na pamiątkę tego wydarzenia powstała kaplica Porcjunkuli, w której spoczywa ciało ks. Augustynika.

środa, 18 marca 2026

2337. Zmęczenie dające szczęście

Podczas ostatniego spotkania "Dominków-bis" padła informacja, że główna koordynatorka prowincji zaprasza chętnych do siebie, aby pomóc w przygotowaniu drobnych gadżetów na tegoroczny "Dzień głoszenia i dzielenia". Myślę, że bliżej przybliżę Wam tą ideę, kiedy ten dzień już nastąpi. Zresztą sama na razie niewiele o niej wiem. Mamy umówione dwie parafie, do których pojedziemy zbierać fundusze na dofinansowanie do tegorocznego obozu letniego. A żeby nie było, że bierzemy nic nie dając, to mamy w planach przygotowanie scenki do Ewangelii z dnia (to akurat jest standard pracy we wspólnotach zrzeszonych w ruchu "Wiara i Światło") oraz sprzedawanie woreczków z lawendą w środku i cytatem - "Jesteśmy piękni Twoim pięknem Panie". 
Te woreczki jednak trzeba było zrobić. Jestem świadoma swoich ograniczeń i wiem, co mogę zrobić, a co muszę odmówić, ale co zrobię, to zrobię. Nawet jeżeli byłyby to dwa woreczki na godzinę, to zawsze są te dwa woreczki mniej do zawiązania. Napisałam więc do koordynatorki prośbę o wysłanie mi adresu do I., bo jedyne co wiedziałam to, to że mieszka w Chrzanowie. Po krótkiej wymianie wiadomości i przekonaniu M., że dam radę dojechać autobusem z Katowic, dostałam to, o co prosiłam. Po powrocie z poniedziałkowego Kręgu Biblijnego sprawdziłam jak dojechać na miejsce nie posiadając prywatnego samochodu. Wbrew pozorom nie było to takie skomplikowane, jeden autobus do Chrzanowa i jeden już w samym mieście. A potem góra 300 metrów na nogach (obstawiam, że była to mniejsza odległość).
Po pokonaniu późnopopołudniowych korków, bo na spotkanie jechałam po pracy na świetlicy, oraz nieznajomości okolicy dotarłam do domu I. Tu bardzo mi zaplusowała, ponieważ na bramie przed posesją miała tabliczkę z nazwą ulicy oraz numerem domu. Bardzo mi to ułatwiło poszukiwania. Wyściskana przez I. weszłam do niewielkiego, ale przytulnego salonu, w którym siedziało już kilka osób i albo wycinało karteczki z mottem, albo tworzyło woreczki. Mnie ze Zbysiem przypadło w udziale zaciskanie ich, czyli coś na miarę naszych możliwości. No bo nie wytniemy nic prosto (chyba że przypadkiem), nie zszyjemy odpowiednio woreczka ani nie napełnimy go lawendą bez rozsypywania dookoła. Nie oznacza to jednak, że byliśmy bezużyteczni, a we dwójkę to nawet raźniej nam szło. Przy okazji było dużo rozmów, śmiechów i chichów. A przy okazji - wzajemnego poznawania się. Chociaż przez tych kilka spotkań już chyba zdążyliśmy się w miarę dobrze zapoznać. No i jeszcze po dwóch godzinach było dużo kaszlu i kichania, bo lawenda weszła nam w nozdrza oraz gardła.
Po jakiś trzech godzinach wszystkie woreczki były już gotowe. Wyszły tego dwa pokaźne worki. A my jedliśmy najsmaczniejsze zapiekanki na świecie, zrobione przez gospodynię domową. Przy okazji trochę też porozmawialiśmy o tegorocznym obozie, na który jedziemy na początku sierpnia. Padło pytanie do mnie i do Zbysia, czy jedziemy. No oczywiście, że się zapisałam, nawet zaliczkę wpłaciłam. Co prawda to będzie dla mnie maraton, bo z jednego obozu jadę na drugi, ale jakoś to przeżyję. Muszę. Wszyscy też dziwili się, że dałam radę dotrzeć na spotkanie. Podobno już wcześniej Ksiądz Niosący Światło mówił im o takiej znajomej, co potrafi robić rzeczy niemożliwe, ale mu nie wierzyli, dopóki mnie nie poznali. Ciekawe ile mitów jeszcze im naopowiadał.
Do domu podwieźli mnie koordynatorzy naszej grupy. W zasadzie było już późno, a ostatni bezpośredni autobus do Katowic już odjechał. Pewnie musiałabym jechać przez Jaworzno, a potem kombinować. A tak zawieźli mnie na samo osiedle. Lepszego rozwiązania nie mogłam sobie wymarzyć. Tym bardziej, że byłam już zmęczona. Ale za to - szczęśliwa.

poniedziałek, 16 marca 2026

2336. A w niedzielę laudete oglądałam film "Niedziele"

Staram się regularnie zaglądać na stronę diecezji. Myślę, że nie będzie tajemnicą, ani niespodzianką, że jest ona niewyczerpanym źródłem informacji na temat tego, co się w niej dzieje. Ale też tego, co będzie miało miejsce. 
Jakiś czas temu pojawiła się informacja o organizowanym wyjściu na film o intrygującym tytule "Niedziele". Pokaz był na zamówienie, a liczba miejsc - ograniczona. Obowiązywała zasada kto pierwszy ten lepszy. Organizatorem i koordynatorem wyjścia był ksiądz, który był też głównym przewodnikiem naszej grupy zielono-czarnej podczas zeszłorocznej pieszej pielgrzymki na Jasną Górę, co nieco mnie ośmieliło, aby zapisać się elektronicznie na seans. Dodatkowo po drodze dowiedziałam się, że jedzie też grupa i z S-rz i z Oratorium w S-cu, więc jeszcze bardziej poczułam się pewnie.
Początkowo film miał być wyświetlony w piątkowy wczesny wieczór. Musiałabym opuścić Drogę Krzyżową u mnie. Jednak zaplanowałam to tak, że poszłabym na nią do diecezjalnej katedry, a po niej, i ewentualnie po Mszy Świętej, przeszłabym ten kawałek do kina. Ale z niewiadomych powodów seans przesunęli o dwa dni, właśnie na niedziele. Tym razem wiązało się to z opuszczeniem nabożeństwa Gorzkich Żali. Trudno, coś za coś. Najwyżej sama sobie napiszę rozważanie. Ewentualnie poszukam go w sieci. Chociaż nie, Ksiądz z Gitarą jest dużo oryginalniejszy od mojego proboszcza, który żywcem mówi kazania znalezione na internecie. Toczka w toczkę. Przynajmniej tak było przez lata. Księdzu z Gitarą chce się samemu wymyślać i wyjaśniać.
Wracając jednak do filmu "Niedziele" to opowiada on o młodej dziewczynie imieniem Ainara, która stoi u progu dorosłości. Uczęszcza do katolickiej szkoły prowadzonej przez siostry zakonne, śpiewa w szkolnym chórze, uczestniczy w życiu lokalnej parafii. Pewnego dnia Ainara oświadcza rodzinie podczas posiłku, że chce wstąpić do zakonu. Ciotka, która wychowuje Ainarę po śmierci jej matki, popiera jej decyzję, chociaż deklaruje się jako ateistka, podobną opinię wyraża jej babcia. Natomiast ojciec nie ma zdania na ten temat. Po wielu wątpliwościach Ainara wstępuje do postulatu sióstr, gdzie poznaje ich codzienne życie. Czy uda jej się w nim dotrwać do nowicjatu, zwłaszcza kiedy na horyzoncie pojawia się przystojny chłopak?
"Niedziele" zaliczyłabym do filmów psychologicznych. Pokazują wewnętrzną walkę młodej kobiety ze swoimi wartościami, marzeniami i pragnieniami. Ainara musi wybrać co będzie dla niej najlepsze. Jest to tym ważniejsza decyzja, że na całe życie. Dodatkowo dziewczyna jest pod presją rodziny, która ma różne co do niej oczekiwania. Wie, że nie zadowoli wszystkich, że przede wszystkim musi żyć w zgodzie ze sobą. Ułatwia jej to kilkumiesięczny pobyt w zakonie, podczas którego odkrywa czego tak naprawdę chce.
Film z jednej strony mi się podobał, nie zrobił jednak na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Kilka razy gubiłam wątek, kilka razy nie nadążałam za fabułą, co raczej nie było dobre, jakoś tak szczególnie nad nim nie myślałam. Nie rozumiem też tytułu filmu. A jednak jakiś tam ślad we mnie pozostawił, choćby myśl, że trzeba zawsze zastanowić się nad tym, do czego dąży się w życiu. Inaczej daleko się nie zajdzie.

sobota, 14 marca 2026

2335. Matematyka do polubienia

Matematycznie się zrobiło wśród moich młodych znajomych, a to za sprawą matury, do której podejdą już za półtora miesiąca. Kubulec (mój najstarszy chrześniak), Maksym, Benek i Kropka. Cała czwórka to uczniowie technikum. Tak się jakoś złożyło. U jednych jest stresik, inni podchodzą do tego na luzie, w myśl zasady, że i tak mają już zawód technika, więc to jest plus nad uczęszczaniem do liceum, które oprócz wiedzy nie daje żadnego zawodowego doświadczenia. Proporcje są równe 50:50. 
Nie zmienia to faktu, że zarówno jedna, jak i druga strona może liczyć na moją pomoc w przygotowaniu do matury z tego przedmiotu. Teoretycznie niezdana przez pięć lat matura z matematyki Młodszej trochę podcięła mi skrzydła, ale w końcu uznałam, że nic bym nie wskórała z jej nastawieniem do życia i nauki. Z pustego i Salomon nie naleje, a swoją awersją i niechęcią przebiła chyba samego Maksyma. Nie to, żeby chłopak pokochał matmę, czy został jej mistrzem, leci na trójkach, ale wywalczonych, znalazł jednak sens jej istnienia. Zajęło mu to dziesięć lat, ale można uznać to za malutki sukcesik. Z Kropką i Beniem nie ma problemów, Kubulec powiedział, że podchodzi, a jak mu się nie uda, to świat się nie zawali. Nie każdy musi mieć maturę. Jest dobry w informatyce i sporcie, poradzi sobie w razie "porażki".
Podczas spotkań staram się im tłumaczyć, że matematyka to nie tylko duża ilość przykładów, które trzeba przerobić, aby ją zrozumieć. To znaczy, to też jest ważne, ale wydaje mi się, że w przypadku sporej ilości uczniów dużo przydatniejsze jest pokazanie im zastosowania ich w codziennym życiu. Kiedy Maksym i Benio byli młodsi, korzystałam z pomocy książki wydanej przez mBank pod tytułem "Matematyka jest wszędzie" (o której pisałam >>tutaj<<). Aktualnie głównie przerabiam ją po raz enty ze Słowiczkiem. I chyba tutaj nie wzniesiemy się o level wyżej, chociaż za kilka lat skończy on swoją edukację. Przykłady z książki wykorzystuję też będąc na zastępstwie w młodszych klasach podstawówki. Bo kto powiedział, że muszę się ściśle trzymać podręczników? 
Za to szukając inspiracji do pracy ze wspomnianą czwórką, a zwłaszcza z Maksymem, sięgnęłam po książkę, która oczarowała mnie swoją niebanalnością, a zarazem nie infantylnym podejściem do tematu od pierwszego zdania - "Pi razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki". Wypożyczyłam ją z biblioteki, ale zastanawiam się, czy nie kupić sobie jej na własność.
Tytuł: "PI razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki"
Autor: Mickael Luanay
Wydawnictwo: Feeria Science
Łódź 2017
Ilość stron: 304

Nie wszyscy lubią matematykę. A jednak umiejętność liczenia okazuje się bardzo przydatna w codziennym życiu. I jedno, i drugie nie ulega wątpliwości. Czy można przekonać się do matematyki będąc humanistą albo nie mając do niej głowy? Myślę, że tak. A pomocna w tym może okazać się lektura książki "PI razy drzwi, czyli dziwne przypadki matematyki" autorstwa Mickaela Luanay'a.
Wiem, że wiele osób może się skrzywić na sam jej tytuł. Bo niejednemu z nas matematyka kojarzy się z czymś nudnym i niemożliwym do ogarnięcia. I jeszcze te tytuły zawartych w niej rozdziałów, takie jak np.: "Nieuświadomiona matematyka", "Wstęp tylko dla geometrów", "Potęga trójkątów", czy też "Zmierzyć przyszłość". Sami przyznajcie, nie zachęca do wgłębiania się w ich treść. A jednak każdy z rozdziałów jest niesamowitą wycieczką w przeszłość, gdzie zapoznaje się z rozwojem matematyki nie za pomocą liczb, ale ciekawostek i "spotkań" z wybitnymi matematykami z różnych epok, a także w przyszłość, podczas której prognozowany jest dalszy rozwój tej dziedziny nauki. W rozdziałach znajdziemy też liczne graficzne przykłady przedstawianych treści, co jeszcze bardziej ułatwia jej odbiór.
Długo zastanawiałam się, czy jest coś, co mogłabym zarzucić tej pozycji. I przyznam, że chyba nie ma nic. Wszystko zostało opisane łatwym, przejrzystym językiem i opatrzone prostymi, ale trafnymi ilustracjami. Logiczny układ rozdziałów, zastosowany według chronologii ustanowienia różnych matematycznych reguł, ułatwia w niej nawigację. W książce znalazłam też wiele powiązań z innymi dziedzinami nauki i wiedzy, w tym tak nieoczywiste, jak z teologią. Pytacie jak to możliwe? O Szymonie z Cyreny myślę, że każdy słyszał. A o Eratostenesie z Cyreny (tej samej, sprawdzałam w różnych źródłach), który jako pierwszy dokładne zmierzył obwód Ziemi? Nie sądzę. Zresztą w książce znajduje się wiele takich ciekawostek, które z dużym prawdopodobieństwem zaciekawią "typowego humanistę" pokazując, że matematyka, podobnie jak lingwistyka (albo filologia) są wszędzie. Może nie od razu sprawią, że pokocha się matematykę, ale pokażą w jak wielu codziennych sytuacjach mamy z nią styczność, to zaś może sprawić, że chociaż trochę ją polubimy i zaakceptujemy. Zresztą nawet podczas jej lektury tak sobie pomyślałam, że nie zaszkodziłoby, gdyby w podręcznikach obok masy ćwiczeń pojawiły się i tego typu przykłady. Może "oczarowałyby" one złe zdanie o Królowej Nauk?

W "PI razy drzwi" znalazłam też ciekawy wiersz autorstwa Andrzeja Cwojdzińskiego pomagający zapamiętać kilkanaście kolejnych cyfr z liczby PI:

Kuć (3) i (1) orać (4) w (1) dzień (5) zawzięcie (9),
Bo (2) plonów (6) niema* (5) bez (3) trudu (5)!
Złocisty (8) szczęścia (9) okręcie (7),
Kołyszesz (9)...
Kuć(3)!
My (2) nie (3) czekajmy(8) cudu (4),
Robota (6) to (2) potęga (6) ludu (4) !

I jeszcze jedna ciekawostka - jak wiemy, liczba PI jest nieskończona. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że wśród sekwencji kolejnych liczb znajdziemy... naszą datę urodzenia. W książce przeczytałam, że robiono już takie testy za pomocą komputerów i za każdym razem maszyna znajdowała szukaną sekwencję liczb (w moim przypadku byłoby to 26091990). Wpadlibyście na to? Tego raczej nie uczą w szkołach.

A w ogóle liczbę PI nazywa się też "ludolfiną". Nazwa ta pochodzi od niemiecko-holenderskiego matematyka - Ludolpha van Ceulena, który na przełomie XVI i XVII wieku obliczył jej wartość z dokładnością do 35 miejsc po przecinku.

* według zasad gramatycznych z 1930 roku, kiedy powstał ten wiersz, "nie ma" pisało się razem

czwartek, 12 marca 2026

2334. Bez rekolekcji wielkopostnych?

To, że nie angażuję się aktualnie w życie mojej parafii, nie oznacza, że nie interesuje mnie to, co się w niej dzieje. Regularnie sprawdzam aktualne ogłoszenia parafialne, aby zorientować się, co proboszcz wymyślił. W zasadzie - co tydzień właściwie jest to samo - ogłoszenia o zagranicznych wycieczkach (jakby w Polsce było mało sanktuariów do zwiedzania), zagranicznych wakacjach (i pomyśleć, że na nasze półkolonie zawsze był popyt), jakiś "godnych polecenia" artykułach prasowych, wymienienie zmarłych... No standard. Chociaż czasami jestem zaskoczona (niestety najczęściej negatywnie) jego innowacjami. 
Od wielu lat jeździliśmy do Grodu Kraka na spektakle Męki Pańskiej, o których wielokrotnie Wam tutaj pisałam. Rok temu chyba nie było takiego wyjazdu. W tym roku jadą do Cieszyna. Ja rozumem, inflacja, ale jak zobaczyłam cenę, to pomyślałam, że to żart. Dwa lata temu niewiele bym dorzuciła i mogłabym zabrać ze sobą drugą osobę. Dobra, nie czepiam się, bo powiecie mi, żem uprzedzona do niego osobą jest. Inna sprawa - rekolekcje wielkopostne. Takie tradycyjne, kilkudniowe. Wszędzie dookoła są one prowadzone. My za to mamy dwudniowe skupienie wielkopostne, które poprowadzi salezjanin z miasta obok. Mam nadzieję, że to tylko preludium do właściwych rekolekcji. Bo szczerze powiedziawszy, to jakoś nie wyobrażam sobie braku rekolekcji przed Wielkanocą. No nie, trzymajmy się zasad! Chyba, że mnie jeszcze czymś zaskoczy (tym razem pozytywnie) i np. zrobi rekolekcje przed peregrynacją kopii obrazu ikony Matki Bożej Częstochowskiej, tak jak wielu innych kapłanów w swoich parafiach. 
A może on po prostu boi się z niewiadomego powodu gościć innych na plebanii. Myślałam, że ma awersje tylko do naszego Oratorium, bądź co bądź dzieła prowadzonego przez salezjanów, ale coraz częściej mam wrażenie, że to po prostu jego nieprzystępny dla większości osób sposób życia. Ech, jeszcze kilka miesięcy i powinna wygasnąć mu kadencja proboszcza naszej parafii z urzędu. Nie chcę robić bilansu zysku i strat. Wystarczy, że były organista niemal za każdym razem jak mnie widzi pyta mnie, co się porobiło z tą całą scholą...
Dobra, może będzie trzeba ściągnąć koronę, pochylić pokornie głowę i między jednymi zawodami, a drugimi, między balansowaniem między jedną aktywnością a drugą, znaleźć czas, aby wstąpić do tej mojej rodzinnej parafii, wziąć udział w uroczystej peregrynacji, a potem zrobić wpis do parafialnej kroniki, bo podobno nikt tego nie robi. Nawet proboszcz. Ale może już na spokojnie wtedy, gdy jego już nie będzie...

poniedziałek, 9 marca 2026

2333. Nabożeństwa i film

W piątek był Pierwszy Piątek Miesiąca, toteż rano pojechałam do S-rza się wyspowiadać. Kilka razy usłyszałam od Księdza z Gitarą, że to nienormalne, żeby zrywać się z łóżka po 4 nad ranem tylko po to, aby przyjechać do niego się wyspowiadać. Kwestia przyzwyczajenia, przez kilka lat stawałam o tej godzinie, aby dotrzeć na studia. I wierności postanowieniom. Co prawda pierwotnie stałam w kolejce do Proboszcza - Seniora, ale akurat zwolniło się miejsce i poszłam do swojego byłego katechety. Ale wcześniej wraz z panem Gienkiem przygotowałam ołtarz i księgi, z których celebruje się Mszę. I tak sobie myślę, że nawet jeżeli Ksiądz z Gitarą jest początkowo zły na mój widok (albo takiego udaje), to w większości przypadków i tak ostatecznie ląduję u niego na śniadaniu. Ile razy jedliście śniadanie u księdza? Ja od pół roku przynajmniej raz na miesiąc.
Ta godzina to głównie czas na spokojną rozmowę, na podzielenie się tym, co jest dobre, a co złe. Oczywiście staram się być i w każdą niedzielę na jednej Mszy świętej (co wymaga niezłej logistyki), na poniedziałkowej nowennie do patrona parafii oraz Kręgu Biblijnym po niej i na środowych oraz piątkowych Mszach świętych z godzinkami, czasami pomagam w organizacji czegoś. Ale wtedy nie ma czasu na taką swobodę. Tutaj mam totalną wolność, nawet kiedy tematy dotyczą np. mojego stanu zdrowia. Teraz księża w niby w żartach, niby poważnie, przypominali mi o popołudniowych Drogach Krzyżowych. Niestety, nie opanowałam jeszcze bilokacji, a akurat musiałam po pracach jechać do Wadowic, na spotkanie moich "Rafałków". Mieliśmy na nie zaplanowaną Drogę Krzyżową w ogrodzie za parafią pw. św. Piotra Apostoła na tzw. Skarpie. Niby mogłabym jechać w sobotę z samiutkiego rana, ale więcej bym się namęczyła, niż wszystko byłoby tego warte. Tym bardziej, że i tak miałam umówiony nocleg na miejscu. Na piątkową Drogę Krzyżową poszłam, ale do bazyliki. I też było ok.
Sobotnie spotkanie uważam za udane. Najpierw Msza święta w kościele św. Piotra, potem Droga Krzyżowa po urokliwym ogrodzie, a na koniec wypad na kremówki z okazji Dnia Kobiet. Rozważania poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej były mojego autorstwa i dotyczyły obecności Aniołów Stróżów w życiu każdego z nas. Starałam się ukazać, że oprócz Aniołów Stróżów z Nieba, mamy też tutaj naszych Aniołów, którzy przybierają różne postaci, a nawet, że my sami możemy być takimi Aniołami dla innych. Teksty, czytane przez niepełnosprawnych, przypadły do gustu, a ja cieszę się, że choćby w taki sposób mogłam przyczynić się do budowania wspólnoty. Dodatkową dla mnie niespodzianką było to, że moja kuzynka z mężem jechali do K-c i mogli mnie podwieźć do DG. Lepsze to, niż jechanie przez Gród Kraka, czyli niejako naokoło.
Jedna część spotkania w kościele św. Piotra.
I druga w ogrodzie za kościołem.
Wczoraj z kolei udało mi się wyrwać wieczorem na film "Najświętsze serce". Chciałam na niego iść już od pewnego czasu, ale paradoksalnie z tym czasem też jest u mnie tak, jak jest. Myślałam, że to będzie kolejny film, na który nie uda mi się wybrać. Tymczasem, zupełnie przez przypadek, usłyszałam podczas ogłoszeń duszpasterskich, że w kinie w moim mieście jest organizowany "pokaz na zamówienie", w dodatku po tańszym bilecie. Co ciekawe, miałam propozycję wzięcia udziału w projekcji dzień wcześniej, ale nie wiedziałam, że uda mi się wrócić z Wadowic o tak dobrej porze i odmówiłam. Widać ktoś tam na górze chciał, aby było inaczej.
Sam film został nakręcony w konwencji dokumentu, podobnie jak "Serce ojca", o którym pisałam Wam w zeszłym roku. Dużo więc w nim historii zwykłych ludzi, którzy doświadczyli w swoim życiu łask za pośrednictwem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Niektóre z nich były spektakularne, a inne bardzo dyskretne i ledwo co zauważalne. A jednak każde z tych świadectw pokazywało, że każdy człowiek jest niesamowicie ważny dla Najwyższego - tak samo wierzący, jak i niewierzący. Myślę też, że wielu z nas mogłoby się identyfikować z bohaterami przedstawionymi w filmie, z ich historiami, trudnościami, ale i małymi zwycięstwami, najczęściej takimi zauważanymi tylko przez nich samych. Do mnie osobiście najbardziej przemówiły wszystkie obrazy przedstawiające serce Pana Jezusa. Nie to cukierkowo-bajkowe, ale prawdziwe i ludzkie.
Tak jak pisałam, był to "pokaz na zamówienie", a więc cała sala kinowa była tylko dla nas. Każdy z nas mógł usiąść tam, gdzie chciał. Przy okazji spotkałam wielu znajomych, co bardzo mnie ucieszyło. 
W przyszłą niedzielę wybieramy się na film "Niedziele". Miał być w piątek, ale coś nie wyszło.

sobota, 7 marca 2026

2332. Osiem rodzajów złych myśli

Podczas akademickich rekolekcji poznaliśmy dwie spośród ośmiu myśli, które proponują nam fałszywy obraz otaczającej nas rzeczywistości i fałszywe jej poznanie. Mowa jest tutaj konkretnie o "myślach", ponieważ za ich przykładach myślimy nieprawidłowo o świecie i bliźnich, a niejednokrotnie i o Panu Bogu. 
W apoftegmatach* przypisywanych Ojcom Kościoła, często można spotkać się z wezwaniem do wyznania swoich myśli ojcu duchownemu. Jednak stosunkowo rzadko jest dopracowane, co to właściwie znaczy "wyznań myśli". Z reguły mamy bardzo barwnie oddane tło, tak jak np. w historii o abba Makarym i jego uczniu, wstydzącym się wyznać, co go dręczy. W końcu starzec, chcąc dodać mu odwagi, sam zaczął obnażać się przed nim ze swoich słabości.
Aby uchwycić na czym tak naprawdę polega problem, trzeba odnieść się do nauki głoszonej przez Ewagriusza z Pontu. Ewagriusz, zwany także filozofem pustyni, jest autorem ośmiu rodzajów złych myśli. Warto tutaj zacytować jego tekst z "Traktatu o praktyce ascetycznej":
"Jest w sumie osiem głównych [złych] myśli, do których sprowadza się każda [grzeszna] myśl. Pierwsza jest myśl o obżarstwie, a po niej - o nieczystości. Trzecia jest [namową do] chciwości, czwarta - smutku, piąta - gniewu, szósta - acedii, siódma - próżnej chwały, ósma - pychy. Czy owe myśli dręczą naszą duszę, czy nie, to nie zależy od nas. Ale czy trwają, czy nie, czy wzniecają, czy też nie wzniecają namiętności, to zależy od nas".
W zacytowanym dyskursie z powodzeniem można wyróżnić dwa zasadnicze elementy. Składają się one na coś, co Ewagriusz określa mianem myśli. Z jednej strony dostrzega ją podobnie, jak dziś potocznie mówi się o pokusie - jako pewną opcję złego wyboru czyli jednorazowego aktu uczynkowego. Jednak z drugiej strony podkreśla bardzo zdecydowanie, że myśl jest sposobem percypowania rzeczywistości na jakiejś jej płaszczyźnie. Nie mamy więc już do czynienia z pojedynczym uczynkiem, a z pewnym stylem, czy też metodą interpretowania otaczającej nas rzeczywistości. Według Ewagriusza ten drugi aspekt jest o wiele ważniejszy, ponieważ tworzy strukturę, z której wraz z upływem czasu coraz trudniej się wyzwolić.

Domino pokus
Język Ewagriusza jest niezwykle sugestywni. Ulegającego pokusie gniewu mnicha porównuje do kogoś, kto własnoręcznie wydłubuje sobie oczy żelaznym kolcem (gniew oślepia i nie pozwala dostrzec ani Boga, ani bliźniego). Trudno jest powiedzieć, skąd się wzięła u niego idea ośmiu złych myśli. Badacze nie są zgodni w tej materii i posiadają na ten temat wiele opinii. Według tego, co autor opisuje, wynika, że dla niego owe wyliczone myśli funkcjonują na zasadzie domina: jedna pociąga za sobą drugą. Streszczając krótko jego ideę należy jednak podkreślić, że traktujemy ją raczej wybiórczo, ale aby poznać wszystkie zakamarki, ślepe uliczki i sekretne furtki poszczególnych myśli.

Obżarstwo oraz nieczystość
Według Ewagriusza wszystko zaczyna się od obżarstwa. Ale Pontyjczyk rozumie je w duchu swoich czasów: z jednej strony chodzi tutaj o jakąś pogoń za luksusem i wystawnym trybie życia, a z drugiej mamy przykład praktycznego zastosowania poglądów antycznej medycyny, tak szeroko rozwijającej teorie na temat wpływu poszczególnych potraw czy napojów na poruszenia w duszy człowieka. Inaczej mówiąc, po zaburzeniu harmonii należało przywrócić ją poprzez post, który miał też negatywny aspekt: odrzucenia świata w biblijnym sensie tego słowa.
O łakomstwie duchowym pisał Jan od Krzyża. Rozumiał je jako zachłanne pożądanie słodyczy i pociech w czasie pełnienia praktyk religijnych. Uzależnienie od nich jest o tyle niebezpieczne, że człowiek w końcu może uwierzyć, że nie odczuwając tego typu uczuć, nie modli się i nie jest pobożny, co wcale nie jest z sobą tożsame.
Jeżeli ktoś uległ obżarstwu, to kolejną go atakującą myślą była nieczystość. Również i ją należy rozumieć bardzo szeroki i w powiązaniu z poprzednim stanem - skoro uległo się światowemu stylowi życia, to konsekwencją będzie atak pożądania, nieuporządkowanego pragnienia, które wyraża się albo pragnieniem posiadania, czy też zawładnięcia drugim człowiekiem, jego duszą i ciałem, albo poszukiwaniem za wszelką cenę kogoś lub czegoś, kto znieczuli samotność i da choć chwilę zapomnienia. Erotyka odgrywa drugorzędną rolę. Jeżeli uważnie wczytamy się w teksty Ewagriusza, można usłyszeć pierwsze pomruki niszczącej wszystko i wszystkich żądzy władzy, która już w tej myśli podnosi głowę - pragnienie posiadania i panowania nad drugim człowiekiem.

Chciwość i smutek
Pamiętajmy, że apetyt rośnie w miarę jedzenia - chciwość automatycznie wynika z nieczystości. Jak pisze Ewagriusz, pożąda się nie tylko "odmiennych ciał", ale zaczyna ono rozciągać się na sprawy materialne. Żądza władzy, posiadania, kontroli rzeczywistości rozrasta się coraz bardziej niepokojąc człowieka. Jak wiadomo, takich pragnień nie da się zaspokoić, nie sposób też uciszyć żądzy samej w sobie. Świat jawi się jako wielki magazyn rzeczy, które trzeba zdobyć, w przeciwnym razie nie będziemy szczęśliwi, zrealizowani, a nawet spełnieni. Mogłoby się wydawać, że chciwość może odnosić się też do dziedziny życia duchowego, gdy ktoś pożąda godności kościelnych ("Muszę być proboszczem, biskupem, spowiednikiem tej czy tamtej osoby") albo darów duchownych bez zrozumienia, o co tak naprawdę w nich chodzi.
Nic dziwnego, że do człowieka dręczonego przez chciwość przystępuje też demon smutku. Smutku, bo nie da się zrealizować swoich chorych pragnień, bo ludzie nie rozpoznają w nas mesjaszy i zbawicieli, a przez to czujemy się niedocenieni przez świat. Bo gdyby zauważono nasze dobre rady, gdyby nas wtedy doceniono, to... itp. Tutaj chyba zaczyna się kryzys sensu życia, frustracje odrzuconych przełożonych, matek, które są odrzucone przez swoje dzieci itp. Ludzie zostawiają swoich małżonków, zrzucają sutanny, odcinają się od znajomych, aż w końcu pogrążają się w zgorzknieniu i mizantropii.

Gniew i acedia
Naturalne jest to, że człowiek reaguje gniewem - na bliźnich, którzy go nie doceniają, na Pana Boga, na swoje życie, aż w końcu na cały świat, że jest taki zły i niesprawiedliwy. Gniew prowadzi do gwałtownych i niesprawiedliwych działań przeciwko bliźnim oraz zaślepia. Gniewny nie zrozumie bowiem świata, jaki go otacza.
Gdy człowiek zmęczy się gniewem, który wpędza w końcu w jakiś rodzaj depresji i zniechęcenia światem, gdy okaże się, że ani chciwość, ani odcięcie się od świata, ani gniew nie przyniosły pożądanych efektów, staje się on ofiarą demona acedii. Ewagriusz tłumaczył go tak:
"Demon acedii, nazywany także demonem południa, jest najuciążliwszy spośród wszystkich demonów. Nachodzi mnicha koło godziny czwartej i osacza jego duszę aż do godziły ósmej. Najpierw sprawia, że słońce zdaje się poruszać zbyt wolno lub wręcz nie poruszać wcale, a dzień tak się dłuży, jakby miał pięćdziesiąt godzin. Następnie przymusza mnicha, aby ciągle wyglądał przez okno i wybiegał z celi, by wpatrywać się w słońce, jak daleko jeszcze do godziny dziewiątej; albo by rozglądać się tu i ówdzie, czy któryś z braci nie [nadchodzi]. Wzbiera w nim wreszcie nienawiść do miejsca [w którym mieszka], do takiego życia i do ręcznej pracy. I [podsuwa myśl], że zanikła miłość wśród braci, a nie ma nikogo, kto by go pocieszył. A jeśli jest ktoś, kto w owych dniach zasmucił mnicha, to tym także posługuje się demon, by zwiększyć jego nienawiść. Sprawia, że opanowuje go tęsknota za innymi miejscami, w których łatwiej znaleźć to, co konieczne [do życia], i rzemiosło, które wymaga mniej wysiłku, a przynosi więcej korzyści. I dodaje, że podobanie się Panu nie jest zależne od miejsca. Wszędzie bowiem - mówi - można wielbić Boga. Do tego wszystkiego dołącza wspomnienie bliskich i dawnego życia, i ukazuje, jak długi jeszcze żywot go czeka, stawiając jednocześnie przed oczy trudy ascezy. I, jak się to mówi, próbuje różnych sztuczek, aby mnich pozostawiwszy celę uciekł z placu [walki]. Żaden inny demon nie podąża za demonem acedii. Tak więc po wygranej walce ogarnia dusze uspokojenie i niewysłowiona radość.

Spirala złych myśli
Tak oto docieramy do kresu pewnego etapu. Ten, kto ulega acedii w końcu dochodzi do siebie, a jednak ponownie jest atakowany przez myśl o obżarstwie. Zabawa zaczyna się od nowa, jednak tym razem myśli wobec człowieka są o wiele bardziej bezwzględne, niż za pierwszym razem. Nie jest zatem dziwne, że złe myśli według Ewagriusza dręczą człowieka niczym spirala - kiedy zakończy się jeden cykl, zaraz zaczyna się kolejny, który jest o wiele bardziej okrutny i zaburzający ogląd rzeczywistości.
Pierwszy cykl myśli można też opisać jako różnego rodzaju przemiany pożądania: pierwsze trzy myśli: łakomstwo, nieczystość oraz chciwość, są pełne euforii, ale i niepokoju, ukazują świat jako obiekt pożądania, który leży w zasięgu ręki. Z kolei trzy kolejne, gniew, smutek i acedia, pokazują tą rzeczywistość, która jest niemożliwa do zawładnięcia, to z kolei jest przyczyną pogłębiającej się frustracji, zerwania z życiem oraz potęgującymi się tendencjami destrukcyjnymi.

Próżna chwała i pycha
Jest jednak i inna możliwość: kiedy acedia zostaje przezwyciężona, na mnicha czekają jeszcze dwa inne demony: próżnej chwały oraz pychy. Ewagriusz zauważa, że dręczą one ludzi duchowych, postępujących w oczyszczeniu. Próżna chwała ukazuje postęp, prawdziwy albo wyimaginowany, w życiu duchowym, i przekonuje mnicha, że mu się udało, toteż inni mogą mu tylko zazdrościć. Od teraz jego życie powinno płynąć wśród fanfar i róż lecących prosto z nieba, ponieważ człowiek zbliżył się wręcz do poziomu świętych Ojców. Demon próżnej chwały mami myślami w kategoriach duchowego sukcesu - duchowej klęski. Nie pozwala dojrzeć, że gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska. Usiłuje też przekonać, że każdy człowiek musi być bez skazy, doskonały i wszystkiego dokonać o własnych siłach, przy czym pojęcie doskonałości kształtuje się wedle wzorców, które są daleko od Ewangelii.
Pobudzony próżną chwałą człowiek tonie w bagnie pychy, tj. zapomnienia o tym, że wszystko jest łaską i darem Bożym. Pojawia się tutaj podobne zjawisko jak w przypadku gniewu - zaślepienie nie tylko wobec bliźniego, ale i samego Boga. Boga, którego pomimo oszałamiających wyżyn życia duchowego, na które pyszny człowiek się wspiął, wcale nie dostrzega. Ewagriusz jasno mówi, że tacy ludzie sami sobie przypisują zwycięstwo popełniając największy błąd: zapominając o Bogu.

Sfałszowany obraz rzeczywistości
Wielu z nas zapewne zastanawia się czemu tak właściwie ma służyć powyższy rozbudowany model? Mogłoby się wydawać, że był rodzajem schematu, który miał pomóc uczniowi w przygotowaniu się do rozmowy z mistrzem. Mnich miał powiedzieć to, co daje mu radość i nadzieję oraz to, co go smuci i trudzi. Miał też zwerbalizować swoje pragnienia i zamiary - te pobożne i te mniej świątobliwe. Praca z abba polegała na tym, że poszczególne poruszenia duszy mieli wspólnie zaklasyfikować, jako duchowe albo demoniczne, podpadające pod którąś z tych ośmiu złych myśli. Warto zwrócić uwagę, że każda z nich proponuje fałszywy obraz rzeczywistości, prawdziwe poznanie. Mowa jest tu o "myślach", bo człowiek nieprawidłowo "myśli" o świecie i braciach, a być może i o samym Bogu.
Ojciec oczekuje od syna (ucznia), aby ten wyznał mu swoje myśli, tj. opowiedział mu jak widzi świat, jak rozumie Pana Boga i swoje relacje wobec tych dwóch rzeczywistości. Wyznając myśli i mierząc się z nimi mnich wychowuje swój umysł do modlitwy. Oczyszcza się, wyzwala od swoich subiektywnych sądów oraz opinii, aż w końcu staje się tak wolny, że nie boi się ani siebie, ani świata ani nawet Pana Boga.

źródło: https://pl.aleteia.org/2023/02/15/osiem-rodzajow-zlych-mysli-ewagriusza-z-pontu/

* tzw. apoftegmat ro wypowiedź lub anegdota przypisywana jakiejś znanej osobie

środa, 4 marca 2026

2331. Jak z "bestJi" stać się "Ja best"?

Ostatnie trzy dni spędziłam na rekolekcjach prowadzonych w Duszpasterstwie Akademickim w Katowicach. Ogólnie bardzo ucieszyłam się, kiedy ksiądz Kris napisał do mnie wiadomość, że jak bardzo chcę, to mogę na nie wpaść. No jasne, że chciałam. Tylko wiecie, trochę nieśmiały za mnie człek, zwłaszcza kiedy wypadam z pewnego stałego rytmu. To jego zaproszenie dodało mi swoistej odwagi, aby iść na nie.
Już na samym wejściu natknęłam się na jednego z moich przyjaciół i wspaniałego kompana do wędrówek po górach, Arcia. Po serdecznym przywitaniu zasiadłam w jednej z tylnych ławek w kościele akademickich. Schemat spotkań był bardzo prosty - o godzinie 20:00 Msza z krótkim kazaniem, a po niej konferencja. Zgodnie z zapowiedziami, tematem przewodnim były siedzące w nas "bestJe", czyli tak zwane grzechy główne, których jest siedem. Z tych siedmiu rekolekcjonista, którym w tym roku był duszpasterz akademicki z K-wa, wybrał dwa, pychę oraz lenistwo, które dokładniej nam omówił. Jednocześnie zabawił się grą słów, i ze słowa "bestJa" zrobił słowo "Ja best". Innymi słowy pokazał nam, jak okiełznać nasze bestie, aby stać się lepszym człowiekiem.
W skrócie:
  • W niedzielę ksiądz rekolekcjonista zrobił nam wstęp do swoich dwóch następnych wykładów przedstawiając genezę siedmiu grzechów głównych. Ciekawą jak dla mnie tezą jest to, że są one nazywane głównymi, nie dlatego, że są najważniejszymi i najcięższymi, ale dlatego, że rodzą się w naszych głowach.
  • W poniedziałek pochyliliśmy się nad pychą i próżnością. Pycha to nic innego jak nieznajomość siebie, swoich słabości, ale i silnych stron. Bardzo często powoduje, że stajemy się wyniośli, najważniejsi w swoich oczach, a równocześnie nie zwracamy uwagi na innych. Pycha sprawia, że uważamy, że do wszystkiego dojdziemy sami, bez potrzeby nie tylko Boga, ale i innych osób. Ale jest też drugi rodzaj pychy - ten, kiedy zaniżamy swoje możliwości i umiejętności, niejednokrotnie po to, aby dostać pochwałę od innych. Bo nie ma nic złego w tym, że jesteśmy w czymś dobrzy i możemy to wykorzystać. Po to właśnie mamy talenty, aby służyć nimi innym. Musimy tylko właściwie nimi dysponować, na chwałę innych, na chwałę Bożą, a nie tylko i wyłącznie dla własnego uznania. Takie zachowanie prowadzi bowiem do "próżnej chwały", co w połączeniu z gardzeniem drugim człowiekiem skutkuje zamknięciem się w bańce własnych wygórowanych wyobrażeń, niemających związku z stanem faktycznym. To także nieustanne zastanawianie się, co ludzie powiedzą, co ludzie o nas myślą. Prawda jest jednak taka, że ludzie najczęściej mają tyle na głowie, że nie mają czasu myśleć zbyt wiele na temat innych. Lekarstwem na tą bestię jest, poza modlitwą, świadomość nie tylko tego, że my mamy konkretne talenty, ale też, że mają je inni. I te inne talenty też trzeba dostrzegać, co więcej, czasami nawet im ustępować. Czasami warto też się zastanowić po co robimy niektóre rzeczy: dla uznania? poklasku? chwały? Czy może dla innych, żeby poprawić ich życie i samopoczucie, również pod względem rozrywkowym? Czy nie mam pogardy przy tym dla innych? Czy potrafię ich wesprzeć? Czy moje znajomości są szczere, czy tylko "po coś".
  • Lenistwo, a ściślej mówiąc, acedia. W starożytności i średniowiecza nazywana była "demonem południa", ponieważ dotykała mnichów pomiędzy godziną dziesiątą, a piętnastą. Jest to ogólne zniechęcenie, brak sił i wrażenie, że czas biegnie jakby wolniej. Sprawia, że nie znajdujemy sensu w tym, co robimy, nie sprawia nam to ani przyjemności, ani radości. Można powiedzieć, że to taka depresja duszy. Ma też bardzo dużo wspólnego z wypaleniem zawodowym. Najczęściej dotyka ludzi ambitnych, przeceniających swoje możliwości, niepotrafiących ani trochę odpuścić i chcących być we wszystkim najlepszym. Człowiek dotknięty acedią jest nieproduktywny, często popada w znużenie tym, co robi. Ten stan nie trwa przez kilka dni, ale tygodniami, czy wręcz miesiącami. Acedia prowadzi do rozczarowania sobą, Bogiem i innymi. Lekarstwem na nią jest realne ocenienie swoich możliwości i umiejętności, a czasami wręcz zmiana środowiska, w którym się znajdujemy.
To oczywiście skrót tego, co mogliśmy usłyszeć przez całe trzy dni. W najbliższym czasie będę chciała znaleźć chwilę czasu, aby zrobić z tych trzech konferencji dokładniejsze notatki. No wiecie, obracam się w takim środowisku (bierzmowani, Oratorium, LSO, "Wiara i Światło", a teraz i DM w mojej diecezji), że myślę, że tego typu informacje przydadzą się i mnie samej i innym. Jeszcze będę musiała poczytać o pozostałych sześciu "bestiach", które mogą zawładnąć nami. I myślę, że niejednokrotnie tak jest.
Bardzo miłym akcentem było pojawienie się w ostatnim dniu rekolekcji arcybiskupa Andrzeja w gmachu krypty akademickiej. Nie przyszedł tylko na chwilę, ale był obecny na prawie całej konferencji. Na koniec natomiast udzielił nam swojego pasterskiego błogosławieństwa.

wtorek, 3 marca 2026

2330. Tragedia w Dolinie Goryczkowej

W 1956 roku, a więc 70 lat temu, miał miejsce jeden z najtragiczniejszych wypadków lawinowych w Tatrach. Potężna lawina doszczętnie zniszczyła schronisko w Dolinie Goryczkowej, zabijając przy tym pięć osób.
Zofia i Władysław Marcinowscy z córką Marią
W nocy z 2 na 3 marca 1956 roku z masywu Goryczkowej Czuby Żlebem Marcinowskich (nazwanych tak na cześć ofiar) zeszła ogromna lawina. Zmiotła ona z powierzchni ziemi schronisko w Dolinie Goryczkowej. W budynku przebywali prowadzący je Zofia i Władysław Marcinkowscy oraz trzech żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza. Wszyscy zginęli. W wyjątkowo trudnej akcji ratunkowej, która wymagała przeszukania rozległego lawiniska, wzięło udział około 500 osób, w tym ratowników, strażaków i ratowników. Samego schroniska nigdy nie odbudowano.
Tragedia ta została przypomniana kilka lat temu przez Tatrzański Park Narodowy, realizujący film dokumentalny w ramach akcji edukacyjnej "Lawinowe ABC".
Wystąpiła w nim m.in. Maria Gąsienica - Marcinowska, córka właścicieli schroniska, która wspominała dzień tragedii. Miała wtedy zaledwie dwa lata, trochę chorowała i dlatego nie została w schronisku na noc z kochającymi rodzicami. Mama zdążyła zwieść ją na dół, a następnie wróciła do męża, wjeżdżając po zmroku jako jedyna pasażerka kolejki na Kasprowy Wierch. Wydaje się, że mało brakowało, a mogłaby nie zdążyć na lawinę i nie osierocić córeczki.
Akcja ratunkowa po lawinie pod Żlebem Marcinowskich w 1956 roku
Z kolei naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego Jan Krzysztof zwrócił uwagę na to, że rok 1956 był szczególny pod względem ilości i skutków wypadków lawinowych. Intensywne opady śniegu i bardzo niekorzystne warunki sprawiły, że w marcu panowało bardzo duże zagrożenie lawinowe. Feralna lawina zeszła samoczynnie, a zniszczenie schroniska było bezprecedensowym zdarzeniem w historii polskich Tatr.
Schronisko w Dolinie Goryczkowej i zniszczenia po lawinie w 1956 roku
 - To była góra śniegu, belek, wszystko to razem pomieszane i oni zostali zepchnięci, byli blisko siebie, a Marcinowska obierała kartofle i nawet nożyk miała w ręku. To musiała być chwila, jak to się wszystko zwaliło - wspominał akcję ratunkową Michał Gajewski, ratownik TOPR.
Córka Marcinowskich wspominała, że jej ojciec niedługo przed tragedią miał przestrzegać, żeby nie robić zbyt dużej przycinki w lesie, ponieważ przy dużych opadach śniegu jest dużo prawdopodobieństwo zejścia lawiny. Jak widać, jego słowa okazały się prorocze...
Akcja ratunkowa po lawinie pod Żlebem Marcinowskich w 1956 roku

źródło: https://podroze.onet.pl/ciekawe/tragiczna-historia-nie-mieli-szans-lawina-zmiotla-schronisko-w-tatrach/ze0bppg