Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

2177. Wspólnotowe śniadanie wielkanocne

W pierwszą niedzielę po Wielkanocy, tzw. Niedzielę Bożego Miłosierdzia, Duszpasterstwo Akademickie "Centrum" spotkało się w siedzibie "Gościa Niedzielnego" na śniadaniu wielkanocnym. Dosłownie, bo spotkanie miało miejsce o 9 rano, tak aby wszyscy mogli na spokojnie na nie dojechać.
Na spotkanie każdy z nas miał coś przygotować. Ja zdeklarowałam się na ciasto. Rok temu zrobiłam mazurek, który zrobił furorę, w tym roku też postawiłam na ten wypiek, który już się sprawdził. A że było nas trochę (chociaż nie tak dużo, jak na Wigilii), toteż na stole pojawiły się same pyszności.
W Wigilię Paschalną w Archikatedrze Katowickiej chrzest, pierwszą Komunię i bierzmowanie przyjął przygotowujący się w naszej wspólnocie katechumen - Marcin. Śniadanie było zarazem zwieńczeniem jego "Białego Tygodnia". Na pamiątkę tego wydarzenia dostał akt specjalnego błogosławieństwa podpisanego przez, świętej pamięci już, papieża Franciszka. To takie coś w rodzaju naszych obrazków z dnia Pierwszej Komunii Świętej. A poza tym mieliśmy czas na rozmowy, na wspominanie, na podzielenie się z innymi swoimi uwagami i spostrzeżeniami.
A potem uczestniczyliśmy w Mszy świętej sprawowanej w naszej akademickiej krypcie przez 91-letniego biskupa-seniora archidiecezji katowickiej, Damiana Zimonia. Tradycyjnie już wzruszyła mnie sekwencja wielkanocna, tym razem razem w wersji łacińskiej, która bardzo trafia w moje serce (szczególnie tłumaczenie "Jagnie odkupiło owce", co odpowiada znanemu nam "Odkupił swe owce baranek bez zmazy"). Słowo kazania skierował do nas ksiądz Kris. Nawiązując do usłyszanej Ewangelii, prosił nas, abyśmy nie zamykali się w "wieczernikach" wspólnotowych, bo w byciu w jakiejś wspólnocie nie o to chodzi. Abyśmy to, co zyskamy poprzez obecność w nich wynieśli w świat. Do takich "niewiernych Tomaszów", czyli tym, którzy potrzebują namacalnych dowodów na to, aby w coś uwierzyć (oj, mam ja takich kilku w mojej rodzimej parafii). Marcinowi zaś zdjęto "białą szatę" na znak zakończenia jego białego tygodnia.
A po Mszy jeszcze na chwilę wróciliśmy do siedziby "Gościa Niedzielnego", aby posprzątać przyniesione przez nas rzeczy. Na szczęście w miarę szybko uwinęliśmy się z tym, toteż i mój powrót do domu był w miarę szybki. A dzięki temu mogłam jeszcze pójść na Koronkę do Bożego Miłosierdzia. 

sobota, 26 kwietnia 2025

2176. Mój papież

Pierwsze spotkanie "Piekarnika" po świętach poświęcone było dziedzictwu papieża Franciszka
Testament
Trzeba potrafić nie być dwudziestoletnim staruszkiem,
co nie widzi już sensu w swoim młodym życiu,
albo chce żyć jutrem,
zapominając, że jest "dziś"
Trzeba umieć zejść z wygodnej kanapy,
nawet gdy oglądamy ciekawy film,
poszukać wygodnych butów,
ukrytych pod stertą eleganckich pantofli.
I iść w nich na życiowe peryferia,
gdzie biedni, głodni, odrzuceni,
by zanieść im choć odrobinę nadziei,
niczym skibkę świeżego chleba.
Kiedy w niedzielę wielkanocną papież Franciszek wyszedł o zgromadzonych na placu św. Piotra wiernych, aby udzielić im specjalnego błogosławieństwa "Urbi et orbi" i powiedzieć do nich kilka słów, myślę że nikt się nie spodziewał, że to jego ostatnie publiczne wystąpienie, a nazajutrz wiele katolików zapłacze na wieść o śmierci 265 następcy św. Piotra. Wśród tych osób byłam i ja. To wszystko wydawało mi się tak nieprawdopodobne, tak nierealne... 
Papież Franciszek był bliski mojemu sercu. Nawet nie wiem, czy nie bardziej niż nasz Jan Paweł II. Może dlatego, że pontyfikat Franciszka przeżywałam bardziej świadomie? Tych 12 lat zapisało się w mojej pamięci w formie najpiękniejszych wspomnień, które we mnie odżywają za każdym razem jak spoglądam na zdjęcie ze środowej audiencji generalnej, na której nasze dłonie stykając się ze sobą.
Ogłoszenie wyboru nowego papieża po niespodziewanej abdykacji nastąpiło 13 marca 2013 roku późnym popołudniem. Pamiętam, że wracałam wtedy w treningu pływackiego, w autobusie było włączone radio, spiker podał tą wiadomość. I nagle ktoś krzyknął: "Jezus, Maria, murzyn!". Po powrocie do domu okazało się, że to nie "murzyn", a całkowicie biały kardynał. Już od pierwszego przemówienia ujął mnie tym swoim "dobry wieczór". I tym, że określił siebie "papieżem z końca świata". No cóż, mógł być papież z dalekiego kraju, to dlaczego miałoby nie być takiego z końca świata?
I tak to się zaczęło
Msza Inauguracyjna wypadła w tym samym dniu, w którym kierowcy komunikacji miejskiej ogłosili strajk i niewyjechanie na trasę, a w związku z tym rektor AWFu w Kato dał nam dzień wolny. Zupełny przypadek, ale dzięki temu mogłam obejrzeć na spokojnie transmisję tego wydarzenia prosto z Wiecznego Miasta. Uderzył mnie tłum ludzi. A także zdanie, że najpierw dorośli opiekują się dziećmi, a po latach to dzieci powinny opiekować się swoimi rodzicami. Jakoś mnie to wzruszyło.
W wakacje w Rio de Janeiro odbywały się Światowe Dni Młodzieży. Śledziłam je z zapartym tchem w telewizji. To, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie to Droga Krzyżowa w ubogiej dzielnicy miasta. Pamiętam, że dawno nic mnie tak nie poruszyła, jak ona. A kiedy ogłoszono, że kolejne Światowe Dni Młodzieży odbędą się w Polsce, wiedziałam, że raczej mnie na nich nie zabraknie.
Zaledwie trzy miesiące później, 16 października 2013 roku, wraz z innymi niepełnosprawnymi wzięłam udział w wycieczce do Włoch, a jednym z punktów była środowa audiencja u papieża. Mieliśmy zarezerwowane najlepsze miejsca, te dla niepełnosprawnych, i szansę, że każdy z nas dotknie papieża. Niestety, spóźniliśmy się i mimo posiadania wejściówek, przy papieżu były tylko osoby poruszające się na wózkach, a cała reszta została skierowana na Plac św. Piotra. No nic, nie można mieć wszystkiego. Dla mnie liczyło się, że byłam tam w tak ważnym dla nas Polaków dniu, że widziałam papieża przejeżdżającego w papamobile. A że mnie nie dotknął... nie można mieć wszystkiego.
Czekałam więc na 2016 rok i Światowe Dni Młodzieży, a w międzyczasie taką moją tradycją, właściwie do samego końca pontyfikatu papieża Franciszka, był niedzielny Anioł Pański. Czasami oglądany jako retransmisja, ale zawsze mnie ciekawiło, co też papież ciekawego powie. I znowu mnie zachwyca tym, że niemal za każdym razem witał się z wiernymi zwykłym "Dzień dobry", a żegnał życząc dobrego obiadu i prosząc, aby nie zapominać o nim w swoich modlitwach. I jeszcze po każdej kanonizacji i beatyfikacji prosił o brawa dla nowych świętych i błogosławionych. A trochę ich się nazbierało przez tych 12 lat. Czasami udawało mi się obejrzeć jakąś transmisję takiej kanonizacji i zawsze czułam wtedy wzruszenie, a w mojej głowie pojawiała się jedna ze zwrotek pieśni "Ciebie Boga wysławiamy" - "Ze Świętymi w blaskach mocy, Wiecznej chwały zlej nam zdroje, Zbaw o Panie lud sierocy, Błogosław dziedzictwo swoje". Pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły jego pielgrzymce do Fatimy i kanonizowaniu dwóch pastuszków - jego imiennika Franciszka i jego siostry Hiacynty. Albo kanonizacji Jana Pawła II oraz Jana XXIII. Oraz wielu innym. Inną tradycją było oglądanie pasterek i Dróg Krzyżowych pod jego przewodnictwem. No i starałam się czytać jego adhortacje i encykliki, które bardziej do mnie przemawiały niż teksty jego poprzedników. Tak samo jak orędzia na Wielki Post.
Wspomniane Światowe Dni Młodzieży w 2016 roku były dla mnie przełomem pod każdym względem. Pierwszy raz brałam udział w tak ważnym i ogromnym wydarzeniu, i to jeszcze jako wolontariusz. Tego ostatniego zupełnie się nie spodziewałam, ale postanowiłam wykorzystać tą szansę. I nawet zmieniło się podejście do mnie niektórych osób w mojej parafii. Co prawda tylko na rok, ale jednak. A więc z jednej strony działałam, czując się podwładnym samego papieża, a z drugiej z uwagą słuchałam o tym, żeby być odważnym oraz żeby zejść z wygodnej kanapy, założyć wędrowne buty i iść w świat.
Kraków 2016
Panama 2019
Potraktowałam to nieco dosłownie, bo następnym punktem mojej przygody były Światowe Dni Młodzieży w... Panamie. Pomysł kosmiczny, zważając i na koszty i na to, że wydarzenie odbywało się w okresie sesji studenckiej. Nie wiem, jak ja dałam radę to wszystko ogarnąć, ale kiedy moje koleżanki męczyły się z kolejnymi egzaminami, ja kolejny raz słuchałam na żywo słów papieża. Myślicie, że gdyby nie ŚDM to poleciałabym do Panamy" Wątpliwe.
No i wreszcie Lizbona w 2023 roku, ponownie jako wolontariusz. Ech, cóż
to był za wyjazd. Całkowicie samodzielny do obcego kraju bez znajomości lokalnego języka. Ale i tutaj, z Bożą pomocą, wszystko się udało. A radosny taniec wolontariuszy podczas naszego spotkania z papieżem na koniec wydarzenia zapamiętam chyba do końca życia. Tak samo jak to, że aż trzy razy papież przejechał tuż obok mnie.
Lizbona 2023
Ale zaledwie dwa miesiące przed Lizboną stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Prawie dziesięć lat po wizycie w Wiecznym Mieście ponownie je odwiedziłam, tym razem w ramach wyjazdu studyjnego. Nawet pomogłam organizatorowi w ułożeniu planu zwiedzania po opuszczeniu murów tamtejszego uniwersytetu. Nie mógł mi za to zapłacić, bo regulamin funduszy tego nie przewidywał, ale obiecał, że coś wymyśli, abym nie była "stratna". Ta zapłata przyszła podczas środowej audiencji generalnej. A raczej po niej, kiedy zaprowadził mnie pod barierki i kazał czekać na papieża. On wierzył, że uda mi się go dotknąć, ja nie. Trochę to trwało, zanim Franciszek do nas dojechał, ale przez moment nasze dłonie zetknęły się ze sobą. Jezu, co za paradoks - nieważny dla świata człowiek na kilka sekund staje się najważniejszy dla Głowy Kościoła Katolickiego. Tą myśl przywołuję, kiedy mam doła. I zawsze mi pomaga. To spotkanie bliżej opisałam >>tutaj<<.
To spotkanie w Portugalii było przesunięte o rok (pierwotnie miało się ono odbyć w 2022 roku) z powodu pandemii COVID-19. Paradoksalnie nawet z okresu pandemii przechowuję w pamięci obraz papieża, kiedy przemierzał  świecący pustkami Plac św. Piotra, aby w samotności modlić o jej ustanie. Pamiętam, że wtedy koleżanka z roku pisała, że teraz to już na pewno nastąpi koniec świata... Jak widać, Ziemia dalej kręci się swoim rytmem. Inny obraz, sprzed kilku miesięcy, to Franciszek otwierający Drzwi Święte w Bazylice św. Piotra z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego 2025. I ten ostatni, z dnia przed śmiercią, kiedy po raz ostatni udzielił błogosławieństwa Miastu i światu.
Nie da się ukryć, że był to niebanalny człowiek, a co za tym idzie - i pontyfikat był niezwykle barwny i pełen niecodziennych sytuacji. Papież powiedział wiele ważnych słów (proszę, pomińmy "głupoty", jakie zdarzyło mu się powiedzieć, któż z nas nie ma ich na swoim sumieniu? A może to właśnie one sprawiły, że dystans między nim, a zwyczajnymi ludźmi diametralnie się zmniejszył?), wychodził na peryferia, do ubogich, starych, niepełnosprawnych, więźniów, a nawet do homoseksualistów. Pokazywał tym, że w oczach Boga każdy jest ważny bez względu na wszystko. Ale też się nie narzucał. On nawet z umieraniem postanowił jakby poczekać - tak jakby chciał dać, czy też pozwolić chrześcijanom na całym świecie cieszyć się ze zmartwychwstania Pana.

Dekoracja w Archikatedrze
Początkowo miałam ochotę lecieć na jego pogrzeb. Jeszcze w środę bilety do Rzymu i z powrotem kosztowały niecałe 900 zł. Ale w końcu zrezygnowałam. W życiu nie można mieć wszystkiego. W telewizji też można było wszystko zobaczyć i nawet było tłumaczenie na żywo. Myślę, że Franciszek by się nie obraził, zwłaszcza że zaraz potem potrzebowałam pomocy medyka*. Pożegnałam go najlepiej, jak w tamtym momencie mogłam. A wcześniej, w czwartek, w ramach Mszy przed spotkaniem formacyjnym DA, uczestniczyliśmy w Mszy za duszę papieża Franciszka w Archikatedrze w Kato. Było nas tak wiele, że aż zostaliśmy potem pochwaleni przez księdza Krisa, że ludzie w końcu zobaczyli nas jako wspólnotę. A potem wspólnie podsumowaliśmy ten dwunastoletni pontyfikat. 
Dla mnie osobiście jego najważniejszym przesłaniem było wychodzenie na peryferie wiary - nie zamykanie się we własnej strefie komfortu, ale wychodzenie poza nią. Że każdy jest ważny - i ten pod cierpieniem zgięty, i ten do lasu wypchnięty, i ten bogaty, i ten biedny.
Mieliśmy się jeszcze spotkać podczas Jubileuszu Młodych w Rzymie na przełomie lipca i sierpnia. Byłoby to moje czwarte tego typu spotkanie, w tym trzecie (po Krakowie i Lizbonie) w charakterze wolontariusza. Tym razem przyjdzie nam się spotkać z innym, 267 z kolei, następcą św. Piotra. Nie chcę mówić, kto powinien nim zostać, chociaż na wielu blogach i profilach społecznościowych czytam, że papieżem powinien być ten czy tamten kardynał. Serio? Od czasów papieża Franciszka (bo kiedy wybierali papieża Benedykta wierzyłam, że to Franciszek Macharski będzie papieżem, ale byłam wtedy 15-letnią gimnazjalistką) trzymam się zdania, że kardynałowie dokonają właściwego wyboru. Jedynie ostatnio, kiedy robiliśmy dekoracje w kościele związaną z papieżem Franciszkiem, powiedziałam, że nowy papież mógłby się nazywać Łukasz.
 - Dlaczego Łukasz? - zapytał Ksiądz Niosący Światło przypominając, że jeszcze nie było papieża o tym imieniu. Odpowiedziałam mu, że skoro św. Łukasz Ewangelista był lekarzem, to oznaczałoby to, że nowy papież będzie chciał uzdrowić Kościół. To nie jest moja autorska myśl, taki motyw przeczytałam kiedyś w jakiejś powieści, nie pamiętam jednak jakiej. Ksiądz raczej też jej nie czytał, bo pewnie by ją skomentował na swój sposób.

Ale papież Łukasz? Czemu nie...

* Chociaż z drugiej strony gdybym poleciała do Watykanu nie musiałabym się denerwować kolejną akcją zafundowaną mi przez prowadzącą zajęcia z teatru...A wtedy pewnie nie wylądowałabym na SORze. Jak dobrnę do końca tych studiów to będzie dobrze.

niedziela, 20 kwietnia 2025

2175. Niech nie zabraknie nam nadziei, że i my po śmierci zmartwychwstaniemy

Nadzieja pukająca do serc drzwi 

Ta prawdziwa nie wali bez pamięci,
Nie krzyczy, zagłuszając wszystko dookoła,
Nie pyszni się, niczym paw na łące.
Nie chce przyćmić blasku cudów.
Ta prawdziwa skrada się tak cicho,
jak trzy niewiasty podążające 
w pierwszy dzień tygodnia do grobu.
Nie spodziewając się nawet, że jest pusty.
Ta prawdziwa darzy nas uśmiechem,
radością, na wzór tej, 
co napełniła ogarnięte trwogą serca apostołów,
gdy Pan powiedział do nich - "Pokój Wam".
Ta prawdziwa nie opuści nas nigdy, gdy zwątpimy,
niczym Tomasz zwątpił w Boskie wstanie z martwych.
Będzie z nami milcząca, trwająca,
pokornie pukająca do zatwardziałych ludzkich serc.
Nadzieja - dana tamtego dnia o świcie,
że śmierć to nie kres ludzkiego życia,
że to dopiero jego początek po wsze czasy.

Kochani, tym wierszem wymyślonym zaledwie kilka dni temu na urokliwych, chociaż w tym roku spowitych siarczystym deszczem dróżkach w mojej ukochanej Kalwarii Zebrzydowskiej witam się z Wami jeszcze w tym pierwszym dniu najważniejszych dla chrześcijan świąt - Wielkanocy. Katolicy świętują pamiątkę zmartwychwstania Pańskiego, niewierzący po prostu odpoczywają w tym czasie.

Do którejkolwiek grupy byście nie należeli (osób wierzących lub niewierzących) chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najpiękniejsze i najważniejsze dla każdego z Was. Niech to będzie czas odpoczynku od codziennych trosk i problemów, spokoju serca, pokoju w życiu i w duszy, a nade wszystkim nadziei, która nie powinna nas nigdy opuszczać. Nadziei na lepsze jutro, na zmianę w naszym życiu, na przemianę w sercach drugiego człowieka. Myślę, że hasło trwającego Roku Jubileuszowego "Pielgrzymi nadziei" powinna dotyczyć zarówno osób wierzących, jak i niewierzących. Każdy z nas może nieść nadzieją drugiemu człowieka, tak jak była ona niesiona przez trzy kobiety wracające od pustego grobu. Przypomina mi się tutaj tekst jednej z lednickich pieśni: "Zaniesiemy nadzieję, tym co Ciebie szukają" i myślę, że to jest zadanie dla nas, wierzących, na najbliższy czas - zanieść innym nadzieję na lepszy czas i po prostu nią żyć. A jeżeli nie wiemy jak to zrobić, to myślę, że warto zainspirować się dwojgiem młodych ludzi, którzy niebawem dołączą do grona świętych - Carlem Acutisem oraz Pier Giorgiem Frassatim, którzy robili to całym swoim życiem. Nie zapominajmy jednak, że to Jezus Chrystus pierwszy dał nam nadzieję na zmartwychwstanie i życie wieczne. Niech zmartwychwstały Chrystus błogosławi każdemu z Was na krętych ścieżkach życia.
Do wielu z Was już zajrzałam z życzeniami, do innych zajrzę na pewno jutro. Przy okazji nadrabiam zaległości czytelnicze z ostatniego czasu, bo jednak ich się trochę nazbierało. Wybaczcie, ale finisz studiów jest bardzo wymagający, a pisanie dwóch prac dyplomowych wymaga poświęcenia temu dodatkowej ilości osobnego czasu. A że tego nie mam za wiele, to szukam go w każdy możliwy sposób. 
Teraz jednak chciałam odpocząć i na dwa dni wyrwałam się na Kalwarię Zebrzydowską, słynącą z odbywających się tam od wieków inscenizacji w czasie Wielkiego Tygodnia. Te dwa dni to może niewiele, ale mnie dużo dały. Przede wszystkim noc z czwartku na piątek spędzona w jednej z tamtejszych kapliczek pozwoliła nie tylko na przeczytanie blisko połowy "Dziennika Duszy" autorstwa Jana XXIII, ale i przeanalizowanie sobie wielu spraw, spojrzenie na nie z zupełnie innej perspektywy. Wielkopiątkowa Droga Krzyżowa, podczas której z nieba leciało chyba wszystko, co możliwe, też na długo pozostanie w mojej pamięci. Arcybiskup Jędraszewski piętnujący zabójstwo nienarodzonego Felka i jemu podobnych dzieci... Był trochę jak wyrzut sumienia polskiego społeczeństwa zezwalającego, czy to czynnie, czy też biernie, na tego typu proceder. Do domu wróciłam wieczorem. Aż dziw mnie bierze, że kierowca busa wziął mnie w takim stanie (czyli przemoczoną i zabłoconą) na pokład. Ale jakoś mi się to udało i zgodnie z planem dotarłam do domu. Gdzieś z tyłu głowy, chociaż to był Wielki Piątek, rozbrzmiewała mi pieśń, którą kilka dni wcześniej śpiewaliśmy podczas wystawiania Misterium Męki Pańskiej w katowickiej archikatedrze:
(Przez Krzyż i Twoją mękę wybaw nas Panie, wybaw nas Panie. Przez Twoje zmartwychwstanie wybaw nas Panie, wybaw nas Panie).
Piękna pieśń, zwłaszcza śpiewana w kanonie.
Sobota i niedziela minęły raczej spokojnie, chociaż zdecydowanie za szybko. Jeszcze tylko jutro, i  właściwie już po świętach. 
W tym roku dużo było o nadziei. Nadzieja nie powinna opuszczać chrześcijan, bo według mnie, ściśle ma ona związek z wiarą. Wierzymy w Boga, a więc mamy nadzieję, że nie opuści nas w trudnych chwilach. Wierzymy w zmartwychwstanie, a więc mamy nadzieję, że i w naszym przypadku stanie się podobnie. Nawet kiedy wątpimy, pojawia się cień nadziei, że to jednak może być coś innego, coś inaczej. Nadzieja to wiara w lepsze jutro, w lepszego człowieka, w lepszy czas. Będąc człowiekiem nadziei automatycznie stajemy się bardziej optymistycznie nastawieni do życia i czyhających na nas przeciwieństwach losu. Można ją stracić, ale czy warto? Pamiętajmy też, że nadzieja zaliczana jest do cnót boskich, a więc została wlana do naszej duszy przez Boga. To fundament innych cnót. Dlatego nie warto chować jej gdzieś w sercu na dnie, a raczej należy dzielić się nią z innymi, niczym dobrym chlebem. I oby mnie i Wam tego "chleba" nie zabrakło w codziennym życiu, a tym samym aby każdy z nas stał się takim "Pielgrzymem nadziei" na miarę swoich sił i możliwości.
Zdjęcia zostały wykonane na moim osiedlu i przy miejskiej bazylice.

czwartek, 17 kwietnia 2025

2174. "Nie ma, że się nie da", czyli rzecz o 45 km nocnego wędrowania po raz pierwszy w życiu

Podczas tegorocznego Wielkiego Postu Ksiądz Niosący Światło wielokrotnie pytał mnie, myślę że też po trochu w żartach, czy nie wybieram się czasami na tegoroczną miejską Ekstremalną Drogę Krzyżową. Zaczęło się od niewinnej rozmowy na temat tegorocznej pieszej pielgrzymki do Częstochowy. Na pytanie, czy idę, odpowiedziałam mu, że raczej tak (pominęłam tylko to, że ksiądz Jacek od salezjanów w sąsiednim mieście za bardzo we mnie uwierzył i zaproponował mi pójście z nimi w pielgrzymce, która  idzie ciut wcześniej, najwyżej pójdę w obydwóch, o ile wrócę na czas z Rzymu). Mimowolnie rzucił, że skoro tak lubię chodzić, to może poszłabym na naszą miejską nocną Ekstremalną Drogę Krzyżową. Tylko uśmiechnęłam się i odpowiedziałam mu, że raczej nie przejdę tych planowych 45 km, ale żeby nie było, to w tym roku też idę na studencką nocną Drogę Krzyżową organizowaną przez Duszpasterstwo Akademickie, do którego należę - tym razem ok. 20 km po K-cach. Jak na moje możliwości to jest akurat. 
Myślałam, że temat został zamknięty. Ksiądz przez lata miał do czynienia z ludźmi z moim schorzeniem, wie więc, że moje mięśnie, stawy i cały organizm pracują nieco inaczej, niż u innych, sprawnych ludzi. A mimo to, przynajmniej raz na tydzień pojawiało się z jego strony pytanie, czy idę. Ja tylko czkałam, aż dopowie, że on idzie, a to już by było z jego strony mało rozsądne. I jak na początku zarzekałam się, że na pewno nie, tak z czasem w mojej głowie pojawiła się myśl - a jakby spróbować... W tym celu przez dwie soboty poprzedzające wydarzenie wędrowałam trasą EDK. Za pierwszym razem pokonałam ok. 30 km, za drugim kilka więcej, i to tylko dlatego, że nie potrafiłam odnaleźć jednej drogi (tudzież pani z pieskiem na spacerze postraszyła mnie policją). Dalej byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu i niemal do ostatniego dnia się wahałam.
A jednak poszłam. Najpierw jednak z drugim rokiem bierzmowanych poprowadziliśmy rozważania przedostatniej w tym roku Drogi Krzyżowej. Tym razem opierała się ona na listach napisanych przez błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Co prawda przez korki trochę się spóźniłam na początek, ale cały tekst miał też ksiądz i to on pilnował, aby wszystko jakoś poszło. Ja dotarłam dopiero na Stację IV. Potem wróciłam do domu, aby zostawić plecak z rzeczami z uczelni i wziąć ten spakowany na EDK, a także aby zjeść obiad (wszak czekała mnie cała noc na nogach). Nie byłam przez to na Mszy rozpoczynającej wydarzenie, a przez to nie wiedziałam, czy wszyscy już poszli, nie chciałam też iść pod kościół, z którego wyruszali, bo gdyby moje wątpliwości okazały się prawdziwe, to niepotrzebnie bym szła. Stacja pierwsza i tak była 1,2 km dalej i tam też skierowałam swoje kroki. Zaczęło kropić - co spowodowało u mnie sceptycyzm. Ale dałam pogodzie szansę i nie zawróciłam. To była dobra decyzja - reszta trasy upłynęła w ładnej i zachęcającej do wędrówki aurze pogodowej. Do Stacji Drugiej oglądałam się, czy ktoś nie idzie. Ale nie było ani jednej żywej duszy wyglądającej na uczestnika EDK. Moje przypuszczenia, że reszta już dawno poszła przybierały na mocy. Ale do czasu.
Na Stacji Trzeciej zaczęli pojawiać się pierwsi pielgrzymi, a na Czwartej (czyli na ok. 6 km trasy) "dogonił" mnie cały peleton z księdzem Pawłem na czele. Wydaje mi się, że wraz z Księdzem Niosącym Światło brali możliwość, że jednak mogę wpaść na pomysł, bo jedyne co powiedział, to to, że chyba musi mi się nudzić w domu. Chociaż jak wychodziłam na szlak było względnie jasno, to z każdą chwilą mrok coraz bardziej spowijał świat. Niby miałam czołówkę i kamizelkę odblaskową, niby mniej więcej znałam trasę, ale i tak czułam niepokój, w końcu to moja pierwsza tak długa wędrówka, w dodatku w nocy. Dlatego starałam się dotrzymywać kroku reszcie. Na  tyle, na ile było to możliwe. Bardzo szybko moim towarzyszem został też nastoletni Olek, niezwykle empatyczny i uczynny chłopiec, który towarzyszył mi w tej wędrówce już do końca.
Grupa wyprzedziła nas na 5 kilometrowym odcinku pomiędzy stacją VI a VII. Jeszcze na nas czekali pod kościołem św. Marcina w Wojkowicach Kościelnych na 15 kilometrze drogi (czyli w ok 1/3 całości), potem jednak nie mogliśmy już ich dogonić. Jeszcze przed Wojkowicami Kościelnymi do naszego duetu dołączyła bardzo sympatyczna pani D., którą znam już z kościoła. Z kolei gdzieś w połowie 5 kilometrowego odcinka między VII, a VIII Stacją dołączył do nas jeszcze pewien pan A., który już nie dawał rady z tempem reszty. I w takim własnym czteroosobowym sympatycznym składzie dotarliśmy do końca drogi.
Najlepsza ekipa do wędrowania o każdej porze nocy i dnia (pod Stacją XI, około godziny 7:30 rano)
Zanim jednak dotarliśmy do końca, czekało nas jeszcze wiele kilometrów i wiele godzin do przejścia. Czekało nas niewielkie wzniesienie, główna ulica dzielnicy, las, kamieniołom, łąki, droga wzdłuż torów kolejowych, zbiornika wodnego, autostrady. Jednak większość ścieżki wiodła chodnikiem. Co nie oznacza, że nie musieliśmy uważać. Jak to mówi Ksiądz Niosący Światło - rozsądek nade wszystko.
Na każdej stacji staraliśmy się chociaż na chwilę usiąść, aby dać odpoczynek i wytchnienie naszym zmęczonym nogom. Na szczęście niemal zawsze była jakaś ławeczka albo murek, na którym było to możliwe. Przed wyjściem na trasę Drogi Krzyżowej wydrukowałam sobie wszystkie przewidziane na tegoroczną jej edycję rozważania. Teoretycznie można było ściągnąć odpowiednią aplikację, no ale ja dalej działam na prehistorycznej Nokii. le Olo i pani D. miały ją pobrane, dzięki czemu mogliśmy te rozważania po prostu odsłuchać.
W założeniu całą trasę powinniśmy przebyć w ciszy, ale skończyło się na tym, że w pewnym momencie zaczęliśmy nawet śpiewać sobie "Gorzkie Żale". O toczonych bez przerwy rozmowach nie wspominając. Ale o tym cicho, byle księża się nie dowiedzieli. Myślicie, że Bóg się za to na nas "obrazi"? Jeżeli to tylko miało nam pomóc, to czemu nie.
Około godziny 5 rano byliśmy w 2/3 trasy. Akurat zaczęło już świtać, ptaszki zaczęły śpiewać, a my pod kościołem pw. Marii Magdaleny odprawialiśmy XI Stację. Przed nami było ostatnich 14 kilometrów i kilkaset metrów drogi. Wiecie, jakoś ta myśl dodawała mi tak bardzo potrzebnych sił. Tym bardziej, że musiałam pokonać ten odcinek, na którym ostatnio poległam. A nie, przepraszam. Wcale nie musiałam, a chciałam. Na szczęście dzięki mojej ekipie udało mi się to w miarę sprawnie. Nie, nie będę mówiła, że nie byłam zmęczona, bo byłam. Ale jakaś wewnętrzna siła pchała mnie do przodu.
Dochodząc do znajdującego się na 37 kilometrze sanktuarium św. Antoniego (Stacja XII) czułam się tak, jakbym już była na mecie. Niby zostało jeszcze tych ostatnich 8 kilometrów, ale wiedziałam, że teraz nawet jeżeli nie będę miała siły dojść, to będę miała większą możliwość przejechać brakujący odcinek autobusem. Tak się jednak nie stało, a ja znalazłam nawet siłę na wejście na gołonoskie wzgórze  po licznych schodach. Przed laty miała na nie pielgrzymować sama Jadwiga królowa, a tam gdzie stanęła, miał wyrosnąć kwiat. Tak mówi legenda. Pod naszymi stopami nie wyrastały kwiaty, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że dotarliśmy pod sanktuarium. Potem jeszcze trzeba było zejść z tego wzgórz, ale i z tym daliśmy radę. Następnie poszliśmy pod parafię Ola, gdzie była Stacja XII (38 i coś km). Tam czekała na nas jego mama, która przeszła z naszą grupą ostatnie 7 kilometrów drogi. 
Ostatnie dwie Stacje były już prawie w centrum miasta. Aby do nich dotrzeć musieliśmy przedrzeć się przez lasek i osiedle domków jednorodzinnych. Ze względu na zmęczenie było to coraz trudniejsze, ale znowu człowiek zacisnął zęby i doszedł do nich. 
Po ostatniej stacji mieliśmy do przejścia jeszcze ok. 500 m. do kościoła, z którego nastąpił wymarsz na trasę. My do mety dotarliśmy tuż po godzinie 10 (niektórzy byli już o 5 rano). Na progu świątyni czekał już na nas Ksiądz Niosący Światło z termosem z ciepłą herbatą (mam nadzieję, że nie siedział od godziny 5, chociaż kto go tam wie). Hmmm... tak właściwie to wtedy uświadomiłam sobie, że od owej godziny 18 poprzedniego dnia nic jeszcze nie jadłam. Na szczęście gdzieś na dnie plecaka miałam jakieś kanapki z serem. Na zakończenie podziękowaliśmy sobie za wspólną wędrówkę, bo myślę, że stworzyliśmy całkiem niezłą i zgraną ekipę. I może i dotarliśmy na końcu, ale każdy z nas doszedł do celu.
Kiedy tak siedziałam na schodach kościoła, gdzie kończyła się trasa EDK z kubkiem herbaty w dłoni (albo na stopniu schodów) i bułką, przysiadł się do mnie ksiądz. Chciał mi pogratulować, ale i zapytać się, jak było. Nie ukrywałam, że łatwo nie było, że były chwilę zwątpienia i zmęczenia, ale jakoś się udało przejść tych 45 kilometrów. Roześmiał się i przyznał, że nie wątpił, że mi się to uda. Tak jak dojść na Jasną Górę. I jeszcze dodał, że hasło tegorocznej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, "Nie ma, że się nie da", doskonale do mnie pasuje. A mnie się w tym momencie przypomniało, że moje świadectwo z ŚDMu w Krakowie dotyczące wolontariatu otrzymało właśnie taki tytuł - "Nie ma, że się nie da". Może więc coś w tym jest?
I jeszcze jedno wspomnienie - kiedy wikariuszem w mojej macierzystej parafii był Boski Oski, to niemal co roku poruszał temat zorganizowania miejskiej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Na poruszaniu tematu się skończyło. Dlaczego? Mogę się tylko domyślać. Nocna Ekstremalna Droga Krzyżowa w takiej postaci, w jakiej jest pojawiła się wraz z przeniesieniem Księdza Niosącego Światło na parafię w naszym mieście. W pierwszym roku nie zorganizował jej, bo pandemia szalała, ale od 2021 roku odbywa się ona co rok. A ksiądz, nawet jeżeli nie idzie, to szczerze kibicuje każdemu, kto wybiera się na tą drogę. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. A ja tylko żałuję, że nie poznałam go wtedy, gdy ją tworzył, bo może pozwoliłby mi pomóc w tym sobie? Ale tego już się nie dowiem.
Hmmm... "Nie ma, że się nie da" - warto zapamiętać na te chwile, w których dotknie człowieka jakieś zwątpienie w to, co robi.
P.S. Większość mijanych obiektów, przy których usytuowano poszczególne stacje Drogi Krzyżowej (za dnia) pokazałam w >>tym<< wpisie.

środa, 16 kwietnia 2025

2173. Jedna pieśń...

Przez trzy ostatnie dni przed świętami ósmoklasiści z podstawówki, w której uczy Ksiądz Niosący Światło pisali próbny sprawdzian na zakończenie tego etapu edukacyjnego. Sam kapłan postanowił poświęcić wolne poranki na budowę ciemnicy i Grobu Pańskiego. W poniedziałkowy ranek, kiedy byłam na zajęciach z asystentury rodzin, to w przerwie między zajęciami napisałam do niego SMSa z pytaniem, jaka jest szansa, że złoży cały Grób w jedno przedpołudnie. W przeciągu 15 minut dostałam odpowiedź, że to raczej nie jest możliwe i że we wtorkowy poranek też będą go budować. Ale wtorkowe przedpołudnie też mi nie pasowało, bo i miałam przedstawić na zajęciach z pedagogiki leczniczej temat dotyczący przebywania dziecka z przewlekłą chorobą w szkole, i potem pomagałam w przeprowadzeniu warsztatów z mediacji dla uczniów szkół podstawowych oraz ponadpodstawowych. Nie chciałam  z tego rezygnować, bo już jakiś czas temu obiecałam tą pomoc wykładowczyni z mediacji. Ksiądz odpisał mi, że mam się tym nie przejmować i przyjść "na odbiór" (cokolwiek to oznacza).
Potem widziałam się z nim po wtorkowej Mszy. Kurcze, bardziej wypytał mnie o prezentację tematu, niż o to, czy mi się podoba Grób i Ciemnica. Aż mi się głupio zrobiło. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby mi nie dociął, że gdzie ja się szlajam, że on sam musiał budować to wszystko. O przepraszam, nie sam, bo na pewno przyszli mu jacyś mężczyźni do pomocy. Poza tym, mógł przenieść budowę na wieczór - wtedy bym była. No niestety, nie każdy mógł sobie pozwolić na wolne z powodu egzaminów ósmoklasisty. Ale z drugiej strony, trochę zrobiło mi się głupio, kiedy uświadomiłam sobie, że chyba mnie lubi, skoro nie ma mnie jeszcze dosyć i sam włącza mnie w różne rzeczy, chociaż nie jestem z tej parafii. I jeszcze interesuje go moje życie, mimo tego, że sam ma masę problemów.
Jednak to nie było tak, że w ogóle nie pomogłam w budowie dekoracji wielkanocnej. W środę bowiem ksiądz zaczął montować oświetlenie tego wszystkiego. Za dużo pomocników nie miał - zostało jedno starsze małżeństwo, organista wygrywający wszystkie warianty radosnego "Alleluja", i przypadkowo ja. Przypadkowo, bo chciałam tylko zobaczyć z bliska całą dekorację. I tak jakoś przypadkowo napatoczył mi się Ksiądz Niosący Światło z najnowszym nabytkiem - kolorową lampką, której kolor lampki ustawia się za pomocą smartfona. Nie wiem jak to działa - pewnie na bluetooth - ale zabawę miał z tym przednią. I niech mi ktoś powie, że mężczyźni nie są wiecznymi dziećmi. Zresztą to nie jedyna jego zabawka, sądząc po skrzyni z narzędziami.
On się bawił z oświetleniem, w tle leciało "Alleluja", a ja oceniałam, czy takie światło może być. Względnie trzymałam brzozowe gałązki powtykane w grób. Albo chodziłam do graciarni po kolejny przedłużacz. W ostateczności zostałam skazana na jego marudzenie, kiedy nie mógł znaleźć podstawki pod krzyż. I nawet mi się zwartło, no ale ja naprawdę nie wiedziałam, jak ona wygląda i czego mam szukać. A tym czasem usłyszałam, że najłatwiej to jest powiedzieć, że się nie wie, co gdzie jest i jak co wygląda. Ale ja naprawdę tego nie wiedziałam, gdyby nie to, to nie musiałby skakać po całym kościele, bo bym mu to znalazła i przyniosła. A potem jeszcze kazał mi zostawić papierową kotwicę, bo oczami wyobraźni widział, jak dziurawię ją w kilku miejscach. Myślę, że tu też wykazał swoje wyolbrzymienie sytuacji, no ale dobra, zostawiłam mu tą kotwicę, żeby był spokojniejszy.
Atmosfera robiła się gorąca, Ksiądz zaczął się złościć na wszystko, jak nie on. W pewnym momencie nawet wrzasnął na organistę, który zaskoczony patrzył to na mnie, to na Księdza (wspomniane małżeństwo poszło już do domu). Ksiądz z kolei jeszcze zaczął coś tam grzebać przy Grobie. Chwilę przy nim posiedziałam - jakby potrzebował aby mu coś podać, a potem podeszłam do ambonki, aby z lekcjonarza przeczytać sobie lekcje z Wielkiego Czwartku. Mój wzrok padł na Psalm, przypomniała mi się jedna pieśń będąca jego interpretacją, a gula stanęła mi w gardle. W głowie zaś brzmiał jeden takt:
Teraz to nawet ksiądz zauważył, że coś jest nie tak, i chyba nawet przez przypadek pomyślał, że to z jego powodu. W każdym razie zaczął mnie przepraszać, że naskoczył na mnie bez powodu - mogłam nie wiedzieć, jak wygląda ta cała podstawka pod krzyż. Ale przecież nic się nie stało, każdego mogą ponieść nerwy. Ja i tak się dziwię, że wcale się na mnie nie złości i nie denerwuje, a mógłby. 
Wkrótce się okazało, że właściwie wszystkie światła ze sobą współgrają. Jeszcze tylko wystarczyło odnieść niepotrzebne rzeczy do graciarni i można było się zbierać. W dalszym ciągu ta pieśń chodziła mi po głowie. No, lubię ją i już. Na zakrystii jeszcze powyjmowałam księdzu kołatki za schowka i poczekałam, aż pogasi światła na kościele. A potem jeszcze zaniosłam mu dwie małe skrzynki z narzędziami pod plebanię, żeby odpoczął i nie biegał w te i na zad. 
Miałam też głupie wrażenie, że przejął się tym, że na mnie wyskoczył o tą podstawkę od krzyża. A przecież nic takiego się nie stało, ja zaś wiem już jak ona wygląda. Nie chcę, aby czuł się winny, bo nie ma czego. Żałuję, że mu tego nie powiedziałam od razu, ale może zapomni wcześniej niż się spodziewam. A może kiedyś zaśpiewam mu tą pieśń? Mam nadzieję, że nie ucieknie, ani naprawdę się na mnie nie zezłości kolejny raz...[

wtorek, 15 kwietnia 2025

2172. A tu taka titanicowa historia...

Prababka Anny Marii Jopek zginęła na Titanicu. "Tragiczny rejs pokrzyżował plany"
Titanic to cud ówczesnej myśli technologicznej i miał pokazywać potęgę Wielkiej Brytanii na oceanie. Choć wodowanie transatlantyku miało miejsce 31 maja 1911 r., to na szerokie wody wypłynął niespełna rok później, 10 kwietnia 1912 roku. Po czterech dniach rejsu zderzył się z górą lodową i zatonął. Na jego pokładzie znajdowała się garstka Polaków, w tym prababcia znanej piosenkarki Anny Marii Jopek.
źródło zdjęcia
  • Prababcia Anny Marii Jopek należała do grona Polaków, którzy wybrali się w feralny rejs Titanikiem
  • Ustalenie pochodzenia pasażerów Titanica było bardzo trudne dla badaczy, gdyż na liście nie były wpisane ich narodowości. Na trop obywatelstwa poszczególnych osób naprowadzały głównie ich nazwiska;
  • Przez wiele tak dziadek piosenkarki uważał, że został porzucony przez swoją mamę, jednak po latach poznał prawdę o jej tragicznym losie.
Anna Maria Jopek kilka lat temu podczas rozmowy z Agencją WBF opowiedziała o losie swojej rodziny od strony ojca. Według tej opowieści, za wychowanie jej dziadka odpowiedzialni byli obcy mu ludzie, zaś historia pradziadków przez wiele lat owiana była tajemnicą. Jednak dzięki dociekliwości dziadka w dojrzałym życiu, udało mu się dowiedzieć, co tak właściwie stało się z jego mamą. Co ciekawe, historia ta związana jest z legendarnym transatlantykiem - Titanicem.
Podczas jednego z wywiadów piosenkarka ujawniła, że kiedy pradziadkowie chcieli dorobić się w Kanadzie dziadek został oddany pod opiekę mieszkających pod Lwowem Polaków. To oni go wychowali, a po pradziadkach słuch zaginął. Dopiero jako dorosły człowiek za pośrednictwem Czerwonego Krzyża dowiedział się o zaginięciu ojca i matki. Mama utonęła na Titanicu, o ojcu nic nie wiadomo.
Prababcia Anny Marii Jopek pragnęła znaleźć lepsze życie za oceanem. Prawdopodobnie dlatego znalazła się na pokładzie Titanica. Tak chciała przedostać się do USA, a stamtąd prawdopodobnie do Kanady. Jak się okazuje, nie była jedyną Polką, która popłynęła w rejs pechowym statkiem. Napisał o tym w "Dzienniku Łódzkim" Ryszard Paradowski. Poszedł on za tropem badań pisarza Stanisława Łempickiego, który kiedyś sporządził listę pasażerów Titanica.
Dzisiaj można powiedzieć, że na pokładzie statku znajdowało się przynajmniej kilkudziesięciu Polaków. Prawdopodobnie nikt z nich się nie uratował (chociaż ja znalazłam informacje o uratowanym Żydzie polskiego pochodzenia).
"Dopiero dzięki pomocy amerykańskich dyplomatów w Polsce dotarłem do Titanic Historial Society, które przekazało mi pełną listę pasażerów Titanica. Ustalenie obywatelstwa poszczególnych pasażerów nie jest dziś sprawą łatwą. Zresztą i wtedy, w 1912 r., nie dopisywano przy nazwiskach pasażerów wkraczających na pokład ich narodowości. Jedynie po pisowni można wnioskować, że nasi rodacy płynęli na pokładzie Titanica" - wyjaśnił w tekście Paradowski.
Pisząc o losach polskich pasażerów Titanica, badacz trafił również na trop prababci Anny Marii Jopek. Kobieta była lekarką i kiedy jej syn (dziadek piosenkarki) miał dwa lata, zawiozła go do Lwowa i oddała pod opiekę zaprzyjaźnionej rodziny. Słuch po niej zaginął, ale jak się okazuje, chłopiec nie został porzucony przez swoją matkę.
"Po latach dowiedział się, iż nie został porzucony, gdyż matka jego zginęła na Titanicu. Płynęła do Ameryki, by spotkać się tam ze swym ukochanym. Prawdopodobnie po urządzeniu się na Alasce planowała wrócić i zabrać syna. Tragiczny rejs pokrzyżował jej te plany" - pisał Ryszard Paradowski.

https://plejada.pl/newsy/prababcia-anny-marii-jopek-zginela-na-titanicu-zaskakujaca-historia-rodzinna/jc5913l

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

2171. Dlaczego zdradziłeś, Judaszu?

Bardzo mnie cieszy fakt, że w Wielki Tydzień weszłam z przeczytaną książką Toscy Lee pt. "Judasz". Z jednej strony specjalnie tego nie planowałam, a z drugiej tak w głębi siebie myślałam, że dobrze by było, gdyby... Na szczęście książka została napisana tak przystępnym językiem, że moje ciche pragnienie spełniłam bez większego problemu. Sama książka bardzo mi się podobała i rzuciła zupełnie inne światło na postać Judasza, chociaż wiem, że to fikcja literacka.

Tytuł: "Judasz"
Autor: Tosca Lee
Wydawnictwo: Święty Wojciech
Poznań 2006
Ilość stron: 338

Historia Judasza Iskarioty na pozór wydaje się być w miarę znana większości z nas, nawet jeżeli deklarujemy się, jako osoby niewierzące. Był jednym z uczniów Jezusa, tym, który zdradził go właściwie za bezcen, za jedyne 30 srebrników, a potem, zdając sobie sprawę z tego co zrobił, powiesił się na drzewie. Ale czy tak w ogóle było? I czy Judasz naprawdę był takim zepsutym do cna człowiekiem? Na to pytanie w swojej książce "Judasz" próbuje odpowiedzieć Tosca Lee.
Czytelnik poznaje Judasza jako małego chłopca, który wraz z matką Rebecą, ojcem Szymonem i starszym bratem Jozuem mieszka w tętniącej życiem, także religijnym, Jerozolimie. Kiedy w mieście wybuchają zamieszki, wszyscy uciekają do krewnych w Seforis. Bezpieczne życie chłopców przerwało wtargnięcie do miasta oddziałów Rzymian - Szymon został zabity, a Jozue wzięty do niewoli. Rebekę i Judasza uratowało to, że w czasie oblężenia nie było ich w mieście. Po traumatycznych przeżyciach matka wraz z młodszym synem wracają do Jerozolimy. Przez lata zdaje się, że wszystko w życiu Judasza idzie nie tak. Aż wreszcie któregoś dnia idzie nad rzekę Jordan, gdzie ma nauczać człowiek imieniem Jan.  Tam przez przypadek poznaje jego krewnego, Jezusa. Zafascynowany jego charyzmą i osobowością postanawia pójść za nim. Nie wie, jak bardzo odmieni się jego dotychczasowe życie.
Już od pierwszych stron wyczuwa się, że jest to fikcja literacka. A jednak książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Piękny język sprawia, że czytelnik bez problemu wyobraża sobie warunki życia w Jerozolimie i okolicach na początku naszej ery. Z kolei barwny opis wewnętrznych przeżyć Judasza pozwala nie tylko odkryć jego wnętrze, ale też zrozumieć motywacje jakie nim kierowały podczas podejmowania różnych decyzji. Dzięki temu postać ta staje się bliższa i bardziej zrozumiała. To nie jest książka, o tym, jak było, ale jak mogło być.

Zdrada Judasza na pewno była bolesna dla apostołów. Człowiek, który był ich przyjacielem i towarzyszem wędrówek, wydał Jezusa Musieli jednak jakoś się z tym poradzić, ponieważ nie mogli zapytać go, dlaczego właściwie tak postąpił. Wedle tradycji zaraz po wydaniu Mistrza, Judasz powiesił się. Apostołowie byli zdani na własne domysły. Do dziś nie znamy odpowiedzi na to pytanie i możemy polegać jedynie na hipotezach.
Odpowiedzi na powyższe pytania próbował znaleźć Roman Zając, stawiając siedem hipotez co do podjęcia przez niego takiej decyzji.
(źródło zdjęcia)
Hipoteza 1 - Dla pieniędzy
Autor Czwartej Ewangelii, którym według tradycji jest apostoł Jan, jest bardzo cięty na Judasza. Za każdym razem, kiedy o nim wspomina, nie może powstrzymać się przed przypisaniem mu najgorszych cech. To właśnie Czwarta Ewangelia legła u podstaw tak bardzo negatywnego wizerunku Judasza.
Według relacji Jana przyczyną zdrady była zwykła ludzka chciwość. Znamienna jest tutaj scena namaszczenia stóp Jezusa drogocennym olejkiem, co uczyniła w Betanii siostra Marta i Łazarza, Maria. Według przekazu synoptyków ten czyn wywołał niezadowolenie uczniów, którym nie podobało się takie marnotrawstwo w kontekście potrzeb biednych.
Z kolei w Ewangelii wg św. Jana owo niezadowolenie z powodu gestu Marii wyraża jedynie Judasz. A nawet Jan wyjaśnia, że powodem nie były szlachetne intencje, a złodziejska natura Judasza. Jako skarbnik podkradał on pieniądze ze wspólnej kasy: "Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: >>Czemu to nie sprzedano tego olejku za 300 denarów i nie rozdano ich  ubogim?<<. Powiedział to nie zaś dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem" (J 13, 29).
Podążając tym tropem, żyjący w XIII wieku Jakub de Voragine w "Złotej legendzie" zdradę Jezusa tłumaczy w następujący sposób: "Na krótki czas przed męką Pana Naszego rozgniewał się [Judasz] za to, że nie sprzedano wonnej maści, którą dano Jezusowi i która warta była trzysta groszy: bo niewątpliwie zamierzał przywłaszczyć sobie tę sumę. Poszedł więc do Żydów i sprzedał Chrystusa za trzydzieści srebrników".
Nie wiadomo czy Judasz rzeczywiście defraudował pieniądze należące do Jezusa oraz uczniów. Być może to Jan zapieklił się w niechęci do Judasza, że po dokonanej przez niego zdradzie przypisywał mu także rzekome kradzieże.
To trochę tak jak w filmie "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz", kiedy sprzątaczka oskarżyła klienta sklepu, że jest złodziejem, bo wyrwał jej z rąk narzędzie pracy (ścierkę), zaś ekspedientka dodała: "I pijak! Bo każdy pijak to złodziej!". W tym wypadku sposób rozumowania Jana był pewnie podobny: "Skoro zdradził Mistrza, to z pewnością nas także okradał". A przecież jeżeli Judasz został wybrany na skarbnika, to musiał cieszyć się pewnym zaufaniem. Wszak to jemu powierzono wspólną kasę, a nie chociażby Mateuszowi, który jako celnik musiał być obeznany z kwestiami finansowymi. Ciekawe jest to, że w czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus prawdopodobnie leżał (bo w tamtych czasach biesiadowano w takiej pozycji) pomiędzy Janem (określanym mianem Umiłowanego Ucznia) a Judaszem. Piotr znajdował się po drugiej stronie stołu.
Faktem jest, że za wskazanie Jezusa Judasz otrzymał wynagrodzenie w postaci trzydziestu srebrników. Czy jednak oznacza to, że zdradził dla pieniędzy? Tradycja synoptyczna, która jako jedyna przedstawia wizytę Judasza u arcykapłanów (Mt 26, 14-15; Mk 14, 10-11; Łk 22, 3-6) w ogóle nie mówi o tym, że motywem były pieniądze. Zresztą, sprzedając Jezusa, Judasz nie zbił nie wiadomo jakich kokosów. Trzydzieści srebrników było niezbyt wygórowaną ceną - tyle mniej więcej kosztowała krowa bądź niewolnik o bardzo niskiej wartości. Dlatego ta kwota ma właściwie znaczenie symboliczne.
Fakt, że suma była tak znikoma dla wielu jest podstawą, aby sądzić, że motywy Judasza były inne niż  finansowe.
Hipoteza 2 - Opętał go szatan?
Druga hipoteza na temat zdrady Judasza zakłada jego uległość Szatanowi (J 6, 70-71; 13, 2. 27; por. Łk 22, 2-4). Świadczyła ona, że Judasz odwrócił się od swego powołania (por. Dz. 1, 24-25) i oddał swą wolność na usługi "odwiecznego przeciwnika", czyli szatana. To sugerowałoby, że Judasz był tylko jego narzędziem. Inicjatorem działań Judasza, a tym samym autorem zamysłu wydania Jezusa, był Szatan: "W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać" (J 13,2).
Według Łukasza Ewangelisty opętanie to nastąpiło, kiedy zbliżało się święto Paschy: "Wtedy szatan wszedł w Judasza, zwanego Iskakriotą, który był jednym z Dwunastu (Łk 22, 3). Natomiast Jan wspomina, że Szatan wszedł w swoją ofiarę dopiero podczas Ostatniej Wieczerzy, a konkretniej po otrzymaniu od Jezusa kawałka chleba: "A po spożyciu kawałka [chleba] wszedł w niego Szatan" (J 13, 27). W tej perspektywie słowa wypowiedziane przez Jezusa: "Co masz czynić, czyń prędzej!" mogły mieć jako adresata właśnie Szatana.
Niektóre apokryfy Judasz jest osobą naznaczoną złem, która już od najmłodszych lat diaboliczną naturą. Takim poglądom sprzyjały słowa Jezusa, który jeszcze na długo przed samą zdradą powiedział (mając na myśli Judasza): "Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem" (J 6, 70).
We wspomnianej "Złotej legendzie" matka Judasza miała sen, że urodzi potwora, Rodzice pozbyli się dziecka, wkładając go do koszyka, a następnie rzucając do wody. Chłopca znalazła i przygarnęła królowa wyspy Iskariot. Kiedy na świat przyszedł rodzony syn królowej, Judasz miał go zamordować i uciec. Związał się wtedy z młodym Piłatem. Potem, niczym Edyp, przez przypadek zabił swojego rodzonego ojca i ożenił się z swoją matką. Gdy prawda została odkryta, matka wysłała go, aby poprosił o wybaczenie Jezusa i czynił u Niego pokutę. W ten sposób Judasz dostał się do grona dwunastu uczniów Zbawiciela. Łatwo zauważyć,, że istniała tendencja ukazywania Judasza jako istotę z natury złej, czyniącej jedynie zło i żyjącą tylko dla uczynienia zła. W tych okolicznościach zdrada byłaby po prostu naturalną konsekwencją charakteru Judasza.
Natomiast Arabska "Ewangelia dzieciństwa" opowiada, że Judasz już jako dziecko był opętany przez Szatana. Matka pewnego dnia zaniosła go do Jezusa, którego miał ugryźć. Chociaż nie zdołał tego uczynić, to finalnie uderzył Jezusa w bok - ten sam, który kilka lat później został przebity włócznią. Szatan co prawda opuścił małego Judasza na rozkaz Jezusa, ale potem do niego powrócił.
Hipoteza 3 - Z powodów osobistych
(źródło zdjęcia)
Nie są one znane, dlatego można wstawić tutaj dosłownie wszystko. W niektórych apokryfach można wyczytać, że Judasz zdradził Jezusa na prośbę... swojej żony. Z kolei według etiopskiego "Męczeństwa Piłata" żoną Judasza była siostra Barabasza. Kiedy aresztowano jej brata, poszła do Jezusa z prośbą o pomoc. Nie otrzymawszy jej, udała się do żon starszyzny żydowskiej i w konsekwencji doprowadziła do ukrzyżowania Jezusa. Judasz może by i nie zdradził Jezusa, jednak bał się żony, która w przypływie złości potrafiła w przypływie złości nawet mu przygrzmocić. Osoba niegodziwej małżonki Judasza występuje także w niektórych rękopisach "Ewangelii Nikodema", to ona miała podpowiedzieć Judaszowi, w jaki sposób wydać Jezusa i nie chciała wierzyć w przyszłe jego zmartwychwstanie, mimo wyrzutów sumienia męża. Oczywiście Ewangelie nie wspominają o rzekomej żonie Judasza, nie wiadomo więc, czy w ogóle był on żonaty.
Jeszcze inni snują spekulacje, że Judasz mógł być zazdrosny o Marię Magdalenę. Ona zaś bez pamięci była zakochana w Jezusie, nie dając żadnych szans Judaszowi. On zaś był w niej skrycie zakochany i nie mógł patrzeć na to bezgraniczne uwielbienie Jezusa przez ukochaną. 
Hipoteza 4 - Od początku był agentem
Wielu ludzi uważa, że Judasz od samego początku nalazł się w gronie Dwunastu w charakterze tajnego agenta i donosiciela. Tym samym realizowałby plan usnuty przez Sanhedryn. Poncjusza Piłata, a może Rzymian.
Z drugiej strony nie da się zlustrować Judasza. Z apokryfu "Opowiadanie Judasza z Arymatei" możemy się dowiedzieć, że był on faryzeuszem, siostrzeńcem Kajfasza, zaś do Dwunastu dołączył po to, aby śledzić Chrystusa. Próbował przyłapać go na fałszywym słowie, za co codziennie dostawał złotą didrachmę. Trzydzieści srebrników było więc tylko dodatkiem do "stałej pensji" donosiciela.
(źródło zdjęcia)
Hipoteza 5 - Zawiedziony terrorysta
Jedna z hipotez wyjaśniających przyczyny zdrady Judasza wskazuje, że  apostoł zawiódł się na Jezusa. Tak jak wielu Żydów oczekiwał, że w chwili pojawienia się na ziemi Mesjasza, zdjęte zostanie jarzmo rzymskiej niewoli oraz odrodzi się królestwo Izraela. Przełomowym momentem mógł być wjazd Jezusa doi Jerozolimy podczaj Niedzieli Palmowej. Jezus był witany wówczas przez tłumy ludzi, głównie tych, którzy przybyli na żydowskie święto z prowincji. Z różnych przekazów wiadomo, że tak samo żydowski Sanhedryn, jak i mieszkańcy samej Jerozolimy, byli raczej wrogo nastawieni do Jezusa. Widząc to Judasz mógł zwątpić w jego mesjanizm i w ogóle w to, co głosił.
Przydomek "Iskariota" (gr. Iskariotes) prawdopodobnie oznacza "człowieka z Kariotu" (hebr. isz Karioth). Taka miejscowość, położona w pobliżu Hebronu, pojawia się dwukrotnie w Piśmie Świętym (Joz 15, 25; Am 2, 2). Niektórzy jeednak wywodzą ten przydomek od greckiego słowa "sikarios" pochodzącego od słowa "sica", czyli krótkiego miecza, które był skrywany przez mężczyzn w fałdach szat. Sicariosem będzie zatem "ten, który morduje za pomocą krótkiego miecza". Być może Judasz należał do bractwa politycznych zabójców związanych z zelotyzmem, zwanych sykariuszami (sztyletnikami), którzy mordowali zwolenników władzy rzymskiej.
Judasz mógł więc być bojownikiem o wolność Izraela, który miał nadzieję wykorzystać Jezusa do własnych celów. Jeśli nawet tak było, na pewno przeżył głęboki wstrząs, kiedy przekonał się, że dziedzic Dawida oraz domniemany Mesjasz nie zamierza obalać rzymskiego panowania w Judei. Judasz traktował Go jako przywódcę narodowo-religijnego. Ale kiedy zorientował się, że Chrystus nie ma zamiaru walczyć z Rzymianami i ważniejsze jest dla Niego jakieś duchowe królestwo nie z tego świata niż los swojego narodu, postanowił Go wydać, bo uznał Jego nauki za niebezpieczne dla sprawy walki wyzwoleńczej.
(źródło zdjęcia)
Hipoteza 6 - Na polecenie Jezusa
Istnieje też teza, że Judasz był najbardziej wykształcony i inteligentny ze wszystkich uczniów Jezusa, że tak naprawdę to tylko on rozumiał Mistrza. Judasz miał wydać Jezusa na Jego osobiste polecenie, aby w ten sposób wypełniły się słowa Pisma i aby doszło do odkupienia świata. Fundament mają tutaj słowa: "Co chcesz czynić, czyń prędzej!" (J 13, 27). Według dalekiej od ortodoksji interpretacji słowa te mają charakter zachęty, a nawet pewnego błogosławieństwa, ezoterycznego apelu, na który mógł odpowiedzieć tylko wybrany uczeń. Skoro Jezus skierował te słowa bezpośrednio do Judasza, jest to dowodem, że Judasz działał w ścisłym z nim porozumieniu. W ten sposób można zanegować sam akt zdrady, bo i żadnej zdrady nie było, a tylko sekretny i misterny plan.
Ewangelie zostały spisane przez tych uczniów, którzy nie zostali wtajemniczeni w plan Judasza i Jezusa. Nie do końca pojmowali, o co chodzi, bo byli prostymi ludźmi. Judasz został więc przez nich oczerniony. 
Ci, którzy uciekli w popłochu, zachowali "czyste ręce", byli dobrzy i wierni, natomiast kozłem ofiarnym został właśnie Judasz, czyli ten zły, podły i lecący na mamonę. Zwolennicy tej hipotezy idą dalej i w ogóle kwestionują samobójczą śmierć Judasza. Twierdzą oni mianowicie, że Judasza zabili wściekli na niego uczniowie Jezusa, przy czym nie musieli to być wszyscy, ale tylko kilkoro z nich. Wiadomo, że Piotr uchodził za porywczego i nie wahał się użyć miecza w Ogrójcu, aby pozbawić ucha sługę kapłanów (Mt 26, 51).
Po śmierci Jezusa apostołowie byli zagubieni i rozbici, wszak zostali bez swojego przywódcy i mistrza. Mylnie zinterpretowali czyn Judasza, dopadli go i skatowali. Potem ustalili, że będą rozpowiadać iż popełnił on samobójstwo. Jednak z upływem czasu ich wersje trochę się pomieszały, a oni sami jak gdyby zapomnieli, co początkowo ustalili - czy się powiesił, czy też rzucił w przepaść. Dlatego też w Dziejach Apostolskich można wyczytać, że spadł po załamaniu się gałęzi w dolinę o nazwie Gehenna, a następnie pękł na dwoje i wypłynęły z niego wszystkie wnętrzności (Dz 1, 18). 
W 2006 roku sensacją na skalę medialną okazało się odnalezienie i publikacja apokryfu "Ewangelia Judasza", dotychczas znanej ze wzmianek u Ojców Kościoła. Na pierwszych stronach gazet oraz na portalach internetowych można było co chwilę przeczytać: "Nowe oblicze Judasza", "Czy Kościół zmieni swoją naukę?", "Judasz nie zdradził Jezusa!", czy też "Kościół myli się w ocenie Judasza!".
Utwór ten napisany w środowisku sekty gnostyckiej (kainitów, setytów albo barbelognostyków) jako jedynego prawdziwego ucznia Jezusa wskazuje Judasza. Pozostałych apostołów wybrano jedynie dla pokazania kontrastu - jako głupie i bezrozumne osoby, które niczego nie pojmowania, a Jezus nieustannie wyśmiewał ich głupotę stawiając im Judasza za wzór do naśladowania. Judasz miał wydać Jezusa na Jego wlasne życzenie. Dzięki temu Jezus mógł porzucić swoje ciało i w ten sposób opuścić ten świat. 
Mniej więcej o tym mówi wspomniany apokryf, który wzbudził wielką sensację, ale i nadzieję na zmianę nauki Kościoła. Choć tak właściwie to trudno uwierzyć w to, że wymysły gnostyków wpłynie na to, co przez lata głosił Kościół.
W Polsce propagatorem obrazu Judasza jako zaufanego współpracownika Jezusa jest religioznawca Jacek Sieradzan, który głosi tezę, że Judasz jest pierwszą ofiarą "czarnego PR", toteż powinien zostać przez Kościół jak najszybciej zrehabilitowany, ponieważ był najwierniejszym uczniem Jezusa. Przed opublikowaniem "Ewangelii Judasza" wielu "postępowych" teologów domagało się takiej rehabilitacji od Benedykta XVI, a nawet mówiono o "świętym Judaszu".
Hipoteza 7 - Aby Jezus ujawnił swoją "moc"
Możliwe, że Judasz był zapalonym nacjonalistą i patriotą, a także mocno wierzył, iż jego Nauczyciel to wyczekiwany Mesjasz. Był przecież świadkiem czynionych przez niego znaków i cudów - rozmnożenia chleba, uzdrowienia, a nawet wskrzeszenia umarłego. Wydawać by się mogło, że nikt nie oprze się takiej potędze. Judasz tylko czekał, aż Jezus wystąpi przeciwko rzymskiej władzy. Do działania popchnęło go zniecierpliwienie, że Mistrz szwenda się po prowincji i udziela wymijających odpowiedzi, zamiast podjąć radykalnych kroków. Możliwe jest, że chciał postawić Jezusa w takiej sytuacji, żeby nie miał już innego wyjścia i rozpoczął oczyszczanie Palestyny z okupantów. Wydał Go, aby niejako przymusić go do czynu i pomóc w wypełnieniu mesjańskiego powołania.
Judasz wierzył, że w momencie grożącego mu aresztowania, Jezus objawi swoją moc i wznieci powstanie żydowskie. Rozpocznie się więc triumfalny pochód po władzę, Rzymianie zostaną wypędzeni, skorumpowani przedstawiciele kasty kapłańskiej ukarani, zaś Mesjasz zasiądzie na tronie Izraela, przywracając dawną świetność narodowi wybranemu. Ponieważ Jezus dał się pojmać, dla Judasza mógł to być znak, że Nauczyciel z Nazaretu nie jest oczekiwanym Mesjaszem, za tym samym wydał na śmierć niewinnego człowieka. Dręczony wyrzutami sumienia wrócił do kapłanów i złożył donos na siebie samego: "Zgrzeszyłem, wydawszy krwi niewinną" (Mt 27, 3). Można więc założyć, że pragnął on ocalenia Nauczyciela, któremu groziła śmierć. To wołanie pozostało jednak bez odpowiedzi u tych, którzy siebie samych uważali za sprawiedliwych: "Co nas to obchodzi? To twoja sprawa" (Mt 27, 4). Poświadczenie niewinności skazańca, wedle przyjmowanego w I wieku po Chrystusie prawa, powinno skutkować wstrzymaniem wyroku oraz ponownym rozpatrzeniem sprawy. Jednak do tego nie doszło. Judasz mógł wszystko obserwować z coraz większym przerażeniem i targany wyrzutami sumienie, mógł popełnić samobójstwo.

Jak było naprawdę, tego nikt nie wie. Można tylko snuć spekulacje, domysły, hipotezy. Ta część historii, podobnie jak wiele innych, na zawsze już zostanie osnuta szalem tajemnicy.

niedziela, 13 kwietnia 2025

2170. Czwarta edycja Biegu Hazoka

Nie, spokojnie, tym razem nie biegłam, chociaż pierwotnie miałam taki zamiar. Właściwie to wtedy, gdy jeszcze udział w EDK był poza zasięgiem mojej wyobraźni. Jednak jakoś tak nie miałam kiedy się zapisać. Aż w końcu uznałam, że aż takim szaleńcem nie jestem i bieg, nawet na tych 5 kilometrów, byłby małym kamikadze. Jeszcze będzie nie jedna okazja. A tymczasem pozostałam na zapisie na wolontariat podczas czwartej edycji Biegu Hazoka. Na wolontariacie nie trzeba dużo biegać (przynajmniej w teorii), a można w jakimś stopniu się wykazać.
Kiedy była 3 edycja tego wieku, to ja akurat miałam spotkanie wielkanocne w Duszpasterstwie. Tym bardziej zależało mi na tym, aby w tym roku w miarę możliwości być. Na szczęście to nie jest moja pierwsza współpraca z zespołem MK Team, a co za tym idzie - dostanie się na wolontariat było w miarę proste. I nawet przydzielono mnie do Biura Zawodów, co bardzo mi odpowiadało.. Tylko ta pora - aby dotrzeć na czas musiałam wsiąść do autobusu o 6:44. Zważając na to, że obudziłam się o 6:25, miałam mały wyścig z czasem. Na szczęście zdążyłam, choć nie pamiętam kiedy ostatni raz wykonywałam wszystko w tak ekspresowym tempie.
Pierwszy bieg, na 10 km, był o 10:00, ten na 5 km - o 12:00, marsz NW - pięć minut później. Biegi dla dzieci były od 14:00, jednak na nich już nie zostałam. Kiedyś trzeba odpocząć. Nawet w moim przypadku.
Z doświadczenia wiem, że największy młyn jest jakieś 30 minut przed danym biegiem. Wszyscy nagle i w jak najszybszym czasie chcą odebrać swój pakiet startowy. Ale tak się nie da i nikt nic na to nie poradzi. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie automatami pracującymi przy taśmie produkcyjnej. Na szczęście to jedyny minus tego wszystkiego, bo sama atmosfera jest bardzo ciepła, a i sama Rzęsa, zbiornik wodny w Siemianowicach Śląskich, gdzie odbywa się bieg, zachęca do tego typu aktywności. Pogoda też dopisała - było ciepło, ale nie gorąco, wiał lekki, przyjemny wietrzyk.
Taki bieg to też dla mnie okazja do pobycia w gronie znajomych osób. A także zawarcia nowych znajomości. Ogólnie zespół tworzą bardzo sympatyczni ludzie, tacy do tańca i do różańca. Dobrze mi się przebywa w ich towarzystwie. Tak po prostu.
Kolejny bieg przez nich organizowany odbędzie się dopiero w październiku. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się w nim wystartować. Oczywiście w biegu na 5 km, bo na 10 nie dam radę pobiec i jestem tego niesamowicie pewna. Chcę też wreszcie przekonać się, czy ta cała Rzęsa naprawdę jest taka klimatyczna, jak mówią.

sobota, 12 kwietnia 2025

2169. Umówiłam się, więc byłam

Permanentne zmęczenie po całonocnej drodze odbierało mi władzę nad ciałem, ból łydek i lewego uda (jednak to ono bardziej pracowało) sprawiał, że zmęczony organizm był w miarę świadomy otaczającej go rzeczywistości, a głód, mimo pozornego zaspokojenia go ciepłą herbatą, z którą czekał na nas na progu plebani Ksiądz Niosący Światło, dopominał się uzupełnienia zgubionych gdzieś po drodze kalorii. Z drugiej strony wznoszące się coraz wyżej słońce zwiastowało, że to będzie dobry dzień. Mimo wszystko, a może dlatego, że...
Ksiądz zastanawiał się, kiedy zregeneruję się po wysiłku ostatniej nocy. Bo wie, że nieco odbiegam ruchowo od przeciętnego człowieka. I wie, czym to jest spowodowane. I z czym się to wiąże. I że nie da się tego zniwelować właściwie niczym. Nie uczył się tego na uczelniach i kursach, nauczyło go tego życie i obserwacja. A warunki miał idealne - przez lata był kapelanem jaworznickiej wspólnoty "Wiara i Światło". Ja jednak nie miałam na to czasu - dochodziła godzina 10 rano (28 godzina bez snu), a ja na 12:00 byłam umówiona w Oratorium w S-cu, aby opowiedzieć dzieciakom i młodzieży o bł. Pier Giorgio Frassatim. Czasu starczyło na szybki prysznic, przebranie rzeczy i zjedzenie śniadania. Na szybki sen już go niestety zabrakło. 
Z drugim plecakiem na plecach ruszyłam przed siebie. Prysznic nieco mnie orzeźwił i rozbił moje zakwaszone mięśnie. Dzięki temu mogłam dojść do autobusu, a potem do budynku wspólnoty. Nawet czas miałam w miarę dobry. Na pewno lepszy niż ten, w którym pokonałam EDK. No, ale EDK to nie wyścigi i każdy pokonuje jej trasę w swoim tempie. 
Jeszcze przed prelekcją spojrzałam w lustro, czy wyglądam jak człowiek, czy też bardziej jak upiór, chociaż nie z opery. Nie, zdecydowanie jak człowiek. Chociaż nie ukrywam, czułam to zmęczenie. I pewnie gdybym poprosiła o przeniesienie tego wystąpienia na później, to nie byłoby problemu z tym, a zwłaszcza w momencie, kiedy podałabym powód. No, ale tego nie zrobiłam. Chciałam to mieć też za sobą. Chociaż w temacie Pier Giorgia czuję się raczej dobra. Nawet rozważania do odbywającej się dzień wcześniej Drogi Krzyżowej z bierzmowanymi oparłam na jego sylwetce. I chyba się podobało. Ale nie mnie to oceniać. 
Bardziej poszłam w dialog niż w monolog. Nie lubię długo mówić - zajmuje to i dużo czasu i męczy. Zresztą wychodzę z założenia, może błędnego, że dzieciaki więcej z czegoś wyniosą, jeżeli same dojdą do pewnych wniosków. Oczywiście, przedstawiłam im pokrótce jego życiorys i zainteresowania, ale młodzież sama musiała dojść do tego, co może zainspirować ich w życiu Pier Giorgia i skłonić do zmiany. Jak zwykle niezbędne okazały się markery i kartki papieru, aby zapisywać swoje pomysły.
A mnie, mimo wspomnianego zmęczenia, przyszedł pomysł na stworzenie gry planszowej na temat Pier Giorgia. Na razie to jednak tylko pomysł, koncepcja, zapisana gdzieś na brudno, żeby nie zapomnieć. Nie powiem, że zostanie zrealizowana, bo może na to zabraknąć mi czasu (ostatnio papierologię z pracy nieustannie przynoszę do domu, aby wyrobić się z nimi na czas, nie wspomnę już o pisaniu prac zaliczeniowych, konspektów zajęć, magisterek i w ogóle, bo to chyba najbardziej na dzień dzisiejszy mnie pochłania), pomysł jednak jest, a od czegoś trzeba zacząć.
Tym razem nie zostałam na zajęciach do końca. Musiałam wcześniej wrócić do domu i przekimać się te 2 godzinki. Tym bardziej, że jeszcze wieczorem miałam próbę przed wystawieniem Misterium Męki Pańskiej. Za wiele sobie nie pospałam, ale zawsze coś.