Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 30 października 2024

2056. Październikowa pochwała świata

Tradycyjnie już październik okazał się dla mnie sztuką logistyki i planowania pierwszej połowy dni od poniedziałku do piątku. Kilka dłuższych przerw międzyzajęciowych poświęconych na bieganiu za wykładowcami i zbieraniu od nich podpisów pod Indywidualną Organizacją Studiów oraz wieczorów spędzonych z ołówkiem w ręku i kartką z planami wykładów i ćwiczeń poskutkowało tym, że już mniej więcej wiem, kiedy na co mam iść, aby mniej lub więcej ogarnąć to wszystko. Nie wiem, czy dam radę, czy się po drodze "nie wykoleję", ale próbować zawsze mogę. Przegranym bowiem jest nie ten, który odpadnie w trakcie trwania czegoś, ale ten, kto nawet nie podejmie próby. Dawno temu usłyszałam te słowa od osoby bliskiej mojemu sercu i jakoś tak stały się one moim życiowym mottem.
Od początku staram się w miarę regularnie usystematyzowywać pokłady mojej niezaspokojonej wiedzy. W ostatnich dniach udałam się do Biblioteki Śląskiej nie tylko w celu wypożyczenia kolejnych książek (których czytanie ograniczyłam ze względu na niewielką ilość wolnego czasu), ale też zapoznania się z zadanymi mi zagadnieniami do opracowania w ramach Historii Kościoła.
Co prawda nie mogłam sobie wypożyczyć tej pozycji do domu, ale była możliwość sfotografowania potrzebnych mi artykułów, z czego oczywiście skorzystałam. Potem w domu przerzuciłam fotografie na laptopa i mogłam na spokojnie na tym pracować.
Taka moja mała dygresja - na dłuższym tekście (o reskrypcie mediolańskim) pracowało mi się o wiele lepiej, niż na krótszym (libellum z Arsinoe). Na szczęście mieliśmy tylko omówić najważniejsze kwestie przydzielonych nam tekstów, więc jakiejś wielkiej tragedii nie było. 
Przy okazji wizyty w bibliotece miałam ciut czasu na pospacerowaniu po parku okalającym budynek sprawiając, że miejsce to jest bardzo przyjemne i wręcz zachęcające do pracy.
I od razu przy akompaniamencie tak wspaniałej przyrody przyszedł mi do głowy kolejny wiersz:

Wiatr - czarodziej chwil
Łagodny podmuch wiatru
smaga mą zdziwioną twarz.
Chcąc tym samym subtelnie zaznaczyć
swoją obecność w mym życiu
A ja stoję bez wzruszenia i patrzę,
jak kolorowy liść lekko opada na ziemię,
niesiony tym samym powiewem.
Może coś się skończyło, przeminęło...
Nie ważne,
liczy się to, by dostrzec małe chwile piękna,
które po cichu wkradają się w nasze życie.

Trzymajcie się ciepło. I łapcie najpiękniejsze chwile z każdego dnia.

wtorek, 29 października 2024

2055. Czy mam się bać?

Taka sytuacja z dzisiejszej pierwszej części dnia.
Wydział Teologiczny, przerwa w środku ćwiczeń z Historii Kościoła - starożytności i średniowiecza. Wychodzimy na korytarz, wraz z nami wychodzi wykładowca. Zaczynamy spontaniczną rozmowę, nagle dołącza do niej wykładowca:
 - Wiedzą państwo, jeżeli w dziekanacie znają państwa z imienia i nazwiska, to już jest podejrzane. Ja ostatnio poczułem się dziwnie, kiedy podałem nazwisko, a pani sama z siebie napisała Sz. (inicjał imienia) przed nim. I tak zacząłem się zastanawiać, jakim sposobem po tylu latach mnie pamiętają (też kończył ten wydział, a jest nowym wykładowcą).
Godzina 11:30, idę do prodziekana zdawać wejściówkę z bioetyki w formie ustnej. Wchodzę do dziekanatu, mówię o co mi chodzi. Pani sekretarka idzie i puka do drzwi jego gabinetu. Co słyszę?
 - Księże prodziekanie, pani Karolina XYZ (tu pada moje nazwisko) przyszła. Ma wejść, czy poczekać?
Ciekawe czy faktycznie znają wszystkich studentów z imienia i nazwiska, czy tylko tych wybranych? Tylko, że ja znowu tak często w tym dziekanacie nie bywam. I czy mam się czuć zagrożona z tego faktu?
Wejściówkę jednak zaliczyłam. Hmm, i to chyba nieźle, zważając na to, że wchodząc do gabinetu prodziekana właściwie nic nie umiałam. A przynajmniej miałam takie wrażenie. Ogólnie wszystko dzisiaj zaliczyłam (2 referaty na wspomnianej Historii Kościoła, referat i wejściówkę z bioetyki oraz kolokwium z łaciny), co raczej mnie cieszy. Zwłaszcza, że ostatnio czasu mam jak na lekarstwo. A jednak mi się udało. 
Byle do 1 listopada - wtedy mam nadzieję sobie odpocząć. A co z tego wyjdzie to się okaże.

niedziela, 27 października 2024

2054. Parafia drugim domem - Zjednoczeni w Duchu - Mocny RAZEM

Z niecierpliwością czekałam na ten wyjazd. Wydaje mi się, że ekscytowałam się na niego tak samo, jak te osiem lat temu na Oratoriady. Osiem lat. A mnie się wydaje, jakby to było kilka dni temu... Kiedy zobaczyłam, że jest możliwość pomocy w organizacji XXI Krajowego Forum Duszpasterstw Akademickich, podczas których miała się odbyć promocja Światowych Dni Młodzieży w Seulu w 2027 roku, postanowiłam chociaż spróbować wpisać się jako wolontariusz z KBO ŚDM. Tym bardziej, że miało się ono odbyć w Zembrzyc, położonych tak bardzo blisko miejscowości, w której mieszka moja babcia, więc w planach miałam od razu wizytę u niej.
Wydarzenie rozpoczynało się w czwartkowy wieczór. Jak można się domyśleć, w związku z tym nie byłam w pracy w czwartek i w piątek, ale te godziny wyrobiłam już wcześniej. Nie poszłam też w piątek na zajęcia na uczelni, a w czwartek urwałam się po trzecich ćwiczeniach. Wszystko przez to, że dojazd w tamte strony od czasów pandemii jest nieco chaotyczny. Najpierw trzeba jechać do Krakowa, z Krakowa do Suchej Beskidzkiej, a z Suchej łapać coś do Zembrzyc. Z tym, że w Suchej byłam może raz i nie za bardzo wiedziałam, gdzie mam wysiąść, czy też iść. Wysiadłam na nieczynnym dworcu PKS. A gdybym poczekała jeden przystanek, to dojechałabym do dworca PKP, skąd odjeżdżały busy i pociągi do Zembrzyc. Ja jednak tego nie wiedziałam i czekałam na tamtejszym przystanku na coś co jechałoby tam dobre 3 godziny. W końcu skapitulowałam i zadzwoniłam do koordynatorki wolontariatu ŚDMu, pokrótce wyjaśniłam sytuację, w jakiej się znalazłam, po czym Viki wysłała po mnie Marco.
Tym sposobem, po drobnych perturbacjach, dotarłam na miejsce. Akurat trwała Msza święta, a więc byłam na jej 2/3 całości (biskup Grzegorz Suchodolski mówił kazanie).
Po Mszy udaliśmy się do auli, gdzie nastąpiło oficjalne otwarcie wydarzenia przez księdza Tomasza, głównego dyrektora KBO ŚDM Polska. W tym roku odbywało się ono pod hasłem "Zjednoczeni w Duchu - Mocni RAZEM". Przy okazji odbyła się projekcja filmu prezentującego wydarzenia dla młodzieży, jakie miały miejsce w ciągu ostatniego roku. Naprawdę sporo tego było. Osobiście uważam to za dobry pomysł pozwalający na zobaczenie, jakie wydarzenia proponują młodym inne diecezje i być może się tym zainspirować. Następnie podzieliliśmy się na grupy, w których przez kolejne 30 minut zastanawialiśmy się nad odpowiedziami na następujące pytania:
  1. Opowiedz krótko o wydarzeniu religijnym, którego ostatnio byłeś współorganizatorem albo uczestnikiem.
  2. W jaki sposób to wydarzenie pomogło ci w pogłębieniu relacji z Bogiem? Z czym wróciłeś i podzieliłeś się z najbliższymi ci osobami?
  3. Na co szczególnie zwróciłeś/aś uwagę podczas wydarzenia? Co przemówiło najbardziej?
  4. Co jest największą trudnością w organizacji spotkania? Jakie widzisz sposoby na pokonanie tych trudności?
Jako uczestnicy forum, także i wolontariusze zostali przydzieleni do grup, w których toczyli dyskusje. Nie wiem jak to się stało, ale zostałam dołączona do Pomorzan, chociaż podobno przyjechała też grupa z mojej diecezji. No, nic, myślę, że dzięki temu nasze obrady okazały się jeszcze bardziej owocne, bo pokazywały perspektywy Polski północnej i południowej.
Zaprezentuję tutaj moje przemyślenia, co do poszczególnych punktów. Umówmy się, że będą one napisane kursywą, a cyfra na początku będzie się odnosiła do numeru pytania.
(1) Ostatnim wydarzeniem religijnym, w jakim brałam udział jako wolontariusz, był odbywający się na początku października w Sosnowcu "Festiwal. Strefa Młodych". Podczas niego młodzi ludzie z całej Polski spotkali się na wspólnej modlitwie, ale i zabawie. 
(2) Myślę, że wygłoszone przez gości konferencje zmuszały do przemyśleń i odpowiedzenia sobie na pytanie: czego ode mnie może oczekiwać Pan Bóg? Kim on jest w moim życiu? Czy moja postawa świadczy o tym, że w niego wierzę? Czy nie wstydzę się o tym mówić w środowisku, w którym przebywam? Oczywiście ze względu na moje zadania nie mogłam być bez przerwy na hali, ale po tych konferencjach, które usłyszałam, takie mnie naszły pytania.
(3) Chciałam tutaj powiedzieć, że na biskupa Ważnego jako didżeja 😂. A tak na poważnie to duże na mnie wrażenie zrobiła liczba młodych ludzi, z różnych stron kraju, którzy na nie przybyli. I ten ich niezachwiany entuzjazm. To było coś pięknego i wartego zobaczenia.
(4) Dla mnie największą trudnością był kontakt z liderką wolontariatu ze strony organizatora wydarzenia, a raczej jego brak. W końcu zrezygnowałam z niego na rzecz wolontariatu z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży i nie żałuję, bo tutaj kontakt był wzorowy. Myślę, że jeżeli czegoś się podejmujemy, zwłaszcza jako lider, to dobrze, aby był z nami jakiś kontakt. Wtedy będzie wszystko dobrze.
Przedstawienie pracy w grupach polegało na tym, że kilku liderów miało dokładnie dwie minuty na to, aby przedstawić efekty ich pracy. Nie usłyszeliśmy wszystkich pomysłów, ale na te grupy, które w czwartek zostały pominięte, przyszła pora w późniejszych dniach. Na zakończenie pracy w grupach odśpiewaliśmy wspólnie młodzieżową wersję Apelu Jasnogórskiego.
Zwieńczeniem pierwszego dnia była mini impreza taneczna podczas której pod wodzą animatorów ćwiczyliśmy różne układy taneczne do piosenek, tych bardziej i tych mniej znanych, a także wzajemnie poznawaliśmy się podczas różnych gier i zabaw.
Piątkowy poranek rozpoczęliśmy od odmówienia wspólnej jutrzni w kaplicy znajdującej się na terenie obiektu. Po niej weszliśmy na piętro, gdzie już czekało na nas śniadanie. Po śniadaniu była chwila na rozmowie przy porannej kawie, a potem udaliśmy się na główną aulę na przedpołudniowy blok zajęć. Siostry zakonne zapraszały nas na Warsztaty Effatha, natomiast ojciec Tomasz Maniura, jeden z organizatorów Festiwalu Życia w Kokotku, opowiedział nam o tym, żeby nie postrzega spotkań tylko jako event, ale żeby raczej mieć zarysowany jego cel i wizję.
Wygłoszony wykład był wprowadzeniem do piątkowej pracy w grupach, podczas których przez 2 godziny próbowaliśmy odpowiedzieć sobie na następujące pytania:
  1. Jaką masz wizję wydarzenia, które organizujesz w swojej diecezji, za 5 lat?
  2. Jakie podejmujesz działania w zakresie organizacji tego wydarzenia?
  3. Na ile widzisz zasadność spotkań w gronie organizatorów w ciągu roku odnośnie organizacji wydarzenia? Jak często należy twoim zdaniem się spotykać?
  4. Jaki stawiasz sobie główny cel wydarzenia i czego oczekujesz usłyszeć w tzw. feedbacku?
  5. Jakimi kryteriami kierujesz się dobieraniem gości na wydarzenie (treść, rozpoznawalność w mediach społecznościowych)? Na ile ważna jest dla ciebie spójność gościa a tym, co on głosi?
  6. Co myślisz o łączeniu wydarzeń w swoim regionie?
(1) Przy tym pytaniu wspólnie uznaliśmy, że nikt z nas nie wie, co będzie robić za te 5 lat. A moje jedyne oczekiwanie dotyczy tego, że najzwyczajniej w świecie pozwolą mi się w jakiś sposób w nie zaangażować.
(2) Myślę, że trudno jest podejmowanie działań co do organizacji wydarzeń pięć lat wstecz, ale już dzisiaj mogłabym zastanowić się nad tym, czego mogłoby ono dotyczyć, a także zrobić wstępną analizę SWOT.
(3) Co do trzeciego pytania to oczywiście wszystko zależy od "wielkości" danego wydarzenia. Jeżeli jest ono dosyć duże to można by organizować comiesięczne spotkania przez cały rok podsumowywujące to, co wykonało się dotychczas, oraz wyznaczające cele na najbliższy czas. Myślę, że w przypadku wydarzeń o mniejszym zasięgu wystarczy kilka spotkań np. w miesiącu, dwóch, poprzedzających je.
(4) Na czwarte pytanie odpowiedziałam, że moim głównym celem wydarzenia byłoby nie tylko przybliżenie młodych do Boga, ale też pokazanie, że wiara nie musi być pojmowana w kategoriach archeologicznych, że jest ona także dla osób w ich wieku, a co więcej, nie są osamotnieni w jej wyznawaniu. W komunikacie zwrotnym oczekuję usłyszeć, co było dobre w zorganizowanym wydarzeniu, a co należałoby w przyszłości poprawić. 
(5) Co prawda na razie nie organizowałam samodzielnie żadnego wydarzenia, ale gdybym miała taką możliwość, to na pewno zaprosiłabym jakiegoś znanego youtubera, czy też tik-toka. Zauważyłam, że w ostatnim czasie wiele osób, niekoniecznie duchownych, publikuje dosyć dużo treści o charakterze religijnym, a młodzi ich słuchają, nawet kiedy nie wcielają tych ich rad w życie. Oczywiście "prześledziłabym" też ich prywatne życie, żeby skonfrontować na ile to, o czym mówią, ma się do ich codziennego życia. 
(6) Ostatnie pytanie przysporzyło nam nie lada problemów, bo tak do końca nie wiedzieliśmy "co autor miał na myśli". Ostatecznie jednak całą grupą przyznaliśmy wspólnie i zgodnie, że wiele zależy tutaj po prostu od charakteru danej imprezy i jedne po prostu będą dawały się ze sobą połączyć, a inne nie. I to dotyczy nie tylko imprez religijnych, ale też innych.
Podczas podsumowania ponownie mieliśmy okazję na usłyszenie pomysłów innych grup oraz przemyślenie, w jaki sposób możemy wprowadzić je w nasze życie i jak "przemycić je" do wspólnot, w których na co dzień działamy. Zakończywszy podsumowanie naszej pracy w grupach udaliśmy się na obiad.
Po obiedzie zaplanowana była wycieczka do Wadowic, gdzie w czterech grupach zwiedzaliśmy nowe muzeum Jana Pawła II, które obrazowały koleje jego życia. Aż żałuję, że nie mogłam znaleźć aparatu fotograficznego i nie porobiłam w nim zdjęć. Ale może to będzie zachętą dla innych, aby zobaczyli co też skrywa jego wnętrze. Jeżeli jeszcze nie widzieliście to zachęcam do odwiedzenia. Nawet nie tyle pod kątem biografii Jana Pawła II, która jest powszechnie znana, ale historii ziemi wadowickiej, która jest niesamowicie ciekawa, ale i bogata.
Po zwiedzeniu muzeum było sporo wolnego czasu. Wraz z innymi wolontariuszami z Krajowego Biura Organizacyjnego poszliśmy, a jakżeby inaczej, na słynne kremówki. Był to doskonały czas na to, aby z sobą porozmawiać i dowiedzieć się, co u nas się działo przez ostatnich 12 miesięcy, jakie minęły od Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie.
Na osiemnastą mieliśmy zaplanowaną Mszę świętą w bazylice Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny pod przewodnictwem biskupa archidiecezji krakowskiej, Roberta Chrząszcza, a przy koncelebrze innych kapłanów i biskupów przybyłych wraz z młodzieżą na Forum. W wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewna sytuacja. Wśród uczestników spotkania utworzyła się schola dbająca o oprawę wszystkich Mszy świętych. W Wadowicach też miała zaplanowany repertuar. Tymczasem okazało się, że na Mszy zagra parafialny organista, całkiem sympatyczny pan Tolek. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w środku Mszy jak gdyby nigdy nic sobie wyszedł, dezorientując tym samym całe wydarzenie. Na szczęście schola szybko odzyskała rezon i zastąpiła go.
W ostatecznym rachunku okazało się, że organista umówił się na wieczorną wizytę u lekarza, dlatego musiał wcześniej wyjść. No dobrze, ale czy nie prościej byłoby po prostu oddać wszystkie części muzyczne utworzonej spośród uczestników scholi? Byłoby mniej spektakularnie.
Po powrocie do ośrodka i kolacji udaliśmy się na godzinną adorację do auli. Bardzo mi się podobał ten punkt dnia, ponieważ pozwalał nie tylko w spokoju i ciszy "porozmawiać" z Bogiem, ale też niejako wyciszyć się przed pójściem na spoczynek.
Po zakończonej adoracji odśpiewaliśmy Apel Jasnogórski, po którym większość z nas udała się na odpoczynek. Ci bardziej wytrwali zostali i prowadzili wspólne międzydiecezjalne rozmowy do oporu. Nie no, w naszym pokoju też były ciekawe rozmowy, np. na temat plusów i minusów zawodu dziennikarza.
Sobotę ponownie rozpoczęliśmy od wspólnego odmówienia jutrzni w kaplicy na terenie goszczącego nas obiektu. Po śniadaniu ostatni już raz zgromadziliśmy się na auli. Tym razem mieliśmy okazję wysłuchać konferencji wygłoszonej przez ojca Tomasza Nowaka znanego z Legnicy. Mówił on o tym, co tak naprawdę tworzy wspólnotę i dlaczego warto zaprosić do niej Ducha Świętego.
Był to niejako wstęp do trzeciej części pracy w grupach, podczas których mieliśmy się zastanowić nad odpowiedzią na następujące pytania:
  1. Co myślisz o potrzebie duchowego przygotowania do wydarzenia? Jakie podejmujesz kroki w tym kierunku będąc organizatorem?
  2. Jakimi sposobami chciałbyś pomóc uczestnikom wydarzenia w nawiązaniu relacji z Bogiem?
  3. Na co szczególnie zwracasz uwagę podczas przygotowania do Eucharystii? Czy jest ona centrum  każdego dnia?
  4. Co myślisz o włączeniu Liturgii Godzin (tzw. Brewiarza) do programu wydarzenia?
  5. Co myślisz o strefie ciszy i stałej adoracji podczas wydarzenia?
(1) Jak dla mnie potrzebne jest duchowe przygotowanie do zorganizowania wydarzenia o charakterze religijnym. Jeżeli przygotowanie takiego wydarzenia zależałoby ode mnie, to przygotowałabym 2-3 spotkania organizacyjne, podczas których skupilibyśmy się nie stricte na samej organizacji wydarzenia, ale na tym, co chcielibyśmy zaoferować jego uczestników od strony duchowej, z czym chcielibyśmy, aby z niego wyszli. Nawet sobie myślę, że powinno to być fundamentem, na którym powinniśmy budować je. Na każdym spotkaniu zaproponowałabym też krótką modlitwę do Ducha Świętego, a po nim również modlitwę, tym razem dziękczynną. Współorganizatorom poradziłabym także, aby w dniu wydarzenia w miarę możliwości byli w stanie łaski uświęcającej, a przez to przystąpili od Komunii Świętej w intencji tych uczestników, którzy z różnych powodów nie mogą tego zrobić. 
(2) Co do drugiego pytania to na pewno umożliwiłabym uczestnikom naszego wydarzenia skorzystanie z sakramentu pokuty i pojednania oraz możliwość szczerej rozmowy z obecnymi kapłanami, którzy mogliby im pomóc w nawiązaniu tej relacji. 
(3) Nie wyobrażam sobie wydarzeń o charakterze religijnych bez obecności na nich Mszy świętych, w tym na pewno na ich rozpoczęcie. Podczas przygotowania do Eucharystii, w której będą brać udział młodzi, zwracam uwagę na to, aby chociażby śpiewane na niej pieśni były dla nich przystępne. Staram się też zaangażować ich w samą Liturgię, poprzez danie Czytań, Modlitwy Wiernych, pozwolenie na pójście w procesji z darami. 
(4) Czwarte pytanie jest o tyle skomplikowane, że wiele wydarzeń jest jednodniowych, a więc logistycznie trudnym wydaje się to, aby w połowie dnia odmawiać Godzinę Czytań. Jednak gdybym organizowała wydarzenie dwudniowe, to na pewno przynajmniej próbowałabym zakończyć pierwszy dzień nieszporami/kompletą, a rozpocząć drugi dzień od odmówienia jutrzni. 
(5) Odpowiadając na ostatnie pytanie, to jestem jak najbardziej za. Na wielu wydarzeniach jest dużo hałasu, a takie miejsca pozwalają po prostu odpocząć i wyciszyć się poprzez rozmowę z Bogiem.
Po zakończonej pracy w grupach poszłam na stolik z gadżetami promującymi Światowe Dni Młodzieży, aby w razie potrzeby móc coś sprzedać zainteresowanym uczestnikom forum. W międzyczasie wszystkie grupy wróciły do auli i zaczęły dzielić się efektami swoich dyskusji. Słuchałam ich dosłownie stojąc w drzwiach wejściowych, rzucając jednym okiem na powierzone mi stoisko. I muszę przyznać, że niektóre pomysły były zbieżne, a inne dosyć oryginalne (np. stworzenie zeszytu, do którego uczestnicy zapisywaliby swoje prośby, a potem złożenie go na ołtarzu, np. podczas procesji z darami). Ogólnie takich pomysłów było więcej, nie sposób wszystkich zapamiętać. 
Miłym akcentem było podziękowanie osobom zaangażowanym w stworzenie tegorocznego forum, w tym wolontariuszom z ramienia ŚDM. Chociaż stanięcie na środku wraz z innymi wyróżnionymi w ten sposób osobami było dla mnie dosyć stresującym przeżyciem.
Oficjalne zakończenie wydarzenia wiązało się z ogłoszeniem organizatorów przyszłorocznego Krajowego Forum Duszpasterstwa Młodzieżowego. Po chwili niepewności okazało się, że będzie to...
Tak jak rozpoczęliśmy Krajowe Forum, także i na jego zakończenie była Msza święta, tym razem pod przewodnictwem biskupa Adama Baba. Wyraźnie było na niej widać przerzedzenie uczestników co wskazywało na to, że spora ich część, zwłaszcza reprezentująca północ naszego kraju, opuściła już wydarzenie.
A więc w przyszłym roku widzimy się w diecezji elbląskiej. Mam nadzieję, że będzie mi dane uczestniczyć i w tamtym wydarzeniu. Bo to naprawdę ciekawe doświadczenie i możliwość wymiany swoich doświadczeń i spostrzeżeń. Ale jeszcze bardziej bym chciała móc zastosować te pomysły w praktyce. Czy mi się to uda? Czas pokaże. Jak pokazało moje dotychczasowe życie - tak niewiele zależy ode mnie, a znacznie więcej - od innych.

środa, 23 października 2024

2053. Jaki był Jerzy Kukuczka?

Wielokrotnie już pisałam, że kocham chodzić po górach, a moją jedyną przeszkodą ku temu jest to, że za bardzo nie mam z kim wyruszyć na zdobywanie kolejnych szczytów. Ostatni wyjazd Towarzystwa Ciemnych Typów do Wisły zbiegł się z moim chorowaniem. Jasne, że to nie pierwszy i nie ostatni raz, ale cieszyłabym się, gdybym mogła już wtedy z nimi jechać. Ale nic, wszak w życiu nie można mieć wszystkiego. A może nawet, kiedy się na coś poczeka, to bardziej się człowiek z tego cieszy. 
Ja zdobywam raczej niskie szczyty, ale są ludzie, którzy wspinają się dużo wyżej ode mnie. Często ryzykując przy tym własnym życiem. Myślę tutaj m.in. o himalaiście Jerzym Kukuczce. Moje szczególne zainteresowanie jego osobą zaczęło się wraz z rozpoczęciem studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach, której patronuje. Był 2009 rok, obchodzono 20 rocznicę jego zaginięcia, a co za tym idzie, i śmierci, na Lhotse I. Bogata wystawa zdjęć z jego wypraw w góry skutecznie podziałały na moją wyobraźnie. A że w moim prostackim mniemaniu tak jakoś głupio nie znać patrona uczelni, do której się chodzi (oj, co by to było, gdybym wtedy była bardziej świadoma tego, że kilkanaście lat wcześniej ukończył ją sam Robert Korzeniowski), postanowiłam zgłębić wiedzę na temat jego życiorysu. Choćby po to, by nie stać jak święty turecki, kiedy mnie o niego zapytają. Wiele wiadomości już wtedy było w Internecie, a z czasem zaczęły pojawiać się nowe fakty.
O Kukuczce można poczytać nieco więcej chociażby w okolicach jego urodzin, albo śmierci. Zawsze staram się wtedy przeczytać przynajmniej jeden taki artykuł w sieci. Kilka lat temu zdobyłam jedną z jego biografii zatytułowaną "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście", teraz wypożyczyłam "Mój pionowy świat" napisaną przez samego Jerzego. Podczas czytania wielokrotnie wyobrażam sobie, jak zdobywał kolejny szczyt i jakie widoki mógł widzieć z góry. Zastanawiam się też, co w ogóle mógł wtedy czuć.
Mało się o tym mówi, ale to miała być jego ostatnia tego typu wyprawa. Miał zdobyć Lhotse i przerzucić się na mniejsze wzniesienia. Bo nigdy nie obiecał, że porzuci góry. Po prostu nie mógłby tego zrobić. A południowa ściana Lhotse nie dawała mi spokoju. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale zdobycie jej było największym wyzwaniem himalaizmy z końca lat 80. Po latach Wojciech Kurtyka wspominał:
 - Gdy pojawiło się jakieś medialne wyzwanie, możliwość pokazania całemu świata, kto jest najlepszy, wtedy Jurek po prostu ruszał do akcji.
 - Chciał udowodnić sobie, że może to zrobić. Innym nie musiał nic udowadniać, tylko sobie - uściśla żona Kukuczki, Cecylia.
W jej twarzy, oczach i sposobie bycia wyczuwa się pewną melancholię. Szczególnie, kiedy opowiada o swoim mężu z pasją, z wielkim zaangażowaniem, kiedy nagle się ożywia, z jej twarzy nie znika smutek czy też zaduma. Tym bardziej, że jesień jest sezonem dla dziennikarzy, którzy przyjeżdżają i pytają o męża. Tak jest rok w rok, szczególnie w październiku, kiedy przypada kolejna rocznica jego śmierci. Ale nawet po latach słychać w jej głosie, że niektóre ze stawianych jej pytań w dalszym ciągu zadają jej ból.
To było w 1989 roku. Kukuczkowie mieszkali na Ligocie (dzielnica Katowic). To były ich ostatnie tygodnie mieszkania na IX piętrze wieżowca na jednym z tamtejszych blokowisk. Za swoje osiągnięcia Jerzy dostał przydział na bliźniaka. Cieszył się, że wreszcie będzie miał swój własny pokój. On sam znowu wyjechał w góry, tym razem na słynne Lhotse. 
Od kilku dni nie było od niego żadnej wiadomości. Nawet kilku słów w radiu lub telewizji. Jego żona całe wieczory spędza wręcz przyklejona do radioodbiornika z nadzieją, że w końcu coś powiedzą. Co prawda listy od Jerzego przychodziły czasami kilka dni po jego powrocie z wypraw. Ale w radiu zawsze można coś usłyszeć.
 - Nie czekasz na dobrą czy złą wiadomość. Po prostu na jakąkolwiek. Choćby jedno zdanie - powie po latach.
Przyszedł wtorek, a to już najwyższy czas na jakiś meldunek. W końcu usłyszała dzwonek do drzwi. Pani Cecylia wychodzi na klatkę. Za szklaną szybą pojawia się przyjaciel Jerzego, Janusz wraz z żoną. Oboje patrzą na nią, po czym spuszczają wzrok. Żona Jerzego już więc wie. I to jako pierwsza. To taka żelazna zasada - rodzina musi być za wszelką cenę powiadomiona jako pierwsza, zanim cokolwiek przedostanie się do mediów. One mogą dowiedzieć się później. Bo najgorsze co może być, to dowiedzenie się z telewizji. Zresztą już kilka godzin później do agencji prasowych trafia informacja następującej treści: "Podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse spadł i poniósł śmierć polski himalaista Jerzy Kukuczka".
Od jakiegoś czasu w rodzinnym domu rodzinnym Kukuczków mieszczącym się w Istebnej funkcjonuje izba pamięci poświęcona znanemu himalaiście. To tutaj Jerzy znajdował czas na odpoczynek, zabawę z Maćkiem i Wojtkiem, swoimi synami, śpiewaniem przy ognisku piosenek Starego Dobrego Małżeństwa oraz przyśpiewek góralskim, po polsku... i po słowacku. Nie potrafił zupełnie tańczyć, za to cudownie śpiewał. No i uwielbiał to miejsce. Przyjeżdżał tutaj głównie po to, aby chociaż przez chwilę uciec od mediów, w domu czasami nie dało się wręcz wytrzymać - kiedy Jurek zaczął zdobywać kolejne szczyty, do domu Kukuczków cały czas ktoś przychodził. Wtedy całą rodziną wsiadali w samochód i jechali do Istebnej.
Nie rozmawiali dużo o górach. Co tam czuł i jak niezwykłą walkę podejmował pani Cecylia dowiedziała się dopiero po jego śmierci.
 - Naprawę musieliśmy się natrudzić, żeby cokolwiek z niego wyciągnąć. Góry były tylko jego. W domu była rodzina - wyznaje.
To ona oprowadza turystów po izbie. Opowiada im o sprzęcie, o wyprawach, zdobytych szczytach. Aż trudno uwierzyć, że kiedy poznali się na początku 70. lat, ona nie miała o tym bladego pojęcia. Wspomina, że poszła wtedy wraz z koleżanką na kawę do jednej z restauracji w Katowicach. Trafili do takiej, w której Jerzy wraz z kolegami z Głównego Instytutu Górniczego świętował swoje urodziny. W lokalu nie było już wolnych miejsc i mężczyzna po prostu zapytał: "Może się panie przysiądą do nas?".
 - Skromny i jednocześnie bardzo przyjazny - przyznaje Cecylia - widziałam w jego oczach, że to dobry i uczciwy człowiek. Spodobaliśmy się sobie i tak od randki do randki...
Nazwisko Kukuczki było już wtedy znane w środowisku polskich miłośników wypraw górskich. Miał też bolesne doświadczenie ze śmiercią. To ona będzie mu towarzyszyć, kiedy w latach 80. będą po kolei ginąć jego przyjaciele i partnerzy.
W 1971 roku jednym z najistotniejszych problemów wspinaczy było zimowe przejście tzw. direttissimy Kazalnicy, będącej najprostszą drogą prowadzącą na szczyt. Ta sama ściana, która latem jest stosunkowo łatwa, zimą stanowiła niesamowite wyzwanie. Chcieli je podjąć krakowiacy pod wodzą młodego Wojciecha Kurtyki.
Kiedy przyjechali do schroniska położonego nad Morskim Okiem, zorientowali się, że Ślązacy z Harcerskiego Klubu Taternickiego byli już na ścianie. Wśród nich byli Jerzy Kukuczka, Zbigniew Jaworski oraz Piotr Skorupa, z którym Kukuczka wspinał się od lat. Wiedzieli, że krakowiacy planują swoją wspinaczkę i postanowili ich uprzedzić o jeden dzień.
Krakowiacy byli wściekli. Ruszyli za grupą ze Śląska, a nawet ich wyprzedzili, kiedy tamci postanowili przeczekać dwa dni z powodu załamania pogody. Teraz to Kukuczka i koledzy musieli gonić swoich rywali z Krakowa. Pogoda była beznadziejna, a teren ciężki. Wojciech Kurtyka parł na przód, zostawiając wszystkich z tyłu. Ale Kukuczka też nie odpuszcza. Jako pierwszy wchodzi na półkę skalną. Zaczyna grzać zupę dla kolegów. Tuż za nim jest Skorupa. Jerzy podaje rękę przyjacielowi mówiąc: "Chodź, dawaj". Ale lina jest oblodzona. Piotr łapie za tzw. węzeł Prusika, co okazuje się śmiertelnym błędem - węzeł zaczyna się zsuwać...
 - Usłyszałem jakiś niewiarygodny krzyk, pisk i za chwilę głośne rąbnięcie. Nie wiedziałem, co się dzieje, mój partner Tadek Gibiński nie chciał nic powiedzieć. "Idź dalej, wszystko jest w porządku, coś spadło": rzucił. Dopiero nad ranem przyznał, że Skorupa zginął - wspomina tamten dzień Wojciech Kurtyka. Zrozpaczeni Ślązacy wycofali się ze ściany.
Po latach Kukuczka miał przyznać, że przez kilka tygodni zastanawiał się czy wrócić w góry, czy też nie. Pasja jednak okazała się silniejsza, ale i niezwykle niebezpieczna. W Dolomitach oderwany od skały kamień trafił go w głowę. Mimo wszystko wspinał się dalej. W Alpach sam spadł osiem metrów w dół z Marmolady. Podniósł się i osiągnął kolejny szczyt. Potem był McKinley na Alasce. Tam ledwo przeżył i stracił kawałek palca. Następnie zdobył Hindukusz. Wszystkie szczyty zdobywa w bardzo dobrym stylu - cały czas wyżej, ale i cały czas trudniej. 
W końcu Kukuczka trafia w Himalaje, gdzie pierwsze podejście na Nanga Parbat okazało się porażką. Przed laty, podobnie jak i teraz, wyprawa w najwyższe góry świata była bardzo kosztowna. Aby zarobić odpowiednią kwotę Kukuczka wraz z kolegami malowali kominy. Są nawet znacznie szybsi niż Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe - podczas gdy konkurent potrzebował na pomalowanie 80-metrowego komina kilka miesięcy, oni robili to zaledwie w tydzień.
 - Bo my, proszę pana, malujemy bez rusztowania. Na linach - tłumaczył Jerzy dyrektorowi. Ten w końcu wykłada potrzebne pieniądze. Jeszcze kilka kominów, kilka wizyt w gabinetach i mogą ruszać w najwyższe góry świata.
4 października 1979 roku razem z Andrzejem Czokiem stają na szczycie Lhotse. Nie potrzebują dodatkowego tlenu, co w tamtych latach było ogromnym osiągnięciem. Kolejnym sukcesem był zdobyty w maju 1980 roku Mount Everest. To był ten punkt zwrotny, od którego Kukuczka zawsze będzie szukał nowych wyzwań, nie zadowoli się tym, co banalne, osiągalne dla zwykłych śmiertelników.
Rok później próbuje zdobyć Makalu. W alpejskim stylu z Wojciechem Kurtyką i Anglikiem Aleksem McIntyre. Załamanie pogody powoduje wycofanie się śmiałków. Nie kryją oni swojego żalu, a Kukuczka próbuje przekonać Kurtykę do powrotu na szczyt. Ten jednak oznajmił, że to już koniec dla niego. Jerzy postanowił spróbować sam zdobyć szczyt. W ten sposób zdobył swój trzeci ośmiotysięcznik. Tak dużo nie osiągnął żaden z polskich himalaistów.
W pierwszej połowie lat 80. stworzył z Kurtyką duet marzeń, himalajski dream team. Wojciech Kurtyka, chociaż jest legendą alpinistycznego świata, a na Zachodzie uznawany jest nawet za mistrza, w Polsce pozostaje w cieniu medialnych nazwisk. Reinhold Messner, człowiek mający w tym świecie niemal patent na nieomylność, nazwał Kurtykę tym, który miał największy wpływ na rozwój wspinaczki w Europie. A więc Kukuczka i Kurtyka postrzegani byli za duet iście egzotyczny. Jerzy to typowy sportowiec, człowiek który zakłócił elitaryzm himalaizmu, Ślązak i elektryk. A więc z jednej strony twardziel, normalny i naturalny człowiek, którego zachwycało zainteresowanie mediów i popularność. Jego znajomi nie ukrywali, że o nią zabiegał, ponieważ doskonale rozumiał, że wiąże się to z dofinansowaniem do wypraw, ale też wynikało ze zwyczajnego cieszenia się z swoich przysłowiowych "pięciu minut". Jurek był też tradycyjnym katolikiem z krzyżykiem na szyi, który w niedziele chodził na Msze święte. Po drugiej strony stanął z kolei Wojciech Kurtyka, wyjątkowo inteligentny facet ze skłonnościami do filozofowania, posiadający duszę artysty, niezwykle dbający o formę wypowiedzi, wiecznie poszukujący prawdy o absolucie, będący ucieleśnieniem elitaryzmu, syn pisarza Henryka Worcella, w miarę możliwości unikający mediów, gdyż według niego wywiad jest przyznaniem się do własnej słabości - próżności. Jurek był przekonany o tym, że opatrzność chroni go przed śmiercią. Wojtkowi wyobraźnie podsuwała najgorsze możliwe obrazy śmierci. W efekcie w wyprawach z udziałem Kurtyki doszło zaledwie do jednego, niezbyt groźnego wypadku.
Według Janusza Kurczaba powyższy duet był prawdopodobnie najlepszym zespołem w historii polskiego himalaizmu. Wspólnie zdobyli 3 ośmiotysięczniki w ciągu 2 lat. Wydawało się nawet, że w stanie są zdystansować całą elitę światowego himalaizmu. Bo wszelkie przeciwności po prostu się uzupełniały - Jurek był niezłomny i z żelazną konsekwencją dążył do osiągnięcia zamierzonego celu, Wojtek miał spore możliwości techniczne. To było dobre połączenie. Ich trawers Broad Peaków przeszedł do historii himalaizmu. Rozstali się zaraz potem, schodząc po udanej wyprawie.
Jurek w pewnym momencie chciał iść na tzw. Świetlistą Ścianę w Gaszerbrum IV. Kurtyka jednak odmówił, chociaż to było jego marzeniem, argumentując to złą pogodą. Potem Kukuczka w swojej książce wyraził rozczarowanie, że jego partner nie chciał z nim iść. Ta próba była błędem w sztuce, nie powinno wchodzić się w takie monstrum, prawie trzy kilometry, kiedy pułap chmur sięga sześciu tysięcy metrów, a każdego dnia po południu prószy śnieg. Nie wchodzi się w takich warunkach w stylu alpejskim, kiedy nie ma już odwrotu.
Mimo to trudno jest mówić o Jerzym Kukuczce jako o szaleńcu. Zaprzecza temu chociażby sam Wojciech Kurtyka:
- Nie, Jurek wierzył, że człowiek potrafi wytrzymać o wiele więcej, niż to się utarło, organizm ludzki według niego jest o wiele mocniejszy, niż się mówi, zaś wypadki to są po prostu... wypadki. Jakby nie zdawał sobie sprawy, że na przykład można umrzeć z wyczerpania. A przecież siła ludzka w końcu się kończy. Jurek myślał, że zawsze można coś zrobić, zawsze można mieć wpływ na swój los.
Kiedyś nawet Jerzy przyznał przyjacielowi, że gdy nie udało mu się zdobyć upatrzonej góry, to pytał w duchu Najwyższego: "Boże mój, dlaczego nie pozwoliłeś mi wejść, przecież nic złego nie zrobiłem".
Inny przyjaciel Jerzego Kukuczki, Janusz Majer wspomina, jak kiedyś siedzieli wspólnie pod Świetlistą Ścianą. Jerzy patrzył na nią i opowiadał, w jaki sposób można ją ugryźć, którędy pójść. Wrócili do bazy i wtedy pogoda naprawdę się popsuła. Trzech z nich postanowiło, że chcą schodzić. Wojtek Kurtyka też chciał schodzić. Tylko Jerzy nie chciał. Miał takie podejście, że jeśli zapłacili za zdobycie ściany, to powinni spróbować to zrobić. Ta sytuacja podziałała niczym katalizator:
 - Sporą rozbieżność między nami można było zauważyć już przy wyznaczaniu celów. Ja wybierałem te góry, gdzie mogłem podziwiać naturę, cieszyć się wyzwaniami. Jurek był mentalnie w pełni ustawiony na największe wysokości. Gdy ja ujrzałem szczyt Trango Tower, spędziłem tam ranek i byłem tak roztrzęsiony, że ciężko mi było dojść do siebie, byłem jak po jakimś ciężkim kataklizmie wewnętrznym, tak to porażająco odebrałem. A on? Nie sądzę, by w ogóle zrobiło to na nim jakieś wrażenie. Góra i tyle, nawet niezbyt wysoka. Jurek chciał tylko gonić Messera - twierdzi Kurtyka.
Coraz częściej dochodzi między nimi do kłótni, nawet z błahych powodów. Ich rozstanie było niezwykle symboliczne. Schodzili znajdującym się w północnej części Pakistanu lodowcem Baltoro i w pewnym momencie jeden skręcił w lewo, a drugi w prawo. Kukuczka skręcił na liczący niespełna siedem tysięcy Biarchedy, a stamtąd na przełęcz Masherbrum La i do doliny Hushe. Kiedy zobaczył go miejscowy nauczyciel, nie wierzył, że Jerzy przeszedł stamtąd samotnie, bo do tej pory udało się to jedynie pewnej grupie amerykańskich przewodników. Jurek tylko wzruszył ramionami i nie starał się go nawet przekonywać. Za to próbował przekonać Kurtykę do dwóch zimowych wypraw i udziału w wyścigu po 18 ośmiotysięczników, jednak bezskutecznie. Kukuczka zakładał, że zimą zdobędą dwa z nich i ruszą w pogoń za Messenerem.
 - Dla Jurka to było zupełnie naturalne, gdyż on traktował wspinaczkę jako sport. Dla mnie było to wręcz niedopuszczalne - wyjaśnia dziś Kurtyka.
Kukuczka miał jednak trochę racji - kolejne ośmiotysięczniki zdobywał, jeden po drugim. W styczniu 1985 roku wraz z Andrzejem Czokiem zdobyli Dhaulagiri, miesiąc później z Andrzejem Heinrichem Cho Oyu. W lipcu tego samego roku wspiął się razem z Andrzejem Heinrichem, Sławomirem Łobodzińskim i Meksykaninem Carlosem Carsolio na Nanga Parbat. Ten ostatni, wtedy 23-letni debiutant, został potem czwartym człowiekiem, któremu udało się zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki. Tak opisuje swoje spotkania z Kukuczką: "Spotkałem go w bazie Rupal. Miałem pożyczony sprzęt, taki domowej roboty. A miałem przecież spotkać legendarnego Kukuczkę, najlepszego himalaistę świata... Co on pomyśli, gdy mnie zobaczy? Byłem bardzo zawstydzony. Gdy dotarłem do bazy, zobaczyłem, jak Kukuczka z Heinrichem cerują swoje ubrania. Mieli takie jak ja, domowej roboty, tyle że z rosyjskich materiałów. Później spotykałem w swoim życiu wielu wysportowanych atletów, którzy nie wytrzymywali na największych wysokościach w ekstremalnych warunkach. Po prostu siadali psychicznie. A niepozorny Kukuczka ze swoimi przerzedzonymi włosami, brakami w uzębieniu i sporawym brzuchem, chyba od wódki, był tak niezwykle silny psychicznie... to na pewno był najsilniejszy facet, jakiego w życiu spotkałem. Jeśli mu coś nie szło, po prostu co chwila rzucał to wasze charakterystyczne słowo na k, ale nigdy się przy tym nie skarżył i nie rezygnował.
Do końca 1985 roku zdobył dziewięć szczytów. Kolejny, 1986 rok, przyniósł kolejne rekordy. W styczniu wraz z Krzysztofem Wielickim zaliczył pierwsze zimowe wejście na Kanczendzongę. W lipcu  z Tadeuszem Piotrowskim zdobyli K2. W listopadzie razem z Carsolio i Arturem Hajzerem wspiął się na Manaslu. Chociaż wszystkie z nich zdobył w pięknym stylu, to na kilku z nich stracił przyjaciół.
Na Nanga Parbat blok skalny zabił Piotra Kalmusa. Na Kanczendzondze z wycieńczenia zmarł przyjaciel Jerzego, Andrzej Czok. Jak twierdzi Cecylia Kukuczka, ta śmierć zabolała go najbardziej. W końcu razem zdobywali swoje dwa pierwsze ośmiotysięczniki. Czok, chociaż na pozór najtwardszy z nich wszystkich, po prostu zaczął gasnąć. Prawdopodobnie gdyby Kukuczka zdał sobie sprawę z sytuacji i sprowadził go na dół, zamiast kontynuować atak na szczyt, to uratowałby przyjaciela. Na K2 zginął Tadeusz Piotrowski - zgubił po drodze raki, a spadając, dosłownie zsunął się po Kukuczce. Jerzy nic nie mógł zrobić, jedynie wbił się z całej siły w ścianę, aby samemu przeżyć. Podczas nieudanej wyprawy na Lhotse zginął Rafał Chołda - Kukuczka w pewnym momencie odwrócił się i zauważył, że po prostu go nie ma.
Mimo to szedł dalej, chociaż wiedział, że z Messnerem już przegrał. Jego największy rywal w 1986 roku zdobył Lhotse, miał więc cały komplet. Jerzy musiał zadowolić się drugim miejscem. 
W lutym 1987 roku wraz z Arturem Hajzerem wszedł na Annapurna. Aż w końcu 18 września 1987 roku, również z Arturem Hajzerem, zdobył Sziszapangma. W ten sposób osiągnął wyznaczony cel.
- "Stało się... Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości, musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości proporcjonalnej do przeżycia" - napisał potem Kukuczka w swojej autobiografii.
Gdy w pewnym momencie zbliżył się na odległość dwóch szczytów do Messnera, szansa na wygranie tego wyścigu stała się realna. Jednak po latach istnieje przekonanie, że nie należy tego pojmować w tych kategoriach, ponieważ Messner zaczynał dziewięć lat wcześniej, a więc Polak nie miał większych szans w pokonaniu go. A jednak sam Kukuczka przyznał, że zajął wicemistrzostwo w konkurencji 4 razy 8000, co wskazuje, że wyścig jednak był. A gdyby Messner się zawahał, czy też przegrał z pogodą, sprawa byłaby otwarta.
Reinhold Messner do dzisiaj uważany jest za fenomen i człowieka numer 1 w himalaizmie. Nie tylko jako pierwszy zdobył czternaście ośmiotysięczników, ale też wszedł na Mont Everest bez tlenu, zdobył Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, a nawet przejechał na nartach Antarktydę. W końcu człowiek, który był idolem Jerzego Kukuczki. Cztery lata starszy od Polaka. A jednak to on stwierdza, że pomiędzy 1980 a 1986 rokiem Kukuczka był najsilniejszym wysokogórskim wspinaczem na świecie. Messner nie był już tak silny, chociażby ze względu na wiek. Okres jego świetności przypadł na okres, kiedy Jerzy wspinał się po Alpach. Jerzy wszystkie swoje szczyty zdobył w zaledwie 12 wypraw, Messner miał ich 18. Polak był silniejszy, ale to Włoch miał taką przewagę, że nie było szansy, aby nawiązać rywalizację. Messner był na uprzywilejowanej pozycji, mógł więc dać sobie spokój z wyścigiem. 
Zresztą nawet o tym nie myślał. Wiedział, że jeśli nie zginie w górach, to zdobędzie je wszystkie. W 1982 roku w ciągu zaledwie dwóch miesięcy wszedł na trzy ośmiotysięczniki. Nie tylko znał więc swoje możliwości, ale i miał sporą rezerwę czasową. Dwa lata później zamiast zaliczać kolejne ośmiotysięczniki, Messner zdecydował się na ponowne przejście dwóch Gaszerbrumów. To pokazuje, że nie spieszył się, ale realizował swoje założenia i idee.
W Jerzym Kukuczce imponowała mu odporność i surowość, z jaką traktował siebie samego. To, że potrafił marznąć, cierpieć, głodować, a i tak w końcu wchodził na szczyt. I to go czyniło najlepszym wspinaczem tamtych lat. W muzeum Massnera stoi popiersie Jerzego Kukuczki wykonane w brązu. Stoi wśród najwybitniejszych wspinaczy, takich jak Andreas Heckmair czy Walter Bonatti. Podkreślił tym samym, że Kukuczka znajduje się w jednej grupie z najlepszymi. Jak mówi Messner, jego wejście w 1986 roku wraz z Tadeuszem Piotrowskim na K2 było wręcz niezwykłe.
Messner przyznaje, że Kukuczka miał lekką nadwagę, ale potrafił zamienić to na swój atut. I dodał, że nie będzie nigdy za nic krytykować Jurka. To, czego żałuje, to sytuacja, kiedy jadąc w 1982 roku na Cho Oyu zaprosił z Polski jedynie Wojtka Kurtykę. Poza tym było z nim kilkoro wspinaczy z Europy Zachodniej. Z perspektywy czasu wie, że powinien zaprosić ich obu.
Jako przyczynę śmierci polskiego himalaisty wskazuje presję mediów. W końcu po zdobyciu wszystkich ośmiotysięczników oczekiwania były tak wielkie, że Kukuczka chyba nie do końca miał wpływ na to co dalej robić i jaki sobie obrać cel. Zresztą Włoch sam przyznał, że i on dwukrotnie poległ na tej ścianie - w 1975 i w 1989 roku. Powiedział wtedy swoim przyjaciołom, że nie jest wystarczająco silny, aby na nią wejść. To było wiosną, a Jerzy przyjechał jesienią i chyba czuł za duże ciśnienie, że musi to zrobić. Na tej wysokości, w takich warunkach wypadek zdarzyłby się każdemu.
Himalaiści pierwszy raz spotkali się w 1979 roku na Lhotse. Porozmawiali o wyprawach na Nanga Parbat. Jednak dopiero wtedy, gdy Kukuczka zdobył Mount Everest, a także po tym, jak z Wojciechem Kurtyką zrobili trawers Broad Peaków, był już bardzo dobrze kojarzony w środowisku. Wszedł w pięknym stylu na Gaszerbrum II, a więc dokonywał rzeczy, które chciał robić Messner. Rywal zaczął się interesować jego dokonaniami. Z czasem jeszcze Erhard Loretan miał podobne osiągnięcia w wyprawach na ośmiotysięczniki. Jerzy Kukuczka poszukiwał nowych dróg, wchodził zimą samotnie na Makalu. Większość himalaistów wspinała się na ośmiotysięczniki na grzbietach jaków, co nie było wspólne z ideą alpinizmu. Kukuczka, Loretan i Messner zaliczani byli do tych, którzy posiadali największą klasę. Dzisiaj mówi się też, że himalaiści są szybsi niż dawne gwiazdy. Wchodzi nawet spore grono kobiet. Ktoś im przymocowuje liny, a oni szybko po nich wchodzą. Zapomina się o tych, którzy wyznaczyli te nowe trudne trasy i zimowe wejścia.
Wspinanie jest ryzykowne i Jerzy Kukuczka to wiedział. Co ciekawe, Polacy mieli niezwykle silną grupę wspinaczy, gdzie jeden drugiego pchał do przodu. Kiedy kilkoro z nich zginęło istniała nadzieja, że Kukuczka zrezygnuje, zejdzie na niziny i po prostu zacznie szukać nowych wyzwań, takich jak wyprawy na coś bezpieczniejszego - Antarktydę lub pustynię.
Messner przyznaje też, że nie miał okazji, aby poznać żonę lub dzieci Jurka. Za to kilka razy porozmawiali ze sobą w górach. Przyznaje, że Kukuczka zawsze był bardzo miłą osobą, bardzo otwartą, lubiącą napić się wina z innymi wspinaczami, a następnego dnia z rana startował na szczyt.
Być może Messner miał rację - Jurek mógł zejść na niziny i tam szukać nowych wyzwań. Francuz Jean Louis Etienne zaproponował mu przeprawę przez Antarktydę, ale on ją odrzucił. Swój największy cel osiągnął w Himalajach. Kurtyka określa to "obsesyjną wręcz żądzą pokonywania kolejnych szczebli".
Znany szwajcarski naukowiec, dr Oelz, badał himalaistów. Ustanowił przy tym jednostkę nazywaną imperatywem sukcesu. Jerzy miał bardzo wysoki jej współczynnik.
Tomasz Malanowski, współautor autobiograficznej książki Jerzego Kukuczki "Na szczytach świata" pod koniec lat 80, załatwił Kukuczce jedną z pierwszych komercyjnych reklam. "Siła, sprawność, wytrzymałość" - tak brzmiał slogan reklamowy specyfiku trzymanego przez Jerzego. Reklamę można było zobaczyć głównie na Śląsku, gdzie czczono go niczym Boga. Cieszyło go, kiedy robił zakupy bez kolejni, albo dostawał kolejne ordery od lokalnych władz. Z daleka go rozpoznawano, kiedy podjeżdżał swoim maluchem z charakterystyczną rejestracją KT 8000, załatwioną mu przez koleżankę z klasy pracującą w wydziale komunikacji. Bardzo lubił ten pojazd, często przekomarzał się ze swoim przyjacielem Ryszardem Wareckim, czyj maluch ma "więcej jadu". Wkrótce zamienił go na poloneza, a tego na toyotę corollę, jeden z niewielu takich samochodów na Śląsku. Niedługo przed pechową wyprawą na Lhotse, sprowadził z Niemiec volkswagena passata, jeden z pierwszych modeli o opływowych kształtach. Dzięki temu wyróżniał się w Katowicach. Cieszyło go to, bo samochód był jego drugim żywiołem, a za kierownicą mógł siedzieć godzinami. Był ulubieńcem mediów, i choć nie przepadał za dziennikarzami, to zawsze starał się być wobec nich miły.
Pod koniec jego życia pojawił się wywiad, w którym wyznał: "Z upływem lat widzę, że alpinizm to jednak coś więcej niż sport". Może to południowa ściana Lhotse była owym "czymś więcej"? A może, jak sądzi Ryszard Warecki, "było to czysto komercyjne wejście, które zapewniało zdobywcy miano najlepszego". Najbliżsi przyjaciele odradzali mu to, ale dalsi podpuszczali pytając: "Messner nie wszedł, ale ty Jurek chyba wejdziesz?". Dał się podpuścić.
Cecylia Kukuczka protestowała. Z każdą jego wyprawą bała się coraz bardziej. Himalaizm to prawo serii, niemal na każdej wyprawie ktoś ginął. Zresztą wszystko było na nie, poza finansami. Jerzy chyba jako jeden z nielicznych nie miał wątpliwości. Kiedy na lotnisku w Warszawie pada pytanie od dziennikarza po co właściwie to robi, on odpowiada: "A dlaczego rezygnować, skoro tak dobrze idzie?"
Po opuszczeniu wioski Chuckung dochodzi się na niewielki szczyt położony na wysokości 5,5 tysiąca metrów - Chuckung Ri. Stamtąd widoczna jest cała ściana - jest potężna i robi wrażenie. Nawet idąc pod Everest, południowa ściana Lhotse już z daleka przytłacza swoją potęgą najwyższy szczyt świata. Od podstawy kotła do szczytu są prawie cztery kilometry niemal idealnie pionowej skały gdzie nie gdzie pokrytej śniegiem. Jej niezwykłość dostrzega się jednak dopiero podczas zachodu słońca, kiedy pławi się w czerwono - złocistych barwach.
W tamtych dniach pogoda na Lhotse nie dopisywała. Większość obozu zeszła do bazy. Na górze zostali tylko Kukuczka i Ryszard Pawłowski. Chcieli chociaż spróbować. Wiedzieli co ryzykują, byli zmęczeni, ale decyzja była jak najbardziej świadoma. Po trzech dniach marszu byli na wysokości ponad 8 tysięcy metrów. Szczyt był tuż - tuż, a oni szykowali się na decydujący atak.
Wcześnie położyli się spać. Trochę rozmawiali. O dziewczynach, samochodach, futbolu, polityce, bo w Polsce Mazowiecki tworzył pierwszy rząd. Kukuczka bardzo go dopingował, tak samo jak całej Solidarności. Przed snem powtórzył sobie angielski, który przydawał mu się w kontaktach z zachodnią prasą.
Nazajutrz wstali po 4 rano. Pogoda dopisała. Zjedli coś słodkiego, wypili ciepły napój. Do szczytu brakowało im około 500 metrów. Nie wiedzieli co ich czeka, byli wręcz przygotowani na to, że do bazy, gdzie czekała na nich reszta, będą wracać po zmroku.
Wyruszyli o 8. Jerzy zaproponował, że poprowadzi pierwszy wyciąg, Pawłowski miał asekurować. Wspinali się na cieńszej, ale dłuższej, bo 80-metrowej linie. Jerzy założył dwa przeloty. Udało mu się przejść już ponad 50 metrów, kiedy nagle zaczął się zsuwać. Wbrew pozorom to normalne i takie rzeczy często się zdarzają wspinaczom górskim. Ale jakiś przelot zawsze zadziała. Jednak drugi przelot też nie zadziałał, a Jerzy zsuwał się coraz szybciej i zaczął obijać o skały. Ryszard spojrzał w górę. Wiedział, że całe uderzenie przejdzie na niego, a wtedy zginie. Instynktownie skulił się i zacisnął przyrząd do asekuracji. Nagle lina zahaczyła o skałę i przerwała się. Pawłowski zdążył spojrzeć na Jurka, który spadał trzy kilometry w dół do kotła. Został sam z kawałkiem liny w ręce.
***
W Istebnej skończył się weekend. Cecylia wraz z 9-letni Maćkiem wróciła do Katowic. Chłopiec musiał iść do szkoły. Młodszy z synów, 4-letni Wojtek, został u cioci w górach. Szkoda było pięknej pogody, jaka trwała wtedy w kraju. Dorosły już Wojciech przypomina sobie sen, który wtedy śnił:
Byliśmy z tatą w windzie. Nie chciała się zatrzymać. Tata naciskał stop, ale nie zadziałał. Ktoś krzyknął i zaczęliśmy spadać. Obudziłem się. To była czwarta rano. W Himalajach była 9. Rano przyszła wiadomość, że tato zginął. Nie wierzysz mi, co? Nie ważne, tak właśnie było.

wtorek, 22 października 2024

2052. Lider liderowi nierówny

W tym roku jestem kowychowawcą (drugim wychowawcą?) grupy 7 i 8 klasistów. 15 nastolatków (powiedziałby ktoś o nich "dzieci"...). Kosmos. Albo jak kto woli - jazda bez trzymanki. Połowa z nich dosłownie patrzy na mnie z góry. Nauka... cóż to jest nauka (że tak sparafrazuję słynny cytat Poncjusza Piłata). Przecież nie ma zadań domowych, co jest równoważne z tym, że nie trzeba się uczyć. A że od czasu do czasu jest jakiś sprawdzian...
 - Proszę pani, do czerwca mam jeszcze czas, aby to poprawić - słyszę w wymówkach. Jasne, tylko że tych kilka miesięcy zleci jak z bicza strzelił. I nie zdziwię się, kiedy jeden lub drugi delikwent wyląduje na poprawce w sierpniu. Wakacje spędzone na nauce zamiast odpoczynku? Czemu nie. Pani minister chciała ulżyć dzieciom "przemęczonym nauką", ale chyba jeszcze bardziej im zaszkodziła. Owszem, kto chce ten się uczy, ale nie ukrywajmy, te dzieciaki są z takich środowisk, że im się za bardzo nie chce. A nawet do zawodówki (przepraszam, szkoły branżowej), idzie się z jakimś zasobem podstawowych informacji. Chyba, że coś się zmieniło od moich czasów (tak, wiem, zmieniło się dużo).
Kilka tygodni temu pisałam Wam, że wracam do wolontariatu w Sz.P. Nie, nie wracam. Owszem mamy nowego lidera, ale po ostatnich kilku spotkaniach odkryłam, że główne skrzypce w dalszym ciągu gra dawna liderka. No ja dziękuję za taką współpracę. Tym bardziej, że ostatnio to ona miała największe pretensje o to, że nie było mnie na 1 (JEDNYM!!!) spotkaniu, z powodu choroby, na którym podobno i tak nic się nie działo. Główny Lider wiedział o mojej nieobecności i o jej powodach i przyjął to bez żadnych "ale". Nawet kazał mi szybko wracać do zdrowia. Za to była liderka musiała wciskać swoje trzy grosze. Normalnie, czułam się trochę jak na studiach z Nauk o Rodzinie, gdzie Starościna też się wszystkiego czepia. Ale to dobry przykład na to, że nie wszyscy ludzie stworzeni są do bycia przywódcami. Może nawet ci, którzy zabiegają o to najbardziej, to najmniej się na to nadają. Nie wiem, ale już dawno z grupą z NoRek stwierdziliśmy, że prawdopodobnie nasza Starościna chce w ten sposób podbudować swoje ego, co w połączeniu z jej wiecznymi kłamstwami przynosi odwrotny skutek. Nawet ostatnio ten temat był anonimowo poruszany na wykładzie z Duchowości rodziny - jak negatywna postawa kogoś, kto prowadzi jakąś grupę religijną, chwaląc się tym na prawo i lewo, a jednocześnie działa na szkodę innych, wpływa na postrzeganie tej grupy i w ogóle owej osoby. Wydaje mi się, że cała grupa wiedziała o co, a raczej o kogo, chodzi. Oprócz Starościny. Wyjątkowo cieszę się, że niebawem kończę te studia, bo kolejny rok w takiej atmosferze byłby dla mnie nie do przejścia. Ja tylko zastanawiam się, czy ona w tej swojej wspólnocie, w której lideruje, też sieje taki zamęt i podjudza jednych przeciwko drugim, zamiast łagodzić spory, to tylko je zaostrza, zamiast pomagać - szkodzi.
Kurcze, też jako wychowawca jestem liderem grupy moich wychowanków, ale raczej staram się unikać tego typu zachowań względem nich. Nie mówię, że zawsze mi się to udaje, bo pewnie byłabym w tym nieobiektywna. Ale się staram. Bywam też stanowcza, to fakt, inaczej weszliby mi na głowę i lekceważyliby mnie, lecz chyba nie zacieram niewidzialnej granicy, pomiędzy ową stanowczością, a działaniem na szkodę innych. Nawet nie wtrącam się zbytnio w zwykłe życie moich wychowanków, jeżeli nie dotyczy to ich zdrowia czy życia. Myślę, że tym bardziej zdobędę ich zaufanie, co nie jest takie łatwe, niż gdybym co chwilę wtrącała się do ich życia i nieustannie je krytykowała. Ba, pewnie nawet przez to straciłabym je. A tego nie chcę - bo stracić do kogoś zaufanie jest stosunkowo łatwo, ale odbudować je już nie.

poniedziałek, 21 października 2024

2051. Pochorobowe przemyślenia o ocenianiu innych, zwłaszcza zbiorowym

Można powiedzieć, że pierwsze zaostrzenie najnowszej wykrytej u mnie choroby za mną. W zasadzie, po przeczytaniu informacji na ten temat w Internecie spodziewałam się jakiś większych niedogodności, ale nie było w zasadzie tak źle. Cieszę się też, że rzut objawów pojawił się u mnie teraz, kiedy jeszcze nie mam tak wiele zobowiązań i rzeczy na studiach. Oczywiście otrzymałam na tych kilka dni L4, ale jak sobie pomyślę, że miałabym nadrabiać masę kolokwiów, albo całą sesję egzaminacyjną, to jakoś tak mi nie jest do śmiechu. I mam nadzieję, że w tym roku nie dojdzie do takiej sytuacji, tak jak w przypadku dwóch ostatnich zimowych sesji egzaminacyjnych. Użeraj się potem z tymi wykładowcami, tłumacz że naprawdę byłeś chory i nie mogłeś przyjść w pierwszym terminie, potem już dziwnie na ciebie patrzą, jak im się przypominasz, że nie napiszesz im ręcznie z powodu własnego widzimisię, ale z powodu ograniczeń, jakie nakłada na człowieka jego ciało. Kosztuje to więcej nerwów, niż jest tego warte.
Przymusowe pozostanie w domu skłoniło mnie do przemyśleń. I próby odpowiedzenia sobie na pytanie, które kołacze mi się po głowie od jakiegoś czasu: dlaczego łatwiej nam ocenić całą jakąś grupę ludzi, najczęściej uogólniając i wrzucając do jednego worka, a nie jednostkę? Widzę to po komentarzach pod niektórymi wpisami na moim blogu, ale i wpisami na innych blogach. Na to, co jest pisane na innych blogach niewiele mogę wpłynąć. Owszem, mogę wpisać komentarz z "protestem", ale czy to coś da? Nie potrafię się wykłócać, czy też walczyć o swoje racje. Ale to nie oznacza, że wewnętrznie nie protestuję przeciwko tej czy innej ocenie zbiorowości. Jednak nie chcę też, aby mój blog stał się areną do dyskusji na temat tego, czy ktoś jest taki i taki (bo tak przedstawiono go w komentarzu przysłowiowo wrzucając do jednego worka), czy też nie.
Mogłabym w co drugiej notatce pisać, że wszyscy Niemcy to zbrodniarze i zwyrodnialcy (chociażby dlatego), lekarze są niedouczeni, bo nie potrafią zdiagnozować choroby pomimo oczywistych symptomów i zbyt korupcyjni, nauczyciele mało wyrozumiali na ograniczenia uczniów, księża zbyt zarozumiali, a bibliotekarkom nic nigdy się nie chce. I w ogóle osoby niepełnosprawne są niezaradne życiowo i niezwykle egoistyczne. Mogłabym, ponieważ z każdą z tych sytuacji miałam styczność albo sama, albo ktoś z mojej rodziny. Ale jak tak spojrzeć na to wszystko głębiej, to w każdej ze wspomnianych grup znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która jest zupełnym zaprzeczeniem tych poglądów. Wiem, że wiele moich czytelników wykonuje wspomniane profesje. Co byście sobie pomyśleli, czytając co chwilę takie coś o sobie? Raczej staralibyście się zmienić taki punkt widzenia, rzucając argumentami, dlaczego tak nie jest.
Też mam wyrobione oceny i opinie na temat niektórych osób, czy też grup osób, ale najczęściej wolę zachować je dla siebie, niż rozgłaszać na prawo i lewo. A nóż wśród ogółu znajdzie się ten wyjątek, co do kogo dany osąd się nie sprawdzi. I będzie niesprawiedliwy? Lepiej przemilczeć pewne rzeczy, niż potem żałować. Albo sprawiedliwie spojrzeć w głąb siebie, w swoje niedoskonałości i zastanowić się, co też inni mogliby mi wytknąć i jakbym się wtedy czuł? Czy chciałbym być wrzucony do worka z negatywnymi cechami, czy też przeczytać / usłyszeć coś wprost. Bo ocenianie innych łatwo nam przychodzi, ale czy równie łatwo i krytycznie potrafimy spojrzeć na samych siebie?
Jakaś rada od kaleki? Najprostsza z możliwych: albo wypowiadać się na temat konkretnej jednostki, albo nie oceniać / komentować w ogóle. Tą ostatnią metodę sama stosuję, kiedy jakiś wpis mi nie leży. Nie chodzi tu jednak o lekceważenie czyiś poglądów, czy też nieszanowanie jakiegoś blogowicza, bo przecież każdy z nas może powiedzieć, że "mój jest ten kawałek podłogi / nie mówcie mi więc co mam robić". Raczej o niepodjudzanie do bezsensownej dyskusji, w której z góry będę przegrana, o wewnętrzny spokój - raz coś przeczytam, podenerwuję się, ale tylko jednorazowo. Gdybym coś skomentowała w zgodzie z własnym sumieniem
I na koniec cytat z jakiegoś dokumentu papieskiego. Wiem, że dla wielu może być on niezrozumiały, ale dla mnie jest jakimś takim katalizatorem: "Sprawiedliwie oszacować jakąś rzecz możemy tylko wg tego, jak ją Bóg ocenia! To, co Bóg myśli i sądzi, winno być dla nas niezmienny prawidłem". A że nie wiem, jakimi kryteriami tak naprawdę ocenia stwórca, to jakim prawem ja mogę oceniać innych?

niedziela, 20 października 2024

2050. I taka właśnie była Marianna Popiełuszko

Wraz ze zbliżającą się rocznicą śmierci legendarnego kapelana "Solidarności" - księdza Jerzego Popiełuszki, chciałam sobie przeczytać coś konkretnego na jego temat. Oczywiście w sieci roi się od materiałów na ten temat, ja jednak chciałam aby to była jakaś książka. W tym celu przejrzałam swój profil na portalu lubimyczytac.pl, a konkretnie zakładkę "Chcę przeczytać". Wśród licznych tytułów znalazłam ten, który mógłby mnie aktualnie zainteresować. To "Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko" autorstwa Mileny Kindziuk.
Twórczość Mileny Kindziuk nie jest mi obca. Dotychczas miałam przyjemność przeczytać takie książki jej autorstwa, jak "Kardynał Stefan Wyszyński - Prymas Polski", "Matka papieża. Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyle", "Emilia i Karol Wojtyłowie. Rodzice św. Jana Pawła II", czy też "Edmund Wojtyła. Brat św. Jana Pawła II". Wiedziałam więc, czego mniej więcej mogę się spodziewać. Tak samo, jak już się przekonałam, że jeżeli Milena Kindziuk bierze się za napisanie jakiejś biografii, to robi to naprawdę rzetelnie i sumiennie.
A jednak na początku przeżyłam małe rozczarowanie. Pierwotnie byłam przekonana, że będzie to typowa biografia błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. Tymczasem okazało się, że owszem, w książce pojawiły się elementy życiorysu błogosławionego kapłana, ale były one wplecione w biografię jego matki, co jest w zasadzie logiczne. Po owym pierwszym zawodzie przyszedł jednak zachwyt związany z tym, w jaki sposób żyła, działała oraz myślała zmarła prawie 11 lat temu Marianna Popiełuszko. To, że prostota życia, jakie prowadziła, okazała się jej największym atutem. A na lekturę życiorysu Jerzego Popiełuszki też przyjdzie czas. Tym bardziej, że jedna z książek Mileny Kindziuk dotyczy właśnie jego osoby.
Tytuł: "Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko"
Autor: Milena Kindziuk
Wydawnictwo: Esprit
Kraków 2023
Ilość stron: 327

Ta zbrodnia wstrząsnęła całą Polską - 30 października 1984 roku z wód Wisły w okolicy Włocławka wyłowiono zwłoki duchownego. Chociaż nie powiedziano tego od razu, to było niemal pewnym, że jest to ciało uprowadzonego 19 października księdza Jerzego Popiełuszko, kapelana warszawskiej "Solidarności", który wracał z Bydgoszczy. Wkrótce przypuszczenia okazały się prawdą. Kiedy 3 listopada w Warszawie odbył się pogrzeb kapłana, na przodzie orszaku żałobnego szli jego rodzice - postawny ojciec Władysław i niepozorna matka Marianna. Ta sama drobna kobieca postać blisko 28 lat później była świadkiem wyniesienia swojego syna na ołtarze. Jaka jednak była Marianna Popiełuszko? Jakimi cechami się wyróżniała? I jak właściwie przyjęła śmierć swojego syna oraz otoczkę, jaka się wobec tego wytworzyła?
Na powyższe pytania spróbowała odpowiedzieć Milena Kindziuk w kolejnej swojej publikacji zatytułowanej "Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko". Przedstawia w niej życiorys matki znanego księdza, sięgając do jej korzeni. W ten sposób dowiadujemy się chociażby, że pani Marianna urodziła się nie w 1910 roku, a 10 lat później. Poznajemy jej niełatwe dzieciństwo i młodość przypadające na dwudziestolecie międzywojenne, lata bycia matką dorastających dzieci, w końcu okresie, kiedy jej syn Alfons (imię Jerzy przyjął dopiero podczas pobytu w warszawskim seminarium) był księdzem, został zabity przez funkcjonariuszy UB oraz toczył się jego proces beatyfikacyjny. Za każdym razem z miłością wypowiadała się o swoim zmarłym dziecku, chociaż nigdzie nie nazywała go "synem", tylko "księdzem Jerzym". Całość została spięta rozdziałem dotyczącym jej śmierci i pogrzebowi, tak niezwykłym w stosunku do jej skromności. Osobną część książki stanowi kilkustronicowy wywiad przeprowadzony z wnukiem Marianny i Władysława Popiełuszków - Markiem, który rzuca dodatkowe światło na życie swojej babci.
Książka "Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko" okazała się ciekawą lekturą niepozornej kobiety z niewielkiej podlaskiej wsi, która została matką błogosławionego księdza. Po pierwszym zawodzie spowodowanym rozczarowaniem co do treści pozycji, przyszło autentyczne zaciekawienie. Milena Kindziuk po raz kolejny okazała się wspaniałą przewodniczką po życiorysie niezwykłej, i chyba nieco niedocenionej, osoby jaką była Marianna Popiełuszko. Miała to niesamowite szczęście rozmawiania z tą niesamowitą postacią, a fragmenty tychże rozmów zamieściła w książce. Z jej opowieści ujawnia się obraz Marianny, jako kobiety zahartowanej życiowo, nie tylko poprzez śmierć Jerzego, ale też wcześniejszą śmierć córeczki, a także przez ciężką pracę na gospodarstwie rolnym. Ale też kobiety oddanej wierze i zaufania Bogu co do planu, jaki miał względem jej życia. Taka postawa bez wątpienia wpłynęła na jej pogodzenie się z tym, co przyniosło życie, a nawet wybaczenie oprawcą syna. Nic też dziwnego, że wychowany w takiej atmosferze Jerzy wyrósł na twardego, bezkompromisowego, ale też pełnego wiary człowieka.

No to teraz chyba czas zabrać się za faktyczną biografię błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki tej samej autorki. 832 strony... Kiedy ja to przeczytam?

sobota, 19 października 2024

2049. Papusza - niestereotypowa cyganka

Chwyciło mnie jakieś przeziębienie, infekcja jak zwał tak zwał. W każdym razie czuję się tak, jakbym miała zaraz umrzeć, a z bólem brzucha poradziłam sobie dopiero po potrójnej dawce "Ketanolu" (zazwyczaj biorę dwie, ale tylko dlatego, że stałe leki osłabiają jego działanie i lekarz pozwolił mi na zwiększenie dawki). Już na Mszy świętej inaugurującej duszpasterski rok akademicki czułam się źle, w ogóle można powiedzieć, że już od rana tamtego dnia byłam nieswoja, a z każdym dniem było coraz gorzej. Jednak nie na tyle źle, abym nie mogła funkcjonować na uczelni i w pracy (naprawdę, bywało gorzej). Z drugiej strony podarowałam sobie i imieniny Księdza Niosącego Światło (ale wysłałam mu obszernego SMSa z życzeniami), i wyjazd z Duszpasterstwem w góry, na który tak się cieszyłam. Ja mam tylko nadzieję, że te moje dolegliwości związane są tylko ze stresem związanym ze zbliżającym się Krajowym Forum Duszpasterstw Młodzieżowych, a nie np. z rzutem ostatnio wykrytej u mnie choroby.
Tak więc weekend czeka mnie raczej w domu pomimo dalekosiężnych planów. Nie no, pewnie w niedzielę pójdę na Mszę świętą, ale wiadomo, że miałam co innego robić. A tak zostaje mi "randka w ciemno" z logiką, łaciną oraz bioetyką. Do wyboru, do koloru. 
Korzystając z tej niespodziewanej zmiany planów postanowiłam przeczytać jakąś książkę nie mającą większego związku z moją nauką. Tym razem wybór padł na biografię pewnej cygańskiej poetki, Bronisławy Wajs - Papuszy. Ogólnie pierwszy raz zetknęłam się z jej postacią kilka lat temu, kiedy w telewizji puścili film nakręcony na podstawie historii jej życia. Nie wiem, może wcześniej gdzieś coś o niej słyszałam, ale na pewno nie było to tak świadome, jak tamtego wieczoru. Może sam film, w reżyserii Krzysztofa Krauze, jakoś szczególnie mnie nie wzruszył, ale spodobał mi się na tyle, że postanowiłam poczytać sobie w internecie na temat Bronisławy. Tym sposobem trafiłam na książkę jej poświęconą - "Papusza", którą ostatnio zupełnie przypadkowo sobie wypożyczyłam. Warto było, bo i sama Papusza miała bardzo ciekawe życie.
Tytuł: "Papusza"
Autor: Angelika Kuźniak
Wydawnictwo: Czarne
Wołowiec 2013
Liczba stron: 200

Nie wiadomo do końca kiedy się urodziła, chociaż w papierach oficjalnie miała wpisany 1908 rok. Wychowana w cygańskim taborze, na pozór nie powinna mieć ani możliwości, ani nawet motywacji do samodzielnej nauki czytania i pisania. A jednak Bronisława Wajs, znana jako Papusza, dokonała czegoś na pozór niemożliwego. Samodzielnie nauczyła się czytać i pisać, wyrwała się z pełnego uprzedzeń środowiska, w którym żyła, zaczęła pisać niezłe wiersze, a gdyby nie zainteresowanie ze strony innego poety, Juliana Tuwima, to być może nigdy nikt by o niej nie usłyszał. Pozycja jest wglądem w życie tytułowej Papuszy, przeglądem poszczególnych jego etapów, a także wsłuchaniem się w głos samej Bronisławy Wajs będącej już u schyłku swojego życia. Archiwalne wypowiedzi poetki nadają jej swoistego charakteru i wyjątkowości. Dzięki temu czytelnik może nie tylko prześledzić niezwykłą historię życia tej niezbyt znanej poetki, ale też np. dowiedzieć się czegoś na temat kultury cygańskiej.
Książka "Papusza" odsłoniła przede mną całkiem nowy pogląd na kulturę i sztukę cygańską. Dotychczas kojarzyli mi się oni z barwnymi taborami, głośnymi śpiewami i niskim poziomem wykształcenia. Oczywiście w wielu przypadkach ten stereotyp się sprawdza. Ale są też wyjątki od tej reguły. Myślę, że Bronisława Wajs z całą pewnością do nich należy. Swoim życiem pokazała, jak wiele można zdziałać, jeżeli włoży się w to sporo wysiłku. Pozycja niesie z sobą wiele pokładów nadziei w lepsze jutro pomimo przeciwności losu.

czwartek, 17 października 2024

2048. Zbudujemy Duszpasterstwo Akademickie, choćby od podstaw

Podczas poczęstunku po 44 Międzyuczelnianej Inauguracji Roku Akademickiego wraz z Madziałkiem chwilę rozmawiałyśmy z obecnym na niej jednym z księży z naszej diecezji (inauguracja była w archidiecezji katowickiej). Zaczęło się od ogólnego poznania się wzajemnie, a skończyło na propozycji utworzenia i u nas w diecezji sosnowieckiej jakiegoś Duszpasterstwa Akademickiego. Tym bardziej, że kiedyś coś takiego funkcjonowało, ale księdza przenieśli i się rozleciało. Już jakiś czas temu rozmawiał z nim o tym nasz wspólny kolega z wydziału, a teraz ksiądz szukał chętnych, aby to wszystko rozkręcić. Zgłosiłyśmy się z Madziałkiem do pomocy, no bo czemu nie. W końcu środowisko akademickie nie jest nam obce, a i do pomocy jesteśmy chętne.
Zdecydowaliśmy wspólnie, że wszystko zaczniemy od inauguracyjnej Mszy świętej w kościele, w którym posługuje ksiądz Marcin. Jako termin obraliśmy sobie środę, jako środek tygodnia. Ogólnie nie miałam pojęcia, gdzie on jest, na szczęście Madziałek to wiedziała, więc umówiłyśmy się, że podjadę do niej i razem pójdziemy. Tak też zrobiłyśmy, a drogę umilałyśmy sobie śpiewając np. "Alleluja na Błoniach".
Było wesoło. A przy okazji dzieliłyśmy się wrażeniami ze studiów. Niektóre miałyśmy zbieżne, a niektóre zupełnie odmienne. I tak minęła nam cała droga, aż w końcu dotarłyśmy na miejsce. Trochę za wcześnie, więc poczekałyśmy, czując na naszych ciałach mały powiew chłodu. Na szczęście wkrótce wybiła godzina 19:30 i mogłyśmy wejść do kościoła. Wkrótce zaczęli pojawiać się też inni uczestnicy spotkania.
Msza rozpoczęła się o 20:00. Bartolini grał na swojej gitarze, a my mu akompanialiśmy naszym śpiewem. Może nie było nas dużo, ale zawsze coś. Ksiądz Marcin wydawał się być zadowolony. Nawet w homilii nawiązał do tego, że bardzo często z niewielkiej liczby osób wynika bardzo wiele dobra. I ma nadzieję, że w naszym przypadku będzie podobnie. Po Mszy odbyła się krótka adoracja przed Najświętszym Sakramentem, której również towarzyszyły nasze śpiewy. I właściwie na tym zakończyło się to inauguracyjne spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego w Sosnowcu. Do przyszłego razu mamy zastanowić się nad tym, w którą stronę chcemy z tym iść i na czym nam zależy, aby w tym duszpasterstwie funkcjonowało.
Ogólnie będę negocjowała z Księdzem Niosącym Światło, aby móc pomagać mu w przygotowaniu młodzieży do sakramentu bierzmowania w co drugi tydzień, tak aby działać w co drugą środę w tych spotkaniach w Sosnowcu I jeszcze w poniedziałki są planowane spotkania Kręgu Biblijnego w ramach DA. Ale wtedy znowu pomagam w prowadzeniu czegoś podobnego w parafii Księdza Niosącego Światło. Czy zna ktoś sposób na sklonowanie się? Ewentualnie na bilokację? Z tym, że Ksiądz Niosący Światło też nie robi u siebie Kręgu co tydzień, więc może dałoby się to jakoś połączyć. Oby tylko chętnych studentów nam nie brakowało.
Nie no, będzie dobrze. Jak na pierwszy raz i tak przyszło sporo ludzi. Przynajmniej tak mi się wydaje.

wtorek, 15 października 2024

2047. Philip Zimbardo - od eksperymentu Stanfordzkiego do centrum jego imienia na katowickim Nikiszowcu

Na pierwszym roku studiów z zarządzania po raz pierwszy zetknęłam się z psychologią z innej strony, niż bycie osobą poddawaną badaniu. Bo przez testy psychologiczne przechodziłam kilka razy w życiu, zwłaszcza w chwilach, kiedy zaczynałam nowy etap edukacji obowiązkowej albo egzaminów kończących dotychczasowy. No wiecie, trzeba było sprawdzić, czy sobie poradzę i z jednym i z drugim. A że przy okazji psychologowie nie robili na mnie najlepszego wrażenia próbując na siłę wcisnąć w jakieś z góry ustalone ramy, to już inny problem. Ale co ja na to poradzę, że nie umiałam się do nich dostosować? Przecież to testy powinny być pod uczniów, a nie na odwrót.
Do psychologii podeszłam dosyć sceptycznie i tak mi zostało do dzisiaj. Co nie przeszkadzało mi w otrzymywaniu dobrych i bardzo dobrych ocen z przedmiotów związanych z tą dziedziną nauki. Podczas jednych z pierwszych wykładów prowadząca je opowiedziała nam o eksperymencie, który został przeprowadzony przez profesora Philipa Zimbardo na początku lat 70 ubiegłego wieku. Do dzisiaj jest on uznawany za najgłośniejszy eksperyment psychologiczno - socjologiczny, jaki istniał w historii świata. Miał on pokazać wpływ sytuacji społecznej na zachowanie jednostki. Konkretniej, Zimbardo chciał zobaczyć, co się stanie, kiedy ludzie otrzymają mundury i całkowitą władzę nad drugim człowiekiem.
Do udziału w eksperymencie, zwanym Stanfordzkim, zgłosiło się 24 studentów, z których wyłoniono 18 osób (reszta trafiła na listę rezerwową). Tych z kolei podzielono na dwie grupy - więźniów oraz strażników. O tym kto do jakiej grupy ludzi trafił decydował rzut monetą. Zimbardo w piwnicy Wydziału Psychologii Stanford University zorganizował więzienie, do których trafili ochotnicy. Na więzienie składały się cele, biuro strażników oraz loch, do którego strażnicy kierowali niepokornych więźniów. Zasada była taka, że strażnicy nie mogli uderzyć więźnia, ale pozwolono im stworzyć atmosferę frustracji i monotonii. Mogli im też wmawiać, że są całkowicie uzależnieni od systemu oraz pokazywać, że nie mają prywatności - jedynie cele, prycze i całkowita kontrola przez innych. Kiedy uczestnicy zaczęli wcielać się w przypisane im role, naukowiec zauważył, że strażnicy w brutalny sposób traktują więźniów, skutkiem czego więźniowie wzniecili bunt. 
Po latach jeden z uczestników eksperymentu przyznał, że wszyscy czuli się, jakby faktycznie byli w więzieniu. Oni wiedzieli, że to eksperyment, zresztą za który im zapłacono (15 dolarów na dzień), ale tak naprawdę pozbawiono ich wolności. Tym bardziej, że usłyszeli, iż brak jest możliwości, aby zrezygnować.
Naukowcy próbowali ratować eksperyment - więzienie posprzątano, więźniów zaś nakarmiono, pozwolono też na odwiedzenie ich przez bliskich. Efekt tych zmian był jednak zaskakujący - strażnicy stawali się coraz brutalniejsi. Prowadzący postanowili zakończyć eksperyment po 6 dniach (chociaż z założenia miał trwać 2 tygodnie), ponieważ wyraźnie widzieli, że zaczął wymykać się im spod kontroli.
Myślę, iż o powyższym eksperymencie słyszało wiele osób. Mało kto natomiast wie, że Zimbardo jest w dosyć oryginalny sposób połączony z naszym krajem. Ja na przykład o tym nie wiedziałam do dzisiaj. W 2012 roku odwiedził on Polskę, a konkretnie, Katowice. Przyczyniła się do tego żona Philipa, Christina Maslach. To ona pierwsza zwróciła uwagę na niebezpieczeństwa płynące z trwającego eksperymentu i namówiła mężczyznę, aby go przerwał. Co ciekawe, Maslach miała polskie korzenie - rodzice jej ojca byli emigrantami z Polski. Przebywając na zabytkowym osiedlu Nikiszowiec zainteresowała go mieszkająca na nim młodzież. Chciał zrobić coś, aby jej życie było jeszcze lepsze. Dwa lata później założył w stolicy województwa śląskiego Centrum Zimbardo, któremu zresztą patronuje. Centrum jest miejscem edukacji i spotkań młodzieży. Powołało je Stowarzyszenie Fabryka Inicjatyw Lokalnych, dzięki wsparciu amerykańskiego naukowca i pod jego patronatem. Zimbardo podczas jego otwarcia miał powiedzieć, że "To jedno z najbardziej ekscytujących doświadczeń w moim życiu. Marzenia przeniosły się do prawdziwego życia".
Zimbardo na Nikiszowcu (źródło zdjęcia)
Philip George Zimbardo urodził się 1933 roku w Nowym Jorku. Miał włoskie korzenie. Wykładał na takich uczelniach, jak: Uniwersytet Yale, Uniwersytet Columbia, Uniwersytet Nowojorski oraz Uniwersytet Stanforda. W swoim naukowym dorobku miał wiele prac z zakresu psychologii, w tym najbardziej znaną - "Psychologia i życie". W 2002 r. stanął na czele Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego.
Wybitny psycholog i socjolog zmarł 14 października w swoim domu w San Francisco. Miał 91 lat. Najbliżsi żegnali go w następujących słowach: "Z wielkim smutkiem informujemy, że nasz ukochany Philip Zimbardo odszedł spokojnie w swoim domu w San Francisco, otoczony żoną i dziećmi 14 października 2024 r." (oświadczenie na stronie www), "Pocieszamy się niesamowitym dziedzictwem, które pozostawił po sobie Phil. Głęboko wierzył w >>rozdawanie psychologii<< i poświęcił swoje życie wykorzystaniu psychologii do poprawy życia ludzi i uczynienia świata lepszym miejscem. Jego sześć dekad pracy - badania, nauczanie, pisanie i produkcja mediów edukacyjnych - zostało przetłumaczone i udostępnione na całym świecie. Wiemy, że będzie nam go bardzo brakowało, ale wiele z zasianych przez niego nasion będzie nadal rosło" (rodzina).
Philip Zimbardo (23 marca 1933 - 14 października 2024)

źródło: https://wiadomosci.onet.pl/swiat/nie-zyje-prof-philip-zimbardo-autor-slynnego-eksperymentu-mial-91-lat/3r40p7y
https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/10-lat-temu-prof-philip-zimbardo-odwiedzil-polske-mial-wazny-powod/h1pkky9,2b83378a