Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 9 grudnia 2019

1069. Jak odpoczywać, to tylko na Targach Książki

Witajcie Kochani!
Przede wszystkim dziękuję tym wszystkim, którzy wypowiedzieli się pod ostatnim moim postem, a raczej referatem, czy też krótkim wystąpieniem, na temat niepełnosprawności. Domyślam się, że temat nie jest łatwy i wzbudza różne, niejednokrotnie skrajne emocje. Sama nie byłam też pewna Waszej reakcji, dlatego zrobiliście mi miłą niespodziankę, tak pozytywnymi komentarzami.
Wróćmy jednak do codzienności.
Jak zapewne wiecie z mediów, w miniony weekend w całym kraju odbył się finał Sz.P. Nie inaczej było i w przypadku naszego regionu. W jednej z poprzednich notatek wspominałam Wam, że pierwszego darczyńcę z paczkami miałam umówionego już na 16:00. Nie będę ukrywała, że trochę ta pora zdezorganizowała mi cały dzień, ale z drugiej strony nie ja to umawiałam. Ale skoro wypadł mi dodatkowy dzień(a przynajmniej jego część) wolnego, postanowiłam jakoś go wykorzystać.
Jeszcze na początku tygodnia Młoda coś tam przebąkiwała o wybraniu się na Śląskie Targi Książki mające odbyć się w weekend w Katowicach i że chętnie by się wybrała w piątek przed zajęciami na uczelni. Nie bardzo jednak wiedziała, gdzie dokładnie znajduje się Centrum Kongresowe. Bo hasło, że tuż przy słynnym Spodku niewiele jej mówiło. Szczerze powiedziawszy to ja aż do tegorocznej edycji TdP też nie wiedziałam, więc wcale jej się nie dziwię. Ponieważ jeszcze wtedy piątek miałam zaplanowany, powiedziałam jej, że najwyżej podjedziemy w sobotę, jakoś między darczyńcami. Chociaż sama w to wątpiłam, mimo tego, że sama z wielką chęcią chciałam tam się wybrać. W ostateczności była opcja "pilotowania" jej przez telefon.
W czwartek zdecydowałam jednak, że jeżeli Młoda zdąży jechać na te Targi jeszcze przed zajęciami, czyli przed 12:15, to możemy się tam razem wybrać. I tak też zrobiłyśmy. Chociaż pojechanie przyspieszonym autobusem do Katowic(takim, który mija S-c), nie było zbyt "opłacalną" inwestycją. Zamiast jechać ok. 30 minut, przez remonty cała trasa zajęła nam kilkanaście minut dłużej. Młoda w tym czasie coś tam sobie powtarzała, ja natomiast umilałam sobie czas czytaniem książki Shelley'a Emlinga "Maria Skłodowska - Curie i jej córki". Ot, takie inne, bardziej ludzkie spojrzenie na naszą wielką polską uczoną.
Tutaj podzielę się z Wami moją "twórczością". Kilka lat temu portal lubimyczytac.pl ogłosił konkurs, w którym można było wygrać powyższą książkę. Zadanie polegało na napisaniu kołysanki, która zawierałaby słowa: rad, polon, atom, promieniotwórczość, Nobel(we wszystkich przyjętych formach gramatycznych). Usiadłam, pomyślałam i powstało coś takiego:

Luli, luli, la,
był raz sobie rad!
Pierwiastek promieniotwórczy,
który medycynie służy,
pokonać raka,
pokonać raka!

Luli, luli, lo,
polon - to jest to!
Izotopy te maleńkie,
przysparzają mi udrękę,
Ale mama nie da się,
chcąc spełnić marzenia swe -
wynaleźć lek na raka,
wynaleźć lek na raka!

Luli, luli, le,
Nobel będzie wnet.
We świecie będą zdumieni,
że naukowiec z polskiej ziemi,
odkryła polon i rad,
czym zmieniła medyczny świat,
czym zmieniła medyczny świat.

Luli, luli, li,
Ewcia z Ircią śpi!
Pewnie śnią im się atomy,
które zawierają protony,
z których wszystko jest zrobione,
z których wszystko jest zrobione!

Luli, luli, lu,
mamie szkoda snu!
Musi zabrać się do pracy,
na tablicy Mendelejewa wyznaczyć,
miejsca na nowe pierwiastki,
więc to koniec opowiastki.
Śpijcie słodko dzieci me,
śpijcie słodko dzieci me!

Muszę Wam przyznać, że chociaż nie znalazłam się w gronie wyróżnionych osób(książkę wypożyczyłam z Biblioteki Śląskiej), to bawiłam się przednio przy wymyślaniu tego utworu. Dzisiaj sobie myślę, że raczej trudno byłoby do tego ułożyć jakąś kołysankową melodię. Chociaż, kto wie...
Katowickie Centrum Kongresowe mieści się przy legendarnym Spodku, czyli hali widowiskowo-sportowej. Żeby tam się dostać, najlepiej jest wysiąść na drugim od końca przystanku i jeszcze przejść kilkaset metrów. W porównaniu do krakowskiego ICE nie robi aż takiego wrażenia, bo jest o wiele mniejsze. Jednak na piętrze posiada sporą halę, która teraz zapełniła się stanowiskami z różnych wydawnictw książkowych.
Również rozmiar imprezy jest o wiele mniejszy od Międzynarodowych Targów w Krakowie, toteż z rozczarowaniem odkryłam, że brakuje niektórych firm wydawniczych, w dodatku dosyć powszechnych. Nie można mieć jednak wszystkiego. Najbardziej mi było żal braku Wydawnictwa Franciszkanów "Bratni Zew", bo poluję na jedną z wydanych ostatnio przez nich książek w rozsądnej cenie. No trudno, za rok pojadę do Krakowa, może będą(w tym roku byli), a jak nie, to może uda mi się kupić w samym wydawnictwie. 
Wydaje mi się, że frekwencja na tegorocznych Targach, przynajmniej do południa, była wysoka. Fakt, dużą część zwiedzających stanowiły wycieczki szkolne(zresztą w Krakowie było podobnie), ale podejrzewam, że większość prywatnych osób przyszła albo w piątkowe popołudnie, alby w weekend. Pomimo panującego zgiełku można było przystanąć na chwilę, wziąć książkę do ręki, odetchnąć tym charakterystycznym zapachem świeżego druku, a nawet porobić kilka fotografii:
Prelekcja dla dzieci
Prelekcja dla dzieci
Prelekcja dla dzieci
Stoisko Biblioteki
Na Targach oprócz książek można było też nabyć liczne gadżety
Szkoda, że nie doczytałam o tym stoisku
I Muzeum Śląskie się pojawiło
Uwierzcie lub nie, ale ta układanka ma nawet mechanizm, który tym wszystkim porusza
Sekrety, sekrety, sekrety...
I coś bardziej lokalnego
Całkiem przyjemny kącik czytelniczy, czyż nie?
Mogłabym cały dzień przesiedzieć na tych Targach, no ale obowiązki czekały. Zanim jednak opuściłyśmy z Młodą halę, postanowiłyśmy sobie zrobić prezent mikołajkowy, a co! Może trochę oszukańczy, bo złożyłyśmy się na niego i w dodatku był jeden, ale jest. 

piątek, 6 grudnia 2019

1068. Niewygłoszony referat

Jakiś czas temu dostałam propozycję wygłoszenia referatu z okazji Międzynarodowego Dnia Osób Niepełnosprawnych podczas ogólnopolskiej konferencji "Wizerunek osób niepełnosprawnych". Wow, miałam przez dziesięć minut mówić na wybrany przez siebie temat, który odpowiadałby głównemu mottu. Na początku długo się wzbraniałam, bo gdzież ja z moją wymową będę się pchała na piedestały, poza tym 3 grudnia to ja miałam wyrabiać godziny w ŚDS-ie, ale po dłuuugich namowach pani dyrektor w końcu uległam presji. Wymyśliłam sobie, że powiem coś o wizerunku osób niepełnosprawnych w telewizji i internecie. Przygotowałam sobie nawet zapis tego, co chcę mówić. Ale nic z tego nie wyszło, właściwie przez moje lenistwo. Gdybym wcześniej wysłała zgłoszenie... A tak, podczas wypełniania formularza zgłoszeniowego "uciekł" mi internet. Uciekł, i już nie wrócił tego dnia. A termin był do godziny 23:59. No nic, nie rozpaczałam, bo co mi po tym. Nawet dobrze się złożyło - miałam odrobiony kolejny dzień w placówce(4 z 15). Tylko wczoraj pani dyrektor coś tam mówiła, że bardzo się na mnie zawiodła, bo liczyła na referat z "górnej półki". Zastanawiam się, czy to oznacza, że popadłam w jej niełaskę?
Czy on był z górnej półki, nie mnie to oceniać. W każdym razie postanowiłam go tutaj zamieścić, ot tak. Nawet to nie jest jego faktyczna treść, tylko zarys, który podlegałby modyfikacją w zależności od tego, ile czasu by mi zostało do końca. Niech on będzie moim komentarzem do obchodów Międzynarodowego Dnia Osób Niepełnosprawnych. Nie chcę bowiem kolejny raz pisać co jest dobre, a co należy zmienić, zwłaszcza, kiedy ta zmiana nie jest zależna ode mnie. Nie chcę też pisać, że niepełnosprawni są wokół nas, bo to wie każdy. Chcę napisać o wizerunku niepełnosprawnych w telewizji, a przede wszystkim w sieci, bo tutaj mamy na to największy wpływ.

"Jak cię widzą, tak cię piszą, jak cię czytają, tak cię odbierają - o wizerunku osób niepełnosprawnych w telewizji i internecie"

Ostatnia dekada przyniosła niesamowity skok w rozwoju zarówno telewizji, jak i portali społecznościowych. Któż z nas nie ma konta na facebooku, któż z nach chociaż raz nie widział jakiegoś programu interwencyjnego, jeżeli nie w telewizorze, to na internecie. W sieci pojawia się coraz więcej blogów, których autorzy dzielą się ze światem swoimi przemyśleniami i codziennością. W jakim świetle stawiani są w nich osoby niepełnosprawne. I dlaczego w niektórych z nich traktowani są oni jako "biedne żuczki", a w innych "herosi"? A może to wszystko zależy od tego, jak sami przedstawiają swoje położenie?
Wyobraźcie sobie taką sytuację: widzicie w telewizji, tudzież na internecie chłopca, który pomimo tego, że nie ma rąk ani nóg szusuje na stokach górskich, pisze wraz z innymi klasówkę w szkolnej ławce, a na koniec bierze siekierę w swoje dwa kikuty i rąbie drwa, które potem wrzuca do pieca.
Większość z nas będzie widziała w nim bohatera, herosa życia. A on sam? Przytoczony przeze mnie powyższy przykład jest autentyczny - jakieś 8-9 lat "Magazyn Expresu Reporterów" wyemitował materiał o Michale Chrobaku, niepełnosprawnym członku kadry Polski w narciarstwie alpejskim, wówczas uczniu gimnazjum marzącym o kształceniu się w technikum informatycznym pomimo braku rąk. Klasówki pisał trzymając długopis w dwóch kikutach, tak samo rąbał siekierą opał. Zapewne niejeden oglądający ten materiał widział w Michale prawdziwego herosa. Inni pokrzywdzonego przez los chłopca.
Tymczasem sama miałam okazję poznać go osobiście. W rozmowie Michał nigdy nie uważał się za kogoś niezwykłego, ani za pokrzywdzonego. Porzucony przez matkę, wychowywany przez babcię nauczył się żyć w miarę normalnie, a brak kończyn zdaje się mu w tym nie przeszkadzać. Dla niego normalne jest to, że pisze jak pisze, czy też rąbie za schorowaną babcię drewno na opał. Przecież to należy do powinności każdego wnuczka. Chociaż wiadomo, że nie każdy wnuczek wywiązuje się z tego. A że po emisji reportażu ludzie zaczęli uważać go za bohatera? Niewiele miał wpływu na to, co wyemitują w telewizji.
O ile nie mamy wpływu na to, co o nas pokażą w telewizji, o tyle sami decydujemy o tym, co i w jakiej formie przekażemy światu za pomocą internetu. Bardzo wiele osób niepełnosprawnych, w tym ja, prowadzi swoje fanpage, blogi i strony internetowe, na których nie tylko dzieli się swoimi przemyśleniami, ale i życiem codziennym. Osobiście staram się w moim blogu nie kreować siebie na superbohatera codzienności, bo w nim nie jestem, ani nie twierdzić, że wszystko dookoła jest złe. Kiedy zaś komentuję inne blogi, bazuję zwykle na swoim doświadczeniu. Dlatego zrobiło mi się przykro, kiedy w niektórych komentarzach, pisanych zresztą przez inną osobę niepełnosprawną, przeczytałam, że jestem "superhero", czy też "księżniczką". Tym bardziej, że nic nie przyszło mi z łatwością, na wszystko musiałam długo pracować. Z drugiej strony wiele osób pełnosprawnych pisze mi, że mnie podziwia za moją osobowość. Tymczasem ja nie robię nic szczególnego. A nawet staram się nie opisywać wielu sytuacji. Głównie dlatego, że przez błędną interpretację mogłabym być uznana za bohatera lub przysłowiowego "biednego żuczka". Zarówno do jednego jak i do drugiego bardzo mi daleko. I podejrzewam, że większość moich niepełnosprawnych internetowych znajomych też nie chciałaby być tak postrzegana. My tylko chcemy podzielić się z innymi naszym życiem, które dla wielu z nas nie jest ani specjalnie dobre, ani złe, tylko zwyczajne.
Wydaje mi się, że błędny obraz wizerunku osób niepełnosprawnych przez osoby pełnosprawne wynika nie tylko z nieznajomości tematu, ale też z traktowania nas jako ogół bez uwzględnienia naszych indywidualnych cech. Niestety, bardzo często nie ułatwiamy im zrozumienia tego. Wpływa na to nie tylko ukazywanie nas w określony sposób w telewizji, na co nie mamy większego wpływu, ale też tego jak sami się prezentujemy w mediach społecznościowych. Z jednej strony dobrze jest nie przedstawiać wszystkiego w ciemnych barwach, a z drugiej tłumaczyć wiele rzeczy. Na koniec naszła mnie jeszcze jedna myśl odnośnie postrzegania innego, niekoniecznie niepełnosprawnego, człowieka: jak to jest, że bardzo często widzimy własne wady i niedoskonałości w innym, a w sobie nie potrafimy ich dostrzec? Spróbujcie sami odpowiedzieć sobie na to pytanie.

czwartek, 5 grudnia 2019

1067. A miałam taką nadzieję...

Poranny mróz szczypał mnie w opuszki palców u rąk i stóp. Zupełnie zapomniałam, że ten budynek znajduje się na wzniesieniu, gdzie wieje o wiele silniejszy wiatr niż w niższych partiach miasta. Nerwowo rozglądałam się dookoła wypatrując kogoś, kto należy do mojej grupy i powinien być na dzisiejszym wyjściu w teren. Byłam zdecydowanie za wcześnie, a jednocześnie za późno, aby jeszcze zdążyć zajrzeć do sekretariatu. W sumie przez cały poniedziałek i wtorek zastanawiałam się, czy pani D. wróciła już do pracy, czy może ma przedłużony urlop. Z drugiej strony podczas pobytu w ŚDSie nie miałam czasu na rozmyślanie o tym wszystkim, tyle się działo. Może to i dobrze, przynajmniej człowiek cały czas nie snuł przygnębiających wizji.
Wróćmy jednak do poranka. Było zimno, a ja sama stojąca na wzgórzu, bynajmniej nie wawelskim, walczyłam nie tylko z zimnem, ale i ze zmęczeniem. Tak to już jest, kiedy dzień zaczyna się i kończy o nieludzkich porach. Ale co ja na to poradzę, że w tym roku roraty w naszym kościele są o godzinie 6:00 rano? Oczywiście, nie jestem w stanie być na wszystkich nabożeństwach, ale staram się chodzić na te, na które mogę. Na szczęście po dłuższej chwili zaczęli schodzić się inni, a wiadomo - w kilkoro jest raźniej. Na horyzoncie pojawiła się też pani M., mogliśmy więc wejść do ciepłego budynku. Korciło mnie, żeby zapytać panią M. co z panią D., widząc jednak jej "bojową" minę stwierdziłam, że raczej nie będę się jej narażać. Wiem, że na jakieś 90% wiedziała, czy pani D. już wróciła, czy też nie. Ale zadanie tego pytania w nieodpowiednim czasie może mieć dla mnie nieciekawe konsekwencje. I może na tym zostawmy dywagacje na ten temat.
Półtorej godziny spędzone na zajęciach terenowych minęło w zasadzie szybko. Trochę przerażała mnie perspektywa powrotu do centrum komunikacją miejską. Co prawda w jedną stronę przyjechałam prawie bez przygód(co prawda wysiadłam nie na tym przystanku co trzeba, ale to taki mały szczególik), ale jakoś tak... Na szczęście jedna z dziewczyn była samochodem, więc się z nią zabrałam. Zresztą nie tylko ja. Nawet dla pani M. znalazło się miejsce.
Drogę z parkingu do budynku pokonałam w ekspresowym tempie. Z drżeniem serca otworzyłam ciężkie drzwi wejściowe i spojrzałam w stronę sekretariatu. Karteczka w dalszym ciągu na nich wisiała. Niepocieszona podeszłam bliżej, zobaczyć do kiedy tym razem jej nie będzie - znowu do końca tygodnia. I znowu w pilnych sprawach mamy się kierować do sekretariatu obok...
Stałam przez chwilę zdezorientowana, kiedy otworzyły się drzwi, a ze środka wyszły panie M. i B. Grzecznie dygnęłam na ich widok.
 - Kiedy wróci pani D.? - spytałam niemalże automatycznie. Pani dyrektor uśmiechnęła się pogodnie i położyła dłoń na moim ramieniu.
 - Zwolnienie ma do końca tygodnia.
 - Ale to nic poważnego? - drążyłam drżącym głosem temat. Dyrektorka westchnęła.
 - Nie, na pewno zwykłe przeziębienie.
 - Ale, ale ona chyba nie powinna się przeziębiać, prawda?
 - Wie pani co, pani Karolino - wtrąciła się pani B. - mam w pokoju kremówki. Chętnie poczęstuję panią jedną...
Uśmiechnęłam się. Sprytne zmienienie tematu, nie ma co. No tak, ale pierwsze co powinnam zrobić, to chyba złożyć jej życzenia imieninowe. Oczywiście złożyłam jej je, ale za ciastka mimo wszystko podziękowałam. Jakoś wyjątkowo nie miałam na nie ochoty.
Za to poszłam za nimi na górę na wykład, tudzież prelekcję, poświęcony pracy kuratora sądowego. Zresztą i tak nasza grupa miała na to iść w ramach zajęć z panią M. Ale jakoś znowu nie mogłam się skupić, a moje myśli krążyły gdzieś daleko ode mnie...
W dodatku liderka Sz.P. znowu zaczęła mi się mieszać do moich rodzin. Specjalnie nie chciałam z nią być, aby uniknąć takich sytuacji, ale po prostu się nie da. Bez konsultacji ze mną ustaliła odbiór paczek od jednego z darczyńców, już na piątek na godzinę 16:00. Z tym, że ja teoretycznie nie mogę być wcześniej w magazynie niż na 17:00. Kurcze, nie jestem emerytką, której ewidentnie się nudzi i mam sporo swoich spraw. A tak muszę wszystko przeorganizować, aby tam być. Nie lubię takich sytuacji, zdecydowanie nie lubię.
Chyba jedyną pozytywną rzeczą z dzisiejszego dnia był SMS z zaproszeniem na Galę Wolontariatu, która odbędzie się w przyszły wtorek o 16:30. Chyba się na nią wybiorę, choćby po odbiór zaległych zaświadczeń.

wtorek, 3 grudnia 2019

1066. W dialogu z przewodnikiem zwiedzaliśmy Wrocław

Drugim etapem naszej sobotniej pielgrzymki była stolica Dolnego Śląska - Wrocław. Jest on położony ok. 20 minut jazdy od Trzebnicy. Dzieje Wrocławia są dosyć burzliwe. Wielokrotnie znajdował się poza granicami Polski, by w końcu na mocy konferencji poczdamskiej w 1945 roku został przekazany naszemu krajowi. Jedno z najstarszych miast Polski lokowanych na prawach miejskich znane jest dzisiaj z licznych krasnali, znajdujących się niemal na każdym jego rogu.
Zwiedzanie miasta, pod opieką przewodnika, rozpoczęliśmy od jego najstarszej części, czyli Ostrowa Tumskiego. Tutaj po raz pierwszy miałam okazję się wykazać - przewodnik zapytał czy wiemy co oznacza nazwa "Ostrów Tumski". Zewsząd była cisza, więc nieśmiało szepnęłam, że "Ostrów" pochodzi od "wyspy", a "Tumski" od "katedry". Szefowa scholi przekazała to dalej.
 - Bardzo dobra odpowiedź, proszę pani - skwitował przewodnik.
 - Ale to nie ja. To nasz Lolek - poprawiła go, spoglądając w moją stronę.
 - A wiecie może, gdzie jeszcze znajduje się Ostrów Tumski?
 - W Poznaniu - szepnęłam, co znowu zostało przekazane dalej. I oczywiście okazało się prawdą.
Po wyjściu z autokaru naszym oczom ukazał się rząd rybitw
Wrocławski Ostrów Tumski widziałam już podczas wyjazdu na święcenia księdza Boskiego Oskiego oraz MGS-u. Teraz jednak miałam okazję dogłębniej poznać jego historię. Pierwszym obiektem, którego historia została nam przedstawiona był kościół św. Marcina, prawie najstarszej świątyni w mieście. Jest to fragment dawnego piastowskiego zamku w tym mieście. Nie wchodziliśmy do środka, za to na zewnątrz jest widoczna tablica z rzeką i historyczną stolicą Polski(niestety, nie cyknęłam fotki). Pytanie brzmiało: co to za rzeka i stolica.
 - Wisła i Kraków - szepnęłam, bo oczywiście dalej nie chciałam się wychylać przed szereg. Jak myślicie(a może wiecie) - trafiłam, czy spudłowałam? 
Następnie udaliśmy się pod kościół św. Krzyża z charakterystycznym świętym znajdującym się tuż przed nim. Kolejne pytanie przewodnika brzmiało: co to za święty.
 - Święty Jan Nepomucen - widząc, że wszyscy milczą, znowu się odezwałam.
 - To znowu Karolina - powiedziała pani hmm, może nazwijmy ją Dyrygent, bo dyryguje w parafialnej scholi. Z boku usłyszałam szepty, mam nadzieję, że nie na mój temat. Ale w sumie, ten święty był dla mnie banalny do rozwiązania - ze swoimi dwunastoma gwiazdami na głowie(symbolizującymi gwiazdy, które wskazały miejsce jego utonięcia w wodach Wełtawy) oraz krzyżem w ręce.
Za Janem Nepomucenem, jak już wspomniałam, znajduje się gotycka kolegiata Świętego Krzyża i Świętego Bartłomieja. Ciekawostką architektoniczną są tutaj "dziury" w wieżach, umożliwiająca postawienie rusztowania w razie remontu.
Na prawo od kolegiaty znajduje się "serce" Ostrowa Tumskiego, czyli archikatedra św. Jana Chrzciciela. Jest to gotycka świątynia orientowalna(tzn. ołtarz znajduje się na wschodzie, aby ukazywać wiernym drogę ku Zmartwychwstaniu - to moja odpowiedź na kolejne pytanie zadane przez przewodnika). Zniszczona podczas II wojny światowej, została ponownie odbudowana. Jest doskonałym przykładem na sklepienie trójdzielne. Znajdują się w nim m.in. ocalałe z Hali Stulecia organy, które zastąpiły te, które uległy zniszczeniu w trakcie bombardowania miasta.
Przed archikatedrą znajduje się figura Matki Bożej z Dzieciątkiem. Przewodnik zadał pytanie, czy coś nam ona przypomina.
 - Apokaliptyczną wizję pokonania zła(co prawda ilość gwiazd mi się nie zgadzała, bo w Piśmie Świętym było ich 12, a tutaj tylko 7, jednak wąż pod nogami Maryi mówił sam za siebie, zresztą podobny posąg znajduje się w Krakowie przez kościołem św. Bartłomieja z Sieny i tak mi się skojarzyło).
Przed opuszczeniem Ostrowa Tumskiego zahaczyliśmy jeszcze o najstarszy wrocławski kościół, mający za patrona św. Idziego. Chyba najbardziej jest on znany z legendy o klusce, która znajduje się na szczycie arkady. Otóż żył sobie kiedyś chłop, który kochał jeść kluski śląskie przyrządzane przez żonę. Niestety, kobieta zmarła. Od tej pory chłop rozpaczał, bo nie miał co jeść. Wybrał się więc do Wrocławia, ale przysnęło mu się przy tymże kościele. We śnie przyszła do niego żona i obiecała, że będzie miał magiczny kociołek, który co noc będzie mu się napełniał kluskami. Warunek był tylko jeden - na dnie naczynia musi zawsze zostawać jedna z nich. Po obudzeniu okazało się, że to prawda - przed chłopem znajdował się garnek pełen klusek. Uszczęśliwiony chłop, zapominając o przestrogach żony, postanowił zjeść wszystkie z nich. Ostatnia jednak nie dała się złapać i uciekła na arkadę, gdzie skamieniała. Sam garnek już nigdy się nie napełnił.
Kluska mało widoczna, ale uwierzcie mi, że jest na tej arkadzie
Nieopodal kościoła św. Idziego znajduje się zielony skwer, na którym umieszczono "tajemnicze" latarnie. Przewodnik zapytał, czy wiemy na co są one zapalane.
 - Na gaz - szepnęłam do dyrygentki, która podała odpowiedź dalej, zaznaczając, do kogo ona należy. Oczywiście znowu punkt dla mnie.
Opuszczając Ostrów Tumski minęliśmy jedną ze ścian archikatedry, na której widnieje głowa z grymasem bólu. Wedle kolejnej miejskiej legendy, przed wiekami w mieście mieszkał wyrabiające przedmioty z kruszców szlachetnych złotnik. Jednak żaden naszyjnik ani złoty pierścień nie mógł się równać z urodą jego córki. Wkrótce zakochał się w niej przyuczający się do zawodu złotnika praktykant. Dziewczyna odwzajemniała to uczucie. Kochankowie musieli się jednak ukrywać ze swoim uczuciem, ponieważ złotnik nigdy nie zgodziłby się na ślub swojej ukochanej jedynaczki z biednym czeladnikiem. Pewnego wieczoru złotnik nie mógł zasnąć i wyszedł do ogrodu, gdzie zobaczył ukochaną córkę w objęciach praktykanta. W gniewie kazał mu natychmiast opuścić dom i się mu nie pokazywać. Czeladnik postanowił jednak, że pójdzie w świat i wróci kiedyś do złotnika z niewyobrażalnym bogactwem. Pech chciał, że za murami miasta napadli na niego rozbójnicy i zabrali niewielki dobytek. Czeladnik stwierdził, że nie uda mu się wzbogacić uczciwą pracą, dlatego postanowił dołączyć się do zbójeckiej bandy. Szybko stał się zbójcą - rabował, napadał na kupców, potrafił napaść na biedaków, którzy wracali z ciężko zarobionymi na targu groszami. Minęło kilka lat i rozbójnik miał już dwa worki kosztowności. Zarzucił je na konia, założył bogaty strój i wjechał przez Bramę Świdnicką do miasta. Skierował się do domu złotnika, którego drzwi otworzyła mu jego córka. On jednak nawet na nią nie spojrzał, tylko poszedł do izby, w której pracował jego dawny mistrz i rzucając worki na stół przyznał, że teraz ma tyle złota, że może sobie za nie kupić córkę złotnika. Mistrz z podnieceniem oglądał złote bransolety, naszyjniki i diademy. Nagle ujrzał pierścień, który był zdecydowanie jego robotą. Zamówił go u niego bogaty kupiec, który po opuszczeniu miasta został napadnięty, ograbiony, aż w końcu zabity. Złotnik szybko domyślił się, skąd pochodzi przyniesione mu złoto. Spojrzał w stronę chłopaka, ale on już wybiegł z ich domu i zaczął planować zemstę. Wieczorem podkradł się pod warsztat złotnika, podłożył pod niego ogień i uciekł na drugą stronę Odry, gdzie wdrapał się na katedralną wieżę. Wyjrzał przez małe okienko, chcąc popatrzeć jak cały dobytek mistrza jest niszczony przez ogień, a on sam w jednej chwili staje się nędzarzem. Z radością przyglądał się jak ogień trawi jego dobytek, a następnie przenosi się na sąsiednie domy i obejmuje pół miasta. Chłopak uznał, że zemsta została dokonana i postanowił opuścić Wrocław. Jednak kiedy próbował wyciągnąć głowę z okienka, ale otwór zrobił się tak ciasny, że ledwie mógł ją odwrócić. To mury zaczęły zacieśniać się wokół jego szyi. Krzyczał, ale zajęci walką z ogniem ludzie po prostu go nie słyszeli. Zrozumiał, że nie uda mu się wydostać z wieży i pozostanie w katedralnych murach już na zawsze. I tak też się stało. A wykrzywioną grymasem rozpaczy i niedowierzania twarz do dzisiaj można oglądać na katedralnej wieży.
Po zwiedzeniu Ostrowa Tumskiego udaliśmy się w stronę głównego rynku miejskiego. Przy kościele p.w. Najświętszej Maryi Panny(inaczej "kościół na Piasku") można było jeszcze raz rzucić okiem na Ostrów Tumski, aby podziwiać jego piękno.
Kierując się w stronę rynku głównego weszliśmy na chwilę do Kościoła Najświętszej Maryi Panny. Jest on przykładem kościoła halowego. Żałuję, że nie można było przejść za okratowanie, bo z chęcią przyjrzałabym się szeregowi trójdzielnych obrazów. Kilka lat temu kościół ten słynął ze szopki, którą wraz z niepełnosprawnymi budował jeden z księży posługujących w świątyni.
Następnie minęliśmy Halę Targową, budynek wybudowany na początku XX wieku i pełniący do dzisiaj swoją pierwotną funkcję. Po drugiej stronie Hali znajduje się gmach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, przed którym znajduje się krasnal wzorowany na profesorze... Janie Miodku. Wszystko dlatego, że przed laty profesor wykładał na tejże uczelni.
Idąc Placem Biskupa Nankiera dotarliśmy do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, jednego z najbogatszych i najstarszych ośrodków kultury polskiej. Tak przy okazji to idąc Placem Nankiera warto zwrócić uwagę na wkomponowane w pewnym momencie w chodnik metalowe tabliczki przedstawiające najważniejsze fakty z historii miasta. Wśród nich możemy zobaczyć poświęconą m.in. lokacji miasta(1241 r.), założeniu Uniwersytetu Wrocławskiego(1702), czy też wielkiej powodzi(1997). A to przecież tylko niektóre z tzw. Stolpersteinów, które są regularnie poszerzone o te z nowymi wydarzeniami. W Zakładzie Ossolińskich znajdują się bogate zbiory biblioteczne, w tym ważne starodruki i rękopisy("Pieśni" Jana Kochanowskiego, czy też rękopis poematu "Pan Tadeusz"). Pierwotnym źródłem utrzymania Zakładu były dochody z majątków ziemskich jego fundatora - Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, a jego siedziba znajdowała się we Lwowie. Po wysiedleniu z miasta Polaków i odłączeniu go od Polski, Ossolineum, wraz z 1/3 zasobów zostało przeniesione do Wrocławia, gdzie znajduje się do dzisiaj. W chwili obecnej kontynuuje swoją misję jako fundacja narodowa Zakład Narodowy imienia Ossolińskich. Zakład Ossolińskich znajduje się w niegdysiejszym kompleksie zabudowań wrocławskiego klasztoru Szpitalików z Czerwoną Gwiazdą, który został założony w połowie XIII w. Działał on aż do 1811 roku, a następnie został przekształcony w Gimnazjum św. Macieja wraz z internatem, które zaś zostało przekształcone we wspomniane Ossolineum.
 - Założę się, że nikt z was nie wie z czego zasłynął jeden z dziewiętnastowiecznych uczniów mieszczącego się tutaj gimnazjum, Jan Dzierżoń. Dodam tylko, że ma to związek z pszczelarstwem.
Zapadła głucha cisza, która wywołała uśmiech na twarzy przewodnika. Mnie jednak coś świtało w związku z tym nazwiskiem, chociaż do pszczelarstwa mi bardzo daleko(a nawet mam uczulenie na miód). Co prawda brat Młodej jest technikiem-pszczelarzem(chociaż jest na studiach weterynaryjnych), ale mnie daleko jest z fachową wiedzą na ten temat. Postanowiłam jednak zaryzykować.
- Wynalazł ul z wysuwanymi częściami, w których pszczoły wytwarzają miód.
Przewodnika co najmniej zatkało z wrażenia, chociaż wydał  z siebie niezidentyfikowany jęk.
Innych pielgrzymów też co najmniej zatkało z wrażenia.
Proboszcz o mało nie zbierał szczęki z chodnika z wrażenia.
 - Skąd wiedziałaś o tym ulu? - zapytała mnie pani Dyrygent, kiedy ruszyliśmy dalej.
 - Po prostu przeczytałam "Historię pszczół" i tam była o tym wzmianka - odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą. Dyrygentka dołączyła do grona kompletnie zatkanych. A ja czułam się jak przybysz z planety "Encyklopedia".
Z Zakładu im. Ossolińskich przemieściliśmy się pod gmach rektoratu Uniwersytetu Wrocławskiego. Na jego dziedzińcu znajduje się pomnik nagiego studenta, który tym razem trzymał w ręku szablę(czasami jest ona zabierana przez amatorów białej broni), zachowany symbol jego godności.
Zmierzając dalej w stronę Rynku Głównego minęliśmy m.in. średniowieczne więzienie na ul. Więziennej oraz bardzo ciekawy, przynajmniej jak dla mnie, pomnik "Ku czci Zwierząt Rzeźnych" znajdujący się na ulicy Jatki. Niegdyś na tej ulicy znajdowały się sklepy rzeźnicze i stąd jej nazwa. A przy okazji najmłodsi dowiedzieli się, jak przechowywano mięso w czasach przedlodówkowych - wyławiano spływającą Odrą krę i zakopywano w ziemi, tworząc w ten sposób swoistą chłodnicę.
W oddali zaczął majaczyć nam kościół  p.w. św. Elżbiety Węgierskiej, a to oznaczało, że byliśmy już prawie, prawie na rynku głównym, który jest nieco mniejszy i trochę starszy od tego, który kojarzymy z Krakowa. Nawet pan przewodnik się śmiał, że wrocławianie, zaprawieni w budowaniu u siebie rynku, pojechali potem do Krakowa, budować drugi. Z biegiem czasu wokół Rynku zaczęły powstawać kamienice patrycjatu, a następnie ciągłe pierzeje, które utrwaliły podziały własnościowe. W XIX wieku poprowadzono przez niego linie tramwaju(konnego i elektrycznego), które kursowały tamtędy do połowy lat 70 ubiegłego wieku. Rynek nie uległ większym zniszczeniom podczas działań wojennych. Po zakończeniu walk w pierwszej kolejności wyremontowano ratusz wraz z zabytkowymi kościołami. Pozostałą zabudowę zaczęto remontować w 1953 roku, prace trwały ok. 10 lat. W końcówce lat go powierzchnia Rynku została wyremontowana, zlikwidowano też ruch samochodowy oraz odnowiono większość elewacji. Jeszcze tylko rzuciliśmy okiem na dwie charakterystyczne kamienice, niegdyś domki opiekunów ołtarzy kościelnych, a zarazem granica cmentarza wspomnianego kościoła św. Elżbiety, nazwane humorystycznie "Jasiem i Małgosią" i udaliśmy się na Plac Solny, na którym kiedyś sprzedawano jakże cenną sól, miejsce zbiórki po odwiedzeniu jarmarku bożonarodzeniowego.
Bo ostatnim punktem wycieczki był tenże jarmark. W sumie niczym nie różnił się od tego w Królewskim Krakowie. Można było pochodzić pomiędzy kramami, poprzyglądać się różnym rzeczą, pośmiać, a także coś sobie kupić.
Po godzinie 17:00 wszyscy zebrali się w umówionym miejscu i udaliśmy się na parking, gdzie czekał na nas autokar. W zadowolonych humorach wracaliśmy do naszych ciepłych domów.
Wycieczkę uważam za udaną, chociaż chodzenia było co nie miara, w dodatku było dość zimno. No i w pewnym momencie aparat odmówił mi posłuszeństwa, co zresztą widać w powyższej notatce(a raczej czego nie widać). To jednak da się nadrobić, bo mam nadzieję jeszcze nie raz odwiedzić to cudowne miasto. Kto wie, być może latem wybiorę się szlakiem Wrocławskich Krasnali. Czy ktoś z Was byłby chętny wybrać się ze mną w wirtualny sposób?

poniedziałek, 2 grudnia 2019

1065. Sanktuarium w Trzebnicy - perełka polskiego baroku

Tak, tytuł trochę intrygujący, ale z drugiej strony - ten kto mnie zna, zrozumie o jaki koniec roku mi chodzi. 
Rozpoczęcie soboty o 5 rano nie zdarza się zbyt często w moim wykonaniu(co nie jest równoznaczne z tym, że wyleguję się tego dnia do późnych godzin). Wczoraj jednak był ku temu szczególny powód - parafialna pielgrzymka do Trzebnicy i Wrocławia. We Wrocławiu co prawda już byłam, i to nie jeden raz, za to sanktuarium w Trzebnicy było dla mnie nowością. I głównie z tego powodu nie mogłam się oprzeć zapisaniu na ten wyjazd.
Tuż po godzinie 6 wyruszyliśmy spod kościoła autokarem w kierunku zachodnim. Po 2,5 godzinie jazdy autostradą A4 dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wyprawy, czyli położonej niedaleko Wrocławia Trzebnicy. To właśnie w tej niewielkiej miejscowości znajduje się bazylika św. Jadwigi, którą należy kojarzyć z postacią św. Jadwigi Śląskiej. Zresztą w środku świątyni, tuż za bocznym ołtarzem, znajduje się trumienka z pierwszą Polką, która została podniesiona do godności świętej. To właśnie przy niej została odprawiona msza święta za uczestników pielgrzymki. Samą bazylikę trudno jest też przeoczyć, gdyż znajduje się w samym centrum miasta, tuż przy rynku głównym.
Tak jak pisałam, z powyższym klasztorem ściśle jest związana postać świętej Jadwigi Śląskiej, której liturgiczne wspomnienie przypada 16 października. Został on ufundowany na początku XIII wieku przez księcia Henryka Brodatego za namową jego żony, Jadwigi. Był pierwszą w Polsce siedzibą zakonu żeńskiego, a przeznaczono go dla sprowadzonych z Bambergu cysterek. W akcie fundacyjnym książę Henryk zaznaczył, że klasztor ten został zbudowany na jego gruntach za jego pieniądze i ma służyć zbawieniu duszy ojca, jego samego oraz bliskich. Wiadomość o założeniu klasztoru trzebnickiego jako fundacji została przekazana w bulli papieża Innocentego III z listopada 1202 roku. Na jej mocy papież wziął kościół pod szczególną opiekę. Wprowadzenie sióstr z Bambergu odbyło się rok później i zostało przeprowadzone przez biskupa wrocławskiego.
Zakon podlegał pod cystersów z Lubiąża. W latach 1208-1219 powstał jeden z pierwszych w naszym kraju kościołów ceglanych. Wybudowano go w stylu gotyckim. Szczególnie ważnym jego elementem, również od strony architektonicznym, jest kaplica św. Jadwigi, należąca do pierwszych w Polsce budynków wybudowanych w całości w stylu gotyckim. Uważana jest też za najwybitniejszą budowlę XIII - wiecznej Polski. Umieszczone są w niej szczątki św. Jadwigi.
Znaczenie klasztoru wzrosło wraz ze wstąpieniem do niego córki władców Śląska - Henryka I Brodatego oraz Jadwigi. Ponadto wychowywały się w nim i mieszkały przez kilka lat królewny czeskie: Agnieszka, późniejsza święta oraz jej siostra Anna, przyszła żona Henryka Pobożnego. 
Najazdy husytów, dewastacja klasztoru i majątków klasztornych oraz zniszczenia dokonane przez węgierską armię Korwina zapoczątkowały okres jego upadku. Uwikłały go spory religijne związane z rozprzestrzenianiem się protestantyzmu. Z nielicznych dzieł sztuki z XVI w. przetrwała głównie wczesnorenesansowa chrzcielnica i kilka epitafiów. Klasztoru nie oszczędziły również liczne pożary. W wyniku tego z marca 1486 roku spłonęły m.in. ornaty, relikwiarze, książki, kielichy, pacyfikały, organy i inne drogocenne przedmioty. Same siostry cysterki cudem się z niego uratowały. Następne daty pożarów, które zostały odnotowane, wskazują na rok 1505 i 1595, w ich wyniku tylko część klasztoru uległa spaleniu.
Wzrastająca zamożność Śląska wraz z jego rekatolizacją po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, a także przełomowa dla sojuszu habsbursko-polskiego zwycięska wojna z Turcją stworzyły bazę dla zwiększenia się kultu św. Jadwigi. Identyfikowali się z nią tak samo Polacy, jak i wyznający katolicyzm Habsburgowie. Pierwsze prace nad renowacją świątyni zaczęły się w 1676 roku, a jej barokizacja nastąpiła w dwóch etapach.
Pierwszy z nich przypadł na lata 1680 - 1685. Po ustanowieniu przez papieża Innocentego XI dnia św. Jadwigi jako święta powszechnego w całym Kościele katolickim, zakon rozpoczął pierwsze prace artystyczne w kościele. Miało to na celu ożywienie ruchu pielgrzymkowego i umocnienie religii katolickiej w regionie. Najważniejszym ich etapem było wyeksponowanie grobu św. Jadwigi w kaplicy, której patronowała. Marmurowy sarkofag z rzeźbą świętej przykryty baldachimem, który jest wsparty na 14 kolumnach, został wykonany przez krakowskiego rzeźbiarza, Marcina Bielawskiego w 1680 r.
Pięć lat później kaplica została wyposażona w ambonę. Jednocześnie Jakub Bielawski, syn Marcina, wykonał marmurowy sarkofag dla księcia Henryka I Brodatego oraz wielkiego mistrza krajowego w Prusach, Inflantach, Niemczech oraz zakonu krzyżackiego, Feuchtwangena. Spoczywające wcześniej oddzielnie szczątki obu władców zostały przeniesione w jedno miejsce. Ich wspólny pochówek miał symbolizować triumf chrześcijaństwa nad islamem. Zostało zamówionych 20 obrazów olejnych, które przedstawiały życie św. Jadwigi oraz obraz "Męczeństwo św. Bartłomieja"(znajduje się teraz w jednym z ołtarzy bocznych. Wykonano też szereg ołtarzy, niestety do czasów współczesnych zachował się tylko jeden w kaplicy św. Jadwigi. W 1690 r. dobudowano jeszcze północną kruchtę. Próbowano też odnowić bardzo zaniedbały klasztor. Jednak naprawa zniszczonych budynków, zbudowanych w niemodnym stylu romańskim i bardzo małych, okazała się bardzo kosztowna. Dlatego w 1697 r. wyburzono stary klasztor, a w jego miejsce zaczęto budować dwukrotnie większy budynek.
Drugi etap barokizacji kościoła miał miejsce w latach 1730 - 1760. Ołtarze główne bazyliki, kaplicy św. Jadwigi oraz wszystkie boczne ołtarze zostały zastąpione nowymi, wyrzeźbionymi w stylu rokoko. Zbudowano też monumentalną ambonę w tym samym stylu, a także zamówiono szereg mniejszych prac, np. chrzcielnicę. Główne prace rzeźbiarskie(główny ołtarz bazyliki, ambona, całopostaciowe rzeźby św. Jadwigi i św. Elżbiety przed wejściem do prezbiterium) zostały wykonane przez Mangolda. Ten sam artysta jest autorem alabastrowej figury św. Jadwigi, umieszczonej na jej sarkofagu oraz jednego z bocznych ołtarzy świątyni. Dodatkowo w kaplicy św. Jadwigi pojawiło się sporej wielkości epitafium poświęcone księżnej legnicko-brzeskiej, Karolinie. Najważniejsze obrazy z tego okresu("Wniebowzięcie NMP" oraz "Trójca Święta" w ołtarzu głównym, "Opatki trzebnickiej Gertrudy" i "Śmierć św. Jadwigi" w prezbiterium oraz "Śmierć św. Benedykta" w jednym z bocznych ołtarzy kaplicy św. Jadwigi) zostały wykonane przez holenderskiego malarza, Christiana Bentuma. Obrazy "Święta Anna" i "Święty Józef" wyszły spod pędzla niemieckiego malarza, Felixa Schefflera. Zachowało się też kilka obrazów ołtarzowych. Podjęte zostały prace poza budynkiem kościoła: wybudowano Kalwarię usytuowaną na wzgórzach wokoło oraz ustawiono przed świątynią barokową kolumnę z Nepomucenem na szczycie. Podjęta została decyzja o budowie dużej wieży kościelnej w miejscu głównego wejścia w stylu romańskim.
Ołtarz przed sarkofagiem św. Jadwigi Śląskiej
Zniszczenia husyckie wraz z barokizacją skutkowały prawie całkowitą zagładą wyposażenia gotyckiego, z którego zachowały się nieliczne elementy, np. rzeźba Matki Boskiej z XV w. oraz obraz ołtarzowy przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem.
Mimo zakończenia głównych prac budowlanych, sytuacja gospodarcza klasztoru w drugiej połowie XVIII wieku uległa znacznemu pogorszeniu. Po zajęciu Śląska przez protestanckie Prusy władze nadały Trzebnicy niezależność gospodarczą i sądowniczą od klasztoru. Na początku XIX wieki klasztor uległ sekularyzacji, którą przeprowadzono w całych Prusach. Wkrótce wszystkie wartościowe przedmioty należące do klasztoru zostały sprzedane bądź wystawione na licytacje. Były one najczęściej nabywane przez podwładnych klasztoru, którzy chcieli, aby stanowiły one pamiątki po dawnym opactwie. Wiele z nich zostało wywiezionych do Wrocławia i umieszczonych w zabudowaniach klasztoru na Piasku oraz w Muzeum Sztuki Rzemieślniczej.
W XIX wieku kościół działał jako parafia, zaś klasztor zamieniono na obóz jeniecki dla Rosjan walczących w wojnach napoleońskich, następnie na lazaret i mieszkania dla urzędników, a od 1817 roku, przez czterdzieści lat, mieściła się w nim fabryka sukiennicza. Planowano również utworzyć w nim więzienie, co jednak nie doszło do skutku. Niezagospodarowana część klasztoru została w końcu wykupiona przez joannitów, a następnie reszta klasztoru została odkupiona przez boromeuszki. Oba zgromadzenia urządziły szpitale, po czym joannici odsprzedali swój udział boromeuszkom.
Na początku XX wieku odrestaurowano bazylikę - została odnowiona ambona w kaplicy św. Jadwigi, na wieży zamontowano duży zegar wraz z kutymi, ozdobnymi kratami. Zbudowano też chór muzyczny, na którym umieszczono organy. 
19 stycznia 1945 roku, wraz ze zbliżającym się frontem, wydano rozkaz o ewakuacji ludności cywilnej zamieszkałej po prawej stronie Odry oraz siostrom boromeuszkom. Ówczesna przełożona generalna zgodziła się tylko na wyjazd tych sióstr, które zostały powołane do czynnej służby wojskowej. Pozostałe miały pozostać w klasztorze i pomimo zagrażającego im niebezpieczeństwa, służyć chorym i szukającym schronienia. W kwietniu tego samego roku polskie władze administracyjne przejęły od wojskowej władzy radzieckiej szpital sióstr boromeuszek, ustalając jego nazwę na Polski Powiatowy Szpital w Trzebnicy. 
Po II wojnie światowej została udostępniona w celach turystycznych ukończona w 1214 roku trójnawowa krypta św. Bartłomieja. Można w niej zobaczyć nagrobną płytę księcia oleśnickiego Konrada II datowaną na początek XV wieku, ołtarz i wolno stojące rzeźby barokowe.  
Ołtarz za sarkofagiem św. Jadwigi
Figura św. Jadwigi Śląskiej
Nie zdążyliśmy zwiedzić całego sanktuarium, które ma charakter międzynarodowy(czyli taki jak znana nam wszystkim Fatima czy Lourdes), bo po prostu mieliśmy za mało na to czasu. To co rzuciło mi się w oczy, oprócz charakterystycznego dla baroku przepychu i wspomnianego wcześniej sarkofagu, to znajdująca się po lewej strony ołtarza głównego posąg św. Jadwigi z charakterystyczną makietą klasztoru u jej stóp oraz krzyżem trzymanym w prawej dłoni, czyli jej atrybutami.
Drugą taką rzeczą, która mnie urzekła była kaplica św. Jadwigi Śląskiej, nad którą góruje piękny balkon dla chóru złożonego z sióstr. Na prawo, tuż obok wejścia na zakrystię, znajduje się cudowna ambona, z której głoszono kazania po polsku(chociaż, jak pamiętamy z lekcji historii, tamte tereny znajdowały się na ziemiach niemieckich). Natomiast naprzeciwko sarkofagu ze św. Jadwigą Śląską można zobaczyć ołtarz wzorowany na tym, który możemy zobaczyć w klasztorze na Jasnej Górze(jednak nie w Kaplicy Cudownego Obrazu, ale w głównym kościele).
Na koniec zwiedzania trzebnickiego sanktuarium udaliśmy się do dwupiętrowej zakrystii wybudowanej w stylu romańskim, gdzie urządzono muzeum. Jest to zarazem ostatni zachowany fragment pierwotnego klasztoru. Znajdują się w niej cenne zbiory sztuki sakralnej od XIII wieku po czasy współczesne. Najciekawszymi z nich są chyba relikwiarz z czaszką św. Jadwigi oraz barokowa kołyska dla malutkiego Jezuska.