Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 22 września 2022

1472. Memoriał Witolda Dłużniaka za nami

W tym roku Polski Związek Sportu Osób Niepełnosprawnych "Start" świętuje 70-lecie swojego istnienia(poszczególne oddziały wojewódzkie są jeszcze młodsze). Przez ten czas przewinęła się przez niego cała rzesza sportowców z niepełnosprawnością, trenerów oraz prezesów. Jedną z ważniejszych postaci, która na przestrzeni tego okresu w znaczący sposób wpłynęły na losy polskiego sportu osób z niepełnosprawnością był niewątpliwie Witold Dłużniak.
Witold Dłużniak
Do Witolda Dłużniaka doskonale pasuje określenie "człowiek-orkiestra". Był zawodnikiem Polonii Warszawy, wiceprezesem PZPN w latach 1970 - 1977 oraz prezesem Polskiego Związku Kolarskiego w latach 1977 - 1984(a potem jego honorowym prezesem), jednak w szczególności na sercu leżał mu sport osób z niepełnosprawnością, w tym sport paraolimpijski. W latach 1989 - 2009 był prezesem Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych "Start" oraz pomysłodawcą i twórcą Polskiego Związku Paraolimpijskiego, w którym przez długi czas pełnił funkcję wiceprezesa.
To głównie dzięki niemu medaliści paraolimpijscy honorowani są w podobny sposób jak pełnosprawni - otrzymują świadczenia za zdobyte medale. Sukcesy, które paraolimpijczycy odnosili w latach 90-tych w dużej mierze można przypisywać właśnie jemu. Polska reprezentacja paraolimpijska od wielu lat należy do światowej czołówki. Witold Dłużniak kierował polską misją podczas letnich igrzysk paraolimpijskich w Barcelonie, Atlancie, Sydney oraz Atenach.
Jak podkreśla jeden z jego następców, Longin Komołowski: "Jeżeli mówimy o osiągnięciach, a są ogromne, sportu osób niepełnosprawnych, wszystkie osiągnięcia de facto wiążą się z jego osobą. On po prostu ten sport swoją działalnością organizował, wspierał przez bardzo długi okres, kiedy sportowcy osiągali te wyniki. Każdy z tych medali można przypisać jemu.".
Natomiast wiceprezes Komitetu, Robert Szaj, wspomina Witolda Dłużniaka jako człowieka pogodnego, a przede wszystkim - charyzmatycznego: "Witek to była osoba o niezwykłej charyzmie i energii, ale też i doskonałej wiedzy, jeżeli chodzi o sport. Znał każdą dyscyplinę, znał każdego zawodnika z imienia i nazwiska, on tym sportem osób niepełnosprawnych żył, on się tym pasjonował. Zapamiętam go jako niedościgniony wzór, jeżeli chodzi o osobę, która zarządza taką organizacją, po drugie zaś - niedościgniony wzór jeżeli chodzi o wiedzę.".
Motto Witolda Dłużniaka składało się z trzech słów: nauka, praca, sport. Chciał, żeby osoba kończąca karierę sportową mogła normalnie funkcjonować w środowisku. Miał wizję, w której sport nie determinował życia zawodników, ale był pięknym do niego dodatkiem.
Witold Dłużniak zmarł 11 marca 2009 roku w wieku 77 lat po długiej chorobie. Jego grób znajduje się w Cieszynie.
Patrząc na zasługi Witolda Dłużniaka dla polskiego sportu osób z niepełnosprawnością nie powinien dziwić fakt, że poświęcono mu memoriał z okazji 70-lecia istnienia "Startu". Przez trzy dni Centrum Przygotowań Paraolimpijskich "Start" w Wiśle stał się areną zmagań kilkudziesięciu zawodników niepełnosprawnych, którzy rywalizowali ze sobą w łucznictwie, bocci oraz konkurencjach lekkoatletycznych.
Kiedy trzy tygodnie temu zadzwonił do mnie prezes naszego katowickiego oddziału "Startu" z zapytaniem, czy nie chciałabym wystartować w memoriale, stanęłam przed małym dylematem. Bo z jednej strony jasne, że by się chciało pojechać, a z drugiej, praca, praca i jeszcze raz praca. Niby jeszcze mam kilka dni urlopu, niby mogę tak kombinować z godzinami, aby odrobić je kiedy indziej, a jednak miałam pewne wątpliwości. W końcu stanęło na tym, że dojadę w trakcie i wyjadę wcześniej - w końcu w poniedziałek i tak nic się nic nie działo, podobnie jak w środę. I tym sposobem wzięłam urlop tylko na wtorek, a nasz klub reprezentowany był przez 8-śmio osobową ekipę. 
We wtorkowy poranek dotarłam koleją do Wisły, a ze stacji odebrał mnie sam prezes. Mogłabym oczywiście sama podejść do ośrodka, ale tak było i łatwiej i szybciej. Poranny blok obejmował zmagania w łucznictwie, którego każdy z nas mógł spróbować(o mały włos, a Młodsza by mnie zapisała do turnieju). Do legendarnego Robin Hooda mi daleko, bo znając moją koordynację ruchową to te strzały trafiałby wszędzie, tylko nie w tarczę, poobserwować na zmagania innych jednak zawsze można. Tym bardziej, że do zmagań stanęli z naszego klubu Młodsza, Gacioch, Kulka i Prezes. I chociaż żadne z nich nie stanęło na podium, to było na co popatrzeć. 
Poobiedni blok sportowy obejmował to, co Lolek lubi najbardziej, czyli lekkoatletykę. Zostałam zgłoszona na dwie konkurencję - bieg na 100 m.(co chyba nikogo nie dziwi) oraz... pchnięcie kulą(co już było dla mnie nowością). Pogoda nas nie rozpieszczała - całe popołudnie padał deszcz(z niewielkimi przerwami, np. na czas biegów), a więc warunki były raczej nie najkorzystniejsze. Ale jakoś dałam radę. Najpierw wystartowałam w biegu na 100 m., gdzie dotarłam na metę z czasem 23,45 sekund(w setnych mogłam się pomylić, bo nie dosłyszałam końcówki), co wbrew pozorom jest dobrym wynikiem jak na mnie.
Uczestniczki naszej serii biegu
O 16:00 rozpoczęła się konkurencja pchnięcia kulą. Jak na złość zaczęło wtedy mocniej padać. A z drugiej strony, w nie takich warunkach się startowało. Sportowiec powinien być gotowy na wszystko. Jak można się domyśleć, pchnięcie kulą poszło mi o wiele gorzej. Ja jednak cieszę się z tego oficjalnego 1,81 m., które udało mi się wywalczyć. Od dawna uznaję, że sport powinien nieść też z sobą radość i cieszyć samego zawodnika. Tą radość podobno było po mnie widać. Przynajmniej tak stwierdził fotograf, utrwalający całe zdarzenie na zdjęciach.
Każdy z nas miał do oddania 3 pchnięcia, z którego liczyło się najdalsze. Dla wyjaśnienia, podczas normalnych zawodów jest 6 prób, gdzie też liczy się ta najdalsza. Tutaj duże podziękowania należą się Prezesowi, który motywował nas i wspierał podczas każdej próby. Nawet żartowałyśmy z Młodszą, że będziemy go brali ze sobą na zawody, skoro nasz Trener niewiele się nami interesuje...
W planie powinnam jeszcze wziąć udział w skoku w dal, w którym swego czasu odnosiłam też spore sukcesy(nawet większe niż w bieganiu), niestety z powodu narastającego deszczu odwołali i tą i jeszcze dwie inne konkurencje. 
Wróciliśmy więc na ośrodek, gdzie wieczorem, przed kolacją, odbyła się dekoracja najlepszych zawodników. W sporcie osób z niepełnosprawnością nigdy nie należy być pewnym miejsca, ponieważ wyniki przeliczane są na punkty według stopnia i rodzaju niepełnosprawności, miejsca zaś przyznawane są właśnie na podstawie tych punktów. Dlatego jakież to było zaskoczenie, a zarazem radość, kiedy okazało się, że mimo dobiegnięcia na samym końcu na metę, ostatecznie uplasowałam się na trzecim miejscu. Sama nie mogłam(i w zasadzie dalej nie mogę) w to uwierzyć, nawet po tym, jak prześliczny medal zawisnął na mojej szyi.
Dodatkowo dostałam dwie książki o sporcie osób niepełnosprawnych, będzie więc co czytać pomiędzy przyswajaniem kolejnych wiadomości z zakresu pedagogiki oraz pisania kolejnych stron pracy licencjackiej.
Po nagrodzeniu zwycięzców wtorkowych konkurencji, wszyscy ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia, a następnie udali na kolację.
To był bardzo ciekawy dzień i mam nadzieję, że będzie powtórzony jeszcze nie raz. Tym bardziej, że ktoś powiedział, że planowane są kolejne edycje Memoriału, co ma sprawić jeszcze większe upowszechnienie się uprawiania sportu przez osoby z niepełnosprawnością.

piątek, 16 września 2022

1471. Przecież nie podpisywałam z nią cyrografu na całe życie

Zawsze myślałam, że wolontariat powinien być czymś, co sprawia człowiekowi radość i przynosić mu satysfakcje z tego, co robi. I tak jest w przypadku większości wolontariatów, w które się angażuję, co zresztą możecie wyczytać i wywnioskować z moich postów, w których opisuję działania na tym polu. Jest jednak jeden wolontariat podczas którego po prostu się męczę. Może nie tyle męczy mnie sam wolontariat, ile osoba, która jest, hmm..., Liderką. Chodzi mi o Sz.P. Stali bywalcy bloga pewnie pamiętają, jakie miałam z nią przeboje. Dla nowych w skrócie mogę powiedzieć, że nie odpowiada mi jej brak kompetencji, ciągłe ocenianie innych, wścibskość, wp... się w cudze życie, dzielenie ludzi na lepszych i gorszych niewiele o nich wiedząc i brak poszanowania czasu innych. W dodatku spoufala się z proboszczem mojej parafii, ale tutaj trafił swój na swego. Jakoś jednak dawałam radę i znosiłam to wszystko, zwłaszcza że tylko w pierwszym roku mojej działalności byłam z nią w parze. 
Rok temu jednak przelała moją czarę goryczy: przez jakieś 3 tygodnie nie mogłam się skontaktować z jedną z rodzin, których byłam wolontariuszem prowadzącym. Nie chciałam babsku od razu mówić, bo rok wcześniej mieliśmy z Brutusem podobną sytuację. Wtedy popełniłam ten błąd, że powiadomiliśmy Liderkę o problemie, a ona od razu wyrzuciła ją z systemu. Tymczasem tego samego dnia, tyle że po południu, Brutus miał nagrać się na automatyczną sekretarkę. Nie zdążył. Teraz pewnie byłoby tak samo, więc pozwoliłam dać sobie czas do końca tygodnia, a po niedzieli samodzielnie odrzucić rodzinę. 
Na szczęście w sobotę udało mi się dodzwonić. Trochę rozśmieszyło mnie tłumaczenie, że kobitka myślała, że to jakiś telemarketer, ale tego dnia była u męża na cmentarzu i on jej przekazał, że ma odebrać ten telefon(a w ostateczności okazało się, że kojarzy mnie z Mszy św. w bazylice), no ale dobra. Grunt, że udało mi się umówić na wtorek, 16 listopada. Tymczasem w piątek, 12 listopada(a właściwie już w czwartkowy wieczór) zaczęłam czuć się niezbyt dobrze. Co ja piszę, czułam się tak źle, że pierwszy raz w życiu wezwałam karetkę pogotowia. Przyjechali, zbadali, stwierdzili, że to nie wyrostek robaczkowy, dali lek przeciwbólowy i kazali rano iść do rodzinnej(pamiętajcie, że to był jeszcze stan epidemii w Polsce). Do rana jakoś dociągnęłam i udałam się do lekarza rodzinnego. Na szczęście mam go dosłownie po drugiej strony ulicy. Tam na szybko zrobiła mi morfologię, aby na pewno wykluczyć zapalenie wyrostka. Zapalenie wyrostka wykluczono, ale za to wyniki krwi miałam tak złe, że na cito wysłano mnie na konsultacje do hematologa. I tak zaczęła się moja dwutygodniowa pielgrzymka po lekarzach po województwie śląskim.
Jak się domyślacie, nie miałam czasu ani możliwości odwiedzenia tej ostatniej rodziny. Chyba jeszcze w sobotę napisałam na grupie, czy ktoś nie mógłby iść do niej za mnie, pisząc tylko, że jestem chora. Kilka minut później zadzwoniła do mnie Liderka wręcz wyrzucając mi moją nieodpowiedzialność. No, tylko że ja z bólu nie mogłam nawet usiąść, a ta wymaga ode mnie odwiedzenia kogoś w domu. Bez słowa się rozłączyłam, bo nie miałam siły ani ochoty słuchać jej jazgotu. Potem jeszcze wysłała mi kilka SMSów z wymówkami, ale nawet ich nie odczytywałam. W końcu ona sama wybrała się do tej rodziny na spotkanie, jednak co ja się wysłuchałam na ten temat podczas finału, to moje. Na szczęście okazało się, że to nie jest białaczka, a ostra postać anemii. No, ale trzeba było to wykluczyć.
No i teraz. Po co się wtrąca w życie mojej rodziny i tego co ja robię? Po co rozmawia o mnie z proboszczem, dla którego jestem "nikim" i jeszcze bardziej go nakręca? Po co wydzwania do moich rodziców i zarzuca im coś, nie znając ogółu sytuacji? Nie, wszystko to sprawiło, że w tym roku postanowiłam nie brać udziału w tej szopce o czym poinformowałam ją. Fakt, że SMSem, ale ja po prostu myślę, że w przeciwnym razie by mnie zajazgotała. Zgadnijcie co zrobiła Liderka? Zadzwoniła z z pretensjami do mojego taty zarzucając mi nieodpowiedzialność.

O przepraszam. Nieodpowiedzialność to by mi mogła wypomnieć, gdybym podpisała już umowę na ten rok i w trakcie zrezygnowała, albo zrezygnowała, nie powiadamiając jej o tym. Tymczasem ja jej o tym powiedziałam(dobrze, napisałam) przed podpisaniem umowy, więc nie rozumiem o co to całe halo? Wszak nie podpisywałam z nią umowy na całe życie. A poza tym ja też potrzebuję komfortu psychicznego.

No, chyba że się mylę.

Spokojnie, czasu który zyskam nie zmarnuję. Jeden z księży na wydziale(WT) zaproponował mi udział w jego projekcie badawczym, a i praca dyplomowa sama się nie napisze. Nie mówiąc już o zdobywanej wiedzy, którą trzeba będzie systematycznie utrwalać.

środa, 14 września 2022

1470. Taki wniosek na przyszłość...

Wybuch megawulkanu na ekranie telewizyjnym powoduje u mnie uczucie paniki. I jeszcze głos spikera informujący, że gorąca magma zaleje 3/4 naszego globu niwelując wszystko, co stoi na jej drodze. Po chwili ekran telewizora przybiera barwę czarną, na tym tle pojawia się krótki napis: "Brak sygnału". "Pewnie lawa zniszczyła kamerę transmitującą wybuch" - słyszę głos ni to mój, ni to taty. Ogarnia mnie niesamowite przerażenie, zwłaszcza kiedy obliczam, z nieznanego wcześniej wzoru, że lawa dotrze do nas za około 45 minut. Ostatnie 45 minut życia. I chociaż w szkole często te 45 minut dłużyło mi się w nieskończoność, teraz wiem, że miną one niesamowicie szybko. Za oknem pochmurno i wietrznie, stada ptaków lecą w nieznanym kierunku szukając ucieczki przed tym, co nieuniknione. W pokoju panuje półmrok - elektrownia nie działa. Spoglądam w kierunku Pusi, która chyba też przeczuwa koniec swoich dni. Najdelikatniej jak tylko mogę biorę ją na ręce, przytulam i szepczę jej do uszka - "Nie bój się Pusiu, wszystko będzie dobrze"...

I w tym momencie wszystko się kończy. Nie, nie nastąpił koniec świata, a koniec snu.

Hm... chyba nie powinnam słuchać Apokalipsy św. Jana przed snem. Co prawda w jednym z wywiadów ksiądz Dawid L.(przyszły błogosławiony, w myśl tezy, że "błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli") stwierdził, że jest to księga pełna nadziei, jednak ja za bardzo przeżywam to, co w niej zawarto i efekt był jaki był. A z drugiej strony - ciekawe co będzie mi się śniło po takich "Zaburzeniach osobowości"?

Dziękuję za komentarze pod poprzednim postem. Nawet nie przypuszczałam, że będzie aż taki odzew. Trzymajcie się ciepło i miejcie spokojne sny.

sobota, 10 września 2022

1469. I tak skończyła się pewna epoka

Kiedy w 2016 roku byłam na wyjeździe w Londynie, jednym z jego punktów był pałac Buckingham, czyli rezydencja brytyjskich monarchów. Oczywiście oglądaliśmy go od zewnątrz, a nie od środka. Będąc pod budynkiem wywiązała się między uczestnikami wycieczki dyskusja na temat monarchii. Ktoś żartobliwie rzucił uwagę, że książę Karol już ostrzy sobie zęby na panowanie w kraju, na co ktoś inny, również w żartach, odpowiedział: "O ile nie umrze przed matką". Uwaga nota bene była słuszna, wszak matka królowej Elżbiety, również nosząca imię Elżbieta, a do tego przydomek "królowa matka", przeżyła aż 101 lat. Co prawda ojciec, Elżbiety II, król Jerzy VI żył "tylko" 56 lat, do jego śmierci w wyniku nowotworu przyczyniło się palenie papierosów. Co ciekawe, także jej małżonek, książę Filip, również należał do długowiecznych - odszedł do wieczności w zeszłym roku, na dwa miesiące przed 100 urodzinami.
Z drugiej strony królowa była prawdziwą zagadką dla lekarzy geriatrów(czyli takich, którzy zajmują się chorobami wieku podeszłego). Bo chociaż w ostatnim czasie królowa miała kłopoty z poruszaniem się, chociaż korzystała z laski, a lekarze zalecali jej częstszy niż dotychczas odpoczynek, to jednak przez całe życie cieszyła się wyjątkowo dobrym stanem zdrowia, stając się prawdziwym ewenementem na tle swoich przodków. Tak jak wspominałam, jej ociec Jerzy VI, a także wujek Edward VIII, zostali pokonani przez nowotwór. Obydwoje byli uzależnieni od tytoniu, co wpłynęło na jego rozwój. Późno zdiagnozowane szybko wyniszczały organizm, doprowadzając do śmierci po upływie kilku miesięcy od rozpoznania. W rodzinie królewskiej zdarzały się też zgony w prawdziwych męczarniach. Jako przykład można tutaj podać chociażby królową Annę Stuart(XVII/XVIII w), która chorowała na różę(ostrą chorobę zakaźną, atakującą skórę, której przyczyną jest zakażenie paciorkowcami). Podobno ciało królowej było tak spuchnięte, że musiano pochować ją w kwadratowej trumnie. Do innych przyczyn zgonów brytyjskich władców można zaliczyć m.in. zapalenie oskrzeli, artretyzm, miażdżycę, porfirię, zaćmę, otyłość, uzależnienie od alkoholu, chorobę psychiczną, krwiak mózgu, udar mózgu, niewydolność aorty czy też problemy z sercem. Wszystkie je łączyło jedno - królowie i królowe przez lata borykały się z kłopotami zdrowotnymi, aż w końcu umierali w cierpieniu. Sami przyznajcie, że na tym tle królowa Elżbieta II była medycznym fenomenem.
W czwartkowe popołudnie na portalach społecznościowych pojawiły się lakoniczne informacje o pogarszającym się stanie zdrowia królowej Wielkiej Brytanii. Jakoś specjalnie nie zwróciłam na to uwagi sądząc, że to coś w rodzaju grypy, co najwyżej zakażenia nowym wariantem koronawirusa. Jednak kiedy natrafiłam na wzmiankę, że do pałacu w Balmolar(północno-wschodnia Szkocja) podąża jej wnuk - książę Harry, który wycofał się z bycia w rodzinie królewskiej, pomyślałam, że musi być bardzo źle.
Księciu Harry'emu zabrakło zaledwie kwadransa(inne źródła mówią, że godziny) do pożegnania się z babcią. Około godziny 19:30 świat obiegła informacja, że królowa Elżbieta II zasnęła na zawsze. I chociaż człowiek wie, że każdy musi kiedyś umrzeć, to zawsze czuję się dziwnie. Dziwnie się poczułam, kiedy zmarł Jan Paweł II, Jaser Arafat, Saddam Husajn, Osama bil Laden i wiele, wiele innych osób, które zarówno w pozytywny, jak i negatywny sposób wpisały się w naszą historię i kulturę. Dziwnie się czułam, kiedy uświadamiałam sobie, że nie usłyszę już o nich tyle, ile dotychczas. A teraz do tej długiej listy dołączyła królowa Elżbieta, która przecież była "nieśmiertelna".
Z komunikatu umieszczonego przez rodzinę w mediach społecznościowych można się dowiedzieć, że "królowa zmarła spokojnie w Balmoral dziś[8 września 2022 r. - mój dopisek] po południu". I chociaż nie została podana przyczyna zgonu, to samo użycie przymiotnika "spokojnie" sugeruje, że jej śmierć w znacznym stopniu różniła się od śmierci jej przodków.
Chociaż pałac Buckingham był powściągliwy w ujawnianiu stanu zdrowia członków królewskiej rodziny, to w przypadku Elżbiety II można śmiało powiedzieć, że cieszyła się doskonałym zdrowiem. Jej nieplanowane hospitalizacje, które trafiły do wiadomości publicznej, to zaledwie usunięcie zęba, odra, upadek z konia czy też zapalenie żołądka.
Monarchini była aktywna zawodowo do końca życia. Jeszcze dwa dni przed śmiercią zdążyła się spotkać z nową premier Lizz Truss. Jak zapewniali ci, którzy mieli okazję być przy niej podczas jej długiego panowania, pracowała dużo i ciężko - podróżowała, wypełniała obowiązki administracyjne, wizytowała gości, inaugurowała działalność szpitali, przychodni oraz szkół, brała udział w wojskowych obchodach, a także otwierała każdą sesję brytyjskiego parlamentu.
Na więcej odpoczynku zaczęła sobie pozwalać po ukończeniu 90. roku życia. Jej problemy zdrowotne ujawniły się tuż po śmierci jej męża, księcia Filipa. Królowa trafiła nawet do szpitala, tłumaczono to jednak koniecznością wykonania badań kontrolnych. Pomimo tego, że kłopoty zdrowotne widoczne były na zewnątrz, królowa w dalszym ciągu pełniła większość swoich obowiązków, w tym wyjazdy zagraniczne. Wszystko zmieniło się po zakażeniu koronawirusem w lutym tego roku - królowa częściej odwoływała spotkania, a problemy z poruszaniem się przybrały na sile. Pałac Buckingham nie informował jednak ani o jej hospitalizacji, ani o schorzeniach przewlekłych, z jakimi miałaby się borykać.
Można więc stwierdzić, że królowa zmarła po prostu ze starości, ciesząc się względnie dobrym samopoczuciem do końca swojego życia, które u każdego w pewnym momencie musi po prostu zgasnąć.
Królowa Elżbieta II zmarła po 70-letnim panowaniu. Była tym samym jedną z najdłużej panujących głów państwa w historii. Trzeba zarazem pamiętać, że panowała nie tylko nad Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, ale też nad 15 innymi państwami m.in. Australią, Grenadą, Kanadą, czy też Nową Zelandią. Większość Brytyjczyków(i nie tylko) nie pamięta innego monarchy - to królowa zawsze była obecna w ich życiu, w tym w jego najbardziej podstawowych aspektach.
Po pierwsze państwem po raz pierwszy od 1952 r. będzie rządził król, a nie królowa. Na tron wstępuje bowiem dotychczasowy książę Walii, Karol. Ostatnim królem Wielkiej Brytanii był Jerzy VI - ojciec Elżbiety II. Karol urodził się w 1948 r. jako pierwsze dziecko królowej Elżbiety oraz księcia Filipa. Dziedzicem stał się w wieku 3 lat, kiedy Elżbieta została ogłoszona królową. Przez kolejnych 70 lat był pierwszy w linii sukcesji monarchii Windsorów. Na koronę czekał tak długo, że w 2011 r. stał się osobą, która w historii rodziny królewskiej najdłużej oczekiwała na objęcie tronu. Dwa lata później został najstarszym następcą tronu w historii swojego kraju. Pojawiały się nawet spekulację, czy książę Karol doczeka się korony, także ze względu licznych skandali i niepopularności w społeczeństwie. Ostatecznie Wielka Brytania ma króla w osobie Karola III.
Nową funkcję obejmuje wielu pozostałych członków rodziny królewskiej. Chodzi tutaj głównie o drugą żonę Karola, Camillę Parker-Bowles. Przez długi czas pojawiały się spekulacje, czy po śmierci Elżbiety II będzie jej przysługiwał tytuł królowej. Tym bardziej, że sama królowa wielokrotnie sygnalizowała, że do tego nie dopuści. Jednak w lutym 2022 podjęła decyzję, która rozstrzygała tą kwestię. "Kiedy nadejdzie czas i mój syn książę Karol zostanie królem, wiem, że okażecie mu i jego żonie Camilli, takie samo wsparcie, jakie okazaliście mi. I jest moją najgłębszą wolą, by, gdy to się stanie, Camilla była znana jako królowa i kontynuowała swoją pracę na rzecz monarchii" - powiedziała Elżbieta podczas przemówienia z okazji 70-lecia swojego panowania.
Nowe tytuły otrzyma także nowy następca brytyjskiego tronu, książę William i jego żona Kate. Od teraz będą mogli się tytułować księciem i księżną Konwalii i Cambridge.
Konieczne będzie także zmienienie słów brytyjskiego hymnu narodowego z "God save our gracious Queen"("Boże, chroń Królową") na "God save our gracious King"("Boże, chroń Króla"). "God save the Queen"(bo taki jest tytuł hymnu) było hymnem wielu krajów Wspólnoty Brytyjskiej(Australii, Kanady, Jamajki i.in.) i pozostaje ich hymnem monarchicznym. 
Brytyjski hymn to niejedyny element, który ulegnie zmianie. W Wielkiej Brytanii jest ponad 100 tys. skrzynek pocztowych Royal Mail opatrzonych inicjałami królowej ERII, co oznacza Elizabeth Regina II. Skrzynki otrzymują znak monarchy, który rządzi w danym czasie. Dlatego wraz ze wstąpieniem Karola na tron skrzynki pocztowe będą musiały mieć inicjały CRIII(przyjął imię króla Karola III). Nie trzeba wspominać, że wymiana skrzynek zajmie całe lata. Ponadto prawdopodobnie na brytyjskich pieniądzach znajdzie się wizerunek nowego monarchy, to zaś oznacza, że trzeba wymienić wszystkie banknoty. Co prawda Bank Anglii uważa, że jest to jeszcze nie rozstrzygnięta kwestia, która będzie omawiana po zakończeniu żałoby narodowej, będzie jednak nad czym dyskutować, ponieważ na rynku znajduje się ok. 4,5 mld banknotów z wizerunkiem królowej Elżbiety. Aktualizacji będą także wymagały mundury policyjne i wojskowe, które opatrzone są inicjałami zmarłej królowej. To samo będzie dotyczyć tysięcy flag powiewających na budynkach służb publicznych.
Zmianie ulegną też kwestie na co dzień nie dostrzegane przez brytyjskich obywateli. Można tutaj za przykład podać tekst przysięgi wierności składanej przez posłów w czasie ślubowania. Teraz zawiera ona słowa odnoszące się do królowej, lecz przy okazji kolejnych ślubowań będzie musiało się to zmienić.

Królowa Elżbieta (21 kwiecień 1926 - 8 wrzesień 2022)
Mimo wszystko to było długie i piękne życie.

poniedziałek, 5 września 2022

1468. Właśnie minęło pół wieku od zamachu terrorystycznego podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium

Jedną z reguł przyświecającą idei starożytnych Igrzysk Olimpijskich było zawieszenie wszelkich wojen na czas sportowych zmagań. Jeżeli przyjrzeć się nowożytnym Olimpiadom, nigdy nie rozgrywano ich podczas trwających wielkich wojen ponieważ zdawano sobie sprawę z tego, że żadne państwo nie odstąpi od działań zbrojnych z powodu zawodów. Dlatego to co się stało podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 roku do dzisiaj pozostaje niezrozumiałe i budzi wewnętrzny bunt. No bo jak tu mówić o olimpijskim pokoju, kiedy organizacja terrorystyczna najpierw uprowadza, a następnie zabija sportowców?

Z wydarzeniami z Monachium pierwszy raz zetknęłam się w klasie piątej, kiedy na lekcji języka polskiego omawialiśmy czytankę z nimi związaną. Oczywiście była ona pozbawiona większej drastyczności. Pamiętam, że zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, tym bardziej, że wcześniej przerabialiśmy inną czytankę, poświęconą starożytnym Igrzyskom Olimpijskim. Wypytywałam nawet tatę o tamte wydarzenia, ale on pamiętał je jak przez mgłę. Potem pogłębiłam swoją wiedzę o tym co się wtedy stało pisząc referat na w-f o Olimpiadzie w Monachium. Ale to też były szczątkowe informację, bo w dobie bez internetu ciężko było do nich dotrzeć.

Na szczęście teraz ze zdobyciem interesujących mnie informacji nie mam większego problemu, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z opisem zamachu terrorystycznego, który miał miejsce podczas Olimpiady w Monachium w 1972 roku.

Drużyna Izraela(źródło zdjęcia)
Był ranek 5 września 1972 roku, kiedy grupa palestyńskich bojowników weszła do wioski olimpijskiej w Monachium. Palestyńczycy uderzyli w mieszkania zajmowane przez sportowców reprezentujących Izrael. Dwóch z nich zabili na miejscu. A to był dopiero początek krwawych wydarzeń tamtego dnia.
 - Jeśli kiedykolwiek pojawiły się u mnie uchwytne objawy schizofrenii, to właśnie tej nocy - tak wspomina noc z 5 na 6 września premier Izraela, Golda Meir. To były długie godziny oczekiwania razem z ministrami na jakiekolwiek informacje o akcji bawarskich sił specjalnych zamierzających odbić porwanych sportowców. Meir wspominała później ulgę, kiedy krótko po północy 6 września w niemieckich mediach pojawiły się informacje o sukcesie akcji. Jak się potem okazało, były one przedwczesne i zwodnicze. Prawda zaś była zupełnie odwrotna: akcja sił specjalnych zakończyła się porażką, a wszyscy zakładnicy zginęli.
Za zamach odpowiadała powstała w 1970 roku organizacja palestyńska nazwana Czarnym Wrześniem. Posiadała dość zdecentralizowaną strukturę. Jej niewielkie komórki działały nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i w Europie, a członkowie przez długi czas przebywali w tych krajach, w których działali, dzięki czemu dobrze orientowali się w lokalnej polityce.
Jednym z nich był Palestyńczyk urodzony w Nazarecie, Luttif Afif, który został dowódcą komanda odpowiadającego za zamach w Monachium. Ciekawostką jest, że jego matka była Żydówką, zaś ojciec bogatym arabskim biznesmenem, który wyznawał chrześcijaństwo. Być może stąd się wziął jego pseudonim - Issa, który po arabsku oznacza Jezus.
Afif studiował na niemieckiej politechnice, dzięki czemu płynnie mówił w tym języku. Po studiach pracował we Francji. W Europie osiągał sukcesy, a mimo to postanowił dołączyć do Fatahu(palestyńskiej organizacji zbrojnie walczącej o niepodległość) i od 1966 r,. brał udział w walkach na Bliskim Wschodzie. Do Niemiec powrócił na początku lat siedemdziesiątych. Zamieszkał w Berlinie, gdzie zaręczył się z Niemką. Mimo to nie zerwał swoich bliskowschodnich kontaktów. Kiedy jeden z przywódców Czarnego Września i organizator ataku na lotnisku, Ali Hassan Salameh, zaproponował Isie dowodzenie w całej operacji, zgodził się od razu.
Cały plan ataku na izraelskich olimpijczyków powstał przypadkiem podczas spotkania w Rzymie w lipcu 1972 roku. Była to odpowiedź na brak zgody na udział w zbliżających się Igrzyskach palestyńskich sportowców. Członkowie Czarnego Września, nie mogący się pogodzić z odmową Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego postanowili, że Palestyńczycy i tak wezmą jakoś udział w tych zawodach. Podczas dyskusji padła propozycja porwania grupy Izraelskich sportowców w celu wymiany ich na więźniów, którzy byli przetrzymywani w Izraelu.
Powstała koncepcja wzbudziła entuzjazm u jednego z uczestników spotkania - Abu Daouda, który później sam siebie określał mózgiem całej operacji. Korzystając z szerokich znajomości w całej Europie, Daoud zabrał się za przygotowanie akcji. Uzyskał nawet na nią błogosławieństwo władz Fatahu z Jaserem Arafatem na czele. Mimo wielu trudności udało mu się uniknąć wpadki na monachijskim lotnisku, a następnie wwieźć do miasta broń, karabiny AK-47, pistolety oraz granaty.
Igrzyska zaczęły się 26 sierpnia 1972 roku. W tym samym czasie siedmiu zamachowców szkoliło się jeszcze w Libii. Na miejscu był tylko trzymający rękę na pulsie Issa. Pozostali terroryści przybywali do Niemiec oddzielnie lub w małych grupach. Nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, na czym będzie polegać ich zadanie.
Jak wspominał jeden z nich, Dżamal Al-Gashey, wszystkie informacje otrzymali dopiero w noc poprzedzającą akcję - "Czułem dumę i radość. Moje marzenie o wzięciu udziału w akcji przeciwko Izraelczykom wreszcie miało się spełnić".
Zdjęcie-symbol tamtego zdarzenia(źródło zdjęcia)
5 września o godzinie 4:30 członkowie komanda przeskoczyli przez płot i tym sposobem dostali się do wioski olimpijskiej. Pomogli im w tym reprezentanci Kanady(albo Stanów Zjednoczonych) uznając ich za sportowców, którzy pod osłoną nocy wymknęli się do miasta, a teraz nie mogą wrócić z powrotem. Przechodzący przez ogrodzenie terroryści bili widziani przez urzędnika pocztowego, który jednak przyzwyczajony do tego widoku nie zareagował. Dodatkowo na terenie wioski olimpijskiej pracowali jako obsługa, trójka z napastników, w tym sam Issa. Dzięki temu zamachowcy szybko dotarli do domu zajmowanego przez Izraelczyków. Dostali się do niego za pomocą skradzionej karcie magnetycznej. Części ze sportowców, dzięki alarmowi podniesionemu przez sędziego zapaśniczego, Yossefa Gutfreuda, udało się uciec. On sam, słysząc arabskie głosy na korytarzu, zasłania drzwi swoim własnym ciałem. Tym samym ratuje on życie trenerowi Tuvie Sokolovskiemu oraz chodziarzowi Shaulowi Ladany'emu, którzy uciekają oknem.
Nie wszyscy jednak mieli takie szczęście. Pozostałe osoby przebywające w pokoju zostają pierwszymi zakładnikami. Wśród nich znajdują się trener lekkoatletów, trener szermierzy, trener strzelectwa oraz dwójka sędziów podnoszenia ciężarów. 
Tymczasem trwa dalsze przeszukiwanie pokoi. W tym pod numerem 3 biorą kolejnych sześciu zakładników. Następnym pokojem jest ten, w którym mieszka trener zapaśników Mosze Weinberg, Gad Tsabari i Josef Romano. Widząc zamaskowanych terrorystów chwyta za leżący na stoliku nóż do owoców, którym próbuje ugodzić Issę, ale inny zamachowiec strzela mu prosto w twarz. W tym czasie Gadowi Tsabari udaje się uciec z pokoju i ukryć w podziemnym parkingu. Ranny Weinberg jeszcze raz atakuje napastników. Któryś z nich śmiertelnie ugadza go w klatkę piersiową. Tym samym staje się on pierwszą ofiarą zamachu w Monachium. Również Romano, który atakuje zamachowców, zostaje postrzelony i umiera kilka godzin później w szpitalu. Ciekawostką jest, że chociaż Weinberg i Romano oficjalnie zgłoszeni byli jako trenerzy ekipy Izraela, to jednocześnie byli też oficerami służby bezpieczeństwa mającymi czuwać nad bezpieczeństwem izraelskich sportowców w trakcie Olimpiady.
Pierwszy akt zamachu zakończył się połowicznym sukcesem terrorystów. Nie udało im się spenetrować wszystkich pokoi, poza tym 10 izraelskim sportowcom udało się uciec. 9 zakładników ze związanymi nogami i rękoma umieszczono w największym pokoju w budynku przy Conollystrasse 31.
Pokój ofiar zamachu(źródło zdjęcia)
Niedługo potem na miejsce zdarzenia przybyła niemiecka policja, która rozpoczęła negocjacje. Ułożony przez terrorystów plan akcji przewidywał przedstawienie żądań zwolnienia palestyńskich więźniów z izraelskich zakładów karnych i odczekania 24 godzin na ich spełnienie. Jeżeli natomiast okazałoby się to awykonalne, mieli żądać przewiezienia na lotnisko i przekazania do dyspozycji samolotu, który przewiózłby ich do któregoś z krajów arabskich.
Negocjacje z ramienia fedainów prowadzone były przez Issę. Jak wspomina szef monachijskiej policji, miał on szorstki i metaliczny głos, a żądania wygłaszał jakby z naciskiem. Czasami brzmiały one tak, jakby terroryści nie do końca byli świadomi tego, co się dzieje. Rozmowy były jednak kontynuowane w celu zyskania na czasie oraz przygotowania akcji ratunkowej. Gdy tylko zażądali helikopterów mogących przetransportować ich na lotnisko, władze wyraziły zgodę. Sądzono, że kiedy tylko wylądują będzie to niepowtarzalna okazja do próby odbicia zakładników.
Rząd Niemiec zdecydował o nie negocjowanie z Pakistańczykami, w czym popierał go premier Izraela. Sytuacja była jednak delikatna. Pamiętając jeszcze sytuacje z II wojny światowej(m.in. holokaust) przed Igrzyskami w Monachium wielu Izraelczyków było niechętnych udziałowi w nich ich sportowców. W dodatku dla niemieckich władz fakt, że zakładnicy byli Żydami stanowiło dodatkowy wizerunkowy problem. Były więc gotowe podjąć wszelkie kroki niezbędne do ich uwolnienia.
Współpraca z władzami Izraela nie układała się zbyt dobrze. Przybyły na miejsce izraelski wysłannik Mossadu Zvi Zamir nie do końca był przekonany, czy plan odbicia zakładników przez niemiecką policję jest dobrze przemyślany. Premier Meir zaproponowała pomoc izraelskiego elitarnego oddziału antyterrorystycznego, ale Niemcy odmówili. Uprowadzonym pozostawało liczyć na profesjonalizm niemieckiej policji.
Dodatkowy problem polegał na tym, że w zaistniałej sytuacji nie przerwano Igrzysk. Jak wynika z niedawno odtajnionych izraelskich dokumentów dotyczących wydarzeń z Monachium, jednym z głównych argumentów przeciwko temu był fakt, że... niemiecka telewizja nie miała alternatywnych programów mogących wypełnić ramówkę. Ostatecznie, mimo nalegań władz Izraela o zawieszenie Igrzysk, nie doprowadzono do przerwy w zawodach. Jedynym na co się zdecydowano była krótka ceremonia żałobna w dniu 6 września i opuszczeniem do połowy masztu flag na stadionie olimpijskim(czego odmówiły kraje arabskie).
Tymczasem kiedy zamachowcy razem z zakładnikami dotarli na wojskowe lotnisko Fürstenfeldbruck, z którego mieli odlecieć do Egiptu, rozpętało się prawdziwe piekło. Odgórny plan przewidywał zwabienie terrorystów do samolotu, gdzie czekali już przebrani za obsługę policjanci. Cała akcja była wspierana przez pięciu snajperów rozmieszczonych na terenie lotniska. Ale przez przeciągające się negocjacje połączone z długimi przygotowaniami do operacji, śmigłowce wylądowały na płycie lotniska po 22:30. Lotnisko było słabo oświetlone, przez co snajperzy nie widzieli swoich celów. Dodatkowo policjanci ukryci w samolocie przerwali całą akcję, co uważa się za główną przyczynę jej niepowodzenia.
Sprawdziwszy samolot Issa wraz z jednym z kompanów zorientowali się, że jest to pułapka. Rozpoczęto wymianę ognia, w której zginął jeden z policjantów, którzy pilnowali lotniska. Policja nie miała przygotowanych sił odwetowych, a przede wszystkim opancerzonych transporterów, które przybyły dopiero około północy. Wywołały one taką panikę wśród napastników, że Issa zdecydował się na zastrzelenie zakładników w jednym ze śmigłowców, a następnie wrzucił do niego granat.
Zakładnicy przetrzymywani w drugim helikopterze wciąż jeszcze żyli. Kwestia odpowiedzialności za ich śmierć pozostaje sporna. Śledztwo prowadzone przez niemiecką policję pokazało, ze mogli oni zginąć od kul policjantów i snajperów. Równie dobrze mogli jednak zostać zabici przez uciekających Pakistańczyków.
Członkowie drużyny izraelskiej, którzy zginęli podczas zamachu w Monachium(źródło zdjęcia)
Ostateczny bilans tego wydarzenia to śmierć wszystkich zakładników i pięciu z ośmiu terrorystów. Wśród ofiar znalazł się też zastrzelony podczas ucieczki Issa. W czasie operacji odbicia zawodników popełniono wiele błędów:

  • Na operację zdecydowano się nie mając potwierdzonych danych o liczbie napastników. Liczby podane przez świadków wtargnięcia palestyńskiego komanda do wioski olimpijskiej, które mówiły o 5 osobach uznano za wystarczające i nie próbowano ich zweryfikować. 8 terrorystów było zaskoczeniem dla służb i przyczyniło się do fiaska operacji.
  • Media zostały dopuszczone do relacji "na żywo" sprzed budynku, gdzie przetrzymywano izraelskich sportowców. Cały świat widział jak funkcjonariusze niemieckiej policji ubrani w dresy z karabinkami na ramionach przygotowują się do penetracji szybów wentylacyjnych. Wśród widzów byli też zamachowcy, którzy na telewizorach w pokojach hotelowych oglądali ten spektakl. Ostatecznie operacja wewnątrz budynku została odwołana.
  • Do akcji użyto regularnych sił policyjnych, które nie były doświadczone w operacjach specjalnych.
  • Brak specjalistycznego sprzętu, takiego jak karabinki snajperskie i noktowizory, jak też podstawowego systemu łączności, np. krótkofalówek, przez co snajperze nie mieli możliwości kontaktu między sobą podczas całej operacji.
  • Błędne rozlokowanie snajperów, a w konsekwencji śmierć jednego z nich(dwójka snajperów była na linii ognia pozostałej trójki)
  • Zbyt mała ilość snajperów, co w przypadku błędnego rozpoznania dało katastrofalny skutek.
  • Niesubordynacja grupy szturmowej będącej na pokładzie samolotu - oddział w obawie przed komplikacjami operacji sam opuścił zajmowane stanowisko.
  • Opancerzone transportery utknęły w korku, a niektórzy kierowcy wręcz pomylili lotniska, na którym miała odbyć się akcja odbicia zakładników. W efekcie transportery przybyły na płytę lotniska już po rozpoczęciu operacji.
  • W momencie, kiedy dla życia zakładników liczyła się każda minuta, strzelanina na płycie lotniska trwała dwie godziny

Cała akcja okazała się wielką klęską i wywołała szok w Izraelu. Golda Meir zdecydowała o wyeliminowaniu wszystkich członków Czarnego Września, którzy byli odpowiedzialni za ten atak. Podjął się tego specjalny Komitet X, który przygotował zamachy na związanych z atakiem w Monachium terrorystów. W tym celu przeprowadzono specjalną operację noszącą kryptonim "Gniew Boży", zakończoną w 1979 r. zabiciem Hassana Salemeha.
Spośród odpowiedzialnych za uprowadzenie sportowców jedynie Abu Daoud uniknął zemsty, chociaż w 1981 roku został aż pięciokrotnie postrzelony w kawiarni w warszawskim hotelu Victoria.
Operacja "Gniew Boży" doprowadziła do rozbicia Czarnego Września. Do dzisiaj nie we wszystkich aspektach akcja przeprowadzona przez Issę pozostaje najkrwawszym jej zamachem terrorystycznym.

Tablica upamiętniająca zdarzenie na terenie wioski olimpijskiej(źródło zdjęcia)

źródło: 

  1. https://ochrona-bezpieczenstwo.pl/bezpieczenstwo-publiczne/terroryzm/805-zamach-terrorystyczny-w-monachium-jako-przyklad-skutkow-ataku-przeprowadzonego-w-trakcie-masowej-imprezy-sportowej
  2. https://www.newsweek.pl/historia/masakra-w-w-monachium-smierc-izraelskich-sportowcow-1972/j83vdee