Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 5 kwietnia 2024

1903. Już nie mogę się doczekać

Spotkałam ostatnio na mieście jednego znajomego, którego poznałam dzięki wolontariatowi. Było to bardzo sympatyczne spotkanie, ponieważ od słowa do słowa doszliśmy do tego, w jakich imprezach mamy zamiar wziąć udział. W ogóle bardzo się cieszę, że jestem postrzegana już bardziej jako osoba, która jest w stanie współorganizować jakieś wydarzenie na tyle, na ile może, niż taka, która ma ograniczenia, które by ją eliminowane z życia społecznego.
Już w najbliższą niedzielę w Siemianowicach jest "3 bieg Hazoka", ale ja akurat mam w tym samym czasie śniadanie wielkanocne w duszpasterstwie. Jeszcze nie opanowałam bilokacji, czyli bycia jednocześnie w dwóch miejscach przy pełnej świadomości, więc wybrałam śniadanie. Ostatnio nie było mnie na spotkaniu, więc trzeba się jakoś zrehabilitować. Zdeklarowałam się do upieczenia ciasta, zastanawiam się nad tradycyjnym mazurkiem. Mam nadzieję, że mi wyjdzie, bo nie chcę dać plamy. 
Ale przecież "Bieg Hazoka" to nie jedyna impreza w jakiej mogę w tym roku pomóc. W maju jest "Bieg Bohaterów" połączony z "Silesia Półmaratonem". Już jakiś czas temu dostałam zajawkę tego wydarzenia od odpowiedzialnych za wolontariat w Katowicach pani Basi i Grzesia, teraz tylko musiałam wypełnić formularz rekrutacyjny. Zapisałam się też na sam bieg, który w tym roku jest upamiętnieniem 20 rocznicy wejścia Polski do Unii Europejskiej. Jak wielu z Was wie, każdego roku staram się brać w nim udział, nawet wcześniej urywając się z innych zawodów sportowych.
Potem jest Memoriał Janusza Kusocińskiego, organizowany już po raz 70. Jak rok temu nie mogłam być, to cała stała ekipa zastanawiała się co też może być tego powodem. Teraz jednak postaram się być. W zasadzie jest to bardzo ciekawe wydarzenie, a i sam jego patron jest godną uwagi postaciom, która swoim życiem przekazała uniwersalne i ponadczasowe wartości.
W najbliższym czasie to chyba tyle. Jeszcze myślę nad "Górskim biegiem Frassatiego", w którym też kilka razy brałam udział jako wolontariusz. Też bardzo ciekawe przeżycie i doświadczenie. I przy okazji możliwość spotkania się ze znajomymi. Szkoda tylko, że Arka z nami nie będzie, ale pewnie będzie gdzieś tak z góry nam i wszystkim biegaczom kibicować gdzieś tam z góry.
Tyle z planów, teraz czas na rzeczywistość. Codzienność, która niesie za sobą różne zdarzenia -  i te dobre, i te złe. Jakieś 15 godzin w ciągu doby, pomiędzy które trzeba podzielić wszystkie sprawy, obowiązki, zobowiązania, narzucone sobie wymagania, ale i potrafić znaleźć czas dla siebie, na odpoczynek, ale i samorozwój. Dzisiaj pierwszy raz od dłuższego czasu zmobilizowałam się do biegania. Godzinę na stadionie AWFu w przerwie pomiędzy zajęciami na uczelni, a pracą. Może nie uzyskałam nie wiadomo jakiego wyniku, może trochę przeszłam, ale, ale myślę, że nie o to chodzi. Może bardziej chodzi o rozwijanie talentu, o ile bieganie można nazwać talentem. Ostatnio trochę to zaniedbałam, przez co miałam wyrzuty sumienia. Ale teraz warto to zmienić. Zwłaszcza, że mam zamiar wziąć udział we wspomnianym "Biegu Bohaterów". Wiecie, na pewno nie dobiegnę w nim w jego czołówce, raczej na końcu. Ale dla mnie ważne jest, aby w ogóle dobiec. A może nawet pobiec ciut szybciej niż normalnie? Tak, warto sobie stawiać cele realne do zrealizowania.

czwartek, 4 kwietnia 2024

1902. Bez sił

Dosłownie tak się dzisiaj czuję, chociaż ten dzień nie był specjalnie taki męczący. Jeden wykład, potem odwołane seminarium dyplomowe, w końcu 3,5 godziny pracy. Miałam zostać na duszpasterstwo, ale dosłownie zabrakło mi sił. Wiem, że wróciłabym z niego ok. 22:30. Ale nie wiem, czy fizycznie bym wytrwała do tej godziny. No szkoda, żałuję bardzo, ale w życiu warto być realistą i obiektywnie oceniać na co można sobie w danej chwili pozwolić, a co trzeba odłożyć. Wróciłam więc do domu na 18:00 i położyłam się spać. W sumie to już wczoraj czułam się na tyle dziwnie, że zaraz po wieczornej Mszy świętej wróciłam do domu, chociaż zaplanowany był po niej minikoncert niejakiego Mariusza Kalagi, co ciekawe, pochodzącego z DG. Chętnie bym została, bo bardzo lubię muzykę, ale czułam się tak słabo, że wróciłam do domu. Może to skutek alergii która towarzyszy mi ostatnimi czasy, jak to bywa w tej porze roku. Może ostatnia zmiana czasu tak na mnie podziałała, chociaż dotąd nie miałam z tym większych ani mniejszych problemów. A może bierze mnie jakieś przeziębienie? 
Wieczorem dotarłam do informacji, że zmarła pani Stanisława Ryster, którą wielu z nas może kojarzyć z emitowanego w latach 1962 - 2006 teleturnieju "Wielka Gra" (Ryster była jego gospodarzem od 1975 roku do końca nadawania). Jako miłośniczka wielu tego typu programów, oglądałam także i ten. Ba, pamiętam nawet jak moja nauczycielka przyrody "wróżyła mi", że kiedyś wystartuję w niej. A poziom teleturnieju był naprawdę wysoki. Tak, widziałam niedawno na youtubie filmik o oszustwach związanych z tym programem, ale w 2004-2006 roku wszystko wyglądało inaczej. Na pewno oglądałam ten program we wcześniejszych latach, ale wspomniany okres najbardziej utkwił mi w pamięci. Może dlatego, że nie tylko zaczęłam świadomie go oglądać, ale też zauważać, doceniać i wykorzystywać w różnych sytuacji pokłady posiadanych wiadomości. Teleturnieje i krzyżówki były idealną ku temu okazją. Zawsze byłam też pod wrażeniem szczegółowej wiedzy uczestników teleturnieju "Wielka Gra" zastanawiając się przy tym, skąd ją czerpali i ile zajęło im jej opanowanie. A panią Ryster już do końca kojarzyłam tylko z tym programem telewizyjnym, ale też pewnie dlatego, że nigdzie indziej nie wystąpiła. Zastanawiające jest dla mnie to, że informację o jej odejściu podano do publicznej wiadomości dopiero dzisiaj, chociaż zmarła prawdopodobnie jeszcze w marcu. Chociaż i tutaj nie jest podana data dzienna. Może z czasem i ona ulegnie uszczegółowieniu?
Stanisława Ryster (2 maja 1942 - marzec 2024)

środa, 3 kwietnia 2024

1901. Wspomnienia przyjaciela o "żelaznej damie"

Wczoraj minęło 55 lat od tajemniczej katastrofy samolotu pasażerskiego An-24 niedaleko położonej w Beskidach Zawoi. Z tej okazji, jak to już mam w zwyczaju, pokrótce starałam się ją Wam przybliżyć. Dla przypomnienia: na pokładzie maszyny Polskich Linii Lotniczych LOT znajdowały się 53 osoby, w tym socjolog, dyrektor Ośrodka Badań Prasoznawczych w latach 1961 - 1969, a zarazem dziennikarka - Irena Tetelowska - Szewczyk, zwana "żelazną damą". Jej starsza siostra Zofia Tetelowska to założycielka Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach. Kilka lat temu historię Ireny przybliżył zmarły trzy miesiące temu ks. Tadeusz Isakowicz - Zalewski, jeden z prezesów fundacji.
Zawoja 02.04.1969r. Na stoku Policy w Paśmie Babiogórskim na terenie Zawoi rozbił się samolot An-24 SP-LTF PLL LOT. W katastrofie zginęły 53 osoby (Jan Olszewski / PAP)
Historia rodziny Tetelowskich zaczyna się w Radwanowicach w 1921 roku, kiedy ojciec Ireny i Zofii, Franciszek Tetelowski po zawarciu związku małżeńskiego, kupił dwór wraz z 55-hektarowym gospodarstwem rolnym.
- Przed I wojną światowym w dworze tym, oprócz pokoi mieszkalnych i gospodarczych, znajdował się też posterunek austriackiej straży granicznej, gdyż tuż obok przebiegała granica z zaborem rosyjskim. Z tego względu w 1909 r. dobudowane zostało także piętro z nietypowym jak na Małopolską dachem. W budynku tym urodziły się wszystkie dzieci Franciszka, najstarsza Zofia, średnia Olga i najmłodsza Irena - opowiadał ks. Isakowicz - Zaleski.
Po śmierci ojca w 1941 r. gospodarstwo przejęła Zofia, która po ukończeniu liceum na krakowskich Oleandrach zamierzała podjąć studia medyczne. Podczas wojny była sanitariuszką w Narodowej Organizacji Wojskowej. Nigdy nie założyła rodziny.
W 1987 roku, współpracując ze Stanisławem Pruszyńskim oraz młodymi ludźmi ze wspólnot "Wiara i Światło" i krakowskiego duszpasterstwa osób niepełnosprawnych intelektualnie założyła Fundację im. Brata Alberta. Kamieniem węgielnym tego ogólnopolskiego dzieła, prowadzącego dziś 35 placówek dla niepełnosprawnych na terenie całego kraju, stał się właśnie dwór z gospodarstwem rolnym w Radwanowicach. Pani Zofia zmarła w 2003 r. i jest pochowana na cmentarzu w pobliskiej Rudawie.
Pierwsi podopieczni Schroniska dla Niepełnosprawnych wraz z założycielami Fundacji przed Starym Dworem w Radwanowicach (Stanisław Markowski / Archiwum prywatne)
 - Całkiem inaczej ułożyły się losy młodszych sióstr. Wyjechały one do Krakowa i tam założyły swoje rodziny. Do Radwanowic nigdy nie wróciły. Siostry wzajemnie się szanowały, ale różnica poglądów była ogromna, zwłaszcza pomiędzy Zofią a Ireną - podkreślał ksiądz.
Irena, jak pisała o niej Anna Wróbel w książce "Przodownicy pracy", "uchodziła za osobę bezkompromisową. Była jedną z prekursorek polskiego prasoznawstwa. To ona w latach 50. i 60. współtworzyła metody badania prasy. Można śmiało uznać, że Ośrodek Badań Prasoznawczych to dzieło jej życia. Stawiała go nawet ponad ideologią, w którą szczerze wierzyła. (...) Prywatnie związana z Janem Szewczykiem, filozofem, jednym z przywódców Polskiego Października".
"Była żarliwą komunistką. Typ wyznawcy. (...) Jej zaangażowanie i wiara w komunizm były tak mocne i szczere, że stanowiła kłopot nawet dla działaczy partyjnych, którzy często nie należeli do najuczciwszych. Można nawet powiedzieć, że ta żarliwość doprowadziła ją w końcu do Ośrodka Badań Prasoznawczych" - w ten sposób opisywał ją nieżyjący już prof. Walery Pisarek.
A jak widziała ją siostra i zapamiętali mieszkańcy Radwanowic?
- Mieszkańcy wioski, która w dawnych czasach była zaściankiem szlacheckim, zaangażowania Ireny w komunizm nie rozumieli. Poza tym jej więź ze wsią była znikoma. Z kolei Zofia ewidentnie matkowała młodszej o 6 lat Irenie. I to pomimo tego, że jak wspomniałem, jedna była w NOW, druga w PZPR. Nigdy złego słowa od Zofii o Irenie nie słyszałem. Co więcej, jak panią Zulę (tak familiarnie nazywali ją mieszkańcy wioski) wzięło na wspomnienia, to dużo o swojej siostrze mówiła - opowiadał ksiądz Isakowicz - Zalewski, który miał możliwość spędzenia wiele czasu rozmawiając z Zofią Tetelowską. - Imponowało jej to, że Irena czasami przyjeżdżała do Radwanowic ze znanymi osobami, np. z ks. prof. Józefem Tischnerem. Kiedyś opowiadała mi, jak w tym samym saloniku, przy słynnej wiśniówce, przez nią samą wytwarzanej, dysputy filozoficzne wiedli ze sobą trzej znajomi Ireny, czyli ksiądz [Tischner], wierzący Żyd i marksista ateista. Tym trzecim był mąż Ireny, dr Jan Szewczyk, rodem z Lublina. Był członkiem Armii Krajowej i powstańcem warszawskim, a po opuszczeniu obozu jenieckiego żołnierzem II Korpusu we Włoszech. Po powrocie do kraju budował Nową Hutę i stał się komunistą. W końcu jednak przeszedł na pozycje dysydenckie władzy. Życiorys swego szwagra pani Zofia dawała jako przykład poplątanych polskich dróg. Kiedy powstała Fundacja im. Brata Alberta i do Radwanowic zaczęli przyjeżdżać dziennikarze, to Zofia cieszyła się zawsze, że wiedzą kim była Irena i że niektórzy z nich ucieszyli się nawet na studiach z jej publikacji. Dodam, że obie siostry miały podobne charaktery, były nieustępliwe i bezkompromisowe, a przy tym bardzo wrażliwe na sprawy społeczne. Typowe siłaczki - opowiadał.
Założyciele Fundacji - Zofia Tetelowska i ks. Tadeusz Isakowicz - Zalewski (Stanisław Markowski / Archiwum prywatne)
Według profesora Walerego Pisarka tworzący ośrodek Ignacy Krasicki zaproponował Irenie Tetelowskiej pracę. W 1957 roku weszła do Kolegium Ośrodka Badań Prasoznawczych. Krasicki zyskał przy tym niesamowicie oddanego pracownika, a także "ściągnął ją z oczu partyjnym decydentom, których mocno irytowała, pracując jako dziennikarz".
Potwierdzał to ksiądz Tadeusz, twierdząc że żadne rządy totalitarne, w tym komunistyczne, nie lubiły, nie lubią i nie będą lubić dziennikarzy: - Nigdy nie słyszałem, aby Irena Tetelowska była w konflikcie z władzą. Co więcej, w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej znalazłem jej teczki. Służba Bezpieczeństwa chciała ją zwerbować na tajnego współpracownika o ps. "Szarotka". Do werbunku jednak nie doszło, ponieważ esbecy uznali Irenę za lojalną członkinię PZPR i odstąpili od działań. W przeciwieństwie do innych naukowców mogła swobodnie wyjeżdżać za granicę. Dopiero po Marcu 1968 r. i po czystkach na uczelniach krakowskich stała się, jak i jej mąż, krytyczna wobec komunizmu.
Dodatkowo pani Irena była pasjonatką w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jej siostra ceniła ją za wiedzę oraz kulturę osobistą. We wrześniu 1997 roku przez trzy dni w dworze w Radwanowicach gościł Lech Wałęsa, który przed zbliżającą się kampanią do parlamentu wspierał posła Jana Rokitę z Akcji Wyborczej Solidarność. Każdego ranka pani Zofia sama przygotowywała dla gości śniadanie. Jak wspominał kapłan, była ona zawsze ciekawa światła i z chęcią przepytywała wszystkich o różne sprawy: - Jednak Wałęsa, zamiast z nią rozmawiać, czytał przy śniadaniu gazety, szukając artykułów o sobie. Po jego wyjeździe pani Zofia powiedziała do mnie, że jej siostra, Irena, choć była szefem Ośrodka Badań Prasoznawczych, to nigdy gazet przy posiłkach nie czytała. Od tej pory Wałęsa miał u niej przechlapane - wspominał ze śmiechem, przyznając, że za to z wielką atencją wypowiadała się o premierze Jerzym Buzku, który również przyjechał do Radwanowic, oraz o marszałek Senatu Alicji Grześkowiak, którą poznała poprzez fundację. Obojga polityków ceniła za kulturę osobistą i dobre maniery, chociaż ich poglądów raczej nie podzielała, ponieważ zawsze sympatyzowała z ludowcami.
Ale jak to się w ogóle stało, że Irena Tetelowska znalazła się na pokładzie tego feralnego samolotu? Jak opowiadał ksiądz Isakowicz - Zalewski, kobieta wracała z prof. Zenonem Klemensiewiczem z konferencji w Warszawie. Ponieważ było to tuż przed Wielkanocą, brakowało już biletów. Również Irenie nie udało się go zdobyć. Z pomocą przyszedł wspomniany już prof. Walery Pisarek, wybitny językoznawca, który po dżentelmeńsku odstąpił jej swój bilet, a sam pojechał pociągiem. Po śmierci Ireny to właśnie on zastąpił ją na stanowisku dyrektora Ośrodka Badań Prasoznawczych w Krakowie. - Historia jak z filmu - podsumował duchowny. Jak dodał, jego rodzice, również poloniści i językoznawcy, bardzo dobrze znali prof. Klemensiewicza. Przyjaźnili się też z jego córką, prof. Ireną Bajerową, która także była językoznawczynią.
Prof. Walery Pisarek był językoznawcą i prasoznawcą, specjalizował się w komunikowaniu masowym i socjolingwistyce. Zmarł 5 listopada 2017 r. w wieku 86 lat. (Andrzej Grygiel / PAP)
Przy tej samej ulicy w Krakowie, przy której mieszkała rodzina księdza Tadeusza Isakowicza - Zalewskiego, mieszkała rodzina Naumczyków. Oni, czyli rodzice wraz z trójką dzieci, także znajdowali się na pokładzie tego samolotu, a tym samym - zginęła w katastrofie. Ciekawostką jest, że ojciec rodziny, Antoni Naumczyk, był żonatym księdzem z Kościoła Polskokatolickiego.
W książce "Cześć, giniemy!" poświęconej największym katastrofom w powojennej Polsce możemy wyczytać, że samolot PLL Lot typu An-24 wystartował z Warszawy o godz. 15.20 i leciał w stronę Krakowa. Lot planowo miał trwać 55 minut. Za sterami maszyny siedział pilot z 20-letnim doświadczeniem - Czesław Doliński. Po minięciu radiolatarni w Jędrzejowie stało się coś dziwnego - maszyna zniknęła z precyzyjnego radaru na lotnisku w Balicach. Innymi słowy - samolot wymknął się spod naziemnej kontroli.
Oficjalna wersja władz przypisywała całą winę pilotom. Mieli oni "przeoczyć" Kraków i z niewyjaśnionych przyczyn polecieć w kierunku pasma Babiej Góry, tj. ponad 100 km od lotniska w Balicach. Ani siostra Ireny, ani rodzice księdza Tadeusza Isakowicza - Zalewskiego nigdy nie uwierzyli w tą wersję wydarzeń.
Zawoja, 2.04.1969 r. Szczątki An - 24 na stoku Policy w Paśmie Babiogórskim (Jan Olszewski / PAP)
Panowało też przekonanie, że samolot mógł uciekać do Wiednia, a rozbił się dlatego, że piloci nie znali dobrze trasy. Inni twierdzili, że został zestrzelony. Do dzisiaj na ten temat krąży wiele wersji i legend.
Artykuł na temat katastrofy lotniczej na Policy z 02.04.1969 r. (repr. Jacek Herok / Newspix.pl)
 - Kiedy w 1999 r. powstał Instytut Pamięci Narodowej, pani Zofia, wiedząc, że znam dobrze Janusza Kurtykę, ówczesnego szefa oddziału krakowskiego, prosiła mnie, abym poszukał odpowiednich dokumentów. Dlatego też w latach 2005-2006, prowadząc kwerendę do książki "Księża wobec bezpieki", szukałem w archiwum IPN w Wieliczce także materiałów o katastrofie. Niestety nie znalazłem nic, co mogłoby rzucić nowe światło na tę sprawę. W 2014 r. napisałem artykuł pt. "Niewyjaśniona katastrofa lotnicza pod Zawoją", po którego publikacji dostałem wiele listów. Także po mszy św., którą w 50 rocznicę katastrofy odprawiłem w kościele w Radwanowicach - tłumaczył kapłan.
Irena Tetelowska została pochowana na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jej mąż, Jan Szewczyk, sześć lat później zginął w wypadku samochodowym. To on umieścił na grobie żony mosiężny odlew pierwszej strony gazety "Trybuna Ludu", z informacją o katastrofie lotniczej. Jednak pani Zofii się to nie podobało. Zdjęła więc odlew i postawiła metalowy krzyż. Tablicę przekazała na przetopienie, gdy w 1993 r., w 50 rocznicę pacyfikacji Radwanowic, mieszkańcy ufundowali dzwon noszący imię św. Rafała Kalinowskiego. Dzwoni on po dzień dzisiejszy.
Gazety archiwalne - wycinki gazet nt. katastrofy lotniczej na Policy z 02.04.1969 r. (repr. Jacek Herok / Newspix.pl)
- Śmierć Ireny była dla pani Zofii wielkim wstrząsem. Kiedyś opowiadała, że właśnie wtedy, po raz pierwszy pomyślała, aby, nie mając spadkobierców, przekazać dwór i gospodarstwo na dobry cel. I w ten sposób, kilkanaście lat później powstała Fundacja im. Brata Alberta - przyznał na zakończenie rozmowy ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zalewski.

wtorek, 2 kwietnia 2024

1900. Samolot, który przeleciał nad głową mojego taty i nie doleciał do docelowego lotniska

Dziś mija 55 rocznica katastrofy samolotu pasażerskiego An-24, który rozbił się w paśmie Policy w Beskidach. Zginęły wówczas wszystkie 53 osoby przebywające na jego pokładzie. Katastrofa ta uważana jest za jedną z największych w historii polskiego lotnictwa. A zarazem jest ona dla mnie osobiście niezwykła, ponieważ wspomniany samolot zaledwie kilka chwil przed rozbiciem się o ziemię przeleciał nad głową... mojego taty, wówczas dziesięcioletniego chłopca, który wracał wtedy ze szkoły do domu. Jak potem wielokrotnie wspominał - był to pierwszy raz, kiedy widział z bliska samolot i był nim zafascynowany, nie zdając sobie sprawy z tego, co się zaraz miało wydarzyć. Właściwie, to o wszystkim dowiedzieli się dopiero kilka dni później, kiedy udali się na niedzielną Mszę świętą (tata wychowywał się w środku lasu, bez wody i prądu). Może i ktoś coś mówił na ten temat w szkole, ale nie zwrócił na to większej uwagi.
Myślę, że tamta katastrofa byłaby zapomniana, gdyby nie kilkoro ludzi. Jednym z nich był niewątpliwie Jarosław Reszka, który opisał ją w książce poświęconej największym katastrofom w powojennej Polsce - "Cześć, giniemy".
Samolot PLL Lot typu An-24 wystartował z Warszawy o godzinie 15:20. Podróż do Krakowa miała trwać 55 minut. Za jego sterami siedział Czesław Doliński, pilot z 20-letnim doświadczeniem. Na pokładzie maszyny znajdowali się m.in. językoznawca i prezes krakowskiego oddziału PAN prof. Zenon Klemensiewicz oraz Szefowa Ośrodka Badań poznawczych w Krakowie Irena Tetelowska - Szewczyk. Wraz z minięciem radiolatarni w Jędrzejowie stało się coś dziwnego - maszyna dosłownie zniknęła z oczu operatora radaru precyzyjnego na lotnisku w Balicach. Innymi słowy - samolot wymknął się spod naziemnej kontroli.
Gajowy Franciszek Kudzia i jego rodzina mieszkali w oddalonej o 3 km od zbocza Policy leśniczówce. Krótko po godzinie 16. do ich uszu dobiegł dźwięk. "Sprzed leśniczówki roztacza się piękna panorama na okoliczne lasy i wzgórza, mimo wiosny przysypane jeszcze śniegiem. Początkowo widzieli więc wszystko jak na dłoni. Samolot leciał nisko. Gołym okiem można było dostrzec, że to maszyna pasażerska. Minął dwa niższe wzniesienia, zaczął zbliżać się do Policy. Wtedy stracili go z oczu. Maszyna weszła w obszar mgły i śnieżnej zadymki. Za chwilę rozległ się donośny huk" - czytamy w książce.
Późniejsze dochodzenie wykazało, że tuż przed rozbiciem samolot przechylił się nieco na bok i prawym skrzydłem zaczął ścinać ogromne, liczące trzysta lat drzewa. Zastanawiano się nawet, czy nie było to przygotowanie do jakiegoś manewru. Ostatnią wiadomością, jaką wysłano z lotniska w Balicach było: "Lewym skrętem na dalszą". Nie wiadomo jednak, czy pilot ją usłyszał. Do katastrofy doszło o godzinie 16.08. Jak można wyczytać we wspomnianej książce: "Strasznie okaleczone, pokawałkowane ciała. (...) Lewe skrzydło An-24 oderwało się i leży daleko od kadłuba, powyżej wierzchołków drzew. Oderwany ogon wcisnął się między trzy grube drzewa. Dalej, ok 30 m w przód, zdeformowane blachy kadłuba".
Na miejsce udali się milicjanci z Suchej Beskidzkiej, lekarze z pogotowia ratunkowego, żołnierze z dywizji powietrzno-desantowej. Około godziny 19.20 w rejonie Policy dał się słyszeć huk wystrzałów z pistoletu. Oznaczało to, że milicjanci odnaleźli miejsce katastrofy. Panowały trudne warunki, dlatego niezbędna okazała się pomoc ratowników GOPR. "Przez dwa dni górscy ratownicy śliską rynną będą wśród lasu zwozić będą sankami ciała ofiar - najpierw całe, potem tylko fragmenty" - podaje Ryszka w swojej książce.
Autor podaje, że opinia publiczna nie poznała całej prawdy o przyczynach katastrofy: "Prokuratura Wojewódzka w Krakowie ustaliła, że wypadek nastąpił z winy pilotów. W uzasadnieniu podała: załoga nie miała dokładnego rozeznania czasu lotu. Wszystko wskazuje na to, że w kabinie samolotu w ogóle nie prowadzono własnej nawigacji, zdając się na informację kontrolerów lotu. Czy to możliwe w przypadku tak doświadczonego pilota? (...) Jak można było przegapić Kraków - przy wysokim pułapie chmur i dobrej widoczności?"
Powołano więc drugą komisję. Ta również stwierdziła, że winna jest załoga nie prowadząca własnej nawigacji, ale też obsługa naziemna z Balic. Głównie operatorzy radarów, którzy nie mogli "odnaleźć" samolotu po minięciu przez niego Jędrzejowa. Ostatecznie oskarżone zostały cztery osoby z obsługi lotniska. Do procesu jednak nie doszło, gdyż objęła ich amnestia z 22 lipca 1969 r. 
W książce "Cześć, giniemy" Jarosław Reszka wykazał, że po katastrofie powstało wiele plotek i spekulacji na jej temat "... od absurdalnych - w rodzaju >>Ruscy wystrzelili rakietę, która strąciła samolot<< - do nie całkiem pozbawionych sensu? A może załoga nie wylądowała w Krakowie, bo nie mogła lub nie chciała? Może samolot został uprowadzony i minął Kraków, aby lecieć w stronę któregoś z lotnisk w zachodniej Europie? Na przykład do Wiednia?".
Aktualnie tragedię z 2 kwietnia 1969 roku upamiętnia pomnik w kształcie pionowego statecznika samolotu oraz tablicą, na której zostały umieszczone nazwiska wszystkich jej ofiar.

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

1899. Haathi - niezwykły trzynożny przyjaciel

Widząc entuzjazm w Waszych komentarzach po tym, jak zrecenzowałam Wam książkę "Szczeniak. Jak labrador ocalił chłopca z ADHD", postanowiłam podzielić się z Wami jeszcze jedną książką o podobnej tematyce, którą udało mi się przeczytać w ostatnim czasie. Tym razem był to "Chłopiec i pies". Pozycja, podobnie jak poprzednia, została oparta o autentyczną historię, która wydarzyła się zaledwie dekadę temu. Jak można się domyśleć, bardzo lubię tego typu opowieści, toteż pochłonęłam ją jednym tchem, wykorzystując drogę powrotną w Wielki Piątek z Kalwarii Zebrzydowskiej do domu. I w zasadzie, kiedy dobrnęłam do końca, a stało się to zdecydowanie za szybko, żałowałam, że ta piękna historia opisana na kartkach książki (w rzeczywistości trwa ona po dzień dzisiejszy) dobiegła już do końca.
Tytuł: "Chłopiec i pies"
Autor: Wendy Holden
Wydawnictwo: Amber
Warszawa 2015
Ilość stron: 220

W naszym polskim języku utarło się powiedzenie, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Ale czy człowiek zawsze jest najlepszym przyjacielem psa? Patrząc na początek historii Haathi, olbrzymiego psa o uosobieniu niedźwiadka, odpowiedź nasuwa się automatycznie - nie! Człowiek potrafi być okrutny, skazując zwierzę na śmierć, a na pewno na niewyobrażalne cierpienie. Jednak los przewidział dla Haathi'ego zupełnie inne przeznaczenie.
Pewnego styczniowego dnia 2012 roku pociąg przejeżdża po przywiązanym do torów kolejowych psie. Jest niemal pewne, że ginie on pod kołami potężnej maszyny. Jednak kiedy pracownicy znajdują psa okazuje się, że przeżył ten potworny wypadek. Niepewni czy uda się go uratować, zawożą zwierzę do lecznicy, gdzie okazuje się, że konieczna jest amputacja uszkodzonej nogi i ogona. Haathi, bo tak nazwano psa, chociaż potwornie okaleczony, powoli wracał do zdrowia. Na horyzoncie pojawiło się jednak widmo uśpienia olbrzyma, który nie mógł w nieskończoność przebywać w schronisku dla zwierząt. W tym momencie sztab wolontariuszy uruchomił ogromną machinę, której celem było znalezienie domu dla niepełnosprawnego psa. Na ogłoszenie trafili Collen i Willa. Chociaż mieli już jednego psa, postanowili wziąć do siebie również Haathi'ego. Jednym z powodów ich decyzji jest chęć znalezienia przyjaciela dla ośmioletniego syna Willa z pierwszego małżeństwa, ośmioletniego Owena. Owen od urodzenia zmagał się z genetyczną chorobą deformującą jego małe ciało, a przez to był bardzo samotny i zamknięty w sobie. Ale z chwilą pojawienia się w jego życiu Haathi'ego przechodzi ono ogromną metamorfozę. Nieśmiały dotąd Owen staje się duszą towarzystwa, a towarzyszący mu trzynożny przyjaciel otwiera przed nim coraz to nowe drzwi do normalnego świata.