Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 15 grudnia 2024

2083. Czyżby się ucieszył z naszej obecności?

Kiedy ogłoszono, że Adrian Galbas został mianowany metropolitą, pomyślałam sobie, że dobrze by było jechać do Warszawy na Jego ingres. A kiedy odprawiał dla nas Mszę świętą z obrzędem wprowadzenia katechumenów do wspólnoty Kościoła, podzieliłam się tym pomysłem z Madziałkiem. Jak myślicie, czym to się skończyło? Tym, że zaraziłam tym pomysłem jedną z moich najlepszych przyjaciółek, która w ciągu kolejnych kilkunastu minut kupiła bilety kolejowe do Warszawy i z powrotem na ten dzień. Takiego obrotu rzeczy się nie spodziewałam, chociaż cieszyłam się, że nie pojadę tam sama. W dwójkę zawsze raźniej.
Z niecierpliwością wyczekiwałyśmy tego dnia, jednocześnie śledząc informację na temat zbliżającego się ingresu. Już nie wiem, która z nas pierwsza trafiła na film, w którym przyszły metropolita warszawski zaprasza na to wydarzenie, ale odebrałyśmy jako skierowane też do nas. I jakoś tak jeszcze bardziej chciało nam się jechać.
Już wcześniej umówiłyśmy się z Madziałkiem, że skoro jedziemy z S-ca z samego rana, to będę nocować u niej, żeby już chociaż w sobotę nie zrywać się po czwartej z łóżka, jak to miało miejsce w tygodniu, kiedy jeździłam do Kato na akademickie roraty. Umówiłam się z nią jednak dopiero na 20:00, bo przecież o 18:00 jeszcze byłam na wieczornej Mszy świętej roratniej. Widziałam to nieme pytanie w oczach Księdza Niosącego Światło po co mi taki duży plecak z karimatą, ale myślę, że jeszcze kiedyś mu opowiem o tym dniu. W każdym razie po Mszy oddałam mu kontrolki z tego dnia i popędziłam na autobus jadący do S-ca. Na miejscu czekał już na mnie Madziałek i razem ruszyłyśmy w kierunku jej domu. A po drodze opowiadałam jej o akcji z próbną ewakuacją przeciwpożarową, jaką mieliśmy w Instytucie Pedagogiki. Nie chcę nic mówić, ale gdyby tak wyglądała prawdziwa ewakuacja, to wiele osób mogłoby jej nie przetrwać...
W sobotę wstałyśmy skoro świt i niespiesznym krokiem udałyśmy się na stację kolejową, z której tuż po godzinie 6:02 odjeżdżał pociąg mający nas zabrać do Warszawy. Po drodze okazało się, że staje on jednak w mojej miejscowości, ale przecież nic się nie stało. Przynajmniej spędziłam miły wieczór, co pewnie nie miałoby miejsca, gdybym wsiadała u siebie. Ogólnie zastanawiam się, czy kiedykolwiek pojadę pociągiem bez żadnych przygód. Tym razem - w Zawierciu musiała interweniować w pociągu policja, przez co był on opóźniony ponad 30 minut. Na szczęście po drodze ta strata została wyrównana i na peron w Warszawie Centralnej pociąg wjechał o czasie. W ogóle stwierdziłyśmy, że wcale byśmy się nie zdziwiło, gdyby z tego samego pociągu wyszedł sam Adrian Galbas, chociaż logika podpowiadała nam, że to nie jest możliwe.
Wysiadłyśmy z wagonu i zaopatrzone w googlemaps wyruszyłyśmy na podbój stolicy. Co prawda na Stare Miasto, gdzie znajduje się archikatedra warszawska można dojść spokojnym marszem w niecałą godzinę, no ale było dosyć zimno i ostatecznie postanowiłyśmy podjechać tramwajem. Na piesze spacery przyjdzie jeszcze czas. Bo może na przełomie wiosny i lata pojedziemy z Madziałkiem do Warszawy już całkowicie na luzie.
Na odpowiednim przystanku wysiadłyśmy i udałyśmy się na Stare Miasto. Trochę żeśmy się zastanawiały, która z dwóch blisko stojących świątyń to szukana przez nas świątynia, na szczęście bardzo szybko na ścianie jednej z nich dostrzegłyśmy tabliczkę informującą, że to jest ona. Jak się potem dowiedziałyśmy, ta druga to kościół jezuitów, z którego wyruszyła procesja z nowym metropolitą warszawskim, a w którym potem można było oglądać całą uroczystość na wystawionym tam telebimie i jeszcze można było przyjąć Komunię świętą.
Na rozpoczęcie ingresu czekałyśmy około godziny, ale opłacało się, gdyż miałyśmy dosyć dobrą miejscówkę. Co prawda główny widok zasłaniał nam filar (tutaj uznałyśmy wyższość naszej katowickiej katedry, gdzie wszystko jest dobrze widać), ale przynajmniej siedziałyśmy. I mogłyśmy zobaczyć procesję, która przeszła przez główną nawę świątyni. Dobrze, że abp Galbas wyróżnia się wzrostem, przynajmniej trudno go było przeoczyć spośród innych. Tradycyjnie wszyscy czekali na homilię nowego metropolitę warszawskiego. Ta trwała prawie 30 minut i brzmiała dokładnie tak:
Kiedy nadeszła chwila Komunii Świętej wraz z Madziałkiem ustawiłyśmy się w jednej z kolejek. Nie spodziewałyśmy się niczego szczególnego, dlatego ze zdumieniem odkryłyśmy, że prowadzi ona do samego metropolity. Nie wiem jak w przypadku Madziałka, ale mi serce zaczęło szybciej bić. Co ciekawe, kiedy podeszłyśmy do niego, zdawał się lekko uśmiechnąć na nasz widok. A może po prostu tylko nam się tak wydawało? Bo chyba mało prawdopodobne, aby pamiętał kogoś takiego, jak ja. Tradycyjnie ze wzruszeniem śpiewałam wraz z innymi hymn "Ciebie Boga wysławiamy", który od kilkunastu lat znam wręcz na pamięć. A nawet gdybym się pomyliła to każdy uczestnik ingresu otrzymał broszurkę, w której wydrukowane były treści wykorzystanych w nim utworów.
Przy pieśni "Misericordias Domini" abp Galbas udał się do krypty, w której leżeli jego poprzednicy (m.in. prymas August Hlond czy też Prymas Tysiąclecia Stefan Wyszyński), po drodze błogosławiąc zgromadzonym w katedrze wiernym. Wiedziałyśmy, że to już koniec, więc powoli kierowałyśmy się ku wyjściu. To tam spotkaliśmy się z klerykami z Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego, którzy też przyjechali na ingres. Przy okazji Madziałek zapytał Mateo, czy nie byłoby szansy, abyśmy zabrały się z nimi do Katowic. Mateo miał dopytać ekonoma, który organizował wyjazd i dać znać.
Klerycy poszli na obiad do Warszawskiego Seminarium Duchownego, a my z Madziałkiem do McDonalda. Na co dzień nie chodzę do tego typu restauracji (no może zimą, żeby się ogrzać i nie marznąć), ale na wyjeździe to całkiem niezła opcja, zwłaszcza gdy nie wie się, gdzie iść coś zjeść.
W międzyczasie Mateo dał znać, że możemy z nimi jechać, bo mają wolne miejsca. Przyszedł też po nas pod Maka, a potem trochę pochodziliśmy po starówce. 
Nie ma nic lepszego od kawy w doborowym towarzystwie
W świąteczno-wyjazdowych nastrojach
Autobus z katowickimi seminarzystami odjeżdżał o 16:00 spod słynnego zamku królewskiego. Zaopatrzona w dwa wyszukane na straganie magnesy (jeden dla Dorci i Robcia, bo wiem, że zbierają, a drugi dla mnie, bo jeszcze takiego nie miałam w swojej kolekcji) w ślad za Madziałkiem i Mateem zaczęłam podążać w stronę autokaru. Trochę było nam żal opuszczać naszą stolicę, ale być może jeszcze w przyszłym roku uda nam się podjechać tam na jeden dzień, tak typowo na zwiedzanie.
Tak naprawdę to była dobra decyzja, aby zabrać się z klerykami do Kato. Dzięki temu na miejscu byłyśmy krótko po godzinie 19:00 (normalnie to o tej godzinie wyjeżdżałybyśmy pociągiem do S-ca). W dosyć dobrych humorach, pełne pozytywnych wrażeń, zmierzałyśmy w stronę dworca PKP, skąd pojechałyśmy do Madziałka. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wrócić do siebie, wszak godzina była jeszcze wczesna. Ale zanim dojechałyśmy do S-ca, zanim dotarłyśmy do Madziałka, u której miałam rzeczy, to trochę zeszło. Ostatecznie zostałam przy pierwotnym pomyśle pozostania u niej na jeszcze jedną noc. Przynajmniej znowu miałam z kim pogadać. Bo wiecie, niby w domu rozmawiam z Pusią (to mój kot), ale to jest bardziej monolog niż dialog.

środa, 11 grudnia 2024

2082. Dla mnie to nie porażka, a normalna reakcja

Religia, jak wiadomo, nie jest przedmiotem obowiązkowym w polskim systemie szkolnictwa. Nawet nie wiem, czy w okresie po przemianach ustrojowych, kiedy ponownie została wprowadzona do polskiego systemu szkolnego taka była. Bo jak wielu z Was pamięta, przed 1990 rokiem, całkowicie usunięto ją ze szkół i umieszczono w przykościelnych punktach katechetycznych. Nie mnie oceniać, czy powrót religii do szkół był dobrym czy złym pomysłem. Ja nie znam innej formy nauczania. Ale jak ostatnio powiedział Ksiądz Niosący Światło: on jako dziecko był świadkiem powrotu religii do szkół, a aktualnie na jego oczach jest jej usuwanie z nich. A jako przykład podał to, że w wakacje w szkole w której uczy był remont i siłą rzeczy zdjęli wszystkie krzyże ze ścian, co jest oczywiste. Ale po wakacjach nie wróciły one jeszcze na swoje miejsce. I sam się zastanawiał, w jakim kierunku idziemy - czy chrześcijańskich korzeni naszego państwa, czy może jakichś nowych ideologii.
Wczoraj natomiast był taki jakiś nieswój. Było widać, że coś go gryzie, że coś nie daje mu spokoju. Nie naciskałam na niego, bo wiedziałam, że jak będzie chciał, to sam się wygada. I tak też się stało. Akurat po wieczornym spotkaniu Kręgu Biblijnego wszyscy pozostali uczestnicy poszli już do domu, ja zostałam właściwie tylko po to, aby pozbierać pojemniki, w których przyniosłam babeczki. Ku mojej uciesze smakowały wszystkim, a z drugiej strony było mi żal, że ksiądz nie mógł ich spróbować, jak inni. On próbował to odwrócić w żart, ale mało skutecznie. Nagle, ni stąd ni zowąd powiedział, że chyba doznał życiowej porażki - pierwszy raz od momentu, kiedy został księdzem, a zarazem katechetą (czyli od 20 lat) zmuszony został do wpisania uczniowi nieklasyfikowania z... religii. Tak źle nie było nawet w zawodówce, w której kiedyś uczył. Bo tam może i czasami go lekceważyli, ale przynajmniej widział ich na lekcjach. A tutaj z jednej strony rodzice zapisali chłopaka na religię, a z drugiej niemal co tydzień piszą mu zwolnienia z tego przedmiotu. Więc to dla księdza jest jakimś nieporozumieniem i zdecydował się na taki krok. Bo albo zapisuje się dziecko na coś i ono na to chodzi, albo nie i wtedy nie jest zobowiązane do uczestnictwa w czymś.
Przy okazji przypomniało mu się, jak kilka lat wstecz nie dopuścił innego chłopaka do bierzmowania. Mniej więcej dlatego, że nie wykazywał jakiejś dojrzałości chrześcijańskiej. A że Ksiądz Niosący Światło jest wyjątkowo cierpliwym i wyrozumiałym człowiekiem, to muszę przyznać, że owy chłopiec musiał nieźle go zdenerwować. Jednak babcia chłopca w innej parafii załatwiła mu sakrament - wystarczyło dać księdzu kopertę (proboszcza i Księdza Niosącego Światło też próbowała przekupić, ale się nie dali). Potem chłopak wiele razy zarzucił księdzu, że to on jest tym złym, bo nie dopuścił go do sakramentu. 
Ogólnie widać było, że ksiądz tą obecną sytuację bardzo przeżył. Nie jest raczej człowiekiem łatwo ulegającym uczuciom (chociaż podobno moje życzenia zawsze go poruszają), a teraz po prostu widać po nim było, że ma z tym problem, głównie w głębi swojego sumienia. To trochę sytuacja jak ta w sierpniu, tyle że teraz nie "oberwałam rykoszetem". I widać było, że ma wątpliwości co do tego, jak postąpił. Ale nie zgodzę się z tym, aby postrzegać to w kategorii porażki. Rodzice nie musieli zapisywać syna na religię, nic by się nie stało, gdyby tego nie zrobili. Co najwyżej chłopiec miałby mniejszą wiedzę na tematy teologiczne, czy też niższą średnią. Ale skoro zapisali go na zajęcia, to wypadałoby, aby czasami się na nich pojawił. Bo na żadnym innym przedmiocie nie przeszłyby wieczne zwolnienia pisane przez rodziców. To dlaczego w przypadku religii ma być inaczej. Czy ksiądz, który przecież też jest przygotowany do pracy pedagogicznej, ma inne, niższe kompetencje? Raczej nie. Dlatego to nie jest jego porażka, a raczej rodziców tego ucznia. To oni nie dopilnowali go, czy też zezwolili na tego typu proceder. A może nawet wielu zrozumie, że religia, chociaż nadobowiązkowa, jest przedmiotem szkolnym, na którym obowiązują takie same zasady, jak na każdym innym. Z tą tylko różnicą, że z katechezy można się wypisać bez konsekwencji, a z innych przedmiotów już nie. I choćby nie wiem jak bardzo Księdza Niosącego Światło gryzło sumienie odnośnie podjętej przez niego decyzji, to osobiście uważam, że była ona słuszna. Bo albo się wszyscy szanujemy, albo nie i ponosimy tego konsekwencje.

wtorek, 10 grudnia 2024

2081. I jeszcze raz konferencyjnie

A o tej konferencji zupełnie sobie zapomniałam, chociaż tydzień wcześniej prowadząca ćwiczenia z Wspomagania rozwoju psychoruchowego (pedagogika) na pewno mówiła, że pójdziemy przynajmniej na jeden wykład w ramach zajęć. Ale przez kolejne dni tyle się działo, że kompletnie wyleciało mi to z głowy. Dlatego jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że grupa na czele z prowadzącą zajęcia zamiast do sali, poszła na wydziałową aulę. Dopiero wtedy coś zaczęło mi świtać w tej mojej nieogarniętej głowie. No tak, było mówione. Dobrze, że tym razem nie spóźniłam się na zajęcia, bo chyba bym myślała, że są odwołane.
Wystąpienie, na które poszliśmy dotyczyło transpłciowości, niebinarności i cispłciowości - podstaw różnorodności płciowej. Już na wstępie każdemu z nas wręczono uczelniany długopis oraz firmowy notes. Mniemam, że po to, abyśmy mieli czym i na czym zapisywać nasze uwagi. Z drugiej strony, szkoda że u nas nie było takich gadżetów na "Katedrach...". Ale może za rok uda się coś zorganizować.
Co do treści wystąpienia, to dla mnie było ono ugruntowaniem dotychczas zdobytej wiedzy. Uwierzcie mi na studiach z Nauk o Rodzinie dosyć dużo uwagi poświęca na tego typu rzeczy. Myślę, że każdy mniej więcej wie, czym jest transpłciowość i niebinarność, zagadką może pozostawać cispłciowość. Już wyjaśniam o co chodzi - najprościej mówiąc jest to spójność pomiędzy płcią przypisaną nam po urodzinach, a naszą tożsamością płciową. W ogóle wykład był ciekawy, widać było, że prelegent ma rozległą wiedzę w tej dziedzinie i jest swoistym ekspertem. I tylko szkoda, że w związku z przedłużającym się jego wystąpieniem inny prelegent był bardzo niemiły. No i że nie zostaliśmy na innych wystąpieniach.
I żeby nie było, zapomniałam nie tylko o odbywającej się tego dnia konferencji i wykładzie, na który mieliśmy iść w ramach zajęć, ale także o kolokwium, które mieliśmy z Wspomagania rozwoju psychoruchowego tuż po tymże wykładzie. Kiedy zobaczyłam lądujące przede mną dwie kartki, automatycznie zrobiło mi się słabo. Chciałabym napisać, że pisałam to, co umiałam, ale ja nic nie umiałam. To była jedna wielka improwizacja i pisanie na podstawie własnych doświadczeń. I zupełnie nie wiem, jak interpretować słowa prowadzącej, że ona jest prostudencka i żadnemu studentowi nie zrobi krzywdy. W to nie wątpię. Jednak myślę, że może się ciut podłamać czytając moje złote myśli. No cóż, mam nadzieję, że nie będę musiała do niej dużo razy pielgrzymować, aby zdać. 
A potem pędem musiałam gnać na Wydział Teologiczny na zajęcia z Podstaw coachingu. Na szczęście, ostatnie. Na drugie szczęście, ćwiczenia nie kończą się kolokwium, tylko napisaniem pracy zaliczeniowej, w dodatku do oddania po przerwie świątecznej. Nie, drugiego kolosa w tym dniu bym nie przeżyła.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

2080. 8 Festiwal Nauki w Katowicach

Ostatnio pisałam Wam jak nie należy organizować jakiejś imprezy, nawet jeżeli jest to w zasadzie niewielka konferencja wydziałowa. Na pewno nie należy traktować ją tylko i wyłącznie jako swoją, że to ja i tylko ja jestem odpowiedzialna za jej organizację, a reszta... W zasadzie to dobrze, że jest, ale gdyby ich nie było, to też jakoś dałabym sobie radę. Pół biedy, jeżeli ktoś ma chociaż mgliste pojęcie o organizacji czegoś takiego. Ale tutaj nawet tego zabrakło.
Jak na ironię, zaledwie dwa dni później, kolejny raz miałam przyjemność być wolontariuszem podczas kolejnej, 8 edycji Śląskiego Festiwalu Nauki. Impreza ogromna, rozłożona na trzy dni, przez którą przewinęła się liczba gości liczona w tysiąca. Jak można się domyśleć, jej organizacja wymagała niebywałej precyzji, zorganizowana i nie było tam miejsca na jakąkolwiek improwizację. Do pomocy przydzielono kilkaset wolontariuszy w różnym wieku. Co istotne, już 2 tygodnie wcześniej znałam mój grafik pracy, dzięki czemu mogłam chociażby ustalić w jakich godzinach mogłabym postać przy stoisku zorganizowanym przez Koło Naukowe Teologów, w którym też działam. Nie będę ukrywać, że było to dla mnie niesamowite ułatwienie. A zarazem pokazało profesjonalizm i długoletnią praktykę ludzi organizujących wydarzenie.
Jeszcze w piątkowe popołudnie, tuż po nieszczęsnej konferencji, udaliśmy się z kolegą z wydziału, który też był wolontariuszem podczas wydarzenia, udaliśmy się do katowickiego Międzynarodowego Centrum Kongresowego, gdzie odbyło się dla nas specjalne szkolenie m.in. z topografii obiektu. Dorian był pierwszy raz, więc była to dla niego zupełna nowość. Starałam się w miarę możliwości odpowiedzieć na jego liczne pytania, niestety, wszystkiego nie wiedziałam i musiałam odesłać go do bardziej kompetentnych osób. Podczas oprowadzania po obiekcie na hali głównej dostrzegliśmy ludzi z Koła Teologicznego, którzy rozkładali stanowisko. Dorian nawet napisał jego przewodniczącej, że ich widzimy, ale odpowiedź zwrotna przyszła dopiero wtedy, gdy już wyszliśmy z pomieszczenia.
W tym roku działałam tylko przez dwa dni - w niedzielę oraz w poniedziałek. W niedzielę przez pierwszą część dnia siedziałam na stoisku Koła Naukowego Teologów. Już wcześniej ułożyłam dwie krzyżówki związane z Górnym Śląskiem, chociaż już bardziej - z Katowicami.
Jak powiedziała przewodnicząca Koła Naukowego - "Na bogato". Oprócz tego mieliśmy jeszcze jedną krzyżówkę i dopasowywankę świątyń do ich nazw. Na naszym stoisku można było też zobaczyć m.in. ręcznie zrobioną makietę kościoła Mariackiego w Katowicach, zastawę arcybiskupa Augusta Hlonda i arcybiskupa Arkadiusza Lisieckiego podarowaną im przez lokalnych rzemieślników, czy też liczne książki poświęcone archidiecezji katowickiej, która przeżywa 100-lecie swojego istnienia.
Przez drugą część dnia chodziłam po hali i informowałam gości, gdzie co mogą znaleźć oraz gdzie mają iść, aby dojść w obrane sobie miejsce. Pod koniec dnia znałam na pamięć lokalizację większości stoisk i tego, co można na nich zobaczyć.

W poniedziałek całe dwie zmiany przesiedziałam na strefie dla dzieci, gdzie wraz z "Technicznym przedszkolem" grałam z dzieciakami w grę logiczną polegającą na odpowiednim poprzestawianiem kolorowych kubków tak, aby znalazły się one na odpowiednim miejscu. Tak naprawdę wystarczyło tutaj zastosować odpowiedni algorytm, co wbrew pozorom nie było takie proste. Zachowanie jednej nauczycielki mnie tutaj rozbroiło: stwierdziła, że ma siedmioletniego geniusza matematycznego, który na pewno bez problemu rozwiąże tą zagadkę. Pomijam już to, że zupełnie zmieniła zasady zabawy na swoje (bo ona takie stosuje przy podobnej zabawie), ale stała nad tym malcem, co chwilę go poganiając i komentując jego ruchy. Kurcze, też byłam dobra z matematyki, ale nauczycielki wiedziały, że to co kompletnie mnie rozprasza to właśnie tego typu zachowania. 
Na koniec wszyscy zostaliśmy zaproszeni przed Scenę Główną, gdzie rektor Uniwersytetu Śląskiego, profesor Ryszard Koziołek, podziękował wszystkim zaangażowanym w organizację festiwalu za pomoc i za to, że po raz kolejny wszystko jak najbardziej się udało. Wiecie, że ochrona była tak skuteczna, że któregoś dnia nie wszedł na obiekt jeden z kluczowych gości wydarzenia, ponieważ nie miał na ręce odpowiedniej opaski, bo zdjął ją poprzedniego dnia? Obejrzeliśmy też film, który podsumowywał roczny projekt Katowic-Miasta Nauki. Były też ujęcia z wydarzeń, w których osobiście brałam udział. 
To były wspaniałe dni poświęcone popularyzowanie nauki nie w szkolnych ławkach i uczelnianych salach, ale poprzez doświadczanie jej wszystkimi zmysłami. Świetna inicjatywa, która rozwija się już ósmy rok i nic nie wskazuje na to, aby miała się skończyć. Na te dni do Katowic przybywają ludzie praktycznie z całego kraju, można więc powiedzieć, że Śląski Festiwal Nauki stał się wręcz wizytówką stolicy Górnego Śląska.

niedziela, 8 grudnia 2024

2079. Dzień skupienia w Rybniku

Każdego roku Duszpasterstwo Akademickie oraz Towarzystwo Ciemnych typów przeżywają swój dzień skupienia. W tym roku miał on miejsce w dniu wczorajszym w Rybniku, w parafii do której został skierowany zaprzyjaźniony z Duszpasterstwem ksiądz Paweł, a dla mnie po prostu Paweł. Z samego rana pociągiem i autami udaliśmy więc się do parafii Matki Boskiej Częstochowskiej, na której posługiwał kiedyś ksiądz Krzysztof. Po przybyciu do Rybniku zebraliśmy się pod dworcem PKP, skąd udaliśmy się w odpowiednim kierunku.
O 11:00 wszyscy przybyli udali się do znajdującej się na dole domu katolickiego kaplicy, jeszcze nie tak dawno pełniąca funkcję kościoła parafialnego. Każdy z nas spokojnie znalazł sobie miejsce do siedzenia i niecierpliwie wyczekiwał, co też powie nam ksiądz Paweł.
Młody neoprezbiter oparł swoje rozważania dotyczące nadziei o encyklikę Spe salvi napisaną ręką papieża Benedykta XVI. Swoją drogą, chyba będę musiała w końcu przeczytać ten dokument (oczywiście po tym, jak zapoznam się ze wszystkimi tego typu dokumentami napisanego przez Jana Pawła II). Pokazywał w nim, że nadzieja ma wiele oblicz, a niektóre z nich są dosyć zaskakujące. Znacie powiedzenie, że nadzieja jest matką głupich? A przecież jednocześnie jest ona jednym z imion Boga oraz Cnotami Boskimi, czy też cnotami teologalnymi. A więc jest czymś potrzebnym w naszym życiem. Tam, gdzie kończy się wszystko, tam pozostaje jedynie nadzieja na lepszy czas. Chciałabym wrzucić tutaj całe nagranie tej konferencji, za bardzo jednak nie wiem jak. Myślę, że wielu rozśmieszyło stwierdzenie, że pewnie mamy nadzieję, iż kapłan zaraz skończy to przemówienie i tak też się stało - konferencja się skończyła, a Paweł popędził na wizytę kolędową. Chociaż wcześniej udało nam się zrobić pamiątkowe zdjęcie.
Po zakończonej konferencji mieliśmy okazję wziąć udział we Mszy świętej, którą sprawowali ksiądz Krzysztof i ksiądz z parafii. Szczerze powiedziawszy to czułam się w nim trochę tak, jak w moim parafialnym kościele te 20 lat temu - kiedy był jeszcze w stanie surowym. Na Mszę przybyło jeszcze kilkoro osób. Poniższe zdjęcie ukazuje, że było nas całkiem sporo.
Po Mszy świętej i zabraniu naszych rzeczy z salki katechetycznej ksiądz Krzysztof zabrał nas do burgerowni znajdującej się w centrum miasta. Zna to miejsce od lat i serdecznie poleca je każdemu. W zasadzie nie wiem, jak smakują burgery, bo żadnego nie kupiłam, ale kulki serowe mają całkiem smaczne.
Po posileniu się podzieliliśmy się na dwie grupy i jedna poszła pod rybnicką katedrę, a druga, w tym ja, udała się na dworzec PKP, skąd pojechaliśmy pociągiem w kierunku Katowic. Na miejsce dojechaliśmy o 17:45. Szczerze powiedziawszy, to myślałam, że zejdzie nam szybciej. Jednak cały dzień uważam za w miarę udany i cieszę się, że wzięłam udział w tym wydarzeniu.
Jutro dzień równie intensywny - cały dzień na Śląskim Festiwalu Nauki, najpierw na stoisku naszego Koła Naukowego Teologów, wieczorem Msza święta wraz z nauką rekolekcyjną w Duszpasterstwie Akademickim. Potem dwutygodniowy maraton kolokwiów i referatów. A potem już to, co przyjemne, czyli święta.
Przed chwilą skończyłam natomiast wypiekać 24 babeczki (12 jogurtowych i 12 czekoladowych) na poniedziałkowy Kręg Biblijny.
Już na pierwszy rzut oka widać, że dwie czekoladowe nie do końca wyszły i wylały się z formy. Ale pozostałych 22 jest raczej niczego sobie. Mam nadzieję, że nic im się nie stanie, kiedy będą cały dzień przebywać w pudełku w plecaku. Podejrzewam, że z Śląskiego Festiwalu Nauki pojadę prosto do kościoła i nie będę miała kiedy w międzyczasie podskoczyć po nie do domu. Pachną nieziemsko i mam nadzieję, że tak samo będą smakować.