Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 12 września 2025

2263. Postać św. Carla Acutisa - inspiracją dla innych...

Jak wiecie z bloga, postać świętego już Carla Acutisa niezwykle mnie motywuje do działania a zarazem inspiruje. Myślę, że wraz z ogłoszeniem go świętym to zainteresowanie nie przycichnie, a w dalszym ciągu będzie we mnie "pracować" i wzrastać. Bardzo bym chciała, za jego przykładem, stworzyć stronę internetową poświęconą młodym ludziom, których kościół ogłosił świętymi i błogosławionymi, a którzy pokazali, że można to osiągnąć w każdych czasach, w jakich się żyje. Skoro większość ich współczesnych rówieśników spędza czas w sieci, to może tą drogą uda mi się do nich dotrzeć. Na razie są to luźne plany, z których nie wiadomo co wyjdzie. Po pierwsze, nie wiem czy znajdę czas na ich realizację, a po drugie - moje zdolności pisania stron internetowych są żadne. Ale mam już wypożyczonych kilka książek w tym zakresie. Od czegoś trzeba zacząć - chociażby od podzieleniem się pomysłem z Wami i poczytaniem co nieco na temat programowania. I samych świętych i błogosławionych, rzecz jasna.
W tym drugim pomagają mi różne źródła. A wiadomości w nich znalezione niekiedy wprawiają mnie w poczucie wyjątkowego podziwu co do stylu życia młodych wyznawców wiary. Chociażby to, że w wielu wywiadach mama świętego Carla Acutisa podkreślała, że bardzo ważny wpływ na katolickie wychowanie jej dziecka miała polska niania. Z okazji kanonizacji chłopca w "Niedzieli Ogólnopolskiej" pojawił się bardzo ciekawy wywiad z Beatą Anną Sperczyńską, która była jego nianią, a dzisiaj jest dyrektor zarządzającą w międzynarodowej firmie zajmującej się reklamą i promocją znanych marek.

To on wybrał mnie
Niedziela Ogólnopolska 36/2025, str. 12 - 13

Krzysztof Tadej: Kiedy poznała Pani Carla Acutisa? Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie?
Beata Anna Sperczyńska: Poznałam Carla w Centoli, małym miasteczku na południu Włoch, znajdującym się niedaleko miejscowości Palinuro. Carlo spędzał tam wakacje z dziadkami - Luaną i Antoniem (rodzicami jego mamy). Byłam tam na urlopie i szukałam pracy, żeby sobie dorobić. Dziadkowie Carla mieli już dwie kandydatki - dziewczyny z Polski, ja byłam trzecia. Z Carlem to była miłość od pierwszego spotkania. Spaliśmy w jednym pokoju, a po wspólnie spędzonym poranku wiedziałam, że otrzymam tą pracę. Porozumiewaliśmy się bez słów, naśladując głosy zwierząt, co w naturalny sposób zbliżyło nas do siebie. Wierzę, że to on mnie wybrał, a nie jego dziadkowie. Ten pierwszy poranek, pełen ciepła i światła, na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Krzysztof Tadej: Mama Carla Acutisa często podkreśla, że katolickie wychowanie Carlo zawdzięczał rodzinie ojca i polskiej niani, czyli Pani. Uczyła Pani Carla się modlić? Opowiadała o Bogu?
Beata Anna Sperczyńska: To prawda. Pierwszą modlitwą, której Carlo bardzo szybko się nauczył - i to w języku polskim - była modlitwa Aniele Boży, stróżu mój. Uczył się słów na pamięć, nie znając wówczas ich znaczenia. Dopiero później zaczął zadawać pytania o ich sens, gdy modlitwa stała się regularnym wieczornym rytuałem. Miałam nawet kasetę magnetofonową z nagraniem Carla, ale niestety, po kilku przeprowadzkach te cenne pamiątki zniknęły.
Byłam nianią Carla. Starałam się aktywnie uczestniczyć w jego wychowaniu - z czułością i uwagą. Od najmłodszych lat uczyłam go, jak żyć blisko Jezusa. Dla niego ta relacja była czymś zupełnie naturalnym - była niemal przyjacielska, jakby znali się od zawsze. Dla mnie również było to coś oczywistego - wychowałam się w małej miejscowości, w katolickiej rodzinie, w której najważniejszym wydarzeniem tygodnia była niedzielna Msza św. W czasach mojego dzieciństwa i młodości kościół był właściwie jedynym źródłem kultury na wsi.
Carlo nigdy nie przechodził obojętnie obok kościoła. Zatrzymywał się, zaglądał, pozdrawiał - jakby wstępował do domu kogoś bliskiego. Nawet na krótką chwilę. Czuł się tam po prostu dobrze.
Krzysztof Tadej: Czy obok modlitwy Aniele Boży znał inne modlitwy w języku polskim? Czy mówił w naszym języku?
Beata Anna Sperczyńska: Carlo nie mówił po polsku, ale znał kilka słów. Kiedy pozdrawiał moich rodziców podczas rozmowy telefonicznej, zawsze zaczynał po polsku: "Dzień dobry, witam was!". I tak jak wspominałam, modlitwę Aniele Boży odmawiał wieczorami w naszym języku.
Krzysztof Tadej: Mama Carla Acutisa, p. Antonina, wspominała, że podczas pierwszego spotkania w ich domu miała Pani ze sobą woreczek pełen obrazków Matki Bożej Częstochowskiej. Czy obrazek, który otrzymał od Pani Carlo, to był pierwszy obrazek z wizerunkiem Matki Bożej w jego życiu?
Beata Anna Sperczyńska: Tak, to prawda. To był pierwszy wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej - Czarnej Madonny z Jasnej Góry.
Ten obraz był mi szczególnie bliski, bo od dziecka towarzyszył mi niemal każdego dnia. Miałam go zawsze przy sobie, włożony w modlitewnik Droga do nieba, który otrzymałam przy Pierwszej Komunii św. Pielgrzymki na Jasną Górę były dla mnie czymś więcej niż tylko wakacyjnym wyjazdem - były ważnym, duchowym przeżyciem. Czasem pełnym zmęczenia, ale i radości, wspólnej modlitwy i ciszy. To była wyprawa serca, która zostawiała ślad na długo. Ten wizerunek Matki Bożej był jak znak obecności - opieki, nadziei i nieustannego towarzyszenia. Nosiłam go przy sobie nie tylko z przywiązania, ale też z poczucia, że Ona naprawdę jest blisko. Później w życiu Carla była Czarna Madonna z Pompei (Matka Boża Różańcowa), ale to inna historia.
Krzysztof Tadej: Jakim dzieckiem był Carlo Acutis w codziennym życiu? Co go wyróżniało?
Beata Anna Sperczyńska: Carlo był radosnym dzieckiem. Przez długi czas był jedynym wnukiem, co sprawiało, że był otoczony wielką miłością i uwagą swojej rodziny. Jego życie było pełne szczęścia, a on sam emanował niezwykłą energią. W codziennym życiu wyróżniał się cierpliwością - nie marudził. Potrafił czekać i z pokorą przyjmować to, co przynosił dzień.
Krzysztof Tadej: Miał jakieś wady?
Beata Anna Sperczyńska: Carlo z pewnością nie był doskonały, ale był wyjątkowy. Miał swoje wady, jak każde dziecko, jak każdy człowiek, ale szczerze mówiąc, trudno mi jest teraz je sobie przypomnieć. Na pewno nie był np. zarozumiały, chciwy ani leniwy. Pamiętam jednak, że zdarzało nam się czasem plotkować na temat jego kolegów lub moich znajomych, ale to raczej była moja słabość, a nie Carla. Te chwile nie umniejszały jednak jego wyjątkowości - raczej świadczyły o jego ludzkiej naturze.
Krzysztof Tadej: Jeśli miałaby Pani wybrać jedno czy dwa konkretne wydarzenia z życia Carla, które świadczą o nim, to jakie byłyby to wydarzenia?
Beata Anna Sperczyńska: Z pewnością sytuacja związana z urodzinami Giacoma, jego kolegi z przedszkola. Do dzisiaj ją pamiętam. Miałam na szyi drewniany różaniec, który zawsze nosiłam. Dziś może to być uznawane za cool, ale wówczas było dość dziwne. Ktoś kiedyś to skomentował i ja, żeby uniknąć dalszych uwag, schowałam go pod koszulą. Chciałam, żeby był mniej widoczny. Carlo to zauważył i powiedział: "Bea, nie chowaj go, to najpiękniejsze korale na świecie". To wydarzenie zrobiło na mnie ogromne wrażenie, ponieważ Carlo nie tylko dostrzegł, że Różaniec jest dla mnie źródłem pokoju (w pewien sposób stanął w mojej obronie), ale także zrozumiał jego głęboką wartość. Widział w nim coś więcej, niż tylko zwykły przedmiot dekoracyjny, znał jego najgłębsze znaczenie i przy okazji przewidział, że kiedyś stanie się modnym dodatkiem. Jego słowa były pełne ciepła. Potrafił dostrzec piękno w rzeczach, które dla innych mogły być niewidoczne.
Krzysztof Tadej: Co zaskakiwało Panią w tym chłopcu, który dojrzewał? Dowiadywał się coraz więcej o świecie i miał coraz więcej doświadczeń...
Beata Anna Sperczyńska: Zaskakujące było to, jak szybko jego spojrzenie na świat zaczęło się zmieniać. Z dnia na dzień dostrzegał złożoność rzeczy, które wcześniej wydawały się proste. Choć dojrzewanie wiąże się z odkrywaniem, że świat nie jest czarno-biały, Carlo szybko zrozumiał, że pojęcia takie jak prawda, sprawiedliwość, czy przyjaźń mają głębsze, bardziej złożone znaczenie. To zrozumienie nie zawsze przychodziło mu łatwo, ale starał się je ogarnąć i odnaleźć własne miejsce w skomplikowanym świecie.
To, co w nim zawsze zaskakiwało, to jego niezwykła zdolność zadawania pytań, które miały sens. Zadając je, potrafił dostrzegać rzeczy, które umykały innym lub których inni nie chcieli dostrzec. Był jakby bardziej uważny i wrażliwy na to, co kryje się pod powierzchnią. To sprawiało, że jego sposób postrzegania był wyjątkowy.
Krzysztof Tadej: Czy Carlo lubił opowieści o świętych?
Beata Anna Sperczyńska: Pierwszym świętym, którego razem przerabialiśmy, był św. Karol. Ja nie znałam jego historii, ale ktoś podarował Carlowi wersję opowieści o świętym dla dzieci i tak wszystko się zaczęło. Poznałam historię świętego, a Carlo zrozumiał, że jego imię nie jest przypadkowe - to imię świętego, które otrzymał podczas chrztu, a nie tylko po dziadku. Historie świętych to kalejdoskop ludzkich postaw, wad, zalet i czynów. To doskonała lektura. Ci ludzie byli tacy sami jak my - błądzili, grzeszyli, nawracali się, modlili. Opowiadałam mu o heroizmie św. Joanny d'Arc, o jej odwadze i wierze. Z czasem Carlo zaczął interesować się św. Franciszkiem i to przerodziło się w prawdziwą pasję.
Krzysztof Tadej: Czym jest dla Pani kanonizacja Carla Acutisa?
Beata Anna Sperczyńska: Dla mnie jego kanonizacja to znak, że świętość jest możliwa tu i teraz. Nie trzeba żyć wieki temu, nie trzeba być mnichem ani mistykiem. Można być zwykłym nastolatkiem w dżinsach, który codziennie chodzi na Mszę św., przegląda memy i programuje strony internetowe. Kanonizacja to ogromna nadzieja. Dla młodych - że nie są za młodzi, by wierzyć naprawdę. Dla dorosłych - że mogą uczyć się od dzieci. Dla nas wszystkich - że świętość to nie coś odległego, ale droga, którą można iść codziennie.
Beata Anna Sperczyńska z małym Carlem
Beata Anna Sperczyńska z małym Carlem (archiwum prywatne)
źródło: https://www.niedziela.pl/artykul/178401/nd/To-on-wybral-mnie
K
Święty z plecakiem
Niedziela Ogólnopolska 36/2025, str. 10 - 11

Carlo Acutis żył zaledwie 15 lat. Na jego pogrzeb przyszło tak dużo ludzi, że nie zmieścili się w kościele. Żegnali go rodzina, przyjaciele, koledzy, ale również żebracy, bezdomni i uchodźcy, którym pomagał. 7 września zostanie kanonizowany w Watykanie przez papieża Leona XIV.
Szanował każdego poznanego człowieka. Nie lubił, jak ktoś źle mówił o innych. Po wyjściu z domu zawsze pozdrawiał dozorcę i osoby, które na ulicy prosiły o finansowe wsparcie. Swoje kieszonkowe przeznaczał dla najbardziej potrzebujących. Z ojcami kapucynami rozdawał posiłki tym, którzy spali na ulicy. Pocieszał chorych. Był wesołym, uśmiechniętym chłopcem, który codziennie uczestniczył we Mszy św. i przyjmował Komunię św. Często adorował Najświętszy Sakrament, odmawiał Różaniec, a kiedy przechodził koło jakiegoś kościoła, to zawsze do niego wstępował. Mówił, że Eucharystia to jego autostrada do nieba. Przygotowywał wystawy i strony internetowe, np. o cudach eucharystycznych, dzięki którym ewangelizował ludzi w różnych krajach świata. Tak najkrócej można scharakteryzować nowego świętego - włoskiego chłopca Carla Acutisa.
Śmierć nie kończy życia
We wrześniu 2006 r. Carlo po wakacjach powrócił do szkoły. Był uczniem klasy humanistycznej w Instytucie Leona XIII w Mediolanie prowadzonym przez jezuitów. Dramat rozpoczął się 1 października. Mama Carla zobaczyła w jego oku małą czerwoną plamkę. Następnego dnia Carlo miał gorączkę i lekki ból gardła. Jego rodzice przypuszczali, że zachorował na grypę, tak jak wielu uczniów z jego klasy. W tym dniu Carlo powiedział: "Ofiaruję swoje cierpienie za papieża, za Kościół i za to, żeby nie iść do czyśćca, tylko prosto do raju". Jego rodzice byli zdziwieni tymi słowami. W kolejnych dniach stan zdrowia Carla zaczął się gwałtownie pogarszać. 7 października chłopiec nie był w stanie się poruszać. Został zawieziony do kliniki w Mediolanie, gdzie szybko zdiagnozowano chorobę. Była to białaczka typu M3, zwana też ostrą białaczką promielocytową. Komórko nowotworowe błyskawicznie się namnażały. Carlo trafił na oddział intensywnej terapii i korzystał z aparatu tlenowego. Później przewieziono go do szpitala we włoskim mieście Monza, który specjalizował się w leczeniu tego typu białaczki. Kiedy był wynoszony z karetki, spojrzał na mamę i powiedział: "Nie wyjdę stąd żywy, przygotuj się. Antonia Salzano Acutis, mama Carla, wspominała: "Nie chciał, żeby jego śmierć mnie zaskoczyła. Zapewnił, że będzie mi dawał znaki z góry i że nie powinnam się martwić. 11 października lekarze stwierdzili śmierć kliniczną, a następnego dnia rano poinformowali rodziców Carla, że jego serce przestało bić. Zaledwie po 12 dniach od pierwszego objawu choroby zakończył życie.
Jego odejście rodziło pytania: Boże Wszechmogący, dlaczego zabrałeś tego chłopca, który czynił tak wiele dobra w wieku zaledwie 15 lat? Dlaczego nie mógł dalej żyć? Mama Carla Acutisa żyła w wielkim bólu po tej śmierci, ale znalazła pocieszenie w wierze, której jednym z podstawowych przesłań jest to, że śmierć nie kończy życia, ale je zmienia. Antonia Salzano Acutis podkreśla, że po śmierci syna uczyła się jego innej, nowej codzienności.
Już w trakcie pogrzebu Carla Acutisa kilka osób modliło się za jego wstawiennictwem do Boga. Później mówili, że doznali cudu. Tak stwierdziła kobieta, która chorowała na raka piersi i odzyskała zdrowie oraz 40 - letnia mieszkanka Rzymu, która przyjechała na pogrzeb Carla, prosząc o pomoc, bo od lat nie mogła zajść w ciążę - po kilku dniach okazało się, że jest w ciąży; urodziła córkę.
Chłopak w dżinsach
Śmierć Carla wywołała szok u wszystkich, którzy go znali. Wśród nich była Polka - Beata Anna Sperczyńska. Wyjątkowa osoba w życiu Carla. Była jego nianią. To ona opowiadała mu o Bogu, Matce Bożej, osobach świętych i zasadach wiary. Pani Beata podkreśla, że warto skupić się na tym, iż Carlo był zwykłym chłopakiem w dżinsach, który potrafił żyć zgodnie z wartościami. Niania Carla opowiadała mu m.in. o Janie Pawle II, św. Franciszku, św. Karolu Boromeuszu, a także o Polsce. Przekazała mu obrazek Czarnej Madonny - Matki Bożej z Jasnej Góry.
Po rozmowach z panią Beatą mały Carlo zaczął dopytywać rodziców o sprawy wiary. "Carlo stawiał mi wiele pytań, ale moje braki i ignorancja były ogromne. Był dla mnie wybawcą, bo dzięki niemu rozpoczęła się moja wiara" - wspominała Antonina Salzano Acutis. I dodawała: "Zanim doszło do mojego pogłębienia wiary, uczestniczyłam we Mszy św. zaledwie trzy razy: w dniu chrztu, w czasie Pierwszej Komunii św. i w dniu ślubu. O mężu mogłabym powiedzieć to samo, choć za sprawą praktykujących rodziców częściej zdarzało mu się bywać w kościele. Nie byliśmy przeciwko wierze. Po prostu przywykliśmy do życia bez niej.
Inną osobą, która nawróciła się pod wpływem Carla, był Rajesh, który pochodził z jednej z najwyższych indyjskich kast. Przyjechał z Indii do Włoch i szukał pracy. Znalazł ją u państwa Acutisów, gdzie był pomocnikiem w domu. Wspominał, że Carlo traktował go zawsze z szacunkiem, jak przyjaciela. "Carlo opowiadał mi, jaki jest sens Mszy św. Opowiadał o Jezusie i Matce Bożej. Poczułem, że się nawracam w moim sercu. Był taki mały, a ja nie mogłem się nadziwić, że jest dla mnie wzorem. Nawróciłem się z hinduizmu na katolicyzm" - opowiadał w wywiadach Rajesh Mohur.
Przesłania Carla
Carlo codziennie się modlił i rozmawiał z Jezusem. Mówił, że wielu ludzi nie rozumie znaczenia Mszy św.: "Gdyby wszyscy zdawali sobie sprawę, jakim ogromnym szczęściem obdarzył nas Pan, dając nam pokarm, czyli Hostię św., chodziliby do kościoła codziennie, a nie zajmowali się niepotrzebnymi sprawami". Nie rozumiał, dlaczego stoją ogromne kolejki ludzi, którzy chcą kupić bilet na koncert lub na najnowszy film w kinie, a na Mszę św. przychodzi nieraz kilka osób. Zwracał uwagę, że żyjąc dzisiaj, mamy o wiele więcej szczęścia niż ci, którzy 2 tys. lat temu mieszkali w Jerozolimie obok Jezusa. Dla niego było czymś oczywistym, że Jezus jest wszędzie tam, gdzie jest tabernakulum. "Nam wystarczy, że udamy się do najbliższego kościoła i spotkamy Boga. Mamy wówczas Jerozolimę u siebie" - podkreślał. Dlatego gdy wyjeżdżał z rodzicami poza Mediolan, dopytywał, gdzie w miejscu, do którego jechali, znajduje się najbliższy kościół.
Z wielu informacji o życiu Carla wynika, że był bardzo skromnym, grzecznym i pokornym chłopcem. Nieraz mówił: "Nie ja, ale Bóg!". Stawiał Go na pierwszym miejscu. Był pod ogromnym wrażeniem napisu, który zobaczył przy wejściu do klasztoru sióstr klauzurowych: "Bóg mi wystarczy". I tak właśnie żył. Myśląc o przyszłości, spytał kiedyś swoją mamę, czy miałaby coś przeciwko temu, żeby został księdzem.

czwartek, 11 września 2025

2262. Pier Giorgio Frassati - człowiek Ośmiu błogosławieństw

Kanonizacja Pier Giorgia Frassatiego odbiła się szerokim echem w katolickim świecie. Z każdym dniem coraz bardziej cieszę się z faktu, że, jako członek powołanego przez niego Towarzystwa Ciemnych Typów, mogłam być jej naocznym świadkiem tam, na miejscu, na Placu św. Piotra. Ale myślę też, że tym samym Pan Bóg potwierdził, że droga, którą prowadzę bierzmowanych w parafii księdza Niosącego Światło, jest dobra i słuszna. Z drugiej strony czuję ciążące na mnie brzemię, że tak długo, jak to tylko będzie możliwe, powinnam opowiadać o nim i jego działalności innym osobom. Tak, wiem, najlepiej by było, gdybym w życiu starała się żyć tak jak on, ale to chyba jest niemożliwe.
W związku z kanonizacją tego młodego, ale pięknego człowieka, pojawiły się liczne artykuły przybliżające jego sylwetkę. Jednym z nich był ten zamieszczony w tygodniku "Niedziela", który wyszedł w dniu kanonizacji. Wydaje mi się, że w miarę komplementarnie przedstawia życiorys Piotrka Jurka, jak w Towarzystwie Ciemnych Typów nazywamy nowego świętego.

Pier Giorgio od Ośmiu błogosławieństw
autor: Angelika Kawecka, Niedziela Ogólnopolska 36/2025, str. 14 - 15
Kościół ogłasza świętym młodego człowieka, który udowodnił, że można żyć pełnią życia, mieć pasje, poczucie humoru i jednocześnie iść "ku górze" - w stronę Boga.
Pier Giorgio Frassati staje się od 7 września oficjalną inspiracją i orędownikiem dla tych, którzy nie chcą wybierać między wiarą a radością codzienności. Kim był kanonizowany chłopak z Turynu i dlaczego dziś, sto lat od swojej śmierci, zachwyca tak wielu?

Modlitwa, działanie, ofiara
Pier Giorgio Frassati urodził się w 1901 roku w Turynie. Jego ojciec był wydawcą i senatorem, matka - artystką. Mimo dobrobytu w domu rodzinnym był wrażliwy na ludzką biedę i krzywdę. Studiował inżynierię, działał m.in. w Akcji Katolickiej i w Konfederacji św. Wincentego a Paulo. Kochał góry, sport, przyrodę i swoich przyjaciół. Większość kojarzy, jak wyglądał ten młody Włoch, z ikonicznego zdjęcia, na którym widzimy go stojącego na szczycie z fajką - symbolem jego radości życia. Na odwrocie fotografii napisał słowa: Verso l'alto - "Ku górze", które stały się jego mottem - metaforą duchowej wspinaczki ku Bogu i dobru każdego dnia. Żył jak człowiek Ośmiu błogosławieństw - w duchu Ewangelii. "Życie bez wiary, bez dziedzictwa, którego się broni, bez podtrzymywania prawdy w nieustannej walce to nie jest życie, lecz wegetacja" - napisał. "My nigdy nie powinniśmy wegetować, lecz żyć!". Zmarł 4 lipca 1925 r. w wyniku zarażenia się polio podczas służenia chorym. Miał zaledwie 24 lata. Na jego pogrzeb przyszły tłumy ubogich, którym pomagał. Pożegnanie chłopca było swoistą manifestacją dobra. Jan Paweł II beatyfikował go w 1990 r., a 7 września br. Kościół ogłosi go świętym.

Wrażliwość, która porusza do dziś
Frassati był człowiekiem czynu, ale jego działanie wypływało z głębokiej modlitwy. Każdego dnia znajdował czas na Eucharystię i Różaniec, a jednocześnie nie zamykał się w kościele - wychodził na ulice, do chorych, do dzieci, do tych, którzy nie mieli nic. Jego duchowość miała bardzo praktyczny charakter. Mawiał: "Jezus odwiedza mnie co rano w Komunii, a ja odwdzięczam Mu się w najbiedniejszych, do których idę". Przyjaciele wspominali, że nawet podczas największej zabawy czy wspinaczki górskiej umiał się nagle zatrzymać, by uklęknąć w ciszy i się modlić. Był "świętym zwyczajności" - nie potrzebował nadzwyczajnych objawień, by pokazać, że świętość to styl życia pełen miłości, odwagi i bezinteresowności. Jednocześnie miał niezwykłe poczucie humoru - w gronie przyjaciół uchodził za duszę towarzystwa, potrafił żartować, bawić się i organizować wspólne wyprawy. Dzięki temu młodzi garnęli się do niego, bo widzieli w nim kogoś prawdziwego: wierzącego, a zarazem radosnego i bliskiego.

Krakowianka i spotkanie, które zmieniło życie
Paulina Małota poznała Frassatiego w 2016 r., podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Będąc na pierwszym roku dziennikarstwa, dołączyła do sekcji medialnej ŚDM. Dostała wówczas za zadanie opisać młodych patronujących obchodom - i tak wpadła na Włocha, który zmarł 4 lipca, w dniu jej urodzin. - Pochodził z bardzo bogatej rodziny, umarł bardzo młodo. To mnie poruszyło - wspomina. W tłumie pielgrzymów ze świata trafiła do ogrodu dominikanów, gdzie odbywało się wówczas spotkanie "Kawa z Frassatim". Kilka dni później pojawiła się na czuwaniu przy jego trumnie. - Modliłam się wtedy o przyjaciół, choć o jedną prawdziwą przyjaciółkę. I od tej chwili moje życie zaczęło się zmieniać. To nie był cud "na pstryknięcie palcem", ale krok po kroku Pan Bóg stawiał ludzi na mojej drodze - opowiada dziewczyna. - Frassati pojawił się w moim życiu nagle, ale towarzyszy mi do dziś - czasem blisko, czasem gdzieś w tle. Jego obecność przewróciła moje życie do góry nogami - wyznaje. Po latach pracy w Warszawie wróciła do rodzinnego Krakowa i postanowiła podzielić się sylwetką młodego świętego ze światem. - Widziałam w stolicy samotność; chciałam pokazać, że prawdziwa przyjaźń jest możliwa. Moje książki o Frassatim są odpowiedzią na tę potrzebę - dodaje. Małota napisała Przewodnik po przyjaźni śladami Pier Giorgia Frassatiego (Wydawnictwo Pomoc) - interaktywną książkę wskazującą na wartość relacji oraz Pier Giorgio Frassati. Kwiatki i modlitwy (Wydawnictwo eSPe) - trzydzieści historii z życia świętego i trzydzieści modlitw inspirowanych jego życiem. Autorka chciała, aby jej publikacje "zaraziły" innych świętym chłopakiem z Turynu.

Wrażliwość, która porusza do dziś
Kanonizacja Pier Giorgia Frassatiego to symbol nadziei. W czasach, gdy młodemu pokoleniu brakuje wzorców, pojawia się święty, który potrafił bawić się z przyjaciółmi, działać na rzecz ubogich i jednocześnie iść w górę - w stronę Boga. Jego motto: Verso l'alto - "Ku górze" nie dotyczyło tylko wspinaczki; oznaczało codzienną, duchową wspinaczkę ku świętości A jego przesłanie brzmi dziś: świętość jest możliwa - w codzienności, z radością, pasją i wiarą. Papież Leon XIV ogłosi świętym tego samego dnia także bł. Carla Acutisa, wskazując młodym ludziom dwóch współczesnych orędowników, którzy przekonują, że Ewangelia może być życiem - realnym i pociągającym. To właśnie Jan Paweł II podczas beatyfikacji nazwał Frassatiego "człowiekiem Ośmiu błogosławieństw", ponieważ całym życiem wcielał w czyn słowa Jezusa z Kazania na Górze: był ubogi duchem, miłosierny, pragnął sprawiedliwości, czynił pokój, cierpliwie znosił trudności. Wśród młodych cieszących się nowymi patronami w niebie jest także Paulina Małota, która wie, że jej historia przyjaźni z Frassatim wkracza na nowy etap. Czy i Ty mógłbyś zaprzyjaźnić się z tym chłopakiem z górskiego szlaku z fajką?


Miałam cichą nadzieję, że w magazynie, albo w jakimś innym źródle, znajdę jakiś aktualny wywiad dotyczący pierwszego z nowych świętych. Niestety, na nic takiego się nie natchnęłam. Natrafiłam jednak na archiwalny wywiad z siostrzenicą Pier Giorgia Frassatiego sprzed dwóch lat - 95-letnią wówczas Wandę Gawrońską. Być może dziwi Was jej polskie imię i nazwisko, skoro jej mama, siostra Pier Giorgia, była rodowitą Włoszką. Luciana Frassati wyszła jednak za polskiego dyplomatę, Jana Gawrońskiego. Mało tego, przez pewien czas mieszkała nawet w naszym kraju. Stąd imię i nazwisko jej córki. Myślę, że warto przy tej notatce przywołać ten wywiad, który rzuca nieco więcej światła na postać jej świętego wujka, którego znała tylko z opowiadań bliskich. Na szczęście te opowiadania w dalszym ciągu w niej są, pomimo upływu lat.

"Miał wady, ale pięknie kochał" - wywiad z siostrzenicą bł. P. G. Frassatiego
Niedziela Ogólnopolska (2023 r.)
Bł. Pier Giorgio Frassati
Bł. (właściwie to już święty) Pier Giorgio Frassati (Luciana Frassati / Wikipedia)
Izabela Hryciuk: Mówi się, że Pier Giorgio miał trudne relacje z ojcem. Czy wiadomo, jak ojciec przeżył śmierć syna?
Wanda Gawrońska: Po śmierci Pier Giorgia ojciec już nigdy nie potrafił wypowiedzieć jego imienia. Mówił o nim: "ten, którego już nie ma". Nie chciał też widzieć żadnych fotografii - tak bardzo bolała go śmierć syna. Czasem mówi się, że Pier Giorgio miał z ojcem same starcia, ale to nie jest do końca prawda. Wujek cenił swojego ojca, Alfreda. Mój dziadek, a jego tata, był za młodu człowiekiem wierzącym. Później faktycznie odsunął się od wiary, ale nigdy nie był przeciwko Kościołowi. W domu była bardzo duża dyscyplina, ale myślę, że oprócz Bożej łaski, to właśnie wychowanie pomogło Pier Giorgiowi w kształtowaniu charakteru i silnej woli. To są wartości, o których dzisiaj bardzo mało się mówi. Pier Giorgio w listach do swoich kolegów wiele razy prosił o modlitwę w intencji wzmocnienia swojej woli, aby była posłuszna Bożym planom. Na pewno trudnym doświadczeniem była dla niego decyzja ojca o jego pracy w "La Stampe". Ojciec Pier Giorgia był właścicielem "La Stampy" i zdecydował, że Pier Giorgio, jako jedyny mężczyzna w rodzinie, będzie w niej pracował. Tej wiadomości nie chciał  jednak przekazać synowi osobiście, dlatego wysłał do niego swojego kolegę. Pier Giorgio ze łzami w oczach i z rozdartym sercem odpowiedział, że jeśli ojciec naprawdę tego chce, to jest w stanie to dla niego zrobić. To było dla niego bardzo trudne. Pier Giorgio marzył o pracy z ludźmi, a nagle miał zostać pracownikiem administracji, liczyć pieniądze i rządzić firmą. Na szczęście Pan Bóg oszczędził mu tego trudu i po trzech miesiącach zabrał do siebie. Wracając do Alfreda, nie można powiedzieć, że Pier Giorgio miał z nim złą relację. Mimo, że różniły ich pewne poglądy, to mój wujek wiele od swojego ojca się nauczył. Alfred kładł nacisk na wierność obowiązkom, miłość do ojczyzny oraz odpowiedzialność społeczną. Był bardziej związany z polityką i państwem niż z wiarą i kościołem, ale to nadało Pier Giorgiowi pewien kręgosłup. On sam z kolei swój życiowy program całkowicie związał z Chrystusem.
Wanda Gawrońska
Wanda Gawrońska (archiwum prywatne autorki)
Izabela Hryciuk: Jaki to był program?
Wanda GawrońskaPier Giorgio w życiu codziennym i we wszystkim co robił zawsze był złączony z Bogiem. Bardzo często chodził na nocną adorację, a kiedy był w górach, szedł tam nawet z nartami. W jednym z listów pisał, jakim szczęściem jest być katolikiem i jakim nieszczęściem jest życie bez wiary. Życie bez codziennej walki o prawdę traktował jako wegetację. Jednocześnie Pier Giorgio kochał życie. To jest dla niego program: aktywne życie przepełnione wiarą, zaangażowanie w wiele inicjatyw i walka o prawdę. Pier Giorgio był przekonany, że jako chrześcijanie mamy największą miłość. Pisał: "Mamy najpiękniejszą miłość, która jest głoszona przez św. Pawła - ta może być moim programem na całe moje życie, choćby mnie to kosztowało całe życie ziemskie".
Izabela Hryciuk: Czyli można powiedzieć, że życie Pier Giorgia to miłość do Boga i miłość do człowieka?
Wanda GawrońskaAleż tak! Pier Giorgio często powtarzał, że prócz wiary najważniejsze sprawy to miłość rodzinna i przyjaźnie. W listach pisał o tym bardzo często i realizował to w swoim życiu. Kiedy zbliżał się koniec studiów, a Pier Giorgio martwił się, że relacje z przyjaciółmi osłabną, założył z nimi grupę "Tipi Loschi", czyli "Ciemne Typy". Ich motto brzmiało: "Jest nas mało, ale jesteśmy dobrzy, jak makaron". Mieli pseudonimy wzorowane na bohaterach Rewolucji Francuskiej, z tym wyjątkiem, że byli bardzo wierzący. Wuj podpisywał się: "Oddany w Chrystusie, Robespierre". Miał naprawdę spore poczucie humoru. Mimo że zaznał w swoim życiu cierpienia, to naprawdę cenił radość. Pier Giorgio uważał, że przyjaźń, podobnie jak wiara, jest silnie związana z radością. Podobnie jak starał się budować relację w oparciu o radość i poprzez radość, tak samo podchodził do wiary: powtarzał, że wiara może zostać przekazana tylko przez radość.
Izabela Hryciuk: Pier Giorgio w swoich listach pisał sporo o egzaminach. Zdaje się, że nauka sprawiała mu wiele trudu.
Wanda GawrońskaProblem polegał na tym, że wuj angażował się w bardzo wiele rzeczy poza nauką. Dlatego egzaminy były dla niego czarną chmurą nad głową. On traktował naukę jako drogę zrozumienia danego środowiska i dotarcia do niego, a nie jako materię, w której może gromadzić dobre oceny. Dla przykładu, Pier Giorgio wybrał politechnikę nie po to, by po prostu zostać inżynierem, ale dlatego, że chciał żyć wśród górników. Pragnął być jednym z nich, bo uważał, że mają najtrudniejsze życie. Kochał góry i lubił odpoczywać ponad ziemią, ale swoją misję widział pod ziemią. Poza tym interesował się minerałami. Kiedy chodził po górach, zawsze zbierał kamienie. Natomiast do obliczeń czy spraw matematycznych, absolutnie nie miał smykałki.
Towarzystwo Ciemnych Typów. Pier Giorgio Frassati z przyjaciółmi
Towarzystwo Ciemnych Typów. Pier Giorgio Frassati z przyjaciółmi (archiwum rodzinne)
Izabela Hryciuk: Bardzo często przedstawia się Pier Giorgia jako miłośnika gór. Ale wędrówki nie były chyba jego jedyną pasją?
Wanda GawrońskaDokładnie tak. Amerykańska młodzież powiedziała mi niedawno, że za dużo mówi się o Pier Giorgiu, który chodził po górach, a za mało się mówi o jego miłosierdziu. Jego znakiem rozpoznawczym było miłosierdzie. Był pełen miłosierdzia dla każdego człowieka. Biedni, którymi się zajmował mogli liczyć na niego we wszystkim. Dla nich szukał pracy, a dla ich dzieci szkół. Nieraz chodził na żebranie, aby uzbierać pieniądze na ubranie chrzcielne dla dziecka z biedniejszej rodziny. W piątkowy wieczór przed śmiercią, przypomniał sobie, że miał w kieszeni od kurtki jakieś zastrzyki oraz kartkę z informacją o pierścionku ślubnym oddanym do lombardu. Pier Giorgio obiecał te leki jednemu biednemu, a drugiemu powiedział, że zapłaci właścicielowi lombardu w celu oddalenia terminu sprzedaży pierścionka, aby tamten biedny człowiek zdążył go odzyskać. Przypomniał sobie o tym tuż przed śmiercią i poprosił mamę, żeby możliwie jak najszybciej wysłać te zastrzyki i załatwić sprawę w lombardzie. Jego mama zaproponowała mu, że może napisać do nich kartkę z informacją, ale Pier Giorgio bardzo chciał zrobić to sam. Kartka jest napisana prawie sparaliżowaną ręką. Jego miłość do bliźniego była naprawdę niezwykła. Nawet w ostatnich godzinach życia myślał o drugim człowieku. Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden przykład, który obrazuje jego miłość bliźniego. Najlepszy przyjaciel Pier Giorgia napisał list, że przyjeżdża na weekend do rodziny w Turynie. Pier Giorgio odpisał mu, że bardzo się cieszy i że będzie na niego czekać na stacji. Spotkanie z przyjacielem to była dla niego ogromna radość. W trakcie podróży Marco dostrzegł jednak Pier Giorgia wchodzącego do jego pociągu na stacji przed Turynem. Zdziwiony spytał Pier Giorgia, dlaczego wszedł do tego pociągu, a ten odpowiedział, że nie chciał zabierać mu czasu z rodziną, więc postanowił wsiąść wcześniej, by porozmawiać w czasie podróży. To jest właśnie Pier Giorgio, który myśli o przyjacielu i jego rodzinie. Był w swojej miłości człowiekiem pomysłowym i jednocześnie bardzo praktycznym. Jego miłość objawiała się w czynach.
Izabela Hryciuk: Czy Pier Giorgio rozważał obranie drogi kapłańskiej?
Wanda Gawrońska: Kiedyś powiedziałam, że gdyby Pier Giorgio żył dzisiaj, to pewnie byłby księdzem. Wtedy jednak swoje powołanie do życia blisko Boga i blisko człowieka najlepiej mógł zrealizować jako świecki. Pier Giorgio o kilkadziesiąt lat antycypować podkreślenie roli świeckich w Kościele. W tamtych czasach było to zupełnie nie do pomyślenia, by świecki mógł zostać świętym albo żeby kapłan żył tak blisko świeckich, jak dziś. W tym miejscu warto przytoczyć pewien wątek. Ojciec Pier Giorgia od razu po wojnie, w 1921 roku został ambasadorem Włoch w Berlinie, więc Pier Giorgio często tam jeździł. W pewnym okresie poszukiwał jakiejś rodziny, gdzie mógłby zamieszkać, aby uczyć się niemieckiego. Znajomy ksiądz polecił mu rodzinę Rahnerów i faktycznie udało mu się do nich przyjeżdżać. Tam Pier Giorgio poznał młodego Karla Rahnera. Miał wtedy 21 lat, a Karl miał lat 18. Biografowie Rahnera pisali po latach, że wielki wpływ wywarł na niego w wieku studenckim właśnie Pier Giorgio Frassati jako apostoł świata studentów, tercjarz dominikański i zwolennik codziennej Komunii Świętej. Jest jedno świadectwo matki Rahnera o tym, czy Pier Giorgio chciał być księdzem. Kiedy widziała, jak wiele się modlił i że co dzień chodzi na Mszę świętą oraz do Komunii, spytała go wprost, czy myśli o kapłaństwie. Wówczas Pier Giorgio odpowiedział, że gdyby mieszkał w Niemczech to może i wstąpiłby do seminarium, ale żyjąc we Włoszech, czuje się dużo bliżej ludzi jako świecki. Niedawno odkryłam tekst Karla Rahnera z lat 70-tych, w którym pisze, że Pier Giorgio koniecznie musi zostać beatyfikowany, bo to jest pierwszy święty, który żyje w świecie. Przedtem było takie myślenie, że aby zostać świętym, trzeba oddalić się od "grzesznego świata", a święci powinni żyć i modlić się w samotności. Pier Giorgio był jednym z pierwszych, który żył w świecie na sto procent, a przy tym był prawdziwym chrześcijaninem i prawdziwym człowiekiem. To były jego dwie komplementarne tożsamości. Jedna nie zawadzała drugiej. Jego życie chrześcijańskie, mimo że żył w świecie, nie doznało uszczerbku. Mawiał, że świat jest piękny, skoro został stworzony przez Boga.
Wanda Gawrońska
Wanda Gawrońska (Włodzimierz Rędzioch)
Izabela Hryciuk: Jakie marzenia i jakie wady miał bł. Pier Giorgio Frassati?
Wanda Gawrońska: W jednym z listów Pier Giorgio napisał, że jego jedynym marzeniem jest głosić miłość Chrystusa niezależnie od powołania. A jeśli chodzi o wady, to miał ich całą masę! Wśród znajomych i w rodzinie mówiliśmy, że Pier Giorgio miał twardą głowę. Po włosku nazywamy to "la testa dura". Poza tym nie zawsze dbał o siebie. Wieczorami długo się modlił i często znajdowano go rano śpiącego z różańcem w ręku obok łóżka. Jego mama często upominała go, aby się wysypiał oraz prosiła, żeby się golił i żeby żył spokojniej.
Izabela Hryciuk: Mówiliśmy wcześniej o relacji Pier Giorgia z ojcem. Wiemy jednak, że miał bliską więź ze swoją siostrą, a Pani matką, Lucianą. Postać Luciany staje się dziś coraz bardziej znana. Na krakowskim Ruczaju jest nawet ulica Luciany Frassati-Gawrońskiej. Jak opisałaby Pani relację Pier Giorgia z siostrą?
Wanda GawrońskaJako rodzeństwo mieli naprawdę cudowną relację. Od dziecka byli bardzo złączeni: pomiędzy nimi był tylko rok różnicy. Wspólnie wychowywani byli w bardzo wymagający sposób, ale wzajemnie byli dla siebie pociechą. Razem bronili się przed rygorem ojca. Pier Giorgio nie tylko kochał Lucianę jak siostrę, ale oni też się zaprzyjaźnili w dzieciństwie. To była wielka przyjaźń. Gdy Luciana planowała wyjazd na stałe, Pier Giorgio powiedział jej, że musi zostać w rodzinie, bo ma nadzieję, że dzięki temu rodzice się nie rozejdą. Został sam z kłócącymi się rodzicami, a do tego miał do zdania jeszcze dwa egzaminy na uczelni. Wtedy też Luciana dowiedziała się o jego zakochaniu w jednej dziewczynie. Poprosił ją o radę, czy ma coś mówić rodzicom. Często się u niej radził. Jest piękny list, który napisał Pier Giorgio, gdy jego siostra wyszła za mąż w styczniu 1925 roku. Kiedy Luciana wyjeżdżała, Pier Giorgio przeżywał trudne momenty w swoim życiu. Został sam z wieloma wyzwaniami: zakochanie, plany na przyszłość, rodzice bliscy rozwodu. Gdy Pier Giorgio odprowadzał Lucianę na stację kolejową, był naprawdę w złym stanie. Zaczął głęboko szlochać. Luciana wsiadła do pociągu, ale w trakcie podróży zdecydowała się podjechać tylko do Mediolanu, aby móc porozmawiać z bratem jeszcze przez chwilę. Pier Giorgio dojechał do Mediolanu i spędzili ze sobą jeszcze jakiś czas. Luciana napisała potem list do brata, pytając go, czy wciąż tkwi w smutku. Piękna jest odpowiedź Pier Giorgia, który pisze o tym, że wiara daje mu siłę w cierpieniu, a jego przeżywanie z Bogiem jest piękne, bo wzmacnia człowieka i jego wiarę.
Izabela Hryciuk: Mówi się, że Pier Giorgio był przyjacielem świętych. Jak to wyglądało w codzienności?
Wanda GawrońskaOpisując życiorys Pier Giorgia, jego najlepszy przyjaciel Marco podkreśla, że nie można zrozumieć w pełni jego życia bez jego bardzo głębokiego przywiązania do Maryi. W Turynie jest piękny kościół Matki Bożej Pocieszenia, do której Pier Giorgio miał wielkie nabożeństwo. Z kolei koło Pollone w Piemoncie, gdzie moi dziadkowie mieli letnią rezydencję, w miasteczku Oropa, jest znane sanktuarium maryjne. Pier Giorgio chodził tam pieszo. Czy był śnieg, czy nie, przynosił Maryi kwiaty. Do tego ważna była dla niego modlitwa różańcowa. Odmawiał ją codziennie i zawsze miał różaniec w kieszeni. Mówił, że Maryja zbliża go do Chrystusa i do świętych. Pier Giorgio od trzynastego roku życia przyjmował Komunię Świętą co dzień, a w tamtych czasach przyjmowano ją dwa razy do roku. Miał też swoich ulubionych patronów. Byli to św. Paweł, św. Augustyn i św. Katarzyna ze Sienny, której obrazek był przy łóżku. Gdy moja mama została magistrem, w prezencie podarował jej właśnie życiorys Katarzyny.
Izabela Hryciuk: Mimo że Pier Giorgio kochał modlitwę i przyjaźnił się ze świętymi, to wiemy, że nie żył z głową w chmurach, czyż nie?
Wanda GawrońskaPier Giorgio będąc gorliwie wierzącym, jednocześnie był bardzo świadomy społecznie. Gdy czyta się list, który w wieku 22 lat napisał do Niemców, to naprawdę można być onieśmielonym jego charakterem. On nie bał się opowiedzieć po właściwej stronie. Był bardzo odważny. W wieku 22 lat uczestniczył w zebraniach robotników i zawsze ich bronił. Należał też do ruchu "Pax Romana". Był to ruch studencki modlący się o pokój. Ileż dobrego zdziałał jeżdżąc do Niemiec, gdy jego ojciec był ambasadorem! Ileż on zrobił, aby studentów niemieckich sprowadzać do Włoch w celu budowania przyjaźni opartej na pokoju! Po jego śmierci wiele osób nadsyłało listy i telegramy, pisząc zarówno z salonów politycznych, jak i z przytułków dla bezdomnych. Nawet sam Filippo Turati, parlamentarzysta i założyciel Włoskiej Partii Socjalistycznej napisał piękny artykuł o tytule "Pier Giorgio był prawdziwym mężczyzną".
Izabela Hryciuk: Jak rodził się kult Pier Giorgia?
Wanda GawrońskaZaledwie kilka lat po jego śmierci we włoskich parafiach było blisko tysiąc kół imienia Pier Giorgia. W klubach Akcji Katolickiej wisiały jego portrety. W jednym z artykułów można przeczytać, że po śmierci jego imiona zaczęto nadawać przy chrzcie wielu dzieciom. Na beatyfikacji Pier Giorgia w w1990 roku obecny był prezydent i cały rząd włoski. Wszyscy przyszli oficjalnie, w mundurach. Większość z nich od dziecka była bowiem, jak mawiamy we Włoszech, "wychowywana na Pier Giorgiu". Co ciekawe, brat naszego prezydenta Sergio Mattarelli, miał być nazwany imieniem Pier Giorgio, ale ostatecznie, jakby proroczo, nadano mu imię Piersanti...
Izabela Hryciuk: Wspominała Pani o beatyfikacji Pier Giorgia w 1990 roku. Wiemy, że dokonał jej św. Jan Paweł II. Jakie były związki Karola Wojtyły z bł. Frassatim?
Wanda GawrońskaU krakowskich dominikanów zorganizowałam w 1977 roku wystawę o Pier Giorgiu. To były czasy komunistyczne. Wystawa odbywała się w krużgankach i przyszedł ją otworzyć kardynał Karol Wojtyła. Było bardzo dużo młodych ludzi. Podczas Mszy świętej kardynał Wojtyła mówił kazanie. Wraz z mamą, Lucianą, siedziałyśmy przy ołtarzu. Początkowo Karol Wojtyła niewiele mówił o moim wujku, ale pod koniec Mszy powiedział: "Popatrzcie, jak wyglądał człowiek ośmiu błogosławieństw!". Dodał, że Pier Giorgio umarł młodo, jak często umierają święci. Pier Giorgio nie był jeszcze błogosławionym, ale mówi się, że w tych słowach Wojtyła kanonizował go wtedy w sercu jeszcze jako kardynał. Później, w 1978 w Turynie, razem z wystawieniem całunu, zorganizowano kolejną wystawę o Pier Giorgiu. Zapytano mnie czy nie mam pomysłu na jakiś dobry tytuł. Opowiedziałam więc o kardynale Wojtyle z Krakowa, który nazwał Pier Giorgia "Człowiekiem Ośmiu Błogosławieństw". Dzięki temu zatytułowano wydarzenie słowami kardynała z Krakowa, podpisując to określenie jego nazwiskiem. W ten sposób ludzie poznawali nie tylko Pier Giorgia, ale pytali też, kim jest ten kardynał Wojtyła. A to było lato 1978 roku, na kilka miesięcy przed jego wyborem na papieża. Z kolei jako papież, Wojtyła często dawał przykład Pier Giorgia w swoich przemówieniach. W czasie otwarcia centrum młodzieżowego San Lorenzo w Rzymie powiedział do młodych, że oprócz św. Franciszka chciałby dać im przykład bliższy naszym czasom i powiedział właśnie o Pier Giorgiu. Dwa lata później, na stadionie w Rzymie, mówił o nim do sportowców z całego świata. Warto dodać, że słowa o moim wujku dopowiedział sam od siebie, pod koniec, spontanicznie. Nie było ich w oficjalnych tekstach przygotowanych do druku przed uroczystością. Kiedy tylko wydano dekret o heroiczności cnót Pier Giorgia, Jan Paweł II nawiedził jego grób w Pollone i modlił się przy nim ponad 20 minut. Później powiedział do mieszkańców, że jako młody student był pod dużym wpływem przykładu Pier Giorgia.
Izabela Hryciuk: Czy ma Pani osobiste wspomnienia ze św. Janem Pawłem II?
Wanda GawrońskaKiedy Karol Wojtyła został wybrany na papieża, byłam na Placu Św. Piotra wraz z moją siostrą oraz z Jerzym Turowskim. Gdy pojawił się biały dym, pomyślałam, że może uda mi się podejść bliżej balkonu, ponieważ mój brat pracował we włoskiej telewizji. Jerzy Turowicz i moja siostra zdecydowali się pozostać na Placu, a ja miałam miejsce przy wieży telewizyjnej. Kiedy usłyszałam łacińską wersję imienia "Carlum", zaczęłam krzyczeć po włosku: "E polacco!" czyli: "To Polak!". Okazało się, że mój głos słychać w nagraniu transmisji telewizyjnej, a moja druga siostra, która podczas wyboru papieża była w mieszkaniu, także słyszała moje krzyki. Później z radości chodziłam po Rzymie dosłownie jak pijana.
Izabela Hryciuk: Jak w kilku zdaniach opisałaby Pani swoje życie?
Wanda Gawrońska: Mam takie cudowne życie, że mimo wieku 95 lat wcale mi się nie chce umierać. Pier Giorgio mówił, że dzień jego śmierci będzie najpiękniejszym momentem jego życia. Moje podejście jest z kolei takie, że skoro Pan Bóg daje nam cudowny świat, to chętnie włączyłabym się jeszcze w wiele spraw. Ileż dobrych rzeczy jest jeszcze do zrobienia!
Izabela Hryciuk: Czy mogłaby Pani podzielić się jakąś inspiracją ze współczesną młodzieżą?
Wanda GawrońskaMiej pasje i nie bój się poświęcić jakiemuś dziełu.
Izabela Hryciuk: Jako córka Włoszki i Polaka czuje się Pani bardziej Polką czy bardziej Włoszką?
Wanda GawrońskaPowiem tak: jak jest mecz Polska-Włochy, to jestem za Włochami. We wszystkim innym jestem za Polską.

Tak wracając do Towarzystwa Ciemnych Typów to marzy mi się, aby każda diecezja posiadała co najmniej jeden jego oddział. Dlaczego? Jak dla mnie jest to bardzo ciekawy sposób na zaktywizowanie młodzieży, ale nie tylko, bo do Towarzystwa można należeć w każdym wieku. Np. my w K-cach raz na miesiąc, dwa miesiące wyruszamy wspólnie na wyprawy w góry, gdzie nie tylko obcujemy z przyrodą, ale też poznajemy się wzajemnie i modlimy dziesiątką różańca na pięciu przystankach po drodze. Jedynym wymogiem jest odmawianie każdego dnia modlitwy "Pod Twoją obronę" w intencji członków Towarzystwa, rozsianych właściwie po całym świecie. To jest do ogarnięcia...

środa, 10 września 2025

2261. Bibliotekarstwo czy katechetyka?

Witajcie,
dziękuję Wam za słowa uznania skierowane w stronę wykonanej przeze mnie kartki z okazji instalacji mojego byłego katechety na urząd proboszcza. Szczerze powiedziawszy - z niektórych moich prac jestem bardziej zadowolona. Tutaj posypały się proporcje w stosunku do oryginału i wyszło jak wyszło. Z drugiej strony - wieczór wcześniej tak się źle czułam, że robiłam ją na kolanie, mając kawałek deski za blat stołu. Tak więc mogło być lepiej, ale równocześnie - i gorzej. Wyszło jak wyszło, może nie idealnie, ale najlepiej w tamtym momencie jak mogło być. Obdarowanemu się spodobało, co też bardzo mnie cieszy. Powiedział mi to po porannej Mszy, a potem zaprosił na śniadanie na plebanię, bo uznał, że padnę mu wracając do domu kolejną godzinę autobusem, a potem pewnie idąc od razu do pracy. Co prawda miał mi wysłać SMS-a z podziękowaniem, ale jakoś w ostateczności wyleciało mi to z głowy.
Niedawno mieliśmy spotkanie formacyjne w Oratorium w S-cu, na którym ksiądz Jack nakreślił plan naszego działania. Padła propozycja utworzenia oratoryjnej biblioteki z książkami dla dzieci korzystających z zajęć w placówce. Z jednej strony dobrze, bo stan czytelnictwa w naszym kraju leci na łeb, na szyję, ale z drugiej strony - zastanawia mnie, kto z niej będzie korzystał oprócz nas, animatorów, w ramach zajęć sobotnich i w tygodniu. Mimo to zgłosiłam się na ochotnika do pomocy w jej uporządkowaniu, a nade wszystko, w wypożyczaniu pozycji, kiedy już się znajdą. Nawet przeleciał mi po łbie pomysł, czy nie pójść by na studia, ale już podyplomowe, z bibliotekarstwa. Są na UŚiu, tylko 1,5 roku. Fakt, że płatne, ale chyba już mi się nie chce iść na kolejne 3 lata licencjatu. Tym bardziej, że od tego roku zaczęłam pracę na szkolnej świetlicy, co przy połączeniu z popołudniami na świetlicy środowiskowej może nieźle dać mi w kość. Nie wiem, to na razie początek mojej przygody z tym wszystkim, ale już wiem, że gdybym nie wyrabiała, albo coś, to rezygnuję z świetlicy środowiskowej, ponieważ szkołę mam na miejscu, a do świetlicy muszę dojeżdżać.
Ale w głębi duszy, zastanawia mnie, czy taka podyplomówka ma sens. Już dosyć zainwestowałam w nasze parafialne Oratorium czasu, energii, pieniędzy tylko po to, aby usłyszeć od mojego obecnego proboszcza, że nie udzielam się wystarczająco w parafii... Noszszsz... udzielałam się na tyle, na ile mogłam. Ale zrobiło mi się wtedy przykro, nie powiem, że nie. Kto mi da gwarancję, że teraz tak nie będzie. Nie, wiem, że ksiądz Jack mi tego na pewno nie powie. Ale on nie będzie wiecznie na tej parafii (na naszej był zaledwie rok). A nikt mi nie da gwarancji, że na jego miejsce nie przyjdzie ktoś o mentalności mojego proboszcza. No i po co się starać, edukować, poszerzać wiedzę? Takie postępowanie skutecznie do tego zniechęca. 
Padła też propozycja 45-minutowych kościelnych katechez. No bo, jak pewnie wiecie, ministerstwo obcięło od tego roku jedną godzinę religii w szkołach. Ta jedna ucięta godzina miałaby się odbywać w pomieszczeniach Oratorium dla klas 7 i 8, czyli młodzieży przygotowującej się do sakramentu bierzmowania. Nie wiadomo co z tego wyjdzie, bo jest to projekt pilotażowy, ale będą próbować. I tutaj znowu ksiądz poprosił o pomoc starszych animatorów. Ech, przygotowanie pedagogiczne mam, wiadomości z religii jakieś też, od roku pomagam w przygotowaniach kandydatów do bierzmowania na podstawie autorskiego scenariusza w parafii Księdza Niosącego Światło. Może więc jakoś dałabym radę wspomóc tą inicjatywę. Tylko z czasem tak trochę kiepsko. Tym bardziej, że środowe wieczory to jedyny termin, kiedy mogę iść na trening. Dlatego nie powiedziałam ani tak, ani nie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Być może nic, i też nic się nie stanie. Ale myślę, że może to też być bardzo piękną i wspaniałą przygodą. I do tego bezcennym doświadczeniem pedagogicznym...

wtorek, 9 września 2025

2260. Bóg zawsze ma w zanadrzu piękne prezenty

Jak wielu z Was wie, w pierwszą niedzielę września do godności świętych zostali podniesieni dwaj młodzi chłopcy, którzy pokazali, że ani wiek, ani rozwijanie swoich zainteresowań, ani pozycja materialna nie muszą stać na przeszkodzie do praktykowania wiary, uczynków miłosierdzia a w ostateczności - do zostania świętymi. Pier Giorgio Frassati żył 24 lata, zmarł 100 lat temu nie zdążywszy obronić końcowego egzaminu nadającego mu tytuł inżyniera górnictwa. Chciał zostać misjonarzem, wiedział jednak, że rodzice mają wobec niego zupełnie inne plany. Dlatego zdecydował się na kierunek studiów, który zupełnie mu nie odpowiadał, ale za to pozwoliłby na ewangelizowanie wśród pracujących pod ziemią górników. Zapalony miłośnik wypraw górskich, zabaw z przyjaciółmi i... palenia fajki. Założyciel Towarzystwa Ciemnych Typów, które po dziś dzień działa na całym świecie. A jednocześnie gorliwy katolik co dzień starający się odmawiać różaniec oraz być obecnym na Mszy świętej. Do końca pełnił posługę wśród biednych, opuszczonych i samotnych mieszkańców Turynu. I właśnie wśród nich zaraził się Chorobą Heinego - Medina, która doprowadziła go do śmierci. 66 lat później w rodzinie włoskich emigrantów przyszedł na świat inny chłopiec, Carlo Acutis. Od dziecka przejawiał trzy cechy: talent do informatyki, pobożność oraz miłosierdzie względem ubogich i bezdomnych mieszkańców Mediolanu. Podobnie jak Pier Giorgio nie wyobrażał sobie dnia bez Eucharystii i różańca. On też chciał ewangelizować ludzi i robił to za pośrednictwem Internetu. W wieku 15 lat zachorował na białaczkę i zmarł kilka dni po diagnozie.
Oboje byli Włochami. Oboje zmarli w bardzo młodym wieku. Oboje pochodzili z bogatych domów, ale nie obnosili się z tym wśród innych, bo wiedzieli czym jest prawdziwe bogactwo. Oboje ewangelizowali na miarę czasów, w których przyszło im żyć. Oboje na pierwszym miejscu postawili miłość do Boga i do bliźniego pokazując, że nie wyklucza ona samorealizacji. Kiedy rok temu zaproponowano mi, żebym poprowadziła dwa roczniki przygotowujące się do bierzmowania, od razu wiedziałam, że moje katechezy oprę na tych dwóch postaciach - po jednej dla każdego cyklu. I wydaje mi się, że ten patent załapał w 100%.
Nigdy jednak bym nie przypuszczała, że będę uczestniczyć w kanonizacji tej dwójki. I to nie byle gdzie, bo na samym Placu św. Piotra. Pierwotnie, kiedy dowiedziałam się o zmianie przez papieża Leona XIV terminu kanonizacji Frassatiego byłam zła. Od roku żyłam myślą, że dane mi będzie na niej być, ponieważ papież Franciszek wyznaczył go na zakończenie Jubileuszu Młodych w sierpniu (Carla Acutisa miał kanonizować w kwietniu). Cieszyłam się, że będę obecna na ogłoszeniu świętym założyciela Towarzystwa Ciemnych Typów, do których sama należę. Zresztą cieszyliśmy się wszyscy i z niecierpliwością czekaliśmy na Jubileusz. Ale Franciszek umarł, kanonizacja Acutisa została zawieszona. Była nadzieja, że z Jurkiem Frassatim wszystko się uda. Jednak na początku czerwca papież ogłosił, że kanonizuje ich razem 7 września. Czyli plan uczestnictwa w wydarzeniu się posypał. Po krótkotrwałej złości pomyślałam, że trudno, że widocznie nie było mi to pisane, że obejrzenie transmisji na komputerze też jest w porządku. Tak obejrzałam beatyfikację Carla (jak Jan Paweł II beatyfikował Pier Giorgia nie było mnie na świecie) i kilka innych i świat się nie zawalił. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Tym bardziej zaskoczył mnie telefon w połowie sierpnia od księdza Krisa z propozycją, czy nie chciałabym z nimi jechać w pierwszy weekend września do Rzymu. Serce zabiło mi mocniej. Co prawda nie do końca zgodzę się z tym, że jestem gorliwa w tym co robię (naprawdę, są gorliwsi), ale zrobiło mi się miło, że o mnie pomyślał. Kilka rozmów, szczególnie z Arcim, moim kompanem wypraw górskich z TCT i również Ciemnym Typem i decyzja zapadła. Tym bardziej, że cenowo wyszło naprawdę korzystnie.
Ostatecznie na kanonizację poleciałam z mieszanymi uczuciami. No bo z jednej strony czułam radość, że oto będę uczestniczyła w ogłoszeniu świętymi dwóch przewodników moich kandydatów do bierzmowania. Ale ta radość jednak przeplatała się z pewnym smutkiem...
Do Rzymu polecieliśmy dosłownie na kilkanaście godzin - wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku, udaliśmy się do hostelu na nocleg, a potem skoro świt udaliśmy się na przedmieścia Wiecznego Miasta, aby o ludzkiej porze zdążyć wejść na Plac św. Piotra. Bramy Watykanu zostały otwarte punktualnie o godzinie 7:00. Powoli, ale stopniowo, posuwaliśmy się do przodu, aż wreszcie minęliśmy bramki i weszliśmy na teren najmniejszego państwa świata. Nasza radość nie miała końca.
Rzym, 7 września 2025 roku, ok. 6:00 rano
Koszulki z cytatem Pier Giorgia były naszym znakiem rozpoznawczym. 
Teraz już tylko musieliśmy cierpliwie czekać na Mszę świętą, która rozpoczynała się o godzinie 10:00. Było gorrrąco, ale nam to zbytnio nie przeszkadzało. Adrenalina robiła swoje. Plac, który dotąd wydawał mi się taki duży, nagle się skurczył. W oddali było widać biały ołtarz oraz powiewające na wietrze podobizny Pier Giorgio Frassatiego i Carola Acutisa. 
Właśnie kanonizacja pozbawiona jest tego "magicznego" momentu, w którym odsłaniany jest portret wznoszonego na ołtarza. O ile w przypadku Carla Acutisa wykorzystano jego wizerunek z beatyfikacji (nie było więc momentu "wow"), o tyle Pier Giorgio Frassati miał już zupełnie nowy obraz. Widać fajka dalej niektórym nie pasowała.
Tuż przed godziną 10:00 na ołtarzu pojawił się papież Leon i powitał wszystkich zgromadzonych na uroczystości. Dzięki uprzejmości innych członków naszej grupy stałam prawie na samym jej przodzie, toteż wiele widziałam. Po chwili papież i inni księża koncelebrujący Mszę wyszli w uroczystej procesji z Bazyliki św. Piotra.
Jeżeli chociaż trochę orientujecie się w przebiegu Mszy kanonizacyjnej, to z pewnością wiecie, że procedura ta pojawia się na jej początku. Tak też było w tym przypadku - na początku przedstawione zostały ich sylwetki, biografie jakich wiele, a jednak niezwykłe, bo pełne miłości względem Bogiem i bliźnich. Następnie została odśpiewana Litania do Wszystkich Świętych. Co prawda w języku łacińskim, ale bardzo wielu świętych udało mi się "rozszyfrować". Aż w końcu nastąpiło wypowiedzenie formuły, która włączała Karola i Jerzego w poczet świętych Kościoła Katolickiego. "Przypieczętowało" ją trzykrotne "Amen" oraz oklaski wiernych. Brawa biłam i ja, a wzruszenie wywołało łzy w moich oczach. Oglądanie wszystkiego w mediach, a branie udziału w czymś takim osobiście to nie to samo. Na Placu św. Piotra wszystko wyglądało inaczej i inne uczucia się we mnie budziły. Spojrzałam w kierunku Arciego, Wojtka, Tomka, Zosi, Marcychy - też byli wzruszeni.
Artur i Wojtek próbowali znaleźć tłumaczenie Mszy na język polski, niestety, Internet bardzo "zrywał". Części stałe Mszy raczej każdy z nas zna. Z czytaniami poradziliśmy sobie tak, że znaleźliśmy je na Internecie w wersji tekstowej. Małym zaskoczeniem było odczytanie Ewangelii w języku starocerkiewnym, ale to taki ukłon w stronę kościołów greckokatolickich. A kazanie zawsze można było odsłuchać na spokojnie w domu. Chociaż tutaj można było się domyśleć, że nawiąże w nim do nowych świętych.
Msza trwała ponad dwie godziny. Słońce grzało niesamowicie, odbijając się od watykańskich murów i bruku. Człowiek chciałby wykąpać się w fontannie, ale wiedział, że jest to niemożliwe. Myśli z tego czasami odbiegały od tego, co działo się na ołtarzu. Ale tylko czasami, bo w takich przypadkach gubiłam wątek i nie do końca wiedziałam czasami, w którym momencie jest Msza święta. Na szczęście znajomość języka łacińskiego, nawet w minimalnym zakresie, pozwalała mi szybko wrócić na właściwe tory. Ale najlepszym rozwiązaniem było dla mnie pełne skupienie podczas sprawowania Najświętszej Ofiary. Jestem też wdzięczna chłopakom, którzy dyskretnie osłaniali mnie przed palącym słońcem tak, abym stała jak najwięcej w cieniu. Nie wiem czy było to ich świadome działanie, czy też nie, ale bardzo mi pomogło.
Na koniec Mszy papież podziękował jeszcze raz wszystkim za przybycie oraz przypomniał o tym, że dzień wcześniej w Tallinie oraz na Węgrzech beatyfikowano dwoje męczenników, na co odpowiedziały mu brawa. Papież apelował też o pokój na Ziemi, bo przecież Bóg nie chce wojny, a pokoju. A po tym wszyscy razem odmówiliśmy "Anioł Pański". Kolejny punkt prywatnego wzruszenia. Tyle razy odmawiałam indywidualnie tą krótką modlitwę, teraz miałam okazję odmówić ją z papieżem. I to drugi raz w ciągu roku. Z kolei po błogosławieństwie końcowym Leon wsiadł do papamobile i objeżdżał Plac błogosławiąc zebranym wiernym. Wojtek na chwilę podniósł mnie do góry, dzięki czemu lepiej wszystko widziałam.
Po przejechaniu papamobile między wiernymi była chwila na zdjęcie polskich Czarnych Typów przybyłych na kanonizację, po czym musieliśmy się zbierać w kierunku lotniska, aby wrócić do Polski. Mnie jeszcze udało się podskoczyć do watykańskiej poczty, gdzie kupiłam kilka "świeżych" znaczków (tego dnia weszły do obiegu) dla znajomych, ale też i dla siebie.
To był piękny dzień, nie tylko pod względem pogody, ale przede wszystkim przeżyć. Pier Giorgio Frassati, założyciel Towarzystwa Ciemnych Typów świętym! Carlo Acutis, piętnastoletni informatyk - świętym. Piękne przykłady, jak pięknie żyć! Stojąc na Placu św. Piotra tak się zastanawiałam, co może czuć matka, kiedy ogłaszają jej dziecko świętym. Albo siostrzenica... Bo i matka Carla Acutisa i siostrzenica Pier Giorgia Frassatiego, w połowie Polka, były obecne na tej uroczystości. Pani Wanda Gawronska, owa siostrzenica, prawie stuletnia staruszka... Bóg dał, że doczekała tej chwili. I rodzice Carla, wraz z bliźniętami. A brat Carla, Francesco, odczytywał Pierwsze Czytanie... Chyba pierwszy raz tak w pełni poczułam sens słów jednej ze zwrotek hymnu XV Światowych Dni Młodzieży "Emmanuel" - "I oto my jako dłużnicy historii stuleci - wielu istnień dla miłości, świętych co wierzyli. ludzi co za wszelką cenę >>uczyli nas latać<<, tych co wieki przemierzali jak Chrystus Pan". Kiedy padała formuła kanonizacyjna, to naprawdę poczułam się kimś maluteńkim, owym "dłużnikiem historii stuleci", który nigdy i w żaden sposób nie spłaci tego długu.
My zaś, piszę o Towarzystwie Ciemnych Typów, można powiedzieć zrobiliśmy furorę i mieliśmy swoje przysłowiowe pięć minut. Pisali o nas na różnych portalach, w tym na vatican.news, m.in. ksiądz i Zocha wypowiadali się dla "Między Ziemią a Niebem" nadawanego wprost z Watykanu. A więc podbijamy świat, a dzieło Pier Georga prężnie działa nawet po 100 latach..
I tak sobie teraz myślę, że może ta podwójna kanonizacja to taki "prezent" od samego Pana Boga na moje 35 urodziny? Może to nieco egoistyczne z mojej strony, bo dlaczego właśnie komuś takiemu jak ja Bóg miałby dawać jakiś inny prezent, który nie jest życiem. A jednak wiem, że gdyby tak nie pokierował papieżem Leonem, to raczej nie miałabym możliwości być na obydwóch kanonizacjach w różnym czasie. Wiecie, ja nawet nie śmiałam o tym marzyć, bo wydawało mi się to najzwyczajniej w świecie nierealne. A jak mówi mój biskup Artur - marzenia muszą być na poziomie dziecka, wtedy mają szansę się spełnić. To marzenie chyba dużo wykraczałoby poza standard. Ale jeżeli to był faktycznie taki Boży Prezent, to okazał się najpiękniejszym, jaki mogłam sobie wymarzyć. Z drugiej jednak strony czuję ciążącą na mnie odpowiedzialność, że powinnam jeszcze szerzej opowiadać moim kandydatom do bierzmowania o tych, którzy są patronami ich roczników. Mam też jeden pomysł odnośnie Pier Giorgia, ale nie do końca wiem, komu go "sprzedać". Na pewno nie mojemu proboszczowi, który go zaneguje w 1/4 mojej wypowiedzi. Szkoda słów, i to dosłownie. Ale ja już postaram się znaleźć takiego szaleńca, który przynajmniej mnie wysłucha. A potem co najwyżej powie nie.
Watykan wyemitował znaczki z podobizną nowych świętych, a ja takie oto dwa markerowe obrazki Pier Giorgia i Carla. Tylko, że w przypadku Carla rozpędziłam się i pominęłam "św." przed imieniem. A Jurek ma już w ogóle jedno oko mniejsze, a drugie większe. Mam nadzieję, że się "nie obrażą". I że mniej więcej wiadomo o co chodzi.
A tak na sam koniec dziękuję tym kilku osobom, które nie zraziły się brakiem możliwości komentowania ostatniego wpisu i napisały do mnie meile (ewentualnie pisząc komentarze pod innymi wpisami) nie tyle dopytując się o szczegóły całej sytuacji, ile tak po ludzku wysyłały słowa wsparcia. Zabrzmi to patetycznie, ale naprawdę mi one pomogły w ciężkich chwilach. Tym bardziej, że po wyłączeniu możliwości komentowania nie spodziewałam się, że ktoś się mną zainteresuje. Niejako dzięki nim nie rozsypałam się po tym wszystkim. Przepraszam, że nie odpisywałam, ani nie komentowałam Waszych blogów, ale potrzebowałam czasu, aby się pozbierać, a i zdrowie po tym wszystkim najzwyczajniej w świecie mi siadło. Organizm musiał odreagować, no i chyba zrobił to zbyt gwałtownie. Nawet lekarz za bardzo nie miał pomysłu, co ze mną zrobić (jak zwykle, zresztą). Teraz, teraz już jest dobrze. I mam nadzieję, że tak zostanie.

poniedziałek, 1 września 2025

2259. "Także innym miastom muszę głosić Dobrą Nowinę o królestwie Bożym, bo po to zostałem posłany" (Łk 4, 43)

Tak się bałam, że instalacja mojego ulubionego katechety na stanowisku administratora parafii zbiegnie się w czasie z moim pobytem w Rzymie z okazji Jubileuszu Młodych. Wszak formalnie rozpoczynał on swoją posługę wraz z dniem pierwszego sierpnia br. Trochę żałowałam, że mnie nie będzie na niej, ale na wolontariat podczas owego wydarzenia zostałam przyjęta już w maju i nie chciałam z niego rezygnować. W końcu to chyba jakieś wyróżnienie, szczególnie dla takiej osoby z problemami jak ja. Jednocześnie prawdopodobnie byłam jedyną osobą na wolontariacie z mojej niecieszącej się dobrą sławą diecezji. A może po prostu tak mi się tylko wydaje. Bo myślę, że wiele rzeczy mi się wydaje i nie zawsze jest to związane z otaczającą mnie rzeczywistością.
Duch Święty jednak działa i jeszcze przed wyjazdem do Wiecznego Miasta okazało się, że instalacja została przeniesiona na koniec sierpnia. Może to egoistyczne, ale ucieszyłam się z takiego obrotu sprawy, bo oznaczało to, że będę mogła jednak wziąć w niej udział. A bardzo mi na tym zależało, może nawet bardziej niż na uczestnictwie w Jubileuszu, na który pojechałam już z pewną ulgą w sercu.
W niedzielny poranek ostatniego dnia sierpnia obudziłam się z jakąś taką wewnętrzną siłą. Jeszcze nie wiedziałam jak bardzo będzie mi ona potrzebna, aby osiągnąć zamierzony cel. Bo w pewnym momencie plany nieco mi się pokomplikowały. Ale o tym później. Na wieszaku na drzwiach do pokoju wisiała biała koszula i granatowy pulowerek oraz granatowe spodnie - mój skromny, ale uroczysty strój. To w nim pojechałam świętować ten piękny dzień, mimo tego, że za oknem siąpił deszcz. Szybko zjadłam śniadanie i pobiegłam na stację kolejową. Dzień wcześniej wypatrzyłam bowiem pociąg jadący przez S-rz i zatrzymujący się w nim o dobrej porze. Gdybym na niego zdążyła, to na miejscu byłabym jakieś 40 minut przed uroczystą Mszą świętą. 
Jak możecie się domyśleć - nie zdążyłam. Uciekł mi sprzed nosa. Zaczęłam gorączkowo myśleć co robić. Jeden autobus, z B-na, już odjechał, drugi ode mnie planowo dojeżdża do S-rza zaledwie 3 minuty przed Mszą. Gdyby coś poszło nie tak, nie miałam szans zdążyć na czas. Była jeszcze trzecia opcja, dosyć wymagająca, ale ja chyba lubię wyzwania. Był jeszcze jeden autobus, co prawda nie dojeżdżał do samego S-rza, a 5 kilometry wcześniej, jednak ten dystans spokojnie można by było przejść w godzinę. Jeszcze nigdy nie byłam w tamtych okolicach, wierzyłam jednak, że jeżeli Bóg chce, abym była tego dnia z Księdzem, to mi dopomoże.
I tak się stało, i to w najbardziej nieoczekiwany sposób. Ale o tym za chwilę. Po kilkudziesięciu minutach jazdy wysiadłam na skrzyżowaniu dróg, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie znałam okolicy, nie wiedziałam, w którą z czterech stron świata iść. Chmury na niebie przybierały coraz ciemniejszej barwy. Normalnie człowiek powinien sprawdzić trasę na google.maps w smartfonie. Ale ja nie mam takiej możliwości. Wstąpiłam jednak do pobliskiego baru i zapytałam po prostu, w którą stronę mam iść. Miła pani stojąca za ladą wszystko mi wyjaśniła. Tym sposobem zaczęła się dla mnie około 4 kilometrowa wędrówka przez las (bo przecież nie przez drogę szybkiego ruchu), okraszona strachem i kilkunastoma upadkami z powodu nieutrzymania równowagi, kiedy zaplątywałam się w chaszcze i jeżyny. Kilka razy miałam chwilę zwątpienia. Ale skoro Pan Jezus nie zawrócił ze swojej drogi krzyżowej, to i ja nie mogłam. 
Przemoczona do suchej nitki, szczególnie w obrębie nogawek, wyszłam z lasu na łąkę. Oczywiście serce biło mi ze strachu jak oszalałe, w duchu modliłam się, aby nikt dziwny się nie zatrzymał swoim samochodem. A jednocześnie byłam świadoma tego, że z każdym krokiem byłam coraz bliżej wyznaczonego celu. Z czasem ponownie weszłam do lasu, a kiedy z niego ponownie wyszłam, usłyszałam, jak ktoś woła mnie z imienia. No, to raczej nie był przypadek. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam księdza, który przewodził naszej grupie podczas pieszej Pielgrzymki do Częstochowy na 13 sierpnia. Akurat też jechał na tą samą Mszę, a że zauważył mnie po drodze, to postanowił się zatrzymać i mnie podwieźć. Pomyślałam sobie, że to chyba taka pomoc zesłana z samego Nieba. Bo przecież on mógł mnie nie zauważyć, jechać inną trasą, minąć mnie w innym miejscu. To takie małe cuda mające dużą moc.
Po wyskoczeniu z samochodu pobiegłam do kościoła i tradycyjnie weszłam w najciemniejszy kąt. No, może z wyjątkiem tych Mszy, do których posługuję. Ale to naprawdę wyjątki. A w starym, liczącym 601 lat kościele takich kątów nie brakowało. Z drugiej strony kościół już prawie zapełnił się parafianami i gośćmi, licznie przybyłymi na tą uroczystość także z innych parafii. Próbowałam sobie przypomnieć czy proboszcz z mojej parafii też miał takie powitanie. Nie, i to raczej nie dlatego, że wypadły w środku wakacji... No, ale jak ktoś do siebie zraża większość osób, to nie ma co się dziwić. Przy okazji udało mi się dostrzec kilkoro znajomych ze szkoły oraz wspólnoty, której był kapelanem po Księdzu Niosącym Światło. Mimo wielu ludzi udało mi się zobaczyć, jak ksiądz w uroczystej procesji wchodzi do środka kościoła. Uśmiechnięty, chociaż na jego twarzy malowało się i przejęcie rolą, jaką mu powierzono.
Po obrzędach wstępnych nastąpiło powitanie nowego proboszcza przez różne grupy parafialne i społeczne. A było ich tak wiele, że w pewnym momencie po prostu kazał nam usiąść. I znowu widziałam kontrast z moją parafią, gdzie proboszcz był witany tylko przez Honorową Straż Ołtarza. Co prawda Ksiądz - administrator wracał na "stare śmieci" - na tej parafii był wikarym kilka lat temu, jednak wydaje mi się, że gdyby nie jego osobowość, pełna pokory, przychylności i chęci współpracy, to nie byłby tak gromko przyjęty i wspominany w słowach powitania. No, nawet ja się wzruszyłam, chociaż nie należę do takich osób. I w głębi serca żałowałam, że nie towarzyszyłam ani księdzu Janowi, ani Wojtkowi w dniu, kiedy to oni obejmowali urząd proboszcza w nowych parafiach. Bo wymówka, że są oni za Wrocławiem, to dla mnie żadne tłumaczenie.
Szczególnie wzruszyło mnie kazanie, w którym Ksiądz-administrator nawiązywał do usłyszanego Czytania z Księgi Syracha opowiadającego o tym, że nie warto być pysznym, a także, że ucho słuchacza powinno być pragnieniem ludzi mądrych oraz do Ewangelii, którą można streścić słowami, że kto się wywyższa będzie poniżony, a kto się poniża - wywyższony. Tak sobie pomyślałam, że znam go od 25 lat i nigdy nie odniosłam wrażenia, że się wywyższa ponad innych, wręcz przeciwnie, zniżał się do nas, niepełnosprawnych, nawet prowadząc specjalnie pod nas spotkania oazowe, czy raz w miesiącu Msze. Potem przejął jedną z wspólnot niepełnosprawnych w Jaworznie. I jak sam powiedział, wiele się od nas nauczył życia. Ale żeby tak się stało, żeby mógł się tego nauczyć, najpierw musiał się uniżyć i wyzbyć pychy. Tłumacząc Pierwsze Kazanie posłużył się opisem obrazu z lewej strony, jego prywatnego zresztą, gdzie Jezus uniża się i staje się sługą apostołów, chociaż na co dzień jest ich nauczycielem. Wnioskować to można z tuniki, stroju niewolników i sług. Ale jest coś jeszcze bardziej uderzającego w tym obrazie - to apostoł, który słucha, co mówi do niego Pan. A poznać to można po nienaturalnie dużym uchu, widocznym na obrazie. Sama geneza tego obrazu też jest niezwykła - na jego pierwszych rekolekcjach z osobami niepełnosprawnymi (jeszcze w czasach kleryckich) ujął go gest obmycia stóp nowym członkom wspólnoty, w tym i jemu. Tak go to uderzyło, że nawet jako swoje hasło prymicyjne obrał sobie fragment Ewangelii św. Jana: "Potem nalał wody do miednicy. I zaczął obmywać uczniom nogi i wycierać prześcieradłem, którym był przepasany" (J 14, 5). Długo też szukał obrazu, który byłby odzwierciedleniem tego fragmentu. A kiedy go już znalazł, to stał się on jego ulubionym. Zaznaczył, że każdy z nas staje się takim naśladowcą Jezusa, kiedy nie tylko potrafi uważnie słuchać innych, ale też zniża się do tego stopnia, aby im służyć chociażby werbalnym wsparciem i dobrym słowem. Na koniec po trochu nakreślił też swój program probostwa zaznaczając, że oprócz dokończenia prac remontowych w parafii zaczętych przez poprzednika chce po prostu służyć ludziom, chociażby w konfesjonale. Tak mi się to jakoś skojarzyło z świętym Janem Vianney'em z Ars, który też niestrudzenie spowiadał swoich parafian. I został świętym. Może i Ksiądz-administrator też nim zostanie? Niezbadane są wyroki Boże.
Piękną chwilą było złożenie przez nowego administratora świadectwa swojej wiary. Kiedy zazwyczaj cały lud Boży jednym chórem mówi "Wierzę w jednego Boga", teraz wybrzmiało ono wypowiadane tylko przez kapłana. Następnie podpisał on dokumenty kościelne, które uprawomocniały jego pozycję. Szczególnym momentem było też odśpiewanie hymnu "Ciebie Boga wysławiamy" przy akompaniamencie dzwonów i dzwonków. Na koniec Mszy ksiądz podziękował za piękne i wzruszające przyjęcie, którego się nie spodziewał, za przybycie na uroczystość i życzył wszystkim dobrej niedzieli. 
Moja interpretacja
Oryginalny kościół
Po Mszy wraz ze znajomymi wyszliśmy przed kościół. Trochę się ona przedłużyła, przez co niektórzy byli już nieco nakręceni. A inni już w kościele, po tym jak mnie dostrzegli, zaczęli skandować "Lolek!" (no tak, "Karolina" to za trudne dla nich). W plecaku miałam kartkę z życzeniami na nową drogę życia dla księdza. Wiem, że dużo w niej niedoskonałości, nie jest nawet ładna, chociaż nowy kościół Księdza-administratora, który w zamyśle miała przedstawiać, jest naprawdę piękny i dużo bardziej klimatyczny, niż te nasza. Ale tak jakoś nie wiedziałam, kiedy mu ją dać. Tymczasem uchachany ksiądz też wyszedł na zewnątrz, kolejno podchodząc do potworzonych grup jego byłych parafian, nawet z pierwszej parafii. Do nas też podszedł, jako do tych, o których wspominał podczas kazania. Oczywiście ze wszystkimi się przywitał, podziękował za obecność, a nawet dopytywał, w jaki sposób dotarliśmy w niedzielę na Mszę. Większość busem. Ja się jednak do niczego nie przyznałam, chociaż byłam wizualnie w opłakanym stanie. Niech myśli, że przyjechałam autobusem, co po części jest prawdę. 
Po chwili wszyscy zaczęli się rozchodzić. A ja miałam dylemat, co zrobić z kartką z życzeniami. Niby ksiądz stał jeszcze przed plebanią, ale głupio mi było do niego podchodzić, kiedy rozmawiał z innymi. Wpadłam na inny pomysł. Nieśmiało weszłam do kościoła, który jeszcze był otwarty i ze strachem zaczęłam zbliżać się do barokowego ołtarza. Po drodze minęłam się z dotychczasowym proboszczem, który tak przyjaźnie się do mnie uśmiechnął, że aż mi się dziwnie zrobiło. Mój się nigdy tak do mnie nie uśmiechał. Rozglądając się dookoła, czy nikt nie widzi, trzymając w dłoniach kopertę z kartką, weszłam na ołtarz i położyłam ją na krześle, w nadziei, że ksiądz ją znajdzie. A jak nie, to widać tak musiało być. Przeżegnałam się, wpatrując w obraz św. Macieja w ołtarzu i wyszłam na zewnątrz zmierzając w kierunku przystanku autobusowego. A potem z dwie godziny czekałam na autobus, tym razem do B-na, bo chciałam jeszcze posłużyć do Mszy świętej wieczornej.
Wracając tak sobie pomyślałam, że bardzo często buntujemy się na zmiany dobrych księży, których niestety brakuje. Ale może jest to odzwierciedleniem słów samego Pana Jezusa z Ewangelii św. Łukasza: "Także innym miastom muszę głosić Dobrą Nowinę o królestwie Bożym, bo po to zostałem posłany". Nie mogą być za długo w jednym miejscu, bo inni też muszą usłyszeć o Bogu. Jednak warto jest utrzymywać z nimi kontakt, w miarę możliwości, po ich przenosinach. Mam nadzieję, że mi się to uda w tym przypadku, tak, jak udało mi się odnowić kontakt z księdzem Janem i księdzem Wojtkiem z czego niezmiernie się cieszę.