Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 9 stycznia 2026

2303. Czym charakteryzowała się "Biała odwaga"?

Temat bezsensownej śmierci młodego Nikodema Mareckiego i poruszona różnymi pozytywnymi opiniami na temat jego gry aktorskiej postanowiłam obejrzeć jakiś film z jego udziałem. Nie ma ich zbyt dużo - chłopiec był dopiero początkującym aktorem. Jednak w ostatnim czasie "TVP Historia" wypuściła na swoim kanale "Białą odwagę", w której Nikodem grał epizodyczną rolę brata głównej bohaterki. Zmobilizowałam się więc i obejrzałam, nawet nie tyle ze względu na chłopca, ile na samą tematykę. I muszę przyznać, że to były bardzo dobrze wykorzystane dwie godziny w styczniowy wieczór.
Akcja filmu zaczyna się chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Jędrek Zawrat, potomek znanego góralskiego rodu, jest utalentowanym taternikiem, który każdą wolną chwilę spędza pokonując najtrudniejsze drogi na górskie szczyty. Wybranką jego serca jest najpiękniejsza dziewczyna w całej okolicy - Bronka Wetula. Rodzice mają jednak inne plany co do połączenia się tych dwóch rodów. Wkrótce dziewczyna wychodzi za mąż za starszego, stateczniejszego i poważniejszego z braci - Macieja. Urażony Jędrek opuszcza rodzinne strony i wyjeżdża do Krakowa, gdzie szybko wtapia się w życie dużego miasta. Wkrótce poznaje niemieckiego alpinistę, a zarazem naukowca, Wolframa von Kamitza. Jest on zwolennikiem ciekawej teorii, wedle której Górale mają wywodzić się ze starogermańskiego plemienia Pragotów. Niebawem wybucha wojna, która szybko ogarnia całą Polskę, w tym tereny dawnej Galicji. Niemcy oferują mieszkańcom Podhala pójście na współpracy. Maciej Zawrat, przy poparciu wielu znakomitych góralskich rodów, jednogłośnie odrzuca taką propozycję. Inaczej postępuje przekonany przez Wolframa Jędrek. Mając nadzieję na odzyskanie ukochanej Bronki oraz ocalenie swojej góralskiej społeczności przed skutkami wojny, w tym przed zagładą, podejmuje współpracę z okupantem. Maciej i Jędrek mimowolnie zostają uwikłani w historię, a tym samym zmuszeni do podejmowania najtrudniejszych wyborów. Kochając tą samą kobietę staną po przeciwnych stronach sporu, który zdecyduje nie tylko o ich osobistych losach, ale być może i o przyszłości całego regionu.
"Biała odwaga" to nie tylko film o miłości dwóch braci do jednej kobiety w czasie drugiej wojny światowej, ale też o trudnych wyborach które musieli podjąć ludzie żyjący w ówczesnych czasach. O zdradach, kolaboracjach, intrygach i kombinowaniu, jak przeżyć kolejny dzień. Mnie uderzył też wątek żydowskiej społeczności żyjącej w Zakopanem i okolicach, która musiała walczyć podwójnie o swoje ocalenie. A jednocześnie to film o pasji i pięknie gór. Niebanalne ujęcia majestatu polskich Tatr wraz z klimatyczną muzyką sprawiają, że nie trzeba być miłośnikiem gór, aby zachwycić się tego typu kadrami. Ciekawym pomysłem reżysera było też wplecienie elementów podhalańskiego folkloru w fabułę filmu - góralska muzyka oraz ubiór podkreślają etniczność regionu, na którym ona się toczy. Jedyne co wyszło na minus to mnogość wątków, przez co widz może z czasem się pogubić w tym, co się dzieje, a nawet może go to nużyć, ale ogólnie to jest dobry film.
źródło zdjęcia
Jeszcze ciągnie mnie, aby pójść obejrzeć "Ministrantów". Podobno to też jest mocny. Może znajdę choć chwilkę w przyszłym tygodniu.

czwartek, 8 stycznia 2026

2302. Kalwaria Zebrzydowska w zimowej odsłonie

Wracając z Wigilii wspólnotowej w Wadowicach postanowiłam na chwilę zahaczyć o położoną zaledwie kilkanaście kilometrów dalej Kalwarię Zebrzydowską. Nie było z tym najmniejszego problemu, ponieważ leży ona na trasie kursu busu relacji Wadowice - Kraków.
Kalwaria Zebrzydowska jest jednym z tych miejsc, które bez wątpienia ukształtowały nie tylko moją religijność, ale i osobowość. Kto chociaż raz przemierzał kalwaryjskie Dróżki Pana Jezusa albo Dróżki Matki Bożej, ten wie, jak bardzo forsująca bywa ta droga. Bo sanktuarium kalwaryjne to nie tylko Droga Krzyżowa, ale też dwie trasy, w większości przecinają się swoimi stacjami. Podczas sierpniowych odpustów, już jako kilkuletni brzdąc, przemierzałam je w te i we w te. Taka tradycja przenoszona z pokolenia na pokolenie.
Tym razem nie było czasu, ani warunków, na przemierzanie dłuższych odległości. Byłam uzależniona od busu, poza tym było zimno i ślisko, a ja nie chciałam ani się przeziębić, ani przewrócić i potłuc, a może i połamać. Na pewno nie teraz. Dlatego jedynie przeszłam trasę Drogi Krzyżowej, a to i nie całą, bo podarowałam sobie Kaplicę Trzeciego Upadku (kto chociaż raz tamtędy szedł, ten zapewne kojarzy ogromne podejście, które tam prowadzi). Ale i tak było pięknie i uroczo, przynajmniej w mojej ocenie.
No dobra, wyjątek zrobiłam dla tzw. Kaplicy Aniołów Stróżów, znajdującej się nieco na uboczu i pod górkę. Uwierzyłam w to, że skoro patronuję jej Aniołowie Stróże, to mój Anioł Stróż na pewno dopomoże mi w pokonaniu tej drogi. Sama kaplica okazała się zamknięta na cztery spusty, nie przeszkodziło mi to jednak w zmówieniu modlitwy do mojego niebiańskiego opiekuna.
Na koniec jeszcze pobiegłam do sanktuarium zobaczyć imponującą, ruchomą szopkę bożonarodzeniową. Co tu dużo pisać - jest piękna. I można ją zwiedzać aż do 14 lutego. Zachęcam, bo naprawdę warto. Tym bardziej, że nie udało mi się sfotografować jej tak dobrze, że można by było pokazać ją na blogu.

niedziela, 4 stycznia 2026

2301. Danton - bohater czy postać tragiczna

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie na początku mojej studenckiej kariery. Profesor prowadzący historię gospodarczą włączył go naszemu rocznikowi najpierw w ramach wykładów, a potem ćwiczeń. Jaki był tego powód nie mam pojęcia, ponieważ byłam wtedy na zimowym obozie sportowym. Faktem natomiast jest to, że potem stawiał z jego treści pytania podczas zaliczenia przedmiotu. Z jednej strony cieszyłam się wtedy, że ocena została mi wystawiona na podstawie aktywności na zajęciach, z drugiej jednak obiecałam sobie, że kiedyś zmobilizuję się na tyle, aby obejrzeć jeden z filmów reżysera Andrzeja Wajdy, "Danton".
Myślę, że każdy z nas kojarzy postać głównego bohatera filmu - Georgesa Dantona. Historia zapamiętała go jako jednego z organizatorów i głównych przywódców rewolucji francuskiej w 1789 roku. Bezwzględny, stanowczy, chociaż pojawiają się też głosy broniące jego stanowczej postawy. Chyba jednak najbardziej zapamiętany został z tego, że go zgilotynowano w czasie terroru jakobińskiego.
Film "Danton" opowiada właściwie o ostatnich tygodniach życia jej głównego bohatera. Jego akcja rozpoczyna się w 1794 roku, kiedy Francję ogarnia rewolucyjny terror wprowadzony przez Dantona. Podczas burzliwego posiedzenia Komitetu Ocalenia Publicznego, jakobin Jacques Nicolas Billaud-Varenne jawnie oskarża go o działalność kontrrewolucyjną wymierzoną przeciw komitetom. Obecny na zebraniu Maximilien de Robespierre przeciwstawia się co prawda aresztowaniu i osądzeniu Dantona, ale z trudem narzuca swoje zdanie innym członkom Komitetu, którzy są zaniepokojeni wpływami Dantona oraz jego popularnością. Takim sygnałem ostrzegawczym dla niego jest likwidacji redagowanej przez Camille'a Desmoulinsa gazety "Vieux Cordelier".
Danton otrzymuje ostrzeżenie, że rząd chce go aresztować wraz z najbliższymi współpracownikami. Niestety, lekceważy je, licząc naiwnie na swoją popularność wśród paryżan oraz nietykalność z uwagi na zasługi dla rewolucji. Z inicjatywy Robespierre'a, nadal pragnącego oszczędzić Dantona, dochodzi do poufnego spotkania obydwóch przywódców, które jednak nie skutkuje dojściem do zamierzonego porozumienia. Zdecydowany już Robespierre, w obawie przed radykalnymi działaniami ze strony Dantona, postuluje w Komitecie Ocalenia szybkie osądzenie go. Raport rewolucjonisty Lauis de Saint-Juste'a stanowi podstawę do przygotowania listy osób przeznaczonych do uwięzienia. W nocy z 30 na 31 marca 1794 roku dochodzi do aresztowania tzw. dantonistów wraz z samym Dantonem. Zostają oni internowani w Pałacu Luksemburskim. Następnie zostaje im wytoczony publiczny proces, podczas którego zostaje wydany na Dantona wyrok śmierci.
Film Andrzeja Wajdy pt. "Danton" jest doskonałym obrazem tego, jak ktoś może w jednej chwili z osoby bardzo popularnej w społeczeństwie stać się taką, z którą nikt nie będzie się liczył, która spadła na sam dół i została pozbawiona praw publicznych. Chociaż z historii wiedziałam, jaki będzie jej finał, to i tak żal mi się zrobiło, kiedy oglądałam finałowe sceny, w których Danton został zgilotynowany. Chociaż nie przepadam za aktorem Gerardem Depardieu, to nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że w tej roli akurat bardzo przypadł mi do gustu. Zagrał niezwykle realistycznie rolę Dantona, widz widział, że wkłada w nią wiele emocji. Poza tym w filmie zobaczymy całą plejadę dobrze znanych nam polskich aktorów i aktorek, co sprawia, że film odbiera się jako jeszcze bardziej swojski.

sobota, 3 stycznia 2026

2300. A po spacerze...

A po spacerze (i powrocie do domu, oczywiście) najlepiej rozgrzać się powolnymi łykami ciepłej, ulubionej herbaty. Z tę ulubioną herbatą to trochę przesadziłam, bo najczęściej pijam normalną, czarną. Za to mam ukochany kubek, taki z którego jak piję, to z automatu poprawia mi się humor, nawet jeżeli mam go z pozoru najlepszy jaki mogłabym mieć. Ale jeżeli ktoś jest smakoszem jakiegoś specjalnego jej gatunku, to czemu nie. Do tego jakieś smakowite ciasteczko i można choć na chwileczkę poczuć się szczęśliwym i spełnionym. Nawet jeżeli za oknem śnieg straszy zaspami po pas.
Herbaciany motyw wykorzystałam do stworzenia skromnej kartki imieninowej dedykowanej osobie, którą poznałam zupełnie przypadkowo, a którą bardzo lubię i cenię. W styczniu są jej imieniny. Nie wiem, czy właśnie wtedy ona je obchodzi, a tak jakoś niestosownie było zapytać ją o to wprost. Postanowiłam jednak zaryzykować i wysłać jej życzenia imieninowe. Jedyne co ryzykuję to to, że spudłuję z datą. Problem miałam jedynie z tym, co umieścić na samej kartce. Jasne, mogłabym kupić jej gotową kartkę, ale miałam akurat ciut czasu wolnego, więc postanowiłam jej coś nagryzmolić swoimi łapkami. Jakoś tak przyszła mi do głowy ta herbata w zimowy czas i taki właśnie motyw znalazł się na mojej skromnej kartce. Przepraszam za jakość zdjęcia, wykonywane było wieczorem, a jeszcze nie opanowałam działania mojego nowego aparatu fotograficznego w takich warunkach.
Gorąca herbata, a czasami, jak dobrze się czułam, to i coś słodkiego do tego, towarzyszyły mi w ostatnie wieczory, kiedy wgłębiałam się w biografię naszego nowego papieża, Leona XIV. Jeszcze w trakcie zeszłorocznych rorat miałam zamiar przeczytać jakąś książkę na ten temat. Owszem, same kazania dosyć ciekawie przybliżały jego sylwetkę, a jednak postanowiłam poznać ją jeszcze bliżej. Nie wyrobiłam się w trakcie rorat, zabrakło mi kilka godzin w ciągu dnia. Nie przeszkodziło mi to jednak w sięgnięciu po jedną z książek przybliżających jego sylwetkę już po nich. A czas między świętami, a aktualnym dniem okazał się ku temu doskonałą okazją. I tak, jak rok 2025 zamknęłam książkami "Mój piękny syn" Davida Sheffa i "Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem" jego syna Nicka Sheffa, tak moja czytelnicza przygoda w 2026 roku rozpoczęła się od przeczytaniu książki Adama Sosnowskiego oraz ks. Janusza Królikowskiego - "Leon XIV. Biografia ilustrowana".
Tytuł: "Leon XIV. Biografia ilustrowana"
Autor: Adam Sosnowski, ks. Janusz Królikowski
Wydawnictwo: Biały Kruk
Kraków 2025
Ilość stron: 412

Zmiana następcy świętego Piotra na Stolicy Piotrowej jest czymś właściwie nieuniknionym. Każdy przecież kiedyś musi umrzeć, także papież. Na szczęście jest coś takiego, jak sukcesja apostolska, która pilnuje ciągłości obsady na Tronie Piotrowym. Zawsze jest to wielka niewiadoma, kto po konklawe wyjdzie z niego jako papież. Co prawda dziennikarze mają swoich faworytów, jednak jak mówi stare przysłowie, ten kto wchodzi jako papież na konklawe, wychodzi z niego jako kardynał.
Myślę, że wybór augustianina Roberta Prevosta na 267 papieża był identycznym szokiem dla katolickiego świata, jak w 1978 roku wybór Karola Wojtyły, czy też w 2013 roku wybór jezuity Jorge Bergoria. Pierwszy z nich był pierwszym od blisko czterech wieków papieżem nie-Włochem. Drugi był pierwszym w historii papieżem jezuitą, w dodatku z odległej Argentyny. Tym razem kolegium kardynalskie zapaliło zielone światło mało znanego kardynała pochodzącego z Chicago - Roberta Prevosta. W odpowiedzi na to "nieznane", kierowany potrzebą poznania nowego papieża przez Polaków, dr Adam Sosnowski postanowił przybliżyć im sylwetkę aktualnego następcy św. Piotra. Spod jego pióra wyszła bardzo ciekawa książka zatytułowana po prostu "Leon XIV. Biografia ilustrowana". Jest to komplementarny zapis drogi, jaką przemierzył Robert Prevost, od dzieciństwa, po aktualny moment. Czytelnik poznaje więc rodzinę Boba, jak w domu i wśród znajomych wołano na małego Roberta, przygląda się jego edukacji oraz drodze kapłańskiej. Ciekawym dodatkiem do całości są skrócone biografie wszystkich dotychczasowych papieży, noszących imię Leon. Część ta wyszła spod pióra księdza Janusza Królikowskiego, czyniąc go współautorem tej ciekawej publikacji.
Książkę naprawdę dobrze się czyta. Znajduje się w niej wiele ciekawostek związanych z nowym papieżem, Leonem XIV. Jak zakłada autor, wiele z nich nie było dotąd nigdzie publikowanych. Dla mnie wartością dodaną są cytaty wypowiedzi osób, które znały kardynała Roberta Prevosta we wcześniejszych okresach jego życia, jak i wiele wypowiedzi przyszłego papieża, w tym fragmenty jego kazań i homilii. Myślę, że to ważne, ponieważ w naszym kraju jego słowa nie były raczej tak bardzo cytowane we wcześniejszych latach. Piękne zdjęcia w unikatowy sposób obrazuje czytane treści. Jedyne, co mnie jakoś tak denerwowało podczas czytania książki, to ciągłe utyczki w stronę poprzednika Leona XIV, papieża Franciszka. Rozumiem, że autor może go nie lubić, nie darzyć sympatią, ale czasami te jego "pretensję" np. co do stylu rządzenia przez niego Kościołem, były wręcz męczące.

Tak sobie też teraz myślę, że lektura wspomnianej książki nie tylko poszerzyła stan mojej wiedzy na temat aktualnego papieża, ale też zainspirowała do stworzenia własnych kontrolek do ubiegłorocznych rorat. No bo planszę na nie otrzymałam, a po same kontrolki miałam przyjść innym razem (spieszyłam się na ostatni autobus do domu). Ale jakby ksiądz sobie o tym zapomniał i pozbył się nich, to nic nie szkodzi, zrobię sobie je sama. Myślę, że mam już ku temu odpowiednie zaplecze wiedzy, a i ewentualne zdjęcia znajdą się też gdzieś w czeluściach Internetu.
I na koniec zostawiam Was z wspomnianym na początku kubkiem z ciepłą herbatą oraz czymś słodkim do tego. Mam nadzieję, że i Wy się nimi jakoś poczęstujecie.

piątek, 2 stycznia 2026

2299. Noworoczny spacer

Może nie w 100% noworoczny, bo odbyłam go na drugi dzień po rozpoczęciu nowego, 2026 roku. Ponieważ wtedy wypadał Pierwszy Piątek Miesiąca, pojechałam się wyspowiadać. Po południu, bo rano nie dałam rady wstać o tej 4:30, aby zdążyć na 7:00 na Mszę. W pracach jeszcze miałam ustawowo wolne, nie musiałam więc specjalnie nigdzie się spieszyć. No prawie, bo wiadomo, że jak nie zdążę na konkretny autobus, to może posypać mi się cały dzień.
Tak sobie rano pomyślałam, że może warto by było pojechać do Księdza-administratora na tyle wcześnie, aby trochę pochodzić po okolicy. Miejscowość, do której go skierowano jest miejsko - wiejska. Owszem, on sam ma kościół i plebanię właściwie w centrum miasta, ale już za rogiem rozciągają się pola i łąki, które od wiosny do jesieni mienią się wszystkimi kolorami słońca. Teraz oczywiście więcej jest na nich śniegu, przez który prześwituje czarna ziemia, albo pod naporem którego uginają się ostatnie ostałe rośliny, ale to przecież nie przeszkadza w podziwianiu piękna otaczającego nas świata.
Do S-rza pojechałam wcześniejszym autobusem, niż zazwyczaj. Przezornie wzięłam ze sobą moją cyfrówkę, aby pouwieczniać to, co zobaczą moje oczy - widoki, którymi się będę cieszyć. Dodatkowo wysiadłam kilka przystanków wcześniej. Jeszcze w drodze zdecydowałam, że lepiej będzie, jak przejdę tą trasę zdążając do kościoła, niż gdy wysiądę pod nim i będę się cofać, aby potem i tak do niego wrócić. 
Opuściłam ciepłe wnętrze autobusu dosłownie w szczerym polu. Zawsze zastanawiałam się, po co ktoś postawił tam przystanek. Teraz już wiem - dla takich szaleńców jak ja. No dobrze - odwrotu nie było, musiałam iść naprzód, żeby nie zostać na przysłowiowym lodzie, chociaż tutaj bardziej pasowałoby określenie, że śniegu.
Hmm... ciekawe dokąd prowadzą te ślady...
Odpowiedź jest banalnie prosta - na pola otaczające miejscowość. Ciekawe co na nich rośnie...
Ale na tych bezkresnych polach świat się nie kończy i po nacieszeniu się tym widokiem, a także zważając na to, że lada chwila mógł spaść śnieg, postanowiłam ruszyć w dalszą wędrówkę wzdłuż jezdni. Po drodze minęłam m.in. taki oto krzyż.
A także bliżej nieokreślony ciek wodny.
Dalej już rozciągał się widok złożony z drzew i połaci śnieżnych.
Kolejny krzyż na drodze.
A dalej po prawej stronie rozciąga się uroczy las.
Jednak pojedyncze choinki można zauważyć też po drugiej jego stronie.
Jedna z ścieżek prowadzących w głąb lasu.
Ale ja idę dalej, z każdym krokiem coraz bardziej przybliżając się do końca drogi.
W mojej głowie kolejny raz pojawia się pytanie - dokąd prowadzą te ślady.
I kolejna przydrożna kapliczka.
Jak widać, Czarna Przemsza nie dała się siarczystemu mrozowi.
Ruiny zamku zawsze mi oznajmiają, że właśnie znalazłam się na terenie S-rza.
Niepozorny, ale bardzo piękny od wewnątrz kościółek św. Katarzyny i św. Walentego oznajmił, że zostało dosłownie kilkaset metrów do głównego kościoła farnego.
To był bardzo przyjemny spacer. Można powiedzieć, że weszłam nim na dobre w nowy rok. Trasa, jaką pokonałam liczyła ok. 3 kilometrów, więc nie była jakoś specjalnie wymagająca czy też forsująca. Pozwoliła mi za to lepiej poznać okolicę, która nie znajduje się jakoś specjalnie daleko od miejscowości, w której mieszkam, a zachwyca swoim pięknem. Mam nadzieję, że w obecnym, 2026 roku nie zabraknie mi czasu i chęci na podobne wyprawy.