Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 5 maja 2026

2351. "Królowo ognisk rodzinnych"

Jezus, chociaż był Synem Bożym, przyszedł na świat w ludzkiej rodzinie. Poznawał przez to codzienne życie zwyczajnych ludzi. Tak jak oni był najpierw niemowlęciem, potem chłopcem, nastolatkiem i w końcu dorosłym mężczyzną. Mieszkał w domu w Nazarecie otoczony miłością mamy Maryi i taty Józefa. Jako małe dziecko ufnie wyciągał swoje rączki w ich stronę i tulił się, kiedy mu było źle. Jako nastolatek gorliwie uczył się fachu stolarskiego od Józefa, jako dorosły okazywał szacunek swojej matce. 
Dom Świętej rodziny w Nazarecie, chociaż z całą pewnością nie należał do bogatych, był pełen miłości i akceptacji. Nawet jeżeli zdarzały się w nim kłótnie, to ostatecznie zwyciężał pokój i dobro. Maryja, jak każda dobra gospodyni, dbała o niego najlepiej jak umiała. To do niej należało przygotowanie posiłków, do których siadała cała rodzina, to ona dbała o ład i porządek w jego obejściu, to do niej należało tkanie i pranie ubrań całej trójki. W końcu to ona dbała o rozwój i wychowanie dziecka, które tak właściwie nawet nie należało do niej. A jednak to do niej z ufnością przychodził mały Jezus i to jej wyznawał swoją wielką dziecięcą miłość. Maryja jednak wiedziała, że to dom i rodzina są tymi pierwszymi miejscami, w których  dziecko uczy się prawidłowych reakcji międzyludzkich. Wiedziała też, że to, czego Jezus nauczy się za młodu, będzie procentowało na przyszłość.
My też wzrastamy w rodzinach. W niektórych jest dość pieniędzy i dzieciom nie brakuje niczego, w innych dzieci często chodzą głodne, bo rodzice nie mają co do garnków włożyć. Niektóre są pełne, w innych jest tylko mama, czy też tata. Jednak na nic zdadzą się bogactwa i biedota, jeżeli w rodzinach zabraknie miłości, pokory, ustępsttw i zrozumienia. Zdrowych reakcji i emocji, przygotowujących jej najmłodszych członków do życia w świecie dorosłych. Oczywiście zdarzają się rodzinyy dysfunkcyjne, w których zdarzają się zachowania patologiczne. Takim rodzicom należy jak najbardziej pomagagć, chociażby poprzez pokazywanie prawidłowych wzorców czy też pomoc systemową, w postaci pracowników socjalnych oraz asystentów rodziny. Nigdy nie zrozumiem tłumaczenia, że na to nie ma pieniędzy. Święta rodzina nie była bogata, ale silna swoją miłością. Niech nasze rodziny też takie będą. 
Teologiczne rozważanie -
"Królowo ognisk rodzinnych, przyjdź i drogę wskaż."

poniedziałek, 4 maja 2026

2350. "Służebnico pokorna"

Mówimy, że Maryja była pokorna. Ale czy tak naprawdę wiemy co to określenie oznacza? Na myśl przychodzi tutaj scena zwiastowania, kiedy Archanioł Gabriel oznajmił tej młodej, kilkunastoletniej dziewczynie, że zostanie matką samego Boga. Maryja pewnie była tym zaskoczona, pewnie niedowierzała, być może myślała, że wszystko to jej się przywidziało, przyśniło. Jak już pisałam, była zwyczajną dziewczyną z normalnymi emocjami i uczuciami. Kiedy sama uwierzyła w to, że to właśnie ona została wybrana na Matkę Syna Bożego, zauważmy że nie poszła tego ogłosić całemu światu. Poszła pomóc swojej krewnej Elżbiecie, która a także była przy nadziei. Ale gdy weszła do domu Elżbiety i Zachariasza, też nie zrobiła tego z okrzykiem: "Jestem w ciąży!". To Elżbieta sama oznajmiła to młodszej kuzynce. Potem, kiedy urodziła Dziecię też specjalnie tego nie rozpowiadała, raczej dxziwiła się na przybycie Trzech Króli, czy też na słowa Symeona i Anny usłyszane w Świątytni. Nie mówiła o tym, ale "Chowała te wspomnienia w swoim sercu".
Pokora Maryi nie polegała na wiecznym uniżaniu się i swoich zasług. Ona znała swoją wartość i swoje miejsce w szeregu. Jej pokora polegała na niewychylaniu się poza nie i ufności w Boży Plan. Jej pokora to także naturalna chęć pomocy i służeniu, tak samo Bogu, jak i innym ludziom. Przecież po zwiastowaniu mogła poczuć się tak ważna, że odpuściłaby sobie pieszą podróż w góry do Elżbiety. Nawet tak po ludzku mogłoby coś jej się stać, mogłaby poronić. Czy i nas, ludzi XXI wieku, jeżdżących samochodami, byłoby stać na taki gest? Nie uważała się za najlepszą, chociaż została wyróżniona przez Boga, bo zdawała sie sprawę z tego, że przyjdzie ktoś od niej lepszy. Dlaczego więc my gardzimy tymi, którzy są od nas gorsi i zazdrościmy tym, którzy są lepsi. Dobrze to widziałam podczas niejednego konkursu. Zwłaszcza u tych, którzy raczej znajdowali się na podium, a nie poza nim. Była ufna Bogu,, temu, że On przy niej jest i zawsze będzie w trudnych momentach. Dlatego nie bała się przyjąć kolejnych zadań i odpowiedzialności za nie.
Czym zatem jest pokora? To nie uniżenie się przed wszystkimi i bycie na samym końcu, ale świadomość swoich mocnych stron i miejsca w szeregu. To nie wycofywanie się z zadań ze strachu przed niepowodzeniem, ale branie takich obowiązków, które są zgodne z naszymi predyspozycjami, a w razie problemów z ich wykonaniem - poproszenie o pomoc. To nie nieustanne udowadnianie, że jest się najlepszym we wszystkim, bo zawsze znajdzie się ktoś lepszy od nas, ale uznanie swoich wad i niedoskonałości i pogodzenie się z nimi. To nie wznoszenie wciąż siebie na piedestał, ale też innych. To drobne gesty, uśmiechy, dobre słowo względem innych, zwłaszcza tych słabszych i "bardziej wykluczonych". To bycie najlepszą wersją samego siebie nie w oczach ludzi, a Boga. Jak wiecie, pracuję z młodzieżą, również tą przygotowującą się do bierzmowania. I widzę jak bardzo chcą zaistnieć w internecie, jak bardzo chcą być popularnii, jak liczą się polubienia ich wpisów w sieci... Dlaczego w takim samym stopniu nie chcą, aby liczyły się ich dobre uczynki w oczach Boga? Przecież ta ziemska sława kiedyś przeminie, zaś boska będzie trwać na wieki.
I teologiczne rozważanie
"Służebnico pokorna - pokój światu daj".

niedziela, 3 maja 2026

2349. "Córko ludu Bożego"

Lud Boży... Naród Wybrany... Izrael... Bóg powiedział niegdyś Abrahamowi, że jego potomstwo "będzie liczne jak gwiazdy na niebie". Zarówno Józef, jak i Maryja wywodzą się wedle tradycji z rodu Dawida, ten zaś jest jednym z potomków Abrahama. Przez czas dzielący Abrahama i Jezusa Naród Wybrany stał się tak liczny, jak owe gwiazdy na niebie. Spośród tych wszystkich pokoleń Bóg mógł sobie obrać na Matkę swojego Syna każdą inną kobietę ze wszystkich pokoleń. Wybrał jednak Maryję, prostą dziewczynę mieszkającą w niczym nie wyróżniającym się miasteczku o nazwie Nazaret. Dlaczego właśnie ją? Tego nie wiadomo. 
Maryja znała religię żydowską. Tradycja mówi, że w trzecim roku życia została oddana na naukę w świątyni. Nawet jeżeli tak nie było, to można zakładać, że znała prawo żydowwskie na tyle, na ile mogła je pojmować w wieku kilkunastu lat. Z drugiej strony znała realia życia w miasteczku, pewnie miała jakiś znajomych, a może i przyjaciół. Niemal na pewno jej matka podzieliła się z nią sposobami na prowadzenie gospodarstwa domowego, może zdradziła przepisy na pyszne potrawy? 
Maryja nie była więc przypadkową osobą, a kobietą znającą swoją wiarę i realia życia tu i teraz. Szybko stała się pośredniczką pomiędzy Jezusem, a ludem - przypomnijmy sobie wesele w Kanie Galilejskiej, gdzie prosi Jezusa o pomoc. Wie, co się stanie, jeżeli nie będzie wina. Wie, ponieważ bacznie obserwowała otoczenie, w którym przebywała. Co prawda nie wiemy, czy takich sytuacji było więcej, Ewangelie nic o tym nie mówią, ale można przypuszczać, że tak.
Rola Maryi w prowadzeniu Ludu Bożego do swojego Syna nie skończyła się wraz z jego śmiercią, ale trwa po dzień dzisiejszy. Już nie przychodzimy do niej, jako osoby fizycznie żyjącej na ziemi, a w naszych sercach. Przychodzimy do niej skrywanej w różnych obrazach oraz figurkach, bo niekiedy tak jest nam łatwiej wypowiedzieć prośby i podziękowania, kiedy widzimy jej twarz. Nie modlimy się jednak do obrazów, czy figur, ale do kogoś, kto oręduje za nami w niebie. Nie wolno nam o tym zapominać, bo wtedy popadniemy w bałwochwalstwo. 
Maryja jest z nami tu i teraz, tak samo jak w każdym momencie przez 2000 lat historii. Jest jedną z cór Ludu Bożego w danym czasie. Być może to sprawia, że tak wiele osób właśnie do niej zwraca się ze swoimi prośbami. Te obrazy i bijące z nich spojrzenie zdają się mówić z łagodnością "Nie martw się, wszystko będzie dobrze".

A oto teologiczne rozważanie:
"Córko ludu Bożego, do Syna Twego nas prowadź".

sobota, 2 maja 2026

2348. "Ze wszystkich niewiast wybrana"

Wybory, wybory, wybory.... Towarzyszą nam niemal w każdej chwili naszego życia. Rano musimy wybrać, w co mamy się ubrać, w ciągu dnia, z kim porozmawiać, którędy iść, wieczorem, czy bardziej mi odpowiada oglądanie filmu w telewizji, wyjście na imprezę ze znajomymi, czy też wcześniejsze położenie się spać. Z nie wszystkich naszych wyborów jesteśmy zadowoleni, gdybyśmy tylko znali konsekwencje niektórych naszych wyborów, z całą pewnością postąpilibyśmy inaczej. Na przykład kiedy umiera ktoś bliski naszemu sercu wyrzucamy sobie, że tak mało poświęciliśmy jej czasu. 
Wybór nie jest czymś co jest zarezerwowane tylko dla ludzi. Wybiera także sam Pan Bóg. Wybiera szczególnie tych, którzy mają mu służyć w szczególny sposób. Kiedyś byli to prorocy zapowiadający przyjście na Ziemię Syna Bożego, dzisiaj są to kapłani, za których przyczyną każdego dnia na wszystkich ołtarzach świata chleb przemienia się w Ciało Pańskie, a wino, w jego Krew. Szczególnym przypadkiem wybrania przez Boga była Maryja. To jej powierzono najważniejszą, ale i najpiękniejszą misję w historii świata - zostanie Matką Jego Syna. Podczas Mszy świętej niejednokrotnie słyszymy: "To, co Ewa straciła przez nieposłuszeństwo, Maryja odzyskała przez wiarę". Wedle nauki Kościoła człowiek miał się rodzić bez żadnego grzechu i w ogóle miał nie wiedzieć, czym on w ogóle jest. Dlatego Bóg posłał swojego Syna, aby swoją śmiercią odkupił całą ludzkość. To było zapowiadane przez proroków i Maryja znała te proroctwa.
Wbrew pozorom Maryja też miała wybór - zawsze mogła powiedzieć zwyczajne "nie". Wszak Pan nie pozbawił jej wolnej woli. A jednak nie zrobiła tego. Chociaż pewnie zastanawiała się, co może z tego wyniknąć, co może zyskać, a co stracić, jak będzie wyglądało jej życie. Może musiała skorygować swoje dziewczęce plany i marzenia. Ale powiedziała "tak". 
Bóg znał jej serce, tak samo jak zna serce każdego z nas. Dzięki temu wie do czego może nas powołać i ile od nas wymagać. Dlatego nie wybiera nas do niczego, czego nie jesteśmy w stanie wykonać. Ale i nam zostawia wybór, czy chcemy przyjąć jego wolę, czy też obierzemy własną drogę. Pójście drogą Jego planu może być trudne i pełne wyrzeczeń oraz krętych dróg, ale z pięknym finałem. Co jednak w przypadku, kiedy wybierzemy inną ścieżkę życia. Czy Bóg się wtedy od nas odwróci? Nie, on dalej będzie z nami i będzie nam błogosławił. Nie opuści nas, tak jak nie opuścił Kaina, kiedy ten zabił swojego młodszego brata Abla. A kiedy będziemy mieli wątpliwości, co do naszych wyborów, poradźmy się Maryi, tej która dokonała najsłuszniejszego wyboru, pomimo licznych wątpliwości.
Ze wszystkich niewiast wybrana - przyjdź i drogę nam wskaż

I jeszcze teologiczne rozważanie na powyższy temat:


piątek, 1 maja 2026

2347. "Na drogach nam nadzieją świeć"

W zeszłym roku w związku ze zbliżającą się peregrynacją kopii Jasnogórskiej Ikony wywiązała się inicjatywa przybliżenia diecezjanom niektórych rzeczy związanych z postaci Matki Bożej. W tym celu klerycy oraz kadra Wyższego Międzydiecezjalnego Seminarium Duchownego w Częstochowie opracowali 31 tematów, po jednym na każdy dzień maja, w których rozważali jeden fragment pieśni "Matko, która nas znasz". Być może pamiętacie, że dostałam wtedy bojowe zadanie przygotowania tych rozważań dla parafii. Bezcenny czas. Już wtedy myślałam, aby podzielić się z Wami tymi materiałami, ale miałam trochę za dużo na głowie (jakby teraz było inaczej...). Kolejnym terminem był październik - też nie wyszło. To może tegoroczny maj?
Co prawda peregrynacja w mojej diecezji stopniowo dobiega końca, ale to właśnie w końcówce maja obraz zawita i do mojej parafii, i do dwóch parafii, z którymi współpracuję. A ostatnio był w jeszcze innej parafii, gdzie bardzo często jestem na sobotnich zajęciach z dzieciakami. Obowiązki, a po trochu i zmęczenie, nie pozwoliły mi na obecności podczas ceremonii powitania, ale na pożegnaniu już byłam.
Myślę, że takie przypomnienie sobie poszczególnych rozważań będzie także z korzyścią dla mnie. Jeszcze raz zapoznam się z treściami, które w niektórych przypadkach oczarowały mnie swoją prostotą i pięknem, ale może i pełniej przygotuję się od strony duchowej do tego, co ma się niebawem wydarzyć. Co prawda, tak jak wcześniej w jednym z wpisów opisywałam, jak uczestniczyłam w pięciu Nabożeństwach Jubileuszowych, co jest dobrym wynikiem, ale to było w zeszłym roku. W tym staram się w miarę możliwości uczestniczyć w parafialnych przygotowaniach, a także uzupełnić je o wspomniane nagrania rozważań.
W pierwszym dniu maja towarzyszą mi słowa "Na drogach nam nadzieją świeć".
Mój komentarz:
Drogę życiową Maryi można nazwać drogą nadziei. Ale czym tak właściwie jest nadzieja? Nadzieja jest ufnością w to, co ma się stać. Ufam Bogu, a więc żywię nadzieję w to, co ma się wydarzyć podczas mojej drogi życiowej. Maryja od początku ufała Bogu. Weźmy na przykład scenę zwiastowania, kiedy przyszedł do niej Archanioł Gabryel. Wydarzenie, które ma w sobie coś z metafizyki. Bo przecież jak uwierzyć w to, że ma się zostać Matką Syna Bożego. A jednak zaufała temu Słowu i miała nadzieję, nie tylko, że ta obietnica się spełni, ale też i że wypełni swoją misję do końca. Z tym pragnieniem przemierzała przez swoje życie i życie Pana Jezusa. Ma nadzieję, kiedy rodzi Święte Dziecię w zwykłej zimnej grocie. Nie traci jej, kiedy ucieka z Józefem do Egiptu, ani kiedy szukają razem nastoletniego Jezusa w Jerozolimie. Nadzieja jest w niej, kiedy widzi cuda czynione dłonią swojego syna, i kiedy na dziedzińcu pałacu Piłata słyszy wyrok śmierci wydany na jej Dziecko. Zapewne miała nadzieję, że będzie on inny, że Piłat Go uniewinni. Ale wtedy nie spełniłyby się przepowieści proroków. Wiedziała o tym, i z nadzieją, połączoną ze smutkiem, szła w ostatnią drogę Syna Bożego. To nadzieja dodawała jej sił i odwagi, kiedy Odkupiciel konał na Krzyżu. I w końcu Wieczernik, gdzie razem z apostołami oczekiwała na pojawienie się Zmartwychwstałego Pana. Miała nadzieję, że i to się wypełni, toteż trwała cierpliwie do końca.
W wielu z przytoczonych sytuacji spora część osób zwątpiłaby i zawróciła. Szukalibyśmy wymówek, dlaczego zrezygnowaliśmy z czekania, z trwania. Maryja ich nie potrzebowała, bo w każdej z nich trwała do końca, w nadziei. Wielokrotnie porzucamy pewne postanowienia i plany, przytłoczeni ciężarem codziennych trosk. Wbrew pozorom Matce Bożej wcale nie jest  obca taka postawa. Zapewne bardzo często spotykała się z nią, kiedy mieszkała w Nazarecie. Ze zwątpieniem, chłodem i obojętnością. Ona to rozumie, co więcej, chce nam pomóc wychodząc na nasze życiowe drogi z lampką trzymaną w dłoni. Jednak w jej środku nie pali się płomień świecy, ale nadziei. Czy zdecydujemy się zaprosić ją do wspólnego wędrowania po naszych życiowych ścieżkach?
"Matko, która nas znasz, z dziećmi Twymi bądź, Na drogach nam nadzieją świeć, z Synem Twym z nami idź.".