Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 3 kwietnia 2018

700. "Nikt nas nie zrozumie tak, jak my sami siebie będziemy rozumieć..."

Kilka lat temu tak porządnie pokłóciłam się z rodzicami. Chyba każdemu z nas przytrafiło się to mniej więcej kilka razy w życiu, nie ma w tym więc raczej nic dziwnego. Nie wiem już o co poszło, zresztą to nie jest w tym wszystkim najważniejsze. Pamiętam jednak, że w nerwach powiedziałam coś, co brzmiało mniej więcej:
 - Wy nigdy mnie nie zrozumiecie...
Mama wtedy spojrzała na mnie i spokojnie mi odpowiedziała:
 - No bo nikt nas nie zrozumie tak, jak my sami siebie będziemy rozumieć.
I chociaż mama wcale nie jest dyplomowanym psychologiem, to jej słowa niejednokrotnie trafiały do mnie bardziej, niż ich wydumane stwierdzenia. Może dlatego, że dla tej prostej wiejskiej kobiety byłam po prostu dzieckiem, a nie przypadkiem, który trzeba wsadzić w odpowiednie ramy i schematy. Dlatego nigdy nie lubiłam chodzić do poradni psychologiczno - pedagogicznej. Na szczęście byłam tam tylko cztery razy: trzy razy przed egzaminami kończącymi poszczególne etapy mojej obowiązkowej edukacji i raz przed przejściem ze specjalnego gimnazjum do integracyjnego liceum.
Dlaczego zdanie wypowiedziane przed laty stało się tytułem dzisiejszego posta? Ostatnio przeczytałam w jednym z Waszych komentarzy, że kiedy ktoś mnie pochwali, to odnoszę to do mojej niepełnosprawności, a także, że "Niepełnosprawność jest przypadkiem, słaby to więc powód do dumy. Powodem do dumy jest to, jak sobie z nią radzimy. Dostrzeganie w każdym komentarzu i w każdej reakcji innych cudzego problemu z naszą niepełnosprawnością to nie jest dowód na to, że sobie radzimy wspaniale". Pewnie zauważyliście, że rzadko odnoszę się w treści postów do komentarzy, ale teraz po prostu czuję, że muszę to zrobić.
Człowiek to taka istota, która kieruje się stereotypami. Ja też nie jestem tutaj wyjątkiem i niejednokrotnie pomyślałam sobie coś niewłaściwego o danej osobie tylko dlatego, że taka i taka panuje o nim wśród społeczeństwa opinia. No bo wiecie - muzułmanin to na pewno przeprowadzi zaraz zamach terrorystyczny, ludzie ze wsi zawsze będą gorsi, każdy leżący na ulicy człowiek to alkoholik, a niepełnosprawny... Niepełnosprawny to z pewnością, jak sama nazwa wskazuje, z niczym sobie nie radzi. A wiecie co jest najlepszą metodą na przeciwdziałanie stereotypom? Poznanie tego, co jest nieznane, skupieniu się na jednostce, a nie na ogóle. Bo przecież stereotypy biorą się z postrzegania ogółu, a nie jednostce.
Dlatego, jak ktoś mi mówi, że nie, bo z niepełnosprawnością nie dam sobie z tym i tym rady, mówię: "Chwileczkę, nie znasz mnie, więc nie znasz też moich możliwości. Dlaczego więc zakładasz, że nie dam rady?". Dzięki temu wielokrotnie udowodniłam, że daję radę w większości rzeczy. Czy gdybym sobie nie radziła z niepełnoprawnością, a za razem nie znała swoich możliwości, nie próbowałabym nowych rzeczy? Bo jako nieradzenie sobie z niepełnosprawnością rozumiem postawę, kiedy się jej wstydzę i nie próbuję nowych rzeczy, z góry zakładając, że mi się nie uda. Jako nieradzenie sobie z niepełnosprawnością rozumiem ukrywanie jej, wtedy kiedy się da.
Wiele razy w przeszłości szydzono z mojego wyglądu, nieskoordynowanych ruchów, niewyraźnej mowy twierdząc, że z mózgowym porażeniem dziecięcym daleko nie zajdę. Również wiele codziennych, prozaicznych rzeczy sprawia mi problem. Składanie alby w kostkę(chociaż do kostki to temu było bardzo daleko). Do opanowania wielu czynności dochodziłam latami. Ale doszłam. Może nie robię wielu rzeczy idealnie, ale dla mnie są to osiągnięcia na miarę złota. Zdrowemu człowiekowi trudno zrozumieć, jak można cieszyć się jak głupi z przeniesienia kubka z głupią herbatą, a dla nas, niepełnosprawnych, bardzo często jest to powód do przysłowiowej dumy. Bardzo często jesteśmy krytykowani za to, że przez nasze nieskoordynowane ruchy nie jesteśmy w stanie zrobić tego czy tamtego, dlatego drobne pochwały, które dla człowieka niezdającego sobie sprawy z codzienności i problemów ludzi niepełnosprawnych mogą wydawać się wręcz śmieszne, dla nas są potwierdzeniem na to, że pomimo naszych ograniczeń możemy osiągnąć to czy tamto, możemy być w jakimś tam stopniu samodzielni.
Z drugiej strony nie piszę w każdym moim poście, że od tylu i tylu lat jestem niepełnosprawna, nie wydaje mi się też, abym robiła z mojego schorzenia sensacji na miarę krajową. Tym bardziej, że MPD jest moim towarzyszem do końca życia. To nie jest tak, że wezmę tabletkę i wszystkie moje problemy znikną. Rehabilitacja też nie zniweluję wszystkich moich niedoskonałości. Ale obok rehabilitacji fizycznej ważna jest też, o czym wiele z nas zapomina, rehabilitacja społeczna, wychodzenie do ludzi. Dzięki temu stajemy się odważniejsi, nie boimy się rozmawiać z przypadkowo poznanymi osobami.
Nikt z nas nie chce być niepełnosprawny, niestety świat jest tak urządzony, że niektórzy się z nią rodzą, inni nabywają z czasem w wyniku wypadku, choroby bądź po prostu starości. Jednak każda niepełnosprawność wiąże się z ograniczeniem w pewnym stopniu sprawności i zmianie naszego wizerunku w oczach społeczeństwa. Możemy nic z tym nie robić i marudzić, że jesteśmy tacy biedni i w ogóle, albo możemy walczyć ze stereotypami i pokazywać, że pomimo naszych ograniczeń możemy wieść szczęśliwe, spełnione życie. I chociaż wielu ludziom obserwującym nasze poczynania z boku, a przede wszystkim nieznających nas będzie to się wydawało dziwne i niezrozumiałe, to kierując się słowami mojej mamy warto pamiętać, że "nikt nas nie zrozumie tak, jak my sami siebie będziemy rozumieć.".

niedziela, 1 kwietnia 2018

699. Jezus Zmartwychwstał - prawdziwie Zmartwychwstał!

Misja Magdaleny

Cisza spowiła świat,
jasność przebiła panujący mrok.
Zatrzęsła się ponownie ziemia
gdy cień śmierci z ludzi spadł.
Ktoś biegnie przez zielone łąki,

a potem miejskie uliczki.
Szybko, coraz szybciej, 
aż do utraty tchu!
Chce nam powiedzieć wszystkim,
i każdemu z nas z osobna.
Nowinę, co świat zmieniła,
dała nadzieję na lepsze.
To Pan zmartwychwstał dzisiaj!
- krzyczy wśród porannej ciszy.
Jej głos niesie wiatr letni,
i każdy z nas to usłyszy.
Przysiadła Magdalena na progu,
swojego skromnego domu.
Szczęśliwa, tak bardzo jak nigdy,
że przyniosła Wesołą Nowinę ludziom.


Powyższym wierszem, kolejnym przeze mnie napisanym, witam Was w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Dzwony kończące trzydniową ciszę oznajmiły wszystkim, że kolejny raz obchodzimy pamiątkę Wstania z martwych Syna Człowieczego. Szczerze powiedziawszy to byłam tak zmęczona tą wczorajszo - dzisiejszą Wigilią Paschalną(jak wyszłam z domu przed 21:00 tak wróciłam krótko przed 1 w nocy), że nawet nie słyszałam, jak dzwony biły w bazylikę, na którą wychodzą okna mojego mieszkania. Wstałam za to o 8:00 rano, nakarmiłam kota, a potem poszłam do babci na wspomniane już kilka postów wcześniej. Po śniadaniu chwilkę posiedziałam z rodzinką, a potem poszłam do kościoła na 11:00, bo znowu zespół obstawiał Mszę świętą. Na szczęście repertuar mieliśmy przećwiczony, bo śpiewaliśmy to samo, co w nocy. Tylko w okrojonym składzie.
W planach był świąteczny spacer, ale pogoda za oknem skutecznie od niego zniechęca. Nawet Pusia machnęła na wszystko ogonem i cały czas spała zwinięta w kłębuszek na fotelu. Zostaje więc popołudnie z książką i rodziną. I jeszcze poobiednia drzemka w ramach regeneracji po nocnych Mszach świętych. Jednak przez tych kilka godzin w nocy nie zdążyłam się wyspać. 
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Pan Bóg wybrał kobietę(bądź kobiety, w zależności od Ewangelii) jako tą, pierwsza dowie się o zmartwychwstaniu Syna Człowieczego(specjalnie nie piszę, że zobaczy Zmartwychwstałego Pana, bo nawet w tej kwestii Ewangeliści podają dosyć różne wersje wydarzeń)? Jest taka anegdotka, która mówi, że natura kobieca jaka jest taka jest i Bóg doskonale wiedział, że Magdalena(i pozostałe kobiety, o ile z nią były) nie potrafiłyby utrzymać długo takiej sensacji długo w tajemnicy😁. Wiadomo jednak, że kobiety te znały wcześniej Jezusa i jego nauki, poza tym były to proste, palestyńskie niewiasty. Wzięły wszystko nie na rozum(bo jakby tak było to być może nie uwierzyłyby w usłyszane słowa), ale na wiarę. Bóg objawia się bowiem najczęściej prostym, bojaźliwym swoim sługom. A potem? Potem, zaalarmowani tym wszystkim, do grobu przyszli uczniowie i odkryli prawdę. Radosna Nowina rozniosła się po mieście. I my dzisiaj podzielmy tą radość. Nawet, jeżeli za oknem deszcz leje się strugami...
A tak poza tym, moi kochani czytelnicy, chciałabym życzyć wszystkim Wam razem i każdemu z osobna, zdrowych, pogodnych, radosnych świąt Wielkiej Nocy, abyście spędzili ten czas w spokojnej, rodzinnej atmosferze, zaś Zmartwychwstały Chrystus niech nie szczędzi Wam swoich łask.
Chrystus Zmartwychwstał - prawdziwie Zmartwychwstał Alleluja!

sobota, 31 marca 2018

698. Wśród całego rozgardiaszu trochę świątecznej atmosfery też się znajdzie

Wielki Piątek to dla mnie dzień refleksji, wyciszenia i zadumy. Gdzieś od drugiej klasy gimnazjum tego dnia nie włączam telewizora ani komputera. Czy się nudzę? Nie, swój wolny czas poświęcam, oprócz codziennym obowiązkom, jakiejś ciekawej lekturze. Wczorajszego dnia towarzyszyła mi powieść Thoma Lemmonsa "Tamtego dnia na krzyżu". Opowiada ona o młodym mężczyźnie, cieśli imieniem Linus, który którejś nocy otrzymuje zlecenie wykonania krzyża dla skazańca, którego mają na nim powiesić następnego dnia. Linus jest zdziwiony tym zleceniem, wszak podobne dostawał kilka dni przed egzekucją. Jeszcze bardziej dziwi go to, kto na tym krzyżu ma zawisnąć. Spełnia jednak tą prośbę. Całą noc spędza na wykonaniu krzyża. Kiedy następnego dnia Jezus umiera na jego dziele, Linus zaczyna mieć wyrzuty sumienia, że przyczynił się do jego śmierci. Przygnębiony ucieka potajemnie z Jerozolimy i wyrusza w świat, aby doznać ukojenia własnej duszy...
Wieczorem wyjście na Drogę Krzyżową, po której nastąpiło nabożeństwo Wielkopiątkowe, o 21:00 przeprowadziliśmy zaś jako schola godzinną adorację Najświętszego Sakramentu przy Grobie Pańskim. Na nabożeństwie Wielkopiątkowym kilkoro osób ze scholi(w tym ja) śpiewało wraz z młodzieżowym zespołem. Ponieważ tradycyjnie tego dnia milkną wszystkie dzwony kościelne, wszystko odbywało się a'capella. Zresztą na adoracji było podobnie.
Dzisiejszego dnia w tradycji chrześcijańskiej święci się wiklinowy koszyczek z produktami, które jutro będziemy spożywać podczas uroczystego śniadania na znak zakończenia Wielkiego Postu. I chociaż w różnych rejonach naszego kraju zawartość koszyczka nieco się różni, to zasadniczo możemy znaleźć w nim takie produkty jak:
  1. wykonany z cukru lub czekolady baranek - symbolizuje Zmartwychwstanie Pańskie;
  2. jajka - oznaczają nowe życie;
  3. chleb - to znak przemiany, która dokonała się podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy Chrystus Pan przemienił swoje Ciało w chleb, symbolizuje pomyślność;
  4. wędlina lub jakiekolwiek inne mięso - to oznaka zakończenia okresu Wielkiego Postu, ma zapewnić rodzinie zdrowie, dostatek i... płodność;
  5. ciasto - powinno być przygotowane samodzielnie, jako symbol naszych umiejętności;
  6. chrzan - to symbol ludzkiej siły;
  7. sól - ma chronić od zepsucia;
  8. masło - symbolizuje dobrobyt.
Generalnie nie jest wskazane, aby w naszym koszyczku znalazł się słynny wielkanocny zając(który jest raczej pogańskim symbolem nadchodzącej wiosny), alkoholu, sprzętu elektronicznego(tak, tak, pomysłowość ludzka jest bardzo duża), czy też maskotek.
Wieczorem wielu z nas zapewne uda się do swoich kościołów na Liturgię Światła, podczas której po raz pierwszy od 7 tygodni zabrzmi radosne "Alleluja" oznajmiające światu, że Chrystus wstał z martwych. U nas dodatkowo będzie ona połączona z procesją rezurekcyjną wokół kościoła na koniec. Nie wiem, na ile ten pomysł wypali, bo pora będzie dosyć kosmiczna, ale zobaczymy. Jeszcze muszę się Boskiego Oskiego zapytać, czy ta Msza liczy się już jako normalna rezurekcja, tzn. czy potem w niedzielę już można nie przyjść na legalu do kościoła, czy też nie...
I na koniec pragnę podziękować tym wszystkim, którzy sprawili że w moim mieszkanku zrobiło się chociaż trochę świątecznie. Basiu, Basiu, Gosiu, Marzenko - dziękuję Wam bardzo mocno i przepraszam, że w tym całym remontowym zamieszaniu nie zdążyłam Wam nic wysłać...

czwartek, 29 marca 2018

697. Można się pogubić, czyli co nieco o moim(i każdego z nas) pochodzeniu

Dzisiejszy śpiew na Mszy świętej obstawiała schola. Jeszcze dwa tygodnie temu wzięłam sobie albę do prania, aby była świeża na nadchodzące święta. Co prawda obstawialiśmy tylko dzisiejszą Mszę świętą i jutrzejsze czuwanie(dodatkowo ja i jeszcze kilka osób śpiewamy podczas nabożeństw w Wielki Czwartek oraz Wielką Sobotę, ale to już w normalnych ubraniach), ale i tak wypadało ją odświeżyć. Dzisiaj była już gotowa do użycia.
Mimo tego, że nie było mnie ani w sobotę, ani w niedzielę, bo byłam na wspomnianym wcześniej Forum Młodych, dostałam informacje w związku z dzisiejszym dniem. Wiedziałam więc, że dzisiejsza zbiórka jest już o 17:20, ponieważ musieliśmy jeszcze przećwiczyć repertuar a'capella przed jutrzejszym czuwaniem.
O umówionej godzinie pojawiłam się na górnej salce nad zakrystią, gdzie mamy taki swój pokoik. Wyjęłam z plecaka starannie złożoną albę.
 - Ale masz ślicznie złożoną albę. Niczym harcerka - usłyszałam za plecami. No cóż, to że mam ograniczoną sprawność, nie oznacza, że nie potrafię robić prozaicznych rzeczy. No, może z wiązaniem średnio sobie radzę, ale składać ubrania umiem bez problemu. Założyłam sobie albę i zaczęłam szukać mojej fioletowej pelerynki. Pani B. tradycyjnie podeszła do mnie i zapięła mi tylni zasuwak.
 - A ty dzisiaj prosto z Kalwarii Zebrzydowskiej...? Czy z Piekar Śląskich...? Skąd Ty w ogóle pochodzisz?
Chciało mi się śmiać. No tak, co roku właściwie się jeździło na te dwa, trzy dni na Kalwarię, a potem wpadało się do Kościoła pięć minut przed rozpoczęciem Drogi Krzyżowej po to, aby przeczytać swoją kwestię. Czasami była nerwówka, chociaż nie wiem czy to ja się bardziej denerwowałam, czy oni, czy w ogóle zdążę na czas. Ale zawsze z Bożą pomocą jakoś mi się udało. A że w położonych nieopodal Piekarach Śląskich też jest jakaś Pasja, to faktycznie, można się pogubić... Jednak najbardziej rozbroiło mnie to ostatnie pytanie. W sumie trudno na nie odpowiedzieć. Niewiele myśląc wypaliłam:
 - Jak to skąd? Z nieba!
Wszystkich zebranych w salce zatkało. Nastała cisza, którą przerwała pani B.:
 - No to ja już wiem, dlaczego nam w scholi tak wszystko jako tako idzie. Jeżeli mamy takiego wysłannika z nieba, to któż przeciwko nam?
W sumie - jeżeli wierzyć teologii to każdy z nas pochodzi od Pana Boga, a co za tym idzie też i jest z nieba. Przynajmniej takie jest moje rozumowanie, z którym nie każdy z Was musi się zgadzać. I to też rozumiem i jak najbardziej szanuję.
A ponieważ dzisiaj wspominamy modlitwę Pana Jezusa w Ogrójcu, przedstawiam Wam jedną z moich ulubionych pieśni religijnej opowiadającej o tym wydarzeniu. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie ona do gustu.

środa, 28 marca 2018

696. Mówiłam, że remont przed świętami to nie jest najlepszy pomysł...

Kiedy u wielu z Was przygotowania do świąt idą pełną parą, w moim skromnym mieszkaniu panuje istny armagedon. Że też na 365 dni w roku moi rodzice zdecydowali się na generalny remont właśnie teraz. Rozumiem, że po 12 latach pomalowanie na nowo ścian w dwóch pokojach, kuchni i łazience oraz zrobienie na nowo przedpokoju jest czymś normalnym, ale pora na to nie należy do najlepszych. Tym bardziej, że majster zrobił przedpokój, pomalował mały pokoik i zostawił rozp... w dużym oznajmiając, że resztę dokończy po świętach. Niby nie powinnam się tym przejmować, wszak już tam nie mieszkam. A jednak jestem zdenerwowana. I to niekoniecznie chodzi o to, że walają mi się pod nogami kartony i worki z rzeczami moich rodziców(Puśka szczęśliwa, bo ma gdzie niuchać), ale o całokształt. Zastanawiam się, gdzie zjemy śniadanie wielkanocne. No bo mieszkanie moich rodziców odpada, moje poniekąd też(gdyby nie te kartony i worki to mogłoby jeszcze ono wchodzić w grę), pozostaje jedynie babcia. A babcia, jak to babcia - zjedz Lolku jeszcze trochę, bo jesteś taki chudziutki... Tylko, że Lolek nie może tak dużo jeść, bo ma refluks. Czarno to wszystko widzę, naprawdę czarno to wszystko widzę... Tym bardziej, że w tym roku nie jadę do Kalwarii Zebrzydowskiej na Misterium Męki Pańskiej. Za dużo jest w domu do zrobienia. Ale z drugiej strony muszę przyznać, że przedpokój śliczny wyszedł. I tak jak 20 lat temu wszyscy zachwycali się naszymi panelami, tak teraz każdy kto przyjdzie do rodziców, podziwia wykonanie ścian.
Dlatego ostatni weekend potraktowałam jako duchowe wprowadzenie do świąt. Te trzy dni, spędzone wśród cudownej młodzieży, gdzie nikt mnie nie znał, a jednak nie dawali mi odczuć, że jestem "inna"(z wyjątkiem rejestracji) naprawdę dużo mi dały. Pozwoliły na nowo zastanowić się nad moim życiem, powołaniem. Jestem jeszcze w takim wieku, kiedy na wiele rzeczy ma się jeszcze wpływ. Za dwa, trzy lata będzie już inaczej. Dlatego chcę te kilka lat młodości mądrze wykorzystać. Od pewnego czasu mam pewien pomysł. Szalony na pozór pomysł, ale czyż święci Boscy nie byli szaleńcami? Trudno mi go będzie zrealizować, gdyż w osoby takie jak ja po prostu się nie wierzy... Ale może jednak uda mi się go obrócić w czyn? Może właśnie tego chce ode mnie najwyższy?
Jutro wkraczamy w Triduum Paschalne. Może z grubsza uda mi się ogarnąć mieszkanie. Okien to już mi nikt raczej nie umyje, ale chociaż kurze pościeram, książki poukładam. A propos książek - udało mi się w tym rozgardiaszu zgubić książki z biblioteki. W piątek jeszcze leżały na stole, a w niedzielę już ich nie było. Za to były wspomniane pudła i worki...

P.S. Dzisiaj na TVP1 w ramach "WIELKIEGO TESTU" był test na temat gigantów wiary, czyli świętych, błogosławionych i Sług Bożych. I wiecie co - nie chwaląc się, wszystkie odpowiedzi miałam poprawne. A jednak 3 lata na turystyce religijnej mają swój oddźwięk.