Poranny mróz szczypał mnie w opuszki palców u rąk i stóp. Zupełnie zapomniałam, że ten budynek znajduje się na wzniesieniu, gdzie wieje o wiele silniejszy wiatr niż w niższych partiach miasta. Nerwowo rozglądałam się dookoła wypatrując kogoś, kto należy do mojej grupy i powinien być na dzisiejszym wyjściu w teren. Byłam zdecydowanie za wcześnie, a jednocześnie za późno, aby jeszcze zdążyć zajrzeć do sekretariatu. W sumie przez cały poniedziałek i wtorek zastanawiałam się, czy pani D. wróciła już do pracy, czy może ma przedłużony urlop. Z drugiej strony podczas pobytu w ŚDSie nie miałam czasu na rozmyślanie o tym wszystkim, tyle się działo. Może to i dobrze, przynajmniej człowiek cały czas nie snuł przygnębiających wizji.
Wróćmy jednak do poranka. Było zimno, a ja sama stojąca na wzgórzu, bynajmniej nie wawelskim, walczyłam nie tylko z zimnem, ale i ze zmęczeniem. Tak to już jest, kiedy dzień zaczyna się i kończy o nieludzkich porach. Ale co ja na to poradzę, że w tym roku roraty w naszym kościele są o godzinie 6:00 rano? Oczywiście, nie jestem w stanie być na wszystkich nabożeństwach, ale staram się chodzić na te, na które mogę. Na szczęście po dłuższej chwili zaczęli schodzić się inni, a wiadomo - w kilkoro jest raźniej. Na horyzoncie pojawiła się też pani M., mogliśmy więc wejść do ciepłego budynku. Korciło mnie, żeby zapytać panią M. co z panią D., widząc jednak jej "bojową" minę stwierdziłam, że raczej nie będę się jej narażać. Wiem, że na jakieś 90% wiedziała, czy pani D. już wróciła, czy też nie. Ale zadanie tego pytania w nieodpowiednim czasie może mieć dla mnie nieciekawe konsekwencje. I może na tym zostawmy dywagacje na ten temat.
Półtorej godziny spędzone na zajęciach terenowych minęło w zasadzie szybko. Trochę przerażała mnie perspektywa powrotu do centrum komunikacją miejską. Co prawda w jedną stronę przyjechałam prawie bez przygód(co prawda wysiadłam nie na tym przystanku co trzeba, ale to taki mały szczególik), ale jakoś tak... Na szczęście jedna z dziewczyn była samochodem, więc się z nią zabrałam. Zresztą nie tylko ja. Nawet dla pani M. znalazło się miejsce.
Drogę z parkingu do budynku pokonałam w ekspresowym tempie. Z drżeniem serca otworzyłam ciężkie drzwi wejściowe i spojrzałam w stronę sekretariatu. Karteczka w dalszym ciągu na nich wisiała. Niepocieszona podeszłam bliżej, zobaczyć do kiedy tym razem jej nie będzie - znowu do końca tygodnia. I znowu w pilnych sprawach mamy się kierować do sekretariatu obok...
Stałam przez chwilę zdezorientowana, kiedy otworzyły się drzwi, a ze środka wyszły panie M. i B. Grzecznie dygnęłam na ich widok.
- Kiedy wróci pani D.? - spytałam niemalże automatycznie. Pani dyrektor uśmiechnęła się pogodnie i położyła dłoń na moim ramieniu.
- Zwolnienie ma do końca tygodnia.
- Ale to nic poważnego? - drążyłam drżącym głosem temat. Dyrektorka westchnęła.
- Nie, na pewno zwykłe przeziębienie.
- Ale, ale ona chyba nie powinna się przeziębiać, prawda?
- Wie pani co, pani Karolino - wtrąciła się pani B. - mam w pokoju kremówki. Chętnie poczęstuję panią jedną...
Uśmiechnęłam się. Sprytne zmienienie tematu, nie ma co. No tak, ale pierwsze co powinnam zrobić, to chyba złożyć jej życzenia imieninowe. Oczywiście złożyłam jej je, ale za ciastka mimo wszystko podziękowałam. Jakoś wyjątkowo nie miałam na nie ochoty.
Za to poszłam za nimi na górę na wykład, tudzież prelekcję, poświęcony pracy kuratora sądowego. Zresztą i tak nasza grupa miała na to iść w ramach zajęć z panią M. Ale jakoś znowu nie mogłam się skupić, a moje myśli krążyły gdzieś daleko ode mnie...
W dodatku liderka Sz.P. znowu zaczęła mi się mieszać do moich rodzin. Specjalnie nie chciałam z nią być, aby uniknąć takich sytuacji, ale po prostu się nie da. Bez konsultacji ze mną ustaliła odbiór paczek od jednego z darczyńców, już na piątek na godzinę 16:00. Z tym, że ja teoretycznie nie mogę być wcześniej w magazynie niż na 17:00. Kurcze, nie jestem emerytką, której ewidentnie się nudzi i mam sporo swoich spraw. A tak muszę wszystko przeorganizować, aby tam być. Nie lubię takich sytuacji, zdecydowanie nie lubię.
Chyba jedyną pozytywną rzeczą z dzisiejszego dnia był SMS z zaproszeniem na Galę Wolontariatu, która odbędzie się w przyszły wtorek o 16:30. Chyba się na nią wybiorę, choćby po odbiór zaległych zaświadczeń.
Wróćmy jednak do poranka. Było zimno, a ja sama stojąca na wzgórzu, bynajmniej nie wawelskim, walczyłam nie tylko z zimnem, ale i ze zmęczeniem. Tak to już jest, kiedy dzień zaczyna się i kończy o nieludzkich porach. Ale co ja na to poradzę, że w tym roku roraty w naszym kościele są o godzinie 6:00 rano? Oczywiście, nie jestem w stanie być na wszystkich nabożeństwach, ale staram się chodzić na te, na które mogę. Na szczęście po dłuższej chwili zaczęli schodzić się inni, a wiadomo - w kilkoro jest raźniej. Na horyzoncie pojawiła się też pani M., mogliśmy więc wejść do ciepłego budynku. Korciło mnie, żeby zapytać panią M. co z panią D., widząc jednak jej "bojową" minę stwierdziłam, że raczej nie będę się jej narażać. Wiem, że na jakieś 90% wiedziała, czy pani D. już wróciła, czy też nie. Ale zadanie tego pytania w nieodpowiednim czasie może mieć dla mnie nieciekawe konsekwencje. I może na tym zostawmy dywagacje na ten temat.
Półtorej godziny spędzone na zajęciach terenowych minęło w zasadzie szybko. Trochę przerażała mnie perspektywa powrotu do centrum komunikacją miejską. Co prawda w jedną stronę przyjechałam prawie bez przygód(co prawda wysiadłam nie na tym przystanku co trzeba, ale to taki mały szczególik), ale jakoś tak... Na szczęście jedna z dziewczyn była samochodem, więc się z nią zabrałam. Zresztą nie tylko ja. Nawet dla pani M. znalazło się miejsce.
Drogę z parkingu do budynku pokonałam w ekspresowym tempie. Z drżeniem serca otworzyłam ciężkie drzwi wejściowe i spojrzałam w stronę sekretariatu. Karteczka w dalszym ciągu na nich wisiała. Niepocieszona podeszłam bliżej, zobaczyć do kiedy tym razem jej nie będzie - znowu do końca tygodnia. I znowu w pilnych sprawach mamy się kierować do sekretariatu obok...
Stałam przez chwilę zdezorientowana, kiedy otworzyły się drzwi, a ze środka wyszły panie M. i B. Grzecznie dygnęłam na ich widok.
- Kiedy wróci pani D.? - spytałam niemalże automatycznie. Pani dyrektor uśmiechnęła się pogodnie i położyła dłoń na moim ramieniu.
- Zwolnienie ma do końca tygodnia.
- Ale to nic poważnego? - drążyłam drżącym głosem temat. Dyrektorka westchnęła.
- Nie, na pewno zwykłe przeziębienie.
- Ale, ale ona chyba nie powinna się przeziębiać, prawda?
- Wie pani co, pani Karolino - wtrąciła się pani B. - mam w pokoju kremówki. Chętnie poczęstuję panią jedną...
Uśmiechnęłam się. Sprytne zmienienie tematu, nie ma co. No tak, ale pierwsze co powinnam zrobić, to chyba złożyć jej życzenia imieninowe. Oczywiście złożyłam jej je, ale za ciastka mimo wszystko podziękowałam. Jakoś wyjątkowo nie miałam na nie ochoty.
Za to poszłam za nimi na górę na wykład, tudzież prelekcję, poświęcony pracy kuratora sądowego. Zresztą i tak nasza grupa miała na to iść w ramach zajęć z panią M. Ale jakoś znowu nie mogłam się skupić, a moje myśli krążyły gdzieś daleko ode mnie...
W dodatku liderka Sz.P. znowu zaczęła mi się mieszać do moich rodzin. Specjalnie nie chciałam z nią być, aby uniknąć takich sytuacji, ale po prostu się nie da. Bez konsultacji ze mną ustaliła odbiór paczek od jednego z darczyńców, już na piątek na godzinę 16:00. Z tym, że ja teoretycznie nie mogę być wcześniej w magazynie niż na 17:00. Kurcze, nie jestem emerytką, której ewidentnie się nudzi i mam sporo swoich spraw. A tak muszę wszystko przeorganizować, aby tam być. Nie lubię takich sytuacji, zdecydowanie nie lubię.
Chyba jedyną pozytywną rzeczą z dzisiejszego dnia był SMS z zaproszeniem na Galę Wolontariatu, która odbędzie się w przyszły wtorek o 16:30. Chyba się na nią wybiorę, choćby po odbiór zaległych zaświadczeń.











