Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 5 grudnia 2019

1067. A miałam taką nadzieję...

Poranny mróz szczypał mnie w opuszki palców u rąk i stóp. Zupełnie zapomniałam, że ten budynek znajduje się na wzniesieniu, gdzie wieje o wiele silniejszy wiatr niż w niższych partiach miasta. Nerwowo rozglądałam się dookoła wypatrując kogoś, kto należy do mojej grupy i powinien być na dzisiejszym wyjściu w teren. Byłam zdecydowanie za wcześnie, a jednocześnie za późno, aby jeszcze zdążyć zajrzeć do sekretariatu. W sumie przez cały poniedziałek i wtorek zastanawiałam się, czy pani D. wróciła już do pracy, czy może ma przedłużony urlop. Z drugiej strony podczas pobytu w ŚDSie nie miałam czasu na rozmyślanie o tym wszystkim, tyle się działo. Może to i dobrze, przynajmniej człowiek cały czas nie snuł przygnębiających wizji.
Wróćmy jednak do poranka. Było zimno, a ja sama stojąca na wzgórzu, bynajmniej nie wawelskim, walczyłam nie tylko z zimnem, ale i ze zmęczeniem. Tak to już jest, kiedy dzień zaczyna się i kończy o nieludzkich porach. Ale co ja na to poradzę, że w tym roku roraty w naszym kościele są o godzinie 6:00 rano? Oczywiście, nie jestem w stanie być na wszystkich nabożeństwach, ale staram się chodzić na te, na które mogę. Na szczęście po dłuższej chwili zaczęli schodzić się inni, a wiadomo - w kilkoro jest raźniej. Na horyzoncie pojawiła się też pani M., mogliśmy więc wejść do ciepłego budynku. Korciło mnie, żeby zapytać panią M. co z panią D., widząc jednak jej "bojową" minę stwierdziłam, że raczej nie będę się jej narażać. Wiem, że na jakieś 90% wiedziała, czy pani D. już wróciła, czy też nie. Ale zadanie tego pytania w nieodpowiednim czasie może mieć dla mnie nieciekawe konsekwencje. I może na tym zostawmy dywagacje na ten temat.
Półtorej godziny spędzone na zajęciach terenowych minęło w zasadzie szybko. Trochę przerażała mnie perspektywa powrotu do centrum komunikacją miejską. Co prawda w jedną stronę przyjechałam prawie bez przygód(co prawda wysiadłam nie na tym przystanku co trzeba, ale to taki mały szczególik), ale jakoś tak... Na szczęście jedna z dziewczyn była samochodem, więc się z nią zabrałam. Zresztą nie tylko ja. Nawet dla pani M. znalazło się miejsce.
Drogę z parkingu do budynku pokonałam w ekspresowym tempie. Z drżeniem serca otworzyłam ciężkie drzwi wejściowe i spojrzałam w stronę sekretariatu. Karteczka w dalszym ciągu na nich wisiała. Niepocieszona podeszłam bliżej, zobaczyć do kiedy tym razem jej nie będzie - znowu do końca tygodnia. I znowu w pilnych sprawach mamy się kierować do sekretariatu obok...
Stałam przez chwilę zdezorientowana, kiedy otworzyły się drzwi, a ze środka wyszły panie M. i B. Grzecznie dygnęłam na ich widok.
 - Kiedy wróci pani D.? - spytałam niemalże automatycznie. Pani dyrektor uśmiechnęła się pogodnie i położyła dłoń na moim ramieniu.
 - Zwolnienie ma do końca tygodnia.
 - Ale to nic poważnego? - drążyłam drżącym głosem temat. Dyrektorka westchnęła.
 - Nie, na pewno zwykłe przeziębienie.
 - Ale, ale ona chyba nie powinna się przeziębiać, prawda?
 - Wie pani co, pani Karolino - wtrąciła się pani B. - mam w pokoju kremówki. Chętnie poczęstuję panią jedną...
Uśmiechnęłam się. Sprytne zmienienie tematu, nie ma co. No tak, ale pierwsze co powinnam zrobić, to chyba złożyć jej życzenia imieninowe. Oczywiście złożyłam jej je, ale za ciastka mimo wszystko podziękowałam. Jakoś wyjątkowo nie miałam na nie ochoty.
Za to poszłam za nimi na górę na wykład, tudzież prelekcję, poświęcony pracy kuratora sądowego. Zresztą i tak nasza grupa miała na to iść w ramach zajęć z panią M. Ale jakoś znowu nie mogłam się skupić, a moje myśli krążyły gdzieś daleko ode mnie...
W dodatku liderka Sz.P. znowu zaczęła mi się mieszać do moich rodzin. Specjalnie nie chciałam z nią być, aby uniknąć takich sytuacji, ale po prostu się nie da. Bez konsultacji ze mną ustaliła odbiór paczek od jednego z darczyńców, już na piątek na godzinę 16:00. Z tym, że ja teoretycznie nie mogę być wcześniej w magazynie niż na 17:00. Kurcze, nie jestem emerytką, której ewidentnie się nudzi i mam sporo swoich spraw. A tak muszę wszystko przeorganizować, aby tam być. Nie lubię takich sytuacji, zdecydowanie nie lubię.
Chyba jedyną pozytywną rzeczą z dzisiejszego dnia był SMS z zaproszeniem na Galę Wolontariatu, która odbędzie się w przyszły wtorek o 16:30. Chyba się na nią wybiorę, choćby po odbiór zaległych zaświadczeń.

wtorek, 3 grudnia 2019

1066. W dialogu z przewodnikiem zwiedzaliśmy Wrocław

Drugim etapem naszej sobotniej pielgrzymki była stolica Dolnego Śląska - Wrocław. Jest on położony ok. 20 minut jazdy od Trzebnicy. Dzieje Wrocławia są dosyć burzliwe. Wielokrotnie znajdował się poza granicami Polski, by w końcu na mocy konferencji poczdamskiej w 1945 roku został przekazany naszemu krajowi. Jedno z najstarszych miast Polski lokowanych na prawach miejskich znane jest dzisiaj z licznych krasnali, znajdujących się niemal na każdym jego rogu.
Zwiedzanie miasta, pod opieką przewodnika, rozpoczęliśmy od jego najstarszej części, czyli Ostrowa Tumskiego. Tutaj po raz pierwszy miałam okazję się wykazać - przewodnik zapytał czy wiemy co oznacza nazwa "Ostrów Tumski". Zewsząd była cisza, więc nieśmiało szepnęłam, że "Ostrów" pochodzi od "wyspy", a "Tumski" od "katedry". Szefowa scholi przekazała to dalej.
 - Bardzo dobra odpowiedź, proszę pani - skwitował przewodnik.
 - Ale to nie ja. To nasz Lolek - poprawiła go, spoglądając w moją stronę.
 - A wiecie może, gdzie jeszcze znajduje się Ostrów Tumski?
 - W Poznaniu - szepnęłam, co znowu zostało przekazane dalej. I oczywiście okazało się prawdą.
Po wyjściu z autokaru naszym oczom ukazał się rząd rybitw
Wrocławski Ostrów Tumski widziałam już podczas wyjazdu na święcenia księdza Boskiego Oskiego oraz MGS-u. Teraz jednak miałam okazję dogłębniej poznać jego historię. Pierwszym obiektem, którego historia została nam przedstawiona był kościół św. Marcina, prawie najstarszej świątyni w mieście. Jest to fragment dawnego piastowskiego zamku w tym mieście. Nie wchodziliśmy do środka, za to na zewnątrz jest widoczna tablica z rzeką i historyczną stolicą Polski(niestety, nie cyknęłam fotki). Pytanie brzmiało: co to za rzeka i stolica.
 - Wisła i Kraków - szepnęłam, bo oczywiście dalej nie chciałam się wychylać przed szereg. Jak myślicie(a może wiecie) - trafiłam, czy spudłowałam? 
Następnie udaliśmy się pod kościół św. Krzyża z charakterystycznym świętym znajdującym się tuż przed nim. Kolejne pytanie przewodnika brzmiało: co to za święty.
 - Święty Jan Nepomucen - widząc, że wszyscy milczą, znowu się odezwałam.
 - To znowu Karolina - powiedziała pani hmm, może nazwijmy ją Dyrygent, bo dyryguje w parafialnej scholi. Z boku usłyszałam szepty, mam nadzieję, że nie na mój temat. Ale w sumie, ten święty był dla mnie banalny do rozwiązania - ze swoimi dwunastoma gwiazdami na głowie(symbolizującymi gwiazdy, które wskazały miejsce jego utonięcia w wodach Wełtawy) oraz krzyżem w ręce.
Za Janem Nepomucenem, jak już wspomniałam, znajduje się gotycka kolegiata Świętego Krzyża i Świętego Bartłomieja. Ciekawostką architektoniczną są tutaj "dziury" w wieżach, umożliwiająca postawienie rusztowania w razie remontu.
Na prawo od kolegiaty znajduje się "serce" Ostrowa Tumskiego, czyli archikatedra św. Jana Chrzciciela. Jest to gotycka świątynia orientowalna(tzn. ołtarz znajduje się na wschodzie, aby ukazywać wiernym drogę ku Zmartwychwstaniu - to moja odpowiedź na kolejne pytanie zadane przez przewodnika). Zniszczona podczas II wojny światowej, została ponownie odbudowana. Jest doskonałym przykładem na sklepienie trójdzielne. Znajdują się w nim m.in. ocalałe z Hali Stulecia organy, które zastąpiły te, które uległy zniszczeniu w trakcie bombardowania miasta.
Przed archikatedrą znajduje się figura Matki Bożej z Dzieciątkiem. Przewodnik zadał pytanie, czy coś nam ona przypomina.
 - Apokaliptyczną wizję pokonania zła(co prawda ilość gwiazd mi się nie zgadzała, bo w Piśmie Świętym było ich 12, a tutaj tylko 7, jednak wąż pod nogami Maryi mówił sam za siebie, zresztą podobny posąg znajduje się w Krakowie przez kościołem św. Bartłomieja z Sieny i tak mi się skojarzyło).
Przed opuszczeniem Ostrowa Tumskiego zahaczyliśmy jeszcze o najstarszy wrocławski kościół, mający za patrona św. Idziego. Chyba najbardziej jest on znany z legendy o klusce, która znajduje się na szczycie arkady. Otóż żył sobie kiedyś chłop, który kochał jeść kluski śląskie przyrządzane przez żonę. Niestety, kobieta zmarła. Od tej pory chłop rozpaczał, bo nie miał co jeść. Wybrał się więc do Wrocławia, ale przysnęło mu się przy tymże kościele. We śnie przyszła do niego żona i obiecała, że będzie miał magiczny kociołek, który co noc będzie mu się napełniał kluskami. Warunek był tylko jeden - na dnie naczynia musi zawsze zostawać jedna z nich. Po obudzeniu okazało się, że to prawda - przed chłopem znajdował się garnek pełen klusek. Uszczęśliwiony chłop, zapominając o przestrogach żony, postanowił zjeść wszystkie z nich. Ostatnia jednak nie dała się złapać i uciekła na arkadę, gdzie skamieniała. Sam garnek już nigdy się nie napełnił.
Kluska mało widoczna, ale uwierzcie mi, że jest na tej arkadzie
Nieopodal kościoła św. Idziego znajduje się zielony skwer, na którym umieszczono "tajemnicze" latarnie. Przewodnik zapytał, czy wiemy na co są one zapalane.
 - Na gaz - szepnęłam do dyrygentki, która podała odpowiedź dalej, zaznaczając, do kogo ona należy. Oczywiście znowu punkt dla mnie.
Opuszczając Ostrów Tumski minęliśmy jedną ze ścian archikatedry, na której widnieje głowa z grymasem bólu. Wedle kolejnej miejskiej legendy, przed wiekami w mieście mieszkał wyrabiające przedmioty z kruszców szlachetnych złotnik. Jednak żaden naszyjnik ani złoty pierścień nie mógł się równać z urodą jego córki. Wkrótce zakochał się w niej przyuczający się do zawodu złotnika praktykant. Dziewczyna odwzajemniała to uczucie. Kochankowie musieli się jednak ukrywać ze swoim uczuciem, ponieważ złotnik nigdy nie zgodziłby się na ślub swojej ukochanej jedynaczki z biednym czeladnikiem. Pewnego wieczoru złotnik nie mógł zasnąć i wyszedł do ogrodu, gdzie zobaczył ukochaną córkę w objęciach praktykanta. W gniewie kazał mu natychmiast opuścić dom i się mu nie pokazywać. Czeladnik postanowił jednak, że pójdzie w świat i wróci kiedyś do złotnika z niewyobrażalnym bogactwem. Pech chciał, że za murami miasta napadli na niego rozbójnicy i zabrali niewielki dobytek. Czeladnik stwierdził, że nie uda mu się wzbogacić uczciwą pracą, dlatego postanowił dołączyć się do zbójeckiej bandy. Szybko stał się zbójcą - rabował, napadał na kupców, potrafił napaść na biedaków, którzy wracali z ciężko zarobionymi na targu groszami. Minęło kilka lat i rozbójnik miał już dwa worki kosztowności. Zarzucił je na konia, założył bogaty strój i wjechał przez Bramę Świdnicką do miasta. Skierował się do domu złotnika, którego drzwi otworzyła mu jego córka. On jednak nawet na nią nie spojrzał, tylko poszedł do izby, w której pracował jego dawny mistrz i rzucając worki na stół przyznał, że teraz ma tyle złota, że może sobie za nie kupić córkę złotnika. Mistrz z podnieceniem oglądał złote bransolety, naszyjniki i diademy. Nagle ujrzał pierścień, który był zdecydowanie jego robotą. Zamówił go u niego bogaty kupiec, który po opuszczeniu miasta został napadnięty, ograbiony, aż w końcu zabity. Złotnik szybko domyślił się, skąd pochodzi przyniesione mu złoto. Spojrzał w stronę chłopaka, ale on już wybiegł z ich domu i zaczął planować zemstę. Wieczorem podkradł się pod warsztat złotnika, podłożył pod niego ogień i uciekł na drugą stronę Odry, gdzie wdrapał się na katedralną wieżę. Wyjrzał przez małe okienko, chcąc popatrzeć jak cały dobytek mistrza jest niszczony przez ogień, a on sam w jednej chwili staje się nędzarzem. Z radością przyglądał się jak ogień trawi jego dobytek, a następnie przenosi się na sąsiednie domy i obejmuje pół miasta. Chłopak uznał, że zemsta została dokonana i postanowił opuścić Wrocław. Jednak kiedy próbował wyciągnąć głowę z okienka, ale otwór zrobił się tak ciasny, że ledwie mógł ją odwrócić. To mury zaczęły zacieśniać się wokół jego szyi. Krzyczał, ale zajęci walką z ogniem ludzie po prostu go nie słyszeli. Zrozumiał, że nie uda mu się wydostać z wieży i pozostanie w katedralnych murach już na zawsze. I tak też się stało. A wykrzywioną grymasem rozpaczy i niedowierzania twarz do dzisiaj można oglądać na katedralnej wieży.
Po zwiedzeniu Ostrowa Tumskiego udaliśmy się w stronę głównego rynku miejskiego. Przy kościele p.w. Najświętszej Maryi Panny(inaczej "kościół na Piasku") można było jeszcze raz rzucić okiem na Ostrów Tumski, aby podziwiać jego piękno.
Kierując się w stronę rynku głównego weszliśmy na chwilę do Kościoła Najświętszej Maryi Panny. Jest on przykładem kościoła halowego. Żałuję, że nie można było przejść za okratowanie, bo z chęcią przyjrzałabym się szeregowi trójdzielnych obrazów. Kilka lat temu kościół ten słynął ze szopki, którą wraz z niepełnosprawnymi budował jeden z księży posługujących w świątyni.
Następnie minęliśmy Halę Targową, budynek wybudowany na początku XX wieku i pełniący do dzisiaj swoją pierwotną funkcję. Po drugiej stronie Hali znajduje się gmach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, przed którym znajduje się krasnal wzorowany na profesorze... Janie Miodku. Wszystko dlatego, że przed laty profesor wykładał na tejże uczelni.
Idąc Placem Biskupa Nankiera dotarliśmy do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, jednego z najbogatszych i najstarszych ośrodków kultury polskiej. Tak przy okazji to idąc Placem Nankiera warto zwrócić uwagę na wkomponowane w pewnym momencie w chodnik metalowe tabliczki przedstawiające najważniejsze fakty z historii miasta. Wśród nich możemy zobaczyć poświęconą m.in. lokacji miasta(1241 r.), założeniu Uniwersytetu Wrocławskiego(1702), czy też wielkiej powodzi(1997). A to przecież tylko niektóre z tzw. Stolpersteinów, które są regularnie poszerzone o te z nowymi wydarzeniami. W Zakładzie Ossolińskich znajdują się bogate zbiory biblioteczne, w tym ważne starodruki i rękopisy("Pieśni" Jana Kochanowskiego, czy też rękopis poematu "Pan Tadeusz"). Pierwotnym źródłem utrzymania Zakładu były dochody z majątków ziemskich jego fundatora - Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, a jego siedziba znajdowała się we Lwowie. Po wysiedleniu z miasta Polaków i odłączeniu go od Polski, Ossolineum, wraz z 1/3 zasobów zostało przeniesione do Wrocławia, gdzie znajduje się do dzisiaj. W chwili obecnej kontynuuje swoją misję jako fundacja narodowa Zakład Narodowy imienia Ossolińskich. Zakład Ossolińskich znajduje się w niegdysiejszym kompleksie zabudowań wrocławskiego klasztoru Szpitalików z Czerwoną Gwiazdą, który został założony w połowie XIII w. Działał on aż do 1811 roku, a następnie został przekształcony w Gimnazjum św. Macieja wraz z internatem, które zaś zostało przekształcone we wspomniane Ossolineum.
 - Założę się, że nikt z was nie wie z czego zasłynął jeden z dziewiętnastowiecznych uczniów mieszczącego się tutaj gimnazjum, Jan Dzierżoń. Dodam tylko, że ma to związek z pszczelarstwem.
Zapadła głucha cisza, która wywołała uśmiech na twarzy przewodnika. Mnie jednak coś świtało w związku z tym nazwiskiem, chociaż do pszczelarstwa mi bardzo daleko(a nawet mam uczulenie na miód). Co prawda brat Młodej jest technikiem-pszczelarzem(chociaż jest na studiach weterynaryjnych), ale mnie daleko jest z fachową wiedzą na ten temat. Postanowiłam jednak zaryzykować.
- Wynalazł ul z wysuwanymi częściami, w których pszczoły wytwarzają miód.
Przewodnika co najmniej zatkało z wrażenia, chociaż wydał  z siebie niezidentyfikowany jęk.
Innych pielgrzymów też co najmniej zatkało z wrażenia.
Proboszcz o mało nie zbierał szczęki z chodnika z wrażenia.
 - Skąd wiedziałaś o tym ulu? - zapytała mnie pani Dyrygent, kiedy ruszyliśmy dalej.
 - Po prostu przeczytałam "Historię pszczół" i tam była o tym wzmianka - odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą. Dyrygentka dołączyła do grona kompletnie zatkanych. A ja czułam się jak przybysz z planety "Encyklopedia".
Z Zakładu im. Ossolińskich przemieściliśmy się pod gmach rektoratu Uniwersytetu Wrocławskiego. Na jego dziedzińcu znajduje się pomnik nagiego studenta, który tym razem trzymał w ręku szablę(czasami jest ona zabierana przez amatorów białej broni), zachowany symbol jego godności.
Zmierzając dalej w stronę Rynku Głównego minęliśmy m.in. średniowieczne więzienie na ul. Więziennej oraz bardzo ciekawy, przynajmniej jak dla mnie, pomnik "Ku czci Zwierząt Rzeźnych" znajdujący się na ulicy Jatki. Niegdyś na tej ulicy znajdowały się sklepy rzeźnicze i stąd jej nazwa. A przy okazji najmłodsi dowiedzieli się, jak przechowywano mięso w czasach przedlodówkowych - wyławiano spływającą Odrą krę i zakopywano w ziemi, tworząc w ten sposób swoistą chłodnicę.
W oddali zaczął majaczyć nam kościół  p.w. św. Elżbiety Węgierskiej, a to oznaczało, że byliśmy już prawie, prawie na rynku głównym, który jest nieco mniejszy i trochę starszy od tego, który kojarzymy z Krakowa. Nawet pan przewodnik się śmiał, że wrocławianie, zaprawieni w budowaniu u siebie rynku, pojechali potem do Krakowa, budować drugi. Z biegiem czasu wokół Rynku zaczęły powstawać kamienice patrycjatu, a następnie ciągłe pierzeje, które utrwaliły podziały własnościowe. W XIX wieku poprowadzono przez niego linie tramwaju(konnego i elektrycznego), które kursowały tamtędy do połowy lat 70 ubiegłego wieku. Rynek nie uległ większym zniszczeniom podczas działań wojennych. Po zakończeniu walk w pierwszej kolejności wyremontowano ratusz wraz z zabytkowymi kościołami. Pozostałą zabudowę zaczęto remontować w 1953 roku, prace trwały ok. 10 lat. W końcówce lat go powierzchnia Rynku została wyremontowana, zlikwidowano też ruch samochodowy oraz odnowiono większość elewacji. Jeszcze tylko rzuciliśmy okiem na dwie charakterystyczne kamienice, niegdyś domki opiekunów ołtarzy kościelnych, a zarazem granica cmentarza wspomnianego kościoła św. Elżbiety, nazwane humorystycznie "Jasiem i Małgosią" i udaliśmy się na Plac Solny, na którym kiedyś sprzedawano jakże cenną sól, miejsce zbiórki po odwiedzeniu jarmarku bożonarodzeniowego.
Bo ostatnim punktem wycieczki był tenże jarmark. W sumie niczym nie różnił się od tego w Królewskim Krakowie. Można było pochodzić pomiędzy kramami, poprzyglądać się różnym rzeczą, pośmiać, a także coś sobie kupić.
Po godzinie 17:00 wszyscy zebrali się w umówionym miejscu i udaliśmy się na parking, gdzie czekał na nas autokar. W zadowolonych humorach wracaliśmy do naszych ciepłych domów.
Wycieczkę uważam za udaną, chociaż chodzenia było co nie miara, w dodatku było dość zimno. No i w pewnym momencie aparat odmówił mi posłuszeństwa, co zresztą widać w powyższej notatce(a raczej czego nie widać). To jednak da się nadrobić, bo mam nadzieję jeszcze nie raz odwiedzić to cudowne miasto. Kto wie, być może latem wybiorę się szlakiem Wrocławskich Krasnali. Czy ktoś z Was byłby chętny wybrać się ze mną w wirtualny sposób?

poniedziałek, 2 grudnia 2019

1065. Sanktuarium w Trzebnicy - perełka polskiego baroku

Tak, tytuł trochę intrygujący, ale z drugiej strony - ten kto mnie zna, zrozumie o jaki koniec roku mi chodzi. 
Rozpoczęcie soboty o 5 rano nie zdarza się zbyt często w moim wykonaniu(co nie jest równoznaczne z tym, że wyleguję się tego dnia do późnych godzin). Wczoraj jednak był ku temu szczególny powód - parafialna pielgrzymka do Trzebnicy i Wrocławia. We Wrocławiu co prawda już byłam, i to nie jeden raz, za to sanktuarium w Trzebnicy było dla mnie nowością. I głównie z tego powodu nie mogłam się oprzeć zapisaniu na ten wyjazd.
Tuż po godzinie 6 wyruszyliśmy spod kościoła autokarem w kierunku zachodnim. Po 2,5 godzinie jazdy autostradą A4 dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wyprawy, czyli położonej niedaleko Wrocławia Trzebnicy. To właśnie w tej niewielkiej miejscowości znajduje się bazylika św. Jadwigi, którą należy kojarzyć z postacią św. Jadwigi Śląskiej. Zresztą w środku świątyni, tuż za bocznym ołtarzem, znajduje się trumienka z pierwszą Polką, która została podniesiona do godności świętej. To właśnie przy niej została odprawiona msza święta za uczestników pielgrzymki. Samą bazylikę trudno jest też przeoczyć, gdyż znajduje się w samym centrum miasta, tuż przy rynku głównym.
Tak jak pisałam, z powyższym klasztorem ściśle jest związana postać świętej Jadwigi Śląskiej, której liturgiczne wspomnienie przypada 16 października. Został on ufundowany na początku XIII wieku przez księcia Henryka Brodatego za namową jego żony, Jadwigi. Był pierwszą w Polsce siedzibą zakonu żeńskiego, a przeznaczono go dla sprowadzonych z Bambergu cysterek. W akcie fundacyjnym książę Henryk zaznaczył, że klasztor ten został zbudowany na jego gruntach za jego pieniądze i ma służyć zbawieniu duszy ojca, jego samego oraz bliskich. Wiadomość o założeniu klasztoru trzebnickiego jako fundacji została przekazana w bulli papieża Innocentego III z listopada 1202 roku. Na jej mocy papież wziął kościół pod szczególną opiekę. Wprowadzenie sióstr z Bambergu odbyło się rok później i zostało przeprowadzone przez biskupa wrocławskiego.
Zakon podlegał pod cystersów z Lubiąża. W latach 1208-1219 powstał jeden z pierwszych w naszym kraju kościołów ceglanych. Wybudowano go w stylu gotyckim. Szczególnie ważnym jego elementem, również od strony architektonicznym, jest kaplica św. Jadwigi, należąca do pierwszych w Polsce budynków wybudowanych w całości w stylu gotyckim. Uważana jest też za najwybitniejszą budowlę XIII - wiecznej Polski. Umieszczone są w niej szczątki św. Jadwigi.
Znaczenie klasztoru wzrosło wraz ze wstąpieniem do niego córki władców Śląska - Henryka I Brodatego oraz Jadwigi. Ponadto wychowywały się w nim i mieszkały przez kilka lat królewny czeskie: Agnieszka, późniejsza święta oraz jej siostra Anna, przyszła żona Henryka Pobożnego. 
Najazdy husytów, dewastacja klasztoru i majątków klasztornych oraz zniszczenia dokonane przez węgierską armię Korwina zapoczątkowały okres jego upadku. Uwikłały go spory religijne związane z rozprzestrzenianiem się protestantyzmu. Z nielicznych dzieł sztuki z XVI w. przetrwała głównie wczesnorenesansowa chrzcielnica i kilka epitafiów. Klasztoru nie oszczędziły również liczne pożary. W wyniku tego z marca 1486 roku spłonęły m.in. ornaty, relikwiarze, książki, kielichy, pacyfikały, organy i inne drogocenne przedmioty. Same siostry cysterki cudem się z niego uratowały. Następne daty pożarów, które zostały odnotowane, wskazują na rok 1505 i 1595, w ich wyniku tylko część klasztoru uległa spaleniu.
Wzrastająca zamożność Śląska wraz z jego rekatolizacją po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, a także przełomowa dla sojuszu habsbursko-polskiego zwycięska wojna z Turcją stworzyły bazę dla zwiększenia się kultu św. Jadwigi. Identyfikowali się z nią tak samo Polacy, jak i wyznający katolicyzm Habsburgowie. Pierwsze prace nad renowacją świątyni zaczęły się w 1676 roku, a jej barokizacja nastąpiła w dwóch etapach.
Pierwszy z nich przypadł na lata 1680 - 1685. Po ustanowieniu przez papieża Innocentego XI dnia św. Jadwigi jako święta powszechnego w całym Kościele katolickim, zakon rozpoczął pierwsze prace artystyczne w kościele. Miało to na celu ożywienie ruchu pielgrzymkowego i umocnienie religii katolickiej w regionie. Najważniejszym ich etapem było wyeksponowanie grobu św. Jadwigi w kaplicy, której patronowała. Marmurowy sarkofag z rzeźbą świętej przykryty baldachimem, który jest wsparty na 14 kolumnach, został wykonany przez krakowskiego rzeźbiarza, Marcina Bielawskiego w 1680 r.
Pięć lat później kaplica została wyposażona w ambonę. Jednocześnie Jakub Bielawski, syn Marcina, wykonał marmurowy sarkofag dla księcia Henryka I Brodatego oraz wielkiego mistrza krajowego w Prusach, Inflantach, Niemczech oraz zakonu krzyżackiego, Feuchtwangena. Spoczywające wcześniej oddzielnie szczątki obu władców zostały przeniesione w jedno miejsce. Ich wspólny pochówek miał symbolizować triumf chrześcijaństwa nad islamem. Zostało zamówionych 20 obrazów olejnych, które przedstawiały życie św. Jadwigi oraz obraz "Męczeństwo św. Bartłomieja"(znajduje się teraz w jednym z ołtarzy bocznych. Wykonano też szereg ołtarzy, niestety do czasów współczesnych zachował się tylko jeden w kaplicy św. Jadwigi. W 1690 r. dobudowano jeszcze północną kruchtę. Próbowano też odnowić bardzo zaniedbały klasztor. Jednak naprawa zniszczonych budynków, zbudowanych w niemodnym stylu romańskim i bardzo małych, okazała się bardzo kosztowna. Dlatego w 1697 r. wyburzono stary klasztor, a w jego miejsce zaczęto budować dwukrotnie większy budynek.
Drugi etap barokizacji kościoła miał miejsce w latach 1730 - 1760. Ołtarze główne bazyliki, kaplicy św. Jadwigi oraz wszystkie boczne ołtarze zostały zastąpione nowymi, wyrzeźbionymi w stylu rokoko. Zbudowano też monumentalną ambonę w tym samym stylu, a także zamówiono szereg mniejszych prac, np. chrzcielnicę. Główne prace rzeźbiarskie(główny ołtarz bazyliki, ambona, całopostaciowe rzeźby św. Jadwigi i św. Elżbiety przed wejściem do prezbiterium) zostały wykonane przez Mangolda. Ten sam artysta jest autorem alabastrowej figury św. Jadwigi, umieszczonej na jej sarkofagu oraz jednego z bocznych ołtarzy świątyni. Dodatkowo w kaplicy św. Jadwigi pojawiło się sporej wielkości epitafium poświęcone księżnej legnicko-brzeskiej, Karolinie. Najważniejsze obrazy z tego okresu("Wniebowzięcie NMP" oraz "Trójca Święta" w ołtarzu głównym, "Opatki trzebnickiej Gertrudy" i "Śmierć św. Jadwigi" w prezbiterium oraz "Śmierć św. Benedykta" w jednym z bocznych ołtarzy kaplicy św. Jadwigi) zostały wykonane przez holenderskiego malarza, Christiana Bentuma. Obrazy "Święta Anna" i "Święty Józef" wyszły spod pędzla niemieckiego malarza, Felixa Schefflera. Zachowało się też kilka obrazów ołtarzowych. Podjęte zostały prace poza budynkiem kościoła: wybudowano Kalwarię usytuowaną na wzgórzach wokoło oraz ustawiono przed świątynią barokową kolumnę z Nepomucenem na szczycie. Podjęta została decyzja o budowie dużej wieży kościelnej w miejscu głównego wejścia w stylu romańskim.
Ołtarz przed sarkofagiem św. Jadwigi Śląskiej
Zniszczenia husyckie wraz z barokizacją skutkowały prawie całkowitą zagładą wyposażenia gotyckiego, z którego zachowały się nieliczne elementy, np. rzeźba Matki Boskiej z XV w. oraz obraz ołtarzowy przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem.
Mimo zakończenia głównych prac budowlanych, sytuacja gospodarcza klasztoru w drugiej połowie XVIII wieku uległa znacznemu pogorszeniu. Po zajęciu Śląska przez protestanckie Prusy władze nadały Trzebnicy niezależność gospodarczą i sądowniczą od klasztoru. Na początku XIX wieki klasztor uległ sekularyzacji, którą przeprowadzono w całych Prusach. Wkrótce wszystkie wartościowe przedmioty należące do klasztoru zostały sprzedane bądź wystawione na licytacje. Były one najczęściej nabywane przez podwładnych klasztoru, którzy chcieli, aby stanowiły one pamiątki po dawnym opactwie. Wiele z nich zostało wywiezionych do Wrocławia i umieszczonych w zabudowaniach klasztoru na Piasku oraz w Muzeum Sztuki Rzemieślniczej.
W XIX wieku kościół działał jako parafia, zaś klasztor zamieniono na obóz jeniecki dla Rosjan walczących w wojnach napoleońskich, następnie na lazaret i mieszkania dla urzędników, a od 1817 roku, przez czterdzieści lat, mieściła się w nim fabryka sukiennicza. Planowano również utworzyć w nim więzienie, co jednak nie doszło do skutku. Niezagospodarowana część klasztoru została w końcu wykupiona przez joannitów, a następnie reszta klasztoru została odkupiona przez boromeuszki. Oba zgromadzenia urządziły szpitale, po czym joannici odsprzedali swój udział boromeuszkom.
Na początku XX wieku odrestaurowano bazylikę - została odnowiona ambona w kaplicy św. Jadwigi, na wieży zamontowano duży zegar wraz z kutymi, ozdobnymi kratami. Zbudowano też chór muzyczny, na którym umieszczono organy. 
19 stycznia 1945 roku, wraz ze zbliżającym się frontem, wydano rozkaz o ewakuacji ludności cywilnej zamieszkałej po prawej stronie Odry oraz siostrom boromeuszkom. Ówczesna przełożona generalna zgodziła się tylko na wyjazd tych sióstr, które zostały powołane do czynnej służby wojskowej. Pozostałe miały pozostać w klasztorze i pomimo zagrażającego im niebezpieczeństwa, służyć chorym i szukającym schronienia. W kwietniu tego samego roku polskie władze administracyjne przejęły od wojskowej władzy radzieckiej szpital sióstr boromeuszek, ustalając jego nazwę na Polski Powiatowy Szpital w Trzebnicy. 
Po II wojnie światowej została udostępniona w celach turystycznych ukończona w 1214 roku trójnawowa krypta św. Bartłomieja. Można w niej zobaczyć nagrobną płytę księcia oleśnickiego Konrada II datowaną na początek XV wieku, ołtarz i wolno stojące rzeźby barokowe.  
Ołtarz za sarkofagiem św. Jadwigi
Figura św. Jadwigi Śląskiej
Nie zdążyliśmy zwiedzić całego sanktuarium, które ma charakter międzynarodowy(czyli taki jak znana nam wszystkim Fatima czy Lourdes), bo po prostu mieliśmy za mało na to czasu. To co rzuciło mi się w oczy, oprócz charakterystycznego dla baroku przepychu i wspomnianego wcześniej sarkofagu, to znajdująca się po lewej strony ołtarza głównego posąg św. Jadwigi z charakterystyczną makietą klasztoru u jej stóp oraz krzyżem trzymanym w prawej dłoni, czyli jej atrybutami.
Drugą taką rzeczą, która mnie urzekła była kaplica św. Jadwigi Śląskiej, nad którą góruje piękny balkon dla chóru złożonego z sióstr. Na prawo, tuż obok wejścia na zakrystię, znajduje się cudowna ambona, z której głoszono kazania po polsku(chociaż, jak pamiętamy z lekcji historii, tamte tereny znajdowały się na ziemiach niemieckich). Natomiast naprzeciwko sarkofagu ze św. Jadwigą Śląską można zobaczyć ołtarz wzorowany na tym, który możemy zobaczyć w klasztorze na Jasnej Górze(jednak nie w Kaplicy Cudownego Obrazu, ale w głównym kościele).
Na koniec zwiedzania trzebnickiego sanktuarium udaliśmy się do dwupiętrowej zakrystii wybudowanej w stylu romańskim, gdzie urządzono muzeum. Jest to zarazem ostatni zachowany fragment pierwotnego klasztoru. Znajdują się w niej cenne zbiory sztuki sakralnej od XIII wieku po czasy współczesne. Najciekawszymi z nich są chyba relikwiarz z czaszką św. Jadwigi oraz barokowa kołyska dla malutkiego Jezuska.

piątek, 29 listopada 2019

1064. Tygodniowy misz-masz

Miałam nadzieję na luźniejszy tydzień. Ale nadzieja nadzieją, a rzeczywistość rzeczywistością. Przeziębienie, czy co to tam było, w miarę opanowane. Pozostała mi tylko niewielka chrypka, ale z tym da się żyć. Grunt, że nie kaszlę niczym w ostatnim stadium gruźlicy...
Poniedziałek i wtorek - istna sielanka, czyli wprowadzenie w działalność ŚDS-u w S-cu. W poniedziałek jeszcze byłam niczym wystraszony kurczak. Wiecie jak to jest, z jednej strony niby domyślacie się z czym możecie się spotkać(lata spędzone w szkole z przymiotnikiem "specjalna" zrobiły swoje), a z drugiej... Co śmieszniejsze, poszłam do placówki tego typu do sąsiedniego miasta głównie po to, aby nie natchnąć się zbytnio na szkolnych znajomych, a pierwszą osobą z podopiecznych ŚDS-u w S-cu, którą spotkałam, był syn mojej nauczycielki geografii(którą serdecznie pozdrawiam). Mam nadzieję, że nie pomyślała sobie, że ja też tam trafiłam i nie straciła poczucia swojej misji(wiecie, poniżej 6 na świadectwie z geografii też nigdy nie zeszłam). W każdym razie trochę dziwnie się poczułam. Poniedziałek dostarczył mi tylu bodźców, że po powrocie do domu dosłownie padłam. Aż sama się sobie dziwię, że udało mi się wstać na trening. Bo najchętniej przespałabym do wtorku.
Wtorek był już trochę lepszy. Specyficzny hałas zdawał mi się nie przeszkadzać. Dzięki temu, że byłam na tzw. "społeczności" podczas której uczestnicy zajęć dzielili się tym, co robili poprzedniego popołudnia po powrocie z ŚDS-u, poznałam trochę ich z imienia. Oczywiście poza tymi, których gdzieś tam wcześniej znałam(a ich liczba wzrosła do 3). Co prawda nie zapamiętałam imion całej 35, ale tak gdzieś z 7-8 utkwiło mi w łebku. Z czasem będzie coraz lepiej. Nawet nie wiem kiedy minęło tych osiem godzin. Ja zaś miałam okazję sobie przypomnieć, jak to jest układać puzzle z 32 elementów. I oczywiście poświęcałam też swój czas na rozmowy z niektórymi.
W środę, czwartek i piątek niestety nie mogłam iść do ŚDS-u, ponieważ kolidowałoby mi to z innymi, planowymi zajęciami. A że plan jazdy busów sprawia, że jestem na nich dużo przed czasem, postanowiłam zajrzeć do pani D. Wchodzę do budynku i już z daleka widzę wywieszoną na sekretariacie kartkę. "Oho" - przemknęło mi przez myśl, kiedy wolno podchodziłam do drzwi. Uwierzcie mi, po zeszłorocznej jednej akcji już sama nie wiem, czego mogę się spodziewać. Informacja na kartce była dosyć klarowna: od 26 do 30 listopada sekretariat nieczynny. W pilnych sprawach proszę się kierować do pokoju obok. Poczułam się jakoś nieswojo. Jakoś tak automatycznie zaczęłam analizować naszą ostatnią rozmowę z piątku. Niby wszystko było dobrze, niby to ona kazała mi się wykurować przez weekend, ale... No właśnie, ten jej głos. Był jakiś taki... inny? Nawet nie umiem tego wytłumaczyć. Wolałam jednak nie zaglądać z pytaniem co z panią D. do pokoju obok. Jedynie poszłam na dyżurkę sprawdzić, czy tam nie wiedzą nic więcej. Niestety nie wiedzieli. Nawet byli trochę zdziwieni, że nie dali mi zastępstwa. Ale może pani D. myślała, że też mnie rozłożyło... A poza tym, jak już wspomniałam, planowo poniedziałek i wtorek mam przeznaczyć na coś innego. W dodatku te dojazdy... Więc mogło być też tak, że nie chcieli mnie zbytnio obciążać.
Zostałam więc sama z moimi rozmyślaniami, które jednak nie trwały długo, bo powoli zaczęli schodzić się ludzie i zagadywać od czasu do czasu. Niby wszystko było ok., a jednak na niczym nie mogłam się skupić, a do moich uszów docierały tylko strzępki słów. Doszło nawet do tego, że jedna ze schodzących z piętra osób podeszła do mnie z pytaniem, czy wszystko w porządku, bo coś dziwnie wyglądam. Pewnie mogłam ją zapytać, czy nie wie, co z panią D., ale... Nie, to by mogło zabrzmieć zbyt infantylnie. Chociaż z drugiej strony, chyba wolałabym być pewna, że to na pewno nic poważnego, ewentualnie że to zwolnienie ma z powodu choroby któregoś z chłopców. W sumie sezon chorobowy się zaczął, więc mogli coś przywlec z przedszkola lub szkoły. Samotnej matce ciężej jest zorganizować opiekę nad dzieciakami. Przynajmniej tak mi się wydaje. O innej ewentualności wolę nawet nie myśleć. Uwierzcie mi, od trzech dni o niczym innym nie myślę, tylko o tej jednej sprawie. I na niczym innym nie mogę się skupić. Nawet Młoda twierdzi, że jestem rozkojarzona jak nie ja. Coś w tym jest, bo przez to wszystko, w połączeniu z dodatkowymi rzeczami i obowiązkami, spowodowało że nawet na blogi nie miałam czasu. Dziwne? Nienormalne?(oczywiście chodzi mi o rozkojarzenie z powodu właściwie obcej osoby, a nie brak aktywności w blogosferze) Może, jednak nic na to nie poradzę.
Tak bardzo bym chciała, aby to było tylko przeziębienie, ewentualnie jakaś lekka nie dyspozycyjność i żeby w przyszłym tygodniu wróciła już do swojej pracy. I żeby była uśmiechnięta jak zawsze. I żeby... ech, może skończę na tym, bo jeszcze się okaże, że za dużo wymagam od życia. Ale przecież ja nie wymagam dla siebie, tylko dla innych. Czy to tak wiele?
Moja niepewność zostanie rozwiana dopiero w środę. Bo przecież w poniedziałek i we wtorek idę do ŚDS-u. W środę wracam do swoich regularnych planowo zajęć. A wtedy rozwieją się wszystkie moje wątpliwości. Mam nadzieję, że na plus, bo naprawdę nie chciałabym powtórki sprzed roku...

sobota, 23 listopada 2019

1063. Obejrzałam film i dalej nie wiem, jacy są toksyczni rodzice

Zgodnie z przewidywaniami, większość dzisiejszego dnia, a ściślej powiedziawszy popołudnie, spędziłam z kotem w łóżku. Młoda pojechała na zawody pływackie do Szczecina, miałam więc cały dom dla siebie i mogłam sobie kaszleć i kichać do woli. Zanim jednak to się stało, poszłam na Oratorium, bo obiecałam M., że wytłumaczę mu o co chodzi w procentach(chociaż ja mu to wbijam do głowy od dwóch lat, a on albo faktycznie zapomina, albo tylko udaje, że nie pamięta). Co prawda we wspólnocie jest kilka osób po klasach w ogólniaku z rozszerzoną matematyką, ale jakoś nikt nie jest chętny pomóc M. ogarnąć to wszystko. A jak już poszłam na sobotnie zajęcia, to już na nich zostałam. Zwłaszcza, że był deficyt animatorów. Po drodze tylko na chwilę urwałam się na próbę scholi, aby wpłacić pieniądze na przyszłotygodniową wycieczkę do Trzebnicy i Wrocławia. Chcieli mnie zwerbować na całą próbę, mnie jednak udało się z niej wykręcić... Zajęcia w Oratorium trwają w tym roku tylko do 13:00, całe popołudnie mogłam więc chorować.
A że nie lubię leżeć bezczynnie, to postanowiłam np. opracować plan pracy z, powiedzmy że Kropką. Tak, myślę że Kropka to idealny pseudonim dla kogoś takiego jak ta trzynastolatka. Bo z jednej strony prawie niezauważalna, a jednak jakże potrzebna. Dzięki pracy z M. orientuję się nieco w programie siódmej klasy, więc nie jest najgorzej. Chociaż tak naprawdę wiedza to tylko wierzchołek tej góry lodowej. Jeżeli nic nie stanie nam na przeszkodzie, to może to być bardzo fajna przygoda, a za razem współpraca. Oczywiście debiutowałam w pisaniu czegoś takiego i podejrzewam, że mój plan pracy z uczniem znacząco różni się od tego, jaki zostałby napisany przez profesjonalnego nauczyciela(czyli takiego po studiach), jednak ma on być tylko moją "podpórką" i pomocą w rozplanowaniu zajęć. W międzyczasie sprawdziłam Młodszej zadania z fizyki, których rozwiązania przysłała mi na meila i pokrótce wskazałam jej miejsca, w których popełniła błędy. Lepiej by było wytłumaczyć jej to osobiście, sytuacja jednak jest wyjątkowa i raczej niecodzienna. Udało mi się też obejrzeć "Co gryzie Gilberta Grape?", co jak wiecie, zaplanowałam sobie wczoraj.
Tytułowy Gilbert to młody chłopak, który po śmierci ojca zajmuje się nie tylko  rozpadającym domem, ale też pozostałymi członkami rodziny: dwiema siostrami, upośledzonym umysłowo bratem Arnim oraz chorobliwie otyłą i niewydolną życiowo mamą. Gilbert stara się jak może, jednak problemy jakie sprawia Arni niekiedy go przerastają. Akcja filmu rozpoczyna się na kilka dni przed osiemnastymi urodzinami Arniego, kiedy bracia siedzą na skraju drogi prowadzącej do ich miejscowości. Jak co roku, również i teraz, przejeżdżała nią konwój wozów z przyczepami kempingowi. Pomimo tego, że Arni wybiega na ulicę i macha do nich, żeby zaprosić ich na swoje urodziny, żaden z kierowców się nie zatrzymuje. Zrezygnowani wracają do domu. Po kilku dniach okazuje się, że w miasteczku jednak zatrzymały się dwie turystki - młoda kobieta o imieniu Becky oraz jej babcia. Z powodu awarii swojego wozu zmuszone są zostać w miasteczku na dłużej. Wkrótce Becky zaczęła nie tylko spotykać się z Gilbertem, ale też sprawiła, że w jego szarym życiu zaczęły się pojawiać też inne kolory.
Do obejrzenia filmu nakłoniło mnie stwierdzenie jednego z moich wykładowców, że Bronnie, matka chłopców i ich sióstr, jest osobą toksyczną. Problem w tym wszystkim polega na tym, że nawet nie mam pojęcia jakie cechy charakteru przejawia taka osoba, dlatego miałam nadzieję, że film nieco oświeci mnie w tej kwestii. Niestety, nadal jestem "zielona" w tych sprawach. Nie wiem czy Bronnie przejawia cechy toksyczności. Ja widziałam w niej jedynie nieadekwatną do roli matki kobietę, w której z każdym dniem narastała frustracja. W stosunku do córek była raczej obojętna, na Arniego przelewała infantylne uczucia, natomiast od Gilberta wymagała, aby był zarówno ojcem, jak i matką dla rodzeństwa. Tak jakby nie mógł mieć własnego życia, własnych spraw. Czy na tym polega toksyczność? Nie wiem. Z drugiej strony nie można jej zarzucić, że całkowicie nie interesowała się własnymi dziećmi, a zwłaszcza upośledzonym Arnim. Kiedy trafił na posterunek policji, pojechała po niego. To nic, że było to pierwsze jej wyjście z domu od wielu lat. To nic, że wszyscy się śmiali z jej tuszy. W tamtej chwili liczył się tylko jej Arni.
Pomijając już to, czy Bronnie była toksyczna czy też nie, to zachwyciłam się ogólną grą aktorską w tym filmie. Darlene Cates świetnie i autentycznie wcielała się w rolę matki, która nie radzi sobie ze swoim własnym życiem, a co tu dopiero mówić o ogarnięciu życia swoich dzieci. Juliette Levis, czyli filmowa Becky, rozczulała mnie swoją opiekuńczością względem Arniego oraz troską wobec Gilberta. Leonardo DiCaprio, jeszcze sprzed czasów kultowego "Titanica", rolę Arniego dostał w wieku zaledwie dziewiętnastu lat. Rewelacyjnie wcielił się w rolę upośledzonego umysłowo chłopaka o mentalności kilkulatka. I wreszcie Johnny Depp, czyli tytułowy Gilbert. Oglądając go pomyślałam sobie, że jeżeli miałabym starszego brata, to tylko takiego jak on. Troskliwego i opiekuńczego, wszak po śmierci ojca to właściwie on musiał zajmować się upośledzonym bratem. Chociaż mógł przeciwstawić się matce, która nie zajmowała się należycie Arnim(jednak jeszcze raz podkreślam - to, że się nim nie zajmowała nie oznacza, że się nim nie interesowała) prawie a zawsze był przy nim niczym anioł stróż. Nawet jeżeli coś nawalił, np. nie wyjął Arniego po kąpieli z wanny i ten się wyziębił, to potem przez długi czas miał wyrzuty sumienia z tego powodu. To taki wymarzony starszy brat.
Mimo wszystko "Co gryzie Gilberta Grape'a" jest niezłym filmem pokazującym stosunki między członkami rodziny, kiedy jest ona niepełna. Tutaj zabrakło ojca, który postanowił skończyć ze swoim życiem. Jego śmierć spowodowało załamanie się Bronnie, a owo załamanie skutkowało porzuceniem swojej roli społecznej, jaką była rola matki czwórki dzieci oraz roztycie się. Przez brak ojca oraz stan psychiczny matki Gilbert musiał szybciej dorosnąć, żeby poradzić sobie z opieką nad upośledzonym bratem. Jedno wydarzenie - masa następstw. A te następstwa pociągały za sobą kolejne i kolejne. Nasuwa się pytanie, jak wyglądałoby życie Gilberta, gdyby jego ojciec nie popełnił samobójstwa. Ale tego chyba się nie dowiemy. Można to sobie tylko wyobrazić.