Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 19 grudnia 2023

1802. "W kim przychodzi do nas Bóg?" - przedświąteczne spotkanie na WTL-u

W tym roku na Wydziale Teologicznym pierwszy raz zorganizował w dniu dzisiejszym ogólnowydziałowe spotkanie przedświąteczne. Przynajmniej za mojej kadencji bytowania na tym wydziale. Co prawda już rok temu odbyło się spotkanie z władzami wydziału (czyli dziekanem i prodziekanem), ale zorganizowano je tylko dla studentów zaangażowanych w działalność w Wydziałowy Samorząd, albo któreś z dwóch Kół Naukowych funkcjonujących na Wydziale. A że w Kole Naukowym Nauk o Rodzinie jestem od samego początku studiów na tym kierunku, to automatycznie znalazłam się w tym niewielkim gronie.
Tym razem byłam nie tylko uczestnikiem spotkania, ale też je współorganizowałam, ponieważ głównymi jego inicjatorami był Samorząd oraz Koła Naukowe. W sumie to zastanawiam się, czy bardziej byłam jako członek tej pierwszej organizacji, czy może tej drugiej. Ale tak to jest, kiedy się działa tu i tu. Kilka spotkań poprzedzających wydarzenie oraz wymiana pomysłów na organizację całego przedsięwzięcia skutkowało dosyć nieoczekiwanie... świątecznym miniprzedstawieniem, które moglibyśmy wystawić. Jeszcze większym zaskoczeniem było dla mnie to, że zaproponowano mi zagranie w nim jednej z ról. Mówionych ról, żeby nie było.
Skąd to zaskoczenie? Chyba znowu ze scholi i z tego ile tam razy byłam pomijana przy podobnego typu projektach. Po tym, jak dużo rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatniego roku, ja naprawdę zastanawiam się, ile scholi się "nie dało" w stosunku do mnie tylko dlatego, że ktoś nie chciał, aby się dało. Że ktoś po prostu nie odważył się mi nawet dać tej szansy. Myślę że dużo. Czasu nie cofnę, ale żal pozostaje za tyle zmarnowanych szans w ciągu tych 15 lat. 
Nie wiem, może ktoś z Was kojarzy taki motyw, że najpierw Pan Bóg obiecuje komuś, że przyjdzie do niego tego dnia, a potem przychodzą do niej trzy osoby i proszą ją o pomoc. W zależności od wersji, dana osoba albo im pomaga, albo nie. Puenta jest taka, że Pan Bóg faktycznie przyszedł do tego kogoś w postaci tych trzech osób. To, jak z nimi postąpił odzwierciedla to, jak postąpił z Najwyższym, w myśl zasady - "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25, 40).
My zakładaliśmy drugą z opcji, czyli że rodzina nie pomoże tym, którzy zapukają do ich drzwi. Ogólnie koncepcja była taka, że podczas przygotowań do wieczerzy wigilijnej ojciec rodziny zdradził żonie i córeczce, że podczas modlitwy w kościele usłyszał od Jezusa, iż przyjdzie do ich domu tego dnia, aby zjeść wspólną kolację. Żona zaaferowana, zaczęła zmieniać nakrycia na stole na lepsze, dogotowała potraw i cała rodzina z niecierpliwością czekała na zapowiedzianego gościa. Jednak zamiast niego do ich drzwi zapukała najpierw staruszka (to była moja rola), potem chłopiec, którego rodzice zmagali się z problemem alkoholowym, a na koniec żebrak. Każdy z nich zapytał o możliwość dołączenia do ich wieczerzy, wszak jest tradycja jednego pustego nakrycia na stole. Jednak, jak możecie się domyśleć, nie zostali wpuszczeni. Trochę zawiedzona rodzina poszła spać, a nazajutrz ojciec "poszedł" do kościoła, aby wygarnąć Bogu co o Nim myśli. W odpowiedzi usłyszał, że przecież Bóg przyszedł do niego w postaci staruszki, chłopca i żebraka i ani razu nie otworzył przed nim szerzej drzwi i nie zaprosił go na wieczerzę wigilijną, jednocześnie przywołał wspomniany cytat z Ewangelii według św. Mateusza. Całość zwieńczyliśmy kolędą "Nie było miejsca dla Ciebie".
Zgrana ekipa zaangażowana w przedstawienie
Całość chyba się podobała, bo zebraliśmy gromkie brawa, a potem przez cały czas ktoś nam gratulował występu. Może nie było nas szczególnie dużo zaangażowanych w przedstawienie, ale bardzo dobrze nam się współpracowało. 
Na spotkaniu przedświątecznym nie mogło oczywiście zabraknąć władz wydziału, czyli dziekana i prodziekana, a także wielu naszych wykładowców, którzy z takim oddaniem przekazują nam tajniki wiedzy teologicznej, pedagogicznej, a także związanej z prawidłowym funkcjonowaniem rodziny. To jeden z niewielu dni w roku, kiedy można się tak po prostu, na spokojnie spotkać i porozmawiać.
Ksiądz dziekan składa wszystkim przybyłym na spotkanie życzenia świąteczne i noworoczne
Może i nasz wydział nie jest najliczniejszy, ale tworzy to swoistą, kameralną atmosferę
Spotkanie zgromadziło sporo osób, jednak nie byli na nim obecni wszyscy studenci wydziału, co było do przewidzenia. Statystycznie najwięcej było... kleryków. W tym roku zrezygnowano z dzielenia się opłatkiem. Każdy kto chciał, podchodził do siebie i składał sobie życzenia. Do mnie np. podszedł aktualny ksiądz promotor i życzył mi większej odwagi w podejmowaniu wyzwań. Hmm... jednak owca, a nie wilk (o co chodzi dowiecie się >>tutaj<<). Zobaczymy na jak długo. Za to pani promotor mojego licencjatu życzyła mi, aby praca magisterska wyszła mi równie ciekawa, a może jeszcze ciekawsza. Jednak najbardziej rozbawiła mnie wypowiedź księdza, który będzie błogosławiony, który życzył mi... A nie, niech to pozostanie moją małą tajemnicą.
To były cudowne dwie godziny spędzone na rozmowach, śmiechach i pałaszowaniu pysznych wypieków, pod którymi uginały się stoły. Jakże pasuje do niego dzisiejsze motto z elektronicznego kalendarza adwentowego KBO ŚDM.

poniedziałek, 18 grudnia 2023

1801. Kto ma uszy, niechaj słucha

Jedną z adwentowych tradycji w kościele katolickim jest to, że organizowane są wtedy rekolekcje przygotowujące wiernych do zbliżającego się okresu Bożego Narodzenia. Zazwyczaj są to trzy dni (przynajmniej u mnie w parafii tak jest), podczas których zaproszony kapłan wygłasza nauki w ramach kazania po Ewangelii. Czasami są one ciekawe, innym razem mniej, ale co tradycja, to tradycja.
W tym roku pierwszy raz wzięłam udział w rekolekcjach organizowanych przez Duszpasterstwo Akademickie. Może nieco zastanawiać ich forma, ponieważ nie były to trzy dni pod rząd, ale trzy kolejne niedziele adwentu (czwarta to już Wigilia, a więc wielu z nas wyjedzie w swoje rodzinne strony, aby spędzić ten czas z najbliższymi). Na każdą z nich została zaproszona osobna osoba, która miała wygłosić do zgromadzonych najpierw w ośrodku DA, a potem na Mszy Świętej, osób.
W pierwszy dzień tegorocznych rekolekcji odwiedził nas kolega rocznikowy księdza Krzysztofa - ksiądz Piotr Kontny wraz z bratem Pawłem i jego żoną - Agatą. To spotkanie było typowo podzielone na dwie części. Pierwsza część konferencji została wygłoszona przez małżonków w ośrodku DA. Dzielili się oni swoim doświadczeniem związanym z formacją w Ruchu Światło-Życie (tam zresztą poznali się), a także z codziennym życiem, w którym nieustannie zauważają znaki i obecność Boga i Ducha Świętego. Pięknie opowiadali o codziennej wspólnej modlitwie, codziennym uczestnictwie we Mszy świętej z piątką dzieci (dwaj najstarsi chłopcy służą do Mszy Świętej), wieczornych czytaniach fragmentu Ewangelii z dnia dzieciom przed snem i komentowaniu jej. A to wszystko przy codziennych obowiązkach, takich jak praca (oboje są czynnymi nauczycielami w szkole podstawowej), czy też obowiązkach związanych z prowadzeniem domu.  
Z kolei ksiądz Piotr oparł swoje rozważania na kontraście bieli i ciemności, powołując się przy tym na przypadające na drugi dzień wspomnienie św. Barbary. Zaznaczył przy tym, że z mroków naszego wewnętrznego chaosu i nieuporządkowania, prawdziwy skarb. Powołał się przy tym na Izajasza mówiącego o Bogu: "Pozwalasz nam błądzić jedną z Twoich dróg". Jesteśmy "zwiędli", grzeszymy, brniemy w tunel bez wyjścia. Ale niemal zaraz po tych słowach pojawia się psalm 80, w którym pojawiające się czasowniki rozkazujące ukazują naszą tęsknotę za Bogiem. Bo jest ktoś, kto w tej sytuacji chce nas wybudzać z tego marazmu - to Bóg. Czas każdego z nas jest materią, z której Bóg będzie tworzył naszą wieczność. Nie ma takiej ciemności, w której Bóg nie mógłby wyłuskać światła - za przykład może służyć postać św. Łotra. A ponieważ Ewangelia z tego dnia opowiadała o tym, że gdyby gospodarz wiedział, kiedy złodziej ma przyjść, to czuwałby, kapłan życzył nam takiej czujności nie tylko na czas adwentu, ale na całe nasze życie.
Gościem drugiej niedzieli adwentu była siostra bez habitowa - Barbara Radzimińska. Dzieliła się ona z nami doświadczeniem obecności Boga w codziennym, szarym życiu. Poruszyła tutaj temat ostatniego Synodu w kontekście Soboru Watykańskiego II, a przy okazji dowiedziałam się czegoś ciekawego na temat odwoływania i powoływania proboszczów na parafię. Czegoś o czym się nie mówi (zresztą wcale się nie dziwię), a co mogłoby sprawić, że nie dochodziłoby do skrajnych sytuacji, bo czuliby przed nami, parafianami respekt. 
Po Mszy świętej siostra Barbara podzieliła się z nami sposobami przeżywania Jezusa we wspólnocie nie tylko kościelnej, ale też ogólnie w społeczeństwie.
Ostatnim gościem poproszonym o wygłoszenie konferencji był przybyły z Łodzi dominikanin, ojciec Maciej Biskup. Podczas konferencji w ośrodku DA poruszył on problem dialogu chrześcijańsko - żydowskiego, także w kontekście ostatnich wydarzeń z Sejmu (chyba każdy wie, o które chodzi, ale zakonnik widzi, paradoksalnie, pozytywny aspekt tego zdarzenia - ludzie dowiedzieli się, że jest coś takiego jak chanuka). Nie jest to łatwa historia, bo na przestrzeni wieków pojawiały się różne przejawy antysemityzmu względem naszych starszych braci w wierze. Ale były i jasne okresy, jak na przykład zaproszenie ludności pochodzenia żydowskiego do Sejn, co miało pomóc w rozwoju miasta, wspólne budowanie świątyń różnych wyznań w przemysłowej Łodzi, czy też wspólne komentowanie przez kapłana i rabina fragmentów Ewangelii opowiadających o Zacheuszu. Wskazywał również na te elementy Mszy Świętej, które mają swoje korzenie w tradycji żydowskiej oraz na fragmenty Ewangelii wskazujące na to, że Jezus był pobożnym, praktykującym Żydem (obrzezanie, ofiarowanie, oczyszczenie Maryi, nauka w szkole, obrzęd bar mictwy, czy też przestrzeganie świąt żydowskich).
Z kolei podczas kazania na Mszy Świętej pochylił się nad postacią Jana Chrzciciela. Przywołał tutaj słowa św. Augustyna, który mówił, że "Jan dźwięczy słowem". Był on ostatnim prorokiem zapowiadającym przyjście Zbawiciela, chociaż sam temu zaprzeczał, a także uosobieniem słuchającego Izraela. Jego główną misją, podobnie jak każdego innego proroka, było wzbudzanie nadziei, która prostuje ścieżki, podtrzymuje to, co słabe i chore. Jan chciał pokazać w rozmowie z faryzeuszami, że nie należy ukrywać się za przypisaną mu rolą, dlatego mówi, że jest "głosem wołającego". Był on bardzo konkretnym człowiekiem, tak jak każdy z nas. Dominikanin przypomniał też, że każdy z nas jest ukochanym dzieckiem Pana Boga. Tylko musimy być jak dzieci, z tym co dobre, ale również z tym, co złe. Powołał się przy tym na fakt, że Jezus był Bogiem, a jednocześnie przyjął ciało małego dziecka, które musiało być przytulane przez rodziców. Kiedy człowiek pozwoli sobie na taką kruchość i słabość (Jezus się ich nie wstydził), może odkryć jej piękno, ponieważ pozwala na przynależności do kogoś. Kaznodzieja przeciwstawił też sobie surowego Jana Chrzciciela na pustyni, a słabego i przerażonego człowieka podczas przebywania w więzieniu. To tam przyjął Ewangelię, czyli stał się dzieckiem. Całość spuentował tym, że Jezus rodzi się po to tyle razy w ciągu naszego życia, abyśmy i my mogli narodzić się do tego dziecięctwa. Żebyśmy mogli ciągle rodzić się na nowo do nadzieli "rymującej się" z naszą historią. A najbardziej to się dzieje wtedy, gdy pozwolimy się utulić przez Boga i przez samych siebie.
Przyznam, że pomysł na rekolekcje nietypowy i pierwszy raz się z nim spotkałam, ale bardzo mi się podobał, zarówno pod względem formuły, jak i terminów. Nie każdy ma w tygodniu czas i możliwość, aby uczestniczyć w nich w parafii (np. ja), a dzięki temu miał niemal to samo. I jeszcze po Mszy była wspólna kolacja w ośrodku duszpasterstwa. Tego to chyba człowiek nie uświadczyłby w żadnej parafii.

Adwentowa myśl bożonarodzeniowa na dzień dzisiejszy brzmi:

niedziela, 17 grudnia 2023

1800. Moc radości w Niedzielę Radości

Ostatnio pisałam, w kontekście przesyłki otrzymanej od Jadzi, że szczęście warto dawkować. Nadal się z tym zgadzam. Ale też warto szukać i odczuwać radość w każdej chwili swojego życia. Chociaż wczorajsza dawka tej emocji osiągnęła swoje apogeum. Czy to oznacza, że nie przyjęłabym jeszcze większej jej dawki? Myślę, że przyjęłabym, bo to ta emocja, która jak najbardziej pozytywnie wpływa i na nasze samopoczucie, i na samoocenę i w ogóle na nas samych. Zresztą już sama nazwa dnia - niedziela Radości, do czegoś zobowiązuje. Trudno się w ten dzień smucić, bo cóż to by była za niedziela Gaudete?
Chociaż tak właściwie dzień zaczął się raczej w negatywny sposób. Na Mszy świętej o 10:00 miały być imieniny księdza Darka. Ledwie pojawiłam się na chórze, w miejscu, w którym śpiewa schola, a pani Dyrygent wyszła z zapytaniem, czy nie pójdę z jedną z dziewczyn wręczyć mu kwiatów, bo może idę jako przedstawicielka Oratorium. Pewnie jeszcze pamięta, jak rok temu na spontanie składałam mu życzenia w imieniu animatorów. Tylko, że u nas nie ma Oratorium, bo proboszcz je rozwiązał. Ucieszyłam się i zgodziłam na jej propozycję, bo w sumie nieczęsto się to zdarza. Nawet byłam gotowa zejść z góry z mega bolącym kolanem (nie byłam nawet w stanie klęczeć na przeistoczeniu i po "Baranku Bożym"). Tylko, że tuż przed Mszą okazało się, że coś się stało i księdza Darka nie będzie na Mszy. Trochę zrobiło mi się smutno i przykro, ale też poczułam dziwny niepokój. Komu jak komu, ale jemu w naszej parafii z prawdziwą przyjemnością wręczyłabym kwiaty. Ale skoro go nie było, no to trudno. Trzeba było się z tym pogodzić. Jednak po skończonej Mszy Świętej czekała na mnie pewna niespodzianka, która nieco osłodziła mi tą stratę. Wszyscy członkowie scholi na początku adwentu dostali drobny upominek. Tylko, że była to moja pierwsza wizyta w mojej parafii w tym okresie. Dlatego torebka z zawartością czekała aż do teraz. Trochę byłam zaskoczona, bo dostałam ją tylko ja, ale szybko wszystko się wyjaśniło. A mi zrobiło się miło, że jeszcze ktoś o mnie pamięta. Co do zawartości prezenciku mogę powiedzieć, że niby nic, a cieszy.
A oto zawartość torebki - dzwoneczek, ozdóbka choinkowa, cytaty na każdy dzień i biała czekolada
Niedzielne południe postanowiłam wykorzystać na przygotowanie pierniczków, za które zabieram się od niepamiętnych czasów. Już dzień wcześniej przygotowałam masę od a do zet, nie na podstawie jakiegoś gotowego proszku. Trochę się bałam, że nie do końca mi to wyjdzie, masa miała też podejrzanie kleistą konsystencję, ale w smaku była jak najbardziej piernikowa. Niby niedziela, dzień święty, ale chciałam to już mieć z głowy. Zwłaszcza, że część z nich planuję rozdać tym, którzy wraz ze mną uczęszczają na poranne roraty dla studentów w kaplicy na Wydziale Teologicznym UŚ. Myślę, że będzie im miło. Chcę zrobić jeszcze jedno podsumowanie ich tegorocznego motywu przewodniego, ale jeszcze muszę o jedną rzecz dopytać księdza Krzysztofa.

Po obiedzie swoim zwyczajem postanowiłam wybrać się na spacer. Tym razem jako jego punkt obrałam sobie kilkudniowy świąteczny jarmark odbywający się w centrum miasta. Była to dosłownie ostatnia chwila aby to uczynić - we wtorek kramy i karuzele mają zostać usunięte, jedynie choinka będzie stać tam, gdzie stoi.
Wstyd się przyznać, ale chociaż jarmark organizowany jest każdego roku (nie pamiętam jak to było w pierwszym roku pandemii, ale chyba były też jakieś kramy), to ja dopiero teraz miałam okazję go odwiedzić. Może nie jest jakiś spektakularny (w porównaniu do tego z Katowic, czy chociażby z Krakowa), bo liczy zaledwie kilka kramów, ale ma swój urok. I sprawia, że człowiek czuje, że święta zbliżają się wielkimi krokami, że są coraz bliżej. Jego niewielkie rozmiary sprawiły, że bez pośpiechu można obejrzeć co oferują poszczególne stoiska (chociaż nie wszystkie były otwarte), a sympatyczny ludek oferujący gorącą czekoladę sprawiał, że niejednemu dużemu i małemu, zapaliły się oczy na myśl o skosztowaniu tego smacznego napoju (i mówi to osoba uczulona na kakao).
Taką kulminacją radości tego dnia było udanie się do Kato na kolejne rekolekcyjne spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego Centrum połączone z wieczorną Mszą Świętą. Ku radości księdza Krzysztofa udało mi się nie spóźnić (tydzień temu dotarłam dopiero pół godziny po rozpoczęciu, no ale na wolontariacie jestem w konkretnych, określonych godzinach i nie mogę ot tak sobie z niego zejść). Tym razem tematem przewodnim był jakże bliski mi temat dialogu chrześcijańsko - żydowskiego. Szerzej o rekolekcjach adwentowych dla studentów napiszę w następnym wpisie, bo to była bardzo ciekawa inicjatywa, zwłaszcza pod kątem organizacyjnym. 
Po Mszy Świętej była możliwość zakupienia wypieków za dowolny datek, a to co zostało w ten sposób zebrane, ma zasilić budżet naszego Duszpasterstwa. Postanowiłam i ja wspomóc naszą wspólnotę i zakupiłam jedno z pudełek zawierające łakocie. A więc jest kolejny powód do radości.
No i jak tutaj nie radować się w tak pozytywnie spędzonym dniu pełnym niespodzianek i szczęśliwych chwil?
A adwentowa myśl na dzisiaj brzmi:
I pamiętajcie, aby radować się na co dzień, a nie tylko w Niedzielę Gaudete.

sobota, 16 grudnia 2023

1799. Szczęście trzeba dawkować

Gdzieś kiedyś usłyszałam, albo wyczytałam, że szczęście jest jednym z tych uczuć, którymi wręcz trzeba się nieustannie zachłystywać, bo i tak nie da się go przedawkować. Tymczasem osobiście uważam, że ze szczęściem jest trochę tak jak z narkotykiem, pobudza, ale nie warto zbyt bardzo z nim przeholowywać, bo można je przedawkować. Jakie są objawy przedawkowanego szczęścia? Choćby takie, że nic nas nie cieszy, jesteśmy coraz bardziej wybredni i wymagający, chcemy więcej i więcej, chociaż tego tak naprawdę nie potrzebujemy. Wszystko po to, aby być coraz bardziej szczęśliwsi, a i tak to nic nie daje. Dlatego czasami warto odsunąć coś w czasie, żeby jeszcze bardziej docenić to, co inni dla nas robią, abyśmy byli szczęśliwsi.
Już w zeszłym tygodniu wiedziałam, że mam się spodziewać jakiejś drobnej przesyłki od Jadzi. Trochę mnie tym zaskoczyła, tym bardziej, że z rozmowy wynikało, iż to będzie coś więcej, niż tylko symboliczna kartka z życzeniami bożonarodzeniowymi. Kto zna Jadzię, chociażby przez prowadzonego przez nią bloga, ten wie, jakie cudeńka potrafi stworzyć. Zresztą nie raz już mnie nimi obdarowała, za każdym razem wywołując u mnie ogrom radości. I już wtedy, podczas tego dialogu czułam, że cokolwiek by to nie było, to moja reakcja będzie taka sama.
W środę otrzymałam SMS, że przesyłka jest już w paczkomacie. Odebrałam ją w czwartkowy wieczór, byłam jednak tak padnięta, szczególnie uczestnictwem w otwartym mitingu AA*, że po prostu nie miałam na to siły. W piątek, jak wspominałam, chciałam napisać artykuł na podstawie mojego wystąpienia na konferencji. Nie ukrywajmy, wymagało to ode mnie maksymalnego skupienia nad tym co robię. A znając moje reakcje na pewne sprawy, to po otwarciu przesyłki wpadłabym w taką euforię, że uspokajanie się i dochodzenie do względnej równowagi emocjonalnej, trochę by trwało. A że to był ostatni dzień na przesłanie pracy, mnie zaś jak najbardziej na tym zależało, otwarcie przesyłki musiało jeszcze zostać na chwilę przesunięte w czasie.
Dzisiaj już nic nie stało na przeszkodzie abym zobaczyła, czym tym razem obdarzyła mnie Jadzia. Otwarłam niewielkie pudełko, a tam... tadam!:
Coś dla ciała, czyli kompot wigilijny do zaparzenia (będzie idealny na zimowe, zimne wieczory) oraz wiśnie w czekoladzie:

I coś dla ducha, czyli: prześliczna kartka z cudownymi życzeniami:
Własnoręcznie wykonany przez Jadzię notes (będzie gdzie zapisywać kolejne pomysły na wiersze)
A także coś o czym marzyłam od dawna, i nawet próbowałam sama sobie takie coś zrobić, ale bez powodzenia: to grudniownik, czyli coś w stylu albumo-kalendarza, gdzie jest miejsce, aby każdego dnia coś wkleić lub zapisać. Wspaniała pamiątka na dalsze lata, bo i tegoroczny grudzień jest wyjątkowy. Już powoli planuję jak go wypełnię, chociaż nie ukrywam, że szkoda mi troszkę niszczyć jego pierwotne piękno.
Tyle piękna, serca, pamięci i dobroci zmieściło się w jednej, niepozornej przesyłce. A ile radości to we mnie wywołało... Tego nie da się opisać słowami.
I na koniec kolejna myśl odnośnie adwentu, tym razem arcybiskupa metropolii katowickiej, oraz tymczasowego biskupa mojej diecezji - Adriana Galbasa:

* To było jedno z zadań do wykonania (i napisanie z tego sprawozdania) w ramach przedmiotu Uzależnienia i współuzależnienie, które mamy na studiach

piątek, 15 grudnia 2023

1798. Sztuka pisania artykułu naukowego

W związku z ostatnią konferencją, w której brałam najbardziej czynny udział jaki mogłam*, pojawiła się szansa opublikowania napisanego na podstawie wygłoszonego referatu artykułu, który potem ukazałby się w zbiorowej monografii. Perspektywa z jednej strony kusząca, ale z drugiej pojawiła się myśl, że może tego byłoby już za wiele jak na moją osobę, że może nie powinnam aż tak "szaleć". Szkopuł polegał jednak na tym, że wszyscy na uczelni namawiali mnie do napisania tego artykułu, z wykładowcami na czele, że dla świętego spokoju ustąpiłam, pomimo chwilowo permanentnego braku czasu (dom się sam nie posprząta, obiad nie ugotuje, kot nie obsłuży, studia nie nauczą, praca nie przepracuje... mam wymieniać dalej?) połączonego z chronicznym zmęczeniem wywołanym wstawaniem o kosmicznej godzinie, aby zdążyć na akademickie roraty w Kato. W zasadzie jak wychodzę z domu o 5 rano to wracam, w zależności czy idę na wieczorne nabożeństwo roratnie, w najlepszym wypadku krótko przed 18. Nie pytajcie, o której wracam w najgorszym... Do tego dochodzi ciągnące się od dwóch tygodni przeziębienie. A więc cały zestaw niesprzyjający logicznemu myśleniu. W ogóle - żadnemu myśleniu.
Dzisiaj jednak odpuściłam sobie wieczorne wyjście do kościoła, bo termin nadesłania artykułu zbliżał się nieubłaganie - do 23:59 miał się on znaleźć na skrzynce meilowej konferencji obsługiwanej tylko i wyłącznie przez Starościnę. W ogóle mam wrażenie, że zrobiła sobie ona monopol na całe wydarzenie zapominając o pracy zespołowej. Tymczasem ja o 18:00 siedziałam nad pustym jeszcze edytorem tekstu i modliłam się do Ducha Świętego i wszystkich świętych o natchnienie, które nie nadchodziło. Za to zmęczenie, i owszem. Naprawdę, łatwiej mi było przedstawić wszystko w spontaniczny sposób**, niż skleić sensowne dwa zdania. 
Aż wreszcie coś mnie natchnęło i zaczęłam pisać. Wstęp, cztery punkty rozwinięcia (1. Wyjaśnienie kim jest migrant, emigrant / imigrant oraz uchodźca i dlaczego każdy uchodźca jest migrantem i emigrantem/imigrantem, a na odwrót to nie działa, 2) Omówienie obowiązku szkolnego w Polsce i przykłady problemów utrudniających jego realizację dzieciom z Ukrainy, 3) Przybliżenie zjawiska wypalenia zawodowego, jego przyczyn i objawów, 4) Przedstawienie i po krótce zanalizowanie wyników badań własnych) oraz zakończenie - niby niewiele, ale mnie to zajęło całą wieczność. Przynajmniej w moim odczuciu. Zwłaszcza, że faktycznie chciałam opracować ten temat dokładnie, a nie po przysłowiowych łebkach. 
To z kolei wymagało ode mnie do głębszego zastanowienia się co i jak chcę przekazać. Chyba to było jeszcze trudniejsze niż ustne przedstawienie tematu. Pamięć słuchowa ma to do siebie, że po pewnym czasie wiele rzeczy może nam umknął. Na papierze wszystko zostaje na lata i w każdej chwili ktoś może do tego tekstu sięgnąć. Dlatego to wszystko musi być przemyślane w każdym słowie. 
Tekst powstał na 12 stron A4, więc jest nieźle. Co prawda nie osiągnął przewidzianego minima 25 tysięcy znaków, ale trudno jest pisać na siłę, kiedy człowieka męczy kaszel, a za ścianą (chociaż to chyba piętro niżej) sąsiad hałasuje wiertarką. Mam nadzieję, że zostanie przyjęty do publikacji. A jak nie, to też wielkiej straty nie będzie. Widocznie tak musiało być.
A na koniec kolejna adwentowa myśl do przeanalizowania. Tym razem są to słowa nieodżałowanego księdza Jana Twardowskiego.

* chyba już bardziej czynnie niż wygłaszając referat nie dało się brać w niej udziału
** nie oznacza to, że nie miałam w głowie planu wypowiedzi