Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 16 kwietnia 2024

1914. Jajeczka Faberge

O jajeczkach wytworzonych przez rosyjskiego złotnika Petera Faberge'ra (chyba tak można odmienić jego nazwisko) pierwszy raz świadomie usłyszałam oglądając... jeden z odcinków "Miodowych lat". Jego tematyka opierała się na przypadkowym wejściu Karola Krawczyka (był to jeden z głównych bohaterów serialu) w posiadanie jednego z takich jajeczek, które znajdowało się w domu jego dyrektora z pracy. Potem oczywiście była cała historia z odzyskiwaniem tych jajeczek i w ogóle (kto zna ten serial, ten może się domyśleć, co się mogło dziać). W każdym razie nie zwróciłam wtedy jakiejś szczególnej uwagi na samo jajko. 
Potem jednak zaczęłam się interesować historią dynastii Romanowów. I tak to w jednej, to w innej publikacji na ten temat pojawiała się wzmianka. A ze mną już jest tak, że jak mnie coś zainteresuje, to dążę do tego, żeby dowiedzieć się czegoś na ten temat. Z kolei, jak już to wielokrotnie powtarzałam na blogu, Internet jest doskonałym ku temu miejscem, o ile, oczywiście, korzysta się z niego w miarę mądrze i umiejętnie selekcjonuje zdobyte wiadomości. To głównie dzięki niemu dowiedziałam się czegoś więcej o jajach Feberge i o samym ich autorze.
Na wikipedii można wyczytać, że jajka były wykonywane w pracowni nadwornego jubilera na zamówienie cara w ramach prezentu wielkanocnego. Do ich wykonania wykorzystywano m.in. złoto, srebro, kamienie szlachetne, kość słoniową oraz masę perłową. Pierwsze jajo wielkanocne zostało wykonane w 1884 roku na zamówienie Aleksandra III jako prezent dla jego żony, Marii. Po śmierci Aleksandra jego syn, Mikołaj II, kontynuował tą tradycję. W jajku z reguły ukryta była niespodzianka, która do momentu otworzenia podarunku objęta była tajemnicą. Inspiracją do owych niespodzianek i samej dekoracji jajek były wydarzenia historyczne, np. wojny czy też otwarcie kolei transsyberyjskiej. Faberge ozdabiał je też miniaturami carskich rezydencji i wizerunkami carskiej rodziny. Dekoracja jajka koronacyjnego ofiarowanego przez Mikołaja II żonie Aleksandrze w 1897 roku nawiązywała do sukni koronacyjnej królowej - ornamentu siatki. Jej środek skrywał złotą miniaturę karety koronacyjnej z siedzeniami z rubinu, szybkami z górskiego kryształu i koroną na dachu. Do wybuchu rewolucji lutowej w 1917 roku powstało 54 carskich jaj.
Przykładowe jajo z pracowni Faberge'a (źródło ilustracji)
Być może dlatego z prawdziwą przyjemnością przeczytałam książkę "Ostatni Faberge" autorstwa Thomasa Swana. Dowiedziałam się o niej przypadkowo, szukając informacji na temat Grigorija Rasputina. Zainteresowała mnie do tego stopnia, że postanowiłam po nią sięgnąć. A czyż może być lepszy moment na czytanie książek o jajku wielkanocnym (nawet jeżeli gatunkowo podchodzi pod thriller) niż Wielkanoc? Dlatego dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami co do tej książki.
Tytuł: "Ostatni Faberge"
Autor: Thomas Swan
Wydawnictwo: Amber
Warszawa 2007
Liczba stron: 296

Niektóre fakty historyczne przybierają formę legendy, stając się tym samym inspiracją dla rzeszy twórców kultury. Za przykład może służyć np. to, że przez wiele lat uważano, że jedna z córek cara Mikołaja II, Anastazja, przeżyła rodzinną rzeź i przez lata po prostu ukrywała się w różnych częściach świata. Wszelkie spekulacje zostały rozwiane w 2007 roku, kiedy odnaleziono zaginione szczątki członków rodziny królewskiej, a badania DNA potwierdziły pokrewieństwo między nimi. Jednak zanim to nastąpiło (i w zasadzie po tym odkryciu też) powstało wiele książek i filmów spekulujących jak mogło wyglądać jej życie po tym cudownym ocaleniu. Podobne emocje odgrywa tajemnicze życie i działalność Grigorija Rasputina, mnicha i znachora, faworyta carycy Aleksandry, mający rzekomo leczyć cierpiącego na hemofilię carewicza Aleksego. Ta zagadkowość związku Rasputina z rodziną carską została wykorzystana przez Thomasa Swana do napisania książki "Ostatni Faberge".
Akcja powieści rozpoczyna się w 1916 roku. Pewnego grudniowego dnia Grigorij Rasputin spotyka się ze znanym rosyjskim jubilerem, Piotrem Faberge. Faberge miał wykonać na zamówienie mnicha jedno ze swoich słynnych jaj, które z kolei miało zostać podarowane na przyszłoroczną Wielkanoc carycy. Nigdy jednak do tego nie dochodzi - tej samej nocy Rasputin zostaje zamordowany, a jajko trafia w ręce lokaja, Mikołaja Karsałowa, który z czasem przekazuje je swojemu synowi - Wasylowi. Niestety, Wasyl przegrywa rodzinną pamiątkę podczas gry w karty w dniu, kiedy na świat przychodzi jego syn, Michaił. Po 35 latach z mieszkającym w Londynie Michaiłem kontaktuje się jeden z uczestników tamtej gry w karty, Sasza. Rozmawia z mężczyzną o jego rodzicach, ale też wspomina o jajku, które niegdyś jego ojciec przegrał. Wkrótce tajemniczy gość z przeszłości zostaje postrzelony. Okazuje się, że legendarną pamiątką interesuje się ktoś jeszcze.
Swan w swojej opowieści świetnie połączył dzieje trzech historycznych postaci - Griegorija Rasputina, carycy Aleksandry oraz Piotra Faberge'a. I chociaż to nie oni są głównymi bohaterami książki, to jednak od tej trójki wszystko się zaczyna. Język opowieści jest bardzo przystępny, chociaż czasami gubiłam się w biegu akcji i musiałam wrócić do poprzedniego rozdziału, aby przypomnieć sobie, o czym była jego treść, albo kto był kim. Ale ogólnie powieść mi się podobała, głównie ze względu na owianie tajemniczością jajek tworzonych przez Piotra Faberge na zamówienie carskiej rodziny. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy opisane w niej jajko faktycznie istniało, niestety Internet milczy w tej kwestii.

Wiecie, że czytając książkę zaczęłam się zastanawiać, czy to możliwe, aby takie jajko istniało. Ciekawostką jest, że większość jajek, które wyszły z pracowni Petera Faberge, została skatalogowana. Pierwszych dziesięć jajek wielkanocnych zostało wykonanych na polecenie cara Aleksandra III:
  • 1885 - Jajko z kurką,
  • 1886 - Jajko z kurką i szafirowym wisiorem (nazywane też "Jajkiem z kurką w koszyku" lub "Drugim carskim jajkiem", obecnie zaginione),
  • 1887 - Trzecie jajko cesarskie,
  • 1888 - Jajko z rydwanem ciągniętym przez cherubinka (nazywane też "Aniołem z jajkiem na rydwanie", obecnie zaginione),
  • 1889 - Jajko neseser (nazywane też "Jajkiem z perłą", obecnie zaginione),
  • 1890 - Jajko z widokami duńskich pałaców,
  • 1891 - Jajko z miniaturą okrętu Pamięć Azowa,
  • 1892 - Jajko z diamentową kratką,
  • 1893 - Jajko kaukaskie (właściwa nazwa to "Jajko ozdobione widokami Kaukazu"),
  • 1894 - Jajko renesansowe (niespodzianką ukrytą wewnątrz niego było Jajko Zmartwychwstania do niedawna uchodzące za samodzielne dzieło, pomimo toczącej się na ten temat dyskusji wśród badaczy. Przeważa jednak przypuszczenie, że jest ono niespodzianką z Jajka renesansowego).
Od 1895 roku przedsiębiorstwo każdego roku wytwarzało aż dwa carskie prezenty wielkanocne w kształcie jaja. Jak już wspomniałam, zamawiającym był car Mikołaj II, który tym samym kontynuował tradycję zapoczątkowaną przez swojego ojca. Jedno z jaj było dla mamy, carycy Marii Fiodorowej, a drugi był przeznaczony dla jego żony, Aleksandry Fiodorowny. Jajka wykonane dla carycy Marii to: 
  • Jajko Faberge (źródło zdjęcia)
    1895 - Niebieski zegar z wężem (albo "Niebieskie jajo z wężem"),
  • 1896 - Jajko z dwunastoma monogramami ("Jajko z portretami Aleksandra III"),
  • 1897 - Jajko różowoliliowe (zaginione),
  • 1898 - Jajko z pelikanem,
  • 1899 - Jajko z bratkami,
  • 1900 - Jajko z kogucikiem (znany też pod nazwą "Zegar z kogucikiem"),
  • 1901 - Jajko miniaturą pałacu w Gatszynie (nazywane też "Jajkiem z Pałacem Gatszyna"),
  • 1902 - Jajko cesarskie (zaginione),
  • 1903 - Duńskie jajko królewskie (zaginione),
  • w latach 1904-1905 nie zamawiano carskich prezentów wielkanocnych z powodu wojny,
  • 1906 - Jajko z łabędziem,
  • 1907 - Jajko miłosne (inna jego nazwa to "Jajko z atrybutami miłości"), 
  • 1908 - Jajko z pawiem, 
  • 1909 - Jajko upamiętniające Aleksandra III (zaginione),
  • 1910 - Jajko z pomnikiem konnym Aleksandra III,
  • 1911 - Jajko z drzewkiem pomarańczowym (nazywane też "Jajkiem z drzewkiem laurowym"),
  • 1912 - Jajko napoleońskie,
  • 1913 - Jajko zimowe,
  • 1914 - Jajko Katarzyny Wielkiej,
  • 1915 - Jajko Czerwonego Krzyża z portretami,
  • 1916 - Jajko z Orderem św. Jerzego,
  • 1917 - Jajko z brzozy karelskiej.
Jajka wykonane dla carycy Aleksandry:
  • 1895 - Jajko z pączkiem róży, 
  • 1896 - Jajko z obrotowymi miniaturami, 
  • 1897 - Jajko koronacyjne (uważane jest za jedno z najpiękniejszych wykonanych przez Faberge), 
  • 1898 - Jajko z konwaliami, 
  • 1899 - Jajko z bukietem białych lilii (inaczej zwane "Zegarem z bukietem białych lilii"), 
  • 1900 - Jajko Kolei Transsyberyjskiej, 
  • 1901 - Jajko z bukietem polnych kwiatów, 
  • 1902 - Jajko z listkami koniczyny, 
  • 1903 - Jajko Piotra Wielkiego, 
  • w latach 1904-1905 nie zamawiano carskich prezentów wielkanocnych z powodu wojny, 
  • 1906 - Jajko kremlowskie, 
  • 1907 - Jajko z pnącymi różami, 
  • 1908 - Jajko z miniaturą Pałacu Aleksandrowskiego, 
  • 1909 - Jajko z miniaturą jachtu Standard, 
  • 1910 - Jajko z kolumnadą, 
  • 1911 - Jajko piętnastej rocznicy, 
  • 1912 - Jajko cesarzewicza, 
  • 1913 - Jajko trzechsetlecia panowania Romanowów, 
  • 1914 - Jajko mozaikowe, 
  • 1915 - Jajko Czerwonego Krzyża z tryptykiem, 
  • 1916 - Jajko stalowe (inna nazwa to "Stalowe jajko wojskowe"), 
  • 1917 - Jajko z konstelacją w dniu narodzin carewicza.
Dwa ostatnie prezenty wielkanocne, chociaż zostały zamówione, to przez dramatyczne wydarzenia rozpoczynającej się rewolucji spowodowały, że nigdy nie doręczono ich carowi Mikołajowi II.

Dodatkowo w latach 1898 - 1904 wykonano serię jajek wielkanocnych na zamówienie Aleksandra Kehla. Był on milionerem, a zarazem właścicielem wielu syberyjskich kopalń złota i platyny. Jajka te były przeznaczone na prezenty dla jego żony, Barbary Kelch. Według specjalistów jajka te dorównują jakością prezentom wielkanocnym wykonywanym na zlecenie dynastii Romanowów. W sumie Faberge wykonał siedem następujących jajek dla Barbary Kelch:
  • 1898 - Jajko z kurką,
  • 1899 - Jajko z dwunastoma panelami,
  • 1900 - Jajko w kształcie szyszki pinii,
  • 1901 - Jajko z kwitnącymi gałązkami jabłoni,
  • 1902 - Jajko rocaillowe,
  • 1903 - Jajko bombonierka,
  • 1904 - Zegar z kogucikiem.
Inne jajka wielkanocne wykonane przez Faberge to: 
  • 1899 - 1903 - Jajko z wiosennymi kwiatami,
  • 1902 - Jajko księżnej Marlborough,
  • 1902 - Jajko Rothschilda,
  • 1907 - Jajko Jusupowa,
  • 1914 - Jajko rodziny Nobel.
To oczywiście nie wszystkie jajka wykonane przez przedsiębiorstwo Faberge. Jednak w większości mają one dużo skromniejszą formę. Wiele wskazuje więc na to, że jajko przedstawione w opisanej powieści też jest fikcyjne. To jednak nic nie szkodzi, i tak całkiem przyjemnie się czytało.

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

1913. Co marka kosmetyczna Astor ma wspólnego z "Titanikiem"?

Połowa kwietnia, tj. 15 jego dzień już chyba zawsze będzie dla mnie rocznicą zatonięcia jednego z najsłynniejszych transatlantyków wszechczasów - "Titanica". Jego historia jest znana z grubsza chyba każdemu, nawet jeżeli niespecjalnie interesuje się nią: luksusowy statek wypływa w swój pierwszy rejs. Chociaż ówcześni uważali go za niezatapialny, to niespełna trzy godziny po zderzeniu z górą lodową poszedł na dno zimnego Oceanu Atlantyckiego, a wraz z nim około 1500 osób (różne źródła podają różne dane), którym nie udało się znaleźć miejsca w zbyt małej ilości szalup ratunkowych. Jednym z nazwisk pojawiających się na listach ofiar, jest Astor. Wielu z nas może kojarzyć taką firmę kosmetyczną. I słusznie. Jednak historia tego rodu jest dużo bardziej skomplikowana. Jeżeli chcecie dowiedzieć się jak ona wyglądała to zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Astor to nie tylko firma kosmetyczna. Jeden z jej członków zginął w katastrofie Titanica
Co łączy nastoletniego rzeźnika z małej miejscowości w Niemczech, imperium kosmetyczne w USA, brytyjski parlament i Titanica? Odpowiedź nie jest prosta, ale za to krótka: rodzina Astor. Wszystkie kobiety doskonale znają tą markę, ale historia rodziny, która za nią stoi, jest bardziej zawiła, niż idealnie podkręcone rzęsy kosmetykami, które są słynne na całym świecie.
John Jacob Astor IV z żoną (Universal Images Group / Getty Images)
  • Początek biznesowego rodu Astor upatruje się w XVIII w., kiedy to nestor rodu wyemigrował z Niemiec do Stanów Zjednoczonych
  • Johann Jacob Astor dorobił się fortuny na handlu futrami oraz obrotem nieruchomości
  • John Jacob Astor IV, czyli potomek nestora rodu, był najbogatszym Amerykaninem. W 1912 r. zginął w katastrofie Titanica.
  • Marka kosmetyczna Margaret Astor powstała w 1952 r. w Niemczech, a produkty przez nią oferowane zyskały dużą popularność wśród gwiazd Hollywood.
Kolejna rocznica jednej z największych katastrof morskich to okazja do wspominania tragedii, która spotkała tysiące rodzin i upamiętnienia wszystkich ofiar. Każdego roku wychodzą na jaw kolejne szczegóły dotyczące dziewiczego rejsu Titanica, który zakończył się tragicznie. Na jego pokładzie znajdowali się jedni z najbogatszych ludzi ówczesnego świata. Wśród nich był m.in. najbogatszy człowiek USA, czyli John Jacob Astor IV. Jego rodzina była jedną z najzamożniejszych w historii USA, ale też kojarzone ze znanymi na całym świecie kosmetykami.

Astor. Początki rodu i wielkiego majątku
Chociaż dla większości ludzi na świecie nazwisko Astor kojarzy się z kosmetykami lub hotelem, to w rzeczywistości historia jednego z najbogatszych rodów w historii USA zaczyna się w małej niemieckiej wiosce o nazwie Waldorff. Dzisiaj jest to kilkunastotysięczne miasto w kraju związkowym Badenia - Wirtembergia. Jednak w XVIII w. było znacznie mniej liczne, a część jego populacji stanowili francuscy hugenoci, zwani kalwinistami, którzy uciekli z Francji ze względu na religijne prześladowania.
Johann Jacob Astor (Hugon Archive / Getty
Images / Getty Images)
Wśród takich religijnych uchodźców w niemieckiej mieścinie żył Johann Jacob Astor Senior, który pracował jako rzeźnik w lokalnym zakładzie masarskim. Doczekał się czterech synów, z których jeden wyjechał do Londynu, gdzie pracował u wuja sprzedającego instrumenty muzyczne. Jednak to najmłodszy z synów rzeźnika - Johann Jacob Astor Junior, który początkowo pracował u ojca jako mleczarz, zapoczątkował wielką karierę rodu Astor. Kiedy ukończył 16 lat, dołączył do brata w Wielkiej Brytanii. Była ona tylko przystankiem do celu nadrzędnego, którym były Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. To tak widział swoją przyszłość i nieskończone możliwości zdobycia fortuny.
Swojej szansy doczekał się w 1783 r., kiedy to udało mu się wyemigrować do Nowego Jorku. Znalazł tam zatrudnienie jako sprzedawca futer, aż w 1785 r. popełnił mezalians biorąc sobie za żonę wywodzącą się z zamożnej rodziny posiadającej aspiracje polityczne Sarę Todd. Dzięki temu małżeństwu pozyskał środki pozwalające mu na otworzenie własnego sklepu oferującego instrumenty muzyczne i futra. Z czasem jego oferta rozszerzyła się o dobra luksusowe, w tym sprowadzany z Chin jednak. Dzięki tego do 1800 roku Astor uchodził za jednego z najbogatszych mieszkańców w Stanach Zjednoczonych. W owym czasie jego majątek był warty 250 tys. dolarów, do 2012 roku jego wartość wynosiła aż 9 mln dolarów.
Ale Johann Jacob Astor nie poprzestawał na handlu dobrami. Odważnie zdecydował się wejść w rynek nieruchomości. Aby to osiągnąć, kupował ziemię w Nowym Jorku oraz w okolicy. Należał do niego m.in. teren, gdzie stanął Times Square. Przedsiębiorca doczekał się trójki dzieci, ale jego biznesowe dzieło kontynuował tylko syn Wiliam. Niemieckie pochodzenie Johanna Jacoba Astora nie przeszkodziło mu w byciu wielkim amerykańskim patriotą. Finansował armię w wojnie w 1812 roku będąc jednocześnie filantropem. Jednak najwięcej czasu poświęcał na pomnażanie majątku. Kiedy Astor zmarł w 1848 roku oszacowano go na 20-30 mln dolarów, czyniąc go najbogatszym człowiekiem USA.

Astor. Skandal obyczajowy, katastrofa Titanica i hotele

William Astor nie zapisał się specjalnie w historii rodu z wyjątkiem tego, że kontynuował filantropijną działalność ojca - hojnie wspierał nowojorskie szpitale, a przez to nieznacznie powiększył majątek rodzinny. Mężczyzna pozostawił po sobie siedmioro dzieci, z których większość zajmowała się rynkiem nieruchomości. Jednemu z nich, Williamowi Waldorfowi Astorowi, udało się nawet wybudować w Nowym Jorku dosyć znany hotel Waldorff. Co ciekawe on sam sfingował swoją śmierć i wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie z uwagą obserwował informacje o swojej śmierci w amerykańskiej prasie. A wszystko dlatego, że był ciekawy pozytywnych opinii na swój temat. Za oceanem na kontynencie europejskim większość swojego majątku, pochodzącego z malwersacji, wydał na odrestaurowanie zamku w Hever. Za swoją aktywność polityczną oraz filantropijną uzyskał tytuł wicehrabiego Astor. Jeden z jego potomków był członkiem brytyjskiego parlamentu, a jego żona Nancy Witcher Astor była pierwszą kobietą w historii zasiadającą w brytyjskiej Izbie Gmin.
Katastrofa Titanica i John Jacob Astor (GettyImages / Getty Images)
Spośród wszystkich potomków Johanna Jacoba Astora w historii USA najbardziej zapisał się John Jacob Astor IV. Gruntownie wykształcony na Harvardzie podróżował po świecie, zajmował się tworzeniem wynalazków (np. hamulców do rowerów), był nawet autorem fantastycznej powieści. Ale to biznes okazał się jego prawdziwym powołaniem. U schyłku XIX wieku tuż obok hotelu Waldorff wybudował kolejny tego typu obiekt - Astoria Hotel. Kilka lat później obydwa hotele zostały połączone w jeden - Hotel Waldorff Astoria, który do dzisiaj uchodzi za symbol nienagannej obsługi i komfortu gości.
John Jacob Astor szybko stał się potentatem na rynku nieruchomości. W świadomości współczesnych mu Amerykanów zapisał się skandalem obyczajowym - w 1891 r. pojął za żonę Avę Lowle Willing, z którą doczekał się potomstwa. Ale w 1910 r. rozwiódł się z nią, aby już po roku wziąć za żonę 18-letnią Madeleine Talmadge Force. Była ona niespełna rok starsza od jego syna, wydarzenie to było szeroko komentowane w wyższych sferach. Nie bez znaczenia był fakt, że John Jacob Astor IV był najbogatszym człowiekiem w Ameryce.
John Jacob Astor IV (Library of Congress / Corbis / VCG via Getty Images / Getty Images)
Wchodząc 10 kwietnia 1912 roku Astor wsiadał na pokład legendarnego Titanica, nie spodziewał się, że jego bajeczne życie dobiegnie końca. Kilka dni później, pamiętnej nocy, podczas której statek uderzył w górę lodową, John Jacob Astor starał się uratować siebie i swoją ciężarną, młodą żonę. Najbogatszemu pasażerowi statku udało się umieścić ukochaną w szalupie, jednak dla niego nie znalazło się żadne miejsce. Zginął razem z wieloma innymi pasażerami. Ciało najbogatszego Amerykanina odnaleziono 22 kwietnia 1912 roku. Był pierwszą zidentyfikowaną osobą, a to za sprawą mankietów koszuli, na których były wyhaftowane jego inicjały. Z późniejszych ustaleń wynikało, że próbował ratować się, poprzez dryfowanie na prowizorycznej tratwie.
Żona oraz dzieci Johna Jacoba przeżyły katastrofę, a ród Astorów kontynuował swoją aktywność w biznesie, pomnażając ogromną jak na tamte czasy fortunę. Po katastrofie Titanica majątek, który pozostawił po sobie Astor, szacowano na 200-300 mln dolarów.
Rodzina Astorów działała zarówno w Stanach Zjednoczonych, gdzie potomkowie emigranta z Niemiec byli politykami, magnatami nieruchomości, zasiadali w Kongresie i byli właścicielami takich tytułów prasowych, jak "Newsweek" czy też "Time", ale też w Wielkiej Brytanii, gdzie też należały do nich niektóre tytuły prasowe. Nie bali się angażować w politykę, a William Astor był ojczymem Samanthy Cameron, czyli żony premiera Davida Camerona. 

Astor. Kosmetyczne imperium z Niemiec
W 1952 roku historia rodu Astorów zatoczyła koło. To wtedy w ich rodzinnym mieście Waldorff powstała znana do dzisiaj firma kosmetyczna Margaret Astor. Założył ją jeden z potomków Johanna Jacoba Astora, tym samym rozpoczynając bój o kolejną branżę. W czasach powojennego boomu wykorzystano pragnienie kobiet, aby znowu nadać swojemu życiu koloru i poczucia docenienia.
Nazwa firmy to hołd dla matki założyciela, która jednak w żaden sposób nie partycypowała w procesie zakładania przedsiębiorstwa. Od samego początku w produkcji kładziono wielki nacisk na jakość produktów oraz ich innowacyjność. Już w pierwszym roku produkty sygnowane marką Margaret Astor stały się najpopularniejsze w Niemczech.
Po kilku latach firma postanowiła wyjść ze swoimi produktami do innych krajów i bardzo szybko wieść o nich rozeszła się wśród kobiet, które szukały sposobu na podkreślenie swojego naturalnego piękna. Marka zyskała dobrą reputację w Europie. Ale to wraz z dotarciem produktów do Hollywood, rozpoczął się okres jej prawdziwej popularności. Firma Margaret Astor musiała konkurować z istniejącymi od wielu lat firmami, w tym z założoną przez emigrantkę z Polski Helenę Rubinstein czy też pochodzącego z Łodzi Maksymiliana Faktorowicza, które wiodły prym wśród gwiazd różnego formatu.
Mimo to firma związana z przedsiębiorcami, którzy zdobywali swoje fortuny w USA, nie czuła, że jest na straconej pozycji. Tym bardziej, że dostarczała produktów nietuzinkowych, takich jak puder do twarzy w formie kulek czy też produkt stanowiący połączenie cienia do powiek z maskarą. Nowatorski puder w momencie wejścia w 1992 roku był jedynym produktem z tej kategorii w takiej firmie. Gwiazdy Hollywood szybko pokochały markę Astor, a za wyraz zaufania może posłużyć fakt, że jej doradcą artystycznym jest ikona świata mody - Heidi Klum. Zarówno firma artystyczna, jak i cała rodzina Astor od lat niezmiennie działają w biznesie.


Jak wielu z Was zdążyło się zorientować, właściwie każdego roku w dniu rocznicy zatonięcia "Titanica" pojawia się jakaś ciekawostka na jego temat. Musicie mi to wybaczyć - "Titanic" to jedna z moich słabości, która towarzyszy mi gdzieś od 9 roku życia. Zaś Internet jest dla mnie źródłem stałego poszerzania wiedzy na jego temat. I nawet kiedy mam wrażenie, że już nic więcej nie można ujawnić na temat tego legendarnego statku, to natrafiam na nowinkę lub ciekawostkę, która wnosi coś do mojej wiedzy o nim. A że się nimi z Wami dzielę... Raz w roku musicie mi na to pozwolić.
I żeby nie było, że tylko Was zamęczam informacjami na jego temat, to z Biblioteki Śląskiej wypożyczyłam dla moich podopiecznych książki o "Titanicu", które zostały napisane z myślą o dzieciach. Co prawda przedział wiekowy dla którego są przeznaczone jest ciut niższy (książki zostały napisane z myślą o dzieciach w wieku 6-9 lat, a moje mają lat 11-12), ale to nic nie szkodzi. Nawet lepiej, bo łatwiej jest moim ananasom zrozumieć zamieszczoną w nich treść.
Fragment "Nocy na Titanicu"
Fragment "Titanica"
Dzisiaj przeczytaliśmy kilka rozdziałów z "Nocy na Titanicu" i porozmawialiśmy sobie na temat ich treści oraz samej katastrofy. Myślałam, że będzie to szło równie topornie jak czytanie lektur szkolnych, na szczęście dzieciaki były bardziej chętne do pracy. Czyżby sprawdzało się porzekadło, że każda książka jest dobra, jeżeli nie jest lekturą? Tak sobie myślę, czy nie wypożyczyć z czasem innych książek z serii "Domek na drzewie", w skład której wchodzi "Noc na Titanicu". Może to ich jakoś zmobilizuje do pracy z tekstem? Tym bardziej, że treść jest raczej łatwa, przyjemna i zrozumiała. Skoro dojrzalsze książki nie wzbudzają w nich specjalnego zainteresowania, to może z bardziej dziecinnymi pójdzie lepiej?

niedziela, 14 kwietnia 2024

1912. "Powołani do Wspólnoty - KOMUNII z Bogiem i bliźnimi w Kościele"

Od siedmiu lat w trzecią niedzielę po świętach Wielkiej Nocy w Polsce obchodzone jest Narodowe Czytanie Pisma Świętego. Inaugurują one wprowadzony o wiele wcześniej ogólnopolski Tydzień Biblijny. W tym roku odbędzie już po raz 16, a przyświeca mu hasło "Powołani do Wspólnoty - KOMUNII z Bogiem i bliźnimi w Kościele". Z kolei mottem Narodowego Czytania Pisma Świętego jest fragment wyjęty z Dziejów Apostolskich - "Trwali w nauce Apostołów i we wspólnocie" (Dz 2, 42). Nie jest to przypadkowy wybór, bowiem w tym roku inicjatorzy akcji zachęcają do skupienia się na napisanych według tradycji przez świętego Łukasza Ewangelistę Dziejów Apostolskich opowiadających o rodzeniu się Kościoła Katolickiego. Dużo trudniej mi było znaleźć księgę, która została zaproponowana do czytania podczas Tygodnia Biblijnego, więc uznam, za informacjami na stronie mojej diecezji, że jest to 1 Księga Samuela.
Dziś podczas kazania usłyszałam, że gdyby człowiek chodził przez trzy lata do kościoła dzień w dzień na Mszę świętą i codziennie wsłuchiwałby się w głoszone Słowo Boże, to "przeszedłby" przez ok 70% Nowego Testamentu i 45% Starego. Trochę mi się to dziwne wydawało, bo dotąd byłam wręcz przekonana, że przez owe trzy lata w czytaniach zmieszczono całe Pismo Święte. No cóż, człowiek uczy się całe życie. Ale z drugiej strony, od kiedy uczęszczam na Msze święte w tygodniu, zauważyłam, że wiele czytań się powtarza, nawet w ciągu kilku dni. Ech, i tak jest nieźle - podobno przed II Soborem Watykańskim kanon przewidziany do czytania wiernym podczas Mszy świętych był jeszcze bardziej ubogi. Ksiądz Robert zachęcał wszystkich zgromadzonych do lektury Pisma Świętego, ale czytania ze zrozumieniem. A jeśli czegoś się nie rozumie, to radził szukać odpowiedzi na nurtujące czytelnika pytanie, czy to u kapłanów, biblistów, czy też w źródłach pisanych i internetowych. Co do pytania o pewne kwestie księży, to raz poszłam z wątpliwościami do Księdza, który będzie błogosławiony. Skończyło się tym, że zaczął mnie namawiać do studiów teologicznych. 
Bo Pismo Święte czytam - najczęściej Czytania z dnia, ale nie tylko. Czasami zainteresuje mnie coś więcej. Np. jak zbudowana była Świątynia Jerozolimska, jak wyglądała wędrówka Izraelitów przez pustynię, jakie mieli nakazy i zakazy. Przeczytanie 1. Księgi Samuela jest rewelacyjną okazją do przypomnienia znanych i poznania nieznanych historii związanych z takimi postaciami, jak właśnie Samuel, Saul, czy też słynny Dawid. Wiecie, ostatnio jakoś na nowo odkrywam piękno ukryte pomiędzy poszczególnymi wersami Pisma Świętego, które może nie zawsze są łatwe, ale może dzięki temu częściej zastanawiam się nad tym co czytam. Tutaj przywołam jeszcze jedną myśl księdza Roberta - jeżeli jakiś fragment Pisma Świętego wywołuje w nas trwogę, to odpuśćmy go sobie na jakiś czas. Bóg nie chce wywoływać w nas lęku, ale nadzieję. I coś w tym jest - jeszcze do niedawna czułam strach i obawę podczas lektury Apokalipsy św. Jana, która, nie ukrywajmy, jest trudna. Jednak po kilku rozmowach oraz przeczytaniu "podrzuconych" książek na jej temat, trochę inaczej na nią patrzę. Muszę jeszcze nabyć / wypożyczyć jedną pozycję i chyba już będę gotowa na zmierzenie się z tą księgą. A jak nie, to poczekam tyle, ile będzie trzeba.
W wielu kościołach organizowane są różne eventy z tej okazji. Nawet nie wiecie jak bardzo chciałam aby mój Wydział włączył się w tą akcję, ale jak zwykle, zabrakło mi odwagi. Tak samo jak zabrakło mi odwagi, aby zagadać w tej sprawie chociaż z Księdzem Niosącym Światło. Najwyżej by się nie zgodził. Ale może skoro zgodził się na dźwig przy szopce, to i na zorganizowanie wspólnego czytania Pisma Świętego też by przystał? 

I nie zapominajmy o jeszcze jednym ważnym wspomnieniu wypadającym w dniu dzisiejszym - Święcie Chrztu Świętego. W zasadzie pierwszy raz słyszę o tym, aby dzień ten został podniesiony do takiej rangi - Ksiądz Niosący Światło wspomniał o tym podczas ogłoszeń duszpasterskich.

sobota, 13 kwietnia 2024

1911. Bycie radosnym jest takie piękne

Jedna z myśli świętego Jana Bosko, jednego z moich ulubionych świętych, brzmiała następująco "Szatan boi się ludzi radosnych". Tak sobie myślę, że zawiera ona uniwersalny przekaz, zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Bo czy bycie radosnym zarezerwowane jest tylko dla wierzących? Albo czy wiara zabrania mi być radosnych nakazując ciągłą modlitwę i umartwianie? I na jedno i na drugie pytanie odpowiedź jest jasna i jednoznaczna i brzmi po prostu "nie".
Owszem, są w życiu chwile które powodują, że nasza wewnętrzna radość gdzieś zanika, zaś problemy dnia codziennego spychają ją na dalszy plan. Czasami są to dosyć prozaiczne rzeczy, a jednak jakoś burzą wewnętrzny spokój. A innym razem są to sytuacje, które dosłownie potrafią zwalić nas z nóg. Zazwyczaj jednak jest tak, że po pewnym czasie wracamy naszym pociągiem życia na właściwe tory.
Mogłoby się wydawać, że tylko ludzie uśmiechnięci są radośni. Tymczasem niekoniecznie tak jest. Na przykład ksiądz z którym byłam w październiku na wycieczce w Kalwarii Zebrzydowskiej i w Wadowicach mało kiedy się uśmiecha, a jednak nie powiedziałabym, że nie jest radosny, przynajmniej w tonie głosu i ogólnym obyciu, dzięki czemu po prostu wzbudza sympatię. Jakiż to kontrast z proboszczem z mojej parafii wiecznie chodzącym niczym chmura gradowa, z miną taką, jakby miał wszystkich dosyć i burczącym na wszystkich. Zachowuje się tak, jakby był u nas za karę. Być może to jego sposób bycia, chociaż z takim podejściem niewiele uzyskuje. No i jest zupełnym przeciwieństwem tego, jakie wskazania w duchowym testamencie zostawił święty Jan Bosko. Jeszcze gdyby był w nie wiadomo jakim wieku. Ale on jest jeszcze w sile wieku...
Jednak proboszcz nie zawsze musi być taki "niedostępny" i ponury. Znam takich, którzy dosłownie emanują radością i zarażają wręcz nią innych. Nie są weseli, ale właśnie radośni. Wczoraj na wieczornej Mszy świętej swój jubileusz 65 rocznicy urodzin obchodził proboszcz parafii, którą chwilowo uważam za "moją". Moje pierwsze zaskoczenie to liczba ludzi, która na nią przybyli. Nawet przy objęciu różnych grup parafialnych, dawało to całkiem ładny wynik. Nie liczyłam ich, ale na oko było ich niewiele mniej niż na niedzielnej Mszy. Drugie zaskoczenie to księża przy ołtarzu - oprócz tych, którzy na co dzień posługują w parafii, dojechało jeszcze dwóch, w tym pochodzący z mojej parafii Paweł. Tak sobie myślę, że gdyby nie pogodne usposobienie proboszcza Andrzeja i jego wrodzona życzliwość wraz z poczuciem humoru, to nie zjednywałby sobie tak bardzo ludzi. A pokaz tego humoru pokazał na koniec Mszy, żartując sam z siebie i ze swojego wieku. Ale to było tak sympatyczne i tak pokorne, że nie sposób było się nie uśmiechnąć*. To był chyba najpiękniejszy pokaz tego, jak bardzo można być radosnym. I sądzę, że nie tylko warto otaczać się takimi ludźmi dużo częściej niż negatywnie nastawionymi do życia, ale też uczyć się od nich tej naturalnej i autentycznej radości.

* w zasadzie proboszcz mojej parafii też próbuje czasami opowiedzieć jakiś żart na koniec jakiejś Mszy świętej, jednak robi to w taki sposób, że nawet nie wiadomo o co w nim chodzi, ani że to już jest koniec.

piątek, 12 kwietnia 2024

1910. To żadne przełomowe odkrycie

Często zastanawia mnie jak to jest, że nie mogę usiedzieć w miejsce i wszędzie mnie nosi. Pomimo przypływu lat dalej mi się wiele rzeczy chce, chociaż niejednokrotnie życie podcięło mi skrzydła. Upadki bywały bolesne, zwłaszcza w sferze psychicznej, cierpi też na tym np. moja samoocena, której odbudowanie zajmuje mi wiele czasu. Ale jeżeli na szali położę dobre i złe chwile, to te drugie z pewnością przeważają. 
Jeszcze nie tak dawno zastanawiałam się, czy ktoś taki jak ja w ogóle ma szansę na znalezienie satysfakcjonującej pracy. Z moimi ograniczeniami, które mogą mieć wpływ na tak wiele rzeczy, w tym na pierwsze wrażenie, które może mnie eliminować w wielu rzeczach. Dzisiaj wiem, że jest to możliwe. I chociaż nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, to cieszę się, że nie tylko jest dla mnie źródłem dochodów, ale daje mi bardzo wiele radości z obcowaniem z drugim człowiekiem. Zwłaszcza z młodym człowiekiem, którego dopiero trzeba uformować.
Bardzo dużo radości daje mi też formacja w ramach Duszpasterstwa Akademickiego. Czwartkowe spotkania są w takich godzinach, że spokojnie mam możliwość dotarcia na nie na czas po skończonej pracy. A nawet chwilę na nie czekam. Na szczęście staram się mieć przy sobie jakąś książkę, a już na pewno notatki z zajęć, choćby bieżących, a więc nie jest to dla mnie czas stracony. Mogę kontynuować czytanie aktualnej lektury (obecnie kończę "Ostatniego Faberge" Thomasa Swana), albo po prostu powtórzyć sobie materiał. 
Nie ma dwóch takich samych spotkań. Wczoraj analizowaliśmy niedzielną Ewangelię wg św. Łukasza, opowiadającą o spotkaniu zmartwychwstałego Jezusa z uczniami w wieczerniku metodą lectio divina. Każdy z nas mógł wypowiedzieć się jak zrozumiał dany fragment i podzielić się tym, co Bóg mu przez tych kilka zdań chce powiedzieć. Co mi "powiedział" Bóg w przytoczonym fragmencie? Chyba ostatnie zdanie będące wypowiedzią Jezusa - "Wy jesteście świadkami tego" (chodziło o fakt jego męki i zmartwychwstania). "Wy", a więc my też, pomimo upływu lat. I znowu przyszły mi na myśl słowa zawarte w 2 Liście św. Pawła do Tymoteusza: "głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz" (2 Tm, 4, 2). Czyli każdy wierzący jest tak samo świadkiem tego wydarzenia o którym ma prawo mówić. Wiem, że to żadne przełomowe odkrycie. I że wiele osób może drażnić to co i jak piszę. Ale uwierzcie mi - chcę o tym pisać zawsze i wszędzie, w porę i nie w porę.
I uwierzcie mi - ile uczestników spotkania tyle spostrzeżeń. Ale najbardziej podobało mi się to, że nikt nikogo nie krytykował czy też nie wyśmiewał, a więc każdy mógł na spokojnie przedstawić swoje stanowisko w tej kwestii. Ach, gdyby tak było w życiu, to naprawdę świat byłby o wiele lepszy. Zwłaszcza świat polityki. Był też oczywiście czas na śmiech i na radość, ale w zupełnie innym kontekście i z innych przesłanek. Bo przecież nikt nikomu nie zabrania być smutnym. Radość jest bardzo potrzebna w naszym życiu, a wbrew pozorom, religia katolicka wcale jej nie zabrania. 
I takie zupełnie poważne zdjęcie (no dobra - prawie poważne, tuż przed nim oraz tuż po nim pękałam ze śmiechu, ale to wszystko przez księdza Krzysztofa i jego żartobliwe uwagi). Tak aktualnie wygląda kaplica w trzypomieszczeniowym lokum Duszpasterstwa. Czyli dwoma słowami - trwa w niej remont. Na szczęście wszystko jest na dobrej drodze ku końcowi.