Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 10 kwietnia 2025

2168. Olimpiada Wiedzy Biblijnej od drugiej strony

Kiedy byłam uczniem drugiego etapu szkoły podstawowej i gimnazjum, nie było praktycznie roku, abym nie brała udziału w Olimpiadzie Wiedzy Biblijnej. Nawet nie w jednej, a w dwóch - dla uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi oraz pełnosprawnych. W pierwszej kategorii prawie zawsze byłam na podium. Jednak najbardziej cieszyło mnie to, że w Olimpiadzie dla uczniów pełnosprawnych tylko nieznacznie odstawałam od podium, co było dla mnie dowodem na to, że nie odbiegam umysłowo tak bardzo od moich rówieśników, i że może po przejściu do liceum jakoś sobie poradzę.
Bardzo lubiłam te wszystkie przygotowania do konkursu - czytanie zadanych Ksiąg, konsultacje z katechetą, który odpowiadał nawet na najbardziej zawiłe pytania nastoletniego Lolka, potem etapy szkolny i międzyszkolny, gdzie sprawdzało się poziom swojej wiedzy. Wiedziałam,, że jest dosyć duży, jednak nigdy starałam się nie iść na nie z nastawieniem, że muszę wygrać. Uda się, to będzie dobrze, nie uda się, widać są lepsi ode mnie. Zresztą do konkursów matematycznych podchodziłam tak samo i byłam jakby zdrowsza.
Dlatego z niebywałą radością przyjęłam propozycję sprawdzania prac konkursowych uczniów szkół ponadpodstawowych archidiecezji katowickiej biorących udział w tegorocznej edycji Ogólnopolskiej Olimpiady Wiedzy Biblijnej.  W tym roku opierał się on na Księdze Ezdrasza, Księdze Nehemiasza oraz Listach św. Pawła do Tytusa i Tymoteusza i składał się z 35 pytań - 33 zamkniętych oraz 2 otwartych.
Nie wiem czy bardziej stresowały mnie lata, gdy sama brałam udział w tego typu konkursach, czy też teraz, kiedy miałam za zadanie sprawdzanie prac. I wtedy i teraz spoczywała na mnie duża odpowiedzialność. Czy  wszystko dobrze sprawdzę? Czy się nie pomylę w punktacji? Myślę, że każdy z naszej komisyjnej piątki miał takie "czy". Oczywiście mieliśmy kartę z odpowiedziami, żeby było szybciej, ale i tak zawsze ten niepokój był. Dlaczego jednak poprosili o pomoc nieopierzonych studentów Wydziału Teologicznego? Otóż okazało się, że prac nie mogą sprawdzać katecheci i księża uczący młodzież. A poza tym finał dla archidiecezji katowickiej był w gmachu naszego wydziału oraz w Panteonie Górnośląskim, więc daleko nie mieliśmy.
Poziom odpowiedzi był zróżnicowany - najlepszy wynik to 87 na 90 możliwych, najniższy - 24 punktów. Same pytania też były i łatwe i trudne. Siódemka najlepszych wyników przechodziła dalej do etapu ustnego, a ten znów wyłaniał najlepszą trójkę reprezentującą archidiecezję w finale ogólnopolskim. Młodzież poszła zmagać się z częścią ustną odbywającą się w Panteonie Górnośląskim, a ja z kolokwium z łaciny. Zdałam je zaskakująco dobrze, chociaż było dosyć trudne (większość z nas niestety je oblała).
Po zajęciach na uczelni do pracy na te trzy godziny, a po pracy na Duszpasterstwo Akademickie. Ogólnie mieliśmy mieć próbę przed Misterium Męki Pańskiej, ale zbyt wiele osób napisało, że ich nie będzie i trzeba było je odwołać. Zamiast tego porozmawialiśmy sobie o zbliżającym się Triduum Paschalnym i też było ciekawie.

środa, 9 kwietnia 2025

2167. Sezon mazurkowy czas zacząć

Tydzień temu Archanioł poinformował mnie i Madziałka, że na dzisiaj zaplanowano spotkanie Koła Naukowego Nauk o Rodzinie połączone z spotkaniem wielkanocnym. Madziałek od razu stwierdziła, że odkąd jest w Kole naukowym Teologów, nie czuje związku z Kołem Naukowym NoRek, do którego pierwotnie należała. No, ja też działam i w jednym, i w drugim kole na tyle, na ile pozwalają mi obowiązki. Bo w zasadzie zawsze można coś ciekawego wynieść. I tylko żałuję, że moje zobowiązania i czas nie pozwalają mi na to, abym działała w Kołach tak często, jak tylko bym tego chciała.
W związku z tym, że miało to być spotkanie świąteczne, zdeklarowałam się, że zrobię mazurek. Archanioł mi oczywiście powiedział, że nie muszę, że nasza opiekunka obiecała, że kupi coś na słodko. Ale wiecie, co domowe ciasto to domowe ciasto. A chyba nic tak nie kojarzy mii się z Wielkanocą, jak mazurek. Poza tym ja tak lubię piec, a tak tylko dla siebie to dla mnie nie ma sensu. No i rok temu na spotkaniu wielkanocnym z Duszpasterstwa Akademickiego wszyscy zachwycali się moim mazurkiem. Mam sprawdzony przepis, co do którego jestem pewna, że na 90% wyjdzie. Doszło do tego, że kiedy Madziałek dowiedział się, że piekę mazurka, to przyznała, że może zastanowi się czy nie wpaść. Co prawda bardziej ją ciągło na późniejsze spotkanie Koła Teologów, ale...
Jeszcze wczoraj przejrzałam moje zapasy w kuchennych szafkach oceniając co mam, a co muszę dokupić. Potrzebne produkty kupiłam w drodze powrotnej do domu. Na szczęście większość produktów miałam. Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu wzięłam się za wypiek. Tym bardziej, że nigdy nie wstrzeliwuję się w ramy czasowe i zawsze mi wszystko idzie wolniej. Chociaż nie, tym razem pieczenie ciasta i wykonanie czekoladowej masy zajęło mi jedyne 3 godziny. Nie najgorzej. Po wszystkim wypiek trafił do lodówki, a ja po ogarnięciu rozgardiaszu miałam jeszcze chwilę dla siebie.
Niedawno kupiłam sobie specjalny pojemnik do transportu ciast, który właśnie zaliczył swój debiut. I sprawdził się znakomicie, bo bez problemu zawiozłam wypiek do Kato, a potem przeniosłam między wydziałami. Bo rano jeszcze miałam zajęcia na pedagogice. 
Spotkanie Koła Naukowego było na tzw. długiej przerwie - jest to ok. 45 minutowa przerwa w środku dnia przeznaczona w dużej mierze na konsultacje ciała profesorskiego ze studentami. Ale można podczas niej robić wiele innych ciekawszych rzeczy. Jeszcze w zeszłym tygodniu Archanioł postarał się o to, żeby jedna z sal było wolnych, i żeby to w niej odbyło się nasze kameralne, bo zaledwie 8-osobowe spotkanie. Było przyjemnie, bo rozmowa toczyła się nie tylko wokół naszej nauki, ale i planów co dalej. Wszak wielu z nas już w tym roku kończy swoją przygodę ze studiowaniem. I pomyśleć, że czwórka z nas po jednym dniu spędzonym na Wydziale została wysłana na nauczanie zdalne, na którym tkwiła przez pierwszy rok. Ale jakoś przebrnęliśmy i przez różne kwarantanny, i przez licencjat, i przez magisterium. Ostatnie kilka tygodni przed nami. Och, chyba jednak ten czas przyspieszył w niebezpieczny sposób.
Ale dobrze, że mamy taką szansę na tego typu spotkania z okazji świąt. Mazurek wszystkim przypadł do gustu, co bardzo mnie cieszy, tym bardziej, że sama nie mogę jeść tego typu rzeczy. Tak sobie myślę, że na tegoroczne wielkanocne spotkanie w Duszpasterstwie Akademickim też go upiekę. Bo się sprawdza. Madziałek niestety nie dotarł na spotkanie Koła. Zachęcała mnie, abym przyszła na spotkanie Koła Teologów, które z kolei odbywały się po zajęciach. Czyżby liczyła na kawałek ciasta? Niestety, to co zostało to rozdałam na zajęciach na NoRkach. Na tym drugim Kole nie zostałam - co prawda miałam wolne w pracy, ale jutro mamy dwa ciężkie kolokwia, materiał sam się nie ogarnie, a i mój powrót do domu nie należy do najszybszych. Z tego samego powodu nie poszłam na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego w S-cu, chociaż bardzo chciałam. Czasami jednak trzeba z czegoś zrezygnować, aby osiągnąć coś innego.

poniedziałek, 7 kwietnia 2025

2166. Podcast na zajęcia

Po chwilowej sławie z powodu prawie przejścia trasy naszej miejskiej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej (że też Ksiądz Niosący Światło musiał mnie tak wychwalić na Kręgu Biblijnym) przyszły dni zwane powszednimi. Nogi doszły do siebie, a więc jest dobrze. Już nawet mogę bez problemu podbiegać to tu, to tam, co jest niezwykle przydatne w życiu, w którym jest się zdanym na nie oraz na punktualność komunikacji miejskiej. A z tym ostatnim różnie bywa.
Ostatnio nagrywaliśmy w grupie z pedagogiki podcast na temat dzieci w wieku 4-6 lat (i dzięki temu dotarłam na Krąg Biblijny dopiero po godzinie). Wszystko za sprawą przedmiotu Opieka nad małym dzieckiem, który mamy z tą kobietą, której  chyba nie przypadłam do gustu. Sprawa z listą się wyjaśniła, ale mam wrażenie, że na siłę szuka powodów, aby pokazać, że nie nadaję się do bycia pedagogiem. Te jej docinki, ten sposób zwracania się do mnie, tak inny, niż do reszty. Nawet inni to zauważyli. Nie każdy musi mnie lubić, ale bez przesady. Jedyne co mogę zrobić to zagryźć zęby i jakoś dotrwać do końca semestru. Z moich obliczeń wynika, że to już bliżej niż dalej, więc nie jest źle. A co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dla mnie ważne jest, że realizuję się w pracy na świetlicy środowiskowej, i że przełożeni nie mają do mnie większych uwag (bo mniejsze uważam za coś oczywistego i naturalnego, i nawet dobrze, że są, bo dzięki nim wiadomo, co można polepszyć w swojej pracy). A zdanie wykładowczyni... Niech je ma, skoro jest jej z tym dobrze.
Co do samego podcastu to ciekawe doświadczenie, chociaż już rok temu też nagrywaliśmy podobną audycję (też na zajęcia z tą wykładowczynią), tyle że z diagnozy pedagogicznej (czy coś w tą deseń). A więc takiej znowu nowości pod tym względem nie było. Ja tylko dziękuję pozostałej części naszego teamu, że zgodzili się, abym nie miała tak dużo do czytania / powiedzenia, dzięki czemu zamknęliśmy całość w ok 40 minutach. Trochę jest o rozwoju fizycznym, trochę o społecznym i psychicznym, trochę o buncie, śnie i żywieniu takich maluchów. A więc mały misz-masz, albo... sałatka owocowa. Ten ostatni termin został wymyślony przez dzieciaków z naszej świetlicy i oznacza praktycznie takie wszystko złączone do kupy.
Można powiedzieć, że drugi z projektów został ukończony. Mam tylko nadzieję, że wykładowczyni go zaakceptuje i nie będzie miała zbyt wielu ale. Chociaż z nią nigdy nic nie wiadomo. No i co z nią zrobisz? Nic nie zrobisz. a wiem, że nie jestem człowiekiem bez wad, ale mam też chyba zalety, czy też mocne strony, mimo wszystko. Może mniej ich, niż wad, może znajdą się 3-4, ale zawsze będą. I tego się trzymajmy.

niedziela, 6 kwietnia 2025

2165. Dzienna Ekstremalna Droga Krzyżowa ze zwiedzaniem w tle

Od kilku lat w ostatni piątek przed Niedzielą Palmową wielu wiernych wyrusza na trasę Nocnych Ekstremalnych Dróg Krzyżowych. Ich trasa liczy ok. 40 kilometrów, a więc wcale nie tak mało. Śmiałkowie pokonują ją w ciszy i skupieniu, gdzieś w głębi siebie kontemplując tajemnicę Męki Pańskiej.
Dotychczas byłam na dwóch akademickich Nocnych Drogach Krzyżowych wzorowanych na Ekstremalnej. Z tym że akademickie liczą ok. 20 kilometrów, a więc o połowę mniej. Na początek jednak wystarczy. Jak wiecie, rok temu, kiedy szliśmy do Tychów, nie dałam rady i nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ale to było może 1,5 km przed metą, a więc jak na kogoś z mózgowym porażeniem dziecięcym to całkiem nieźle. W tym roku zrobiłam całą pętlę po Katowicach. Łatwo nie było, ale też szło mi się o wiele lepiej niż w zeszłym roku. I szybciej doszłam też do siebie po tym wszystkim.
Równocześnie Ksiądz Niosący Światło zaczął coś tam przebąkiwać, czy idę w tym roku na miejską Ekstremalną Drogę Krzyżową. Odpowiedziałam mu, że nie dam chyba rady, bo to i 45 km, i w nocy, i po niezbyt znanym mi terenie. Innymi słowy, że nie dam rady. Żeby nie wyjść na mięczaka to powiedziałam mu, że idę na studencką Drogę Krzyżową i oczywiście na Pielgrzymkę na Jasną Górę, bo też się pytał, czy idę.
Myśl o nocnej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej była dla mnie zbyt absurdalna. A jednak postanowiłam przejść trasę na tyle, na ile pozwoliłyby mi moje siły. Tyle, że w dzień. Ale to było przemyślane działanie. Jeżeli zgubiłabym się w dzień, to łatwiej odnalazłabym drogę. Po drugie, jeżeli nie dałabym już rady dalej iść, to mogłabym jakoś wrócić do domu komunikacją miejską. A po trzecie - w dzień miałam szansę dokładnie poznać trasę, co raczej byłoby niemożliwe po ciemku.
Do pokonania trasy, za pomocą zwykłej mapy i opisu, przymierzałam się dwukrotnie. Pierwszy raz, tydzień temu, przeszłam niecałe 30 km. Pokonał mnie niezbyt precyzyjny opis niespełna 5 km przejścia pomiędzy Stacją IX Drogi Krzyżowej, a Stacją X. A że nie znam tamtych terenów, na zewnątrz zaś robiło się coraz bardziej ciemno - postanowiłam zawrócić i w domu na google.maps sprawdzić trasę, aby w tym tygodniu spróbować ją przejść jeszcze raz.
Jeszcze w czwartek moja wyprawa stała pod znakiem zapytania. Wczoraj jednak zaczęłam dochodzić do siebie, a wczoraj czułam się na tyle dobrze, że powiedziałam - idę. 
Podobnie jak w przypadku Nocnej EDK, także i teraz rozpoczęłam ją od Mszy świętej. Akurat Ksiądz Niosący Światło miał spowiadać przed nią. No właśnie - miał, ale w ostateczności przyszedł ze mną porozmawiać. Znowu nawiązał do Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Powiedziałam mu, że właśnie na nią idę i wyjaśniłam dlaczego teraz. On z jednej strony złapał się za głowę i stwierdził, że gdyby miał włosy, to by przy mnie osiwiał, ale z drugiej, pobłogosławił mnie na drogę, kazał mi zmienić miejsce ostatniej XIV Stacji i dać mu znać, nawet w środku nocy, że doszłam. A przebieg drogi i poszczególne stacje udokumentowałam na zdjęciach.
Parafia św. Maksymiliana - start Drogi Krzyżowej
Stacja I - Parafia Ciała i Krwi Chrystusa (1,2 km)
Stacja II - Parafia Matki Boskiej Anielskiej (2,3 km)
Stacja III - Parafia św. Józefa (3,8 km)
Stacja IV - Krzyż Powstańczy z 1863 r (6,1 km)
Stacja V - Kapliczka w Mariankach 1 (8,3 km)
Stacja VI - Kapliczka w Mariankach 2 (9,3 km)
Tego typu widoki towarzyszyły mi przez kilka kilometrów (ale też bardzo wiało)
Stacja VII - Parafia św. Marcina w Wojkowicach Kościelnych (15 km)
Stacja VIII - Parafia NMP Wspomożenia Wiernych w Trzebiesławicach (20,2 km)
Przyroda potrafi być niesamowita
Oj, trzeba było przejść niezły kawał drogi, aby znaleźć ten drogowskaz
Taki widok zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy
Kamieniołom przed Stacją IX
Stacja IX - Kapliczka na ul. Idziakowskiego w Sikorce (26,5 km)
Stacja X - Parafia pw. Marii Magdaleny w Ząbkowicach (30,7 km)
Za ostatnim obiektem poszłam w kierunku Stacji XI. Byłam gdzieś w połowie odcinka, kiedy pewnej pani z psem nie spodobało się, że kręcę się na jej osiedlu (akurat szukałam zejścia na inną ścieżkę) i zagroziła mi wezwaniem policji. Trochę się tego wystraszyłam i postanowiłam brać nogi za pas. Za bardzo nie miałam siły biec, a jeszcze kilkanaście kilometrów było przede mną. Postanowiłam "uciec" komunikacją miejską. W ten sposób wylądowałam na Hucie Katowice. Chciałam jakoś wrócić na trasę, ale o tej porze nie miałam jak. Z bólem serca, ale zrezygnowałam z dalszej drogi, chociaż zostały mi jeszcze 4 stacje, czyli jakieś 8 km. Z drugiej strony trochę zasugerowałam się pogodą z zeszłego tygodnia, gdzie było 20 stopni ciepła i wzięłam letnią kurtkę. Tymczasem było zimno, a nawet w pewnym momencie zaczął padać śnieg. Zmarzłam, nie ukrywam, że nie. I to chyba przypieczętowało moją decyzję. Wsiadłam do odpowiedniego autobusu i pojechałam do domu. Tak sobie myślę, że gdyby nie tamta kobieta, to może nawet przeszłabym całą trasę. Ale ok. 34 km to też niezły wynik.
Dzisiaj z pewną obawą i wstydem przyznałam się księdzu, że jednak trochę skróciłam moją trasę. Usłyszałam, że nie mam za co przepraszać, że zdarza się, że i tak jestem wielka. Trochę mnie wypytywał o to, jak mi się szło, trochę o to, czy nie bolą mnie bardzo nogi, bo jednak to był spory wysiłek (najgorzej było wstać, potem jakoś poszło).
Powiedzielibyście, że to przemysłowe miasto?
Hmmm... a jakby tak jednak iść na tą nocną Drogę Krzyżową? Wszak nawet teraz do Stacji IX szłam praktycznie na pamięć (tydzień temu tam właśnie zaszłam), więc nie powinnam zbytnio pobłądzić... Tylko, że wtedy widoki będą zupełnie inne.

czwartek, 3 kwietnia 2025

2164. Za dużo emocji

Wydaje mi się, że taki był właśnie komunikat wypływający dzisiaj z mojego organizmu - Lolek, zwolnij, za dużo emocji w ostatnim czasie mi dostarczyłeś. Hmm..., jakby nie patrzeć to ostatnie dni dostarczyły mi niemałą dawkę emocji - niezbyt przyjemna rozmowa z dziekanem i prodziekanem, stres w pracy, pisanie prac dyplomowych, powrót Księdza Niosącego Światło i niemal natychmiastowa jego niemoc, akademia związana z 20 rocznicą śmierci Jana Pawła II i pewnie coś  by się jeszcze znalazło. W każdym razie takie kombo całkowicie rozwaliło mój organizm, a na pewno układ pokarmowy.
Rano jeszcze pojechałam do K-wic na 8 na zajęcia, ale im dalej tym gorzej. W końcu poddałam się uznając, że takie wychodzenie co  chwilę z zajęć nie ma sensu. I ja nic nie skorzystam, i jeszcze innym przeszkadzam. Ostatkiem sił dotarłam do domu i niemal natychmiast wylądowałam w łóżku skręcając się z bólu. Jasne, że wzięłam leki przeciwwszystkiemu, ale zanim zaczęły one działać to minęło trochę czasu. Jeszcze zadzwoniłam do pracy, że mnie dzisiaj nie będzie. No trudno. 
Próbowałam czytać książkę ("Judasza" Toscy Lee), ale zupełnie nie mogłam się skupić. Za bardzo mnie mdliło i bolało. W końcu poszłam spać. I chyba dobrze mi to zrobiło, bo po obudzeniu się czuję się ciut lepiej. Kolacji nie planuję, chyba zostanę przy sucharach.
Zobaczymy co będzie jutro. Może mi przejdzie. A jak nie to będzie trzeba iść do lekarza. A najlepsza rada? Nie przejmować się wszystkim tak bardzo. Tylko żeby tak się jeszcze dało.