Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

2411. Dwunastoletnia wędrówka

Tak się w tym roku złożyło, że przełom lipca i sierpnia splótł się z wyjazdami na dwa obozy wspólnot "Wiary i Światło" - jeden jeszcze w lipcu do Zawoi, a drugi już w sierpniu nad jeziorem Wilcze. Po drodze jednak wypadła 12 rocznica obecności bloga w blogosferze. Mnie samej trudno uwierzyć w to, że jestem już z Wami taki okres czasu. Nie mnie oceniać czy długo to czy krótko. Dla jednych będzie to sporo, dla innych niekoniecznie. Dużo łatwiej ocenić te 12 lat przez pryzmat rozwojowy oraz zmian, jakie w ciągu tych wszystkich lat zachodziły. Myślę, że działo się sporo i złego i dobrego. To co złe pozostawiało za sobą jakąś konkretną lekcję na przyszłość, to co dobre motywowało i dodawało skrzydeł. Chociaż z perspektywy czasu widzę, że nawet ze złych rzeczy finalnie wynikało wiele dobrego. Najbardziej jednak cieszy mnie to, że mimo wielu przeciwności idę do przodu i jestem raczej stała w wyznawanych wartościach. Łatwiej jest mi żyć, przede wszystkim w zgodzie z samą sobą.
Na koniec dziękuję Wam wszystkim, którzy jesteście tutaj ze mną. Chcę wierzyć, że towarzyszycie nie "dlatego, że", ale "mimo wszystko". Dziękuję za każdy komentarz, meil, kartkę pocztową, dziękuję tym, którzy szczerze ze mną trwali wtedy, gdy siły i samopoczucie odmawiały posłuszeństwa. Dziękuję i przepraszam, jeżeli kogoś w czymś uraziłam lub zawiodłam. Przepraszam, że tak mnie ostatnio u Was mało... Nie obiecuję, że się to wkrótce poprawi, choć bardzo bym chciała. ak tylko mam czas to do Was zaglądam. Dziękuję, przepraszam i mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się na moich ścieżkach codzienności.
A na koniec pozdrawiamy z moim wiejskim przyjacielem Maksiem. Takim na dobre i na złe...

poniedziałek, 20 lipca 2026

2410. W sieci się czają różne niebezpieczeństwa

Nie wiem czy kojarzycie z youtuba polski kanał z podcastami kryminalnymi zatytułowany "Niebezpieczna sieć". Jego autorka, Monika Prześlakowska, niemal każdy odcinek zaczyna od słów "Dzień dobry, dobry wieczór, w zależności od tego, kiedy się spotykamy". W swoich podcastach Monika porusza sprawy przestępstw, ale tych, które zostały popełnione w sieci, albo za jej pośrednictwem. Nie będę ukrywała, ale wielokrotnie inspirowałam się jej przykładami, kiedy przygotowywałam prelekcje na temat cyberprzemocy dla moich podopiecznych. Pozwalałam sobie jednak tylko na łagodniejsze przykłady, bo niektóre przyprawiają o ciarki na plecach i nie tylko.
O tym, że wyszła książka z niektórymi przywołanymi przez nią historiami, dowiedziałam się z jednego z podcastów. Gdzieś tam z tyłu głowy zaświtało mi, że może dobrze by było ją przeczytać. Choć z drugiej strony nie czułam specjalnie palącej potrzeby jej posiadania. A jednak, zbiegiem okoliczności, jeden jej egzemplarz trafił na moją półkę, i to na wsi, czym w cale nie pogardziłam, a nawet przeczytałam ją przy okazji ostatniego pobytu na niej.
Tytuł: "Niebezpieczna sieć. True crime. Zbrodnie, które zaczęły się w Internecie"
Autor: Monika Prześlakowska
Wydawnictwo: Znak Horyzont 
Liczba stron: 336

O tym, że w sieci internetowej czają się różne niebezpieczeństwa czyhające na jej użytkowników wiadomo nie od dzisiaj. Tak samo, jak o tym, jak mało się o nich mówi i informuje o nich i innych i samych siebie. Tymczasem kolejni oszuści internetowi przemierzają globalną przestrzeń w poszukiwaniu kolejnych swoich ofiar. 
Książka Moniki Prześlakowskiej zatytułowana "Niebezpieczna sieć. True crime. Zbrodnie, które zaczęły się w Internecie" jest zbiorem reportaży opisujących niektóre niebezpieczeństwa, które zostały już popełnione. Jest ona oparta na autentycznych historiach, co może wywoływał dodatkowy szok u czytelnika. Autorka opisała w nich morderstwa, oszustwa, wyłudzenia, szantaż, dręczenie, podszywanie się pod kogoś innego w celu osiągnięcia różnych korzyści materialnych i majątkowych. Większość opisanych przestępstw popełnili dorośli, ale sprawcami kilku z nich są dosłownie dzieci, a nawet... sztuczna inteligencja.
Pozycja ta powinna nam uświadomić, jak wielkim ograniczonym zaufaniem powinniśmy darzyć tych, z którymi kontaktujemy się za pomocą Internetu. Bo Internet to wspaniały wynalazek pozwalający na rozwijanie pasji i zainteresowań oraz zdobywaniu nowych znajomych, także z zagranicy. Jednak niewłaściwie użytkowany może nam przynieść więcej szkody niż pożytku...

niedziela, 19 lipca 2026

2409. Wsi nie za spokojna i nie za wesoła

Nie będę ukrywała - jestem dzieckiem rodziców, którzy pochodzą ze wsi, z rodzin rolniczych. I chociaż wychowywałam się bardziej w mieście, to jestem z tymi wsiami w jakiś sposób związana. Podobno już w wieku 9-10 miesięcy mama zabierała mnie ze sobą na pole i zostawiała w koszu pełnym siana w cieniu, a sama szła stawiać snopki albo zbierać warzywa. Tata do dnia dzisiejszego kosi kosą trawę wokół naszego domu na wsi po dziadkach. W zasadzie każdego roku, jak żyli jeszcze dziadkowie, jeździliśmy w mamy strony na żniwa oraz wykopki. Czasami było mi przykro, bo musiałam zrezygnować z wyjazdu np. na zawody sportowe. Ale za to już jako dzieciak wraz z innymi zbierałam albo zboże, albo warzywa, chodziłam po drabinach i zrywałam owoce z drzew, a jeszcze w 2009 roku zaganiałam krowy na łąkę i do potoka, aby się napiły.

CDN 

Lato dzieci na wsi. "Pracowaliśmy jak woły"
- Odpoczynek latem jest zabroniony. Każdy musi pracował - mówi Adam. Nigdy nie miał wolnych wakacji. Wychował się na wsi i od najmłodszych lat pomagał rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa.
  • - W wieku 7 lat potrafiłem już prowadzić traktor - wspomina Paweł, który od dziecka pomaga rodzicom w gospodarstwie. - Trzy lata później sadziłem i wykopywałem koparką ziemniaki, siałem zboże. Moi rówieśnicy robili zdecydowanie więcej.
  • Angażowanie młodych osób odbywa się często w drodze przymusu, wynika z badań Niebieskiej Linii. Podczas lata dzieci z rodzin wiejskich pracują co najmniej kilka godzin dziennie.
  • - Żadnych wynagrodzeń, a ja i moi bracia pracowaliśmy jak woły. Gdy marudziliśmy podczas wykopków, rzucano tekstem: to na zimę nie będziecie mieli co jeść - wspomina Tetiana. Czy będzie chciała sama prowadzić gospodarstwo?
  • Maciek nie ma żalu do rodziców. - Tak jak my wszyscy, starali się jak mogli.
Wiejskie dzieciństwo
Pobudka o godzinie 5:30 odbywa się obrządzanie i dojenie krów, potem powrót do domu, prysznic, śniadanie i czas wolny. O 16:00 - kolejne obrządzanie krów, o 18:00 - dojenie krów. Koło 19:00 - chwila wolnego, prysznic, kolacja. Padam do łóżka o 21:00.
To wspomnienia jednej z dorosłych osób, która na myśl o spędzaniu lata na wsi ma gorzkie wspomnienia. Jako dziecko pomagała w gospodarstwie i pracowała ze swoimi rodzicami - nie miała innego wyboru.
Według badań opublikowanych przez Niebieską Linię, na początku XXI w. praca wśród dzieci z  rodzin rolniczych była bardzo powszechnym zjawiskiem. Podczas lata pracowały średnio 2,5 godziny śnieżnej. Większość z ankietowanych dzieci w województwie lubelskim mówiła o przemęczeniu. Co dziesiąte badane dziecko było niezadowolone z wykonywanej pracy i odczuwało przykrość z powodu narzucanych mu obowiązków.

Młodzieńcza złość
- Zawsze zabierałem ze sobą telefon z mocną muzyką. Ważne, żeby dominowała w niej emocja bliska mi wyprawom do sadu - wku***nie. Nigdy nie lubiłem porannych wyjazdów, robiłem to swoimi resztkami posłuszności wobec rodziców - opowiada Maciek. Wychoowywał się na wsi, gdzie od najmłodszych lat zajmował się gospodarstwem razem z rodzicami. W sadzie rosła leszczyna, którą musiał skrupulatnie się zajmować.
Zbiory orzechów, owoców i długie godziny w sadach czy na polach to doświadczenie większości wiejskiej młodzieży podczas wakacji. Już w wieku kilku lat wsiadają na traktory, niedługo później potrafią je obsługiwać. Wyprowadzają zwierzęta, sprzątają po nich, a nawet ucinają kurą głowy i uczestniczą w krwawych świniobiciach. Każdy dzień to lista zadań do zrealizowania. Czy mają możliwość odmówienia "pomocy"?
Kamila twierdzi, że nie. - U mnie nigdy nie było dyskusji. Wszystko opierało się na schemacie: polecenie - wykonanie polecenia. Nie było tu miejsca na dialog. Pomaganie w domu, zajmowanie się obowiązkami dotyczyło całej rodziny i dzieci nie miały w tym temacie nic do powiedzenia. Jeśli nie chciało się czegoś zrobić, dostawało się szantażujące teksty lub obrywało niewdzięcznymi komentarzami na temat niewdzięczności - opowiada. Od 6 roku życia rzez kilkanaście lat pracowała sezonowo w rodzinnym gospodarstwie.
1400 dzieci rocznie doświadcza wypadków przy pracy na wsi wynika z raportu KRUSu z początku XXI wieku / Edoardo Busti, Unsplash (foto: unsplash)
Badania opublikowane przez Niebieską Linię, które dotyczą dzieci rolników, podkreślaj, że do pracy dzieci zachęca się w różny sposób. Angażowanie młodych ludzi odbywa się w mniejszej lub większej mierze w drodze przymusu. Następuje presja moralna mająca na celu pokazanie, że należy pomagać rodzinie. Czasami dzeci są wynagradzane za pracę pieniężnie bądź rzeczowo, chociaż dalej nie mają bezpośredniej możliwości odmówienia współpracy. W ekstremalnych przypadkach za buntowanie się dostają kary. W dziecku pojawia się frustracja i smutek wynikające z ograniczeń spędzania wolnego czasu, szczególnie podczas lata.
Kiedy autorka tekstu pyta swoich rozmówców o wspomnienia, pomimo dużej frustracji w przypominaniu sobie obowiązków, najwięcej z nich czuje zrozumienie dla rodziców. - Z perspektywy czasu nie mam żalu. Tak jak my wszyscy starali się jak mogli, reprodukując czasem zupełnie nieświadomie post-chłopskie podejście i style życia swoich rodziców, którzy byli rolnikami na pełen etat. Moi rodzice zajmowali i zajmują się sadem po godzinach swojej regularnej pracy. Nie dziwota więc, że potrzebowali wsparcia nawet ze strony swojego dorastającego syna, ponieważ tego samego oczekiwali od nich rodzice w tym wieku - zaznacza Maciek. Mówi jednak, że rodzice wdrażali go do obowiązków w bardzo nieprzyjemny sposób. - Lub tylko to pozostało mi w pamięci. Najczęściej robiono to, wywołując po prostu poczucie winy mówiąc: "tacie nie ma kto pomóc" lub zaprowadzając mnie do sadu za złą naukę - wspomina.

Pomoc czy praca?
- Pomaganie rodzicom na wsi jest dla mnie absolutnie zrozumiałe: tak było od pokoleń i tutaj nic się nie zmieni. Nie mam problemu z pracą fizyczną czy zmęczeniem, chętnie pomagam moim bliskim - opowiada Adam.
Miejskie dzieciaki wycierają w niedziele kurze, robią zakupy i koszą trawnik przed szeregowcem. A wiejskie... mają zdecydowanie więcej obowiązków. 
- Zwierzęta trzeba karmić, w piecu napalić, jak nie trzeba nic robić na dworze, to pomóc mamie w kuchni. Obowiązki domowe były czymś pomiędzy pomocą, a czymś co po prostu trzeba zrobić. Chyba byłoby to niesprawiedliwe, gdyby mama z tatą na dworze pracowali w pocie czoła, gdy ja w tym czasie siedziałbym sobie w domu, grał na komputerze, oglądał seriale czy czatował  ze znajomymi przez Internet? - pyta mnie Sergiusz. Swoje zadania traktuje jako słuszną pomoc, wykonywaną dla rodziny. - Był czas na obowiązki, był czas na naukę i był czas wolny. Trzeba było to ze sobą w jakiś sposób godzić.  Nie miałem z tego powodu żadnych rozterek emocjonalnych, przez które potrzebowałbym jakiegokolwiek wsparcia. Ważne, że wspierali mnie w istotnych kwestiach i momentach mojego życia.
Adam widzi jednak cienką granicę między pomocą rodzinie a ciężką pracą. Aktualnie pracuje przez cały rok w mieście, ale podczas urlopu przyjechał do rodzinnego domu na żniwa. - Odpoczynek w lato jest zabroniony. Każdy musi pracować, nawet deklaratywnie. Więc teoretycznie nigdy nie miałem wakacji - albo praca intelektualna w trakcie roku, albo fizyczna podczas lata.

"Tacie nie ma kto pomóc"
- Jestem pewny, że w wieku 7 lat potrafiłem już prowadzić nasz traktor - mówi śmiało Paweł. Na wsi spędził większość życia, pomagając rodzicom w gospodarstwie oraz prowadzonym warzywniaku. - Nie dawano mi wyboru, tak lub tak, moja pomoc w prowadzeniu gospodarstwa i warzywniaka była kluczowa, często była ogniwem spinającym wszystko w całość. Pracowaliśmy na jeden rachunek i tak to traktowaliśmy: prowadzenie gospodarstwa rolnego jest pracą całej rodziny na wspólny dom i podwórko - dodaje.
W ciągu dnia pracował kilkanaście godzin. - Z tych wszystkich lat spędzonych w warzywniaku żałuję tylko, że to nie trwało etatowe 8 godzin dziennie, tylko sporo więcej, plus obowiązki przy gospodarstwie. Czułem się zmęczony fizycznie, psychicznie nie odczuwałem złych konsekwencji. Praca na wsi nie ma stałego terminarza, więc pracuje się także w niedziele. Żniwa czy zbiór siana nie poczekają do poniedziałku, zwłaszcza, gdy zbliża się deszcz, którego widmo dobrze uczy pracy pod presją czasu - opowiada. - W podstawówce potrafiłem już, poza jazdą z wozem, zasadzić lub wykopać koparką ziemniaki, siać zboże siewnikiem. Rówieśnicy z mojej wsi w tym samym wieku ogarniali już o wiele więcej spraw: bronowanie, glebogryzowanie, drapakowanie, oranie pługiem, przewracanie siana - przypominam, wiek 12 lat. - opowiada. 
   Sianokosy na wsi pod Krakowem, 2003 / Witold Rozbicki, East News, (Foto: east news)
Choć kompetencja młodych osób, które pracują na wsiach może imponować w kwestii samodzielności, jest bardzo niebezpieczna. Według statystyk Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego z lat 2000, każdego roku kilkoro dzieci traciło życie w wypadkach przy pracy, a około 1400 doznało uszkodzeń  ciała. W ostatnich latach latach nie uzyskaliśmy podobnych statystyk, ale każdego roku KRUS alarmuje: dzieci nie mogą wykonywać niebezpiecznych obowiązków przy pracy. Należy do nich między innymi obsługa ciężkich spotkań, dźwiganie czy narażenie psychiki poprzez oglądanie rzezi wiejskich zwierząt.

Wynagrodzenie
- Zawsze czułam się gorsza od rówieśników, którzy pracowali sezonowo podczas wakacji. Ciężko było mi samej zaakceptować fakt, że ja pracuję ciężko fizycznie na wsi, a nie dostaję za to wynagrodzenia. - opowiada Alicja. Podobnie jak większość osób, które podzieliły się historiami na temat praccy w rodzinnym gospodarstwie, nie dostatwała za to dodatkowego wynagrodzenia.
Sergiusz tłumaczy, że wszystkie pieniądze rodzina przeznaczała na edukację, wycieczki szkolne, jedzenie. Nie oczekiwał niczego poza tym, pomimo wykonywanej pracy w domu. Jego słowa podziela także Marlena - Nigdy nie otrzymywałam wynagrodzenia za tę pracę. Traktujemy ją jak obowiązki domowe, nikt w domu nigdy nie płacił za wykoszenie trawnika, czy mycie naczyń - tłumaczy.
Nie jest to jednak standardem. Tatiana z goryczą wspomina rozliczanie z rodzicami: - Żadnych wynagrodzeń, a ja i moi bracia pracowaliśmy jak woły. Gdy marudziliśmy podczas wykopków, rzucano tekstem: to na zimę nie będziecie mieli co zjeść - żali się. - Od 7 lat nie pomagam przy gospodarstwie. I mam święty spokój. Myśląc o wakacjach czuję niechęć. Od rodziców potrzebowałam wtedy zrozumienia, że nie chcemy z rodzeństwem tak ciężko pracować - dodaje. Niektórzy rodzice zgadzają się z dziećmi na pewien układ: mama z tatą sami proponują odpowiednią kwotę dodatkową w postaaci pieniędzy lub rzeczy materialnej, a czasem to sami nastolatkowie wyceniają swoją pomoc w gospodarstwie. Za pomoc w sadzie lub przy żniwach: 100 zł, motorower, głośniki; drobne pieniądze - 10, 20, czasem nawet 50 złotych, inni 500 złotych za sezon. Jak podkreślają - wszystko zależało od indywidualnych ustaleń, a niektórym z nich niezręcznie było pytać o pieniądze własnych rodziców, choć uważali, że zasługują na wynagrodzenie.
Chmielno. Dzieci pomagają rodzicom przy pracy w polu / Marcin Rutkiewicz, East News (Foto: east news)
- Do pełnoletności nie dostawałem wypłat do ręki. Finansami rządziła mama, wychowywała mnie według zasady masz pieniądze na wszystko, czego potrzebujesz, ale do ręki Ci nie dam tych pieniędzy. Ojciec bez wahania kupił mi skuter w wieku 13 lat, po wspomnianym zdaniu karty motorowej. Pierwszy smartfon kupiłem w wieku 16 lat za pieniądze odłożone ze sprzedaży podręczników oraz za sprzedaż gruszek cukrówek z drzewa na naszym podwórku - ojciec lub mama pieniądze za ich sprzedaż oddawali mnie - mówi Paweł, który prowadził z rodzicami gospodarstwo oraz warzywniak.

Dorosłe dzieci także pomagają
Wychowani na wsiach, przeprowadzili się do miast. Studiują, pracują, ale sezon letni dla wielu z nich dalej nie jest ucieczką od gospodarczych obowiązków. - Teraz, mając lat dwadzieścia kilka, chętnie pomagam rodzicom. Nie ze względu na pasję do rolnictwa, ale dlatego, że chcę ulżyć spracowanym rodzicom. Pracują na trzy zmiany, zawsze trzeba nakarmić zwierzęta, dać wodę, podlać ogród, wypielić, zebrać warzywa - mówi Marlena.
dam wyprowadził się z małej miejscowości do dużego miasta. Dzisiaj pracuje intelesktualnie i jest związany ze środowiskiem kulturalnym. Przyznaje, że powrotu na wieś podczas żniw sprawiają, że czuje się wyjątkowo obco.
- Czułem się jak Harry Potter, który w wakacje nie może używać swoich magicznych mocy. Wiedza i umiejętności, których używam w mieście są zupełnie bezużyteczne w pracy w polu. Po prostu nie potrafię. Przyjeżdżając na wieś za każdym razem spadałem na sam dół drabiny społecznej - osoby, z którymi chodziłem do szkoły i które nie zdawały do następnej klasy, są na wsi ekspertami w pracy z ciągnikiem. A ja, który obracam się wśród elity kulturalnej miasta jestem najgorszy w tymm co robię i psuję nawet najprosstsze zadaniai. Teoretycznie wiedziałem, że moja wartość w mieście jest bardzo duża i w środowisku miejskim jestem bardzo wartościową, zdolną osobą. ale łatwo o tym zapomnieć po dwóch miesiącach na wsi, gdzie nikt cię nie szanuje - wyznaje.
Dzieci obserwują rodziców przy pracy / East News (Foto: esat news)
Chociaż większość osób nie wraca w rodzinne strony, czasami wymaga tego sytuacja życiowa. Gdy rodzic nie domaga zdrowotnie, wracają, by pomóc w najgorętszym dla rolników sezonie. Takie doświadczenie ma Alicja. - Rok temu we wrześniu mój tata był przez jakiś czas w szpitalu, a potem po operacji nie mógł pracować, więc chyba tydzień albo dwa miałam taki plan dnia: pobudka o 5.30 - obrządzanie i dojenie krów, potem powrót do domu, prysznic i śniadanie i czas wolny, o 16 - obrządzanie krów, o 18 - dojenie kkrów, koło 19 byłam wolna i znowu prysznic i kolacja. Chodziłam wtedy spać o 21. - wspomina. Same obowiązki były dla niej przykre. - Pierwszy raz byłam nad morzem chyba po maturze. W zeszłym roku też nie wyszły mi wakacje, bo musiałam zostać pomóc mamie, bo wyszła nagła operacja taty. Ogólnie to ja chyba najbardziej czuję frustrację, gdy słyszę, że ja nigdy nie pomagałam rodzinie, że jestem leniwa i najchętniej przeleżałabym przez całe wakacje. Serio, wolałabym nic nie robić całe wakacje - tylko że ja nie uważam, żeby było w tym coś złego - podkreśla.
 
"Wszystkie dzieci na wsi miały taką samą sytuację jak ja"
- Nie będę ukrywał, że przez lata wstydziłem się swojego wiejskiego pochodzenia z różnych względów. Głównie spowodowane było to stylem życia, który był zupełnie niespójny z wizją świata w kulturze i meediach. Tam, gdzie dla rówieśników z pobliskiego miasta był dostępny wyjazd na Złote Piaski i shisha bar na plaży, tak dla mnie i moich rówieśników był w ofercie wyjazd do Mielna i budki Dopalacze.com za rogiem - opowiada Maciek. Ucieka od tożsamości wiejskiej, jak tylko może.
Dla dzieci i młodzieży, która pomagała rodzicom w gospodarstwach, wakacje nie były czasem pełnym relaksu i odpoczynku. - Czy wolałbym zamiast tego od rana do wieczora latać ze znajomymi, grać w gry, spędzać czas na przyjemności, to oczywiście, że bym wolał... Ale identycznie i dzisiaj wolałbym nie chodzić do pracy, nie musieć wykonywać dziennych obowiązków, płacić rachunków i żyć sobie beztrosko. - mówi Sergiusz.
Nawet jeżeli ktoś nie miał pracy od rana do wieczora na roli, samo mieszkanie na wsi tworzy komplikacje w przemieszczaniu się. Coraz więcej się mówi też o wykluczeniu komunikacyjnym. - Jedyne co było dla mnie trudne to pewna samotność. Moja farma nie była położona nawet we wsi, tylko w głębi parku krajobrazowego. Spotykanie się z rówieśnikami było dla mnie utrudnione - tłumaczy Kasia. Niestety park krajobrazowy nie jest jedynym ograniczeniem młodzieży spoza miast.
Zbiory czereśni w okolicy Grójca/ Bartosz Krupa
East News (Foto: east news)
Gminy, w których nie istnieje zorganizowana przez samorząd komunikacja miejska zamieszkuje 13,8 mln osób. Do 20 procent polskich wsi nie dociera jakikolwiek transport publiczny, a do wielu pozostałych nie więcej niż 2 autobusy dziennie. Wydostanie się ze wsi, szczególnie po południu lub wieczorem, wydaje się niemożliwe bebz pomocy ze strony rodziców, którzy mają samochód.
- Nie czułam się ograniczona, ponieważ wszystkie dzieci ze wsi miały taką samą sytuację jak ja, jedynie dzieci najbogatszych osób jeździły, o ironio, na kolonie z pomocy społecznej. Nie mieliśmy wiele czasu, ale kiedy była okazja, rodzice zabierali nas nad jezioro. To była jedyna rozrywka w wakacje, nie licząc gminnych dożynek - mówi Marlena.
Kamila zwraca uwagę na to, że chociaż dziecięce wspomnienia są dla niej ciepłe, z wiekiem pragnęła spędzać wakacje poza wsią. - Kiedy dziecko staje się bardziej dojrzałe i zaczyna manifestować swoje zdanie, nabiera swoich poglądów, woli spędzać czas w towarzystwie ludzi, którzy to jakoś zrozumieją lub którzy właśnie przechodzą przez to samo. Ja całe wakacje od najmłodszych lat spędzałam u dziadków, Na początku to kochałam, ale z czasem coraz bardziej było to dla mnie ciężkie i niekomfortowe. Chciałam, żeby zrozumieli moje potrzeby. Dla mnie wieś była dostępna głównie w wakacje i nie potrafiłam wyrwać się od tej monotonii pracy.

Złoty środek
Żal i rozczarowanie przepracowanym dzieciństwem nie jest jednak kolektywną traumą. Jeśli rodzina odpowiednio gospodaruje czasem dziecka i wprowadza w wiejskie obowiązki z zainteresowaniem i możliwością wyboru, na myśl przychodzi jednak przyjemna nostalgia.
- Pomagałam przy zbiorach owoców, takich jak śliwki, czereśnie, czy wiśnie, a później także jabłka i gruszki. Rodzice zawsze dbali o to żeby przenosić moją drabinę, wiadro i bardzo zwracali uwagę na to, żebym dźwigała jak najmniejsze ciężary. Bardzo lubiłam zbiory czereśni, bo przy okazji często je podjadałam. Z racji tego, że jestem perfekcjonalistką, zrywałam zawsze wolniej od rodziców czy najętych pracowników, ale bardzo dokładnie usuwałam wszystkie gałązki, listki. Rodzice chwalili mnie za to "czyste" rwanie i że nie musieli po mnie już nic przebierać, bo wiedzieli, że nie znajdą w mojej skrzynce żadnego zgniłego owocu - opowiada Ola, W czasie wakacji nigdy nie była ograniczona i mogła korzystać z lata, gdy tylko chciała.
Kasia wspomina pracę na dużym gospodarstwie swoich rodziców. - Najtrudniejsze było wyprowadzanie zwierząt na pastwisko. Takie stado bardzo dobrze wyczuwa emoi niepewność. Jeżeli to były kozy - to ani na minutę nie można było ich spuścić z oka. Za to bardzo lubiłam pracę w sadach. Zbieranie owoców, przycinanie drzew, wszystko co związane z roślinami. W okresie pracy było dużo, ale też było dużo przyjemnych rzeczy. Przede wszystkim przepyszne własne owoce! Spędzanie wakacji w takim malowniczym miejscu też zaczyna się doceniać już po wyprowadzce. Byłam przez większość życia bardzo blisko natury. Teraz mieszkam w mieście i przyjeżdżam na farmę pomóc, ale też pooddychać i oderwać się od myśli - tłumaczy.
Koryciny - Wieś, woj. Podlaskie / Michał Woźniak / East News (Foto: east news)
- Miło jest pomóc. W moim środowisku wszyscy pomagali w ten sam sposób rodzicom, więc było to coś normalnego. Zawsze kiedy wieczorem wychodziliśmy z kolegami na piwo, wszyscy byliśmy zmęczeni, ale nigdy nie narzekaliśmy. Fajnie było też zobaczyć, że nie tylko na mnie spadają takie obowiązki - opowiada z uśmiechem Filip.
Anastazja podczas lata zbierała wiśnie. - Gdy opowiadasz
o ciężkiej pracy to wszystko brzmi tak smutno, zwłaszcza że miałam wtedy 10 lat. Ale czy to był przykry obowiązek? Ten miesiąc wakacji był totalnie wyjęty z życia, nie było wtedy opcji spotkać się z koleżankami, skorzystać z ciepłej pogody. Pamiętam dokładnie jak wielką ulgę poczułam, kiedy tata kilka lat temu powiedział, że ścinamy wszystkie drzewka! Pomyślałam wtedy, jak super będzie leniuchować przez pół wakacji. Z drugiej strony był to czas, który spędzałam z rodziną, w sadzie zawsze towarzyszyła mi siostra, czasem dalsza rodzina i znajomi. Przy zrywaniu owoców graliśmy w "Jaka to melodia, albo robiliśmy pokaz mody najbardziej "wiśniackiego" stroju - zawsze wkładaliśmy najgorsze, za duże ciuchy od taty, albo dziadka.
Kamila uczestniczyła w wykopkach, odkąd skończyła 6 lat. Kiedy była małą dziewczynką, podczas pracy bawiła się w najlepsze. Rzucała z innymi dziećmi ziemniakami i, choć jest to niebezpieczne, jeździła przyczepą wypełnioną po brzegi kartoflami — Jechałam sobie na nich jak gdyby nigdy nic, nie wiem, jak moi rodzice mogli mi na to pozwolić. To jednak bardzo magiczne wspomnienie — pisze.

Życiowa lekcja?
Czy dorośli, którzy wychowali się na wsiach i pracowali w pocie czoła większość wakacji sami pragną kontynuować tradycje rodzinne? Ponad 3/4 młodych ludzi ze wsi nie widzi sensu w prowadzeniu gospodarstwa rolnego, wynika z raportu IBRiS, "Dumni z polskiej żywności". O zdanie na ten temat pytam moje rozmówczynie. — W przyszłości bardzo chciałabym mieszkać na wsi. Mieć swój mały ogródek, gdzie zasadzę 3 krzaczki malin i pomidory — mówi Anastazja. — Planuję posiadać i zajmować się swoimi roślinami, ale w takiej ilości, żebym mogła robić to samodzielnie. — dodaje Kamila.
Paweł tłumaczy mi, że rolnictwo jest bardzo niestabilne i ryzykowne. — W ostatnią niedzielę mama powiedziała mi, że u naszych znajomych nie ma śliwek. Zrobiło mi się bardzo smutno — to ich źródło zarobku. Dla mnie każda wiosenna informacja o przymrozkach, każda letnia zapowiedź nawałnicy lub zdjęcia kul gradowych są źródłem niepokoju, gdyż doskonale rozumiem, jak czują się poszkodowani z ich powodu rolnicy i sadownicy.
Alicja bardzo długo wstydziła się tego, że mieszka na wsi i że rodzice są rolnikami. - Nie mówiłam nikomu o tym, że pomagam rodzicom, w sumie to nie wiem do końca czemu. Gdy skończę studia, nie chcę mieszkać na wsi. Tam ciągle trzeba coś robić.

https://www.ofeminin.pl/swiat-kobiet/to-dla-nas-wazne/tak-wyglada-lato-dzieci-na-wsi-pracowalismy-jak-woly-odpoczynek-byl-zabroniony/ygqwwxr

czwartek, 16 lipca 2026

2408. Działo się to 775 lat temu...

Żył wtedy zakonnik, który nazywał się Szymon Stock. Z pochodzenia był urodzonym w dosyć zamożnej rodzinie w Avlesford w hrabstwie Kent ok. 1655 r. Anglikiem. Legenda głosi, że już w kołysce naznaczony był wybraniem maryjnym oraz, że jeszcze nie ukończył pierwszego roku życia, a już odmawiał "Zdrowaś Maryjo". Kiedy tylko nauczył się czytać recytował Małe Oficjum Najświętszej Maryi Panny i trwał w tym zwyczaju do końca życia. Gdy miał 6 lat zaczytywał się Biblią. Podania przekazują, że zazdrosny brat nękał go tak bardzo, że dwunastoletni Szymon opuścił dom i zamieszkał w pustym dębie. „Stock”, czyli słowo oznaczające pień drzewa, stało się jego przydomkiem. Po latach zwierzył się karmelitańskim współbraciom, że to właśnie w pustym pniu po raz pierwszy zobaczył Maryję.
Ta, co według Apokalipsy „zdeptała głowę węża” była jego pierwszą przewodniczką w życiu duchowym. Pokazała mu, czym tak naprawdę są pokusy prowadzące do grzechu, w jaki sposób je pokonywać i jak rozeznawać dobre i złe duchy. Swoje pustelnicze życie Szymon wiódł przez 12 lat, a następnie wrócił do domu. Aby ponownie powrócić na swoją pustelnię, podjął studia teologiczne oraz wstąpił do zakonu. Kiedy znowu otrzymał od Maryi polecenie z nieba - że wkrótce wstąpi do zakonu, którego nie było jeszcze w Anglii, natychmiast zareagował.
W owym czasie nękani przez Saracenów karmelici podjęli decyzję, aby przenieść się do Europy. Szymon nie mógł mieć o tym pojęcia, ponieważ mieszkał w pniu drzewa. Kiedy dwaj zakonnicy pokonawszy kanał La Manche pojawili się w okolicy Kentu, a wieść o tym dotarła do Szymona, ten bardzo szybko się do nich dołączył. Miał czterdzieści lat. Najpierw zamieszkali w okolicach Oksfordu. Potem, kiedy karmelici zaczęli oficjalnie funkcjonować na terenie Anglii, Szymon wstąpił do klasztoru w Aylesford. W wieku pięćdziesięciu lat złożył śluby. Wtedy też ukończył studia teologiczne z tytułem doktora.
Przez jakiś czas przebywał w Rzymie, a potem udał się na Górę Karmel. Tam został wybrany wikariuszem generalnym, a następnie generałem. Całą swoją nadzieję złożył w Maryi, prosząc ją o ratunek słowami napisanej przez siebie antyfony "Flos Carmeli":
Kwiecie Karmelu,
Płodna winnico,
Ozdobo niebios,
Matko-Dziewico,
O Najwybrańsza!
Matko łagodna,
Czysta i wierna,
Dzieciom Karmelu bądź miłosierna,
O Gwiazdo Morza"
W wieku osiemdziesięciu lat powrócił do Anglii. W Cambrige założył klasztor karmelitański. Miał świadomość trudności i prześladowań z którymi zmagał się zakon. Toteż cierpiał, pościł i trwał na modlitwie. Podobnie jak przed laty nie tracił nadziei i zwierzał się ze swych trosk Maryi, która też nigdy go nie zawiodła.
Odpowiedź Maryi przyszła w nocy, z 15 na 16 lipca 1251 roku. Osiemdziesięciosześcioletni wówczas karmelita przebywał w swojej celi pogrążony na modlitwie. Maryja objawiła mu się ze szkaplerzem w dłoni, podając go jako znak szczególnej opieki dla zakonu, wiekuistego przywileju i zobowiązania. Objawienie to zostało potwierdzone przez papieża Jana XXII. Matka Boża miała go o to osobiście poprosić we śnie.
Warto zauważyć, że Maryja nie skupiła się na szybkiej pomocy zakonowi, ani nie podpowiedziała jak wyjść z problemów. Dała jednak uniwersalne, ponadczasowe i pomocne w osiągnięciu zbawienia przez jego członków narzędzie. Nie tylko dla samych karmelitów, ale tych wszystkich będących gotowymi na wejście na katmalitańską ścieżkę  świętości. 
Według przesłań, Matka Boża ukazała się Szymonowi ze szkaplerzem zakonu w ręku i podała mu go mówiąc: "Przyjmij, mój umiłowany synu, ten szkaplerz dla twego zakonu. Jest on szczególnym znakiem mego upodobania, które uzyskałam dla ciebie i twoich dzieci z góry Karmel. To będzie przywilej dla ciebie i dla wszystkich karmelitów: każdy, kto będzie umierał odziany w ten strój, zostanie zbawiony. To znak zbawienia, ochrona w niebezpieczeństwach, gwarancja pokoju i pojednania”.
Maryja miała też zapewnić Szymona, że jej opieka nad noszącymi szkaplerz nie ustanie z chwilą śmierci, i że w pierwszy dzień jej poświęcony, czyli w pierwszą sobotę po zgonie, wyprowadzi duszę swego czciciela z czyśćca i przeprowadzi przez wrota nieba.
Sam Szymon Stock dożył stu lat. W tamtych czasach osiągnięcie takiego wieku było uznawane za fenomen, a przez wierzących w Boga za prawdziwy cud. Średnia wieku była bowiem dużo niższa. Niejednokrotnie pięćdziesięciolatków określano mianem starców. A jednak, mimo surowego życia, trudnych podróży i wielu obowiązków przeżył swoich rówieśników. Zmarł 16 maja 1265 roku w Bordeaux. Ubrany był w szkaplerz, maryjny płaszcz, który mu ona sama objawiła. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej".

wtorek, 14 lipca 2026

2407. Będziemy tańczyć, będziemy śpiewać, będziemy klaskać w dłonie swe...

Z potrzeby sytuacji ostatnie przedobozowe spotkanie sztabu organizacyjnego "Rafałków" mieliśmy w formie on-line. Zresztą przedostatnie też. Tak jest wygodniej - i dla mnie, i dla wszystkich innych. Gdyby nie to, musiałabym jechać do Wadowic. A tak mogłam z własnego mieszkania podzielić się swoimi pomysłami na spędzenie tych kilku dni. Ogólnie tematem przewodnim jest modlitwa "Ojcze nasz", a konkretniej poszczególne jej wezwania. A to i tak nie na każdy jego dzień. Już jakiś czas temu napisałam do większości z nich scenki, które zostały zaakceptowane przez głównych koordynatorów. Ów, bo już myślałam, że konieczne będą nie wiadomo jakie poprawki. Oprócz tego mam przygotować wezwanie "Bądź wola Twoja, jako w Niebie tak i na ziemi". Chciano mi dać jeszcze jeden, ale na pierwszy raz jeden temat mi wystarczy. 
Teoretycznie mam pomysł jak to ugryźć. Mam też jednak pewne obawy, ponieważ mam niewiele okazji do przygotowania zajęć dla osób dorosłych niepełnosprawnych umysłowo. Dla dzieci - owszem, dla młodzieży też. Ale dla dorosłych upośledzonych umysłowo chyba tylko w ramach praktyk zawodowych w Środowiskowym Domu Samopomocy. Tylko mii nie piszcie,, że to żadna różnica przygotować zajęcia dla dzieci i dla osób niepełnosprawnych umysłowo. Nie, nie i jeszcze raz nie. Oni też mają prawo do swojej godności i uwierzcie mi, że potrzebują prostych, ale nie dziecinnych przekazów. Mam jeszcze kilka dni, coś wymyślę. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Od siebie zaproponowałam naukę kilku tańców lednickich. Z bloga zapewne wiecie, że od kilku lat regularnie uczestniczę w spotkaniach młodzieży nad Jeziorem Lednickim. Jednak moje pierwsze zetknięcie się z tańcami miało miejsce dziesięć lar temu podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie i z miejsca je pokochałam. Podczas każdego spotkania pod Bramą-Rybą poznawany jest jeden nowy układ taneczny do jego hymnu przewodniego, ale też tańczone są układy do poprzednich hymnów. Dzięki temu barrdziej się wszysttko utrwala i łatwiej przywołuje w pamięci.
A ponieważ motywem przewodnim obozu jest modlitwa "Ojcze nasz" zaproponowałam, abyśmy nauczyli się układów ruchowych do piosenek "Tak, tak Panie" oraz "Ojcze prowadź mnie" : 
Propozycja uzyskała aprobatę. Mam nadzieję, że tym razem to ja nie nawalę i uda mi się przygotować wszystko na czas. Nie chcę zawieść tych, którzy mi zaufali, chociaż wiem, że na pierwszy raz może być trudny. Ale myślę, że gdyby wszystko obyło się bez trudu, to byłoby w życiu zbyt łatwo i prosto. Że każda przeciwność losu w jakiś sposób mnie zahartowuje i uczy szukać niekonwencjonalnych rozwiązań.
Myślę też nad grami towarzyskimi, jakie mogę ze sobą wziąć. "Remik" i "Scriba" raczej odpadają, ale taki "Wirus", czy "Tabu biblijne" mogą "przejść".