Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 26 lipca 2022

1453. Od kajaków do wadowickich biegów górskich

W tym roku miałam nie jechać na obóz sportowy organizowany przez klub, w którym teoretycznie trenuję bieganie. Piszę teoretycznie, bo o stosunku naszego nowego trenera do swoich obowiązków już tutaj pisałam przy okazji notatki opisującej tegoroczne Mistrzostwa Polski w Paralekkoatletyce. No, ale sam Prezes dzwonił i prosił, abym jechałam. Co prawda, kiedy usłyszałam, że trener z nami jedzie, to chciałam kategorycznie odmówić, odpuściłam sobie jednak. Za rok odbędą się kolejne Światowe Dni Młodzieży, tym razem w Lizbonie. Być może przyszłoroczny obóz pokryje się z nimi terminem, więc będzie wiarygodna wymówka, aby nie jechać.

Ubiegły weekend był dla mnie nie mniej intensywny, niż ten sprzed dwóch tygodni. We wtorek zadzwonił do mnie Baca(ten od butów) z pytaniem, czy nie chciałabym wpaść w piątek wieczorem do Międzybrodzia Bialskiego na... wieczorny spływ kajakowy. Szczerze mnie tym zaskoczył, bo nie spodziewałam się z nim spotkania szybciej niż podczas letniej edycji Biegu Zbója. Z drugiej strony propozycja była dosyć kusząca. I chociaż sam dojazd wymagał ode mnie nie lada umiejętności logistycznych, zdecydowałam się na skorzystanie z propozycji. Tym bardziej, że na kłębiące się na moim stoliku do nauki książki wchodzące w skład bibliografii mojej pracy dyplomowej z Nauk o Rodzinie wcale nie świadczą o studenckich wakacjach i wiążącym się z nimi wypoczynkiem.
Zaraz po zakończeniu dniówki w świetlicy środowiskowej udałam się na katowicki dworzec PKP, skąd pociąg zawiózł mnie do Bielska-Białej, a następnie podjechałam komunikacją podmiejską do Międzybrodzia, gdzie chociażby odbywa się Górski Bieg Frassatiego. Zresztą zbiórka uczestników spływu miała miejsce w miejscu, gdzie znajduje się start i meta owego biegu. Na plażę przy akwenie wodnym przyszłam idealnie - ani za późno, ani za wcześnie. Chwilkę popatrzyłam w wodną toń, w której w czerwcu 2004 roku utonął mój zeszyt do matematyki. Pod koniec pierwszej klasy gimnazjum byliśmy bowiem w Międzybrodziu Bialskim na dwutygodniowym obozie sportowym połączonym z kolonią dla klas niesportowych. A dlaczego utonął tam mój zeszyt? Ech, gdyby głupota trzynasto-, i czternastolatków miała skrzydła, to pewnie potrafilibyśmy fruwać. Na szczęście koniec roku szkolnego był za pasem, toteż strata zeszytu nie była tak dotkliwa. Pozostali uczestnicy spływu powoli zaczęli się schodzić.
W końcu pojawił się i sam Baca, który porozdzielał nas parami na kajaki. Można powiedzieć, że cała eskapada była podzielona na dwie części. W pierwszej popłynęliśmy w stronę Porąbki, gdzie przy okazji podziwialiśmy zachód słońca za okoliczne wzgórza. Około godziny 21 wróciliśmy na brzeg, aby trochę odpocząć, po czym, już po zmroku, popłynęliśmy w drugim kierunku pod most. Wszystkie kajaki oświetlały lampki ala choinkowe, na końcu kajaków były też balony z lampką w środku, co dawało niesamowity efekty. Cała eskapada zakończyła się o dosyć drakońskiej godzinie - 22:10. O 22:55 miałam ostatni pociąg w stronę Kato. Na szczęście Pan Fotograf podwiózł mnie na bielski dworzec PKP. A przy okazji wypytał, czy nie było mnie w zeszły weekend w Lądku-Zdroju na biegach. Zrobiło mi się miło, że mnie rozpoznał. A Baca to nawet żartował, że idę z wolontariatem na jakiś rekord.

Coś w tym jest, bo ledwie odpoczęłam w sobotę do południa (do domu wróciłam kilkanaście minut po pierwszej w nocy) i już nogi mnie poniosły w stronę Wadowic(a ściślej pisząc - znajdujących się niedaleko Jaroszowic), gdzie miała miejsce czwarta edycja Wadowickich Biegów Górskich. Właściwie to do końca nie miałam pewności, czy załapałam się na tamtejszy wolontariat, ponieważ organizatorzy długo nie dawali mi odpowiedzi. Ta nadeszła w piątkowy poranek i była pozytywna. W Wadowicach i okolicach mam bardzo bliską rodzinę więc nie mam większych kłopotów z ewentualnym noclegiem.
W niedzielny poranek skoro świt wyruszyłam w kierunku Jaroszowic. Akurat wybrałam drogę "za drogą" prowadzącą w stronę Suchej Beskidzkiej. Co prawda do Młyna Jacka(który jeszcze 50 lat temu był zwyczajnym młynem na mąkę) można dojść bulwarami nad Skawą, tego dnia jakoś nie wpadło mi to do łba. Jednak nie wyszłam jeszcze dobrze z Wadowic, a tu nagle jakieś auto się zatrzymuje, a do moich uszów dobiega znajomy głos: "Karola, hej, wsiadaj, podwiozę cię". 
Normalnie nie wsiadam do obcych samochodów. No, ale ten nie do końca był obcy, bo jechała nim dziewczyna odpowiedzialna za wolontariuszy, którą miałam okazję poznać podczas edycji w 2019 roku. I chociaż do Młyna Jacka były jakieś 2 kilometry, to odetchnęłam z ulgą, że udało mi się z tą podwózką.
Na początku trafiłam do biura zawodów, gdzie podawałam chipy z odpowiednimi numerami przypisanymi do poszczególnych zawodników. Jednak biuro działało do godziny 10:00 (wtedy ruszył ostatni bieg na 11 km). Dlatego potem przeniosłam się na strefę medalową. Niestety, jakieś półgodziny później poczułam się trochę gorzej i musiałam na chwilę zejść ze stanowiska i udać się do budynku hotelowego(biura zawodów), gdzie było nieco chłodniej. Po dojściu do siebie wróciłam do zadania i zostałam już na nim do końca. Co prawda koordynatorka dopytywała, czy wszystko w porządku, na szczęście mogłam powiedzieć, że tak. Limit biegu dla najdłuższego dystansu - maratońskiego(po górach!) wynosił 8 godzin, a więc do 15:00 trzeba było stać na mecie. W teorii, bo w praktyce wszyscy biegacze przybyli na nią już wcześniej. Po skończonym dniu wszyscy spotkaliśmy się jeszcze na pizzy, po czym zabrałam się z jedną z innych wolontariuszek do Krakowa. Dzięki temu odpadło mi czekanie na busa do tego miasta z wadowickiego dworca PKS. 
W Krakowie niestety uciekł mi autokar do Katowic dosłownie sprzed nosa. No nic, zdarza się. Na następny poczekałam sobie 30 minut. Na szczęście w plecaku miałam "Ostatniego" Mai Lunde, więc nie mogę powiedzieć, aby ten czas był całkowicie stracony. Dzięki temu nawet nie wiem kiedy upłynęło te pół godziny. Kiedy autokar podjechał na stanowisko, wsiadłam do niego. Chociaż w rękach w dalszym ciągu trzymałam książkę, to zmęczenie wzięło górę i po prostu przespałam całą drogę.
Oczywiście nie zregenerowałam w ten sposób swoich sił i zaraz po powrocie do domu padłam do łóżka i jak zasnęłam ok. 21, tak obudziłam się o 8 rano. To był intensywny weekend, ale ja po prostu lubię, jak coś się wokół mnie dzieje.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie.

P.s.: Przez następnych 10 dni (do 5 sierpnia) jestem na obozie sportowym. Prawdopodobnie nie będę miała zbytniego dostępu do blogosfery, więc ani nie odpiszę na Wasze komentarze, ani nie skomentuję Waszych blogów, za co już dzisiaj Was przepraszam. Nie będę mogła też wydobyć ze spamu komentarzy, które wg bloggera powinny tam trafić, więc spokojnie, jeżeli nie zobaczycie od razu swoich komentarzy. Wydobędę je z niego po powrocie. Podczas mojej nieobecności pojawią się 2 posty, które zostały zaprogramowane na odpowiednie dni, więc się nie denerwujcie, że piszę tylko u siebie, a nie komentuję innych. Trzymajcie się ciepło.

14 komentarzy:

  1. Blogger bawi się z nami w ciuciubabkę!
    Odpoczywaj, trenuj, ciesz się wakacjami:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami nie mam już siły do tej platformy, ech... Już po obozie, który udało mi się jakoś przeżyć :). Niebawem będzie relacja. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  2. Naprawdę się zadzialo, masz siłę, wolę, piękne tak jechać spływem wieczorna pora , pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spływ kajakowy o zmroku zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Szkoda, że mam kawałek do Międzybrodzia Bialskiego, albo że nie mam samochodu, bo pewnie częściej miałabym takie wypady. Pozdrawiam

      Usuń
  3. korzystaj z obozu!
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korzystałam na tyle, na ile się dało. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Udanego pobytu na obozie, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Gosiu. Niebawem będzie relacja z pobytu na obozie. Pozdrawiam

      Usuń
  5. Fajnie Karolinko że nie odpuszczasz tego wolontariatu. Międzybrodzie Bialskie trochę znam i zazdroszczę tego spływu kajakowego , to na pewno była super impreza!! Miłego pobytu na obozie
    Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też trochę znam Międzybrodzie Bialskie - kiedyś byłam tam na zielonej szkole, a od kilku lat odbywa się tam Górski Bieg Frassatiego, w którego organizacji pomagam. Ale nigdy jeszcze nie płynęłam kajakiem po tamtejszym Jeziorze Żywieckim. Wspaniała przygoda! Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  6. Ja też jestem w rozjazdach, w tym czasie co Ty :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy, że u Ciebie też dużo się dzieje(mam nadzieję, że też jest ciekawie)! Pięknie!

      Usuń
  7. Kurcze, ale ten spływ wieczorem musiał być czadowy! Zazdroszczę! Naprawdę! Wybieram się na spływ już któryś rok z kolei i nie mogę się wybrać, a Tobie trafił się do tego jeszcze nocny spływ - zazdro wielkie!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już raz na którymś z obozów sportowych miałam taki nocny spływ kajakowy, ale wtedy musieli odkomarzyć budynek, w którym byliśmy zakwaterowani. A że to się działo w nocy... Pamiętam, że wtedy niespecjalnie mi się podobało. Ale teraz było czadowo! Chciałabym to kiedyś powtórzyć... Pozdrawiam serdecznie

      Usuń