Zmęczenie jest czymś, co dało się we znaki chyba każdemu pielgrzymowi zmierzającemu pieszo na Jasną Górę. Przecież nawet ten, kto przyszedł z okolicznych miejscowości wniósł w tą drogę jakiś wysiłek, chociażby poświęcenia kilku godzin w tym dniu, aby pokłonić się jasnogórskiej Pani. Piesze pielgrzymki nie powinny się mierzyć przebytymi kilometrami, a szczerością serca. Nie każdy da radę przyjść z nad morza. Ale chyba każdy zmierza do celu z jakąś intencją w swoim sercu. A kto wie, może nawet ten, co miał do pokonania dwa-trzy kilometry, włożył w nie więcej wysiłku, niż ten, który szedł trzy tygodnie...
Zwieńczeniem pielgrzymowania jest uroczysta Msza święta odprawiana na jasnogórskich wałach. Tak się złożyło, że m.in. nasza sosnowiecka pielgrzymka ma ją o godzinie 19:00. Czasami ciężko jest do niej wytrwać. I wielu ludzi po prostu wraca wcześniej do domu. Wiele razy miałam ochotę tak samo postąpić. Jednak dla mnie wtedy brakowałoby zakończenia. Bo wiecie - jak rozpoczęło się pielgrzymkę Mszą świętą, to wypadało by ją tak samo zakończyć.
Jak już wspominałam trzy wpisy temu - w tym roku biskup Artur Ważny został wyznaczony do powiedzenia nam Słowa Bożego. Toteż z automatu jeszcze bardziej skupiłam uwagę na tym, co mówi, chociaż jeszcze kilka chwil wcześniej autentycznie zamykały mi się oczy.
Biskup wyszedł od pewnego historycznego faktu - otóż dokładnie 70 lat temu, 26 sierpnia 1956 roku, na Wałach Jasnogórskich stało puste krzesło. A raczej spoczywał na nim bukiet biało-czerwonych róż. Ponad milion ludzi patrzyło na nie ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach, ponieważ błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński siedział uwięziony w Komańczy. To stamtąd przesłał ludowi Jasnogórskie Śluby, które powstały w samotności bieszczadzkich lasów, wśród modlitwy i cierpienia. Dziś krzesło to nie jest już puste w historycznym wymiarze. I tutaj biskup Ważny zapytał wszystkich, czy w naszym życiu nie stoi dziś jakieś puste krzesło?
Tym krzesłem może być puste miejsce przy niedzielnym stole, ponieważ od miesięcy nie potrafimy porozmawiać z najbliższymi, bo dzieli nas polityka albo inne wybory życiowe, zranione ambicje i rosnący przez lata żal? Może to też być puste krzesło po kimś, kogo bardzo kochaliśmy, a kto po cichu zamknął za sobą drzwi Kościoła, bo poczuł się niewysłuchany, zraniony, zgorszony czy też przytłoczony swwoją słabością? A może to puste krzesło stoi w naszych duszach? Może to być miejsce po dawnej, dziecięcej ufności, po pierwszej miłości do Boga czy człowieka, która niestety po cichu wygasła pod ciężarem zmęczenia, życiowych rozczarowań oraz codziennej walki o przetrwanie?
Nikt z nas nie przyszedł na Jasną Górę, aby udawać silnych czy też idealnych. Ale każdy z nas przyniósł ze sobą pył z polskich dróg, osłabłe stopy, pot, zmęczenie, ale przede wszystkim nasze nadzieje oraz niezagojone rany. I oto stajemy tu jako wspólnota roku 2026, jako naród o wielkim sercu, a zarazem zmęczony wzajemnymi sporami, niespokojny o bezpieczeństwo granic, a także o jutro naszych dzieli, czy też pokój na świecie. Co w tej chwili robi Matka?
Ordynariusz naszej diecezji zapewniał zgromadzonych pielgrzymów, że nie robi nam żadnego rachunku sumienia z przeszłości ani nie patrzy na nas niczym chłodny, surowy sędzia. Patrzy za to na nasze zakurzone buty, zagląda każdemu z nas głęboko w oczy i mówi z bezgraniczną czułością: "Jak dobrze, że przyszedłeś. Dobrze, że przyniosłaś do Mnie wszystkie swoje puste krzesła. Usiądź przy Mnie. Odnówmy dzisiaj nasze Przymierze".
Tego dnia, a właściwie podczas tej Mszy świętej Pierwsze Czytanie było z Księgi Proroka Izajasza. Biskup zacytował w swojej wypowiedzi jeden jego fragment: "Chodźmy, wstąpmy na górę Pańską do świątyni Boga Jakuba. Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami... Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy" (Iz 2, 4,6). Prorok Izajasz powiedział to do ludzi siedzących na ruinach swojego świata i płaczących z bezsilności. I tutaj pojawia się pytanie co tak naprawdę budzi zachwyt Boga w człowieku? Nie są to pancerze wojowników, miecze, włócznie, potężne armie czy też wyniosłe deklaracje mędrców. Są to raczej zmęczone, zakurzone nogi posłańca idącego do drugiego z darem pokoju. Z kolei nogi zwiastuna pokoju są piękne nie dlatego, że charakteryzują się nieskazitelną czystością, ale dlatego, że ubrudziły się idąc ku innemu człowiekowi. Nasze spracowane stopy to tak naprawdę stopy zwiastuna.
Następnie biskup zauważył, że siedemdziesiąt lat temu nasi uczniowie ślubowali wierność Ewangelii. Ale co to oznacza w dzisiejszych czasach? Być wiernym Ewangelii w Polsce w 2026 roku oznacza mieć odwagę zdjąć zbroję żołnierza wojny domowej na rzecz założenia sandałów zwiastuna pokoju. Wszyscy nauczyli się w mistrzowski sposób kopać okopy. W parlamencie, w mediach, w komentarzach internetowych, a nawet we własnych rodzinach przy codziennym oraz świątecznym stole. Tak łatwo nam przyklejać sobie łatki. Co na to mówi nam Chrystus przez Maryję? - Dosyć tego! Bo tak właściwie Polska nie potrzebuje kolejnych prokuratorów oraz sędziów wydających wyroki. Potrzebują za to cichych i cierpliwych budowniczych mostów. Bo wierność Bogu nie polega na tym, jak głośno krzyczymy nan naszych oponentów, wierność Bogu mierzy się tym, czy potrafimy zrobić pierwszy krok, spojrzeć z miłością w oczy komuś, kto myśli inaczej niż my, podać mu dłoń i powiedzieć: "Może się w wielu rzeczach nie zgadzamy, ale jesteś moim bratem. Jesteś moją siostrą. Nie jesteś moim wrogiem". Dlatego warto modlić się za naszą Ojczyznę, po cichu i bez pogardy. A tam, gdzie spotykamy się z hejtem, złośliwością czy niezrozumieniem, powinniśmy odpowiedzieć szczerym błogosławieństwem. Bo ma zaciśniętą pięść uczeń Chrystusa odpowiada otwartą, gotową do uścisku i modlitwy dłonią.
W Drugim Czytaniu mogliśmy usłyszeć następujące słowa: "Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swego Syna zrodzonego z Niewiasty... abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo" (Ga 4, 4-5). W tych słowach według biskupa święty Paweł dotyka najgłębszej tajemnicy - Bóg nie zbawił ludzkości z bezpiecznego, niebiańskiego dystansu. Bóg przyszedł w bezbronnym, kruchym dziecku. Narodził się w ubogiej stajni, gdzie płakał z zimna i dał się przytulić Matce. Od tamtej pory każde życie ludzkie nosi w sobie świętą pieczęć godności dziecka Bożego. Ordynariusz przypomniał, że w Jasnogórskich Ślubach wołano całym sercem: "Przyrzekamy strzec daru życia!" Jednak to wezwanie dziś musi wybrzmieć na nowo. Z głęboką czułością, bez cienia taniego moralizowania czy agresji. Ochrona życia w 2026 roku nie polega tylko na batalii prawnej, to przede wszystkim odważna, współczująca obecność tam, gdzie życie jest bezradne, zlęknione i samotne. Bo obrona życia powinna być bezwarunkową troską o każde nienarodzone, bezbronnen i kruche dziiecko, ale również natychmiastowe wsparcie dla kobiety, kiedy ta dowiaduje się o trudnej diagnozie albo zostaje zupełnie zama ze swoim strachem. Bisksup podzielił się tym, że wysłuchał świadectw ponad dwustu kobiet poi dramacie aborcji i nikt go nie przekona, że jest to zwyczajny zabieg. Zaznaczył jednocześnie, że tylko Boże Miłosierdzie potrafi oświecić powstałą wtedy ciemność.
Biskup zauważył, że wiele ludzi przeżywa lęk przed założeniem rodziny i przekazaniem życia. Nie wolno nam ich ranić naszymi ocenami czy też oskarżeniami o egoizm, indywidualizm czy też pragnienie kariery. Bo to najczęściej bolesna niepewność jutra i samotność młodych. Młodzi ludzie mierzą się dziś z brakiem dachu nad głową, niestabilnością pracy, a przede wszystkim z poczuciem, że zostali sami. Kiedyś dziecko wychowywane było przez wielopokoleniową rodzinę oraz sąsiadów, dziś młodzi rodzice często doświadczają paraliżującej izolacji w wielkim mieście,, bez zaplecza i pomocy czując, że cały ciężar wychowania spoczywa tylko na ich barkach. Jest to też wielki lęk egzystencjalny oraz psychiczny. Zwrócił też uwagęę na to, że wielu młodych nosi w sobie nieuleczone rany jeszcze ze swoich własnych domów, lęk przed powtórzeniem lbłędów rodziców, paraliżujący strach przed przyszłością. Nic dziwnego, że w ich głowach pojawia się pytanie czy będą dobrymi rodzicami. Wbrew pozorom Kościół nie może odpowiadać na ten lęk surowym pouczeniem. Raczej powinien stać się dla młodych bezpieczną przystanią, domem pomocy, wspólnotą, od której otrzymają pomoc. Ale ochrona życia to także pochylenie się nad nastolatkiem gubiącym się w labiryncie cyfrowego świata, zmagającego się z depresją, płaczącego w poduszkę i pytającego, czy warto żyć? To wzięcie za rękę seniora w hospicjum czy zapomnianego sąsiada w bloku, aby podarować mu naszą obecność i uważne wysłuchanie. Jak podkreśla biskup Ważny - jeśli w naszych parafiach i rodzinach odbudujemy taką kulturę czułości i troski o każde życie, lęk ustąpi miejsca zaufaniu, a miłość do życia przeniknie nasze serca.
Podczas Mszy świętej, w czytanej Ewangelii, mogliśmy usłyszeć następujące słowa: "A gdy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: >>Nie mają wina<< (J 2, 3). Według słów biskupa, wino w Piśmie Świętym jest czymś więcej, niż napojem - to także symbol działania Ducha Świętego, weselnej radości, serdecznego ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Kiedy brakuje wina wesele gaśnie, a w jego miejsce wkrada się wstyd, zagubienie i chłód. Ten obraz bardzo pasuje do naszych polskich domów. Wystarczy spojrzeć, w ilu małżeństwach po latach wspólnej drogi skończyło się wino pierwszej fascynacji, a zaczęło ciche, obojętne trwanie obok siebie? W ilu rodzinach skończyło się wino wspólnej, radosnej modlitwy, a dzieci odeszły od pacierza, bo może w naszym życiu nie zobaczyły Boga, a jedynie zbiór suchych nakazów? W ilu kapłanach, katechetach i duszpasterzach skończyło się wino ewangelicznego entuzjazmu, a zostało zmęczenie, zniechęcenie oraz rutyna? Tutaj biskup poradził nam spojrzeć na Maryję. Ona na weselu w Kanie nie mówi nikomu żadnych złośliwości. Nie wyśmiała gospodarzy, że do tego dopuścili. Maryja po prostu podeszła do Jezusa z dyskretna, pełną matczynego przejęcia prośbą o pomoc. I dzisiaj też przynosi przed Boży tron naszą pustkę prosząc swojego Syna, by polski Kościół był domem, gdzie nikt nie czuje się obco. Biskup z Jasnej Góry chciał z całego serca zwrócić się do wszystkich, którzy z różnych powodów stoją na progu Kościoła, z dystansem na niego patrzą, albo odeszli z bólem. Zwracał się też do tych, którzy trwają w zawartym przed ołtarzem przymierzu, chociaż współmałżonek je połamał. Ale też do tych, którzy noszą skomplikowane historie życiowe i po rozpadzie pierwszych małżeństw zawarli nowe związki, przez co nie mogą w pełni uczestniczyć w sakramentach. Zwrócił się do głęboko zranionych przez ludzi Kościoła - przez obojętność duszpasterzy, ich surowy klerykalizm, brak empatii, hipokryzję, tragiczne zgorszenia i przestępstwa, przez które ich zaufanie zostało utracone i z płaczem odeszli w poczuciu krzywdy. Zwrócił się do młodych i poszukujących, zmagających się z kryzysem wiary, trudnymi pytaniami, ze swoją tożsamością, a w odpowiedzi usłyszeli zbyt łatwe slogany, potępienie lub chłód zamiast cierpliwej i szukającej prawdy miłości. I zwrócił się też do tych, którzy nie czują się "dość dobrzy", połamani przez własne nałogi, grzechy oraz życiowe upadki, sądzących, że Bóg na nich nie czeka. Powiedział im istotną rzecz: "Wy nie jesteście poza Kościołem! Wy jesteście w samym sercu troski i tęsknoty Boga!". Bo Chrystusowy Kościół to nie ekskluzywny klub dla ludzi bez skazy, nieskazitelnych faryzeuszy, którzy mają wszystko w życiu poukładane. Kościół to szpital polowy, pogotowie ratunkowe, w którym Bóg-Lekarz delikatnie obmywa i zszywa połamane skrzydła poranionych ludzi, aby i oni wkrótce mogli się wznieść ku Niebu. Przeprosił też za każdą sytuację, w której poczuli się odepchnięci.
Innym przesłaniem Ewangelii był fragment: "Rzekł do nich Jezus: >>Napełnijcie stągwie wodą<<. I napełnili je aż po brzegi" (J 2, 7). Na weselu w Kanie Galilejskiej stało sześć stągwi. Czytając opowieść o weselu musimy mieć na uwadze, że Jezus nie stworzył wina z niczego, a ze zwyczajnej wody, symbolu naszej szarej, powszechnej codzienności. Biskup jeszcze raz wrócił do Jasnogórskich Ślubów sprzed 70 lat, kiedy to naród polski przyrzekał walkę z wadami narodowymi, takimi jak pijaństwo, zawiść, czy lenistwo. Dzisiaj te pułapki zmieniły swoje oblicze na ucieczkę w samotność przed ekranami smartfonów, pracoholizm, zawiść karmiona jadem anonimowych komentarzy oraz wieczne polskie narzekanie odbierające nadzieję. Ale biskup chciał w nas tego wieczoru widzieć rzesze dobra. Widział cichą i heroiczną wierność tysięcy polskich małżeństw, które trzymają się mocno za ręce na dobre i na złe. Widział wolontariuszy karmiących bezdomnych oraz młodych szukających prawdziwych wartości, wspólnoty modlitewne oraz ewangelizacyjne niosące światło w mroku samotności. Zaznaczył, że ogień Ducha Świętego w Polsce nie zgasł! On tli się pod popiołem i czeka na powiew miłości. W imieniu Boga zadał też każdemu z nas pytanie: "Co wlejesz do swojej stągwi"? I poradził, aby wlać w nie wodę cierpliwości, kiedy w naszym domu kolejny raz puszczą nerwy. Wlać wodę bezwarunkowego przebaczenia, kiedy korci, by wypomnieć komuś stare winy. Wlać wodę czystej uczciwości, kiedy widzimy, że inni idą na skróty i kombinują. Czy też wlać wodę łagodnego milczenia lub dobrego słowa, kiedy widzimy jak w Internecie inni obrzucają się błotem. Powinniśmy napełni nasze strągwie po same brzegi, a oddać Bogu swoją małą, szarą codzienność. Zobaczymy wtedy, że On dotknie tej wody i zamieni ją w wyborne wino radości odmieniające nasze serca, małżeństwa, bliskich, parafię, a nawet Ojczyznę.
W usłyszanej Ewangelii było jeszcze jedno ważne zdanie: "Wtedy Matka Jego rzekła do sług: >>Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie" (J 2, 5). Jak zauważył nasz biskup, jest to duchowy testament Maryi, która nigdy nie zatrzymuje wzroku na sobie. Widać to choćby na Jasnogórskiej Ikonie, na której Jej prawa dłoń nieusztannie i z wielką czułością wskazuje na Jezusa. Zwrócił też uwagę na to, że prawdziwa pobożność Maryjna nie polega na chwilowym wzruszeniu mijającym po powrocie do domu. Prawdziwa pobożność maryjna to cierpliwość w tłumie, w zatłoczonym autobusie, w biurze, na budowie i przy domowym zlewozmywaku. A co mówi do nas dzisiaj Jezus? - "Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój". Bądźmy więc pierwszymi, którzy gaszą kłótnie, a nie tymi, którzy dolewają oliwy do ognia. Mówi: "Miłujcie waszych nieprzyjaciół" - a więc módlmy się za tych, którzy nas ranią i szydzą z naszych krzyży na piersiach. Rada biskupa była prosta - nie mamy im ani złorzeczyć, ani mścić się na nich, ale wręcz im błogosławić. Bo ciemności nie rozproszy się ciemnością, ale światłem miłości, które ma moc uzdrawiania ludzkich serc. Jezus mówi: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili" - powinniśmy zobaczyć ludzi w tych, których świat spisał na straty. Bo świat nie uwierzy walczącemu o wpływy ludzkie, przywileje czy też polityczną rację Kościołowi. Świat uwierzy za to Kościołowi, który potrafi uklęknąć przed zranionym człowiekiem, aby z nim zapłakać i z bezgraniczną miłością obmyć jego poranione stopy.
Na koniec swojej homilii biskup przypomniał nam, że za chwilę zejdziemy z jasnogórskiego wzgórza i założymy na zmęczone nogi te same zakurzone buty, zarzucimy na plecy plecaki i wrócimy do swoich domów, wiosek i miast. Wrócimy do tych samych niezapłaconych rachunków, trudnych rozmów, problemów w pracy i innych życiowych zmagać. Na pozór więc nic się w naszych domach nie zmieni. Ale to my wrócimy inni, bo wrócimy z sercami pełnymi nadziei. Poradził nam wszystkim, abyśmy jeszcze raz spojrzeli na Oblicze Jasnogórskiej Pani. Zapytał, czy widzimy te dwie cięte rysy na Jej policzku i przypomniał, że przez lata nikt nie potrafił ich zamalować. Tak, jakby Bóg chciał, aby Maryja nosiła na twarzy te blizny. Ale po co? Bo Matka Boża nosi na swoim obliczu rany wszystkich swoich dzieci. Nosi więc blizny matek drżących o swoje potomstwo, rany opuszczonych starców, rany młodych ludzi tracących sens życia, rany rodzin będących dotkniętych zdradą oraz rany narodu dotkniętego gniewem. To nie jest Królowa z kryształowego i niedostępnego pałacu, ale Matka wiernie stojąca pod naszymi osobistymi krzyżami, ocierająca łzy i zapewniająca: "Jestem przy tobie. Nie bój się". Mieliśmy więc wracać do domu z podniesioną głową oraz pokojem w sercach. Bo przecież Bóg jest większy od naszych słabości.















