Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 8 lutego 2025

2123. To chodzenie po kolędzie nie wyszło mu na zdrowie

Podczas ubierania szopki bożonarodzeniowej jedna z obecnych pań zapytała Księdza Niosącego Światło, czy w tym roku będzie chodził po kolędzie. W zeszłym roku bowiem stan zapalny toczący się w jego organizmie skutecznie wyeliminował go z grafiku nad czym ubolewali ci, do których miał iść z wizytą. Teraz jednak postanowił chodzić na tyle, na ile pozwolą mu siły. Jakoś byłam sceptycznie nastawiona do jego decyzji, bo jednak powinien się oszczędzać w tym wszystkim. Nawet delikatnie próbowałam mu to zasugerować, ale mnie zbył, odwracając wszystko przeciwko męczącego mnie wtedy kaszlowi. No cóż, jest dorosły, więc chyba potrafi racjonalnie ocenić swoje możliwości. A może nie?
W związku z ową kolędą trochę mniej razy go widziałam. Traf chciał, że odwołano w jego (a może już naszej?) parafii wieczorne Msze święte, a plan zajęć na uczelni wykluczał mój udział w tych porannych. Zostawały niedzielne nabożeństwa i... próby przed szkolnym koncertem kolęd i pastorałek w podstawówce, gdzie naucza religii. Chociaż i w szkole najczęściej mijaliśmy się - ja przychodziłam, on już biegł na plebanię, aby coś zjeść i iść na kolędę. Na początku jeszcze jakoś się trzymał, chociaż wyglądał na zmęczonego. A potem było już tylko coraz gorzej, coraz bardziej był słaby, bledziutki i jakiś taki powiedziałabym, że coraz chudszy, czasami widać było, że coś go boli. Ale oczywiście - nic mu nie było, po prostu poprzedniego dnia dość długo chodził po parafianach.
Wspomniany koncert kolęd i pastorałek odbył się ostatniego dnia stycznia. To był dla mnie trudny dzień - do południa walczyłam z zaliczeniem aż pięciu przedmiotów przewidzianych programem studiów, w tym z dwoma "zmorami" studenckimi - logiką oraz kulturą języka. Co ciekawe, obydwa przedmioty zaliczyłam na ocenę bardzo dobrą, chociaż osobiście ani z jednego, ani z drugiego tak wysoko bym siebie nie oceniła. Może jednak coś potrafię... Pozostałe trzy też poszły mi w miarę dobrze - najgorsza ocena to cztery, z czego jestem zadowolona. 
W pracy wcześniej wyrobiłam godziny, a więc mogłam iść na ten cały koncert, do którego dorzuciłam malutką cegiełkę. Teraz, podczas finału całomiesięcznych (prawie) przygotowań stałam za konsolą muzyczną co chwila przerzucając wzrok to na scenariusz wydarzenia, to na masę przycisków pozwalających robić z podkładami muzycznymi prawdziwe cuda (w sumie to co mamy w parafii jest "wersją dla przedszkolaków"), to na występujące dzieciaki, to na księdza, który kilka razy wychodził z sali gimnastycznej, aby po dłuższej chwili wrócić. Był jakiś taki nieswój, zapytałam się go pomiędzy występami, czy na pewno dobrze się czuje, bo może lepiej, aby wrócił na plebanię. Tylko machnął ręką, po czym stwierdził, że ma tak od kilku dni i żebym się nie przejmowała, bo już mu przechodzi. No pięknie, chodził po domach niezbyt dobrze się czując. Już do końca występu miałam go na oku, przeliczając ile razy jeszcze opuścił pomieszczenie.
Sam koncert raczej się udał. Frekwencja dopisała, na widowni pojawiły się uczniowie, nauczyciele, rodziny, zaproszeni goście. Jak dla mnie niejaką ulgą było to, że wśród tych ostatnich był też proboszcz parafii, w której posługuje Ksiądz Niosący Światło. W życiu nie puściłabym go w takim stanie na plebanię, chociaż znajduje się ona kilkaset metrów dalej. A tak miałam pewność, że dotrze do domu. Chociaż pewnie sama bym go do niego odprowadziła. I przekazała w ręce proboszcza. Chociaż, swoją drogą, jakby nie patrzeć, przez ostatnie tygodnie niezbyt go "upilnował". Po występie zebraliśmy ogromne brawa. Zupełnie zasłużone dla młodych artystów. Jedyne czego żałuję to tego, że praktyki zawodowe są dopiero na letnim semestrze. Bo nieźle bym sobie odbiła liczbę wyrobionych godzin.
Po wszystkim odesłaliśmy księdza do domu, bo nic tu po nim było, i z grubsza uprzątnęliśmy salę. Tzn. chłopaki z ostatniej klasy z ochotą nosili krzesła do poszczególnych klas oraz sprzęt nagłaśniający. Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie z pozostałymi odpowiedzialnymi za organizację koncertu. Z wyjątkiem księdza, który już udał się do siebie. Ale jemu też należą się te słowa uznania. Miałam też propozycję podwiezienia mnie do domu, nie chciałam jednak robić kłopotów i wróciłam na nogach. To był długi i męczący dzień i cieszyłam się, że dobiegał powoli do końca.
Trochę niepokoiłam się o księdza, bo nawet laik by widział, że coś jest źle. Zwłaszcza w jego stanie. Ale w sobotę ktoś pojechał z nim do szpitala na SOR, bo już zaczynał "lać się przez ręce". Tam wyszło na jaw, jak wyglądały jego ostatnie 2-3 tygodnie i ile trudu kosztowało go ukrycie swojego stanu oraz w ogóle kilkugodzinne chodzenie po blokach. Dopiero wtedy ksiądz proboszcz zaczął kojarzyć pojedyncze fakty i kajać się, że nie interweniował. Może mógłby jakoś temu zapobiec. A tak Ksiądz Niosący Światło niemal codziennie brał co mógł na uśmierzenie bólu oraz problemy z przewodem pokarmowym, a po powrocie do domu odchorowywał to. W efekcie nieźle się odwodnił, o niedożywieniu nie mówiąc. I właściwie dobrze się stało, że trafił do tego szpitala, bo niemal od razu zaczęli go nawadniać, dożywiać i leczyć. No, aż cisło mi się na usta zdanie: "a nie mówiłam", ale przecież by mnie nie posłuchał. Na przyszły rok trafi do parafialnej stajenki jako osiołek, bo jest równie sparty. Ale wcześniej niech go trochę podtuczą, bo aż sama się wystraszyłam jego widoku. Plan pewien na to mają, ale tak jak piszę, musi wcześniej nabrać nie tylko trochę sił, ale i kalorii.

4 komentarze:

  1. To prawdziwy Kapłan, Pasterz dusz ten Ksiądz Niosący Światło. Ja już takich, niestety nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak właśnie jest, że niektórzy dają z siebie więcej niż mogą...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wizyta księdza „po kolędzie”! Świetnie pamiętam z Polski, nawet z kolegą pukaliśmy do drzwi i informowaliśmy mieszkańców, że właśnie w bloku jest ksiądz i nie niebawem do nich przyjdzie. Ciekawy jestem, czy nadal jest to praktykowane w miastach—biorąc pod uwagę coraz więcej wyznań oraz ludzi wręcz przeciwnym religii? W Kanadzie czegoś takiego nie ma, przynajmniej pośród kanadyjskiej społeczności. Być może polscy księża chodzą do parafian, ale zapewne po uprzednim umówieniu się (chociaż mieszkam blisko polskiego kościoła, który nie tak jeszcze dawno stanowił jakoby centrum największej polskiej parafii na świecie poza Polską, to chodzę do kościołów angielskojęzycznych).

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja niby mieszkam w mieście ale w naszej parafii odkąd wybuchł covid trzeba zagłosić, że chce się księdza przyjąć osobiście . Jak się tego odpowiednio wcześniej nie zgłosi to są specjalne msze kolędowe dla poszczególnych ulic na których można w kopercie złożyć ofiarę do koszyczka, ksiądz też zdalnie poświęca mieszkania i uważam że to jest super pomysł nie tylko dla księży ale i dla parafian. Ksiądz nie musi ciągle zmieniać temperatury otoczenia która sprzyja takim właśnie chorobom !! Dobrze że wspomniany ksiądz trafił w końcu do szpitala Tam będzie pod fachową opieką, odżywią go i nawodnią a modlić się można wszędzie, w szpitalu też !!!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń