Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 6 sierpnia 2015

185. Nowy prezydent, nowa Polska?

Dzisiejszego ranka pan Andrzej Duda został uroczyście zaprzysiężony na Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Dokładnie o godzinie 10 złożył przyrzeczenie na Konstytucję przed Zgromadzeniem Narodowym. Zakończył je tradycyjnym już "Tak mi dopomóż Bóg". A potem wygłosił orędzie przed wszystkimi zgromadzonymi w Sejmowej. Na galerii łatwo można było dostrzec ustępującego prezydenta Bronisława Komorowskiego, a także Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego. I chociaż w czasie trwania zaprzysiężenia byłam na praktykach, to dzięki Internetowi mogłam przeczytać sobie, co nowy prezydent mówił nie tylko do znajdujących się na sali, ale całego narodu -> >>KLIK<<. Jakoś mnie ten tekst zwyczajnie nie zachwycił, ani nie wzruszył. Podziękowania, plany na przyszłość, powoływanie się na zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i odwołania do historii naszego narodu - tak w skrócie można podsumować pierwsze przemówienie. No i tradycyjnie obietnice. Ech, wiecie co, ja tam w przysłowiowe cuda na kiju nie wierzę. Ja tylko chcę jednego - aby była jak największa zgoda wśród rządzącymi naszym krajem. Bo kiedy będą unikać bezsensownych sporów, to dużo więcej zrobią dobrego dla naszego kraju. I może jeszcze mogli by uznać opiekę rodziców i opiekunów nad najciężej niepełnosprawnymi za pracę z najniższą średnią krajową, tak aby ci ludzie nie martwili się o emerytury na starość. Dużo się mówi o wzmocnieniu polskiej gospodarki, a tak naprawdę trzeba zaczynać od małych kroczków. A najczęściej ci rodzice na starość zostają z głodowym zasiłkiem. Dużo się spodziewamy po nowym Prezydencie. Jest zdecydowanie najmłodszy, ma zaledwie 43 lata, inaczej patrzy na pewne sprawy niż jego poprzednicy. Tak naprawdę to dopiero za pięć lat okaże się, jak wywiązał się z powierzonego mu zadania. Jeżeli pozytywnie, to z pewnością zostanie wybrany na drugą kadencję, jeżeli nie, pożegna się ze swoim stanowiskiem. Bo my, obywatele potrafimy patrzeć i oceniać. I to do nas należy większa część głosu w wyborze Prezydenta.
Ale trzeba mu przyznać, że twarz ma bardzo sympatyczną

środa, 5 sierpnia 2015

184. Podróże bez wychodzenia z gabinetu

Studia mają to do siebie, że wiele aspektów danego kierunku poruszanych jest tylko w teorii. Nawet tak zwane ćwiczenia nie są w stanie zapewnić odpowiedniego przygotowania do zawodu. Dlatego tak bardzo ważna jest praktyka, aktualnie obowiązkowa chyba na każdych studiach i typach. Jak dotąd miałam pecha do praktyk - na AWFie skończyło się na trzech podpisach("obowiązkowe były praktyki w trzech miejscach) i tyle było po poznaniu tajników pracy w służbie zdrowia oraz klubie sportowym. Powód odmówienia praktyki zawsze był ten sam: bo nic nie umie, bo poprzestawia nam kartoteki, bo nie ma doświadczenia. Ale przecież praktyka powinna być po to, aby je zdobyć. Tworzyło się więc błędne koło - nie przyjmiemy na praktykę, bo nie ma doświadczenia, nie ma doświadczenia, bo nie ma praktyki. W ostateczności podpiszemy dzienniczek, bo po co marnować komuś studia, ale więcej się nie widzimy. Cyrk na kółkach! Może gdybym była pełnosprawna, to nawet przy praktykach miałabym większe szanse?

Dlatego trochę obawiałam się, jak to będzie tym razem, przy turystyce religijnej. Pamiętając perypetie sprzed kilku lat miałam czarne myśli. Wątpiłam, czy ktoś zechce osobę, która nie dość, że niewyraźnie mówi, to jeszcze wolno pisze. Na szczęście dzięki zaangażowaniu opiekunki praktyk mojego roku udało się umieścić mnie w jednym z nielicznych biur pielgrzymkowych w naszym kraju - AVE w Katowicach. Oczywiście dyrekcja wiedziała, że będzie miała specyficznego praktykanta, który raczej nadaje się na pracę biurową niż do dyskusji z klientem. A mimo to nie zraziła się. Mało tego - znalazła odpowiednie dla mnie zajęcie: wprowadzenie na stronę Internetową gotowych już programów pielgrzymek. To coś odpowiedniego dla człowieka z moim schorzeniem. Bardzo szybko załapałam o co chodzi w programie, do którego wszystko wklikuję. Aż mój opiekun był zdziwiony tym faktem rzeczy. Zwłaszcza, że jego ostatni podopieczny nawet pod koniec praktyki nie wiedział do końca co i jak. Z trzech programów wprowadzonych przez 7 godzin doszłam do 7 :). Czyli jeden na godzinę. A byłoby jeszcze szybciej, gdyby ktoś kto je układa używał polskich znaków, znaków przystankowych, pisał gramatycznie i stylistycznie, a także używał poprawnych zapisów nazw miast. No i zapisywał "Mszę św." przez duże "M". Zaoszczędziłoby mi to sporo czasu. Bo to tak naprawdę jest "krecia robota" - zanim wrzuci się program na stronę, trzeba wszystko sprawdzić dosłownie wyraz po wyrazie, przecinek po przecinku i w razie potrzeby poprawić. Ale plan wycieczki to nie wszystko: trzeba jeszcze podać cenę, świadczenia, jakie obejmuje, okres w którym przewidywana jest wycieczka, ilość dni, środek transportu, miasta, które się pojawiają na drodze... W sumie chyba 8 różnych profili do wypełnienia. W sumie co to dla mnie. Przy okazji trochę podszkolę się w języku HTML hi, hi, hi. 

Co do wprowadzanych pielgrzymek, to zrobiłam już Wyspy Brytyjskie, Kubę, Perły Bałtyku, a teraz jestem na etapie Bawarii. Kurcze, ile można się z tego dowiedzieć. Często po powrocie do domu włączam komputer i oglądam sobie zdjęcia z miejsc, jakie oferuje dany program. Przy okazji poznaję miasta danego kraju, jego zabytki, najważniejsze miejsca sakralne oraz cuda natury. Czy sama bym je odkryła? Na pewno nie tak szybko. W sumie to fajne zajęcie takie układanie wycieczek. Co prawda ja tylko wprowadzam gotowce, ale przynajmniej wiem jak to wszystko powinno wyglądać. Zawsze, kiedy wklepuję kolejny program zastanawiam się, czy ja też tak bym ją zaplanowała? Co bym w niej zmieniła? Czy może inaczej poprowadziła daną trasę? Może więc w przyszłości to będzie moim zajęciem? Czas pokaże. Nie warto zbyt wybiegać w przyszłość. Zbyt wiele razy już się przejechałam na niepowodzeniach. Ale pomarzyć zawszę można...

wtorek, 4 sierpnia 2015

183. Z takim przygotowaniem, to mogę iść choćby do Częstochowy i filmiki z TdP

Wczoraj pisałam o paraliżu komunikacyjnym w Dąbrowie Górniczej, a dzisiaj przeżyłam nie mniejszy w Katowicach, gdzie kończył się trzeci etap tegorocznej edycji Tour de Pologne. Jeszcze wczoraj wychodząc z praktyk w biurze turystycznym zastanawiałam się, jak ja dzisiaj dotrę do niego i z powrotem do domu. Wszak Katowice to nie Dąbrowa Górnicza i w nich mam kawałek z centrum do biura. Co prawda dzisiaj zaczynałam je o 12., to jednak nie poprawiało mojej sytuacji. Im bliżej momentu wyścigu, tym większy paraliż miasta. Uznałam jednak, że będę tym martwić się dopiero dzisiaj. 
Wyszłam z domu odpowiednio wcześnie na pociąg. Jednak mijając przystanek autobusowy zauważyłam, że podjeżdża autobus do Katowic i to jeszcze z tych tzw. pospiesznych. Niewiele myśląc wsiadłam do niego. Ku mojemu zaskoczeniu, tuż przed Katowicami okazało się, że nie wjeżdża do centrum miasta i jedyne co jest nam w stanie zaoferować, to wysiadkę na ul. Porcelanowej. Szczerze powiedziawszy nic mi to nie mówiło, jednak zawsze lepiej wysiąść bliżej miasta, niż dalej. Na szczęście szybko okazało się, że tuż obok przystanku autobusowego był też tramwajowy. W dodatku zaraz nadjechał tramwaj, który dowiózł mnie na odpowiedni przystanek. Przynajmniej miałam pewność, że się nie spóźnię. Cztery godziny szybko minęły. Zdecydowanie za szybko. Kiedy wyszłam okazało się, że wszystkie ulice już są pozamykane i nie kursują ani tramwaje, ani tym bardziej autobusy. Cóż było robić - człowiek musiał użyć swoich dwóch kończyn i ruszyć na nich przed siebie. W dodatku akurat wystartował "Nutella mini Tour de Pologne" i na przejściach dla pieszych czy się chciało, czy też nie, musiało się przepuścić młodych kolarzy. Na szczęście większość mojej dzisiejszej trasy biegła przez Park Kościuszki, toteż nie dość, że mogłam spokojnie iść własnym tempem, to jeszcze korony drzew chroniły mnie przed słońcem. Musiałam tylko uważać, żeby wyjść odpowiednią ścieżką, potem poszłam jak do AWFu, odbijając w pewnym momencie w prawo i potem znowu plantami i bocznymi uliczkami prosto do dworca. Myślałam, że nie zdążę na pociąg do Częstochowy, na szczęście dobiegłam do niego w ostatniej chwili wywijając orła i rozbijając prawe kolano tuż przed samym wejściem do niego. Trzeba mieć talent... Nie zdążyłam w tym wszystkim podejść do kasy biletowej, na szczęście mogłam kupić bilet u konduktora. I tak też zrobiłam. I nawet gościu zrozumiał co do niego mówię. Kwadrans później wysiadłam już w centrum mojego miasta. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu, bo w lodówce hula wiatr, a i rajstopy nowe musiałam kupić, bo w tych co miałam na sobie podczas upadku wytarła się dziura. No nic, jedni zaciągają oczka, a inni notorycznie drą kolana. 
Tak sobie myślę, że dzisiejszego dnia pokonałam niezłą trasę. Zważywszy na odcinek, jaki pokonałam od ulicy na której znajduje się biuro do wejścia do parku, a następnie ten, który przeszłam w nim oraz do dworca PKP, to myślę, że będzie to jakieś 4 km., jak nie więcej. I wcale nie jestem zmęczona. Zobaczymy czy jutro nie będę umierać z zakwasów.
A na koniec wrzucam filmiki obrazujące drugi etap wyścigu Tour de Pologne oraz amatorskie nagranie wczorajszej kraksy tuż przed metą. Miłego oglądania :).

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

182. Tour de nerwy

Po raz kolejny na trasie kolarskiego wyścigu Tour de Pologne znalazło się moje miasto. Co więcej, to właśnie w nim był finisz drugiego etapu sportowych zmagań. Dekoracja, bannery na barierkach przy linii tramwajowej, specjalnie ustawiona scena i pomieszczenie dla obsługi, podium dla zwycięzców, promocja dla miasta, uśmiechnięte hostessy... Wszystko ładnie i pięknie, tylko dlaczego w tym całym przedsięwzięciu najmniej pomyślało się o przeciętnym Kowalskim, który nie ma samochodu, a chce wydostać się z miasta? Z informacji zamieszczonych na stronie urzędu miasta wynikało, że ruch na głównej ulicy zostanie wstrzymany dopiero od 11. Ucieszyłam się, ponieważ praktyki mam w Katowicach dopiero od 9. Dlatego zaplanowałam tradycyjnie przed 8 wsiąść w autobus do Katowic. Jednak kiedy doszłam do przystanku okazało się, że ostatni autobus odjechał... godzinę wcześniej. KZKGOP co  prawda wywiesiła lakoniczną informację, ale że Lolek do gigantów nie należy, więc jej nie doczytał. No nic, puściłam się biegiem na stację kolejową. Po drodze dowiedziałam się, dlaczego ruch do Katowic został wstrzymany tak wcześnie, co przestało mnie już dziwić:
Ekipa montażowa za wcześnie przyjechała i zdezorganizowała zamierzone plany. Ale z drugiej strony musieli wyrobić się przed "Nutellą mini Tour de Pologne". Na szczęście akurat jechał pociąg do Katowic, więc nie było źle. Co prawda serce zaczęło mi mocniej walić, kiedy zobaczyłam stację końcową(po prostu pomyliłam dzielnice Katowic), okazało się jednak, że jest ona właściwa. Potem już tylko musiałam przejść się na odpowiedni tramwaj i już byłam na miejscu. Spóźniłam się zaledwie 5 minut, ale w tej sytuacji było to całkowicie zrozumiałe. Wracałam też pociągiem. Nasz dworzec daje dużo do życzenia, szczególnie jeśli chodzi o perony, jednak raz na jakiś czas da się przeżyć. Myślałam że pociągi będą normalnie kursować, tym czasem mieliśmy przymusowy, półgodzinny postój w Sosnowcu, ponieważ trasa wyścigu biegła przez jedno z przejazdów kolejowych. Reakcja konduktora - K... mać! To co oni ścigają się po torowisku? Ja rozumiem, że zamknęli ulice, bo kolarze po nich jadą, ale żeby wstrzymywać pociągi? - bezcenna. Tym sposobem z sporym opóźnieniem dotarłam do stacji docelowej. Zdążyłam jakimś cudem jeszcze wstąpić do banku po pieniądze, dziwnym trafem nie było w nim ludzi, a że byłam w centrum, to poszłam pooglądać sobie kolarskie zmagania. Akurat kończyli okrążać pierwszą pętlę. Czyli jeszcze mieli przed sobą cztery. Usadowiłam się w dogodnym miejscu, z którego wszystko widziałam zarówno na żywo, jak i na ustawionym telebimie. Na ostatnim okrążeniu emocję wzięły górę. Wszyscy czekali na peleton, a tutaj na mecie pojawiło się raptem... kilku zawodników. Gdzie reszta? Jednak zerkając na telebim wszystko okazało się jasne, dosłownie tuż przed metą, podobnie jak kilka lat temu doszło do kraksy. I znowu nerwy, czy ktoś nie ucierpiał. Oj, coś Dąbrowa nie lubi tych kolarzy.  A może znak, że tego typu impreza nie powinna się u nas odbywać?

sobota, 1 sierpnia 2015

181. Miasto ruin

Co tu dużo pisać, to trzeba po prostu zobaczyć:
1 sierpnia 1944 - 1 sierpnia 2015
Czy na pewno pamiętamy?