Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 6 listopada 2018

812. Historie, o których nie mieliśmy pojęcia...

Za chwilę, za moment wszyscy będą mówić o "dużych" historiach związanych z odzyskaniem przez Polskę niepodległości i wszystkim, co się działo potem. Tymczasem ja jakiś czas temu odkryłam historię, która wydarzyła się na terenie mojego miasta właściwie już po zakończeniu I wojny światowej, a o której nie miałam zupełnie pojęcia. Co prawda jeden z miejskich parków nosi imię generała Józefa Hallera, nigdy jednak nie trafiłam na wzmiankę, aby przybył on do DG. A tymczasem...

Obrona granic młodego państwa polskiego wymuszała konieczność stworzenia silnej armii. Oprócz Legionów Polskich, powstałych u boku Austro-Węgier, decyzją prezydenta Francji z 4 czerwca 1917 roku zaczęto budować armię we Francji. Miała liczyć 30.000 ludzi i powstać z ochotników - Polaków pochodzących z Ameryki, Kanady, Francji oraz przebywających w austriackich i niemieckich obozach jenieckich. Wyekwipowanie „błękitnych" - bo takie mieli mundury - zapewnił rząd francuski.
14 lipca 1918 roku, do francuskiego portu Hawr, przybył generał Józef Haller, który po zdradzieckiej bitwie z Niemcami pod Kaniowem, przedarł się przez Murmańsk na zachód Europy. Polski Komitet Narodowy w Paryżu mianował go naczelnym wodzem wojska polskiego we Francji i na wschodzie. Powstało wtedy 5 dywizji wojska, które wraz z dywizją generała Żeligowskiego, tworzoną na Kubaniu i dywizją stacjonującą na Syberii, tworzyły ówcześnie armię polską, powstającą poza granicami Polski.
Równocześnie z tworzeniem armii polskiej we Francji rozpoczęła się rekrutacja Polaków, jeńców austriackich, internowanych we Włoszech. Mimo wcześniejszych prób, oddziały polskie we Włoszech powstały dopiero jesienią 1918 roku. Sformowano tam 3 pułki piechoty, które w grudniu 1918 roku, przetransportowano do Francji w celu zasilenia armii generała Hallera. W ciągu pół roku zbudowano we Włoszech kolejne 8 pułków piechoty, pułk artylerii i saperów oraz batalion karabinierów maszynowych.
W Polsce tymczasem, w styczniu 1919 roku na wschodzie dochodzi do starć z wojskami sowieckimi, południowe granice naruszają Czesi, na linii demarkacyjnej polsko - niemieckiej toczą się ostre boje. Armia generała Hallera musiała jak najszybciej przybyć do kraju, jej oddziały zakwaterowano w różnych miastach, także w Dąbrowie Górniczej. Jest marzec 1919 roku.
Część oddziałów ulokowano w dąbrowskiej „Sztygarce”, część w Strzemieszycach Wielkich i Małych. Jak pisze Jakub Dąbski, w książce pod tytułem „70 lat pod czerwonym sztandarem", ich pobyt w Dąbrowie zaniepokoił ludność żydowską. Żołnierze obcinali mężczyznom brody, wchodzili do sklepów zabierając towary, które później rozdawali ludności katolickiej. Te wybryki zostały napiętnowane przez organ prasowy PPS - gazetę „Górnik" i redaktora Paszkowskiego. Oburzeni „Hallerczycy" zamierzali dać nauczkę Jakubowi Dąbskiemu, redaktorowi naczelnemu, który kilka dni musiał się ukrywać. Konflikt na linii redakcji i wojska złagodził zastępca starosty będzińskiego, Kuczewski, ale ekscesy ucichły dopiero po interwencji prezydenta miasta, Adama Piwowara.
W Strzemieszycach zachowanie wojska w stosunku do Żydów było poprawne, nie odnotowano żadnego incydentu. Stacjonował tutaj oddział, którego liczebności nie udało się ustalić, znaczną część stanowiła artyleria, której baza mieściła się na terenie „Stremu". Starsi mieszkańcy mile wspominają pobyt „błękitnej armii". Żołnierze rozlokowani byli w większości po stodołach, natomiast starsi stopniem oraz oficerowie na kwaterach. Odnosili się przyjaźnie do gospodarzy, co kontrastowało z niedawnym pobytem na tym terenie żołnierzy austriackich. Żołnierska strawa, wydawana miedzy innymi w kuchni polowej, stojącej na miejscu obecnego domu przy dzisiejszej ulicy Głównej 182, trafiała często w ręce głodnej dziatwy strzemieszyckiej. Żołnierze, którzy pozostawili w domach swoje rodziny z sentymentem patrzyli na biegające wokoło dzieci, częstując je sucharkami lub słodyczami. Nie lada atrakcją, szczególnie dla najmłodszych były też urządzane w Strzemieszycach Małych, na tzw. „pastwiskach” manewry, podnoszące sprawność bojową oddziałów.
Oficerowie dbali o dobre kontakty z mieszkańcami, ostro tępiąc wszelkie zachowania nie licujące z godnością żołnierza. Najwięcej „kłopotów” przysparzały im piękne strzemieszyczanki, które przyciągały uwagę wojskowych. Podczas krótkiego pobytu „Hallerczyków" w Strzemieszycach, ksiądz Franciszek Staszkiewicz, z tutejszej parafii, miał pełne ręce „roboty”. Odprawił kilkanaście ślubów, których ślady pozostały w dokumentach parafialnych. Żołnierze pożenili się m. In. w rodzinach Dudów i Milków. Urokowi munduru nie oparła się także nauczycielka szkoły ludowej w Strzemieszycach Małych, Antonina Maria Maciejowska, która już 8 czerwca 1919 roku wyszła za mąż za oficera, Jana Bojarskiego.
Z pobytem „Hallerczyków" w Strzemieszycach wiąże się także romantyczna, a zarazem wielce tragiczna historia. W domu pana Leksztonia, przy ulicy Źródlanej 2, mieszkała piękna, młoda kobieta z dużym, czarnym warkoczem. Nazywała się Sokół, na imię miała prawdopodobnie Bronisława. W tym samym domu został zakwaterowany oficer, Polak pochodzący z Francji. Pierwsze spotkanie tych dwojga młodych ludzi zrodziło sympatię, która w krótkim czasie przemieniła się w gorącą miłość. Oficer o imieniu Stefan nie ukrywał swego uczucia i w wolnych od służby chwilach spacerował z piękną Bronką po Strzemieszycach, rozbudzając zazdrość innych dziewcząt z Mojchowizny, a ofiarowany Bronce piękny, duży sznur korali, dał okazję do nowych plotek na temat miłości tych dwojga.
Tymczasem począwszy od listopada 1918 roku Ukraińcy, opanowali większą część Galicji wraz ze Lwowem. Polska ludność zorganizowała własnymi siłami opór i wyrzuciła ich z części miasta. Starcia jednak toczyły się nadal, Lwów został odcięty od reszty ziem polskich. Walki z Ukraińcami, prowadzone przez armię polską, dowodzoną przez generała Iwaszkiewicza, poprawiły sytuację, ale dopiero posiłki „Hallerczyków" mogły przeważyć szalę zwycięstwa.
W czerwcu 1919 roku przychodzi rozkaz o wyruszeniu oddziałów stacjonujących w Strzemieszycach na front ukraiński. Rozpacz pięknej Bronki nie miała granic. Nie mogła pogodzić się z rozstaniem, a tłumaczenie Stefana że, po zakończeniu działań wojennych wróci i zabierze ją do Francji nie trafiało do przekonania. Serce przystojnego oficera nie było też z kamienia, żal z rozstania udzielił się i jemu. Oboje zakochani podjęli desperacką decyzję pozostania ze sobą na zawsze. W dniu odjazdu, Stefan zastrzelił Bronkę, a później siebie. Zakochani spoczęli we wspólnej mogile. Pochowani zostali na cmentarzu w Strzemieszycach. Miejsce grobu dzisiaj nie jest znane.
Oddziały „Hallerczyków", które przybyły na front ukraiński 29 czerwca 1919 roku, zmieniły obraz walki. Po trzech tygodniach działań, 17 lipca Polacy osiągnęli linię rzeki Zbrucz, oswobadzając ostatecznie od Ukraińców wschodnią Małopolskę.
Pamiątkowe zdjęcie z generałem przed dąbrowską bazyliką

poniedziałek, 5 listopada 2018

811. Z Puśki zeszedł stres...

Z Puśki zaczął schodzić stres 3 tygodni spędzonych poza domem. Ulotnił się w postaci... zapalenia pęcherza moczowego i jest wydalany we wzmożonych ilościach do kuwety. 
Ogólnie to już wczoraj przyłapałam kotkę jak kilka razy siknął poza kuwetę, jednak najbardziej zaniepokoiło mnie to, że siknęła z krwią. To raczej nie wróżyło nic dobrego. A ponieważ wczoraj wszystkie miejskie lecznice były zamknięte na klucz(a przez to Pusia męczyła się cały wieczór), automatycznie termin wizyty u znienawidzonego przez zwierzę weterynarza odroczył się aż o jeden dzień. Co prawda dzisiaj już wszystko wróciło do normy, ja jednak wolałam się upewnić, że wszystko jest w porządku. Zapakowałam więc kota do plecaka i pomaszerowałam do lecznicy. 
Na miejscu na szczęście Pani weterynarz była wolna i przyjęła nas od reki. Obejrzała Pusię, zmierzyła jej temperaturę, opukała brzuszek, a nawet wykonała USG. Oczywiście opowiedziałam jej pokrótce o przygodzie zwierzaka sprzed dwóch miesięcy. A ponieważ Pusia nie miała nic widocznego na pęcherzu, wetka stwierdziła, że jest to prawdopodobnie najzwyklejsze zapalenie pęcherza moczowego na tle nerwowym. Zaaplikowała kocięciu trzy zastrzyki w chudy grzbiet, przepisała antybiotyk. I kazała obserwować. 
No to obserwujemy. O ile jestem w domu. Bo z tym też różnie bywa. Zresztą sami wiecie...

sobota, 3 listopada 2018

810. Zdążę czy nie zdążę - pytanie wczorajszego dnia

To było tak. 
Znając swój napięty grafik nie prosiłam prowadzącej scholę o zaangażowanie mnie w przygotowanie wczorajszej Mszy świętej. Szczerze powiedziawszy to lepszą opcją byłoby powiedzieć, że mnie nie ma, a być, niż aby sytuacja była odwrotna. Gdybym poprosiła sama z siebie o coś, a potem po prostu bym nawaliła, to czułabym się podle wobec pani B. Dlatego już tydzień temu wytłumaczyłam jej pokrótce moją sytuację, bez wdawania się zbytnio w szczegóły. Oczywiście usłyszałam, że mam się nie przejmować, że jak uda mi się dotrzeć na Mszę, to po prostu mam przyjść na górę i dołączyć do reszty.
Taki układ bardzo mi odpowiadał, bo mogłam być ze scholą, ale na moją prośbę nie byłam do niczego zobowiązana. Tym bardziej, że o 16:00 byłam umówiona z jedną z rodzin, którą nadzoruję, aby się z nią spotkać i zorientować w jej sytuacji oraz potrzebach. A takie wizyty potrafią trwać naprawdę długo i istniało ryzyko, że się nie wyrobię na czas. Tymczasem w środowe popołudnie dostałam meila od pani B. z prośbą o przygotowanie na piątek Modlitwy Wiernych. Noszszsz... jeszcze jakiś czas temu dałabym się za to pociąć, ale wtedy nie miałam tylu obowiązków co teraz. Co prawda babka napisała mi, że mam się nie przejmować jak nie zdążę, bo wtedy moją kwestię przeczyta ktoś inny. Prawda jest jednak taka, że kiedy kilka lat temu zgłosiłam, że nie mogę przeczytać czegoś na Mszy, bo mnie po prostu wtedy nie ma(miałam zawody sportowe), to na kolejną okazję czekałam z dwa lata. Nikt mi nie da gwarancji, że teraz nie będzie podobnie.
Siedziałam więc w piątek u rodziny jak na szpilkach, z jednej strony chcąc poznać jej sytuację, a z drugiej nerwowo zerkając na zegarek. Zdążę, czy nie zdążę? Od rodziny wyszłam o 17:30. Ale rodzina mieszka na drugim końcu miasta... Niedobrze. Minuty nieubłaganie leciały, a ja czekałam na autobus, który jakoś nie chciał przyjechać. Za 25 osiemnasta, już za 20... Ale oto dostrzegłam w oddali majaczące światła autobusu. Nareszcie! Wsiadam i jadę przed siebie. Po drodze tylko napisałam SMSa, że będę, ale się spóźnię. Wysiadłam z pojazdu o 17:55. Kurczaczki, miałam tylko 5 minut na miejsce. A kościół jest kawałek drogi od przystanku. Zdążę? Pobiegnę. Chociaż nie, szkoda spodni jeżeli się przewrócę(a wiedzcie, że po moich wywrotkach spodnie idą do kosza). Więc potruchtam. 
Do kościoła dotarłam, kiedy śpiewano pieśń na wejście. A więc udało się! Co dwa schody wchodzę na górę. Jestem na miejscu. Tylko trochę mi się kołnierzyk przekrzywił, ale to nic. Dołączam do reszty ekipy, śpiewam z nimi. Mam trochę czasu, aby odsapnąć. Dopiero na kazaniu schodzimy z H. na dół i zajmujemy miejsca w pierwszym rzędzie ławek. A potem już tylko przeczytanie swojej partii wezwań. Może nie było idealnie, ale starałam się. Kto chciał, ten zrozumiał. Przynajmniej ja wychodzę z takiego założenia. Proboszcz kilka razy co prawda mi powiedział, że mnie nie rozumie, ale może po prostu nie chce mnie zrozumieć. Pani B. każe mi się tym nie denerwować - on przecież w końcu odejdzie do innej parafii, a ja zostanę. 
Koniec czytania, można iść na górę. Kłaniamy się z H. i wracamy. Położyłam podkładkę na ławce i spojrzałam niepewnie na panią B. Kiwnęła głową - czyli było dobrze. Dosunęłam kurtkę, stanęłam przy mikrofonie. Świat kręcił się dalej. Przystanął tylko na malutki momencik, kiedy stałam przy ambonce i dukałam trzy zdania zakończone "Ciebie prosimy". Może kiedyś dojdę do tego etapu, kiedy świat nie będzie się zatrzymywał, tylko toczył swoim rytmem? Kto to wie?
Wiecie co, jeszcze kilka lat temu marudziłam, że jestem ignorowana przez scholę podczas przygotowań różnych rzeczy... A tym czasem wystarczyło poczekać kilka lat, aby działo się to, co się teraz dzieje.

czwartek, 1 listopada 2018

808. A patronami Światowych Dni Młodzieży w Panamie są...

Już od dłuższego czasu chodziło mi po głowie, aby w związku ze zbliżającymi się Światowymi Dniami Młodzieży w Panamie przedstawić Wam tych, którzy będą patronowali temu spotkaniu. Z jednej strony zastanawiałam się, czy w ogóle jest sens to robić, wszak nie wszyscy z Was są katolikami, ba, nawet wielu moich czytelników jest ateistami(co oczywiście zbytnio mi nie przeszkadza) i ich zbytnio nie będzie obchodził ten temat, ale z drugiej strony wiem też, że wierzących czytelników może zainteresować, kto też będzie przewodził tym razem. A czy może być ku temu lepsza okazja niż dzień 1 listopada, kiedy w Kościele wspominany jest Dzień Wszystkich Świętych?
Muszę przyznać, że tym razem organizatorzy nieco "zaszaleli". Przy ich ośmiu patronach nasza(z ŚDM w Krakowie w 2016 r.) wygląda bardzo skromnie. Przypominam, że dwa lata temu patronami Światowych Dni Młodzieży byli św. Jan Paweł II - inicjator spotkań oraz św. siostra Faustyna Kowalska - popularyzatorka kultu Bożego Miłosierdzia. Za niecałe trzy miesiące spotkaniu w Panamie będą patronować takie osobliwości jak św. Jan Paweł II, św. Jan Bosko, św. Róża z Limy, św. José Sánchez del Río, św. Juan Diego, św. Marcin de Porres, św. Oskar Romero oraz bł. Maria Romero Meneses.
Małe sprostowanie - przy Oskarze Romero powinno być św., niestety nie znalazłam nowszej planszy zawierających wizerunki wszystkich patronów przyszłych Światowych Dni Młodzieży
O świętym Janie Pawle II napisano już tak dużo, że cokolwiek chciałabym napisać, to ciągle będzie za mało. Święty Jan Bosko to założyciel zakonu salezjanów i wielki wychowawca młodzieży z Turynu, twórca Oratoriów oraz innowacyjnego jak na tamte czasy(XIX wiek) systemu prewencyjnego(o którym szerzej pisałam >>tutaj<<). W Oratoriach biedni i opuszczeni chłopcy niejednokrotnie znajdowali schronienie i dobre słowo. Idea działa po dziś dzień, salezjanie są zaś rozsiani po całej kuli ziemskiej, gdzie prowadzą swoje placówki opiekuńczo - wychowawcze i pracują z młodzieżą. O św. Jose Sanchez del Rio pisałam >>tutaj<< z okazji jego kanonizacji, tak samo zresztą jak o św. Oskarze Romero, o którym możecie przeczytać sobie >>tutaj<<. 
Św. Róża z Limy żyła na przełomie XVI i XVII wieku w Peru. Była ascetką peruwiańską, tercjarką dominikańską, dziewicą oraz pierwszą świętą Kościoła katolickiego, która pochodziła z Ameryki. Na chrzcie otrzymała imię Izabela, ale ze względu na delikatność urody wołano na nią Róża. Takie imię dostała też na bierzmowaniu. Charakteryzowała ją głęboka wiara i pobożność, a jako dziecko złożyła ślub czystości. Kiedy próbowano wydać ją za mąż - kategorycznie się temu sprzeciwiała. Z powodu niezamożności rodzinny dość wcześnie musiała zacząć pracować: hodowała kwiaty, szyła i haftowała. W wieku 20 lat została tercjarką dominikańską. W związku z tym zamieszkała w letnim domku w ogrodzie prowadzonym przez swoich rodziców. Za swoją patronkę obrała sobie św. Katarzynę ze Sieny. Żyła niezwykle surowo - często pościła, modliła się i umartwiała. Nie szczędziła też pomocy ubogim i chorym, a szczególnie niewolnikom i Indianom. Zmarła w dniu, który sama przepowiedziała. Ze względu na jej sławę już za życia, dominikanie pochowali ją najpierw w klasztornym krużganku, a dwa lata później w swoim kościele w Limie. Dzisiaj uważana jest za prekursorkę służby społecznej w Peru. Jej wspomnienie przypada 23 sierpnia, a patronuje m.in. Kontynentowi amerykańskiemu.
Św. Juan Diego żył na przełomie XV i XVI w. Był azteckim wizjonerem. Urodził się w jednej z meksykańskich wiosek. Był ojcem rodziny, który został ochrzczony przez pierwszych misjonarzy franciszkańskich. To jemu w Guadalupe objawiła się Matka Boska. W grudniu 1531 roku idąc na poranną Mszę św. ujrzał piękną kobietę. Przedstawiła mu się ona jako Matka Boża z Guadalupe - Święta Maryja zawsze Dziewica, Matka prawdziwego Boga. Objawienia trwały trzy dni - ostatniego z nich zdarzył się cud: na ponczu Juana, w którym niósł róże(te zaś miały cudownie wyrosnąć na kamienistym, pokrytym lodem wzgórzu) w niewytłumaczalny sposób miał postać obraz Matki Bożej, który miał być znakiem dla tamtejszego biskupa. W miejscu objawień wybudowano niewielki kościół, cel licznych pielgrzymek Indian, Metysów i Hiszpanów. Szczególną czcią otaczany jest cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe. Jest to najstarsze objawienie maryjne uznawane przez Kościół katolicki. Chociaż kult Juana Diego zaczął szerzyć się w Meksyku zaraz po jego śmierci, to na beatyfikację oraz kanonizację musiał czekać kilka wieków(kanonizowany został dopiero w 2002 r.). Jego wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 9 grudnia.
Św. Marcin de Porres podobnie jak św. Róża żył na przełomie XVI i XVII w. w Limie. Był peruwiańskim dominikaninem, bratem zakonnym i mistykiem. Był też jednym z dwóch nieślubnych dzieci pewnego hiszpańskiego rycerza i jego panamskiej kochanki. Chociaż ojciec uznał Marcina za swoje dziecko, to jednak czuł się skrępowany jego ciemną karnacją i pozostawił go pod opieką matki. Dwunastoletni Marcin został oddany do balwierza na praktykę. Po trzech latach młodzieniec przyłączył się do zakonu dominikanów. Ponieważ nie miał sakramentu święceń, pracował jako ogrodnik, fryzjer czy też pracownik rolny. Był skromnym, a przez to szanowanym i podziwianym przez ludzi wszystkich klas i zawodów. Założył sierociniec w Limie, pielęgnował chorych, opiekował się ludźmi dotkniętymi zarazą i biedą. Robił to bez względu na ich kolor skóry, chociaż najbardziej przejmował się losem czarnych niewolników. W domu jego siostry prowadził schronisko dla bezdomnych psów i kotów, wybaczał też szczurom i myszom wyrządzone szkody tłumacząc to tym, że nie mają one wystarczającej ilości jedzenia. Członkowie wspólnoty nazywali go "ojcem dobroczynności" i mianowali swoim przełożonym, chociaż on sam wolał siebie określać mianem "psa murzyńskiego". W ciągu życia przejawiał nadprzyrodzone zdolności, a i po śmierci odnotowane zostały cuda przy jego grobie. Marcin został beatyfikowany w XIX wieku, a kanonizowany wiek później. Jego liturgiczne wspomnienie przypada 3 listopada. Patronuje sprawiedliwości społecznej, edukacji państwowej w Peru, peruwiańskiej telewizji publicznej, zdrowia publicznego i ludzi rasy mieszanej.
Bł. Maria Romero Meneses żyła praktycznie w czasach współczesnych, bo w XX wieku w Ameryce Południowej. Była nikaraguańską salezjanką. Pochodziła z wielodzietnej rodziny, a jej ojciec był urzędnikiem państwowym. W wieku 12 lat zachorowała na gorączkę reumatyczną. Jej wyzdrowienie uważane było za prawdziwy cud. W ramach wdzięczności wstąpiła do Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych. Kiedy miała 21 lat złożyła śluby zakonne w San Salvadorze. Profesję zakonną złożyła 6 lat później w Nikaragui. Następnie została wysłana do San Jose w Kostaryce, gdzie opiekowała się ubogimi dziewczętami i uczyła dzieci katechizmu. Założyła specjalną wioskę dla najuboższych rodzin, gdzie każdej z nich zapewniono własny dom. Dzięki jej staraniom wybudowano w mieście kościół p.w. Najświętszej Maryi Panny. W 1977 roku udała się do sióstr mieszkających w rodzinnych stronach. Tam w wieku 75 lat zmarła na zawał serca. Tydzień później jej ciało zostało sprowadzone do Kostaryki i tam pochowane. Rząd Kostaryki ogłosił ją honorową obywatelką swojego kraju. Jan Paweł II beatyfikował Marię Romero Meness w 2002 roku.