Za chwilę, za moment wszyscy będą mówić o "dużych" historiach związanych z odzyskaniem przez Polskę niepodległości i wszystkim, co się działo potem. Tymczasem ja jakiś czas temu odkryłam historię, która wydarzyła się na terenie mojego miasta właściwie już po zakończeniu I wojny światowej, a o której nie miałam zupełnie pojęcia. Co prawda jeden z miejskich parków nosi imię generała Józefa Hallera, nigdy jednak nie trafiłam na wzmiankę, aby przybył on do DG. A tymczasem...
Obrona granic młodego państwa polskiego wymuszała konieczność stworzenia silnej armii. Oprócz Legionów Polskich, powstałych u boku Austro-Węgier, decyzją prezydenta Francji z 4 czerwca 1917 roku zaczęto budować armię we Francji. Miała liczyć 30.000 ludzi i powstać z ochotników - Polaków pochodzących z Ameryki, Kanady, Francji oraz przebywających w austriackich i niemieckich obozach jenieckich. Wyekwipowanie „błękitnych" - bo takie mieli mundury - zapewnił rząd francuski.
14 lipca 1918 roku, do francuskiego portu Hawr, przybył generał Józef Haller, który po zdradzieckiej bitwie z Niemcami pod Kaniowem, przedarł się przez Murmańsk na zachód Europy. Polski Komitet Narodowy w Paryżu mianował go naczelnym wodzem wojska polskiego we Francji i na wschodzie. Powstało wtedy 5 dywizji wojska, które wraz z dywizją generała Żeligowskiego, tworzoną na Kubaniu i dywizją stacjonującą na Syberii, tworzyły ówcześnie armię polską, powstającą poza granicami Polski.
Równocześnie z tworzeniem armii polskiej we Francji rozpoczęła się rekrutacja Polaków, jeńców austriackich, internowanych we Włoszech. Mimo wcześniejszych prób, oddziały polskie we Włoszech powstały dopiero jesienią 1918 roku. Sformowano tam 3 pułki piechoty, które w grudniu 1918 roku, przetransportowano do Francji w celu zasilenia armii generała Hallera. W ciągu pół roku zbudowano we Włoszech kolejne 8 pułków piechoty, pułk artylerii i saperów oraz batalion karabinierów maszynowych.
W Polsce tymczasem, w styczniu 1919 roku na wschodzie dochodzi do starć z wojskami sowieckimi, południowe granice naruszają Czesi, na linii demarkacyjnej polsko - niemieckiej toczą się ostre boje. Armia generała Hallera musiała jak najszybciej przybyć do kraju, jej oddziały zakwaterowano w różnych miastach, także w Dąbrowie Górniczej. Jest marzec 1919 roku.
Część oddziałów ulokowano w dąbrowskiej „Sztygarce”, część w Strzemieszycach Wielkich i Małych. Jak pisze Jakub Dąbski, w książce pod tytułem „70 lat pod czerwonym sztandarem", ich pobyt w Dąbrowie zaniepokoił ludność żydowską. Żołnierze obcinali mężczyznom brody, wchodzili do sklepów zabierając towary, które później rozdawali ludności katolickiej. Te wybryki zostały napiętnowane przez organ prasowy PPS - gazetę „Górnik" i redaktora Paszkowskiego. Oburzeni „Hallerczycy" zamierzali dać nauczkę Jakubowi Dąbskiemu, redaktorowi naczelnemu, który kilka dni musiał się ukrywać. Konflikt na linii redakcji i wojska złagodził zastępca starosty będzińskiego, Kuczewski, ale ekscesy ucichły dopiero po interwencji prezydenta miasta, Adama Piwowara.
W Strzemieszycach zachowanie wojska w stosunku do Żydów było poprawne, nie odnotowano żadnego incydentu. Stacjonował tutaj oddział, którego liczebności nie udało się ustalić, znaczną część stanowiła artyleria, której baza mieściła się na terenie „Stremu". Starsi mieszkańcy mile wspominają pobyt „błękitnej armii". Żołnierze rozlokowani byli w większości po stodołach, natomiast starsi stopniem oraz oficerowie na kwaterach. Odnosili się przyjaźnie do gospodarzy, co kontrastowało z niedawnym pobytem na tym terenie żołnierzy austriackich. Żołnierska strawa, wydawana miedzy innymi w kuchni polowej, stojącej na miejscu obecnego domu przy dzisiejszej ulicy Głównej 182, trafiała często w ręce głodnej dziatwy strzemieszyckiej. Żołnierze, którzy pozostawili w domach swoje rodziny z sentymentem patrzyli na biegające wokoło dzieci, częstując je sucharkami lub słodyczami. Nie lada atrakcją, szczególnie dla najmłodszych były też urządzane w Strzemieszycach Małych, na tzw. „pastwiskach” manewry, podnoszące sprawność bojową oddziałów.
Oficerowie dbali o dobre kontakty z mieszkańcami, ostro tępiąc wszelkie zachowania nie licujące z godnością żołnierza. Najwięcej „kłopotów” przysparzały im piękne strzemieszyczanki, które przyciągały uwagę wojskowych. Podczas krótkiego pobytu „Hallerczyków" w Strzemieszycach, ksiądz Franciszek Staszkiewicz, z tutejszej parafii, miał pełne ręce „roboty”. Odprawił kilkanaście ślubów, których ślady pozostały w dokumentach parafialnych. Żołnierze pożenili się m. In. w rodzinach Dudów i Milków. Urokowi munduru nie oparła się także nauczycielka szkoły ludowej w Strzemieszycach Małych, Antonina Maria Maciejowska, która już 8 czerwca 1919 roku wyszła za mąż za oficera, Jana Bojarskiego.
Z pobytem „Hallerczyków" w Strzemieszycach wiąże się także romantyczna, a zarazem wielce tragiczna historia. W domu pana Leksztonia, przy ulicy Źródlanej 2, mieszkała piękna, młoda kobieta z dużym, czarnym warkoczem. Nazywała się Sokół, na imię miała prawdopodobnie Bronisława. W tym samym domu został zakwaterowany oficer, Polak pochodzący z Francji. Pierwsze spotkanie tych dwojga młodych ludzi zrodziło sympatię, która w krótkim czasie przemieniła się w gorącą miłość. Oficer o imieniu Stefan nie ukrywał swego uczucia i w wolnych od służby chwilach spacerował z piękną Bronką po Strzemieszycach, rozbudzając zazdrość innych dziewcząt z Mojchowizny, a ofiarowany Bronce piękny, duży sznur korali, dał okazję do nowych plotek na temat miłości tych dwojga.
Tymczasem począwszy od listopada 1918 roku Ukraińcy, opanowali większą część Galicji wraz ze Lwowem. Polska ludność zorganizowała własnymi siłami opór i wyrzuciła ich z części miasta. Starcia jednak toczyły się nadal, Lwów został odcięty od reszty ziem polskich. Walki z Ukraińcami, prowadzone przez armię polską, dowodzoną przez generała Iwaszkiewicza, poprawiły sytuację, ale dopiero posiłki „Hallerczyków" mogły przeważyć szalę zwycięstwa.
W czerwcu 1919 roku przychodzi rozkaz o wyruszeniu oddziałów stacjonujących w Strzemieszycach na front ukraiński. Rozpacz pięknej Bronki nie miała granic. Nie mogła pogodzić się z rozstaniem, a tłumaczenie Stefana że, po zakończeniu działań wojennych wróci i zabierze ją do Francji nie trafiało do przekonania. Serce przystojnego oficera nie było też z kamienia, żal z rozstania udzielił się i jemu. Oboje zakochani podjęli desperacką decyzję pozostania ze sobą na zawsze. W dniu odjazdu, Stefan zastrzelił Bronkę, a później siebie. Zakochani spoczęli we wspólnej mogile. Pochowani zostali na cmentarzu w Strzemieszycach. Miejsce grobu dzisiaj nie jest znane.
Oddziały „Hallerczyków", które przybyły na front ukraiński 29 czerwca 1919 roku, zmieniły obraz walki. Po trzech tygodniach działań, 17 lipca Polacy osiągnęli linię rzeki Zbrucz, oswobadzając ostatecznie od Ukraińców wschodnią Małopolskę.
Obrona granic młodego państwa polskiego wymuszała konieczność stworzenia silnej armii. Oprócz Legionów Polskich, powstałych u boku Austro-Węgier, decyzją prezydenta Francji z 4 czerwca 1917 roku zaczęto budować armię we Francji. Miała liczyć 30.000 ludzi i powstać z ochotników - Polaków pochodzących z Ameryki, Kanady, Francji oraz przebywających w austriackich i niemieckich obozach jenieckich. Wyekwipowanie „błękitnych" - bo takie mieli mundury - zapewnił rząd francuski.
14 lipca 1918 roku, do francuskiego portu Hawr, przybył generał Józef Haller, który po zdradzieckiej bitwie z Niemcami pod Kaniowem, przedarł się przez Murmańsk na zachód Europy. Polski Komitet Narodowy w Paryżu mianował go naczelnym wodzem wojska polskiego we Francji i na wschodzie. Powstało wtedy 5 dywizji wojska, które wraz z dywizją generała Żeligowskiego, tworzoną na Kubaniu i dywizją stacjonującą na Syberii, tworzyły ówcześnie armię polską, powstającą poza granicami Polski.
Równocześnie z tworzeniem armii polskiej we Francji rozpoczęła się rekrutacja Polaków, jeńców austriackich, internowanych we Włoszech. Mimo wcześniejszych prób, oddziały polskie we Włoszech powstały dopiero jesienią 1918 roku. Sformowano tam 3 pułki piechoty, które w grudniu 1918 roku, przetransportowano do Francji w celu zasilenia armii generała Hallera. W ciągu pół roku zbudowano we Włoszech kolejne 8 pułków piechoty, pułk artylerii i saperów oraz batalion karabinierów maszynowych.
W Polsce tymczasem, w styczniu 1919 roku na wschodzie dochodzi do starć z wojskami sowieckimi, południowe granice naruszają Czesi, na linii demarkacyjnej polsko - niemieckiej toczą się ostre boje. Armia generała Hallera musiała jak najszybciej przybyć do kraju, jej oddziały zakwaterowano w różnych miastach, także w Dąbrowie Górniczej. Jest marzec 1919 roku.
Część oddziałów ulokowano w dąbrowskiej „Sztygarce”, część w Strzemieszycach Wielkich i Małych. Jak pisze Jakub Dąbski, w książce pod tytułem „70 lat pod czerwonym sztandarem", ich pobyt w Dąbrowie zaniepokoił ludność żydowską. Żołnierze obcinali mężczyznom brody, wchodzili do sklepów zabierając towary, które później rozdawali ludności katolickiej. Te wybryki zostały napiętnowane przez organ prasowy PPS - gazetę „Górnik" i redaktora Paszkowskiego. Oburzeni „Hallerczycy" zamierzali dać nauczkę Jakubowi Dąbskiemu, redaktorowi naczelnemu, który kilka dni musiał się ukrywać. Konflikt na linii redakcji i wojska złagodził zastępca starosty będzińskiego, Kuczewski, ale ekscesy ucichły dopiero po interwencji prezydenta miasta, Adama Piwowara.
W Strzemieszycach zachowanie wojska w stosunku do Żydów było poprawne, nie odnotowano żadnego incydentu. Stacjonował tutaj oddział, którego liczebności nie udało się ustalić, znaczną część stanowiła artyleria, której baza mieściła się na terenie „Stremu". Starsi mieszkańcy mile wspominają pobyt „błękitnej armii". Żołnierze rozlokowani byli w większości po stodołach, natomiast starsi stopniem oraz oficerowie na kwaterach. Odnosili się przyjaźnie do gospodarzy, co kontrastowało z niedawnym pobytem na tym terenie żołnierzy austriackich. Żołnierska strawa, wydawana miedzy innymi w kuchni polowej, stojącej na miejscu obecnego domu przy dzisiejszej ulicy Głównej 182, trafiała często w ręce głodnej dziatwy strzemieszyckiej. Żołnierze, którzy pozostawili w domach swoje rodziny z sentymentem patrzyli na biegające wokoło dzieci, częstując je sucharkami lub słodyczami. Nie lada atrakcją, szczególnie dla najmłodszych były też urządzane w Strzemieszycach Małych, na tzw. „pastwiskach” manewry, podnoszące sprawność bojową oddziałów.
Oficerowie dbali o dobre kontakty z mieszkańcami, ostro tępiąc wszelkie zachowania nie licujące z godnością żołnierza. Najwięcej „kłopotów” przysparzały im piękne strzemieszyczanki, które przyciągały uwagę wojskowych. Podczas krótkiego pobytu „Hallerczyków" w Strzemieszycach, ksiądz Franciszek Staszkiewicz, z tutejszej parafii, miał pełne ręce „roboty”. Odprawił kilkanaście ślubów, których ślady pozostały w dokumentach parafialnych. Żołnierze pożenili się m. In. w rodzinach Dudów i Milków. Urokowi munduru nie oparła się także nauczycielka szkoły ludowej w Strzemieszycach Małych, Antonina Maria Maciejowska, która już 8 czerwca 1919 roku wyszła za mąż za oficera, Jana Bojarskiego.
Z pobytem „Hallerczyków" w Strzemieszycach wiąże się także romantyczna, a zarazem wielce tragiczna historia. W domu pana Leksztonia, przy ulicy Źródlanej 2, mieszkała piękna, młoda kobieta z dużym, czarnym warkoczem. Nazywała się Sokół, na imię miała prawdopodobnie Bronisława. W tym samym domu został zakwaterowany oficer, Polak pochodzący z Francji. Pierwsze spotkanie tych dwojga młodych ludzi zrodziło sympatię, która w krótkim czasie przemieniła się w gorącą miłość. Oficer o imieniu Stefan nie ukrywał swego uczucia i w wolnych od służby chwilach spacerował z piękną Bronką po Strzemieszycach, rozbudzając zazdrość innych dziewcząt z Mojchowizny, a ofiarowany Bronce piękny, duży sznur korali, dał okazję do nowych plotek na temat miłości tych dwojga.
Tymczasem począwszy od listopada 1918 roku Ukraińcy, opanowali większą część Galicji wraz ze Lwowem. Polska ludność zorganizowała własnymi siłami opór i wyrzuciła ich z części miasta. Starcia jednak toczyły się nadal, Lwów został odcięty od reszty ziem polskich. Walki z Ukraińcami, prowadzone przez armię polską, dowodzoną przez generała Iwaszkiewicza, poprawiły sytuację, ale dopiero posiłki „Hallerczyków" mogły przeważyć szalę zwycięstwa.
W czerwcu 1919 roku przychodzi rozkaz o wyruszeniu oddziałów stacjonujących w Strzemieszycach na front ukraiński. Rozpacz pięknej Bronki nie miała granic. Nie mogła pogodzić się z rozstaniem, a tłumaczenie Stefana że, po zakończeniu działań wojennych wróci i zabierze ją do Francji nie trafiało do przekonania. Serce przystojnego oficera nie było też z kamienia, żal z rozstania udzielił się i jemu. Oboje zakochani podjęli desperacką decyzję pozostania ze sobą na zawsze. W dniu odjazdu, Stefan zastrzelił Bronkę, a później siebie. Zakochani spoczęli we wspólnej mogile. Pochowani zostali na cmentarzu w Strzemieszycach. Miejsce grobu dzisiaj nie jest znane.
Oddziały „Hallerczyków", które przybyły na front ukraiński 29 czerwca 1919 roku, zmieniły obraz walki. Po trzech tygodniach działań, 17 lipca Polacy osiągnęli linię rzeki Zbrucz, oswobadzając ostatecznie od Ukraińców wschodnią Małopolskę.
źródło: https://www.dabrowa-gornicza.pl/

pięknie, ze przypomniałas historię miłości..... wzruszające...
OdpowiedzUsuńpozdrawiam ala
Kiedy przeczytałam tą historię od razu wiedziałam, że muszę się nią z Wami podzielić.
UsuńTeż co jakiś czas odnajduję tego typu informacje historyczne, których często próżno szukać w podręczniku czy jakimś większym źródle pisanym.
OdpowiedzUsuńJeśli prawdą jest, że w ubiegłym roku jakiś dość spory procent Polaków nie przeczytał ani jednej książki, to tak naprawdę nawet minimalny czytelniczy zapał zakończony pozytywnie jest większy od tego.
Pozdrawiam!
Wiesz, gdyby tak wszystkie tego typu historie umieścić w podręcznikach do historii to wyszłyby jakieś opasłe tomiska
UsuńAle część jednak mogłaby się znaleźć w podręcznikach. :) Tylko zaraz byłoby dużo chętnych do zgłaszania ,,nowych" wydarzeń do wpisania.
Usuń