Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 19 maja 2022

1432. A jaki Wy sobie budujecie pomnik?

"Exegi monumentum", Horacy, Księga 30

Exegi monumentum aere perennius,
regalique situ pyramidum altius,
quod non imber edax, non aqulio impotens,
possit diruere aut innumerabilis
annorum series et fuga temporum.
Non omnis moriar multaque pars mei,
vitabit Libitinam; usque ego postera,
crescam laude recens, dum Capitolium,
scandet cum tacita virgine pontifex.
Dicar, qua violens obstrepit Aufidus,
et qua pauper aquae Daunus agrestium,
regnavit populorum, ex humili potens,
princeps Aeoliun carmen ad Italos,
deduxisse modos, sume superbiam,
quaesitam meritis et mihi Delphica
lauro cinge volens, Melpomene, comam.

Tydzień temu na "Retoryce i emisji głosu" zostaliśmy poproszeni o przygotowanie jakiegoś tekstu w języku obcym. Wiem, że jedni przygotowują coś po angielsku, inni po rosyjsku czy niemiecku. Ja zdecydowałam się na "coś wspaniałego", czyli łacinę. I to nie tą podwórkową, ale prawdziwą, klasyczną, taką, jaką posługiwali się starożytni Rzymianie.
Moje pierwsze świadome zetknięcie z językiem łacińskim było gdzieś w piątej klasie szkoły podstawowej, kiedy na lekcjach historii poświęconych starożytnemu Rzymowi pojawiło się kilka przykładowych sentencji łacińskich. Były one dla mnie tak niezwykłe, że do dzisiaj tkwią w mojej pamięci. Podobnie było w gimnazjum - kilka myśli bardziej jako ciekawostka, niż do zapamiętania...
"Prawdziwa" przygoda z językiem łacińskim zaczęła się dla mnie dopiero w liceum. Profil socjo-historyczny przewidywał go jako prawie obowiązkowy. Piszę prawie, bo po tym jak psorka oznajmiła, że 2 osoby mogą się z niego wypisać, to chętnych było więcej, niż miejsc. Mnie to jednak nie dotyczyło. I chociaż czasami ze łzami w oczach wkuwałam poszczególne słówka, czy też odmiany, to jednak z każdego sprawdzianu czy też kartkówki wychodziłam obronną ręką.
Potem jeszcze zderzyłam się z tym językiem na turystyce religijnej. Podejrzewam, że gdyby była ona prowadzona przez inny wydział, nie znalazłaby się w siatce godzin. Tutaj cieszyłam się, że już wcześniej liznęłam jej nieco, bo jakoś łatwo materiał wchodził mi do głowy. Co prawda tematyka kręciła się wokół teologii(w liceum motywem przewodnim u nas było prawo, ale np. na takim bio-chemie była to medycyna), jednak zapamiętanie na zaliczenie całego pacierza + Chwały Ojcu nie było znów nie wiadomo jakim wyczynem. Oczywiście była też gramatyka, która niejako kładzie podwaliny pod inne języki obce, jednak profesorka uznała, że wystarczy, że będziemy umieć tych kilka modlitw. Poszybowałam wtedy moimi myślami do innej epoki. Moi rodzice jeszcze pamiętają, jak Msze święte odprawiano w tym języku. Mama wielokrotnie opowiadała mi, że starsze babcie potrafiły całą Mszę świętą odmawiać różaniec, bo nie rozumiały co ksiądz mówi. Teraz... teraz jest inaczej. Aczkolwiek zdarza się, że międzynarodowe Msze odprawia się po łacinie.
Na jutrzejsze zaliczenie zadania wybrałam sobie znany utwór Horacego - "Wybudowałem pomnik", z którego pochodzi słynny cytat: "Non omnis moriar"(nie wszystek umrę). W liceum uczyłam się go na pamięć i w oryginale, i po polsku(w zależności od przedmiotu). Na zajęcia wystarczyło mi tylko powtórzenie wymowy niektórych słów. A podczas powtarzania kolejny raz po głowie zakołatała mi myśl - jakiż to pomnik pozostawię po sobie? Czy na pewno będzie on trwalszy od spiżu, czy może rozpadnie się niczym talia kart przy najlżejszym powiewie wiatru. Jasne, że chciałabym tą pierwszą opcję, ale przecież tak wiele nie zależy ode mnie. Z drugiej strony - może ktoś kiedyś wystawi mi okazały pomnik, ale czy o taki będzie mi chodzić? Czy nie lepszy będzie pomnik zbudowany z dobrych uczynków(nawet niejako przeplatanych tymi złymi, przecież w życiu nie zawsze czynię dobrze), które zapiszą się w ludzkiej pamięci? Nawet, jeżeli nie będzie chodziło o cały kraj, ale o najbliższą rodzinę? Wszak tak długo żyjemy w ludzkiej pamięci, ile się o nas mówi.

sobota, 14 maja 2022

1431. Czy "River" przyniesie Krystianowi Ochmanowi(i Polsce) wygraną?

Od 2005 roku, czyli od występu zespołu "Ivan i Delfin" na Eurowizji, staram się śledzić poczynania Polaków na tym polu rozrywki. Oczywiście, z jednej strony większość "show" nie powaliła Europy na kolana i nie dostaliśmy się do finału(do dzisiaj mam grymas uśmiechu na twarzy, przypominając sobie te zeszłoroczne ochy i achy na temat piosenki Rafała Brzozowskiego, chociaż mi się ona niezbyt podobała, zresztą publiczności europejskiej też raczej nie poderwała), jednak z drugiej już samo pojawienie się w tak prestiżowym konkursie daje szansę na otwarcie się furtki do międzynarodowej kariery. Trzeba też przyznać, że ciut lepiej wypadamy na tym polu na gruncie dziecięcej edycji Konkursu Eurowizji, chociaż tradycja występów na niej naszego kraju jest trochę krótsza(nie licząc kilkuletniej przerwy, którą mieliśmy w wersji dla dorosłych). Roksana Węgiel oraz Wiki Gabor przyniosły nam zwycięstwo, a Sara James uplasowała się w zeszłym roku jako wicemistrzyni.
W tym roku podczas Eurowizji dla dorosłych Polskę reprezentuje Krystian Ochman. Wstyd(?) się przyznać, ale po raz pierwszy o nim usłyszałam dopiero po podaniu tej informacji do publicznej wiadomości. Podobno wygrał The Voice Poland(czy coś w tą deseń), podobno jego dziadek jest słynnym na cały świat tenorem(i to nawet mój tata mówił, więc...), ale dla mnie to zupełnie nieznany artysta. No,  ale jeżeli coś jest z początku nieznane, to może warto to poznać i niejako oswoić?

Krystian Ochman, tegoroczny reprezentant Polski na Eurowizji
W związku z tym posłuchałam sobie kilka razy owego Ochmana. Krystiana Ochmana, co by nie było. Czy mi się podobał? Raczej tak. W każdym razie, nie uważam utworu za złego, a podczas półfinałów to nawet mnie zaciekawił sam występ.
"River"
Gonna take my body down,
Right down, down, down to the river.
Gonna take my body down,
Let the water carry me away.
Just float away.
Oh, oh.
Bury all of my things,
Bury me in my skin.
All that I've done,
Who'd wanna be a king.
Pulling too many strings,
All that I've done.
Och Lord, I'm done.
Carry me away,
I float away.
In the river.
Gonna lay my head right down,
Right now, now, now and forever.
Gonna lay my head right down,
Let the water carry me away.
Just floar away.
Bury all of my things,
Bury me in my skin.
All that I've done,
Who'd wanna be a king.
Pulling too many strings,
All that I've done.
Och Lord, I'm done.
Carry me away,
I float away.
In the river, oh, oh.
In the river, oh, oh yeah.
Och Lord, I'm done,
Gonna tahe my body down.
Right down, down,
Down to the river.

Jak możemy wyczytać w różnych źródłach, "River" jest pełną emocji opowieścią o podróży przez życie, niekiedy mającej tak samo jak tytułowa rwąca rzeka niespokojny nurt. Opowiada też o momencie, w którym po prostu czujemy, że mamy wszystkiego dosyć, brakuje nam siły na dłuższą walkę, a tym samym poddajemy się biegowi wypadków, niosących nas niczym rzeka. Jednak takie poddanie się paradoksalnie może być uwalniającym doświadczeniem, które pozwala zwolnić, wyciszyć się, wsłuchać się w głos naszej duszy. Tytułową rzekę można odbierać jako ten rodzaj wytchnienia, który jest nam ofiarowany przez naturę. To do niej wielokrotnie uciekamy, kiedy przytłacza nas rzeczywistość.
"River" jest utworem stworzonym przez Ochmana specjalnie na potrzeby Eurowizji. Krystian Ochman wykonuje go po angielsku, a na scenie towarzyszą mu tancerki z Egurrola Dance Studio.
W zasadzie wątpię w naszą wygraną(a może jednak?), ale miło mieć przeświadczenie, że inne kraje doceniły Krystiana Ochmana na tyle, że pozwoliły mu dostać się do finału.

środa, 11 maja 2022

1430. Ukwiecona Bielsko-Biała

Bielsko-Biała, chociaż nie do końca odkryta, przypadła mi do gustu. Ciekawe obiekty, klarowne trasy, co jakiś czas mapy miasta oraz drogowskazy do różnych miejsc. Było jednak coś, co mnie zupełnie zachwyciło i niejako rozczuliło w nim. To wszechobecne klomby z mieniącymi się całą paletą barw kwiatami, które wręcz uśmiechają się do przechodzących obok nich ludzi.
Kocham miasta, w których dba się o wszelkie rabatki i tereny zielone. Nawet kiedy wracam z uczelni, pracy lub wolontariatu, robię te kilka kroków więcej, aby nacieszyć oczy barwnymi kwiatami. 
Chociaż to było ścisłe centrum Bielska-Białej, klombów z kwiatami nie brakowało. Wręcz przeciwnie, ich ilość przyprawiała o prawdziwy zawrót głowy.
Tak jak pisałam w poprzednim poście, pogoda niezbyt sprzyjała wyprawom w góry. Jednak żółciutkie jak słoneczka tulipany wprowadzały nieco radości w ten dżdżysty dzień i sprawiały, że człowiek szybko zapominał o niespełnionym planie wycieczki.
Bratki zawsze mi się kojarzyły z kolorami fioletowym i żółtym. W dzieciństwie zbierałam ich płatki, które potem w zabawie były farbami plakatowymi(pędzelki miałam z kłosów zbóż, a kartką były po prostu liście). Na tym klombie zobaczyłam jak wiele kolorów mogą one przybrać, nie będę ukrywać, że mój zachwyt sięgnął najwyższego pułapu.
Mozaiki kwiatowe są też dobrym sposobem na wyrażenie solidarności z narodem Ukraińskim. Muszę Wam przyznać, że połączenie wyrazistej żółci z niebieskim po raz kolejny wywołało mój wewnętrzny zachwyt nad pięknem otaczającej nas przyrody.
Ale kwiaty to nie tylko klomby i skwery, ale też drzewa. Zresztą, gdyby nie te kwiaty na drzewach, to w wielu przypadkach niemielibyśmy smacznych owoców, kasztanów, żołędzi... A że przy okazji cieszą oczy przechodniom i nadają ślicznego wyglądu swoim właścicielom. A jeśli jeszcze do tego dochodzą ptasie trele... Czasami potrafię sobie wyobrazić, że jestem takim Jankiem Muzykantem(pamiętacie jeszcze taką lekturę?), który w dźwiękach przyrody słyszał muzykę.
Założę się, że podobne miejsca są i w Waszych miastach. Wiadomo, to nie są ogrody, ani łąki, na których możemy się wyciągnąć z książką w ręku, aczkolwiek mogą być powodem wytchnienia i odpoczynku. Skwerki nadały Bielsku - Białej różnych kolorów tęczy i sprawiły, że świat przestał być taki szary i pochmurny. Może i Wy czasami przystaniecie nad skwerkami u Was(albo i na jakiejś wyprawie) i zachwycicie się ich pięknem? Tego Wam życzę z całego serca!

poniedziałek, 9 maja 2022

1429. Bielsko-Biała na spontanie

Niespodziewany* pogrzeb w rodzinie nieco mi pokrzyżował moje plany na długi majowy weekend. W zamyśle miałam jechać w jakiś dzień do Pszczyny popodziwiać ogród wokół Muzeum Zamkowego w Pszczynie, a w jakiś inny skoczyć do Bielska-Białej, aby powspinać się na którąś z otaczających go gór. Może na Klimczok, może na Szyndzielnię. Po cichu liczyłam też na spotkanie z Bacą, no ale nie nastawiałam się zbytnio na nie. W końcu nie każdy musi mnie akceptować, lubić i tolerować. Ja też nie każdego darzę sympatią, ale staram się ich szanować.
Jednak stało się jak się stało i wszystkie zamierzenia musiały iść na bok. Co prawda pojechałam w góry, ale atmosfera raczej nie sprzyjała wędrowania. Za to po raz kolejny mogłam się poprzypatrywać wnętrzu kościoła parafialnego w Krzeszowie koło Żywca(tak jest napisane na stronie parafii i podobno taką informację można usłyszeć dzwoniąc do kancelarii). Nie za często tam bywam, a szkoda, bo akurat tamto wnętrze bardzo mi się podoba.
Do domu wróciłam w poniedziałkowy wieczór. Teoretycznie mogłam gdzieś skoczyć we wtorek, jednak naprawdę nie miałam na to siły. Poza tym po weekendzie miałam trzy kolokwia i jedną prezentację(o tzw. "wejściówkach" nie wspominając), więc też wypadało się jakoś do nich przygotować i w miarę przyzwoicie napisać. A więc z pierwotnych planów nic nie wyszło.
Tak się jednak złożyło, że sobotę wyjątkowo nie jechałam do punktu recepcyjnego do K-c. Akurat mieli komplet wolontariuszy i nie potrzebowali więcej. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas wyjątkowo nie na naukę, ale na wypad do Bielska. Jeszcze w czwartek napisałam do Bacy wiadomość z pytaniem, jaki szczyt w okolicy jest najprzyjemniejszy do zdobycia. Podał mi kilka propozycji, a przy okazji zaproponował też wypad do tamtejszego Centrum Handlowego Sfera w celu zakupu butów do biegania w góry. 
Z tymi butami to też cała historia... Jak pamiętacie(a jeżeli nie pamiętacie to odsyłam Was do >>tego<< posta) we wrześniu, dokładnie w 31 urodziny, pierwszy raz w życiu brałam udział w biegu górskim. Zresztą wtedy właśnie poznałam Bacę, który też biegł. Tak się złożyło, że startowaliśmy alfabetycznie według nazwisk i on był za mną. Ale i tak mnie wyprzedził - zresztą, jak wszyscy. Jednak to on po przebiegnięciu całych 3,5 km. wrócił się, aby mi towarzyszyć w pokonywaniu i rzeczywistej, i metaforycznej góry. A na koniec stwierdził, że przydałyby mi się typowe buty do biegania w górach, a nie żadne tam adidaski. Chłop tak się zafiksował na tym punkcie, że szukał sposobu, aby znaleźć na nie fundusze. W końcu wzięliśmy udział w konkursie fotograficznym(tzn. on wszystko ogarnął, bo ja miałam akurat w tamtym czasie masę badań w związku z podejrzeniem białaczki, ale spokojnie, skończyło się na strachu, i na anemii), z nadzieją, że zdobędziemy chociaż część potrzebnej kwoty. Okazało się, że się udało. No, nie wygraliśmy głównej nagrody, ale voucher na całkiem niezłą sumę w zupełności nas satysfakcjonował. Początkowo mieliśmy zrealizować go podczas Zimowego Biegu Zbója, jednak Bacy udało się załatwić dla mnie transport do samych K-c, więc nie było co zabierać szoferowi czasu. W końcu co się odwlecze to nie uciecze.
Sobotni poranek przywitał mnie deszczem. Trochę byłam zła, ponieważ ostatnie dni były w zasadzie całkiem pogodne. Wiedziałam, że jeżeli pogoda się nie zmieni, to nici z moich planów wyjścia w góry. Bo do B-B. i tak miałam zamiar jechać. Jeszcze rok temu miałam bezpośredni pociąg ode mnie do Bielska, teraz muszę przesiadać się w K-cach. Pocieszające jest to, że pociąg pokonuje trasę w godzinę. A żeby nie były to stracone minuty wzięłam ze sobą książkę do czytania. Czas przejazdu umilałam więc sobie lekturą kolejnej powieści Edyty Świętek - "Łąki kwitnące purpurą". 
Po pewnym czasie za szyby wyłoniły się pierwsze bielskie zabudowania, aż w końcu moim oczom ukazał się gmach dworca kolejowego, pamiętający jeszcze czasy zaboru austriackiego. Ołowiane chmury wiszące nad miastem nie zachęcały do wędrówek górskich. Spontanicznie postanowiłam zostać na niższym pułapie i po prostu pozwiedzać okolicę. 
Niemal na każdym rozgałęzieniu można było zobaczyć nie tylko drogowskazy z nazwami ulic, ale też ważnych obiektów.
Fontanna pod zamkiem.
Zamek będący teraz muzeum.
A pod zamkiem znajduje się tablica upamiętniająca wizytę Jana Pawła II w B.-B.
W murach zamku uwieczniony został Mały Satyr(w internecie wyczytałam, że to fontanna "oddająca mocz", jednak tego dnia nie leciała z niej woda).
Wokół zamku rozciągają się mury średniowiecznego grodu.
Budynek Teatru Polskiego też wzbudza zachwyt...
Pomnik Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury.
A tutaj kiedyś była szkoła żydowska.
Zapierający dech w piersiach ratusz.
A tego kolegi nie trzeba chyba nikomu przedstawiać...
A to jest most żelazny z końca XIX wieku, który łączył miejscowość Bielsko z Białą.
Przechadzka była dosyć chaotyczna i nie do końca ekonomiczna pod względem kilometrażowym.  Jednak dopiero po kilku godzinach zaopatrzyłam się w mapę miasta w tamtejszej Informacji Turystycznej(tak, wiem że są mapy internetowe, ale najpierw trzeba mieć ten smartfon, aby z nich skorzystać). Aczkolwiek samo B-B. spodobała mi się. Zauważyłam, że w mieście jest kilka szlaków turystycznych, więc może warto je zwiedzić według nich?
Z Bacą spotkałam się dopiero w Centrum Handlowym.
- To jaką górę udało ci się zdobyć, Lolku? - doszło do mnie jego pytanie, pomiędzy przymierzaniem jednego, a drugiego buta.
 - W zasadzie to chyba jedynie zamkową - przyznałam. - Taka pogoda nijaka...
 - Nic się nie martw. Zgramy się kiedyś większą ekipą i zdobędziemy niejeden szczyt...
Ostatecznie udało nam się kupić dwie pary dość ciekawych butów do biegania w terenie. Baca ma je odebrać w tygodniu - o ile znajdzie vouchery... Cieszę się, że pomógł mi w ich wyborze, bo jednak coś niecoś się na tym zna. Tylko trochę mi głupio, bo podobno miał tego dnia ślub w rodzinie. Niby mówił, że tylko podwiózł tam mamę, a sam nie szedł, mam tylko nadzieję, że to nie przeze mnie. Jakby mi napisał, że nie może przyjść, tobym przecież zrozumiała.
To był udany dzień, pomimo zmiany pierwotnych planów. Pochodziłam po mieście, kupiłam buty, pośmiałam się z Bacą. Dobrze jest mieć świadomość akceptacji przez drugiego człowieka, pomimo licznych wad i niedoskonałości. 
Mural przedstawiający dawne Bielsko-Białą
Trzymajcie się ciepło!

* chociaż jak ktoś ma ponad 80 lat to chyba wszystkiego można się spodziewać

piątek, 6 maja 2022

1428. Hindenburg - powietrzny "Titanic"

Dobrze pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam w filmie dokumentalnym o tym zdarzeniu. Trwały wakacje 2003 roku, a ja miałam niespełna 13 lat. Przebywałam wtedy na wyjeździe u babci na wsi, a że nie było u niej telewizji, na "Dobranocki"(a przy okazji i "Wiadomości") chodziłam do kuzynów. 
Pewnego dnia usłyszałam zapowiedź dokumentu noszącego tytuł "Hindenburg - powietrzny >>Titanic<<". Zaintrygował mnie, głównie ze względu na człon "Titanic". Historia legendarnego transatlantyku była mi znana, nie tylko ze strony słynnego filmu w reżyserii Camerona, ale licznych dokumentów puszczanych na specjalistycznych stacjach telewizyjnych. Zresztą rok wcześniej podzieliłam się swoją wiedzą w tym temacie ze społecznością szkoły do której uczęszczałam(podczas lekcji wychowawczej opowiedziałam o moim dość nietypowym zainteresowaniu, no i wychowawczyni "załatwiła" mi prelekcję na ten temat), więc nie mogła się ona opierać na poniekąd fikcji filmowej. 
Zajawka nie dawała mi spokoju. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, aby obejrzeć ten program. Pamiętam do dzisiaj, że akurat tuż przed tym rozpętała się burza z piorunami. A w taką pogodę ciotka wyłączała prąd w całym domu. Na szczęście wszystko przeszło na czas. Uprosiłam ciocię, abym mogła wcześniej włączyć telewizor. Nie pamiętam co mi odpowiedziała, pamiętam, że obejrzałam cały faworyzowany dokument. Zrobił na mnie wrażenie nie mniejsze niż filmy o "Titanicu". I na długo wbił się w pamięć. Kiedy kilka miesięcy później w gazetach wynoszonych przez sąsiada zobaczyłam artykuł o "Hindenburgu" zrobiłam wszystko, aby go zdobyć. Nie miałam wtedy jeszcze internetu, więc każda taka wzmianka była dla mnie na wagę złota.
Lata 30. XX roku to era narodzin podróży powietrznych przez ocean. Najpopularniejszym transportem powietrznym były zeppeliny, zwane też sterowcami. Wyprodukowany w Niemczech "Hindenburg"(nazwany na cześć byłego prezydenta tego kraju) uchodził za najbardziej luksusowy sterowiec na świecie. 3 maja 1937 roku zeppelin wraz z 36 pasażerami oraz 61 członkami załogi, wyruszył w powietrzny rejs do Ameryki. Jak się okazało - ostatni.
W przeciwieństwie do "Titanica" to nie był dziewiczy rejs "Hindenburga". Sterowiec od roku przemierzał powietrzną przestrzeń(pierwszy lot odbył nad Jeziorem Bodeńskim). Pod koniec marca 1936 roku brał udział w akcji propagandowej "Deutschlandfahrt" polegającej na rozrzucaniu ulotek zachęcających do popierania remilitaryzacji Nadrenii. Miał za sobą 17 lotów przez ocean i nie tylko. Można go było zobaczyć chociażby we Wrocławiu, Olsztynem, Olsztynkiem, a nawet podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Berlinie.
"Hindenburg" mierzył 245 m długości oraz 41 m średnicy. Napędzany był czterema wysokoprężnymi silnikami Daimler Mercedes Benz, każdy o sile 1200 koni mechanicznych. Dzięki temu mógł rozwinąć prędkość do 135 kilometrów na godzinę oraz udźwignąć 60 ton. Pokład wyposażony był w 70 kabin pasażerskich, kabiny dla załogi, jak i luksusowe pomieszczenia(w jednym z nich znajdował się np. fortepian Bluethner"). W celu poprawienia aerodynamiki, pomieszczenia dla pasażerów ulokowano wewnątrz kadłuba, a nie w podwieszonej pod spodem gondoli.
W założeniu sterowiec miał być napełniany helem, jednak z powodu narzuconego przez Stany Zjednoczone embargo przerobiono go na stosowanie wodoru. Nie było to problemem, ponieważ Niemcy miały doświadczenie z użyciem tego typu gazu. Aby nie doszło do zapłonu gazu, poszycie sterowca wykonano z materiału zapobiegającego wyładowaniom elektrycznym. Niewątpliwie zaletami zastosowania wodoru była jego niska cena oraz uproszczenie konstrukcji, dzięki któremu obniżenie pułapu statku powietrznego następowało po upuszczeniu części wodoru, a więc nie było konieczności instalowania skomplikowanych urządzeń do bezstratnego sprężania drogiego helu. Atutem była też siła nośna wodoru. Z drugiej strony to wodór mógł się stać źródłem tragedii, jaka miała miejsce na "Hindenburgu".
6 maja 1937 roku, po trzydniowej podróży przez Atlantyk, zeppelin znalazł się nad Nowym Jorkiem. Tuż przed osiągnięciem celu nad miastem rozpętała się burza, co nieco opóźniło dotarcie do bazy, co dodatkowo spowodowało pokrycie połaci sterowca ładunkiem elekromagnetycznym. Podczas cumowania na lotnisku w Lakehurst(stan New Jersey) zauważono, że kadłub ogarniają płomienie. W zaledwie 37 sekund ze wspaniałego sterowca pozostał jedynie goły szkielet. W wyniku zdarzenia zginęło 13 pasażerów, 22 członków załogi oraz główny członek załogi naziemnej, kapitan Ernst Lehmann(odpowiadał za starty "Hindenburga"). Co ciekawe, wiele ofiar nie straciło życia w płomieniach, lecz zostało przygniecionych przez skaczących ze statku pasażerów. Katastrofę udało się przeżyć m.in. kapitanowi sterowca - Max'owi Pruss'owi, który z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala.
Katastrofa "Hindenburga" została w interesujący sposób przedstawiona w jednym z odcinków serialu dokumentalnego "Tuż przed tragedią" emitowanych przez stację "National Geographic"(na dzień dzisiejszy znajduje się on na platformie cda). Jeden z ekspertów specjalizujących się w badaniach katastrof lotniczych, zanalizował tragedię sterowca. Doszedł do wniosku, że tak gwałtowny jego pożar mogło wywołać jedynie zapalenie się mieszanki wodoru i tlenu. Jednak pomimo pokrycia poszycia łatwopalnym materiałem, ogień nie był w stanie rozprzestrzeniać się tak szybko(co zresztą potwierdził przeprowadzony eksperyment).
Analiza dokumentów i zeznań świadków pozwoliła reżyserom programu na przedstawienie następującej kolejności zdarzeń:

  1. Lądowanie sterowca poprzedziła gwałtowna zmiana kierunku wiatru. W związku z tym kapitan dał rozkaz wykonania ostrego skrętu w lewo w celu utrzymania odpowiedniego kursu.
  2. Powyższy manewr spowodował zerwanie jednej z wielu stalowych lin, które wzmacniały konstrukcję kadłuba. Tego typu zerwania lin zdarzały się jednak już wcześniej.
  3. Zrywająca się lina uszkodziła jeden ze zbiorników z wodorem, który znajdował się w części ogonowej statku. Z uszkodzonego zbiornika zaczął wydobywać się gaz i ulatniać do atmosfery. Świadkowie opowiadali o falującym fragmencie poszycia w górnej części ogonowej "Hindenburga". Może to być potwierdzeniem teorii, że właśnie w tym miejscu doszło do ulatniania się wodoru.
  4. Ogon sterowca zaczął opadać. Aby wyrównać położenie kapitan zdecydował zrzucić wodę balastową z części ogonowej. Zwiększony ciężar ogona mogło wywołać utracenie wodoru, a co za tym idzie - zmniejszenie siły wyporu w tej części sterowca.
  5. Zrzut wody balastowej nie pomógł. Kapitan zdecydował się na wysłanie sześciu członków załogi na część dziobową statku, w celu wyrównaniu masą ich ciała położenie statku.
  6. Zrzucono nasiąknięte wodą na skutek padającego deszczu cumy. Mokre liny przyczyniły się do przepływu ładunku elektrycznego zgromadzonego na poszyciu sterowca Nastąpił przeskok iskry między naelektryzowanym poszyciem, a metalową konstrukcją sterowca. Iskra zapaliła wydobywający się z uszkodzonego zbiornika wodór. 
  7. Pożar rozprzestrzenił się gwałtownie obejmując cały zeppelin. Wraz z płonącą mieszanką wodoru z tlenem spaliło się poszycie i inne elementy konstrukcyjne, co tłumaczyłoby jaskrawo-pomarańczowy kolor płomieni, a nie bezbarwny, jak w przypadku spalania czystego wodoru.
Za takim przebiegiem zdarzeń przemawia to, że procedury ustanowione przez producenta zabraniały lądowania podczas burzy i silnego wiatru. Jednak z powodu opóźnienia kapitan zdecydował o lądowaniu, za co potem został obwiniony.
Istnieje teoria, że przyczyna szybkiego rozprzestrzeniania się ognia i łatwopalności powłoki leży w farbie zawierającej termit. Składa się on z dwóch składników: pyłu aluminiowego i tlenku żelaza. Aby utworzyć termit, potrzebne są odpowiednie proporcje obu składników i bardzo dobre ich wymieszanie. Jednak sterowiec pokryty był farbami zawierającymi te składniki w różnych miejscach: od góry osłony balonetów były pokryte farbą zawierającą tlenek żelaza dla ochrony przed promieniowaniem UV, a pod spodem farbą zawierającą lekkie aluminium.
Katastrofa "Hindenburga" nie była co prawda pierwszą tego typu w dziejach, jednak położyła kres wykorzystania sterowców do przewozu pasażerów w celach turystycznych.

I na koniec fragment mojej książki, której akcja toczy się na sterowcu, opisująca moment katastrofy:
"Lucas mocniej ścisnął dłoń ojca. Paul obiecał mu, że zobaczy największy sterowiec, który lada chwila wyląduje. Nawet siąpiący deszcz nie popsuł chłopcu humoru.
 - O tam, patrz tam. Leci! - poinformował go ojciec, wskazując dłonią kierunek, z którego nadlatywał "Hindenburg".
 - Duży - ocenił chłopiec, przykładając dłoń do czoła i robiąc w ten sposób daszek.
Minęło jeszcze kilka chwil, zanim sterowiec zrzucił liny cumownicze. Wystarczająco, aby filmowcy zdążyli rozstawić swoje kamery i zacząć nagrywać lądowanie giganta. Lukas kątem oka spostrzegł, że urządzenia nakrywane są foliami.
 - Będą filmować lądowanie - rzekł podekscytowany. Filmografia, chociaż dopiero co wchodziła do codziennego życia, powoli zyskiwała rzesze zwolenników i pasjonatów. Kto tylko mógł sobie na to pozwolić, kupował kamerę, taśmę i filmował co tylko zapragnie. Chłopiec był już z ojcem kilka razy w kinie i za każdym z tych razów nie mógł się nadziwić, że to co widzi na ekranie nie dzieje się naprawdę w danym momencie.
- Yhm - mruknął Paul na chwilę puszczając dłoń syna i składając parasol. Deszcz ustał, wiedział więc, że lada moment zrzucą cumy. I tak też się stało.
Jednak po chwili mężczyzna wytężył bardziej swój wzrok. Wokół sterowca dało się dostrzec bezbarwny płomień, tworzący coś w rodzaju aureoli. Nie wiedział co to jest, jednak zdawał sobie sprawę, że nie wróży to nic dobrego. W dodatku z środka wydobywały się dźwięki rozpaczy. Podświadomie czuł, że lada moment dojdzie do tragedii.
Paul spojrzał na syna. Lucas nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje i w dalszym ciągu obserwował cumowanie statku, chociaż ludzie stojący dookoła wydawali dźwięki rozpaczy, zdziwienia i niedowierzania.
- Nie patrz - usłyszał nagle głos Paula. Po chwili ojciec odwrócił jego głowę i przycisnął do gładkiego materiału marynarki. W ciemności dał się odprowadzić pod hangar, gdzie byli dużo bezpieczniejsi niż na łące. Straszne sceny zniknęły sprzed jego oczu, nie mógł jednak się odciąć od strasznych dźwięków rozpaczy, dochodzących do jego uszów. Szczególnie zapadł mu w pamięć wrzask małego chłopca, którego matka wyrzuciła z gondoli. O tym, że miał na imię Mike, i że przeżył katastrofę, Lucas dowiedział się dopiero z informacji zamieszczonych w gazetach.
Przez kolejne lata owe dźwięki śniły mu się po nocach powodując, że sny zamieniały się w istne koszmary. Najdłużej wracał do niego krzyk Mike. I chociaż dzięki Paulowi nie widział samej sceny jego zderzenia się z ziemią, to jego wyobraźnia sama sobie ułożyła ten widok."