Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 9 października 2022

1479. 30 minut do szczęścia...

O mamusiu, ależ mam zaległości i w wpisach i w komentarzach, co ja piszę "w komentarzach" - w odwiedzinach na Waszych blogach. A przecież bywały lata, podczas których miałam jeszcze bardziej zafiksowany plan dnia(jak choćby podczas dojeżdżania na studia w Krakowie) i wydaje mi się, że byłam bardziej zorganizowana. No, ale jednocześnie miałam też mniej blogów do ogarnięcia. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że w wolnych chwilach staram się wszystko nadrobić.
Ostatni weekend września, podobnie jak to było przed rokiem, wiązał się dla mnie z wyjazdem na odbywający się na terenie gminy Porąbka "Festiwal Trzech Jezior", podczas którego byłam wolontariuszem. Pochwalę się tutaj, że organizator sam do mnie pisał, czy może liczyć na moją pomoc. Oczywiście, na moją zawsze! Chociażby kosztem niepojechania na GrandPrix tegorocznej Rundy Paralekkoatletycznej. A dodatkowo miałam okazję ponownie zmierzyć się z biegiem na Czupel (najwyższy szczyt Beskidu Małego, ok. 3,5 km. dosyć stromego podejścia pod górę z Międzybrodzia Bialskiego), w którym mogli wziąć udział również wolontariusze.
Jak pamiętacie(a jeżeli nie, to odsyłam Was do >>TEGO<< wpisu), już rok temu miałam okazję zmierzyć się z tym szczytem. I to w dodatku w 31 urodziny. Czas w jakim tego dokonałam był poniżej krytyki(nawet nie zmieściłam się w limicie 90 minut, ale na osłodę medal dostałam), co nie oznacza, że się zniechęciłam. Nawet z poznanym wtedy Bacą zrobiliśmy sobie wyzwanie - ja w tym roku miałam zmieścić się w limicie(czyli pobiec o jakieś 10 minut szybciej), a on miał poprawić swój o 3 minuty. A żeby moje założenie było jeszcze bardziej realne, to kupiliśmy buty do biegania typowo po górach. Paradoks sytuacyjny polegał na tym, że Baca ma góry za oknem i może sobie po nich biegać do woli, ja bardziej trenowałam na płaskim terenie, choć nie ukrywam, że kilkakrotnie wbiegłam na naszą miejską Górkę Gołonowską, na której znajduje się sanktuarium św. Antoniego z Padwy.
W tym roku Czupel Vertical otwierał cały festiwal biegowy. Start, podobnie jak przed rokiem, odbywał się z Placu św. Ambrożego w Międzybrodziu Bialskim. Startowaliśmy według list, co 10 sekund. Wcześniej jednak trzeba było udać się do hotelu, aby odebrać swój pakiet startowy, w skład którego wchodził m.in. numer startowy. A numer startowy - ważna rzecz, bo na nim znajduje się czip z pomiarem czasu. Teraz wystarczyło się przebrać i udać na start. Na Placu dosyć szybko zlokalizowałam Bacę, który też startował. W dodatku nie sam, a ze swoim nowym nabytkiem w inwentarzu, czyli suczką imieniem Pola. Tak się złożyło, że według nazwisk powinniśmy startować po sobie, ale Baca postanowił spróbować wystartować wcześniej, aby po dotarciu na szczyt i zrobieniu swojego czasu, zejść z niego i mnie jakoś supportować, podobnie jak rok temu. Tak też się stało, a mnie miał w biegu wspierać debiutujący Pączuś, oczywiście tak długo, jak zbiegający Baca nie pojawi się na horyzoncie.
Przekrój trasy biegu Czupel Vernical
Mój start rozpoczął się niewiele przed godziną 17:00. Tuż przede mną wystartował Pączuś, który już za pierwszym zakrętem postanowił na mnie czekać. Dalszą trasę, przynajmniej przez pierwsze 1,75 km. pokonywaliśmy razem. Tam gdzie się dało - biegłam, gdzie się nie dało(bo było zbyt stromo) - szybko szłam. Ogólnie wychodziłam z założenia, że warto iść, ale iść do przodu, niż stać. Jedynymi momentami, podczas których mogłam sobie pozwolić na stanie, był łyk wody mineralnej. Ale z drugiej strony picie w ruchu mogłoby się dla mnie różnie skończyć.
Gdzieś po przebiegnięciu niecałej połowy trasy w oddali zamajaczyła nam charakterystyczna sylwetka Poli, a za nią zmierzał Baca. Był on szczerze zaskoczony tym, że dotarliśmy już tak daleko. No fakt, nawet ja czułam różnicę trasy w porównaniu z poprzednim rokiem. Oczywiście w sensie, że przebyłam jej znacznie więcej. Od tego momentu ja pokonywałam trasę w towarzystwie Bacy, a Pączuś - Poli (dalej zastanawiam się kto kogo ciągnął w tym drugim duecie). Po drodze mijaliśmy biegaczy, którzy dobiegli na metę i z medalami na szyjach schodzili w dół.
Wkrótce meta stała się i moim udziałem. A kiedy zobaczyłam charakterystyczne chorągiewki wiedziałam już, że osiągnęłam zamierzony cel. I wcale nie byłam ostatnia - za mną biegł Pączuś(ten człowiek za mną na poniższym zdjęciu to Baca), a za Pączusiem jeszcze jakiś mężczyzna.
Nie znałam swojego dokładnego wyniku, wstępnie jednak wiedziałam, że był całkiem niezły (Baca po drodze kilka razy spojrzał na swój zegarek). Nawet człowiek od pomiaru czasu przyznał, że pobiegłam dużo lepiej, niż w zeszłym roku. Tego, że poprawiłam swój czas o 31 minut(!!!) dowiedziałam się od Bacy na następny dzień. Tak to jest, kiedy człowiek jeszcze korzysta z prehistorycznych telefonów bez dostępu do internetu i innych bajerów - musi polegać na życzliwości innych. Tylko trochę szkoda, że Baca nie poprawił swojego czasu, no ale katarek potrafi pokrzyżować plany niejednemu mężczyźnie.
No i mamy upragniony szczyt/metę!
Na przyszły rok mamy nowe wyzwanie - zejść poniżej 1 godziny.
Nazajutrz stałam na mecie biegu na 25 oraz 46 km., która usytuowana była w Porąbce. Na szczęście organizator zapewnił przyjezdnym wolontariuszom, tak jak rok temu, nocleg w pokojach budynku OSP. Dodatkowo w tym roku dostawaliśmy śniadania, co jeszcze bardziej ułatwiło nam pracę.
Rok temu na metę w Porąbce dojechałam komunikacją podmiejską. Tym razem na miejsce dojechałam z innymi wolontariuszami samochodem. Ponieważ jeszcze mieliśmy trochę czasu do rozpoczęcia działalności strefy mety(nawet medale były zamknięte na cztery spusty), a na zewnątrz było dosyć zimno, schroniłyśmy się z Żoną Fotografa w budynku miejscowego OSiRu. Przynajmniej nie wiało. Po godzinie 9:00 przyszedł kierownik budynku i nie dość, że otworzył nam kanciapę z pudłem z medalami, to jeszcze zabrał nas do pokoju socjalnego, abyśmy mogły sobie zrobić coś ciepłego do picia. 
Ponieważ pierwsi finiszujący biegacze spodziewani byli około godziny 11:30, trzeba było powoli zacząć szykować stanowisko działania. Ja rozkładałam medale na stole(te z czarną tasiemką dla maratonu, z niebieską - dla półmaratonu), pozostali nosili i ustawiali baniaki z wodą do picia. Tymczasem pogoda zaczęła się nieco wypogadzać. Słońce jeszcze nas nie uraczało swoją obecnością, ale słupek temperatury odczuwalnie wznosił się w górę. No i nie padało.
Zgodnie z przewidywaniami pierwsi biegacze pojawili się na mecie około godziny 11:30. Kolejna godzina była jeszcze w miarę spokojna, startujący wbiegali na metę od czasu do czasu. Dopiero w okolicach godziny 12:30 zaczęli się pojawiać bardziej tłumnie, a nawet wbiegać po kilkoro naraz. Trzeba było być przy tym w miarę uważnym i patrzeć na numery startowe, ponieważ ich numer mówił nam, na jakim dystansie biegli.
A żebyście nie myśleli, że na mecie było tak zupełnie nudno, to opowiem Wam anegdotkę. Jeden z punktów odżywczych (na trasie były 3 punkty regeneracyjne, na których biegacze mogli coś zjeść i czegoś się napić) usytuowany był na Górze Żar, oddalonym o ok. 7 km. od mety. Jego koordynatorem  był Baca, który wybrał się na niego z Polą. Tylko że w pewnym momencie ten pies puścił się w pogoń za jakimś biegaczem i wraz z nim dotarł do nas. Patrzymy - biegnie typowo bacowy piec, ale bez właściciela. Dzwonimy więc do Bacy (jak myślicie, kto z ludzi miał jako jedyny do niego numer?) i pytamy się, czy mu czasem pies nie czmychnął. On oczywiście nawet się nie spostrzegł(katarek, nawał biegaczy na punkcie?), ale stwierdził, że faktycznie, nie widzi nigdzie Poli. No, ale pies nie może na mecie tak sobie stać, zwłaszcza że Baca miał go dopiero od trzech tygodni i jeszcze do końca nie wiedział, czego się po nim spodziewać. Poszli więc do obecnych tam strażaków i pożyczyli od nich linkę holowniczą, na którą przywiązali do barierek biedne zwierzę.
Pola :)
Ostatni biegacze dotarli do Porąbki po godzinie 18:00. Po drodze mijali między innymi takie zapierające dech w piersiach widoki.
Po rozdaniu nagród dla najlepszych biegaczy wraz z kierującymi ruchem drogowym podczas biegu wróciłam do budynku OSP.
W niedzielę odbył się ostatni z biegów Trasą Wołowskich Pasterzy, w którym brał udział również Baca. Wraz z Żoną Fotografa pojechałam do Czernichowa, gdzie miałyśmy stać na tamtejszym punkcie odżywczym. Na miejscu już znajdowały się osoby, które tam mieszkały i już zaczęli rozkładać wszystkie rzeczy. Wśród nich była jedna pani, która pamiętała mnie z zeszłorocznej edycji, a w szczególności zapamiętała mój bieg na Czupel. 
Nasz punkt odżywczy w Czernichowie
Tuż obok znajdował się kościół i tak sobie myślę, że gdybyśmy przybyli na miejsce ciut wcześniej, to jeszcze zdążyłabym na Mszę świętą. 
Na punkcie miałam zadanie stać na skrzyżowaniu znajdującym się jakieś 150 metrów wcześniej i informować biegaczy, w którą stronę mają biec. A przy okazji przepuszczałam (albo i nie, w zależności od sytuacji) samochody wyjeżdżające z bocznej ulicy (względnie wjeżdżające w nią). Tutaj poszło w miarę szybko - był to 10 z 17 kilometrów trasy, biegacze na pokonanie całości mieli 4 godziny (od startu o godzinie 9:30 z Placu św. Ambrożego), więc u nas byli w okolicach 11 godziny. Wszyscy minęli ten punkt w ok. 45 minut, po czym mogliśmy dosłownie się zwijać. Przy okazji wyszedł do nas ksiądz z wspomnianego kościoła i przyniósł nam ciepłą herbatę w termosie i szklanki. No, bardziej byśmy się spodziewali "kazania" na temat zakłócania mu Mszy świętej, ale nie, on okazał swoją wyrozumiałość. A nawet ubolewał nad tym, że sam nie mógł wystartować w biegu, a my marzniemy na tym wietrze.
Po zwinięciu punktu wróciliśmy się do Międzybrodzia Bialskiego, gdzie coraz więcej osób kończyło swój bieg. Wśród nich wypatrywałam Bacy, który biegł ten dystans z Polą. A raczej próbował biec, bo to było tak, że Baca w prawo, Pola w lewo, Pola w prawo, Baca w lewo. Myślałam, że padnę ze śmiechu, kiedy to zobaczyłam na naszym punkcie. A mówiłam mu, żeby biegł z nią na smyczy, to się mnie nie słuchało... Na szczęście dobiegli na metę cali i zdrowi. Jedno jest pewne, musi sobie ją wyszkolić.
Dobrze mi było na tej imprezie tworzonej przez prawdziwych pasjonatów górskiego biegania, którzy poniekąd zarazili nim i mnie. Z wieloma wolontariuszami znamy się czy to z poprzedniej edycji festiwalu, czy z Górskiego Biegu Frassatiego, czy też z Biegu Zbója. Z niektórymi nasza znajomość wykracza poza wolontariat. I już nie mogę doczekać się kolejnych jej edycji.
Z Ciastkiem, który sam poprosił mnie do zdjęcia

piątek, 7 października 2022

1478. Jeżeli mamy wspomnienie Matki Bożej Różańcowej, to dowiedzmy się czegoś o kolekcji różańców na Jasnej Górze

Październik to w tradycji katolickiej miesiąc szczególnie poświęcony na modlitwę różańcową. Praktycznie w każdym kościele, a nawet i przy przydrożnych kapliczkach, odprawiane są specjalne nabożeństwa, podczas których jest on odmawiany. I chociaż dla niewierzących może się to wydawać dziwne, a nawet mogą podciągać to wręcz pod jakieś czary-mary czy zabobony, to jednak na ulicach i w kościelnych ławkach nie brakuje wiernych, którzy go odmawiają. 

Także i ja zazwyczaj(nie tylko w miesiącu październiku) mam w kieszeni różaniec, który odmawiam sobie w wolnej chwili. Wiecie co zauważyłam? Że w dzisiejszych czasach nikogo nie dziwi to, że ktoś idzie chodnikiem z nosem w smartfonie, ale jeżeli już trzyma w dłoni różaniec - i owszem. Najbardziej jednak lubię odmawiać różaniec w większej grupie, zwłaszcza jeżeli towarzyszy mu rozważanie tajemnic. Jak się jednak możecie domyślić, nie zawsze jest na to czas. Dlatego tak bardzo cenię sobie to, że różaniec(tak jak i Koronkę do Bożego Miłosierdzia) można też odmówić indywidualnie.

Dzisiaj zaś obchodzone jest w Kościele wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. Tak się zastanawiałam o czym Wam dzisiaj napisać. Aż wreszcie przypomniałam sobie o mini atrykuliku na temat różańców, które są przechowywane w jasnogórskim skarbcu. Mam wrażenie, że doskonale się on wpisuje w tematykę dzisiejszego dnia.

Zrobione z chleba lub drogocennych kamieni - niezwykłe różańce zgromadzone na Jasnej Górze

Miłość wiernych do modlitwy różańcowej jest niekwestionowana. O mocy i zwycięstwie ludzkiego ducha nad ciemnościami zła dzięki tej modlitwie świadczą pozostawione na Jasnej Górze wota. Przypominają też, że różaniec był w rękach papieży, królów, polityków, artystów, przedstawicieli różnych stanów i zawodów oraz ludzi różnych czasów.

Wśród królewskich darów w jasnogórskim skarbku znajduje się m.in. różaniec Stefana Batorego, który został wykonany z jaspisu i złota oraz Jana III Sobieskiego. Uwagę może przyciągać kunsztowne wykonanie różańca królowej Bony, czy też kryształowy różaniec, który ofiarowała żona króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, królowa Eleonora. Tuż obok można zobaczyć wspaniałe różańce różnych dostojników i mężów stanu, które zostały wykonane z kamieni półszlachetnych oraz metali szlachetnych. Historyczną wymowę ma niewątpliwie różaniec należący do Ojca Augustyna Kordeckiego - przeora i obrońcy Jasnej Góry.
W zbiorach nie brakuje także różańców, które zostały ofiarowane przez papieży, jako wyraz więzi Stolicy Apostolskiej z Jasną Górą. Wśród nich znajduje się chociażby różaniec papieża Piusa VI (pontyfikat w latach 1775-1779), różaniec Pawła VI przekazany Sanktuarium za pośrednictwem kardynała Andrzeja Deskura, czy też trzy części różańca Jana Pawła II (jedna z pereł, dwie z bursztynu) złożone przed Cudownym Obrazem po Mszy w czasie trzeciej pielgrzymki do Polski w dniu 13 VI 1987 r.

Szczególną wymowę mają wota złożone przez więźniów politycznych, obozów zagłady oraz miejsc kaźni, którzy w różańcu znajdowali siłę do znoszenia wszelkich udręk i tortur. Obozowe różańce najczęściej zostały wykonane z pestek po owocach, wełny, zwykłego sznurka, a nade wszystko z "najdroższego kruszca", tj. z głodowych racji czarnego chleba. Różańce wykonane z chleba obozowego przekazali więźniowie z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu oraz więźniarki z obozu w Ravensbrucku. Jeden z nich można zobaczyć w jasnogórskim Muzeum 600-lecia.
Jeden z pielgrzymów przekazując jako swoje wotum różaniec wykonany z pestek owoców, złożył następujące świadectwo: "Ofiaruję Matce Bożej Częstochowskiej jako wotum dziękczynne - różaniec z pestek, który od 1900 roku był obroną w rozmaitych niebezpieczeństwach i przewodnikiem życia. Byłem z tym różańcem od 1941 do 1943 na Syberii"(19 X 1950)
Dziesięcioletni mistrz Polski w boksie, Franciszek Szymura, złożył Matce Bożej Jasnogórskiej różaniec, który został zrobiony ze sznurka i przywieziony z obozu jeńców polskich w Brzegu nad Odrą w 1942 r.
Jednym z najbardziej wymownych wotów jest dar byłych więźniów z hitlerowskiego obozu zagłady w Gusen. Kiedy jeden ze schwytanych na modlitwie kapłanów został pobity na śmierć, poruszeni tym współwięźniowie utworzyli tzw. "Żywy Różaniec". Każdy z jego uczestników zobowiązał się codziennie odmawiać jedną cząstkę różańca i zachęcać innych do jego odmawiania. Po powrocie do kraju więźniowie obiecali złożyć na Jasnej Górze wotum dziękczynne w postaci symbolicznego różańca. Więźniowie hiszpańscy, którzy pracowali w grupie robotniczej obróbki kamienia wykonali w 1943 r. kostki granitowe o wielkości 1 cm3. W każdej z nich wywiercono otwór, w który złożono prochy zamordowanych i spalonych w krematoriach więźniów. Następnie zostały one zagipsowane i pomalowane na czarny kolor z białymi kropkami, które imitowały kostki do gry. W ten sposób powstała pierwsza część różańca. Drugą wykonano w podobny sposób z kawałka drewna odłamanego z obozowej szubienicy. W nich również znalazły się prochy więźniów spalonych w krematorium. W 1944 r. po złamaniu się frontu wschodniego i odwrocie wojsk niemieckich, postanowiono wykonać trzecią część różańca. Wykorzystano do tego kawałek plastikowej szyby amerykańskiego samolotu, który został zestrzelony i umieszczając w kostkach prochy bestialsko zamordowanych żołnierzy lotników, którzy nieśli więźniom wolność. Wierni ślubom więźniowie, z zebranych i ocalonych kostek granitowych złożyli pierwszą część radosną różańca. Wykonano nowe ziarenka różańca ze srebra, w których zostały umieszczone kostki, będące zarazem urnami.

Ofiarowane przez pielgrzymów różańce można zobaczyć w Kaplicy Matki Bożej. Są one znakiem nieustannej modlitwy zanoszonej do Boga oraz miłości do Maryi.

źródło: https://stacja7.pl/z-kraju/zrobione-z-chleba-czy-drogocennych-kamieni-niezwykle-rozance-na-jasnej-gorze/?fbclid=IwAR2B5lSJ3TirO00i016lcgnMKp7903hPJIP9yxq97X6uWrIolW1_69na-VE

Czy któryś ze wspomnianych różańców szczególnie Was zaciekawił?

czwartek, 6 października 2022

1477. Trudny czas wyborów

Trzeci semestr pedagogiki jest na Uniwersytecie Śląskim czasem, kiedy student musi zdecydować, jaką ścieżkę uczenia chce obrać. Bo tak naprawdę pierwszy rok obejmował tak jakby zagadnienia wstępne, będące dopiero wstępem do tego, co tak naprawdę nas czeka. I chociaż czasami było ciężko, czasami obejmowało mnie zwątpienie i poczucie bezsilności, to zdawałam sobie sprawę z tego, że potem będzie jeszcze ciężej, ale i ciekawiej. Dlatego kiedy jeszcze przed wakacjami zaliczyłam ostatni niełatwy egzamin z Dydaktyki ogólnej(udało mi się tego dokonać jeszcze przed wolontariatem na Światowym Forum Miejskim), odetchnęłam z prawdziwą ulgą.
Na początku października musieliśmy zdecydować, którą specjalizację chcemy robić - pedagogikę resocjalizacyjną z penitencjarystyką, czy też pedagogikę opiekuńczo - wychowawczą i terapię pedagogiczną. I wiecie co, poczułam się jak fredrowski osiołek, któremu dano w żłób owies i siano - i to kusi, i to nęciło. A przecież dokonany wybór mógł być jeden.
Wizyty studyjne w pierwszym semestrze bynajmniej nie pomogły mi w tym wyborze. A wręcz poprzestawiały mi w głowie. Bo tak naprawdę na pedagogikę poszłam z myślą o podniesieniu swoich kompetencji w zakresie pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej, głównie ze względu na etat na świetlicy środowiskowej, ale też z myślą o ewentualnym ponownym uruchomieniu naszego parafialnego Oratorium(taa, prędzej się kompletnie zestarzeję, niż proboszcz tego dokona). Tymczasem wyjścia studyjne do różnych placówek związanych z resocjalizacją były tak ciekawe, w dodatku zajęcia z pedagogiki resocjalizacyjnej na Naukach o Rodzinie prowadzone były w tak interesujący sposób(nota bene wykładowca dochodził właśnie z Instytutu Pedagogiki), że przez chwilę naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy nie kliknąć na USOSie w opcję "Pedagogika resocjalizacyjna z penitencjalistyką".
Jednak zdrowy rozsądek wziął górę. Patrząc na przedmioty kierunkowe oraz możliwości odbycia praktyk zdecydowałam się na "pedagogikę opiekuńczo-wychowawczą z terapią pedagogiczną". Mam nadzieję, że to był dobry wybór. I że nie będę potem go żałować. Zdaję sobie sprawę, że mogę nie być rewelacyjnym pedagogiem, ale będę się starała być najlepszym na miarę moich możliwości.
Resocjalizacja, chociaż niewątpliwie ciekawa i potrzebna, jest też niesłychanie trudna. Zwłaszcza w odniesieniu do osób przebywających w więzieniu. Jakiś czas temu ukazał się reportaż Dominika Pinkowskiego opisujące jak wygląda resocjalizacja więźniów w polskich więzieniach.

"Resocjalizacja więźniów w Polsce to mit. Jeden z nich odpowiada nam, jak naprawdę wygląda

 - Kwestia resocjalizacji w zakładach karnych jest jak czarna dziura - podobno jest, ale nikt jej nie widział - pisze mężczyzna, który odbył karę więzienia i zdecydował się opowiedzieć nam, jak wygląda pobyt w takim zakładzie i życie po wyjściu. Mężczyzna podaje przykład tworzenia fikcyjnych statystyk zatrudnienia osadzonych w więzieniach.  W wiadomości do Onetu opisał też, jak wygląda jego życie po odbyciu kary, gdy nikt nie chce go zatrudnić, choć jest osobą  wykształconą, ale z dopiskiem "karany". Z kolei kryminolog dr Paweł Moczydłowski uważa, że obecny system sprawia, że z więzień wychodzą osoby, które są jeszcze bardziej zdeterminowane do popełnienia przestępstw. Wszystko przez to, że nie daje się im pracy, spycha na margines i dochodzi do determinizmu społecznego. Przestępstwo staje się wyborem na przetrwanie. A można to wszystko robić zupełnie inaczej - uważa socjolog.

Po publikacji materiału o rosnącej liczbie osób, które trafiają do tymczasowych aresztów, otrzymaliśmy list od mężczyzny, wobec którego zastosowano ten środek, a który został następnie skazany na karę więzienia. W swojej wiadomości opisał, jak wygląda w rzeczywistości resocjalizacja więźniów.
"Człowiek najpierw trafia do aresztu. A tam są cele kilku lub nawet kilkunastoosobowe (16-osobowa cela np. była w areszcie na warszawskim Grochowie). Takich cel w oddziale jest zazwyczaj od kilkunastu do kilkudziesięciu. Niech nawet w jednej będzie po 5-6 osób, to wychodzi, że w oddziale jest ponad 100 osób. Na to są wyznaczeni zazwyczaj dwaj tzw. wychowawcy. Dlaczego tak zwani? Bo tak naprawdę służą tylko do organizacji życia wszystkich w takim oddziale, pisania sprawozdań i odpowiadania na różne uwagi ze stronie tak administracji, jak i osadzonych" - opisuje mężczyzna.
Areszt Śledczy w Warszawie Grochowie w komunikacji z Onetem poinformował, że liczba osadzonych w jednej celi zależy od jej metrażu. Zazwyczaj liczba ta nie przekracza 5-6 osób. Osadzony mężczyzna, z którym rozmawialiśmy, zwrócił jednak uwagę, że były przypadki, gdy z powodu braku miejsc, niektóre sale, np. sportową, tymczasowo przekształcano na celę. Takie sytuacje potwierdził areszt na Grochowie.
"Owszem, buduje się schematy postępowania z każdym osadzonym, ale tylko po to, by mieć tzw. dupochron w razie kontroli. Ci wychowawcy są wspierani przez psychologów, ale oni bardziej służą do rozładowywania konfliktów i jako tzw. wentyl bezpieczeństwa(rodzaj spowiednika, czasem to pomaga") - opisuje dalej osadzony mężczyzna.
Zaznaczyć należy, że na tym etapie trudno jeszcze o proces resocjalizacji. Osoba tymczasowo aresztowana w świetle prawa nie jest winna. - Proces resocjalizacji nie może być stosowany wobec osób aresztowanych, co do których istnienie domniemanie niewinności. One są wobec prawa niewinne. Służba więzienna izoluje ich od społeczeństwa, by zabezpieczyć wymagania prowadzonego śledztwa, i nic więcej. W uproszczeniu można powiedzieć, że świadczy tzw. usługi hotelarskie. Za wszelkie inne czynności, jak na przykład kontakty z rodziną czy ze światem zewnętrznym, odpowiedzialność bierze sąd i prokuratura - mówi w rozmowie z Onetem dr Paweł Moczydłowski. Kryminolog, który w latach 1990-94 był dyrektorem Centralnego Zarządu Zakładów Karnych, dodaje, że jedynie w przypadku, gdy osadzony ma np. problemy z depresją, to umożliwia mu się opiekę psychologiczną.
 - Wszelkie działania wychowawcze, kulturowo-oświatowe, które miały być skierowane na zmianę osoby, byłyby bezprawne. Więzienie jest izolatorium. Tak jest na całym świecie i nie może być inaczej - zauważa kryminolog. - Jest to prawidłowe, bo jak resocjalizować człowieka, o którym nie wiemy, czy w ogóle odpowiada za czyn, który mu się zarzuca - dodaje. Dr Moczydłowski zauważa jednak, że aresztowany od strony ludzkiej jest w gorszej sytuacji, niż skazany.
Osoba, która zostaje prawomocnie skazana, trafia do więzienia, gdzie najpierw lokowana jest w celi przejściowej. - Rozmawia z nią psycholog, wychowawca, a jeśli zajdzie potrzeba, to psychiatra oraz lekarz. Przechodzi wstępne badania. Jej osobowość jest wstępnie rozpoznawana. Zadaje się np. pytanie, czy jest uczestnikiem kultury przestępczej, czy chce być osadzony z osobami "grypsującymi", czy też nie chce mieć nic wspólnego z podkulturą więzienną - tłumaczy w rozmowie z Onetem dr Paweł Moczydłowski.
Na tej podstawie decyduje się, do jakiej celi trafi osadzony. Dla przykładu: jeśli został skazany za czyn pedofilski, to zapada decyzja, że będzie na tzw. ochronkach. Jest to wydzielona część więzienia, gdzie przebywają osoby, które popełniły podobny rodzaj przestępstwa.
Dr Moczydłowski zwraca uwagę, że ocenia się również, czy skazany otwiera się na resocjalizację. W przypadku, gdy jest do niej nastawiony negatywnie, to wykonanie kary pozbawienia wolności odbywa się w trybie zwykłym. - Jeżeli chce wejść w resocjalizację, to stosuje się system programowy. Wtedy wychowawca, a czasem psycholog, z nimi pracują. Realizuje przygotowany dla niego program. 
Mężczyzna, z którym skontaktował się Onet, opisuje więzienną rzeczywistość i resocjalizację w praktyce.
"Resocjalizacja to przystosowanie do powrotu do społeczeństwa. Jednak części osób nie da się resocjalizować (np. wieloletni recydywiści, więzienna grypsera, casus Trynkiewicza, skazani na kilkudziesięcioletnie wyroki lub dożywocie - im na niczym nie zależy). A jednak są przetrzymywani w tym samym obiekcie i stykają się z tymi, co mają szansę na normalne życie" - pisze.
"Wszyscy otrzymują plan postępowania, który winno się realizować, a pół roku przed wyjściem(zgodnie z kodeksem) powinno się przygotować więźnia do wyjścia. Robi się to tak, że zbiera się takich więźniów, organizuje im się spotkanie np. z pracownikami MOPS i sprawa zakończona. Nic innego się nie robi (chociaż sprawozdania są bardzo obszerne). Ja np. dowiedziałem się, że pomoc może mi zapewnić kurator sądowy (nie miałem obowiązku się z nim spotkać, bo przecież odsiedziałem całą karę). Wybiegając naprzód, poszedłem do niego i nie załatwiłem nic - pieniędzy na pomoc nie mają, mogą mi dać bony na żywność do sklepu, ale nie teraz, bo skończył im się budżet i może będzie coś w następnym kwartale. Finalnie i tak niczego nie dostałem" - opisuje mężczyzna.
"Co może robić więzienie w celu resocjalizacji? Tak naprawdę nic. Może wychowawca lub psycholog brać na rozmowy, zapytać się, co słychać, jak się czuje, czy w celi jest spokój itp. Ale ja przecież nie poddaję się resocjalizacji, bo nie jestem negatywnie nastawiony do mojego czynu!!! A jak mam się nastawić, skoro uważam się za niewinnego, wmanewrowanego w całą sytuację?".
"Na żadnym etapie moich wystąpień o warunkowe przedterminowe zwolnienie nie mam poparcia ze strony dyrekcji więzienia (bo przecież się nie przyznaję [do winy - red.]). Pracy nie ma, no bo co miałby robić w więzieniu człowiek z wykształceniem wyższym (ekonomia), zawodowy finansista z tytułem MBA i kilkoma studiami podyplomowymi. Na ostatnie dwa miesiące dostałem do sprzątania kaplicę więzienną :) Raz w tygodniu, albo raz na dwa tygodnie. Poza tym nic się nie dzieje. I tak ma większość więźniów. Jedynie niektórzy, zazwyczaj z najdłuższymi wyrokami, są traktowani jako więźniowie funkcyjni, do kuchni, łaźni, radiowęzła, sprzątania korytarzy, magazynu lub roznoszenia posiłków. Ale ilu takich może być? Dwudziestu, trzydziestu?" - opisuje.
Mężczyzna w swojej wiadomości podaje również przykład, jak w więzieniu zawyża się statystyki zatrudnienia. "W jednym z zakładów postanowiono ten procent znacznie powiększyć, więc zlecono więźniom wykonywanie kopert. W tym celu każdy dostał 2-3 arkusze szarego papieru, szablon koperty z drewna, ołówek, klej biurowy i tępe nożyczki. Tygodniowa norma na więźnia to było 10 kopert!!! I tak przekazywano cały zestaw jeden drugiemu, i w ten sposób większość (bo nie wszystkim chciało się robić) więźniów była zatrudniona. I można było wystawać piersi pod ordery lub nagrody za realizację planów resocjalizacji" - opisuje.
 - Aktualnie osadzeni zatrudniani są niemal we wszystkich dostępnych formach i rodzajach wykonywania pracy. Wykonują oni prace odpłatnie zarówno na rzecz kontrahentów pozawięziennych, jednostek organizacyjnych Służby Więziennych, przywięziennych zakładów pracy, jak i nieodpłatne na cele społeczne oraz w jednostkach penitencjarnych - odpowiada Służba Więzienna. Jakiego rodzaju to są zajęcia? - Od prostych prac związanych np. ze sprzątaniem terenów zielonych do wysokospecjalistycznych, np. obsługi maszyn sterowanych numerycznie w technologii CNC. Część skazanych wykonuje prace porządkowe np. na rzecz instytucji samorządowych. Są osadzeni, którzy zajmują się wykonywaniem określonych prac związanych z produkcją, którą prowadzi kontrahent, np. wykonują elementy mebli tapicerowanych itp. - informuje SW.
W ocenie socjologa Pawła Moczydłowskiego "zabójcze" dla procesu resocjalizacji jest przeludnienie. - Zagęszczenie ponad miarę osób na małej powierzchni skutkuje dwoma typami reakcji. Jeden to depresja, czyli taka osoba wycofuje się z aktywnego uczestnictwa w grupie, podporządkowuje się innym, daje się innym zdominować i wykorzystać. Drugi typ to agresja psychopatyczna. Rozpychanie się w grupie i narzucanie pozostałym swojej woli. Między tymi, którzy się wycofują, a tymi, którzy dominują, tworzy się przestrzeń społecznego zróżnicowania, swoista hierarchia dziobania. Czyli początek "drugiego życia", podkultury więziennej, kodeksu praw obowiązujących w społeczności więziennej, powstania struktury władzy zarządzającej światem więzienia. Tworzą się typowe dla każdej zorganizowanej grupy społecznej normy, sankcji, struktura władzy - wyjaśnia socjolog. Jego zdaniem jest to zaprzeczenie tego, czego oczekuje się od więzienia-systemu resocjalizacji.
W przeciwdziałaniu takiemu procesowi nie pomaga również mała liczba funkcjonariuszy.
 - Podkulturę, która się tam wytwarza, zostawia się samą sobie. Funkcjonariusze nie wchodzą w relacje powstające w społeczności więziennej i nie są w stanie implementować oficjalnego prawa. Nie są w stanie chronić ofiar agresji. Nie są w stanie wchodzić w konflikty i ich rozsądzać. W ten sposób służba więzienna zostaje wypchnięta z możliwości realizacji kodeksowych zadań. Jest to system, który desocjalizuje ludzi. Wypuszcza gorszych, niż do niego przyszli - ocenia Moczydłowski.
W polskich więzieniach na koniec czerwca 2019 roku przebywało 74,5 tys. osób. Tymczasowo aresztowanych było ponad 8 tys. osób. Według statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości opublikowanego w listopadzie 2018 roku, wskaźnik powracania do przestępstwa w 2016 roku wyniósł 38,9 proc. W latach 2011-2015 wartość ta wynosiła 40,1 proc.
 - Zawężają (władze - red.) perspektywę patrzenia na problem. Mówią, że to bandyci, którzy nie dają się resocjalizować i w związku z tym nie będziemy tego robić. Będziemy ich represyjnie traktować. Dopuszcza się do przeludnienia więzień. Kończą swoją karę i wychodzą na zewnątrz, gdzie jest już ustawione przeciw nim społeczeństwo. Oni nie są dla nich zresocjalizowani, są bandytami. Nie daje się im pracy, spycha na margines i dochodzi do specyficznego determinizmu społecznego. Przestępstwo staje się "koniecznym" sposobem na przetrwanie - uważa dr Moczydłowski.
Socjolog dodaje, że w ten sposób tworzy się pewnego rodzaju zamknięte koło. - My z nimi wojujemy. Wrzucamy do kryminału, a oni wychodzą jeszcze lepiej do przemocy przygotowani. Produkuje to jeszcze innych bandytów, więc wołamy o jeszcze ostrzejsze środki, większą represję i tworzy się krąg przemocy, którą obecnie inicjuje państwo - wyjaśnia.
Jego zdaniem, stosując tak represyjną politykę kryminalną napuszczającą społeczeństwo na opuszczających więzienia, nie rozwiązuje się problemu, a nasila społeczną wojnę z przestępczością. - Przemoc działa przez moment. Ludzie się przestraszą, ale za chwilę zaadaptują do tej ilości przemocy. I staje się za chwilę czymś zwyczajnym. "Uzwyczajniamy" przemoc i doprowadzamy do wzrostu chamstwa w społeczeństwie. Wówczas, żeby coś było odbierane jako kara, musi być mocniejsze - uważa. Dodaje, że chory system więzienny jest zagrożeniem dla jakości życia społecznego.
Mężczyzna, z którym rozmawiał Onet, a który odbył karę więzienia, w momencie wyjścia z zakładu karnego otrzymał leki na cukrzycę, które starczały mu na trzy dni. Choroba rozwinęła się u niego w więzieniu. Otrzymał również pieniądze, które udało mu się odłożyć z tego, co podczas odbywania kary wysyłała mu jego 88-letnia matka.
"Dalej sobie radź. A jak byłem w więzieniu, to życie nie czekało - wypowiedziano mi wszystkie umowy kredytowe, straciłem jedno mieszkanie (zaraz pewnie drugie, bo bank Dojnej Zmiany już wystąpił z egzekucją; nieważne jest to, że nie spłaciłem, bo byłem w więzieniu), nie mam pracy, wszyscy mnie unikają, a nie ma żadnej instytucji, która mogłaby naprawdę pomóc, a nie tylko mówić o wsparciu. Nie mam prawnika, który pomógłby mi (za darmo) rozplątać te wszystkie problemy, obronić się choćby przez rok czy dwa przed komornikiem, ułatwił znalezienie pracy, odzyskanie praw do syna, etc. A ja jestem przecież wykształconym człowiekiem... Co mają powiedzieć ci, którzy są po szkole podstawowej? Fakt, ich do łopaty bez pytania o przeszłość weźmie każdy, ale mnie? Przecież nie nadaję się do pracy fizycznej, a inne zawody są dla mnie zablokowane, bo byłem karany. Kwadratura koła. Nawet dofinansowania unijnego do szkolenia nie mogę dostać, bo tam potrzebna jest zdolność kredytowa (po więzieniu!!!), zaświadczenie o niekaralności (sic!!!!) i/lub poręczenie innych osób. Życzę powodzenia w takiej sytuacji" - opisuje swoją obecną sytuację mężczyzna. Skazany wskazuje też na zmiany, które pomogłyby osobom w podobnej sytuacji: "Prawdziwa resocjalizacja to zatrudnienie w czasie odsiadki, w możliwie podobnym zawodzie, zarabianie (choćby niewielkie), praca psychologiczna i, może też duchowa, zablokowanie możliwości wypowiedzenia i egzekucji wierzytelności. Pod koniec odsiadywania zorganizowanie więźniowi pomocy zaraz po wyjściu (kurator, trochę grosza jak nie ma, żywność) pomoc w przetrwaniu pierwszych 2-3 miesięcy na wolności, zorganizowanie pracy i darmowej pomocy prawnej przy powrocie do normalności. Tego nie ma - adresy MOPS i kuratora znajdzie się i bez ich pomocy, a co z całą resztą?" - pisze.
 - To tylko jeden z przykładów, jakie można przywoływać na to, jak utrąca się możliwości i spycha się w determizm społeczny. Problemem nie jest kontynuowanie kary po wyjściu z więzienia, lecz zreintegrowanie ze społeczeństwem. Żeby skazany, wychodząc z więzienia, miał możliwość podjęcia aktywności zawodowej, żeby był z życia w miarę zadowolonym i mógł utrzymać się w życiu społecznym bez przestępstwa - zwraca uwagę dr Moczydłowski. - Co on ma zrobić? Ma wszędzie długi. Od czasu do czasu, jak policja dowie się, że ktoś coś ukradł, to przyjeżdża do niego z pytaniem, gdzie był, a przy okazji pokazuje się wszystkim na około, że jest przestępcą. Wytwarza się niecki społeczne zmarginalizowanych ludzi - dodaje.
Wśród krajów, które najlepiej radzą sobie z resocjalizacją więźniów, można wymienić m.in. kraje skandynawskie. - Oni uprawiają politykę karną produkującą pokój. Starają się stosować represji nie więcej niż trzeba, a to, co i trzeba to jest w specjalny sposób wykonywane. Mają najniższe wskaźniki przestępczości na świecie - mówi dr Moczydłowski.
Socjolog zauważa, że choć w Polsce spada wskaźnik przestępczości, to rośnie liczba więźniów. Jednocześnie zamyka się więźnia, co tworzy problem przeludnienia, czego efektem jest to, że na wolność wychodzą jeszcze bardziej zdesocjalizowani. Odpowiedzią na to jest wołanie o jeszcze większe represje wobec bandytyzmu. - To jakiś patologiczny, "klozetowy" sposób myślenia - myśli się, że produkowane przez nas "gówna" lecą w inny układ słoneczny.
Dr Moczydłowski przywołuje przykłady Belgi, Holandii, Niemiec i Norwegii, które zamykają więzienia, a w sytuacjach awaryjnych kierują swoich skazanych na karę pozbawienia wolności do jej odbywania w krajach sąsiednich. Moczydłowski przywołuje przykład Norwegii, która rezygnuje z budynków więziennych i skazani odbywają karę w Holandii.
Kara więzienia w wyżej wspomnianych krajach traktowana jest jako spóźniona reakcja systemu socjalnego na patologie społeczne. - Oni rozwijają politykę społeczną, a interwencja społeczna jest dużo wcześniejsza - mówi Moczydłowski. Dodaje też, że w Polsce nie tworzy się instytucji, które pozwalają rozwiązać problemy społeczne generujące przestępczość już wcześniej. - Daleko nam jeszcze do racjonalnego rozwiązywania problemów społecznych, a chyba nawet uwsteczniamy się - podsumowuje.


Niestety, jednak nie widzę siebie w takiej roli. 
Trzymajcie się ciepło!

środa, 5 października 2022

1476. Kto wiatr sieje, zbiera burzę

 - Jaki on jest?
 - Kto?
 - Ten twój błogosławiony Ksiądz.
 - L? Wymagający, ale ludzki.

No przecież nie będę straszyć koleżanki z młodszego rocznika wykładowcą, który zalicza się do postrachu uczelni. Nie jestem starościną naszego kierunku(Nauki o Rodzinie), która nieustannie tak robi. W jej ocenie(studiowała wcześniej na Wydziale teologię) wszyscy wykładowcy albo są typowymi rzeźnikami, albo mają jakieś inne niesprawdzone cechy. Mam nadzieję, że chce nas nastraszyć. 
Tak było np. z porannym wykładowcą. Miał być taki straszny i nieprzystępny i w ogóle. Bo ona nasłuchała się o nim od innych. Tymczasem, wbrew temu co ona mówiła, ani nie wymaga 100% frekwencji na wykładach, już teraz dał nam tezy do egzaminu, no i udało mi się załatwić wstępnie zamianę formy egzaminu z pisemnej na ustną ze względu na niepełnosprawność(papierek z Biura Studentów Niepełnosprawnych dostanie niebawem). Tylko sobie nie myślcie, że mam z tego powodu jakieś fory, bo muszę umieć tyle samo co inni. No, jest wymagający, to fakt, ale może to i dobrze. W każdym razie mnie to nie przeszkadza. 
Z tą nieobowiązkową 100% frekwencją na zajęciach jest o tyle dla mnie dobrze, że Cywilne prawo rodzinne i kanoniczne prawo małżeńskie pokrywa(nauki o rodzinie) mi się z kolejnymi wizytami studyjnymi w ramach pedagogiki. Chcę z nich jak najszybciej "zejść", bo od listopada po wykładzie z Cywilnego prawa wchodzą mi ćwiczenia z tego samego przedmiotu, a one już są obowiązkowe. Podejrzewam, że będzie dozwolona jedna nieobecność, ale to ciut za mało.
Mimo wszystko jestem pełna optymizmu, że uda mi się zaliczyć i jedno i drugie. Tak też staram się podchodzić do wykładowców - z pełnym kredytem zaufania i nadziei. Że będą właśnie ludzcy, że zrozumieją moją sytuację, że będą chcieli w ogóle mnie zrozumieć w sensie co do nich mówią. Niech będą wymagający, ale niech też to idzie w parze z wyrozumiałością(której nie należy mylić z pobłażliwością, czy też litowaniem się). I tak też chcę ich przedstawiać innym. Nie straszyć, że będzie nie wiadomo jaka rzeź niewiniątek, tylko przyznać, że będzie ciężko(my też mamy z Księdzem, który zostanie błogosławiony w tym semestrze zajęcia[a ja dodatkowo załapałam się do jego zespołu na projekt badawczy] i już pozadawał nam masę rzeczy do przygotowania/opracowania), ale i dodać otuchy, powiedzieć o danej osobie coś pozytywnego, wyeksponować jego cechę charakteru, która być może postawi ją w dobrym świetle. Wiadomo, że czasami ktoś tak nam wejdzie za skórę, że po prostu nie jesteśmy w stanie tego zrobić(moja anglistka z AWFu pewnie ma masę pozytywnych cech, ale przez numer, jaki mi wywinęła nie potrafię ich dojrzeć), ale może wtedy warto po prostu powstrzymać się od komentarza na temat tej osoby, zwłaszcza jeżeli nasz rozmówca będzie z nią jakoś powiązany. Bo przecież - kto wiatr sieje, zbiera burzę.

Trzymajcie się ciepło

sobota, 1 października 2022

1475. Pasja życia

Książka do psychopatologii leżąca na moim miejscu do nauki przypomina mi, że już za parę dni rozpocznie się kolejny rok akademicki. Wakacje poświęciłam na zrobienie sobie z niej skryptu. Wszak potem mogę mieć problem z przebrnięciem przez ponad 700-stronicowe tomisko. A to przecież tylko jedna z lektur obowiązkowych czekających na mnie w zbliżającym się semestrze. Na szczęście nie jest to moje pierwsze zderzenie z tą książką - we fragmentach czytałam ją już podczas studiów w Krakowie. Wtedy była dla mnie ledwie do przebrnięcia. Dlatego teraz postanowiłam iść na łatwiznę i samemu ją opracować. I chociaż trudno mi znaleźć na to tyle czasu ile bym chciała(w ten weekend pomagam przy organizacji Silesii Maratony - najpierw w biurze zawodów, a jutro od 5:30 na depozycie), to jednak posuwam się w moim zamierzeniu. 
Zresztą w wakacje postarałam się o uzupełnienie moich notatek z wykładów o brakujące czy też interesujące informacje. Nie wiem, może i jestem dziwna, niedzisiejsza etc., ale chcę się na tych studiach czegoś nauczyć, coś z nich wynieść, tak po prostu. I może dla kogoś wydawać się, że co to są takie Nauki o Rodzinie, czy też Pedagogika. Może dla kogoś to nic nie znaczące studia, dla mnie to jednak pasja i multum informacji, które już dzisiaj wykorzystuję w pracy w świetlicy środowiskowej. A co to jest pasja życia? Pozwólcie, że odpowiem Wam niedawno ułożonym wierszem:

Pasja życia
I chociaż będą mówić,
że to, co robisz 
jest zupełnie bezsensu.
I chociaż będą cię omijać
bardzo szerokim łukiem
zdając się nie zauważać.
Rób to!
To nie oni mają mieć satysfakcję
ze swojej ignorancji.
Ale Ty, z tego co lubisz robić
najbardziej w wolnym czasie.
To Twoja pasja życia,
pielęgnuj ją - 
bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi.

Miejmy pasję życia, ale nie zapominajmy też chwalić i wspierać innych w ich pasjach życia. I tu nie chodzi o początkowy zachwyt nad czyjąś osobistością, a potem odstawieniem jej do kąta. Raczej o okazanie od czasu do czasu wsparcia, pocieszenie, doradzenie, a jak trzeba to i opierniczenie. 

Pozdrawiam Was ciepło, chociaż za oknem plucha.