Trzeci semestr pedagogiki jest na Uniwersytecie Śląskim czasem, kiedy student musi zdecydować, jaką ścieżkę uczenia chce obrać. Bo tak naprawdę pierwszy rok obejmował tak jakby zagadnienia wstępne, będące dopiero wstępem do tego, co tak naprawdę nas czeka. I chociaż czasami było ciężko, czasami obejmowało mnie zwątpienie i poczucie bezsilności, to zdawałam sobie sprawę z tego, że potem będzie jeszcze ciężej, ale i ciekawiej. Dlatego kiedy jeszcze przed wakacjami zaliczyłam ostatni niełatwy egzamin z Dydaktyki ogólnej(udało mi się tego dokonać jeszcze przed wolontariatem na Światowym Forum Miejskim), odetchnęłam z prawdziwą ulgą.
Na początku października musieliśmy zdecydować, którą specjalizację chcemy robić - pedagogikę resocjalizacyjną z penitencjarystyką, czy też pedagogikę opiekuńczo - wychowawczą i terapię pedagogiczną. I wiecie co, poczułam się jak fredrowski osiołek, któremu dano w żłób owies i siano - i to kusi, i to nęciło. A przecież dokonany wybór mógł być jeden.
Wizyty studyjne w pierwszym semestrze bynajmniej nie pomogły mi w tym wyborze. A wręcz poprzestawiały mi w głowie. Bo tak naprawdę na pedagogikę poszłam z myślą o podniesieniu swoich kompetencji w zakresie pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej, głównie ze względu na etat na świetlicy środowiskowej, ale też z myślą o ewentualnym ponownym uruchomieniu naszego parafialnego Oratorium(taa, prędzej się kompletnie zestarzeję, niż proboszcz tego dokona). Tymczasem wyjścia studyjne do różnych placówek związanych z resocjalizacją były tak ciekawe, w dodatku zajęcia z pedagogiki resocjalizacyjnej na Naukach o Rodzinie prowadzone były w tak interesujący sposób(nota bene wykładowca dochodził właśnie z Instytutu Pedagogiki), że przez chwilę naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy nie kliknąć na USOSie w opcję "Pedagogika resocjalizacyjna z penitencjalistyką".
Jednak zdrowy rozsądek wziął górę. Patrząc na przedmioty kierunkowe oraz możliwości odbycia praktyk zdecydowałam się na "pedagogikę opiekuńczo-wychowawczą z terapią pedagogiczną". Mam nadzieję, że to był dobry wybór. I że nie będę potem go żałować. Zdaję sobie sprawę, że mogę nie być rewelacyjnym pedagogiem, ale będę się starała być najlepszym na miarę moich możliwości.
Resocjalizacja, chociaż niewątpliwie ciekawa i potrzebna, jest też niesłychanie trudna. Zwłaszcza w odniesieniu do osób przebywających w więzieniu. Jakiś czas temu ukazał się reportaż Dominika Pinkowskiego opisujące jak wygląda resocjalizacja więźniów w polskich więzieniach.
"Resocjalizacja więźniów w Polsce to mit. Jeden z nich odpowiada nam, jak naprawdę wygląda
- Kwestia resocjalizacji w zakładach karnych jest jak czarna dziura - podobno jest, ale nikt jej nie widział - pisze mężczyzna, który odbył karę więzienia i zdecydował się opowiedzieć nam, jak wygląda pobyt w takim zakładzie i życie po wyjściu. Mężczyzna podaje przykład tworzenia fikcyjnych statystyk zatrudnienia osadzonych w więzieniach. W wiadomości do Onetu opisał też, jak wygląda jego życie po odbyciu kary, gdy nikt nie chce go zatrudnić, choć jest osobą wykształconą, ale z dopiskiem "karany". Z kolei kryminolog dr Paweł Moczydłowski uważa, że obecny system sprawia, że z więzień wychodzą osoby, które są jeszcze bardziej zdeterminowane do popełnienia przestępstw. Wszystko przez to, że nie daje się im pracy, spycha na margines i dochodzi do determinizmu społecznego. Przestępstwo staje się wyborem na przetrwanie. A można to wszystko robić zupełnie inaczej - uważa socjolog.
Po publikacji materiału o rosnącej liczbie osób, które trafiają do tymczasowych aresztów, otrzymaliśmy list od mężczyzny, wobec którego zastosowano ten środek, a który został następnie skazany na karę więzienia. W swojej wiadomości opisał, jak wygląda w rzeczywistości resocjalizacja więźniów.
"Człowiek najpierw trafia do aresztu. A tam są cele kilku lub nawet kilkunastoosobowe (16-osobowa cela np. była w areszcie na warszawskim Grochowie). Takich cel w oddziale jest zazwyczaj od kilkunastu do kilkudziesięciu. Niech nawet w jednej będzie po 5-6 osób, to wychodzi, że w oddziale jest ponad 100 osób. Na to są wyznaczeni zazwyczaj dwaj tzw. wychowawcy. Dlaczego tak zwani? Bo tak naprawdę służą tylko do organizacji życia wszystkich w takim oddziale, pisania sprawozdań i odpowiadania na różne uwagi ze stronie tak administracji, jak i osadzonych" - opisuje mężczyzna.
Areszt Śledczy w Warszawie Grochowie w komunikacji z Onetem poinformował, że liczba osadzonych w jednej celi zależy od jej metrażu. Zazwyczaj liczba ta nie przekracza 5-6 osób. Osadzony mężczyzna, z którym rozmawialiśmy, zwrócił jednak uwagę, że były przypadki, gdy z powodu braku miejsc, niektóre sale, np. sportową, tymczasowo przekształcano na celę. Takie sytuacje potwierdził areszt na Grochowie.
"Owszem, buduje się schematy postępowania z każdym osadzonym, ale tylko po to, by mieć tzw. dupochron w razie kontroli. Ci wychowawcy są wspierani przez psychologów, ale oni bardziej służą do rozładowywania konfliktów i jako tzw. wentyl bezpieczeństwa(rodzaj spowiednika, czasem to pomaga") - opisuje dalej osadzony mężczyzna.
Zaznaczyć należy, że na tym etapie trudno jeszcze o proces resocjalizacji. Osoba tymczasowo aresztowana w świetle prawa nie jest winna. - Proces resocjalizacji nie może być stosowany wobec osób aresztowanych, co do których istnienie domniemanie niewinności. One są wobec prawa niewinne. Służba więzienna izoluje ich od społeczeństwa, by zabezpieczyć wymagania prowadzonego śledztwa, i nic więcej. W uproszczeniu można powiedzieć, że świadczy tzw. usługi hotelarskie. Za wszelkie inne czynności, jak na przykład kontakty z rodziną czy ze światem zewnętrznym, odpowiedzialność bierze sąd i prokuratura - mówi w rozmowie z Onetem dr Paweł Moczydłowski. Kryminolog, który w latach 1990-94 był dyrektorem Centralnego Zarządu Zakładów Karnych, dodaje, że jedynie w przypadku, gdy osadzony ma np. problemy z depresją, to umożliwia mu się opiekę psychologiczną.
- Wszelkie działania wychowawcze, kulturowo-oświatowe, które miały być skierowane na zmianę osoby, byłyby bezprawne. Więzienie jest izolatorium. Tak jest na całym świecie i nie może być inaczej - zauważa kryminolog. - Jest to prawidłowe, bo jak resocjalizować człowieka, o którym nie wiemy, czy w ogóle odpowiada za czyn, który mu się zarzuca - dodaje. Dr Moczydłowski zauważa jednak, że aresztowany od strony ludzkiej jest w gorszej sytuacji, niż skazany.
Osoba, która zostaje prawomocnie skazana, trafia do więzienia, gdzie najpierw lokowana jest w celi przejściowej. - Rozmawia z nią psycholog, wychowawca, a jeśli zajdzie potrzeba, to psychiatra oraz lekarz. Przechodzi wstępne badania. Jej osobowość jest wstępnie rozpoznawana. Zadaje się np. pytanie, czy jest uczestnikiem kultury przestępczej, czy chce być osadzony z osobami "grypsującymi", czy też nie chce mieć nic wspólnego z podkulturą więzienną - tłumaczy w rozmowie z Onetem dr Paweł Moczydłowski.
Na tej podstawie decyduje się, do jakiej celi trafi osadzony. Dla przykładu: jeśli został skazany za czyn pedofilski, to zapada decyzja, że będzie na tzw. ochronkach. Jest to wydzielona część więzienia, gdzie przebywają osoby, które popełniły podobny rodzaj przestępstwa.
Dr Moczydłowski zwraca uwagę, że ocenia się również, czy skazany otwiera się na resocjalizację. W przypadku, gdy jest do niej nastawiony negatywnie, to wykonanie kary pozbawienia wolności odbywa się w trybie zwykłym. - Jeżeli chce wejść w resocjalizację, to stosuje się system programowy. Wtedy wychowawca, a czasem psycholog, z nimi pracują. Realizuje przygotowany dla niego program.
Mężczyzna, z którym skontaktował się Onet, opisuje więzienną rzeczywistość i resocjalizację w praktyce.
"Resocjalizacja to przystosowanie do powrotu do społeczeństwa. Jednak części osób nie da się resocjalizować (np. wieloletni recydywiści, więzienna grypsera, casus Trynkiewicza, skazani na kilkudziesięcioletnie wyroki lub dożywocie - im na niczym nie zależy). A jednak są przetrzymywani w tym samym obiekcie i stykają się z tymi, co mają szansę na normalne życie" - pisze.
"Wszyscy otrzymują plan postępowania, który winno się realizować, a pół roku przed wyjściem(zgodnie z kodeksem) powinno się przygotować więźnia do wyjścia. Robi się to tak, że zbiera się takich więźniów, organizuje im się spotkanie np. z pracownikami MOPS i sprawa zakończona. Nic innego się nie robi (chociaż sprawozdania są bardzo obszerne). Ja np. dowiedziałem się, że pomoc może mi zapewnić kurator sądowy (nie miałem obowiązku się z nim spotkać, bo przecież odsiedziałem całą karę). Wybiegając naprzód, poszedłem do niego i nie załatwiłem nic - pieniędzy na pomoc nie mają, mogą mi dać bony na żywność do sklepu, ale nie teraz, bo skończył im się budżet i może będzie coś w następnym kwartale. Finalnie i tak niczego nie dostałem" - opisuje mężczyzna.
"Co może robić więzienie w celu resocjalizacji? Tak naprawdę nic. Może wychowawca lub psycholog brać na rozmowy, zapytać się, co słychać, jak się czuje, czy w celi jest spokój itp. Ale ja przecież nie poddaję się resocjalizacji, bo nie jestem negatywnie nastawiony do mojego czynu!!! A jak mam się nastawić, skoro uważam się za niewinnego, wmanewrowanego w całą sytuację?".
"Na żadnym etapie moich wystąpień o warunkowe przedterminowe zwolnienie nie mam poparcia ze strony dyrekcji więzienia (bo przecież się nie przyznaję [do winy - red.]). Pracy nie ma, no bo co miałby robić w więzieniu człowiek z wykształceniem wyższym (ekonomia), zawodowy finansista z tytułem MBA i kilkoma studiami podyplomowymi. Na ostatnie dwa miesiące dostałem do sprzątania kaplicę więzienną :) Raz w tygodniu, albo raz na dwa tygodnie. Poza tym nic się nie dzieje. I tak ma większość więźniów. Jedynie niektórzy, zazwyczaj z najdłuższymi wyrokami, są traktowani jako więźniowie funkcyjni, do kuchni, łaźni, radiowęzła, sprzątania korytarzy, magazynu lub roznoszenia posiłków. Ale ilu takich może być? Dwudziestu, trzydziestu?" - opisuje.
Mężczyzna w swojej wiadomości podaje również przykład, jak w więzieniu zawyża się statystyki zatrudnienia. "W jednym z zakładów postanowiono ten procent znacznie powiększyć, więc zlecono więźniom wykonywanie kopert. W tym celu każdy dostał 2-3 arkusze szarego papieru, szablon koperty z drewna, ołówek, klej biurowy i tępe nożyczki. Tygodniowa norma na więźnia to było 10 kopert!!! I tak przekazywano cały zestaw jeden drugiemu, i w ten sposób większość (bo nie wszystkim chciało się robić) więźniów była zatrudniona. I można było wystawać piersi pod ordery lub nagrody za realizację planów resocjalizacji" - opisuje.
- Aktualnie osadzeni zatrudniani są niemal we wszystkich dostępnych formach i rodzajach wykonywania pracy. Wykonują oni prace odpłatnie zarówno na rzecz kontrahentów pozawięziennych, jednostek organizacyjnych Służby Więziennych, przywięziennych zakładów pracy, jak i nieodpłatne na cele społeczne oraz w jednostkach penitencjarnych - odpowiada Służba Więzienna. Jakiego rodzaju to są zajęcia? - Od prostych prac związanych np. ze sprzątaniem terenów zielonych do wysokospecjalistycznych, np. obsługi maszyn sterowanych numerycznie w technologii CNC. Część skazanych wykonuje prace porządkowe np. na rzecz instytucji samorządowych. Są osadzeni, którzy zajmują się wykonywaniem określonych prac związanych z produkcją, którą prowadzi kontrahent, np. wykonują elementy mebli tapicerowanych itp. - informuje SW.
W ocenie socjologa Pawła Moczydłowskiego "zabójcze" dla procesu resocjalizacji jest przeludnienie. - Zagęszczenie ponad miarę osób na małej powierzchni skutkuje dwoma typami reakcji. Jeden to depresja, czyli taka osoba wycofuje się z aktywnego uczestnictwa w grupie, podporządkowuje się innym, daje się innym zdominować i wykorzystać. Drugi typ to agresja psychopatyczna. Rozpychanie się w grupie i narzucanie pozostałym swojej woli. Między tymi, którzy się wycofują, a tymi, którzy dominują, tworzy się przestrzeń społecznego zróżnicowania, swoista hierarchia dziobania. Czyli początek "drugiego życia", podkultury więziennej, kodeksu praw obowiązujących w społeczności więziennej, powstania struktury władzy zarządzającej światem więzienia. Tworzą się typowe dla każdej zorganizowanej grupy społecznej normy, sankcji, struktura władzy - wyjaśnia socjolog. Jego zdaniem jest to zaprzeczenie tego, czego oczekuje się od więzienia-systemu resocjalizacji.
W przeciwdziałaniu takiemu procesowi nie pomaga również mała liczba funkcjonariuszy.
- Podkulturę, która się tam wytwarza, zostawia się samą sobie. Funkcjonariusze nie wchodzą w relacje powstające w społeczności więziennej i nie są w stanie implementować oficjalnego prawa. Nie są w stanie chronić ofiar agresji. Nie są w stanie wchodzić w konflikty i ich rozsądzać. W ten sposób służba więzienna zostaje wypchnięta z możliwości realizacji kodeksowych zadań. Jest to system, który desocjalizuje ludzi. Wypuszcza gorszych, niż do niego przyszli - ocenia Moczydłowski.
W polskich więzieniach na koniec czerwca 2019 roku przebywało 74,5 tys. osób. Tymczasowo aresztowanych było ponad 8 tys. osób. Według statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości opublikowanego w
listopadzie 2018 roku, wskaźnik powracania do przestępstwa w 2016 roku wyniósł 38,9 proc. W latach 2011-2015 wartość ta wynosiła 40,1 proc.
- Zawężają (władze - red.) perspektywę patrzenia na problem. Mówią, że to bandyci, którzy nie dają się resocjalizować i w związku z tym nie będziemy tego robić. Będziemy ich represyjnie traktować. Dopuszcza się do przeludnienia więzień. Kończą swoją karę i wychodzą na zewnątrz, gdzie jest już ustawione przeciw nim społeczeństwo. Oni nie są dla nich zresocjalizowani, są bandytami. Nie daje się im pracy, spycha na margines i dochodzi do specyficznego determinizmu społecznego. Przestępstwo staje się "koniecznym" sposobem na przetrwanie - uważa dr Moczydłowski.
Socjolog dodaje, że w ten sposób tworzy się pewnego rodzaju zamknięte koło. - My z nimi wojujemy. Wrzucamy do kryminału, a oni wychodzą jeszcze lepiej do przemocy przygotowani. Produkuje to jeszcze innych bandytów, więc wołamy o jeszcze ostrzejsze środki, większą represję i tworzy się krąg przemocy, którą obecnie inicjuje państwo - wyjaśnia.
Jego zdaniem, stosując tak represyjną politykę kryminalną napuszczającą społeczeństwo na opuszczających więzienia, nie rozwiązuje się problemu, a nasila społeczną wojnę z przestępczością. - Przemoc działa przez moment. Ludzie się przestraszą, ale za chwilę zaadaptują do tej ilości przemocy. I staje się za chwilę czymś zwyczajnym. "Uzwyczajniamy" przemoc i doprowadzamy do wzrostu chamstwa w społeczeństwie. Wówczas, żeby coś było odbierane jako kara, musi być mocniejsze - uważa. Dodaje, że chory system więzienny jest zagrożeniem dla jakości życia społecznego.
Mężczyzna, z którym rozmawiał Onet, a który odbył karę więzienia, w momencie wyjścia z zakładu karnego otrzymał leki na cukrzycę, które starczały mu na trzy dni. Choroba rozwinęła się u niego w więzieniu. Otrzymał również pieniądze, które udało mu się odłożyć z tego, co podczas odbywania kary wysyłała mu jego 88-letnia matka.
"Dalej sobie radź. A jak byłem w więzieniu, to życie nie czekało - wypowiedziano mi wszystkie umowy kredytowe, straciłem jedno mieszkanie (zaraz pewnie drugie, bo bank Dojnej Zmiany już wystąpił z egzekucją; nieważne jest to, że nie spłaciłem, bo byłem w więzieniu), nie mam pracy, wszyscy mnie unikają, a nie ma żadnej instytucji, która mogłaby naprawdę pomóc, a nie tylko mówić o wsparciu. Nie mam prawnika, który pomógłby mi (za darmo) rozplątać te wszystkie problemy, obronić się choćby przez rok czy dwa przed komornikiem, ułatwił znalezienie pracy, odzyskanie praw do syna, etc. A ja jestem przecież wykształconym człowiekiem... Co mają powiedzieć ci, którzy są po szkole podstawowej? Fakt, ich do łopaty bez pytania o przeszłość weźmie każdy, ale mnie? Przecież nie nadaję się do pracy fizycznej, a inne zawody są dla mnie zablokowane, bo byłem karany. Kwadratura koła. Nawet dofinansowania unijnego do szkolenia nie mogę dostać, bo tam potrzebna jest zdolność kredytowa (po więzieniu!!!), zaświadczenie o niekaralności (sic!!!!) i/lub poręczenie innych osób. Życzę powodzenia w takiej sytuacji" - opisuje swoją obecną sytuację mężczyzna. Skazany wskazuje też na zmiany, które pomogłyby osobom w podobnej sytuacji: "Prawdziwa resocjalizacja to zatrudnienie w czasie odsiadki, w możliwie podobnym zawodzie, zarabianie (choćby niewielkie), praca psychologiczna i, może też duchowa, zablokowanie możliwości wypowiedzenia i egzekucji wierzytelności. Pod koniec odsiadywania zorganizowanie więźniowi pomocy zaraz po wyjściu (kurator, trochę grosza jak nie ma, żywność) pomoc w przetrwaniu pierwszych 2-3 miesięcy na wolności, zorganizowanie pracy i darmowej pomocy prawnej przy powrocie do normalności. Tego nie ma - adresy MOPS i kuratora znajdzie się i bez ich pomocy, a co z całą resztą?" - pisze.
- To tylko jeden z przykładów, jakie można przywoływać na to, jak utrąca się możliwości i spycha się w determizm społeczny. Problemem nie jest kontynuowanie kary po wyjściu z więzienia, lecz zreintegrowanie ze społeczeństwem. Żeby skazany, wychodząc z więzienia, miał możliwość podjęcia aktywności zawodowej, żeby był z życia w miarę zadowolonym i mógł utrzymać się w życiu społecznym bez przestępstwa - zwraca uwagę dr Moczydłowski. - Co on ma zrobić? Ma wszędzie długi. Od czasu do czasu, jak policja dowie się, że ktoś coś ukradł, to przyjeżdża do niego z pytaniem, gdzie był, a przy okazji pokazuje się wszystkim na około, że jest przestępcą. Wytwarza się niecki społeczne zmarginalizowanych ludzi - dodaje.
Wśród krajów, które najlepiej radzą sobie z resocjalizacją więźniów, można wymienić m.in. kraje skandynawskie. - Oni uprawiają politykę karną produkującą pokój. Starają się stosować represji nie więcej niż trzeba, a to, co i trzeba to jest w specjalny sposób wykonywane. Mają najniższe wskaźniki przestępczości na świecie - mówi dr Moczydłowski.
Socjolog zauważa, że choć w Polsce spada wskaźnik przestępczości, to rośnie liczba więźniów. Jednocześnie zamyka się więźnia, co tworzy problem przeludnienia, czego efektem jest to, że na wolność wychodzą jeszcze bardziej zdesocjalizowani. Odpowiedzią na to jest wołanie o jeszcze większe represje wobec bandytyzmu. - To jakiś patologiczny, "klozetowy" sposób myślenia - myśli się, że produkowane przez nas "gówna" lecą w inny układ słoneczny.
Dr Moczydłowski przywołuje przykłady Belgi, Holandii, Niemiec i Norwegii, które zamykają więzienia, a w sytuacjach awaryjnych kierują swoich skazanych na karę pozbawienia wolności do jej odbywania w krajach sąsiednich. Moczydłowski przywołuje przykład Norwegii, która rezygnuje z budynków więziennych i skazani odbywają karę w Holandii.
Kara więzienia w wyżej wspomnianych krajach traktowana jest jako spóźniona reakcja systemu socjalnego na patologie społeczne. - Oni rozwijają politykę społeczną, a interwencja społeczna jest dużo wcześniejsza - mówi Moczydłowski. Dodaje też, że w Polsce nie tworzy się instytucji, które pozwalają rozwiązać problemy społeczne generujące przestępczość już wcześniej. - Daleko nam jeszcze do racjonalnego rozwiązywania problemów społecznych, a chyba nawet uwsteczniamy się - podsumowuje.
Niestety, jednak nie widzę siebie w takiej roli.
Trzymajcie się ciepło!