Zastanawia mnie ile w sobie trzeba mieć zawzięcia oraz hartu ducha, aby w chorobie usiąść do komputera (nawet jeżeli jest to laptop w łóżku) i napisać noworoczne kazanie, które będzie mądre i przemówi do wiernych w swojej prostocie. Jak bardzo trzeba szanować parafian, duszpasterzy, z którymi się pracuje, aby pokonać swoją słabość i chociaż w ten sposób włączyć się do Mszy świętej, której nie jest się w stanie odprawić (bo ma się chociażby bezwzględny nakaz leżenia w łóżku). A ja jeszcze raz dziękuję Duchowi Świętemu, że podsunął mi dar męstwa, dzięki któremu wstałam rano z łóżka i poszłam te 2 kilometry do kościoła leżącego daleko poza granicami mojej parafii. Bo przynajmniej poznałam trzy sposoby uzyskania wewnętrznego pokoju duszy na co dzień.
Poranny deszcz w niczym nie przypominał, że oto mamy środek zimy. Jego opady skutkowały ogromnymi kałużami. Niektóre trzeba było ominąć szerokim łukiem, bo nijak nie dało się ich przekroczyć. Świat, pomimo że już była prawie ósma, spał jeszcze po sylwestrowej nocy. Panującą zewsząd ciszę przerywał metaliczny dźwięk mojego dzwoneczka. Nawet samochodów sunących po jezdni było jakby mniej. Ale może dlatego droga upłynęła mi dużo szybciej niż zazwyczaj?
Ksiądz proboszcz nie był specjalnie zdziwiony moim widokiem o 8:30 rano. Chyba się przyzwyczaił. Jedyne o co zapytał, to czy się wyspałam. Tak, wyspałam się. W zasadzie to tak bardzo nie strzelali petardami w tym roku. Po wejściu do kościoła skierowałam swoje kroki ku stajence, a następnie poszłam na moje ulubione miejsce na tyle świątyni.
O 9:00 zaczęła się Msza według liturgii przewidzianej na 1 stycznia, czyli dzień, w którym Kościół wspomina Maryję Bożą Rodzicielkę. Kiedy nadeszła pora kazania, kapłan od razu zaznaczył, że jest ono autorstwa księdza Niosącego Światło, który pierwotnie miał odprawiać tą Mszę, no ale nie choroba wzięła górę. Jednak napisał na kartce to, co chciał powiedzieć i przekazał ją jemu. A skoro za patrona ma mistrza operowania Słowem*, z zaciekawieniem wsłuchiwałam się w to, co też chciał przekazać swoim parafianom i przybyłym gościom.
Wyszedł od nawiązania do nowonarodzonych dzieci, których widok sam w sobie budzi pokój i radość w sercach tych, którzy mają okazję z nimi obcować. On sam niejednokrotnie ma same pozytywne uczucia, kiedy udziela takim maleństwom chrztu świętego. Albo kiedy trzymał w ramionach nowonarodzone dzieci swojej siostry. Taki sam pokój prawdopodobnie czuli pasterze, którzy w tą świętą noc spieszyli zobaczyć dopiero co narodzonego Syna Bożego. Można było śmiało wyobrazić sobie tą scenę, wsłuchując się w słowa Ewangelii. Było to jakby odzwierciedlenie błogosławieństwa z Pierwszego Czytania, gdzie oprócz tego, że Bóg będzie błogosławił i strzegł Narodu Wybranego, że rozpromieni oblicze Swoje nad nim, obdarzy go łaską i zwróci Swą twarz ku niemu, to jeszcze da mu swój pokój. Ta obietnica, w pełnym swoim wymiarze, została wypełniona w tą cichą, ale świętą noc. Prymat pokoju niesionego przez Kościół przez wieki jest dzisiaj widoczny chociażby w formule, którą wypowiada kapłan podczas sakramentu Pokuty i Pojednania. Nie wiem czy ktoś z Was zwrócił uwagę na to, co wypowiada duchowny podczas rozgrzeszenia. Bo przyznam się szczerze, że mi dotąd jakoś to umykało: "Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech Ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam Tobie grzechy w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego". W tym fragmencie kazania uderzyło mnie jednak coś jeszcze. Jeden niepozorny dodatek i szczegół, który bardzo łatwo przegapić. Otóż ksiądz pisał, że zapewne każdy z nas nie raz słyszał tą formułę, po czym dodał, że on też ją słyszy, kiedy klęka w konfesjonale od tej drugiej strony, czyli osoby, która się spowiada. Nie stawiał tym samym siebie ponad wiernymi, nie grzmiał: "patrzcie, jestem lepszy od was". Nie, zrównał siebie z nami, przyznając, że jest takim samym grzesznikiem, że też upada, może też ma chwile zwątpienia.
Bóg nie przyszedł na świat wojować, ale przynieść im pokój. Nie po to, aby burzyć, ale żeby budować zgodę. Tutaj nawiązał do naszej unikatowej szopki z dźwigiem - tak jak dźwig wznosi budowle, nawet najwyższe wieżowce na świecie, tak my w naszym wnętrzu powinniśmy mieć taki dźwig, który będzie budować pokój w nas samych. Bo łatwo jest walczyć o niego na zewnątrz siebie, dużo trudniej jest nosić pokój w samym sobie.
A zatem skąd według księdza Niosącego Światło czerpać wewnętrzny pokój na co dzień? W swoim kazaniu zawarł on takie trzy główne rady:
- Ze spotkania z Jezusem ukrytym pod postacią chleba - nawiązał tutaj do pierwszej stajenki zbudowanej przez św. Franciszka z Asyżu w Gaccio. Tak jak pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów, nie było w nim żłóbka z figurką małego Dzieciątka, a ołtarz, na którym zaproszony kapłan sprawował w Eucharystii. To tak, jakby Jezus narodził się każdego dnia pod postacią już nie fizycznej osoby, ale ukryty w Chlebie i Winie, które staje się jego Ciałem i Krwią. Bardzo uderzyła mnie przywołana tutaj metafora, która przypisywana jest świętemu Augustynowi: Żłób jest miejscem zawierającym pokarm dla zwierząt. Wtedy, w tą świętą noc leżał w nim Syn Boży, prawdziwy duchowy pokarm, który umożliwia realizację człowieczeństwa, a także gwarantującym życie wieczne. Żłób będzie wskazywał na stół Pański oraz Eucharystię, jest ołtarzem ofiarnym, na którym spoczywa odwieczne Słowo Boga**. Dlatego też szopka w tym kościele jest jakby w ołtarzu, a figurka Dzieciątka leży na otwartym Ewangeliarzu.
- Ze spotkania z drugim człowiekiem - tutaj od razu zaznaczył, że spory są wpisane w naszą ludzką naturę. I w zasadzie to jest dobre, bo dzięki nim możemy nauczyć się siebie wzajemnie. Ale musimy też umieć sobie wybaczać. Ważna tutaj jest umiejętność wzajemnego wysłuchania siebie. Powtarzam, nie słuchania, ale wysłuchania. Niektóre spory wynikają właśnie z tego, że nie potrafimy słuchać siebie wzajemnie. Że budujemy między sobą dzielące nas mury, a nie łączące mosty (to było ewidentne nawiązanie do dźwigu przy szopce). A przecież Bóg przychodzi do nas nie tylko pod postacią Chleba i Wina, ale i drugiego człowieka. Przywołał tutaj taką jedną ze scen z filmu "Dwóch papieży" (swoją drogą to chyba będę musiała go obejrzeć), w którym obaj papieże siedzą w ciszy. I nagle Franciszek pyta Benedykta XVI czy mogliby porozmawiać, na co Benedykt mu odpowiedział, że najtrudniej jest słuchać, by usłyszeć Jego głos. Z kolei nic tak nie wpływa pozytywnie na pokój, jak właśnie chwilowe trwanie w ciszy.
- Z lektury Pisma Świętego. Tutaj została przywołana historia opowiedziana przez innego księdza - kiedyś chodząc po kolędzie zauważył u jednej z parafianek horoskop na dany rok. Zdziwiony zapytał czy ona to czyta. Odpowiedziała, że tak, czyta, ale w to nie wierzy. Chwilę potem wskazał na leżące na stole Pismo Święte. Parafianka przyznała, że nie czyta, ale wierzy w to, co tam pisze. Niby banalna historia, a jednak ma swoje głębsze przesłanie. Bo na półkach ileż to z nas Pismo Święte po prostu leży i tyle. Jednocześnie ksiądz zaproponował, że może warto w tym roku po prostu sięgać do jego treści, aby jeszcze bardziej odkryć tajemnicę wiary.
Pewnie moje streszczenie kazania jest nieco chaotyczne***, jednak ono samo w sobie było bardzo logiczne i poukładane, a przejście z jednego wątku do drugiego niezwykle harmonijne. Nie często słyszy się takie kazania, więc może dlatego tak bardzo mnie ono uderzyło. Nie wiem, czy to były jego własne przemyślenia, czy też czymś się inspirował (no poza podanymi w kazaniu przykładami), w każdym razie nie znalazłam w Internecie czegoś bardzo zbliżonego do tego, co powiedział****. Nie słyszałam też wcześniejszych kazań księdza, nie mam więc odwołania, ale jeżeli wszystkie są wygłaszane w tym stylu, to myślę, że jego patron od chrztu świętego musi być z niego dumny.
 |
W kazaniu wielokrotnie padło nawiązanie do zbudowanej przez nas szopki oraz leżącej w niej figurki dzieciątka Jezus
|
* Wedle opinii księdza, który będzie błogosławionym
** Za https://jezuici.pl/2022/12/porodzila-swego-pierworodnego-syna/
*** Wybaczcie, ale podczas jego pisania opierałam się tylko na tym, co zapamiętałam
**** Jedno z największych życiowych rozczarowań? Znakomite kazanie wygłoszone przez mojego proboszcza znalezione potem na Internecie, toczka w toczkę takie samo, z dużo wcześniejszą datą