Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 5 stycznia 2024

1819. Przerwany ciąg

Uczęszczanie na Msze święte nie do swojej parafii ma to do siebie, że czasami coś może nie pójść po naszej myśli. Tak jak na przykład dzisiaj. Czasami winą jest zwykłe niedopatrzenie, a czasami po prostu zwykły zbieg okoliczności, na który nikt nie mógł mieć wpływu. Coś komuś wypadło, coś się przedłużyło, no i pewien punkt dnia wypadł z planu.
Jak wiadomo, na przełom grudnia i stycznia przypada w polskim Kościele Katolickim tradycyjna kolęda, czyli odwiedzanie parafian przez księży. W jednych parafiach trwa ona dłużej, w innych krócej, w jednych więcej parafian przyjmuje kapłanów w swoich domach, w drugich mniej. Nawet dzień dniowi nierówny. W mojej parafii jest tak, że księża chodzą od 15:30 do Mszy świętej o 18:00, a potem od 19:00 do 20:00. Czyli ok. 3,5 godziny dziennie. W parafii do której chodzę na Msze święte w tygodniu kapłani zaczynają chodzić od 15:00 do ostatniego parafianina w danym bloku (albo na danej ulicy), bez wracania na 18:00 na wieczorną Mszę świętą. Trochę spowodowane jest to terenem parafii*, a trochę tym, że z czterech kapłanów na razie chodzi trzech (bo ksiądz Niosący Światło jeszcze walczy z zapaleniem oskrzeli, ale wątpię, żeby w tym roku był w stanie dołączyć do reszty, no chyba że pod koniec). 
Jednak z powodu Pierwszego Piątku Miesiąca i przypadającej wtedy zbiorowej Mszy świętej za zmarłych parafian, wieczorna Msza miała się dzisiaj wyjątkowo odbyć. Wydedukowałam sobie przy tym, że skoro wieczorem jednak będzie ona, to będzie i okazja do spowiedzi pierwszopiątkowej (przed poranną Mszą świętą zawsze ktoś siedzi w konfesjonale, czasami nadaremnie). A w związku z tym nie poszłam ani rano, ani do mojej parafii. 
Niestety okazało się, że księdzu proboszczowi kolęda przeciągnęła się na tyle, że zdążył na nabożeństwo w ostatniej chwili, a więc nie było szans, aby na chwilę chociaż usiadł w konfesjonale. Drugi ksiądz dotarł dopiero na Komunię świętą. Po Mszy natomiast musieli wracać do dalszego chodzenia po kolędzie, chociaż proboszcz jeszcze zahaczył o plebanie, zobaczyć jak tam się czuje ksiądz Niosący Światło. Co prawda proboszcz powiedział mi, że jak przyjdę się wyspowiadać jutro albo pojutrze to może to jeszcze podlegać pod Pierwszy Piątek Miesiąca (ciekawe jak to działa?), ale... ale dla mnie to już nie to samo. Jednak bliżej mi do uczciwości, niż do kombinowania.
Wiem, że w związku z tym moja ciągłość w Pierwszych Piątkach Miesiąca została przerwana. Może trzeba było się obudzić tak, aby zdążyć na poranną Mszę świętą, albo iść do swojej parafii. Może u mnie spowiadałby ksiądz Darek albo Marian, którzy nie mają problemu ze zrozumieniem tego, co mówię (jak zresztą większość księży, albo po prostu nie dają tego po sobie poznać, w przeciwności do proboszcza z mojej parafii). Stało się jednak tak jak się stało. Mówi się trudno. W lutym będzie kolejna szansa do rozpoczęcia ciągu. Zresztą u mnie i tak taka pierwszopiątkowa spowiedź nie kończy się na 9 razach, a trwa znacznie dłużej.
Po powrocie do domu zaczęłam przygotowywać sałatkę na niedzielne spotkanie wigilijne w Duszpasterstwie Akademickie. Niejako zostałam do uczestnictwa w nim przymuszona przez księdza Krzysia, no ale jak sam chciał, to się nie będę mu sprzeciwiać. 

* Niby nie jest on jakiś specjalnie duży, ale mają bardzo dużą ilość wieżowców typu "mrowisko"

1818. Czy samoleczenie jest możliwe?

Zdrowie jest w ostatnim czasie bardzo wdzięcznym tematem rozmów. Tym bardziej, że każdy z nas od czasu do czasu choruje, a jednocześnie każdy z nas chce być zdrowy. I chociaż niektórych chorób nie da się wyleczyć, to jednak większość z nich została dokładnie zbadana oraz poznana przez naukowców i lekarzy, a przez to zostały opracowane różnorakie środki leczenia, ale też zapobiegania różnym chorobom, a nawet - epidemiom oraz pandemiom. Już nawet tak złowrogo brzmiący niedawno koronawirus został w miarę ujarzmiony (co nie oznacza, że unicestwiony). Szczególnie teraz, w okresie zimowym, jesteśmy w zwiększonym stopniu narażeni na różne bakterie i wirusy krążące w powietrzu i przenoszące się z jednego człowieka na drugiego różnymi drogami. 
Jest masa sposobów na zapobieganie oraz leczenie różnych schorzeń. Jedne są bardziej skuteczne, inne mniej. Jedne bardziej kontrowersyjne, drugie mniej. Myślę, że ile chorych i lekarzy, tyle opinii. 
Kiedyś jednak wpadł mi w ręce dosyć zaskakujący artykuł dotyczący zjawiska samoleczenia. Od jakiegoś czasu miałam go zapisanego w wersjach roboczych (niestety, bez bibliografii, a po sześciu latach trudno będzie odnaleźć źródło). Myślę, że teraz jest odpowiednia pora na to, aby się nim z Wami podzielić, chociaż przyznam szczerze, że na wiele przedstawionych tutaj spraw osobiście patrzę przez palce i traktuję bardziej jako ciekawostkę, niż jako sposób leczenia. Ale wiem, że jest spora liczba zwolenników medycyny niekonwencjonalnej, więc może dla nich będzie to jakaś inspiracja.
Czy nasze serce może się samo naprawić? - Tak, ale jest ku temu jeden warunek - musimy unikać stresu. Wzrost produkcji adrenaliny wpływa na wzrost ciśnienia krwi i przyspieszenia jego akcji. Dodatkowo obniża się poziom immunoglobulin A, które stanowią pierwszą linię obrony układu odpornościowego przed infekcjami. Można jednak temu przeciwdziałać - wystarczą trzy minuty powolnego wdychania powietrza nosem, a wydychania ustami, aby wprowadzić mózg w stan odprężenia i ograniczyć produkcję adrenaliny.
Jak przyjaciele wzmacniają nasz układ odpornościowy? - Czy wpadlibyście kiedyś na to, że im więcej człowiek posiada reakcji społecznych, tym jego siły obronne są aktywniejsze? Tymczasem amerykańscy naukowcy zarazili 276 ludzi wirusem kataru. Chociaż każdy z nich został zainfekowany to jednak nie wszyscy z nich zachorowali. Osoby, które w ciągu najbliższych 2 tygodni co najmniej 6 razy kontaktowały się z innymi ludźmi przejawiały objawy kataru cztery razy rzadziej niż te, które w tym samym czasie spotkały się z góra trzema ludźmi. Naukowcy przyznają, że więzi międzyludzkie mają większy wpływ na jakość naszego życia i jego oczekiwaną długość niż diety, sport, obciążenia genetyczne, palenie papierosów, leki czy też operacje.
Czy można zaprogramować mózg na wyzdrowienie? - Pod wpływem stresu komunikacja pomiędzy  mózgiem a układem immunologicznym liczba i aktywność komórek obronnych ulega zaburzeniu. Specjaliści jako środek zaradczy na taki stan rzeczy polecają medytację. Może trudno w to uwierzyć, ale w ciągu zaledwie 10 minut jej trwania produkcja komórek odpornościowych rośnie nawet o 30%. Jednocześnie badane osoby poddające się medytacji miały aż o 50% zwiększoną aktywność w płacie czołowym lewej półkuli mózgowej, w której umiejscowiony jest ośrodek dobrego nastroju. Wniosek z tego taki, że nawet krótka medytacja ma pozytywny wpływ na nasz mózg i układ odpornościowy.
Czy można pokonać raka za pomocą myśli? - Spontaniczna remisja jest rodzajem samoleczenia, podczas którego nawet najcięższe przypadki raka niemalże samoistnie ulegają zniknięciu. Stoi za tym zjawisko apoptozy (zaprogramowanej śmierci komórek). Każda komórka w naszym ciele ma wbudowany program samobójczy. Jest on uruchamiany, kiedy ulegnie zestarzeniu lub zachoruje, co skutkuje samozagładą komórki. Podział komórek rakowych następuje jednak w sposób niepohamowany, a mechanizm autodestrukcji jest w nich wyłączony. Szczegółowe wizualizacje (np. wyobrażenie sobie, że komórki odpornościowe to statki powietrzne pokonujące komórki rakowe) mogą jednak spowodować ponowne włączenie w nich programu apoptozy. Dlatego silna wiara pacjenta w swoje wyzdrowienie ma tutaj ogromne znaczenie.
Jak aktywować uzdrawiające komórki? - Żaden inny organ nie wpływa na proces samoleczenia tak bezpośrednio jak jelita. To w nich znajduje się ok. 80% naszych komórek obronnych. Podrażnienie jelita oddziałuje nie tylko na nasze zdrowie, ale też na psychikę. Korzystny wpływ na ten narząd mają ćwiczenia relaksacyjne, takie jak joga czy tai-chi. Jednak nasze wewnętrzne procesy samoleczenia możemy aktywować także na poziomie cielesnym. Bardzo ważnym elementem wspierającym działanie układu odpornościowego jest ruch. Uprawianie sportu nawet przez 30 minut dziennie(nawet spacerowanie się liczy) powoduje zmniejszenie podatności na infekcje nawet o 40%.
Czy w naszych ciałach działają tajemniczy uzdrowiciele? - Poszukując środków, które zwalczałyby czynniki chorobotwórcze odkryto coś niespodziewanego - niepozorne komórki węzłów chłonnych jelita wytwarzają kwas retinowy, który jest niezbędny do życia, ponieważ aktywuje komórki obronne. Chociaż układ limfatyczny rozgałęzia się na całe nasze działo równolegle do układu krążenia, to wciąż ma dla naukowców wiele tajemnic. Wiadomo na pewno, że odpowiedni przepływ limfy jest warunkiem skutecznego działania systemu obronnego ciała. Układ limfatyczny można wspierać piciem dużej ilości ruchu i dużą dawką ruchu.
Jak zadbać o wzmocnienie komórek odpornościowych? - Poszukując środka odpowiedzialnego za zwiększenie produkcji komórek obronnych w trakcie inwazji wirusów i bakterii, badacze natrafili na niedoceniany dotąd minerał - magnez. Naukowcy z Uniwersytetu w Monachium odkryli, że ponad dwie trzecie badanych ze słabym układem odpornościowym cierpiało na ostry niedobór tego pierwiastka. Problem polega na tym, że w naszym pożywieniu jest go coraz mniej, ponieważ zawartość magnezu w glebie w ciągu ostatnich 65 lat spadła o blisko 75%. Jednocześnie jest on niezbędny do sprawnego działania układu odpornościowego. Naukowcy zalecają przyjmowanie 250-400 mg magnezu dziennie.

środa, 3 stycznia 2024

1817. Powrót do treningów, ale nie do korepetycji

Wraz z nowym rokiem wróciłam do treningów. Trochę zmusiło mnie to do kolejnego przeorganizowania całego planu dnia, ale przynajmniej mam nadzieję wrócić do formy sprzed zbicia kolana w środku grudnia czy też ostatniej infekcji. W zasadzie większość rzeczy uda mi się pogodzić, przynajmniej mam taką nadzieję. Trochę mnie zdenerwowała zmiana godziny na wcześniejszą, czyli na 17:45 (wcześniej treningi były o 18:30, co bardziej mi pasowało), no, ale nie będę dyskutować. Z negatywnych wiadomości jest to, że Prezes wprowadził listy obecności, a więc jest mały problem, bo chyba czasami będzie trzeba pokombinować jak pogodzić codzienność z treningami. Mogłabym oczywiście zrezygnować z treningów, zastanawia mnie tylko, czy to nie byłoby pójściem na łatwiznę. No i nie mogę zapominać, że taki ruch jest jak najbardziej wskazany dla mojego organizmu, nawet jeżeli nie idą za tym jakieś szczególne osiągnięcia.
Na dzisiejszym treningu wrócił temat korepetycji dla Młodszej z matematyki. Zapytała mnie, czy mogłabym ponownie jej ich udzielać. Tylko, że ja nie widzę ich najmniejszego sensu. Przez ostatnie lata już ich jej udzielałam i za każdym razem miałam wrażenie, że są one jej udzielane "za karę". Często robiła sobie na nich ze mnie żarty, potrafiła przez cały czas klikać w klawiaturę telefonu, nie robiła zadań domowych. Czasami miałam wrażenie, że dzieciaki ze świetlicy są bardziej zdyscyplinowani, niż ona. Naprawdę, szkoda mojego czasu i nerwów. I tych podczas tłumaczenia jej poszczególnych zagadnień z królowej nauk i tych podczas samej matury. Tym bardziej, że zauważyłam, że ona mniej przejmuje się tym wszystkim niż ja. A zaoszczędzony czas mogę poświęcić na własną naukę, ciekawie spędzony czas wolny, rozwijanie pasji i zainteresowań, których przecież mi nie brakuje. Na korepetycje dane komuś innemu, kto może nie dostanie piątki, a zaledwie dopuszczający, ale czasami ta dwójka jest bardziej wypracowana niż bardzo dobry. 
Zresztą im bardziej się wgłębiam w pedagogikę, tym bardziej dostrzegam krzywdę, jaką robią oceny uczniom w polskim szkolnictwie, szczególnie negatywne. Nie tylko nie mobilizują one uczniów do nauki, ale wręcz zniechęcają. Chyba bardziej bym była za opisową formą oceniania, w której dzieciak chociaż by wiedział konkretnie nad czym ma popracować. Bo szczerze powiedziawszy sama niekiedy nie wiedziałam, dlaczego dostałam taką, a nie inną ocenę, a sama punktacja niewiele mi mówiła.
Wracając po treningu do domu zadzwoniłam do księdza Niosącego Światło z pytaniem, jak się czuje. Zastanawiałam się, czy go czasem nie obudzę, ale sądząc po czasie odbioru telefonu, to raczej nie spał. Jeszcze go męczy kaszel, i będzie go męczył przez jakiś czas, ale twierdzi, że już jest znacznie lepiej, niż przed tygodniem. Najbardziej w tym wszystkim martwi go to, że nie chodzi na razie po kolędzie, jak było zaplanowane, a przez to współkapłani przez niego mają więcej pracy. Ja tak sobie w ogóle myślę, że nawet gdyby nie złapał tej infekcji, to chodzenie po ludziach przy jego odporności mogłoby się dla niego różnie skończyć. 

wtorek, 2 stycznia 2024

1816. Sztuka dialogu - refleksja po obejrzeniu filmu "Dwóch papieży"

Wczoraj we wpisie wspominałam o filmie "Dwóch papieży" i o tym, że chyba będę musiała w końcu go obejrzeć. Zaintrygował mnie fragment, który został przywołany w kazaniu. A ponieważ coś wyrwane z kontekstu jest odebrane zupełnie inaczej niż w odniesieniu do całości, postanowiłam w najbliższym czasie spróbować obejrzeć ten film. Ku mojej radości okazało się, że można go obejrzeć nie tylko na Neflixie, ale i na CDA. I to w wolnym dostępie. Grzech byłoby nie skorzystać z tej okazji, tym bardziej, że na tym portalu raz film jest, a na drugi dzień już go nie ma. Dlatego dzisiejszy poranek, wolny od zajęć na uczelni (i pomyśleć, że zahaczyłam jeszcze o ostatni rok, kiedy na zajęcia na studiach wracało się tuż po nowym roku) postanowiłam wykorzystać na zapoznanie się z tą intrygującą produkcją.
"Dwóch papieży" ukazuje fikcyjną rozmowę papieża Benedykta XVI z kardynałem z Argentyny, Jose Bergoglio, swoim następcą, jaka miała mieć miejsce w Watykanie w 2012 roku. Bergoglio przybywa do Wiecznego Miasta, aby prosić Ojca Świętego o zwolnienie go ze sprawowanego urzędu ze względu na wiek (miał wtedy 76 lat) oraz choroby (jak wiadomo, Bergoglio ma usunięty fragment płuca). Benedykt XVI nie chce jednak nawet o tym słyszeć. Kiedy Argentyńczyk ma już wracać do swojej ojczyzny, Ojciec Święty wzywa go do siebie. Odbywają szczerą rozmowę nie tylko na temat problemów z jakimi zmaga się współczesny Kościół, ale i dotyczących ich samych, ich zmartwień, bolączek, ale i radości. Wszystko to wygląda tak, jakby Benedykt XVI chciał przygotować Bergoglia do funkcji, jaką niebawem ma pełnić.
Film jest jakby zderzeniem dwóch światów, dwóch spojrzeń na dany problem. Z jednej strony mamy spokojnego, zdystansowanego miłośnika muzyki poważnej - Benedykta XVI, a z drugiej nieco szalonego (przynajmniej na filmie), liberalnego kardynała z położonej w Ameryce Łacińskiej Argentyny. Godną uznania jest tutaj gra aktorska Anthonego Hopkinsa (jako papieża Benedykta XVI) oraz Jonathana Pryce'a (wcielającego się w rolę kardynała Jorge Bergogria). Obydwoje tak realistycznie odegrali swoje role, że chwilami miało się wrażenie, że to po prostu autentyczny zapis rozmowy, która faktycznie miała miejsce. Zaskoczeniem dla mnie było też to, w jaki sposób humor przeplata się w tym filmie z poważnymi tematami. A także to, że obydwie postacie zostali przedstawieni jako zwyczajny ludzie, tacy którzy nie tylko mają swoje wady, lecz także tak samo jak inni jedzą pizzę z pizzerii popijając ją "Fantą" z butelki, oglądają w telewizji wydarzenia sportowe, a nawet... seriale. Lecz to może dzięki brakowi takiego swoistego patosu film nie był po prostu nudny i monotonny?
W filmie poruszono wiele ważnych spraw, z jakimi zmaga się Kościół, m.in. postępującą ateizację społeczeństwa, pedofilia wśród duchownych, czy też kryzys powołań. Już samo to powinno wywołać pomiędzy nimi poważny spór, czy też "wojnę", ponieważ każdy z nich miał zupełnie odmienne zdanie na ten temat. Tymczasem oni prowadzili rzeczowe dyskusje nie polegające na udowodnieniu, który z nich ma rację, a raczej na wysłuchaniu argumentacji tej drugiej strony i rozsądnym odniesieniu się do niej. W produkcji nie zabrakło też nawiązania do przeszłości jednego i drugiego bohatera, a zwłaszcza jej ciemnych kart. I znowu, co wydaje mi się niezwykle ważne, ta druga, słuchająca strona nie ocenia swojego rozmówcy, a raczej stara się wydobyć jakiś morał z tego, co w jego życiu nie poszło po niczyjej myśli.
Im dłużej się zastanawiam nad treścią "Dwóch papieży", tym bardziej odkrywam przesłanie, jakie za sobą niosą. Nie ukrywają ani grzechów, ani słabości obydwóch papieży, czy też samego Kościoła, ale nie to jest według mnie główną puentą całości. Lekcją, jaką z całą pewnością odebrałam podczas oglądania historii, jest to, że nawet przy najbardziej różnorodnych temperamentach, jest możliwość odbycia spokojnego, a zarazem konstruktywnego dialogu. Takiego, który sieje pokój, a nie wznieca wojny. Nawet, jeżeli kibicuje się dwóm różnym drużynom piłkarskim podczas wspólnego meczu piłki nożnej, kiedy jedna z nich wygrywa go (to odniesienie do finałowej sceny filmu).

poniedziałek, 1 stycznia 2024

1815. Najpiękniejsze kazanie na temat pokoju jakie słyszałam

Zastanawia mnie ile w sobie trzeba mieć zawzięcia oraz hartu ducha, aby w chorobie usiąść do komputera (nawet jeżeli jest to laptop w łóżku) i napisać noworoczne kazanie, które będzie mądre i przemówi do wiernych w swojej prostocie. Jak bardzo trzeba szanować parafian, duszpasterzy, z którymi się pracuje, aby pokonać swoją słabość i chociaż w ten sposób włączyć się do Mszy świętej, której nie jest się w stanie odprawić (bo ma się chociażby bezwzględny nakaz leżenia w łóżku). A ja jeszcze raz dziękuję Duchowi Świętemu, że podsunął mi dar męstwa, dzięki któremu wstałam rano z łóżka i poszłam te 2 kilometry do kościoła leżącego daleko poza granicami mojej parafii. Bo przynajmniej poznałam trzy sposoby uzyskania wewnętrznego pokoju duszy na co dzień.
Poranny deszcz w niczym nie przypominał, że oto mamy środek zimy. Jego opady skutkowały ogromnymi kałużami. Niektóre trzeba było ominąć szerokim łukiem, bo nijak nie dało się ich przekroczyć. Świat, pomimo że już była prawie ósma, spał jeszcze po sylwestrowej nocy. Panującą zewsząd ciszę przerywał metaliczny dźwięk mojego dzwoneczka. Nawet samochodów sunących po jezdni było jakby mniej. Ale może dlatego droga upłynęła mi dużo szybciej niż zazwyczaj?
Ksiądz proboszcz nie był specjalnie zdziwiony moim widokiem o 8:30 rano. Chyba się przyzwyczaił. Jedyne o co zapytał, to czy się wyspałam. Tak, wyspałam się. W zasadzie to tak bardzo nie strzelali petardami w tym roku. Po wejściu do kościoła skierowałam swoje kroki ku stajence, a następnie poszłam na moje ulubione miejsce na tyle świątyni.
O 9:00 zaczęła się Msza według liturgii przewidzianej na 1 stycznia, czyli dzień, w którym Kościół wspomina Maryję Bożą Rodzicielkę. Kiedy nadeszła pora kazania, kapłan od razu zaznaczył, że jest ono autorstwa księdza Niosącego Światło, który pierwotnie miał odprawiać tą Mszę, no ale nie choroba wzięła górę. Jednak napisał na kartce to, co chciał powiedzieć i przekazał ją jemu. A skoro za patrona ma mistrza operowania Słowem*, z zaciekawieniem wsłuchiwałam się w to, co też chciał przekazać swoim parafianom i przybyłym gościom.
Wyszedł od nawiązania do nowonarodzonych dzieci, których widok sam w sobie budzi pokój i radość w sercach tych, którzy mają okazję z nimi obcować. On sam niejednokrotnie ma same pozytywne uczucia, kiedy udziela takim maleństwom chrztu świętego. Albo kiedy trzymał w ramionach nowonarodzone dzieci swojej siostry. Taki sam pokój prawdopodobnie czuli pasterze, którzy w tą świętą noc spieszyli zobaczyć dopiero co narodzonego Syna Bożego. Można było śmiało wyobrazić sobie tą scenę, wsłuchując się w słowa Ewangelii. Było to jakby odzwierciedlenie błogosławieństwa z Pierwszego Czytania, gdzie oprócz tego, że Bóg będzie błogosławił i strzegł Narodu Wybranego, że rozpromieni oblicze Swoje nad nim, obdarzy go łaską i zwróci Swą twarz ku niemu, to jeszcze da mu swój pokój. Ta obietnica, w pełnym swoim wymiarze, została wypełniona w tą cichą, ale świętą noc. Prymat pokoju niesionego przez Kościół przez wieki jest dzisiaj widoczny chociażby w formule, którą wypowiada kapłan podczas sakramentu Pokuty i Pojednania. Nie wiem czy ktoś z Was zwrócił uwagę na to, co wypowiada duchowny podczas rozgrzeszenia. Bo przyznam się szczerze, że mi dotąd jakoś to umykało: "Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech Ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam Tobie grzechy w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego". W tym fragmencie kazania uderzyło mnie jednak coś jeszcze. Jeden niepozorny dodatek i szczegół, który bardzo łatwo przegapić. Otóż ksiądz pisał, że zapewne każdy z nas nie raz słyszał tą formułę, po czym dodał, że on też ją słyszy, kiedy klęka w konfesjonale od tej drugiej strony, czyli osoby, która się spowiada. Nie stawiał tym samym siebie ponad wiernymi, nie grzmiał: "patrzcie, jestem lepszy od was". Nie, zrównał siebie z nami, przyznając, że jest takim samym grzesznikiem, że też upada, może też ma chwile zwątpienia.
Bóg nie przyszedł na świat wojować, ale przynieść im pokój. Nie po to, aby burzyć, ale żeby budować zgodę. Tutaj nawiązał do naszej unikatowej szopki z dźwigiem - tak jak dźwig wznosi budowle, nawet najwyższe wieżowce na świecie, tak my w naszym wnętrzu powinniśmy mieć taki dźwig, który będzie budować pokój w nas samych. Bo łatwo jest walczyć o niego na zewnątrz siebie, dużo trudniej jest nosić pokój w samym sobie. 
A zatem skąd według księdza Niosącego Światło czerpać wewnętrzny pokój na co dzień? W swoim kazaniu zawarł on takie trzy główne rady:
  1. Ze spotkania z Jezusem ukrytym pod postacią chleba - nawiązał tutaj do pierwszej stajenki zbudowanej przez św. Franciszka z Asyżu w Gaccio. Tak jak pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów, nie było w nim żłóbka z figurką małego Dzieciątka, a ołtarz, na którym zaproszony kapłan sprawował w Eucharystii. To tak, jakby Jezus narodził się każdego dnia pod postacią już nie fizycznej osoby, ale ukryty w Chlebie i Winie, które staje się jego Ciałem i Krwią. Bardzo uderzyła mnie przywołana tutaj metafora, która przypisywana jest świętemu Augustynowi: Żłób jest miejscem zawierającym pokarm dla zwierząt. Wtedy, w tą świętą noc leżał w nim Syn Boży, prawdziwy duchowy pokarm, który umożliwia realizację człowieczeństwa, a także gwarantującym życie wieczne. Żłób będzie wskazywał na stół Pański oraz Eucharystię, jest ołtarzem ofiarnym, na którym spoczywa odwieczne Słowo Boga**. Dlatego też szopka w tym kościele jest jakby w ołtarzu, a figurka Dzieciątka leży na otwartym Ewangeliarzu.
  2. Ze spotkania z drugim człowiekiem - tutaj od razu zaznaczył, że spory są wpisane w naszą ludzką naturę. I w zasadzie to jest dobre, bo dzięki nim możemy nauczyć się siebie wzajemnie. Ale musimy też umieć sobie wybaczać. Ważna tutaj jest umiejętność wzajemnego wysłuchania siebie. Powtarzam, nie słuchania, ale wysłuchania. Niektóre spory wynikają właśnie z tego, że nie potrafimy słuchać siebie wzajemnie. Że budujemy między sobą dzielące nas mury, a nie łączące mosty (to było ewidentne nawiązanie do dźwigu przy szopce). A przecież Bóg przychodzi do nas nie tylko pod postacią Chleba i Wina, ale i drugiego człowieka. Przywołał tutaj taką jedną ze scen z filmu "Dwóch papieży" (swoją drogą to chyba będę musiała go obejrzeć), w którym obaj papieże siedzą w ciszy. I nagle Franciszek pyta Benedykta XVI czy mogliby porozmawiać, na co Benedykt mu odpowiedział, że najtrudniej jest słuchać, by usłyszeć Jego głos. Z kolei nic tak nie wpływa pozytywnie na pokój, jak właśnie chwilowe trwanie w ciszy.
  3. Z lektury Pisma Świętego. Tutaj została przywołana historia opowiedziana przez innego księdza - kiedyś chodząc po kolędzie zauważył u jednej z parafianek horoskop na dany rok. Zdziwiony zapytał czy ona to czyta. Odpowiedziała, że tak, czyta, ale w to nie wierzy. Chwilę potem wskazał na leżące na stole Pismo Święte. Parafianka przyznała, że nie czyta, ale wierzy w to, co tam pisze. Niby banalna historia, a jednak ma swoje głębsze przesłanie. Bo na półkach ileż to z nas Pismo Święte po prostu leży i tyle. Jednocześnie ksiądz zaproponował, że może warto w tym roku po prostu sięgać do jego treści, aby jeszcze bardziej odkryć tajemnicę wiary.
Pewnie moje streszczenie kazania jest nieco chaotyczne***, jednak ono samo w sobie było bardzo logiczne i poukładane, a przejście z jednego wątku do drugiego niezwykle harmonijne. Nie często słyszy się takie kazania, więc może dlatego tak bardzo mnie ono uderzyło. Nie wiem, czy to były jego własne przemyślenia, czy też czymś się inspirował (no poza podanymi w kazaniu przykładami), w każdym razie nie znalazłam w Internecie czegoś bardzo zbliżonego do tego, co powiedział****. Nie słyszałam też wcześniejszych kazań księdza, nie mam więc odwołania, ale jeżeli wszystkie są wygłaszane w tym stylu, to myślę, że jego patron od chrztu świętego  musi być z niego dumny. 
W kazaniu wielokrotnie padło nawiązanie do zbudowanej przez nas szopki oraz leżącej w niej figurki dzieciątka Jezus
* Wedle opinii księdza, który będzie błogosławionym
** Za https://jezuici.pl/2022/12/porodzila-swego-pierworodnego-syna/
*** Wybaczcie, ale podczas jego pisania opierałam się tylko na tym, co zapamiętałam
**** Jedno z największych życiowych rozczarowań? Znakomite kazanie wygłoszone przez mojego proboszcza znalezione potem na Internecie, toczka w toczkę takie samo, z dużo wcześniejszą datą