Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 7 grudnia 2024

2078. Nie tak wyobrażałyśmy sobie tą konferencję

Rok temu razem z Madziałkiem pomagałyśmy w przygotowaniu kolejnej edycji konferencji organizowanej przez nasz Wydział - "Między katedrą, a katedrą". Ba, nawet miałam swoje 5 minut poprzez wygłoszenie referatu wiążącego się z moją pracą licencjacką, a dotyczącego wypalenia w szerokim tego słowa znaczeniu. Podobało mi się, nie będę ukrywała, że nie. Co prawda przepływ informacji był kiepski, nawet w porównaniu z przygotowaniem konferencji na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, gdzie niekiedy też to kulało, ale ogólnie raczej wszystko się udało. W każdym razie, reklamacji nie było.
Jeszcze przed wakacjami wiedziałyśmy, że jeżeli w tym roku będzie organizowana kolejna edycja, a było niemal pewne, że tak będzie, to na pewno angażujemy się w jej organizację. Zgłosiłyśmy to nawet dyrektorce naszego kierunku, nota bene również promotorce naszych prac licencjackich. Mojej już obronionej, Madziałek dopiero będzie broniła swojej po skończenia tego roku studiów na NoRkach. Pani Dyrektor bardzo się z tego ucieszyła, pamiętała naszą pomoc w listopadzie ubiegłego roku i bardzo ją sobie ceniła. Wystarczyło tylko poczekać do nowego, aktualnego roku akademickiego, kiedy wszystko miało ruszyć. Ta strategia wbrew pozorom nie jest taka głupia, zakładając że co prawda wiele osób odchodzi wraz z uzyskaniem dyplomu ukończenia studiów, ale na ich miejsce przychodzą nowi studenci, którzy też mogliby być chętni do pomocy, a może nawet i wygłoszenia referatu. Jednak kiedy nastał nowy rok akademicki i nic nie było wiadomo, to zaczęłyśmy odczuwać niepokój. Co prawda Starościna, która też była w sztabie organizacyjnym konferencji, kilka razy pytała nas, czy chcemy się zaangażować w organizację konferencji, ale nic poza tym. W ogóle wyglądało to trochę tak, jakby to tylko ona ją tworzyła i za wszystko była odpowiedzialna, jednak ten typ tak ma. 
Zrobiła raz jeden stacjonarnie zebranie w kwestii konferencji, o czym nikogo nie poinformowała. A więc był ten, kto w tym czasie przebywał na wydziale. Czyli jakieś 3 z kilkunastu osób. Śmieszne? Może trochę. To wtedy padła tematyka przewodnia konferencji (samotność) oraz jej termin (6 grudzień). No i główni prelegenci, w większości znajomi Starościny. Też rzuciłam z Madziałkiem kilka propozycji takich gości, np. pracujących na co dzień na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Myślę, że też mogliby wnieść sporo do dyskusji. Myślicie, że zostali wzięci w ogóle pod uwagę? Bo ja mam wrażenie, że nie. 
Kolejne spotkanie odbyło się on-line... dzień przed konferencją. Ogólnie miało ono mieć miejsce dwa dni przed konferencją. I tutaj hit. Środa jest dla mnie dniem, kiedy wieczorem albo mam spotkania z bierzmowanymi, albo jadę do Sosnowca na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego. Tego dnia miałam bierzmowanych. Oczywiście od razu, kiedy Starościna ogłosiła termin spotkania na środę, a był to poniedziałek (poniedziałek tuż przed konferencji, żeby nie było), powiedziałam, że nie wiem czy dam radę być, bo mam tych bierzmowanych. Och, ile ja się w związku z tym nasłuchałam pretensji... Dobra, wieczorem po Kręgu Biblijnym powiedziałam Księdzu Niosącemu Światło, że przepraszam, że wyjątkowo nie dam rady zrobić z bierzmowanymi spotkania. Ksiądz nawet się tym nie zdenerwował, tylko podziękował za informację. Dzięki temu mógł przygotować całość spotkania, a nie tylko jego część. Tymczasem w środę po 11:00 jeden z moich serdecznych kolegów przysłał mi SMSa, że Starościna przesuwa spotkanie na czwartek na 19:30. Kiedy dotarłam do domu i zobaczyłam messengera zobaczyłam, że Starościna wysłała mi tą informację w godzinach, kiedy mieliśmy zajęcia na uczelni. Ok. rozumiem, że przerosło ją odwrócenie się i powiedzenie mi tego osobiście (czy tylko mnie wydaje się to co najmniej śmieszne?).
Jak można się domyśleć, w czwartek też musiałyśmy z Madziałkiem zmodyfikować nasze plany na ten wieczór (miałyśmy iść na spotkanie Duszpasterstwa Akademickiego do Kato). Trochę mnie to zirytowało, bo to już drugi dzień z rzędu. Jednocześnie miałam złudną nadzieję, że dowiem się wreszcie, co będę robić na konferencji. Rok temu byłam na recepcji, ale w tym roku Starościna już obsadziła tą funkcję. Jak można się domyśleć - nie dowiedziałam się. W ogóle nie wiem czemu miało służyć to spotkanie, nic konkretnego na nim nie padło. A więc, jak łatwo się domyśleć, było to dla mnie stratą czasu.
W piątek poszłam na uczelnię zdenerwowana, ponieważ pierwszy raz kompletnie nie wiedziałam, co mam robić. Bo odpowiedź, że dowiem się na miejscu zupełnie mnie nie satysfakcjonowała. Zresztą nawet na miejscu Starościna nie znalazła czasu, aby poinformować mnie o przydziale moich obowiązków. Za to wkurzyła wszystkich członków Samorządu Studenckiego tym, że nie będąc już w Samorządzie bezprawnie przebywała w naszym pokoju. Co nas tak zdenerwowało? To, że wszystkim z nas cofnięto możliwość wchodzenia tam z powodu konfliktu dwóch osób z Samorządu. Wyszedł więc paradoks - członkowie Samorządu nie mogą przebywać w naszym pokoju (przynajmniej do czasu wyboru nowych władz), ale spoza - i owszem. Na szczęście jeszcze tego samego dnia poszło do dziekana pismo, aby nikt nie miał tam wstępu, co jest najbardziej sprawiedliwe.
Nie wiedząc co z sobą począć poszłyśmy z Madziałkiem na parter i informowaliśmy gości przybyłych na konferencję, gdzie mają iść. Chociaż czasami kończyło się to tym, że kierowaliśmy Ukraińców do znajdującej się na czwartym piętrze siedziby Caritasu. Oczywiście jedna z nas zupełnie by sobie z tym poradziła, wiadomo jednak, że w dwójkę zawsze jest raźniej. W związku z powyższym ominęła nas pierwsza część konferencji polegająca na powitaniu uczestników konferencji przez księdza dziekana naszego wydziału oraz panelu dyskusyjnym zaproszonych gości, no ale nie da się być w dwóch miejscach równocześnie.
Dotarłyśmy dopiero na drugą część konferencji, na którą składały się sekcje z referatami studenckimi. Początkowo też miałam wziąć w niej czynny udział, miałam nawet pomysł na to, co chcę mówić, jednak Starościna tak na mnie naciskała z terminem nadesłania abstraktu, że w końcu tego nie zrobiłam. Wybaczcie, ale nie potrzebuję, aby ktoś bezpodstawnie poganiał mnie w tym względzie miesiąc wcześniej. Znowu wysłuchiwałam Gorzkie Żale na ten temat w jej wykonaniu. Ciekawe dlaczego sama nie powiedziała żadnego referatu. Ale nie, bo wtedy nie mogłaby być moderatorem sekcji. Jak tylko usłyszałyśmy to z Madziałkiem od razu wiedziałyśmy, gdzie nie iść. W zamian udałyśmy się na sekcję, w którym udział wzięli m.in. nasi znajomi z Koła Naukowego Teologów. 
W tej sesji miało miejsce 5 wystąpień:
  1. Pierwsze dotyczyło problemów komunikacyjnych doświadczanych przez osoby mające problemy z wyrazistą wymową.
  2. Drugie prezentowało acedię, jako fenomen interdyscyplinarny w kontekście duchowym i psychologicznym.
  3. Trzecie omawiało problem samotności rodziców po stracie dziecka nienarodzonego.
  4. Czwarte przedstawiało egoizm i solidarność w kontekście nierówności społecznych.
Każde z nich trwało maksymalnie 20 minut, a moderujący wszystko ksiądz Tomcio Paluszek skrupulatnie pilnował bezlitośnie upływającego czasu. Dzięki temu cała sesja zmieściła się w przewidywalnym przedziale czasowym i punktualnie o 14:00 wróciliśmy na salę główną, gdzie miało miejsce podsumowanie referatów wygłoszonych w sekcjach. Jak myślicie, czyje podsumowanie oceniliśmy najgorzej? Nie, nie jesteśmy do niej uprzedzone, ale to nie jest moja pierwsza konferencja i podsumowanie to nie tylko streszczenie przedstawionych referatów, ale i wniosków, jakie się z nich wynosi. Tego drugiego u niej zabrakło, co sprawiło, że to jej podsumowanie było dosyć jałowe w porównaniu z podsumowaniem innych moderatorów. Nie uważam, że zrobiłabym to lepiej, dlatego na siłę nie pcham się tam, gdzie wiem, że się nie sprawdzę.
Konferencja zakończyła się pytaniami zadawanymi prelegentom. To miałoby sens, gdyby zadawali je wszyscy, tak jak proponowaliśmy z Madziałkiem i kilkorgiem innych osób współtworzących wydarzenie. Tymczasem Starościna zdecydowała, że będą one tylko i wyłącznie od głównych gości. Madziałek był już tym tak zdenerwowany, że zdecydował, że nie będzie prowadzić tej części konferencji, jak było w pierwotnym zamiarze. Jak myślicie kto ją zastąpił...
Matko i córko, żadna konferencja nie zmęczyła mnie tak bardzo, jak ta. Zero organizacji, zero delegowania zadań innym osobom. W ogóle wyszło to bardzo słabo w porównaniu chociażby z zeszłoroczną edycją. Wszystko wyglądało tak, jakby konferencja należała do jednej osoby. Czy tak powinno być? Nawet dziekan naszego wydziału stwierdził szczerze, że nie. Tym bardziej, że ewidentnie było widać, że organizacja tego typu rzeczy nie jest mocną stroną Starościny. Że może i robi różne rzeczy na te swoje Dzieci Maryi czy KSM, ale ewidentnie przerosła ją samodzielna organizacja tego typu wydarzenia. No, ale gdyby ktoś jej faktycznie pomógł, to musiałaby spijanie śmietanki podzielić z innymi, a to mogłoby być dla niej nie do przyjęcia.
Na szczęście za rok już jej nie będzie na tym wydziale i praktycznie zerowa jest możliwość, że będzie organizowała przyszłoroczną edycję. W ogóle ciekawe jest w niej to, że nic jej w tym momencie nie wypadło, chociaż jak mamy jakieś kolokwium czy też egzamin, to praktycznie zawsze coś jej wypada - a to zastępstwo z religii, a to jakieś inne "nagłe wydarzenie". Dla większości z nas to mega ściema. Szkoda, że wykładowcy tego nie widzą, albo nie chcą zobaczyć. A my już mamy pomysł na przyszłoroczne katedry. I nawet chętnych do pomocy przy ich organizacji. To się nie ma prawa nie udać, zobaczycie.

piątek, 6 grudnia 2024

2077. Gypsy - ofiara czy zbrodniarka?

Przesłuchałam sobie podcastu dotyczącego historii Gypsy Blanchard i jej mamy, Dee Dee Blanchard. Wcześniej na ćwiczeniach z Przemocy domowej oglądaliśmy film dokumentalny opowiadający o tej w zasadzie smutnych wydarzeniach z przeniesionym zespołem Munchhausena w tle. Trochę też sobie poczytałam na ten temat w internecie, bo nawet na polskich stronach można znaleźć sporo informacji na ten temat. I z jednej strony trochę jestem przerażona tym schorzeniem, ale z drugiej daje do myślenia.
Gypsy Blanchard urodziła się w 1991 roku. Jej rodzicami byli 24-letnia Clauddine Pitre oraz 17-letni Rod Blanchard. Małżonkowie rozstali się tuż przed narodzeniem dziewczynki. Kobieta zabrała swoją nowo narodzoną córeczkę i zamieszkała z rodziną. Same narodziny dziewczynki mogły być nieco przedwcześnie, co mogło wpłynąć na rozwój jej mózgu. Poza tym nie miała problemów zdrowotnych. Mimo to kiedy miała 3 miesiące jej matka była pewna, że dziewczynka ma bezdech senny, przez co zaczęła zabierać ją do szpitala. Jednak powtarzające się testy nie potwierdziły tych podejrzeń. Mimo to matka Gypsy była przekonana, że mała cierpi na szeroki wachlarz problemów zdrowotnych, przypisywanych nieokreślonej aberracji chromosomowej.
Kiedy Gypsy miała 7, 8 lat, jechała motocyklem dziadka. To wtedy wydarzył się drobny wypadek, wskutek którego skaleczyła się w kolano. Claudine uznała, że to widoczny objaw urazów wymagających kilku operacji. Od tej chwili Gypsy poruszała się na wózku inwalidzkim. Co ciekawe, sama czuła się na tyle dobrze, aby chodził o własnych siłach, kiedy miała ku temu okazję. Dziewczynka często jeździła na wydarzenia związane z Olimpiadami Specjalnymi. W 2001 roku, kiedy matka twierdziła, że jej córka ma 8 lat (chociaż miała 10), dziewczynka została uznana za honorową królową parady dla dzieci, która odbyła się w Nowym Orleanie.
Dziewczynka prawdopodobnie przestała uczęszczać do szkoły na poziomie drugiej klasy. Po tym czasie mama miała ją uczyć w domu z powodu rzekomych jej chorób. Gypsy samodzielnie nauczyła się czytać, dzięki serii książek o Harrym Potterze.
Kiedy Rod (ojciec Gypsy) ponownie zawarł związek małżeński, Clauddine pozostawała samotna. Wraz z Gypsy przeniosła się do domu swojego ojca i macochy. Macocha oskarżyła ją później o podtruwanie jej substancją zawierającą Glifosat. W tym czasie Clauddine oskarżono o kilka drobnych przestępstw (wystawianie czeków bez pokrycia). Kiedy rodzina zaczęła konfrontować kobietę z jej zachowaniem względem Gypsy i zaczęła wyrażać podejrzenia dotyczące zdrowia macochy, zmieniła imię i wyjechała z córką do Slidell. Jej rodzina nie miała o tym pojęcia, ale zdrowie macochy kobiety wróciło do normy wkrótce po ich wyjeździe.
W Slidell Dee Dee, bo na takie imię zmieniła się Clauddine, zamieszkała wraz z Gypsy w lokalu socjalnym. Rachunki opłacali z pieniędzy, jakie Dee Dee otrzymywała z opieki społecznej ze względu na zły stan zdrowia Gypsy oraz z alimentów od Roda. Większość czasu spędzała z córką u różnych specjalistów, szukając sposobów na wyleczenie chorób, które w tym okresie zaczęły dotykać wzroku i słuchu dziewczynki. W czasie biopsji mięśnia nie znaleziono dowodów na dystrofię mięśniową, na którą rzekomo cierpiała nastolatka, nie udało się też ustalić leczenia na inne domniemane problemy jej córki. Po tym, jak Dee Dee oznajmiła lekarzom, że jej córka ma regularne napady co kilka miesięcy, lekarze przepisali jej leki przeciwpadaczkowe. W tym czasie dziewczynka przeszła też kilka operacji, a mama regularnie zabierała ją na pogotowie w związku z drobnymi dolegliwościami.
Po tym jak w 2005 roku huragan Katrina zniszczył zamieszkiwany przez kobiety teren, dostały zastępcze lokum w Covington. Dee Dee uznała, że cała dokumentacja medyczna jej córki została zniszczona w czasie powodzi. Wobec tego lekarz zaproponował, aby przeniosły się do rodzinnego Missouri. Początkowo mieszkały w wynajętym domu w Aurora. W tym czasie Gypsy została uhonorowana tytułem dziecka roku 2007. Rok później wybudowano dla nich niewielki dom z rampą dla wózków i jacuzzi. Było to częścią większego projektu w północnej części Springfield. Historia samotnej matki wychowującej ciężko upośledzoną córkę i która została zmuszona do emigracji przez huragan Katrina cieszyła się dość dużym zainteresowaniem mediów, a społeczność chętnie pomagała kobiecie, znanej jako Dee Dee. Wsparcie finansowe obejmowało wiele datków charytatywnych. W Luizjanie korzystały z okazjonalnych pobytów w domach Ronalda McDonalda w trakcie wizyt lekarskich. W Missouri otrzymywały bezpłatne loty, aby odwiedzać lekarzy w Kansas City. Otrzymywały bezpłatne wyjazdy do Walt Disney World, a także wstępy za kulisy koncertów Mirandy Lambert. Ojciec Gypsy wciąż płacił comiesięczne alimenty na córkę w wysokości 1200 dolarów, wysyłał jej prezenty oraz czasami rozmawiał z nią przez telefon. Kiedy zadzwonił do Gypsy w jej osiemnaste urodziny, była żona prosiła go, aby nie mówił córce ile ma lat, ponieważ ona myśli, że ma 14 lat. Rod i jego druga żona chcieli regularnie odwiedzać córkę, ale z różnych powodów Dee Dee zawsze zmieniała plany. Sąsiadom zaś oznajmiła, że mężczyzna był narkomanem i alkoholikiem, który nigdy nie pogodził się z problemami ze zdrowiem córki i nigdy nie wysłał żadnych pieniędzy.
Wiele osób, które spotkały Gypsy było nią oczarowanych. Miała 150 cm wzrostu, bezzębne usta, duże okulary oraz wysoki, dziecięcy głos - wszystko to sugerowało, że dziewczynka jest naprawdę bardzo chora. Nastolatka nosiła peruki lub czapki przykrywające łysinę - Dee Dee regularnie goliła jej włosy, aby wyglądem przypominała osobę po chemioterapii. Kiedy opuszczały dom, kobieta często brała butlę tlenową oraz rurkę do karmienia. Dee Dee leczyła też ślinianki Gypsy jadem kiełbasianym, a następnie wycięła je, w ten sposób kontrolując jej ślinienie się. Dziewczyna twierdziła później, że matka wywoływała je za pomocą znieczulenia miejscowego, aby jej dziąsła drętwiały przed wizytami lekarskimi. Dodatkowo wszczepiono jej do ucha rury, aby zapobiec ciągłym jego zapaleniom.
Matka używała przemocy fizycznej do kontrolowania córki. W obecności innych ciągle trzymała jej rękę. Gdy Gypsy mówiła coś, co według matki mogło sugerować, że nie jest naprawdę chora lub wydawała się być rozwinięta psychicznie bardziej, niż sugerowała to Dee Dee, ta ściskała bardzo mocno jej dłoń. Kiedy były same, Gypsy była bita dłońmi lub wieszakiem na ubrania. 
Co ciekawe, neurolog dziecięcy Bernardo Flasterstein z Spingfield, nabrał podejrzeń co do poprawności diagnozy dystrofii mięśniowej. Wykonał on MRI i badania krwi, nie wykazały one jednak żadnych nieprawidłowości. Lekarz zauważył też, że matka dziewczyny nie potrafi w miarę logicznie opowiedzieć historii choroby swojej córki. Po skontaktowaniu się z lekarzami Gypsy z Nowego Orleanu dowiedział się, że oryginalna biopsja mięśnia pacjentki wyszła negatywnie. Lekarz zaczął u matki podejrzewać zastępczy zespół Muchhausena. Kobiecie udało się jednak zdobyć dostęp do jego notatek, a następnie przestała przyprowadzać do niego Gypsy. Sam lekarz nie zareagował i nie zgłosił sprawy opiece społecznej. W 2009 roku ktoś zadzwonił na policję i powiadomił o stosowaniu przez Dee Dee różnych imion i dat urodzenia dla siebie córkę i zasugerował, że Gypsy jest zdrowsza, niż twierdzi jej matka. Sprawdzający ten donos funkcjonariusze zaakceptowali wyjaśnienia kobiety, że stosowała dezinformację, aby utrudnić byłemu mężowi odnalezienie ich. Sprawa została zamknięta.
W 2010 roku Gypsy zaczęła testować, jak wiele może sobie pozwolić przy matce. Pewnego dnia dziewczyna zapukała do drzwi sąsiadki i poprosiła o podwiezienie do miejskiego szpitala, gdzie miała spotkać się z mężczyzną, wzbudzającym jej romantyczne zainteresowanie Mężczyzna został upomniany przez grupkę osób znających historię Gypsy i podejrzewających, że chce on wykorzystać niepełnosprawną umysłowo, nieletnią dziewczynę . W szpitalu udało jej się zdobyć swój akt urodzenia, dzięki czemu dowiedziała się, że jest pełnoletnia. Kiedy Dee Dee się o tym dowiedziała, pojechała do szpitala. Tam poinformowała, że dokument jest nieprawdziwą wersją wydaną po huraganie, udowadniając to posiadaniem nowszej wersji z prawdziwą, późniejszą datą urodzenia. Po tym wszystkim Gypsy miała przeprosić za zamieszanie.
Od 2001 roku dziewczyna uczęszczała na konwenty science ficton i fantasy. Czasami zakładała na nie kostiumy, aby wmieszać się w tłum mimo wózka inwalidzkiego. W czasie jednej z takich imprez po raz kolejny próbowała uciec, ale matka znalazła ją razem z poznanym w internecie mężczyzną w pokoju hotelowym. Dee Dee znowu sfałszowała akt urodzenia, jeszcze bardziej odmładzając córkę i zagroziła, że o wszystkim poinformuje policję. Gypsy wspominała, że potem mama rozbiła komputer młotkiem i groziła, że to samo zrobi z jej palcami, jeżeli spróbuje uciec. Dodatkowo przez dwa tygodnie dziewczyna była trzymana na smyczy i przypinana kajdankami do łóżka. Po pewnym czasie Dee Dee złożyła na policji dokumenty świadczące, że jej córka była upośledzona umysłowo. Gypsy myślała, że gdyby chciała zwrócić się o pomoc do policji, to nikt by jej nie uwierzył.
Około 2012 r. Gypsy skontaktowała się z Nicholasem Godejohnem, jej równolatkiem z Big Bend w Wisconsin. Miała na jego trafić na internetowej grupie chrześcijańskiej dla singli. Nicholas był jednak osobą z problemami - miał kryminalną przeszłość oraz zaburzenie dysocjacyjne tożsamości lub autyzm.
Dwa lata później Gypsy zwierzyła się swojej sąsiadce, Aleah Woodmansee, że wraz z Nicholasem planowali wspólną ucieczkę, a nawet wybrali nazwiska dla swoich dzieci. Kobieta miała pięć różnych kont na Facebooku, a flirtując ze swoim chłopakiem używała elementów BDSM, którymi jednak bardziej zainteresowany był jej ukochany. Woodmansee chciała wybić jej ten pomysł z głowy myśląc, że nastolatka (bo tak postrzegała Gypsy) trafiła na seksualnego przestępcę. Pomimo tego, że Dee Dee ponownie zniszczyła laptopa i telefon córki, ta utrzymywała kontakt z chłopakiem właśnie przez wspomnianą sąsiadkę.
W 2015 roku Gypsy zaaranżowała spotkanie matki z Nicholasem i zapłaciła mu, gdy przybył do Springfield. Wedle planu miał wpaść na nią, kiedy wraz z matką były w kostiumach w kinie. W ten sposób mieli nawiązać kontakt, a Gypsy miała przedstawić chłopaka matce. Godejohn powiedział wtedy, że podczas pierwszego spotkania dziewczyna zaprowadziła go do łazienki, gdzie doszło między nimi do zbliżenia seksualnego. Ich znajomość była kontynuowana w Internecie, a dodatkowo zaczęli opracowywać plan zabicia Dee Dee. W związku z tym Nicholas wrócił do Springfield w czerwcu 2015 roku, kiedy jego dziewczyna wraz z matką były umówione na spotkanie lekarskie. Po powrocie do domu Dee Dee poszła spać, a jej córka dała znać mężczyźnie, aby przyszedł do ich domu. Wpuściła go i dała taśmę izolacyjną, rękawiczki i nóż ze świadomością, że chłopak wykorzysta je do zabicia matki. Sama kobieta schowała się w łazience, gdzie zatkała uszy aby nie wiedzieć, kiedy jej matka będzie umierać. 
Nicholas kilka razy dźgnął śpiącą matkę Gypsy. Po tym wszystkim para ze sobą współżyła. Zabrali 4000 dolarów, które Dee Dee trzymała w domu i uciekli do motelu znajdującego się poza miastem. Tam planowali kolejne kroki. W tym czasie byli widziani na kamerach w kilku lokalnych sklepach. Para wysłała narzędzie zbrodni do domu Nicholasa w Wisconsin, chcąc w ten sposób uniknąć złapania, a następnie wsiedli do autobusu. Kilku świadków widziało ich po drodze do stacji Greyhound. Ku ich zdziwieniu Gypsy miała na głowie bordową perukę i chodziła bez pomocy innych.
14 czerwca po południu Nicholas użył swojego telefonu do opublikowania dwóch aktualizacji na Facebooku, aby ludzie mogli odkryć ciało Dee Dee. Pierwsza wiadomość brzmiała: "Ta suka nie żyje", druga sugerowała, że ktoś zabił matkę i zgwałcił córkę.
Znajomi Dee Dee szybko zareagowali na te wpisy na Facebooku oraz na nietypowy dla właścicielki konta język. Niektórzy pytali wręcz, czy to reakcja na obejrzany film, albo sądzili, że profil został shakowany. Gdy Dee Dee nie odbierała telefonu, poszli do jej domu. Zauważono, że używany do transportu wózka Gypsy nissan stoi na podjeździe, dlatego założono, że wyprawa do lekarza jest mało prawdopodobna. Folia ochronna w oknach sprawiała, że trudno było zajrzeć do środka. Zadzwoniono więc pod numer alarmowy. Jeden z sąsiadów wspiął się na okno i odkrył, że wnętrze domu jest nienaruszony, a wózek inwalidzki Gypsy znajduje się w budynku. Kiedy policja weszła do domu, znalazła ciało matki. Założone zostało konto, aby pokryć koszty pogrzebu matki i ewentualnie jej córki. Wszyscy bowiem bali się jednego - nawet jeżeli Gypsy nic się nie stało, to nie będzie ona w stanie żyć bez wózka inwalidzkiego, lekarstw, butli z tlenem i rurki do karmienia.
Woodmansee powiedziała wtedy policji, że wie o Gypsy i jej internetowym chłopaku, a także pokazała im wydruki na którym było jego imię. Na tej podstawie policja poprosiła Facebook o prześledzenie adresu IP, z którego wysyłano posty na konto denatki. Odkryto, że znajduje się on w Wisconsin. Następnego dnia Nicholas i Gypsy zostali aresztowani pod zarzutem przestępstwa i zbrojnych działań przestępczych.
Wiadomość o odnalezieniu Gypsy przyjęto w Springfield z ulgę. Wkrótce media przekazały prawdę o życiu Blanchardów: że Gypsy nigdy nie była chora, a matka kazała jej udawać, że jest inaczej.
W wyniku procesu Gypsy została skazana za morderstwo drugiego stopnia na dziesięć lat więzienia, a jej chłopak za zabójstwo pierwszego stopnia na dożywocie.
Po latach wyszło na jaw, że Dee Dee prawdopodobnie cierpiała na przeniesiony Zespół Munchhausena. Jest to zaburzenie psychiczne, w którym najczęściej matka podtruwa swoje dziecko albo wmawia mu różne choroby. Wszystko po to, aby spełniać się w opiece nad nim. Takie postępowanie bardzo często prowadzi do prawdziwych spustoszeń w organizmie i psychice dzieci, a nawet do ich przedwczesnej śmierci. Zdarza się, że maluchy zmuszone są do przejścia często zupełnie niepotrzebnych zabiegów.
Ponad dziesięć lat temu Wielką Brytanią wstrząsnęła historia Matthewa, chłopca, który do 7 roku życia miał za sobą 325 wizyt lekarskich i przeszedł dziesięć zupełnie niepotrzebnych operacji chirurgicznych. Przez ten czas jego matka twierdziła, że chłopiec choruje na cukrzycę, mukowiscydozę, zaburzenia metaboliczne, alergie pokarmowe, nietolerancje na światło słoneczne, zaburzenie neurologiczne i porażenie mózgowe, przez które musiał poruszać się na wózku. Przekonywała lekarzy, że malca trzeba karmić sondą, a do jego moczu dodawała glukozę, chcąc w ten sposób uwiarygodnić podejrzenie cukrzycy. Przez lata oszukiwała medyków, wymyślając kolejne objawy, a Matthew poddawany był kolejnym zabiegom w poszukiwaniu chorób. Lisa Hayden-Johnson opisywała Matthewa mianem "najbardziej chorego dziecka w Wielkiej Brytanii". Dbała o to, aby jej walka o zdrowie synka wywoływała wśród ludzi podziw i współczucie. Dzięki zasiłkom i rencie inwalidzkiej zgromadziła ok. 130 tys. funtów, uzyskiwała wsparcie od rozmaitych organizacji charytatywnych, które oferowały jej np. rejs na Teneryfę bądź nowy samochód. Gościła w telewizji śniadaniowej, a swoją historię sprzedała kolorowym magazynom. Spotykała się z rodziną królewską, razem z Matthewem odebrała z rąk ówczesnego premiera Tony'ego Blaira nagrodę Child of Courage Award. 
Kiedy wszystko wyszło na jaw, a dziecko okazało się zdrowe, Lisa została skazana na 3,5 roku więzienia za liczne oszustwa. Przez pierwsze sześć i pół roku życia Matthewa, czyli aż do interwencji policji i opieki społecznej, kobieta regularnie znęcała się nad synem na płaszczyźnie medycznej, fizjologicznej oraz psychologicznej. Chłopiec znosił te nieustanne tortury, chociaż ucierpiała każda strona jego młodego i bezbronnego życia.
Lisa również cierpiała na przeniesiony (zastępczy) zespół Munchausena (MSBP). Termin ten pierwszy raz został użyty w 1951 roku przez brytyjskiego lekarza Richarda Ashera. Nazwał w ten sposób zaburzenie psychiczne dorosłych osób, które celowo wywoływały objawy chorobowe lub udawały je, a także poddawały się w zasadzie niepotrzebnemu leczeniu - wszystko po to, by skupić na sobie uwagę personelu medycznego. Asher użył nazwiska żyjącego w XVIII w. niemieckiego barona Karla Friedricha Hieronymusa von Munchhausena, żołnierza i podróżnika, znanego z opowiadania wymyślonych przygód, w których rzekomo brał udział.
Z kolei termin "przeniesiony zespół Munchhausena" został wprowadzony w 1977 r. przez angielskiego pedriatrę, Roy'a Meadowa. Przez jakiś czas obserwował pod kątem zaburzeń psychicznych dwie matki - pierwsza wywoływała celowo objawy chorobowe u swojego dziecka, druga wręcz doprowadziła dziecko do śmierci z powodu ciężkich zaburzeń elektrolitowych - truła je dużymi dawkami soli doprowadzając tym samym do hipernatremii (nadmiaru sodu w organizmie).
Przeniesiony zespół Munchhausena może kojarzyć się z hipochondrią, jednak są to dwie różne rzeczy. W przypadku hipochondrii ma się do czynienia z obsesyjnym znajdowaniem u siebie symptomów chorób i chęcią ich wyleczenia. Z kolei przy MSBP objawy schorzeń wywołuje się sztucznie i stara się je jak najdłużej podtrzymać.
W 1999 r. Kathy Bush z Florydy została skazana na trzy lata więzienia za podtruwanie swojej córki Jennifer oraz zakażenie jej sond do karmienia, co skutkowało licznymi infekcjami. Jennifer miała jeszcze bogatszą kartotekę szpitalną niż syn Lisy Hayden-Johnson. Jednak w tym przypadku mamy do czynienia z prawdziwymi konsekwencjami. Dziewczynka od 2. do 9. roku życia przeszła 40 operacji, 1819 zabiegów niechirurgicznych, spędziła ponad 640 dni w szpitalach z powodu zaburzeń żołądkowo - jelitowych. Usunięto jej pęcherzyk żółciowy, wyrostek robaczkowy oraz część jelit. Nad Jennifer cały czas czuwała matka, która angażowała się w jej proces leczenia i była w stałym kontakcie z lekarzami. Podobnie jak w przypadku wspomnianej Brytyjki, postawa Kathy budziła powszechny podziw. Wrażenie zrobiła nawet na samej Hillary Clinton, która włączyła ją do kampanii dotyczącej reformy amerykańskiej służby zdrowia.
Chociaż przypadek Jennifer może jeżyć włos na głowie, to historia USA zna bardziej przerażające przykłady zastępczego zespołu Munchhausena. 45 - letnia Marybeth Tinning została w 1987 roku skazana na 20 lat więzienia za uduszenie swojej 4-miesięcznej córki. Podejrzewana była też o przyczynienie się do śmierci poprzednich ośmiorga dzieci, na przestrzeni 14 lat zmarło bowiem jej pięciu synów oraz trzy córki. Chociaż ich sekcje niczego podejrzanego nie wykazały, to wśród przyczyn ich zgonu znalazło się m.in. zatrzymanie krążenia, zespół Reye'a, nagła śmierć łóżeczkowa, czy te zatrzymanie się akcji serca. Ostatecznie przyznała się do zabójstwa trzech z nich poprzez uduszenie poduszką.
Szacuje się, że 95% przypadków zastępczego zespołu Munchhausena dotyczy biologicznych matek ofiar. Bardzo trudno doszukać się opisanego przypadku spowodowanego przez ojca. Dlatego też przyjmuje się, że matki, które wywołują u swoich dzieci objawy chorobowe to osoby z poważnymi zaburzeniami narcystycznymi i psychopatycznymi. Nie są zdolne do postrzeganie własnych dzieci jako oddzielnych osób, ale jako elementy pełniące funkcję w ich wewnętrznym świecie.
Kobiety, które zmagają się z MSBP potrafią manipulować otoczeniem w doskonały sposób - nie tylko rodziną, ale też personelem medycznym. Ocenia się, że ok. 80% z nich pracowało jako pielęgniarki lub rejestratorki medyczne.
Ofiary to głównie noworodki, niemowlęta oraz małe dzieci. Według badań z 2003 r., 6% przypadków zespołu zastępczego Muchhausena u matki kończy się śmiercią dziecka, kolejne 7% - długotrwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Według szacunków, w Polsce ofiarami zastępczego zespołu Munchhausena pada 3 na 100 tys. dzieci. Specjaliści zajmujący się tym zagadnieniem uważają jednak, że takich przypadków bywa znacznie więcej. O jednej z nich pisał "Dziennik" w 2009 r.
Pewnego dnia do Centrum Zdrowia Dziecka trafiła półtoraroczna Zosia w stanie poważnego niedożywienia. Pomimo założonej gastrostomii nie przybierała na wadze, a przeprowadzone przez lekarzy testy nie wykryły żadnej choroby. "Gdy Zosi robiło się bolesne i nieprzyjemne badania, matka była dziwnie podekscytowana. A gdy nie robiliśmy żadnych badań, stan dziewczynki nagle się pogarszał" - mówiła pielęgniarka z CZD. Zagadkowy stan dziewczynki wywołał u kierownika pediatrii podejrzenia, że za wszystkim może stać matka, która pracowała jako pielęgniarka w opiece społecznej. Postanowił to sprawdzić. W pewien piątek powiedział jej, że Zosia zostanie po weekendzie wypisana ze szpitala. Lekarz podejrzewał, że w weekend matka może coś jej zrobić i tak też się stało. Mała znowu poczuła się gorzej, a przeprowadzone badania wykazały, że matka podawała jej psychotropowe środki uspokajające. Jakiś czas później wyszło na jaw, że pierwsze dziecko kobiety zmarło w tajemniczych okolicznościach. Uznano, że przyczyną była śmierć łóżeczkowa. "Wszyscy uważali ją za wzór troskliwej matki, tak świetnie radziła sobie z nieszczęściami, jakie na nią spadają" - mówił wtedy zajmujący się sprawą policjant.
Toksyczną matkę, która podtruwa córkę, można oglądać w miniserialu "Ostre przedmioty", nakręconym na podstawie książki autorstwa Gillian Flynn. Także jedna z dziewczynek, którym pomaga Cole z "Szóstego zmysłu" jest ofiarą matki dotkniętej zastępczym zespołem Munchhausena. O chorobie wspomina też Eminem w utworze "Cleanin Out My Closet", narzekając, że matka w dzieciństwie wmawiała mu różne choroby.

środa, 4 grudnia 2024

2076. Praca dla niepełnosprawnych

HR Inspiracje - Pracownicy niepełnosprawni: fakty i mity, obawy i korzyści
W Polsce osób aktywnych zawodowo, którzy posiadają orzeczenie o niepełnosprawności jest około 3,4 mln. Jedynie co piąta z nich pracuje. Przyczyny bywają różne, ale jedną z najczęściej akcentowanych są obawy pracodawców kierowane stereotypami dotyczące pracowników niepełnosprawnych. To duża strata, ponieważ osoby z niepełnosprawnością to grupa pracowników z niewykorzystanym potencjałem, a zatrudnienie ich wiąże się dla firmy z korzyściami społecznymi, finansowymi i wizerunkowymi.
Nie da się ukryć, że wiele pracodawców obawia się, że osoba niepełnosprawna będzie mało wydajnym pracownikiem. Jednak doświadczenia przedsiębiorców, którzy zdecydowali się na zatrudnienie osób z niepełnosprawnością podkreślają finansowe i wizerunkowe korzyści, jakie przyniosło to zespołowi. Głównie jednak podkreślają zaangażowanie oraz lojalność takich pracowników.
Bo czy poruszająca się na wózku księgowa nie może wykonywać pracy umysłowej? Wszak wózek nie jest żadną przeszkodą. A czy chorująca na cukrzycę osoba nie może wykonywać pracy rekrutera, jeżeli tylko posiada odpowiednie kwalifikacje? Tak naprawdę potrzeba zmierzenia cukru lub zaaplikowania insuliny najczęściej odbywa się o ustalonych porach i nie ma wpływu na jakość wykonywanej pracy. 
Chcąc zatrudnić osobę z niepełnosprawnością warto postawić na jej umiejętności, doświadczenie i chęć jego powiększenia. Z kolei bazując na stereotypach i wyobrażeniach można wpaść w pułapkę myślenia, że osoby posiadające orzeczenie o niepełnosprawności mogą pracować wyłącznie w miejscach pracy chronionej, albo na specjalnie przystosowanych stanowiskach. Ale osoby z niepełnosprawnością mogą podejmować zatrudnienie w wielu branżach i na różnych stanowiskach. Jak pokazuje doświadczenie zdobyte przez wiele firm, osoby z niepełnosprawnością odnajdują się zarówno jako pracownicy biurowi, jak też pracownicy fizyczni, produkcji itp. Trzeba też pamiętać, że dynamicznie rosnący poziom wykształcenia wyższego przez osoby posiadające ograniczenia, znacznie wpływa na możliwości podejmowania pracy na stanowiskach wymagających wysokich kwalifikacji.
Przedsiębiorcy pytani o chęć zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnością często odpowiadają, że myśleli o tym, lecz ich firma nie jest przystosowana dla takich osób. Tymczasem schorzenia u wielu osób są zupełnie niewidoczne. Bo czy niepełnosprawność związaną z krążeniem, cukrzycę czy też nadciśnienie naprawdę widać? W dodatku takie osoby nie potrzebują właściwie żadnych przystosowań architektonicznych w miejscu pracy. A czy coś stoi na przeszkodzie, żeby zatrudnić osobę poruszającą się na wózku, ale spełniającą wymagania podane w ofercie pracy, w firmie, której siedziba znajduje się w budynku pozbawionym przeszkód architektonicznych? Warto tutaj wspomnieć, że jeśli pracodawca zdecyduje się na przystosowanie miejsca pracy, może otrzymać zwrot poniesionych kosztów.
Kierując ofertę pracy do osób z niepełnosprawnościami należy szczegółowo określić wymagania i zakres obowiązków. Grupa osób z niepełnosprawnościami ze względu na ich rodzaj i stopień oraz osobiste kwalifikacje, cechy osobowościowe i umiejętności jest bardzo zróżnicowana. Rekrutując takie osoby można skorzystać ze współpracy z wyspecjalizowaną agencją doradztwa personalnego albo organizacjami pozarządowymi zajmującymi się aktywizacją osób niepełnosprawnych. Można też zadbać o odpowiednie przeszkolenie pracowników działów HR w celu zapewnienia jak największej efektywności działań rekrutacyjnych. Sama rozmowa rekrutacyjna osoby z niepełnosprawnością nie powinna różnić się od innych rozmów kwalifikacyjnych, co nie oznacza, że nie wymaga odpowiedniej postawy w stosunku do kandydata. W przyjaznej i otwartej atmosferze rozmowa kwalifikacyjna może być początkiem budowania relacji i otwartości na niepełnosprawność kandydata.
W sytuacji wprowadzenia pracowników z niepełnosprawnością do zespołu mogą pojawić się następujące pytania: Czy mogę zapytać o niepełnosprawność? Czy powinienem pomóc, czy raczej nie pomagać? Jak mam mówić, żeby kogoś nie urazi? Mogą one najczęściej wynikać z braku doświadczeń z osobami z niepełnosprawnością, dlatego tak ważne jest przygotowanie zespołu do wspólnej pracy. Nieoceniona może okazać się tutaj rola managera, który potrafi umiejętnie zarządzać różnorodnym zespołem. Szkolenia pomagające "oswoić niepełnosprawność" są idealnym narzędziem do pokonywania wszelkich obaw. Mają one na celu przełamywanie stereotypów oraz uświadomienie, że osoby niepełnosprawne jako pracownicy mają podobne oczekiwania, dążenia jak i obawy wynikające z nowych sytuacji, które dotyczą chociażby innego traktowania przez pracowników ze względu na niepełnosprawność.
Zatrudnienie pracowników z niepełnosprawnością świadczy o potwierdzeniu zasady różnorodności w kształtowaniu polityki personalnej danej firmy. Otwartość na zatrudnienie osób niepełnosprawnych buduje również wizerunek firmy w oczach samych osób niepełnosprawnych. To zaś może mieć bezpośrednie przełożenie na pozyskanie nowej grupy klientów i odbicie w wymiarze ekonomicznym.

Na podstawie: https://hrstandard.pl/2015/08/03/hr-inspiracje-pracownicy-niepelnosprawni-fakty-i-mity-obawy-i-korzysci/

wtorek, 3 grudnia 2024

2075. Nie musiałyśmy długo czekać...

W ubiegłą środę solidarnie z Madziałkiem odmówiłyśmy Starościnie udziału w przygotowywanym przez nią przedstawieniu jasełkowym. Ja mam już tyle rzeczy na głowie, że nie dam rady bawić się jeszcze w jakieś szopki. Tym bardziej, że znając Starościnę, to wiem, jak to będzie wyglądało. Szkoda mojego czasu i energii. Madziałek też się do niej w ostatnim czasie zraziła (a mówiłam, uważaj na Starościnę, bo to jest bardzo nieobliczalny człowiek, nie posłuchała mnie, teraz płacze) i też powiedziała mi, że też nie ma ochoty na branie udziału w jej szopkach. W ogóle zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego ona nie robiła tego typu przedstawień, kiedy była (również samozwańczą, jak się ostatnio okazało) przewodniczącą Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego. Ale może teraz dalej chce był "naj", chociaż nie dzierży żadnej znaczącej roli, poza funkcją Starościny naszej grupy.
W przerwie między zajęciami oznajmiłyśmy jej naszą decyzję. Spokojnie i kulturalnie, podając swoje argumenty (chociaż pominęliśmy ten, że nie mamy na to całkowitej ochoty). No i się zaczęło: że odmawiamy jej w ostatniej chwili i że ona nie znajdzie tylu chętnych do jej przedstawienia*, że jaka ja jestem niedobra i niewdzięczna, że ona tak się stara i daje mi notatki**... Jednym uchem mi wpadało, a drugim wypadało. Do końca dnia mnie ignorowała, ale przez lata zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Na szczęście mam inne koleżanki w grupie, z którymi rozmawiam. A widząc zachowanie Starościny względem mnie, to mi po prostu współczują...
Nazajutrz na przerwie podeszła do mnie Madziałek z pytaniem, czy jestem na Teamsie w zespole, który dotyczy organizacji konferencji "Między katedrą a katedrą". Już rok temu obydwie pomagałyśmy w jej organizacji, główna organizatorka bardzo nas sobie chwaliła, toteż obydwie byłyśmy chętne do współorganizowania jej w tym roku. Oczywiście znowu nie wiedzieliśmy na czym stoimy, bo Starościna chyba poczuła się panem i rządcą i nie dość, że to ona miała dostęp do wszystkich dokumentów, to jeszcze wcale nikogo nie informowała na jakim etapie organizacji wszystko się znajduje. I tylko do mnie miała pretensję, że nie jestem prelegentem (litości... ciekawe dlaczego sama nim nie jest). Ale miałam nadzieję, że chociaż w komitecie mnie zostawi.
Po powrocie do domu sprawdziłam kanał. I okazało się, że mnie też tam nie ma. Napisałam do Starościny prośbę o wyjaśnienie sytuacji. Napisała mi lakoniczną odpowiedź, że pewnie samo się usunęło. No tak, ma przed sobą idiotkę, która nie wie jak funkcjonuje Teams i kanały. Madziałek był zaskoczony, że mnie też usunęła. Bo ani ja, ani ona nie wierzymy, że to jest przypadek, że akurat dzień po odmowie (a może jeszcze w tym samym dniu) obydwie zostałyśmy usunięte z zespołu. Tym bardziej, że jest to raczej skomplikowany proces, którego nie da się zrobić jednym kliknięciem myszy.
Ech, zawsze myślałam, że tego typu sprawy rozwiązuje się za pomocą rozmowy. Jak widać, są inne sposoby. Czy tylko ja i Madziałek mamy wrażenie, że jest to jakaś zemsta za naszą rezygnację z jasełek?

* Ja tego tak nie widzę, w ostatniej chwili to by było, gdybyśmy zrezygnowały kilka dni przed. Na tamtą chwilę nie znałyśmy nawet scenariusza, więc nie wiem, o co całe halo
** tylko, że kilka godzin przed zaliczeniem. Ja dziękuję za taką pomoc

poniedziałek, 2 grudnia 2024

2074. Warsztaty muzyczne, pierwszy dzień rekolekcji, pożegnanie arcybiskupa Galbasa, wprowadzenie katechumenów do wspólnoty Kościoła - czyli niezwykle pracowity weekend

Weekend będący przejściem z listopada w grudzień okazał się obfitujący w aż cztery ważne i ciekawe wydarzenia związane z funkcjonowaniem Duszpasterstwa, do którego należę. Raz w roku organizuje ono warsztaty muzyczne. Rok temu jeszcze nie byłam gotowa do wzięcia w nich udziału, ale w tym roku - i owszem. Dlatego po krótkim namyśle postanowiłam się na nie zapisać (bo ze względu na obiad obowiązywały na nie zapisy przez formularz). Jak długo "śpiewam", tak pierwszy raz byłam na takim czymś. Świetna przygoda, ale i niesamowite doświadczenie, które może się przydać nawet tym, którzy nie są związani ze śpiewem.
Przez całą sobotę i niedzielę na ostatnim piętrze Wydziału Teologicznego w Katowicach pod okiem zawodowców szlifowaliśmy nasz warsztat muzyczny. Jego finałem była oprawa niedzielnej Mszy świętej, na której obecny miał być po raz ostatni arcybiskup Adrian Galbas, a więc motywacja była podwójna. W naszym repertuarze znalazło się sporo autorskich pieśni prowadzących warsztaty, ale i kilka tradycyjnych utworów. Całość podzielona była na trzy bloki dziennie, które znowu były podzielone na trzy bloki, podczas których alby i soprany (razem), tenory i basy ćwiczyły swoje partie pod okiem jednego z trzech specjalistów. Bloki przedzielone były modlitwą brewiarzową oraz obiadem, po każdej z trzech mniejszych części wychodziliśmy na kawę i coś słodkiego na korytarz. Ciekawe było to, że w tych warsztatach uczestniczyli także ludzie nie związani z naszą wspólnotą, a więc nikt nam nie zarzuci, że jesteśmy zamknięci tylko na siebie. 
W niedzielę wieczorem odbyła się nauka rekolekcyjna dla studentów i w ogóle wszystkich zainteresowanych osób. Wygłosił ją franciszkanin z sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, a przybliżył w niej życiorys i dokonania św. Franciszka z Asyżu.
Po pierwszej nauce rekolekcyjnej udaliśmy się do wydziałowej kaplicy na wieczorną Mszę świętą. Była ona niezwykła przynajmniej z trzech powodów: uczestnicy warsztatów muzycznych zadbali o jej oprawę, było to oficjalne pożegnanie arcybiskupa Adriana Galbasa z naszym duszpasterstwem, ale też wprowadził on trzech dorosłych kandydatów do sakramentu chrztu św. (Mateusza, Marcina i Doriana) w okres katechumenatu. Jak sam arcybiskup przyznał na początku Mszy świętej - konsekrował kilka kościołów jako metropolita katowicki, ale z tym obrzędem zetknął się pierwszy raz w czasie swojej posługi w Katowicach.
Myślę, że łatwo jest się domyślić, że związane to było ze specjalnym rytuałem - przed wejściem do kaplicy katechumeni poprosili o wiarę, która daje życie wieczne oraz wyrzekli się wszystkiego co pogańskie, a więc może oddalić ich od Boga. Następnie duchowny katowicki naznaczył znakiem krzyża ich głowy, barki i piersi.
Przy dźwiękach pieśni "Marana tha, przyjdź Panie przyjdź" w niewielkiej procesji księża, liturgiczna służba ołtarza oraz katechumeni i ich bliscy weszli do niewielkiej kaplicy. Głównym celebransem liturgii był arcybiskup katowicki i to on wygłosił do nas homilię.
W homilii arcybiskup zaznaczył, że adwent, w który wchodzimy, to czas, kiedy uwidacznia się napięcie między ciemnością, a światłem. Stan ten dobrze obrazują poranne roraty - kiedy idziemy do kościoła w grudniowy poranek jest jeszcze ciemno, a światło z świecy lub lampionu zwiastuje nowy dzień, który nastaje po zakończeniu roratnej Mszy. Nieustanna walka między ciemnością a światłem rozgrywa się w duchowym życiu każdego z nas.
Nawiązując do pierwszego czytania z Księgi proroka Jeremiasza, abp Galbas zauważył, że prorok wypowiada swoje słowa w okresie wielkiej tragedii narodu wybranego. Nie ma ani Jerozolimy, ani świątyni, nie można więc było składać ofiar. Nic dziwnego, że Izraelici trwali w przekonaniu, że to już koniec, że Bóg ich opuścił, a oni nie są już Narodem Wybranym. Obawiają się też, że pokolenie Dawida już się nie odrodzi, a Mesjasz, który ma się z niego narodzić - nie przyjdzie. I właśnie w tym momencie słyszą od proroka zapewnienie, że "Jerozolima będzie trwać bezpiecznie". Arcybiskup podkreślił tym samym, że Jeremiasz ukazując tą zapowiedź ma w sobie światło, próbujące rozświetlić nie tylko jego samego, ale i innych, a nawet całą zrujnowaną Jerozolimę.
Następnie, powołując się na słowa Psalmu 25, kaznodzieja zauważył, że jego autor zdaje się być człowiekiem, który znajduje się w gęstym, ciemnym lesie, skąd na pozór nie ma wyjścia. Człowiekiem, który znalazł się w sytuacji, kiedy nie można nic dostrzec, ani nie wie się, w którą stronę powinno się iść. Człowiek ten modli się jednak do Boga z prośbą, żeby pomógł mu zobaczyć drogę, albo przynajmniej wąską ścieżkę. Tym samym psalmista wydawał się niemal pewien tego, że jego sytuacja nie jest jednak tak bardzo bezpośrednia - wie, że jest jakaś ścieżka lub droga, która prowadzi do światłości.  
Odnosząc się do słów Jezusa zapowiadających w Ewangelii koniec świata, kaznodzieja zauważył, że mogą budzić one przerażenie - opis przedstawia potworne zjawiska, trzęsienia ziemi, mdlejących ze strachu ludzi może odbierać nadzieję. Ale zaraz potem Jezus dodaje: "A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie", Owe słowa są niczym innym jak światłem i pokrzepieniem dla wszystkich oczekujących ponownego przyjścia Jezusa na ziemię. Kończąc swoją homilię wskazał na trzy ważne gesty dotyczących chrztu świętego:
  1. Wdzięczność za możliwość przyjęcia tego sakramentu
  2. Rachunek sumienia dotyczący naszej wiary poprzez rozważanie słowa Bożego, poszukiwanie Boga w świecie, w wydarzeniach i w drugim człowieku
  3. Wsparcie katechumenów poprzez dawanie świadectwa wiary
Po wygłoszeniu homilii nastąpiło, wzorem katechumenów z pierwszych wieków, specjalna modlitwa za Mateusza, Marcina i Doriana, wręczenie dwóm pierwszym Ewangelii oraz odesłanie ich - ponieważ pozostała część Mszy była dla nich po prostu niezrozumiała. Modlitwa wiernych przybrała formę spontanicznie wypowiedzianych próśb, natomiast ofiarowanie zabrzmiało "Nabierzcie Ducha i podnieście głowy". Podczas Mszy śpiewaliśmy dwie znane pieśni w języku łacińskim - było to "Sanctus, sanctus" ("Święty, święty") oraz "Agnus Dei" ("Baranku Boży"), co nadało jej jeszcze bardziej uroczystego charakteru. Do kompletu brakowało tylko "Pater noster". Kapłani rozdzielali Komunię Świętą, a tej czynności towarzyszył śpiew pieśni "Ciebie całą duszą" oraz "Spożywajmy Ciało Boga". Wzruszającym momentem było oficjalne pożegnanie arcybiskupa Adriana Galbasa przez "szefów" duszpasterstwa - Marcina i Olę. Do ciepłych słów dołączyli nietypowy prezent - tzw. "margaretkę" z wypisanymi naszymi deklaracjami modlitwy różańcowej w intencji kapłana, którego los rzucił aż do Warszawy. Po końcowym błogosławieństwie oraz zaśpiewaniu "Przyjdź o Niebieska Królowo" poszliśmy "pod dziekanat", aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z arcybiskupem.
Na zakończenie mieliśmy jeszcze agapę, czyli poczęstunek na uczelnianym holu. Ksiądz arcybiskup jeszcze przez chwilę z nami został - chodził pomiędzy wychowankami Duszpasterstwa, zagadywał, mnie osobiście udało się mu uściskać dłoń, co było niesamowitym uczuciem. A potem zupełnie niepostrzeżenie nas opuścił...
To był tak intensywny i pełny emocji weekend, że z radością wróciłam do domu, i jak przystało na późną porę (było około godziny 24:00), grzecznie poszłam spać. Nazajutrz czekał mnie nowy, intensywny dzień, oparty na uczelni, pracy, rozpoczęciem rorat oraz Kręgiem Biblijnym. Poza tym po tak obfitującym w różne rzeczy weekendzie przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Nawet, jeżeli trwał on zaledwie 5 godzin.