Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 28 marca 2016

309. Trudna nauka doceniania tego co się posiada

Niemal każdy człowiek ma tendencję do porównywania swojego życia do życia innych osób - tych znajomych i tych całkiem obcych. Nie raz pewnie zdarza się, że przychodząc do kogoś w gościnę, czy też zaglądając na inne blogi myśli sobie - kurcze, ale on/ona ma fajnie, ja też tak chcę! 
  1. Bo kupił sobie coś czego ja nie mam, a mnie się to podoba,
  2. Bo spotkał się z przyjaciółmi, poszedł na ciekawą imprezę, czy zrobił ą nawet w swoim domu,
  3. Bo ma szczęśliwe, rodzinne, poukładane życie,
  4. Bo robi to, czy tamto,
  5. Bo pojechał tam i tam,
  6. Bo...
Takich "bo" potrafimy wymienić nieskończoną ilość razy. Co ciekawsze, porównując swoje życie do życia innych ludzi, często nie potrafimy, wręcz nie chcemy dostrzec naszych "pięknych chwil". Skupiamy się na tym, czego nam brakuje, nie zastanawiając się nad tym, co posiadamy. Bo może nie mamy tego, czy tamtego, ale zapewniam Was, że w zamian otrzymaliśmy coś innego. Kochająca rodzina, poczucie bezpieczeństwa, spokój, możliwość samorealizowania się czy też najedzenia do syta - pomyślmy, ile ludzi może nam tych kilku rzeczy pozazdrościć. A lista przecież jest o wiele dłuższa. Wreszcie czy ktoś kiedyś zastanawia się, jakim pięknym darem jest jego życie? Może nie do końca idealne, nie do końca należące tylko do nas, ale jednak nasze. Pomyślmy ile zabiegów aborcji jest każdego roku wykonywanych, ile matek traci swoje nienarodzone dzieci w wyniku poronień! Ile ludzi umiera w ten, czy tamten sposób. Tymczasem my żyjemy! Dlaczego tak rzadko to doceniamy? Osobiście wiele lat obcowałam w środowisku osób niepełnosprawnych, także tych całkowicie zależnych od innych i nieuleczalnie chorych. Takiej pokory, a zarazem radości z życia nigdy więcej nie doświadczyłam. I znowu nasuwa się refleksja: ile razy potrafimy docenić naszą niezależność? Ile razy budzimy się z myślą - dobrze, że żyję? A oni potrafią. Mimo, że wiele z nich żyje na tzw. "kredyt". Dlatego boli mnie, kiedy słyszę czy też czytam, że ktoś nie chce po prostu żyć. Bo ktoś obok faktycznie może umierać z myślą: "Boże, dlaczego dałeś mi tak mało czasu do przeżycia?".  
Bardzo piękne świadectwo pokory doceniania tego, co się posiada, dał nam wszystkim zmarły dzisiaj jeden z założycieli Puckiego Hospicjum p.w. św. Ojca Pio, ksiądz Jacek Kaczkowski. Od urodzenia zmagał się z niedowładem lewej strony i problemami z pogarszającym się wzrokiem, z czasem zdiagnozowano u niego nowotwór nerki, który jednak udało mu się pokonać. 1 czerwca 2012 roku usłyszał jednak najtragiczniejszą diagnozę - glejak mózgu. Nieoperacyjny. Według rokowań medycznych powinien żyć rok. Przeżył prawie cztery. Niejeden z nas załamałby się słysząc taką diagnozę, odseparował od otaczającego go świata. Tymczasem ten trzydziestokilkuletni ksiądz postanowił jak najdłużej pełnić swoją duszpasterską misję i żyć, jak sam mówił, "na pełnej petardzie". I pełnił ją do końca, bo wiedział, że życie ma tylko jedno, że nie ma czasu na porównywanie się z innymi, na rozmyślanie, że inny ma dobrze bo jest zdrowy. Ale to w zasadzie krótkie życie księdza Jana może bardziej podobało się Temu na górze, niż życie niejednego z nas. Bo nie buntował się przeciwko losowi, jaki przyszło mu doświadczać. Bo przyjmował życie takie, jakim jest. Bo cieszył się każdym przeżytym dniem? Bo po prostu chciał być sobą - Janem Kaczkowskim, a nie mną, czy Tobą.
Docenianie tego co się ma jest trudną sztuką dla każdego z nas. I ja nie jestem tutaj wyjątkiem. Też czasami sobie myślę, że ten czy tamten ma ode mnie lepiej. I zamiast cieszyć się z tego, co posiada mój bliźni po prostu mu zazdroszczę, chcąc być takim jak on. Jesteśmy jednak indywidualistami, każdy z nas ma swoje oddzielne życie, tak bardzo się różniące od życia innych osób. I może kiedy znowu najdzie nas złość, że brakuje nam tego czy tamtego, to może zastanówmy się nad tym, co mamy, nad pięknem otaczającego nas świata. A wtedy z pewnością zauważymy coś, co wyróżnia nas od większości innych osób, z czego możemy być dumni, coś, czego mogą nam zazdrościć. 
Mamy wiosnę, jesteśmy w trakcie jednych z najpiękniejszych świąt w roku - Wielkiej Nocy. Czy potrafisz docenić poświęcenie, na jakie zdobył się dla Ciebie Syn Boży? Czy zastanawiałeś się nad darem, jaki tamtego dnia otrzymałeś - darem otwartych Niebios Bram i obcowania z Bogiem twarzą w twarz? Przecież gdyby nie tamten dzień, jedyne co by nas czekało po śmierci to straszliwa czeluść ognia piekielnego. A więc ciesz się życiem, ciesz się, ponieważ kiedy nauczysz się okazywać to uczucie tutaj na ziemi, to po śmierci będziesz to robił automatycznie. I pamiętaj, każdy żyje inaczej, i nawet jeżeli Tobie wydaje się, że coś z Twoim życiem jest nie tak, to inny może właśnie takiego pragnąć.

Bracie mój popatrz sam
Żywa krew wypłynęła z tych ran
To dla Ciebie ta krew
To dla Ciebie szum lasów, krzyk mew
Ta dla Ciebie ten świat
To dla Ciebie człowieku twój brat
Słońca blask, zapach bzu
To dla Ciebie wstał z martwych twój Bóg

niedziela, 27 marca 2016

308. Życzenia Wielkanocne + ciekawostki związane ze świętami

,,Alleluja! Pan nasz żyje!
źródło ilustracji

Nie ma Go tu - grób jest pusty! ,,
Serce uczniom mocniej bije,
Gdy zastali tylko chusty
Przecież mówił, że powstanie,
Będzie z nami dnia trzeciego
To cudowne Zmartwychwstanie,
Ma znaczenie dla każdego
Śmierć pokonał, był bez skazy,
Pierzchły straże wystraszone
Obmył świata grzechu zmazy,
Zło zostało zwyciężone
Z krzyża dał dla wszystkich miłość
I umocnił Zmartwychwstaniem,
By na świecie lepiej było
Tak dopomóż Boże, Panie!
/ Jan Siuda /


"A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteśmy zbawieni"(Ef. 2, 4-5)

Kochani, z okazji świąt Wielkiej Nocy życzę Wam samych radosnych chwil w tym czasie, spędzonych w rodzinnej, serdecznej atmosferze. Abyście w przeciwieństwie do uczniów idących do Emaus od razu rozpoznali zmartwychwstałego Pana i w przeciwieństwie do niewiernego Tomasza od razu uwierzyli w ten cud. Aby zmartwychwstały Pan obdarzył Was wszystkich miłością i pokojem, a także błogosławił Wam w każdej chwili Waszego  życia.
Wesołych świąt!

Ostatnio na zajęciach na uczelni uświadomiłam sobie, jak my mało wiemy na temat świąt Wielkanocnych. Jakoby na przeciw moim oczekiwaniom wyszedł onet.pl, zamieszczając u siebie ciekawy artykuł dotyczący pozornie znanych zwyczajów wielkanocnych. Pozwoliłam sobie go skopiować, bo zawiera naprawdę ciekawe informacje dotyczące pisanek, zajączka, święconki, śmigusa-dyngusa, pustego tabernakulum, Mszy świętej Krzyżma oraz adoracji św. Krzyża. Założę się, że nie mało kto wiedział, że:

1) Kościół walczący z pisankami
źródło zdjęcia
Zwyczaj ozdabiania kurzych jaj jest znacznie starszy niż chrześcijaństwo. Archeologowie i znawcy historii utrzymują, że pierwsze "pisanki" mogły pochodzić nawet z epoki Sumerów, czyli III tysiąclecia przed naszą erą. Nic dziwnego, także w kulturach dużo późniejszych z jajkami kurzymi wiązało się wiele tradycji i przesądów. Jaja uznawano za symbol Słońca i jego siły oraz odradzającego się życia. Podobną symbolikę kurzym jajom nadawali Słowianie. Chrześcijaństwo przejęło jedynie pogańskie zwyczaje, wzbogacając je w nową treść. Nie zawsze jednak tak było. Do XII wieku Kościół zabraniał jedzenia jaj w czasie świąt. Dlaczego? Bo w tradycji Słowian malowane na czarno i biało jajka były symbolem śmierci oraz przejścia duszy zmarłego do nieba. W końcu jednak zrezygnowano z zakazów, a zwyczaj malowania jaj przetrwał do naszych czasów. Dziś są one symbolem nowego, odrodzonego życia, które wierni łączą ze zmartwychwstaniem Jezusa.

źródło zdjęcia
2) Zajączek kicający z Wysp Brytyjskich
Niewielu słyszało o pogańskiej bogini Eoster. Znana wśród Celtów i Sasów, była utożsamiana z wiosną i przesileniem wiosennym. Jej nieodłącznym atrybutem był zając. To prawdopodobnie od jej imienia dziś w języku angielskim funkcjonuje słowo "Easter" oznaczające Wielkanoc. Zając przywędrował więc do Polski z Wysp Brytyjskich. Zanim jednak do nas dotarł, przeszedł przez Niemcy. Tam w XIX wieku zaczęto go wypiekać lub przygotowywać jego figurki z cukru. U naszych zachodnich sąsiadów praktykowany jest zwyczaj, wedle którego "wielkanocny zajączek" przynosi dzieciom słodycze i prezenty. Możliwe więc, że w niedługim czasie kolejne kampanie marketingowe wypromują ten nieznany dla Słowian zwyczaj także w Polsce. Chrześcijanie zaadaptowali zajączka na swój sposób. Jedno z średniowiecznych podań głosi, że zmartwychwstałego Jezusa jako pierwsze miały zobaczyć właśnie zające.

3) Święconka niewiadomego pochodzenia?
Obrzęd poświęcenia pokarmów towarzyszy chrześcijanom od VIII wieku, choć pewne jego przejawy znane były już wcześniej. Po co jednak przynosimy jedzenie do Kościoła? Zwyczaj ma bogate uzasadnienie religijne. Każdy wkładany do koszyka pokarm symbolizuje coś innego: sól - chroni od zepsucia, babka - umiejętności ofiarowane Bogu, ocet, pieprz i chrzan - ból, jaki odczuwał Chrystus na krzyżu, wędlina - ucztę w niebie. Można długo wymieniać, jednak prawdziwa istota zwyczaju pozostaje nieznana. Prawdopodobnie wywodzi się on jeszcze z czasów pogańskich. Podczas równonocy wiosennej wśród Słowian odbywały się uczty i zabawy, na które w specjalny sposób przygotowywano jedzenie.

4) Śmigus i dyngus to dwie różne tradycje
To chyba najlepiej znana tradycja świąteczna. Od wieków w Wielki Poniedziałek młodzi mężczyźni oblewali panny wodą. Niewielu ludzi zdaje sobie jednak sprawę, że śmigus to tak na prawdę zupełnie inna tradycja niż dyngus. We wczesnym średniowieczu "dyngusem" nazywano zwyczaj odwiedzania przyjaciół i rodziny oraz składania podarunków z nimi związanych. Potem doszła tradycja "wykupywania", inaczej obdarowywania osób, które tego dnia chodziły od domu do domu i śpiewały pieśni wielkanocne. Zwyczaj ten podobny był do bożonarodzeniowej kolędy, dawniej był nawet nazywany "kolędą wielkanocną". Z kolei "śmigus" był to zwyczaj oblewania wodą i delikatnego chłostania innych wierzbowymi witkami. Miało to symbolizować wiosenne oczyszczenie oraz zapewniać zdrowie i pomyślność w nadchodzącym czasie.

źródło zdjęcia
5) Puste tabernakulum - puste serce
W komentarzach liturgicznych często znajdują się porównania pustego tabernakulum (z łac. namiot) do pustego serca grzesznika, w którym nie mieszka Bóg. Od Wielkiego Czwartku do niedzielnego poranka tabernakula w kościołach pozostają bez konsekrowanych hostii. Zazwyczaj najważniejsze miejsce w każdym kościele jest więc puste. Nie jest to jednak stary zwyczaj, wprowadzono go dopiero po Soborze Watykańskim II. Ma on uzmysławiać wiernym, że tylko dzięki zmartwychwstaniu Chrystusa ich wiara ma sens.

6) Omycie nóg w zapomnianą mszę
Msza Krzyżma Świętego to zwyczaj znany wszystkim, którzy... chodzą do katedry biskupiej. Katolicy często zapominają, że w Wielki Czwartek odprawiane są dwie Msze Święte. Jedna rano - w katedrze biskupiej, druga po południu - w parafiach, dla wiernych. Podczas porannej mszy biskup obmywa nogi katolikom, podobnie jak uczynił to Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy też święcone są oleje, wykorzystywane w innych rytuałach katolickich w ciągu roku. Wielu katolików, którzy mieszkają z daleka od swoich biskupów, nie wie nawet, że podobne Msze odbywają się w wielkoczwartkowy poranek.

7) Adoracja krzyża z Jerozolimy
Adoracja krzyża to zwyczaj praktykowany w Wielki Piątek. Kapłan wnosi do Kościoła krzyż, zdejmując po kawałku zasłaniający go materiał. Symbolizuje to uobecnienie ofiary Jezusa na krzyżu, w którą wierzą katolicy. Po obrzędach następuje adoracja wszystkich wiernych, którzy przez całą noc przyklękają i całują odsłonięty krzyż. Wierni oddają w ten sposób cześć Jezusowi, który oddał się za nich na tortury. Zwyczaj adoracji krzyża pochodzi z IV wieku z Jerozolimy. Po odnalezieniu przez św. Helenę prawdziwego krzyża, chrześcijanie w Wielki Piątek przybywali tłumnie do Jerozolimy, aby ucałować relikwię. Zwyczaj ten rozprzestrzenił się na cały chrześcijański świat.

sobota, 26 marca 2016

307. "Byłem tu już wiele razy, ale takich tłumów jeszcze nie widziałem, to chyba rekordowa frekwencja"

Od kilku, a dokładnie trzech lat, staram się jeździć na Kalwarię Zebrzydowską, aby uczestniczyć w tamtejszym Misterium Męki Pańskiej. Pierwszy raz uczestniczyłam w nim w 2011 roku, tuż przed beatyfikacją papieża Jana Pawła II. Zostaliśmy wtedy zaproszeni całą rodziną na święta oraz uroczystości beatyfikacyjne do znajomych mieszkających w Wadowicach. Był to tydzień przed majówką, pogoda przepiękna, a i sama uroczystość zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Potem pojechałam w 2014 roku - tym razem tylko na Wielki Czwartek i Wielki Piątek(wracałam do domu tuż po zakończeniu Drogi Krzyżowej, bo i u mnie w parafii miałam do przeczytania tekst na naszej wieczornej Drodze Krzyżowej, jakoś się dało). Rok temu zostałam też zaproszona do znajomych w Wadowicach na święta i ponownie brałam udział w Misterium. 
W tym roku decyzję o wyjeździe podjęłam spontanicznie. Zawiedziona pewną sytuacją postanowiłam jednak nie zmarnować tych świąt, a przynajmniej Triduum Paschalnego(chociaż wyszły z tego tylko dwa dni). Dlatego w środę wieczorem wrzuciłam kilka rzeczy do plecaka, a w czwartkowy poranek ruszyłam w drogę. Drogę wiodącą przez Kraków, ale tak naprawdę z niego jest lepiej dojechać niż przez Wadowice. 
Na dworcu w Kalwarii znalazłam się tuż przed południem. Kiedy zmierzałam pod górę w pewnym momencie dzwony w kościele w rynku zaczęły wygrywać melodię na "Anioł Pański". Chwilkę mi zeszło, zanim wpadłam na to, że to to, ale w końcu skojarzyłam fakty. Po drodze postanowiłam wstąpić do jednej zaprzyjaźnionej pani, zapytać się o nocleg. Nie było z tym najmniejszych problemów. Dobrze jest mieć w świecie bratnie dusze.
Uroczystości Wielkiego Czwartku rozpoczęły o 13:00 "Gorzkie Żale". Po nich wysłuchaliśmy fragmentu Ewangelii opowiadającego o Ostatniej Wieczerzy, po której zobaczyliśmy owe wydarzenia na własne oczy. Podobnie jak w poprzednich latach na podeście przed klasztorem pojawił się podest, na którym odgrywano biblijne sceny. Był więc i stół z potrawami, i dwunastu apostołów, i ustanowienie Eucharystii, i umycie nóg uczniom. A potem Judasz poszedł po żołnierzy rzymskich, zaś Jezus z pozostałymi naśladowcami udał w swoją przedostatnią drogę. Po drodze byliśmy świadkami pożegnania Pana Jezusa z uczniami, pożegnania z Matką, modlitwy w Ogrodzie Oliwnym, zdrady Judasza, pojmania Pana Jezusa, wieczornego sądu u Annasza i Kajfasza oraz zaparcia się Piotra. Przy każdej, powiedzmy stacji(bo nie wiem jak to inaczej nazwać), wysłuchaliśmy nauki poświęconej jednemu z siedmiu grzechów głównych. Pozwoliły one wiernym uświadomić sobie, że grzechy często nie są popełniane wprost, ale z reguły pośrednio, przez co z reguły nawet nie jesteśmy ich świadomi. Za każdym razem została odegrana też odpowiednia scena rodzajowa. Akurat udało mi się iść przy linie otaczającej cały pochód, dzięki czemu wszystko doskonale widziałam. O godzinie 19:30 udałam się do Bazyliki na Mszę świętą Wieczerzy Pańskiej. 
Następnego dnia wstałam dość wcześnie, bo już o 5:10. Dlaczego tak wcześnie? Otóż o 6:00 miał się rozpocząć poranny sąd nad Jezusem. A przecież musiałam jeszcze na niego dojść na miejsce, gdzie poprzedniego dnia zakończyliśmy wędrówkę. Dotarłam tuż przed rozpoczęciem Misterium. Udało mi się zdobyć bardzo dobre miejsce na obejrzenie wszystkiego. A potem ponownie dopchałam się do sznura, który "odprowadził" Pana Jezusa do Piłata, gdzie został skazany na śmierć. Przed 9:00 na balkonie pojawił się kardynał Stanisław Dziwisz, który wygłosił do wiernych kilka słów.
 - Byłem tu już wiele razy, ale takich tłumów jeszcze nie widziałem, to chyba rekordowa frekwencja - skomentował(w 2011 roku przywitał się z nami w podobnych słowach. A propos frekwencji, to w wieczornych Wiadomościach mówiono, że szacunkowo przybyło około 150 000 pielgrzymów. Nieźle, prawda? Ale i pogoda była w miarę dobra jak na marzec. A przynajmniej nie padał śnieg jak rok temu. Nawiązał też do rodziny, że to najważniejsza jednostka w życiu każdego z nas i to od rodziców dzieci czerpią wzorce wykorzystywane w dalszym życiu. Na koniec zaapelował do polityków o to, aby przestali toczyć ze sobą wszelkie spory(jakby na Misterium był cały rząd). Następnie wyprowadzono ubiczowanego Syna Bożego z pretorium i ruszyliśmy przez kolejnych 10 stacji Drogi Krzyżowej. Dlaczego 10 skoro w tradycji jest ich 14? Dobre pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu uznałam, że tak ma być :). Przy każdej stacji rozważany był, jak przystało na Rok Miłosierdzia Bożego, jeden uczynek miłosierdzia względem duszy lub ciała. Znowu udało mi się wejść do środka sznura, przez co nie tylko lepiej mi się szło(choćby dlatego, że miałam czego się trzymać), ale i wszystko doskonale widziałam. A najlepiej "ucieczkę" kardynała Dziwisza hi, hi, hi! Dobra, uznajmy że musiał wracać do Krakowa. Dzięki trzymania się powroza bez problemu pokonałam Górę Trzeciego Upadku. A przy okazji przekonałam się o wyższości zwykłych adidasów nad gumiakami. Kiedy ci co mieli gumiaki ślizgali się po błocie, ja spokojnie szłam sobie w adidasach, bez ani jednego upadku. I niech mi ktoś teraz powie, że adidasy nie są najlepszymi butami na świecie!
Całość zwieńczyła południowa liturgia. Nie grały organy, nie biły dzwony. I tylko od czasu do czasu jakiś ptaszek ukryty w drzewach zaświergotał. Na kazaniu po raz kolejny została podkreślona rola Bożego Miłosierdzia względem każdego z nas. Ważne jest, abyśmy o tym pamiętali nie tylko w tym szczególnym roku, ale przez całe życie. Po uroczystej procesji przeniesienia monstrancji z Najświętszym Sakramentem do ciemnicy wróciłam do siebie do domu. Wcześniej jednak zajrzałam do kobiety, u której spałam i pożegnałam się, życząc jej Wesołych Świąt. Ona zaś zapewniła mnie, że progi jej domu będą zawsze dla mnie otwarte...

środa, 23 marca 2016

306. "Zamachy w Belgii!"

- O jacie! Zamachy w Belgii! - głośniejszy głos D. wyrwał mnie z letargu. Akurat mieliśmy ćwiczenia z antropodynamiki, na których tradycyjnie się wyłączałam. A już na pewno byłam tylko ciałem, bo duch mój wraz z myślami odleciał gdzieś daleko poza salę. Nie mam nic przeciwko przedmiotowi, wszak przez wiele lat trenowałam lekką atletykę i po prostu ciekawi mnie jak działa ciało ludzkie podczas wysiłku, jednak sama jego forma jest tak monotonna, że człowiek myśli tylko jak tu najszybciej wyjść z sali. Ponieważ siedziałam za nią, odwróciłam się w jej stronę. 
- Dzisiaj? - dopytywałam się cichutko, co w mojej sytuacji nie jest takie proste.
- Trzy godziny temu. Zresztą sama zobacz - w moich koślawych palcach wylądował smartfon z dostępem do netu. Faktycznie, w wyszukiwarce widniała informacja o porannych wydarzeniach. Ponieważ jednak nie jestem zwolenniczką używania telefonów w czasie zajęć, chociażby nie wiem jak były nudne, zapytałam D. czy mogę przeczytać news po zajęciach. 
- Pytasz a wiesz - powiedziała z uśmiechem. No niby wiem, ale bywa różnie. Na korytarzu przejęłam sprzęt od D. Pomału czytałam poszczególne zdania. Okazało się, że islamscy terroryści ponownie zaatakowali jedną z europejskich stolic, tym razem Brukselę. Trzech terrorystów-samobójców zdetonowałao bomby w brukselskim metrze oraz na lotnisku. Czwarty poszukiwany jest listem gończym. Eksplozje zabiły co najmniej 30 osób i raniło ponad 200. Do zamachu przyznało się państwo islamskie.
Ledwie Europa otrząsnęła się po listopadowej serii zamachów w Paryżu, a już został zadany jej kolejny cios. I to gdzie, w jednym z ważniejszych miast Unii Europejskiej(Bruksela jest przecież uznawana za stolicę) oraz siedziby NATO. Przecież ładunek w metrze wybuchł nieopodal siedziby UE! Przecież finał tego wszystkiego mógł być o wiele poważniejszy! Co ciekawe, zaledwie cztery dni wcześniej został aresztowany Salah Abdeslam, podejrzany o bycie głównym koordynatorem zamachów w stolicy Francji. Czy miało to związek z tym, co się wydarzyło w Belgii? 
Co prawda wymiar zamachu jest o wiele mniejszy niż w przypadku tych sprzed pół roku, jednak i tak media poświęciły mu o wiele mniej miejsca niż wtedy. Z trudem znalazłam powyższą ilustrację. Zastanawiam się, czy gdyby rozmiar tragedii był o wiele większy, albo gdyby zginął ktoś z tych na górze, to czy i media bardziej nagłośniłyby tą sprawę? Nie rozumiem też, dlaczego tak ważne miasto jakim jest Bruksela posiada tak słabe zabezpieczenie? Nie od dzisiaj wiadomo, że Belgia jest kolebką muzułmańskich dżichadystów. Nie wierzę, że policja nie orientuje się, gdzie mają swoje domy, siedziby. Że się boją ich kontrolować? Trudno, taka ich praca. Zresztą po zamachach w Paryżu została wzmożona ochrona na ulicach miasta. Myśleli, że po takim czasie są bezpieczni? Że islamiści sobie odpuścili? Wątpliwe, bardzo wątpliwe.
Nasuwa się tutaj podstawowe pytanie - na ile my, Polacy, jesteśmy zabezpieczeni przed takimi wydarzeniami? Przed nami Światowe Dni Młodzieży w Krakowie i szczyt NATO w Warszawie. Jedno jest pewno - ostrożności nigdy za wiele. A mając oczy szeroko otwarte i umiejąc przewidywać pewne sytuację możemy ograniczyć ryzyko do minimum.

niedziela, 20 marca 2016

305. Chyba się poddaję...

Ostatnio coraz bardziej mam wrażenie, że jestem nikomu niepotrzebnym wyrzutkiem społeczeństwa. Że najpierw robię krok w przód, a potem miliard w tył. Dzisiaj po raz kolejny wszystkiego mi się odechciało, a najbardziej to życia. 
Wiele lat czekałam na to, aby coś przeczytać podczas parafialnych przedstawień. W końcu nadeszła ta chwila - Wielki Piątek 2010 roku, kiedy na którejś z prób przeczytałam stację V, w której kardynał Stanisław Dziwisz porównany został do Szymona Cyrenejczyka. Proboszczowi tak spodobała się moja interpretacja, że postanowił dać mi ten tekst. Nawet nie wyobrażacie sobie jaka byłam szczęśliwa. Do domu wracałam niczym na skrzydłach. Bo da się! Bo mogę wreszcie dorównać zdrowym ludziom. Może w efekcie finalnym nie wszystko poszło tak jak miało pójść, tragedii jednak nie było. Potem jeszcze kilka razy coś czytałam, aż wreszcie w siódmym roku mojego uczestniczenia w życiu scholi doczekałam się przeczytania kilku wezwań w Modlitwie Wiernych. Normalnie moje euforia sięgała zenitu. Potem jeszcze kilka razy coś przeczytałam i koniec. Rok temu otwarcie zgłosiłam babce prowadzącej scholę, że nie ma mnie ani 16 października(miałam ślubowanie oraz inaugurację roku akademickiego), ani na Wielkanoc(zostałam zaproszona na święta do znajomych w Wadowicach). Nie raz już mi się zdarzało nie być, więc nie przejmowałam się tym zbytnio.
Jednak w tym roku nic nie stanęło mi na przeszkodzie uczestniczenia w uroczystościach związanych z rocznicą wyboru Karola Wojtyły na papieża, czy też Wielkiego Piątku. Zgłosiłam, że będę na papieżu i co - i nic! Z wielkiej łaski kazano mi stać pomiędzy dzieciakami, które też mają mnie gdzieś(przykład idzie z góry). Zero mikrofonu(ale podkłady piosenek, które im przyniosłam to już chętnie wykorzystują), zero czegokolwiek. Myślałam, że z Wielkim Piątkiem będzie inaczej, wszak mamy rok Bożego Miłosierdzia. Gdzie tam! Niech sobie Lolek nie myśli, że ktoś o nim pomyśli.
Boli, boli jak cholera fakt, że nikt nawet nie zapytał czy będę. Tłumaczenie, że rzadko jestem mnie nie przekonuje - córeczka prowadzącej scholę i przygotowującej całe przedstawienie też nie chodzi na próby, bo studiuje w Krakowie. No ale rolę ma. Bo ona jest córeczką co niektórych osób, a ja tylko zaplutą kaleką. Rolę podostawały matki dziewczyn ze scholi, ich dziadkowie, a nawet zupełnie obce osoby. O Lolku zupełnie zapomniano!
I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu potrafiono wysłać do mnie głupiego e-meila z zapytaniem, czy można liczyć na moje uczestnictwo w Drodze Krzyżowej i czuwaniu. Teraz nawet na to zabrakło chęci. Miała być wycieczka poprowadzona przeze mnie po Wadowicach - też nie ma czasu, i to właściwie przez jedną i tą samą osobę. Chyba w ogóle odechce mi się jej na razie robić. Szkoda mojego czasu i zdrowia. A w przyszłym roku bardziej chcę się skupić na napisaniu prac licencjackiej i magisterskiej niż na organizacji im wycieczki. Swoją drogą, o ile powiedziałam im o studiach licencjackich(i tak było milion ale dotyczących mojej decyzji) o tyle o magisterce nikt nie wie. No, oprócz A., ale A. jest jedną z nielicznych osób, które mnie potrafią wesprzeć i zrozumieć. Nie czuję potrzeby dzielenia się tą wiadomości z innymi. Znowu będą próbowali zniechęcić mnie do tego co robię. Bo tak najłatwiej! Bo kaleka nie może mieć swoich marzeń!
Czuję się jak taki kot. Najpierw wszyscy go oswajają, głaszczą, mówią jaki jest piękny... A potem, potem kopią i odpychają, starając się mu udowodnić, że nie spełnia ich oczekiwań, bo jest inny. Tylko oswojonemu zwierzątku tak trudno to wszystko znieść. Więc może lepiej go nie oswajać? Może lepiej od początku traktować go jak intruza? Wtedy pozbędziemy się wszelkich złudzeń i marzeń. Nie będziemy żyć w pseudo-idealnym świecie, ale w jak najbardziej realnym, ze wszystkimi niedogodnościami.