Są takie momenty, kiedy człowiek ma wrażenie, że cała czasoprzestrzeń staje w miejscu. Takie coś przeżyłam trzy miesiące temu, kiedy podczas Oratoriady w Poznaniu odwiedziliśmy Fort VII, gdzie z rąk hitlerowców zginęła cała masa ludzi zamieszkujących miasto i okolice. Tak było też kilka dni temu, kiedy wspólnie z Salezjańskim Ruchem Młodzieżowym wyruszyliśmy do Drezna, aby przeżyć 75 rocznicę męczeńskiej śmierci Poznańskiej Piątki tam, gdzie zakończyło się ich młode życie. Wyjazdowi przyświecała poniższa piosenka:
Z Polski wyruszyliśmy tuż po godzinie 11. Po ponad 4 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Pierwszym naszym punktem był kościół św. Pawła, w którym przez wiele lat proboszczem był ksiądz Franz Bansch, kapłan, który nie tylko wyspowiadał chłopców z Poznania, ale też trzymał wysoko w górze krzyż, aby w chwili śmierci ich wzrok podał właśnie na ten znak życia.
W kościele wysłuchaliśmy konferencji na temat Poznańskiej Piątki. Bardzo poruszyła mnie pewna historia: kiedy Edward jeden i drugi, Franciszek, Czesław oraz Jarosz przebywali w więzieniu, nie mieli przy sobie zegarków. A jednak pisząc ostatnie listy do krewnych wiedzieli, że jest ok. godz. 19:45. Skąd? Otóż tuż przy więzieniu znajdował się kościół, zaś wieczorna Msza św. kończyła się około tejże godziny. Grube więzienne ściany nie zagłuszały pieśni śpiewanych na zakończenie.
Po konferencji przygotowano dla nas posiłek, a następnie udaliśmy się na miejsce dawnego więzienia. Wysokie mury otaczały cały dziedziniec. Kiedy stojący na placu człowiek spojrzy w górę, czuje się bardzo malutki. Tam gdzie 75 lat wcześniej stała gilotyna teraz znajdował się ołtarz, na którym sprawowana miała być najświętsza ofiara. Fenomen tego miejsca polegał na tym, że nigdy nie padają tam promienie słoneczne. To trochę tak, jakby popełnione tam zbrodnie chciano ukryć w mroku. Portrety chłopców z Poznania przypominały, dlaczego tutaj się znaleźliśmy. I jeszcze tenże wymowny pomnik na środku placu...
Na chwilę przystanęłam z wrażenia. Jednak delikatne popchnięcie przez księdza-opiekuna z naszego Oratorium kazało mi iść dalej. W końcu wraz z pozostałymi przedstawicielami naszej wspólnoty zajęliśmy miejsca na tyłach placu. Upewniwszy się, że na pewno mamy jakieś miejsce na placu, ksiądz Oskar udał się na zakrystię, aby przygotować się do koncelebry.
Msza święta była co prawda w języku niemieckim, dostaliśmy jednak broszurki z tłumaczeniem tekstów, zaś kazanie było tłumaczone na bieżąco. Na samym jednak początku przypomniano nam sylwetki błogosławionych Oratorian. A potem nabożeństwo ciągnęło się swoim stałym rytmem. Na kazaniu kolejny raz przytoczono nam tragizm miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Miejsca, gdzie ludzie skazywani byli za patriotyzm. Usłyszeliśmy także, że powinniśmy robić wszystko, aby nie dopuścić do podobnych sytuacji. I o to też modliliśmy się podczas modlitwy wiernych. Na koniec wszyscy udaliśmy się do cel, w których skazańcy spędzali ostatnie chwilę swojego życia.
Na dziedzińcu spotkaliśmy się z księdzem Oskarem, który patrząc na zegarek przypomniał nam, że 75 lat wcześniej w tym samym czasie, chłopcy pisali swoje ostatnie listy. Po chwili ruszyliśmy do autokarów, które dowiozły nas na cmentarz, na którym spoczywają doczesne szczątki męczenników z Poznania. Świadczy o tym chociażby pamiątkowa tablica, pod którą złożono kwiaty, jak także zmówiliśmy koronkę do Bożego Miłosierdzia w intencji wszystkich tych, którzy tam spoczywają. W tym samym czasie przed laty kat ścinał na szubienicy kolejno głowy skazańców, które głucho spadały do ustawionego pod gilotyną wiadra. Niemym świadkiem tego wydarzenie był dziedziniec, na którym byliśmy kilka godzin wcześniej. Prawdziwym kat oraz ksiądz Bansch, który wielokrotnie powtarzał, że ci młodzi ludzie istotnie byli świętymi. Na koniec, zgodnie z naszym salezjańskim zwyczajem, podaliśmy sobie ręce i jednocząc się z oddaloną o setki kilometrów Częstochową odśpiewaliśmy "Apel Jasnogórski" w wersji młodzieżowej.
To jednak nie był koniec naszej wyprawy do Drezna, ponieważ zaproszono nas jeszcze do katedry, w której nie tylko zobaczyliśmy pamiątkową tablicę poświęconą salezjańskim męczennikom, ale też usłyszeliśmy co nieco o historii miasta oraz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie.
Do historii z całą pewnością przeszło bombardowanie w nocy z 13 na 14 lutego 1945, które niemalże zrównało miasto z ziemią. Moją pierwszą myślą po zobaczeniu zdjęć z tego wydarzenia było: "prawie jak po powstaniu warszawskim". Ale, podobnie jak nasza stolica, Drezno dosyć szybko przystąpiło do odbudowy. Teraz, patrząc na przepiękną panoramę miejską, trudno uwierzyć w to, że kiedyś były tutaj same gruzy! Najbardziej jednak przeraża mnie to, że w nalocie Brytyjczyków na miasto zginęło, według szacunków, ponad milion ludzi!
Po zwiedzeniu katedry jeszcze trochę pochodziliśmy po otulonym ciemnością mieście, a następnie, tuż przed północą, udaliśmy się do autokarów, które odwiozły nas pod Ślężę, wzniesienie nieopodal Wrocławia, gdzie zaplanowana była Msza św. o świcie.
Z Polski wyruszyliśmy tuż po godzinie 11. Po ponad 4 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Pierwszym naszym punktem był kościół św. Pawła, w którym przez wiele lat proboszczem był ksiądz Franz Bansch, kapłan, który nie tylko wyspowiadał chłopców z Poznania, ale też trzymał wysoko w górze krzyż, aby w chwili śmierci ich wzrok podał właśnie na ten znak życia.
W kościele wysłuchaliśmy konferencji na temat Poznańskiej Piątki. Bardzo poruszyła mnie pewna historia: kiedy Edward jeden i drugi, Franciszek, Czesław oraz Jarosz przebywali w więzieniu, nie mieli przy sobie zegarków. A jednak pisząc ostatnie listy do krewnych wiedzieli, że jest ok. godz. 19:45. Skąd? Otóż tuż przy więzieniu znajdował się kościół, zaś wieczorna Msza św. kończyła się około tejże godziny. Grube więzienne ściany nie zagłuszały pieśni śpiewanych na zakończenie.
Po konferencji przygotowano dla nas posiłek, a następnie udaliśmy się na miejsce dawnego więzienia. Wysokie mury otaczały cały dziedziniec. Kiedy stojący na placu człowiek spojrzy w górę, czuje się bardzo malutki. Tam gdzie 75 lat wcześniej stała gilotyna teraz znajdował się ołtarz, na którym sprawowana miała być najświętsza ofiara. Fenomen tego miejsca polegał na tym, że nigdy nie padają tam promienie słoneczne. To trochę tak, jakby popełnione tam zbrodnie chciano ukryć w mroku. Portrety chłopców z Poznania przypominały, dlaczego tutaj się znaleźliśmy. I jeszcze tenże wymowny pomnik na środku placu...
Na chwilę przystanęłam z wrażenia. Jednak delikatne popchnięcie przez księdza-opiekuna z naszego Oratorium kazało mi iść dalej. W końcu wraz z pozostałymi przedstawicielami naszej wspólnoty zajęliśmy miejsca na tyłach placu. Upewniwszy się, że na pewno mamy jakieś miejsce na placu, ksiądz Oskar udał się na zakrystię, aby przygotować się do koncelebry.
![]() |
| Wszyscy koncelebranci uroczystej Mszy świętej |
Na dziedzińcu spotkaliśmy się z księdzem Oskarem, który patrząc na zegarek przypomniał nam, że 75 lat wcześniej w tym samym czasie, chłopcy pisali swoje ostatnie listy. Po chwili ruszyliśmy do autokarów, które dowiozły nas na cmentarz, na którym spoczywają doczesne szczątki męczenników z Poznania. Świadczy o tym chociażby pamiątkowa tablica, pod którą złożono kwiaty, jak także zmówiliśmy koronkę do Bożego Miłosierdzia w intencji wszystkich tych, którzy tam spoczywają. W tym samym czasie przed laty kat ścinał na szubienicy kolejno głowy skazańców, które głucho spadały do ustawionego pod gilotyną wiadra. Niemym świadkiem tego wydarzenie był dziedziniec, na którym byliśmy kilka godzin wcześniej. Prawdziwym kat oraz ksiądz Bansch, który wielokrotnie powtarzał, że ci młodzi ludzie istotnie byli świętymi. Na koniec, zgodnie z naszym salezjańskim zwyczajem, podaliśmy sobie ręce i jednocząc się z oddaloną o setki kilometrów Częstochową odśpiewaliśmy "Apel Jasnogórski" w wersji młodzieżowej.
To jednak nie był koniec naszej wyprawy do Drezna, ponieważ zaproszono nas jeszcze do katedry, w której nie tylko zobaczyliśmy pamiątkową tablicę poświęconą salezjańskim męczennikom, ale też usłyszeliśmy co nieco o historii miasta oraz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie.
Do historii z całą pewnością przeszło bombardowanie w nocy z 13 na 14 lutego 1945, które niemalże zrównało miasto z ziemią. Moją pierwszą myślą po zobaczeniu zdjęć z tego wydarzenia było: "prawie jak po powstaniu warszawskim". Ale, podobnie jak nasza stolica, Drezno dosyć szybko przystąpiło do odbudowy. Teraz, patrząc na przepiękną panoramę miejską, trudno uwierzyć w to, że kiedyś były tutaj same gruzy! Najbardziej jednak przeraża mnie to, że w nalocie Brytyjczyków na miasto zginęło, według szacunków, ponad milion ludzi!
Po zwiedzeniu katedry jeszcze trochę pochodziliśmy po otulonym ciemnością mieście, a następnie, tuż przed północą, udaliśmy się do autokarów, które odwiozły nas pod Ślężę, wzniesienie nieopodal Wrocławia, gdzie zaplanowana była Msza św. o świcie.
Po raz kolejny odkryłam sens słów usłyszanych w czerwcu w Poznaniu: "Jeśli ziarno pszenicy rzucone w ziemię nie obumrze, przynosi plon obfity. A ten, kto nie przecenia swojego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne". Tak bardzo wymownie one wybrzmiało tego dnia w Dreźnie. Samo miasto zachwyca architekturą. Przydałoby się zobaczyć je w dzień, już na spokojnie i bez emocji. Kto wie, może kiedyś...










