Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

570. Kiedy czas staje w miejscu...

Są takie momenty, kiedy człowiek ma wrażenie, że cała czasoprzestrzeń staje w miejscu. Takie coś przeżyłam trzy miesiące temu, kiedy podczas Oratoriady w Poznaniu odwiedziliśmy Fort VII, gdzie z rąk hitlerowców zginęła cała masa ludzi zamieszkujących miasto i okolice. Tak było też kilka dni temu, kiedy wspólnie z Salezjańskim Ruchem Młodzieżowym wyruszyliśmy do Drezna, aby przeżyć 75 rocznicę męczeńskiej śmierci Poznańskiej Piątki tam, gdzie zakończyło się ich młode życie. Wyjazdowi przyświecała poniższa piosenka:
Z Polski wyruszyliśmy tuż po godzinie 11. Po ponad 4 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Pierwszym naszym punktem był kościół św. Pawła, w którym przez wiele lat proboszczem był ksiądz Franz Bansch, kapłan, który nie tylko wyspowiadał chłopców z Poznania, ale też trzymał wysoko w górze krzyż, aby w chwili śmierci ich wzrok podał właśnie na ten znak życia.
W kościele wysłuchaliśmy konferencji na temat Poznańskiej Piątki. Bardzo poruszyła mnie pewna historia: kiedy Edward jeden i drugi, Franciszek, Czesław oraz Jarosz przebywali w więzieniu, nie mieli przy sobie zegarków. A jednak pisząc ostatnie listy do krewnych wiedzieli, że jest ok. godz. 19:45. Skąd? Otóż tuż przy więzieniu znajdował się kościół, zaś wieczorna Msza św. kończyła się około tejże godziny. Grube więzienne ściany nie zagłuszały pieśni śpiewanych na zakończenie.
Po konferencji przygotowano dla nas posiłek, a następnie udaliśmy się na miejsce dawnego więzienia. Wysokie mury otaczały cały dziedziniec. Kiedy stojący na placu człowiek spojrzy w górę, czuje się bardzo malutki. Tam gdzie 75 lat wcześniej stała gilotyna teraz znajdował się ołtarz, na którym sprawowana miała być najświętsza ofiara. Fenomen tego miejsca polegał na tym, że nigdy nie padają tam promienie słoneczne. To trochę tak, jakby popełnione tam zbrodnie chciano ukryć w mroku. Portrety chłopców z Poznania przypominały, dlaczego tutaj się znaleźliśmy. I jeszcze tenże wymowny pomnik na środku placu...
Na chwilę przystanęłam z wrażenia. Jednak delikatne popchnięcie przez księdza-opiekuna z naszego Oratorium kazało mi iść dalej. W końcu wraz z pozostałymi przedstawicielami naszej wspólnoty zajęliśmy miejsca na tyłach placu. Upewniwszy się, że na pewno mamy jakieś miejsce na placu, ksiądz Oskar udał się na zakrystię, aby przygotować się do koncelebry.
Wszyscy koncelebranci uroczystej Mszy świętej
Msza święta była co prawda w języku niemieckim, dostaliśmy jednak broszurki z tłumaczeniem tekstów, zaś kazanie było tłumaczone na bieżąco. Na samym jednak początku przypomniano nam sylwetki błogosławionych Oratorian. A potem nabożeństwo ciągnęło się swoim stałym rytmem. Na kazaniu kolejny raz przytoczono nam tragizm miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Miejsca, gdzie ludzie skazywani byli za patriotyzm. Usłyszeliśmy także, że powinniśmy robić wszystko, aby nie dopuścić do podobnych sytuacji. I o to też modliliśmy się podczas modlitwy wiernych. Na koniec wszyscy udaliśmy się do cel, w których skazańcy spędzali ostatnie chwilę swojego życia.
Na dziedzińcu spotkaliśmy się z księdzem Oskarem, który patrząc na zegarek przypomniał nam, że 75 lat wcześniej w tym samym czasie, chłopcy pisali swoje ostatnie listy. Po chwili ruszyliśmy do autokarów, które dowiozły nas na cmentarz, na którym spoczywają doczesne szczątki męczenników z Poznania. Świadczy o tym chociażby pamiątkowa tablica, pod którą złożono kwiaty, jak także zmówiliśmy koronkę do Bożego Miłosierdzia w intencji wszystkich tych, którzy tam spoczywają. W tym samym czasie przed laty kat ścinał na szubienicy kolejno głowy skazańców, które głucho spadały do ustawionego pod gilotyną wiadra. Niemym świadkiem tego wydarzenie był dziedziniec, na którym byliśmy kilka godzin wcześniej. Prawdziwym kat oraz ksiądz Bansch, który wielokrotnie powtarzał, że ci młodzi ludzie istotnie byli świętymi. Na koniec, zgodnie z naszym salezjańskim zwyczajem, podaliśmy sobie ręce i jednocząc się z oddaloną o setki kilometrów Częstochową odśpiewaliśmy "Apel Jasnogórski" w wersji młodzieżowej.
To jednak nie był koniec naszej wyprawy do Drezna, ponieważ zaproszono nas jeszcze do katedry, w której nie tylko zobaczyliśmy pamiątkową tablicę poświęconą salezjańskim męczennikom, ale też usłyszeliśmy co nieco o historii miasta oraz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie.
Do historii z całą pewnością przeszło bombardowanie w nocy z 13 na 14 lutego 1945, które niemalże zrównało miasto z ziemią. Moją pierwszą myślą po zobaczeniu zdjęć z tego wydarzenia było: "prawie jak po powstaniu warszawskim". Ale, podobnie jak nasza stolica, Drezno dosyć szybko przystąpiło do odbudowy. Teraz, patrząc na przepiękną panoramę miejską, trudno uwierzyć w to, że kiedyś były tutaj same gruzy! Najbardziej jednak przeraża mnie to, że w nalocie Brytyjczyków na miasto zginęło, według szacunków, ponad milion ludzi!
Po zwiedzeniu katedry jeszcze trochę pochodziliśmy po otulonym ciemnością mieście, a następnie, tuż przed północą, udaliśmy się do autokarów, które odwiozły nas pod Ślężę, wzniesienie nieopodal Wrocławia, gdzie zaplanowana była Msza św. o świcie
Po raz kolejny odkryłam sens słów usłyszanych w czerwcu w Poznaniu: "Jeśli ziarno pszenicy rzucone w ziemię nie obumrze, przynosi plon obfity. A ten, kto nie przecenia swojego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne". Tak bardzo wymownie one wybrzmiało tego dnia w Dreźnie. Samo miasto zachwyca architekturą. Przydałoby się zobaczyć je w dzień, już na spokojnie i bez emocji. Kto wie, może kiedyś...

środa, 23 sierpnia 2017

569. To już wigilia jutrzejszej rocznicy

Zerwany kwiat
Pięciu przyjaciół z Oratorium na ulicy Wronieckiej,
u progu dorosłości już prawie było.
Kiedy w wojennym, dość trudnym czasie,
groźne gestapo po nich przybyło.
Torturowani w nieludzkich warunkach,
w VII Forcie, gdzie wilgoć była i strach.
A potem w Dreźnie, z dala od domu,
tęsknili bardzo do bliskich tak.
W wigilię święta Matki Wspomożenia Wiernej,
wspomnienia, które za księdzem Bosko miłowali.
Odeszli z tej ziemi, pogodzeni z losem
I do końca wierze swej wierni zostali!
W jednej chwili, jakże przejmującej,
kwiat przyszłości został bezpowrotnie zerwany.
Dziś w społeczności błogosławiony,
choć miał być zapomniany.


Powyższym wierszem, napisanym specjalnie na tą okazję, witam Was w przededniu 75-rocznicy męczeńskiej śmierci błogosławionej Piątki Poznańskiej. Już jutro wraz z innymi młodymi z inspektorii wrocławskiej będziemy przeżywać tą okrągłą rocznicę w miejscu, gdzie ich życie dobiegło końca - w Dreźnie. O chłopakach pisałam już podczas Wielkiego Postu, im też wspólnie z dzieciakami z naszego parafialnego Oratorium poświęciliśmy "naszą" Drogę Krzyżową. W czerwcu uczestniczyliśmy w centralnych obchodach rocznicy, którą zorganizowali salezjanie z Poznania. W końcu to "ich" błogosławieni. A teraz, teraz jeszcze raz odbędziemy drogę, jaką przebyli chłopcy z ulicy Wronieckiej. Kurcze, kto by się te kilka lat temu spodziewał, że kiedyś będę miała okazję wyjeżdżać na tego typu zjazdy i cieszyć się obcowaniem z innymi animatorami jak równy z równym? 
A na koniec zapraszam Was na obejrzenie filmu poświęconego Poznańskiej Piątce, którego premiera odbyła się podczas ostatniej Oratoriady w Poznaniu. Myślę, że w miarę dobrze przedstawia nie tylko sylwetki Salezjańskiej Piątki, ale też charyzmat pracy salezjańskiej z młodzieżą.

wtorek, 22 sierpnia 2017

568. To nasze sierpniowe pielgrzymowanie

W sierpniu, przez ostatnie dwa lata, starałam się uczestniczyć w Pieszych Zagłębiowskich pielgrzymkach na Jasną Górę. Tak naprawdę już dawno chciałam w czymś takim uczestniczyć, jednak nigdy nie byłam pewna, czy dam radę. Co prawda to tylko 2,5 dnia drogi, ja jednak nigdy nie wiedziałam, czy w ogóle dam radę przejść na nogach te ponad 80 kilometrów. Wiem, że to może wydawać się śmieszne, jednak zważając na moje problemy neurologiczne, sprawa nabiera innego obrotu. Aż w końcu postanowiłam zaryzykować i zapisać się na 24 PP, która odbyła się w 2015 roku. Trochę mi się raźniej zrobiło, kiedy okazało się, że idzie w niej również małżonka administratora parafialnej stronki internetowej, na którą nie raz i nie dwa coś skrobnęłam wraz z synem. A na którymś z postojów podeszła do mnie nawet polonistka z liceum, mówiąc z zachwytem, jaka to ja jestem dzielna, że wybrałam się w taką drogę. A przy okazji trochę wychwaliła mnie przez panią G., jaka to ja byłam mądra i zdolna(dla równowagi pani G. zaczęła wychwalać moje artykuły pisane na stronkę). Ku mojemu zaskoczeniu pokonałam całą drogę bez większych trudności. A kiedy dochodziłam do celu czułam się, jakbym zdobyła najwyższy szczyt świata. Zresztą całe wędrowanie odnotowałam >>TUTAJ<<. W zeszłym roku po raz drugi wyruszyłam w pieszą pielgrzymkę na Jasną Górą. Tym razem pani G. z K. nie zdecydowali się wyruszyć, za to w drodze towarzyszyła mi rodzina parafialnego kościelnego. Wspomnienia z tego okresu znajdują się >>TUTAJ<<.
W tym roku docelowo też miałam zamiar udać się na pielgrzymkę do Częstochowy. Okazja ku temu piękna - 300 - lecie koronacji cudownego obrazu Najświętszej Panienki. Traf jednak chciał, że w tym samym czasie odbywa się Salezjańskie Spotkanie Młodzieży(MGS) we Wrocławiu, połączone z wyjazdem do Drezna w 75 rocznicę męczeńskiej śmierci Salezjańskiej Piątki. Jedna i druga rocznica bliska mojemu sercu. Gdyby ten MGS był te trzy dni później, to udałoby mi się połączyć jedno z drugim. A tak? Z bólem serca wybrałam jednak MGS. Tym bardziej, że wyjazd do Drezna kosztuje zaledwie... 15 złotych. Oczywiście żałuję, że nie pójdę do Częstochowy, tak samo, jak w przeciwnym wypadku żałowałabym, że nie pojechałam na MGS.
Ale, chociaż nie idę na Jasną Górę, dzięki pewnej czytanej przeze mnie aktualnie książce czuję, jakbym tam się udawała osobiście. I to nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Twórczość Dobraczyńskiego jest mi szczególnie bliska, zaś "Spotkania Jasnogórskie" są idealną lekturą na ten sierpniowy czas. 
Po raz kolejny Jan Dobraczyński zabiera nas w niezwykłą podróż, tym razem przed oblicze najsłynniejszego polskiego wizerunku maryjnego - Czarnej Madonny. Czytelnik zmierza na Jasną Górę wraz z takimi osobliwościami jam np. królowa Jadwiga, Mikołaj Kopernik, Jan III Sobieski, Wojciech Męciński, Kazimierz Puławski, Józef Piłsudski, Maksymilian Maria Kolbe, czy wreszcie Jan Paweł II. Każda z osób wymienionych w książce w jakiś sposób była połączona z jasnogórskim obrazem, każda zanosiła w większej lub mniejszej pielgrzymce do niego jakieś prośby. Pozwala to odkryć, że pielgrzymowanie do Cudownego Obrazu nie jest znakiem naszych czasów, ale zostało ukształtowane przez wielowiekową tradycję.
Jeden rozdział przemówił do mnie w szczególny sposób. Zatytułowany jest "Świątkarz". Opowiada historię malarza Łukasza, któremu przyszło odrestaurowanie zniszczonego przez husytów(do których i on się zaliczał) obrazu. Nie było to proste - każda próba nałożenia na zniszczone drewno farby kończyła się niepowodzeniem. W końcu Łukasz wpadł na pewien pomysł - postanowił po prostu przemalować obraz i płótno umieścić w ramię. Pierwotnie namalował obliczę Matki Boskiej bez rys, widząc jednak, że wizerunek jest zniekształcony, domalował mu blizny. Mógł otrzymać za tą rekonstrukcję wielkie bogactwo i sławę, tym czasem on po skończonej robocie wyszedł niepostrzeżenie z pracowni i już do niej nie wrócił...
Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Zawsze podziwiałam Jana Dobraczyńskiego za jego charakterystyczną lekkość pióra i obrazowość opisywanych przez siebie postaci i sytuacji. I tym razem nie zawiodłam się pod tym względem...

sobota, 19 sierpnia 2017

567. Czasami krytyka obraca się przeciwko nam

 - Mam ochotę obić tej głupiej starej babie jej krzywą gębę - siedzieliśmy w większości animatorów w salce gościnnej Oratorium i czekaliśmy, aż ksiądz Oskar do nas dojdzie. W końcu MGS już tuż tuż.
 - Której? - D. sięgnął po kubek z napojem.
 - Już ci pokazuję - zręczne palce nastolatki operowały smartfonem. - O ta!
 - Co ona ci zrobiła?
 - Jak byliśmy na święceniach księdza Oskara, to nie podobał jej się mój strój. I jeszcze jej skrzekliwy głos...
Tak, pamiętam tamtą sytuację. Pamiętam jak W. się spóźniła na wyjazd i w czym przyszła - miniówka + bluzka nawet nie na ramiączkach, ale na sznurkach. Bo było gorąco. Do tego dość wyzywający makijaż. Na to wspomniana pani, o dość skrzekliwym głosie(ale tego chyba się nie przeskoczy), skomentowała:
 - Wielkie nieba! Ona chyba nie ma zamiaru tak iść do kościoła...
Komentarz ten dobiegł do uszu młodej pannicy:
- Jak nie, jak tak - prychnęła W. dumnie unosząc swoją głowę. Na szczęście jechaliśmy oddzielnymi samochodami, bo jeszcze wybuchłaby kolejna wojna światowa.
Sama byłam zniesmaczona ubiorem W. na tą uroczystość. Osobiście nigdy nie odważyłabym się na taki strój w takim miejscu. Są sytuacje, kiedy można się ubrać całkiem na luzie, ale są i takie, kiedy wymaga się od nas pewnej etykiety. Szkoda, że tak mało współczesnej młodzieży to rozumie i potrafi się do tego zastosować. A kiedy zostanie im zwrócona uwaga, to jeszcze mają o to pretensję. Starsze pokolenie ma to do tego, że lubi komentować i doradzać. Tylko czasami my, młodzi, nie potrafimy tego docenić, z pokorą przyjąć ich słowa.
Inna sprawa natomiast, że osoba nie z naszej parafii komentuje tak dużo rzeczy związanych ze wspólnotą. Tu jej się komentarz starszej pani nie podoba, to znowu nowy proboszcz bo coś jej tam powiedział. Jak jej się u nas nie podoba, to zawsze może wracać do siebie. Powinniśmy być przykładem dla dzieci, a tym czasem... Szkoda słów. Chyba, że to ja już jestem za stara, aby zrozumieć współczesną młodzież.

wtorek, 15 sierpnia 2017

566. Czteropak dzisiejszej daty

15 sierpnia to taki dziwny dzień...
15 sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zgodnie z tradycją katolicką Matka Boża była jedną z trzech osób(obok starotestamentowego Eliasza i Henocha), która nie umarła, lecz zasnęła, zaś po tym miała być wzięta przez Anioły z duszą i ciałem do Nieba. Nie jest to jednak równoznaczne z rozstrzygnięciem kwestii odwiecznego problemu, czy Maryja umarła, czy też zasnęła. Jest to najpóźniej ogłoszony ze wszystkich dogmatów dotyczących Matki Bożej - został przedstawiony światu dopiero 1 listopada 1950 roku przez papieża Piusa XII. Spośród odłamów chrześcijaństwa wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny jest uznawane tylko przez kościół katolicki. Od wielu lat, jeżeli nie wieków, tego dnia rzesze wiernych pielgrzymują na Jasną Górę oraz do Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie odbywają się inscenizacje Zaśnięcia Maryi Panny oraz jej Wniebowzięcia. W tym roku chciałam nawet jechać do Kalwarii, aby znowu uczestniczyć w tej pięknej uroczystości, pokonała mnie jednak własna słabość... Z drugiej jednak strony, patrząc od strony anomalii pogodowych, jakie miały miejsce w ubiegły weekend, może dobrze i bezpieczniej, że nie pojechałam...? Bardzo ciekawie do tego nawiązał w jednym ze swych kazań biskup Lozanny, św. Amadeusz: "Oblubienica obsypana tak niezwykłymi dobrami, Matka jedynego Oblubieńca, słodka i urzekająca wdziękiem, niby źródło ogrodów duchowych, studnia wód żywych i ożywiających, które spływają z Bożego Libanu, zsyłała z góry Synaj na wszystkie narody bliskie i dalekie strumienie pokoju i potoki łask niebieskich. Gdy zatem Królowa dziewic pośród radości aniołów, wesela archaniołów, okrzyków niebian została wzięta do nieba przez Boga i swojego Syna, Króla królów, wtedy spełniło się proroctwo psalmisty, który mówił do Pana: "Królowa stoi po Twojej prawicy, w szacie wzorzystej i złotogłowiu"."

W polskiej tradycji dodatkowo święto Wniebowzięcia Matki Boskiej łączy się ze wspomnieniem Matki Bożej Zielnej, a co za tym idzie, że święceniem ziół leczniczych.
Procesja Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny(źródło: http://kalwaria.eu)
15 sierpnia 1534 roku Ignacy Loyola miał powołać do życia Towarzystwo Jezusowe, czyli po prostu zakon jezuitów, z którego wywodzi się papież Franciszek. Oprócz Jorge Mario Bergoglio do zakonu należeli m.in. św. Franciszek Ksawery(zresztą był jednym z jego założycieli), Jakub Wujek(znany z tzw. "Biblii Wujka", czyli przekładu Pisma Świętego na język polski), Piotr Skarga(wybitny kaznodzieja), Jan Woronicz(Prymas Królestwa Polskiego z przełomu XVIII i XIX wieku), święty Andrzej Bobola, czy też patron polskiej młodzieży - św. Stanisław Kostka.
15 sierpnia to także rocznica jednej z najważniejszych i najbardziej znaczących bitew w historii naszego kraju - Bitwy Warszawskiej, nazywana także Cudem nad Wisłą. Trudno mi w kilku słowach napisać coś na ten temat - poczekam z tym może do okrągłej, setnej rocznicy tego wydarzenia(mam nadzieję, że blog będzie jeszcze wtedy istniał 😊). Jedno jest pewne - gdyby nie geniusz strategiczny Józefa Piłsudskiego, być może druga wojna światowa wybuchłaby już w 1920 roku, bądź też powtórzyłaby się historia sprzed kilkunastu lat, kiedy kraj był jeszcze pod zaborami? Dzięki temu i ofiarności wielu żołnierzy, którzy zginęli na polu bitwy, jeszcze przez kilkanaście lat cieszyliśmy się wolną ojczyzną...
Jerzy Kossak - "Cud nad Wisłą"
Aktualnie 15 sierpnia obchodzimy także Dzień Wojska Polskiego, który jest świętem wszystkich sił zbrojnych naszego kraju. Dzień ten został ustanowiony w 1923 roku na pamiątkę wspomnianej wcześniej Bitwy Warszawskiej i obchodzony był do 1947 roku. Następnie został on przeniesiony na dzień 12 października, kiedy przypada rocznica bitwy pod Lenino(brała w niej udział dewiza  im. Tadeusza Kościuszki). Do swojej pierwotnej daty Dzień Wojska Polskiego został przywrócony w 1992 roku. Najbardziej widowiskowe obchody, z udziałem władz państwowych, mają miejsce w Warszawie. Widowiskową paradę wojskową transmituje nawet telewizja, aby jak najwięcej osób mogło ją zobaczyć. Są przemówienia, gratulacje i odznaczenia dla wyróżniających się żołnierzy różnych szczebli i profesji. Podkreślany jest profesjonalizm i zaangażowanie naszych wojsk w sprawy pokojowe na świecie. W tym roku dodatkowo odznaczono dowódcę wojsk lądowych USA w Europie - generała broni Bena Hodgesa.
Żołnierzom polskim
Niełatwa jest Wasza służba,
w obronie ukochanego kraju,
nierzadko w słonecznej spiekocie
i w ciężkim kasku na głowie,
z karabinem w dłoni.
Albo w największych mrozach,
kiedy cholewki ślizgają się w czasie biegu po bruku.
Wypatrywanie wrogów, pilnowanie granic,
liczne misje pokojowe.
I pokryte bliznami ciało 
zamiast pięknych zdjęć z młodości.
Mogliście być dyrektorami wielkich fabryk,
albo sławnymi lekarzami.
Ale wybraliście anonimowość
i walkę w razie potrzeby o wolność naszej ojczyzny.
I za to będziemy Wam wdzięczni po wsze czasy...