Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 27 sierpnia 2015

"Idziemy Matko drogą pielgrzymki, Tobie dajemy nasze wysiłki. Boś Ty opieką nam"

Kiedy w niedzielny poranek wychodziłam z mieszkania, tak naprawdę nie wiedziałam co mnie czeka. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że czeka mnie długa piesza wędrówkę, ale do końca nie potrafiłam sobie tego wszystkiego wyobrazić. Kierując się jednak hasłem, że do odważnych świat należy postanowiłam nie martwić się na zapas i iść na przysłowiowy żywioł. 
Cała pielgrzymka zaczęła się w niedzielny poranek Mszą świętą pod przewodnictwem naszego biskupa, jego ekscelencji księdza Grzegorza Kaszaka. Muszę powiedzieć, że mamy wyjątkowego biskupa, który mówi krótkie, aczkolwiek treściwe kazania. Tym razem nawiązywało ono do hasła tegorocznej pielgrzymki: "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię". Zachęcał do spojrzenia na swoje życie w tym właśnie kontekście. Czy na pewno jesteśmy nawróceni? Czy wierzymy w to, co głosi Ewangelia? Za kim idę? Kogo słucham?Trudne pytania, aczkolwiek bardzo potrzebne dla każdego katolika(już nie piszę chrześcijanina, żeby nie było ale, że uogólniam).
Podczas przystąpienia do Komunii świętej byłam świadkiem pięknego widoku - otóż ministrant, który trzymał patenę miał wyraźnie widoczny zespół Downa. A więc da się i takich ludzi dopuścić do posługi przy ołtarzu. Trzeba tylko chcieć. 
Po Liturgii oraz otrzymaniu błogosławieństwa na drogę pielgrzymi zaczęli formować się w grupy, które najczęściej odpowiadały dekanatom w naszej diecezji. Mnie akurat przyszło iść w grupie 7, czyli dekanacie bazyliki Najświętszej Maryi Panny Anielskiej, o której już kilka razy wspominałam na blogu. Było nas w sumie 107 osób, a cała pielgrzymka liczyła ponad 1200 pątników rozlokowanych w 12 grupach. 
Uformowani w zbitą grupę ruszyliśmy przed siebie. A ponieważ był jeszcze wczesny ranek(było ledwie po 8) zaczęliśmy śpiewać godzinki. Każdy pielgrzym otrzymał w ekwipunku niewielki śpiewniczek z pieśniami oraz kilkoma modlitwami, więc wymówka, że się nie umie była nie do przyjęcia. Ewentualnie można było kombinować z tym, że nie ma się talentu muzycznego :). Chociaż śpiew naszego parafialnego kleryka P. skutecznie zagłuszał wszystkie nasze fałsze hi, hi, hi. Dzień powoli budził się do życia, a my z każdym momentem coraz bardziej zachwycaliśmy się jego pięknem. 
W tle widać zamek w Będzinie. 
"Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka"
Trochę zdziwiła mnie trasa wyjścia z Będzina - zrobiliśmy niezłe koło. Rozumiem jednak, że wszystko było ze względów bezpieczeństwa na bezpieczeństwo pielgrzymów. W końcu Będzin to spore miasto, a nie wieś. W godzinę dotarliśmy do miejsca pierwszego postoju - kościoła w jednej z dzielnic Będzina, Łagiszy. Zaraz po dotarciu na dziedziniec parafii wszystkie grupy miały zdjęcia. Nasza prezentowała się właśnie tak:
Tradycyjnie ledwie mnie widać, ale z M. policzę się w odpowiednim czasie :D
Poza tym był to doskonały czas, aby posilić się przed dalszą drogą. Wszak następny postój był dopiero o 13:00 w Targoszycach. Gościnni parafianie przygotowali dla nas dodatkowo pyszne ciasta. Posileni, z pieśnią na ustach ruszyliśmy partiami w dalszą drogę. Oglądając telewizyjne relacje z pielgrzymek zastanawiałam się zawsze, po co są między poszczególnymi grupami odstępy. Teraz już wiem - po prostu po to, aby wjeżdżały w nie samochody. Bo wiadomo - pielgrzymi idą jedną stroną drogi, druga jest dla jeżdżących w obie strony pojazdów. Ale co zrobić, jeżeli jadą znad przeciwka? Po prostu się wymijają wjeżdżając w taką przerwę.
Zgodnie z planem tuż przed 13:00 dotarliśmy do Targoszyc. Pierwsze co zrobiłam, to poszłam do tamtejszego kościoła. Nie wypada być na terenie świątyni i do niej nie wejść. Parafianie mieszkający naprzeciw przygotowali dla nas zupę pomidorową. Musieliśmy tylko przejść na drugą stronę ulicy i wejść na podwórku. W dodatku wynieśli dla nas talerze. Co prawda miałam blaszany litrowy garnuszek na wypadek rozdawania zupy w plastikowych talerzach(z powodu spastyki rąk istniało duże prawdopodobieństwo, że po prostu wyleję całą ich zawartość na siebie), teraz jednak nie musiałam go wyjmować. Pomidorowa nieco mnie wzmocniła. Coś w tym jednak jest, że człowiek powinien w ciągu dnia zjeść przynajmniej jeden ciepły posiłek. Potem na chwilę przysiadłam na ziemi, żeby nabrać sił. Bo przecież o 14:30 ruszyliśmy w dalszą drogę.
Kolejny etap drogi kończył się nabożeństwem pokutnym połączonym ze spowiedzią świętą na placu przed OSP w Mierzęcicach. Nie było co prawda konfesjonałów, ale ich funkcje pełniły dwa krzesła ustawione wokół placu. To właśnie w Mierzęcicach został uszkodzony kij z numerem grupy - otóż osoba która go niosła zamiast położyć go na ziemi to oparła o krzak. Po chwili był mały huk i poszukiwanie taśmy klejącej do złączenia dwóch osobnych kawałków. Bo o gwoździach i młotku raczej nikt nie marzył hi, hi, hi. Na nabożeństwie ponownie mogliśmy nieco odpocząć. Nie bez powodu ściągnęłam sobie adidasy - wszak stopy też muszą sobie odpocząć po marszu. Zwłaszcza, że czekało nas jeszcze 2,5 godziny drogi do niejakiego Zendka.
No i muszę się przyznać, że na ostatnich kilkuset metrach drogi dopadł mnie kryzys. Nie miałam siły, żeby dojść pod kościół, aby odebrać swój bagaż. Pocieszające jest to, że nie był on ciężki. Potem poszłam rozlokować się w szkole, gdzie spała większość z nas, a następnie wróciłam do świątyni na wieczór adoracyjny zakończony Apelem Jasnogórskim.
Drugi dzień naszego pielgrzymowania rozpoczęliśmy wcześnie, ponieważ od 6:15 do 7:00 musieliśmy zdać bagaże na samochód. A że ze szkoły do kościoła był kawałek, to musiałam wyjść odpowiednio wcześnie. Ku mojemu zaskoczeniu przed kościołem czekały na każdego... cieplutkie bułeczki prosto z pieca i mleko. Pyszotka. To taki miły gest ze strony tutejszych mieszkańców. Jednak na konsumpcję musieliśmy poczekać na dojście na postój. Krótko po godzinie 7 wyszliśmy na dalszy szlak. Oczywiście z godzinkami na ustach. Po 1,5 godziny marszu w pyle i kurzu dotarliśmy na niewielką polankę na zasłużone śniadanie składające się ze wspomnianej bułki i mleka. Co prawda nie powinnam go pić, ale ci! Nic o tym nie wiecie, OK? Grunt, że nic mi nie było ;). I nie zastanawiajmy się, co by było, gdyby stało się inaczej. Śniadanie trwało pół godziny, po czym wystartowaliśmy w następną, półgodzinną drogę, która kończyła się dwugodzinnym postojem w niewielkim miasteczku Woźnikach. Po drodze oprócz pieśni i miejscowej ludności byliśmy dopingowani przez samego biskupa, który niespodziewanie do nas dołączył i każdemu uczestnikowi pielgrzymki podał dłoń. Tego się nie spodziewałam.
Powitanie pielgrzymów
W Woźnikach mieliśmy do dyspozycji przepiękny ogród należący do tamtejszej parafii. W dodatku siostry zakonne rozdawały drożdżówki z marmoladą, do dyspozycji była też ciepła i zimna woda, można było zrobić sobie coś do picia, albo zalać danie błyskawiczne. A i sklepy spożywcze były tuż za bramą kościoła. Ksiądz biskup krążył pomiędzy pielgrzymami, zagadywał. Żal było wyruszać w dalszą drogę. Ale jak pielgrzymka, to pielgrzymka. Miasteczko zostało pożegnane pieśnią "Żegnamy Was Alleluja". Po kolejnej godzinie dotarliśmy do Ligoty Woźnicka, gdzie została sprawowana Msza święta pod przewodnictwem księdza biskupa. Złagodzili nam nawet reguły liturgiczne i każdy miał prawo mieć czapkę na głowie oraz butelkę z wodą pod ręką. I znowu byliśmy świadkami krótkiego, acz treściwego kazania, odpowiadającego na pytanie Natanaela zawarte w usłyszanej Ewangelii: "Czy może być co dobrego z Nazaretu?". Oczywiście, że tak, przecież Syn Boże właśnie stamtąd pochodził. Tacę zebraną podczas Mszy świętej przeznaczono na "bilet dla brata" - dofinansowanie przyjazdu na ŚDM dla młodzieży ze wschodu.
Koncelebra Mszy św.
W skupieniu słuchamy Słowa Bożego
Duch Święty?(musiałam umieścić to zdjęcie)
Po skończonym nabożeństwie wyruszyliśmy w dalszą, tym razem dwugodzinną, drogę kończącą się postojem w Starczy. Słońce świeciło, aczkolwiek nie było gorąco, a dzięki śpiewom, modlitwie różańcowej i koronce do Bożego Miłosierdzia minęła wyjątkowo szybko i przyjemnie. I co ważne, przynajmniej dla mnie - powierzchnia po której szliśmy była równa, dzięki czemu uniknęłam zderzenia z podłożem.
"Krok, krok, za krokiem krok,
sił już brak, bo długi szlak.
Gdzieś tam na końcu dróg,
czeka nas Matka i czeka nas Bóg"
Do Starczy dotarliśmy z małym poślizgiem. A ponieważ powoli zaczynała się Msza święta w tamtejszym kościele, musieliśmy zachowywać się cicho. Nie było to trudne - każdy dostał serek homogenizowany, bułkę, łyżeczkę i szamał. Taka kolacja. Ostatni etap poniedziałkowego wędrowania trwał kolejne 1,5 godziny i kończył się na noclegu w Nieradzie. Tym razem udało się mnie umieścić w prywatnej kwaterze, chociaż w powietrzu wisiała perspektywa noclegu w remizie, w której nawet nie otworzono nam toalety. Na szczęście organizator ubłagał miejscowych i jakoś wszyscy z remizy zostali rozlokowani po domach. A w domu i czekał na nas przepyszny żurek, i możliwość ciepłej kąpieli, i herbata. Żyć nie umierać! W dziesiątkę spaliśmy w odstąpionym nam pokoju, mężczyźni ulokowali się w piwnicy. Przed snem pobawiłam jeszcze kota gospodyni, bo łasił się do mnie. Mała bestia, jeszcze mniejsza od Pusi, kiedy ją wzięłam do siebie. Co dziwniejsze, nie czułam zmęczenia pomimo przejścia 30 kilometrów w ciągu jednego dnia.
Następnego dnia wstaliśmy przed 6. Szybka toaleta, spakowanie swoich rzeczy, zaniesienie ich do samochodu i mogliśmy ruszyć na ostatni, liczący 12 kilometrów, odcinek drogi. Z Nierady wyszliśmy o 7:30. Po drodze dołączyła do nas pielgrzymka z Targoszyc(tak, tak, tych samych w których byliśmy pierwszego dnia) oraz Siewierza. Jeszcze tuż przed Częstochową mieliśmy dwugodzinny postój w Hucie Starej. Wręcz idealny na skonsumowanie swojskiego chleba, w który zaopatrzyła nas gospodyni. A także na zatańczenie słynnego tańca belgijskiego. Jeżeli ktoś nie wie o co chodzi, to jego kroki ilustruje poniższy filmik:
Wielu z nas było już zmęczonych, ale wydobyło jeszcze z siebie troszkę sił, aby zatańczyć powyższy układ. A ja podczas powyższej przerwy spotkałam moją polonistkę z liceum, która nie dość, że mnie poznała, to jeszcze wychwaliła przed znajomymi z parafii. Jaka miła niespodzianka? I na odwrót, ponieważ od pewnego czasu prowadzę parafialną kronikę, więc pani G. stwierdziła, że pani profesor zrobiła bardzo dobrą robotę wobec mnie.
Tymczasem grupy powoli zaczęły formować się do wyjścia na ostatnie 6 kilometrów drogi. Po drodze minęła nas I Sosnowiecka rowerowa pielgrzymka na Jasną Górę, która wystartowała dzień później. Chociaż większość kolarzy stanowili mężczyzn, to od czasu do czasu widać było kobiecą sylwetkę.
Wkrótce zamigotała nam w oddali sylwetka wieży klasztornej, jednak do osiągnięcia celu zostało nam jeszcze do pokonania. A ponieważ ludzie niosący krzyż i tabliczkę z numerem przyspieszyli, to nie pozostawało mi nic innego niż dotruchtanie na miejsce. W mieście musieliśmy też być nieco zdyscyplinowani - szliśmy raczej w zwartym szyku nie tylko w obrębie grupy, ale i całej pielgrzymki. Powoli wchodziliśmy na słynny trakt prowadzący do klasztoru. A na nim, coś wspaniałego, cały chodnik usiany był w miejscowej(chyba) ludności, która biła nam brawo. Ogólnie na całej trasie stali ludzie, machali do nas, wystawiali wodę i coś słodkiego. Na ostatnim etapie przypadł mi zaszczyt niesienia sztandaru z symbolem ŚDM. 
Tuż przed wejściem na słynne wały zastał nas deszcz. Cały dzień straszyło, straszyło, ale jak lunęło, to klękajcie narody. Nie wiedziałam czy ratować siebie, czy flagę hi, hi, hi. Na szczęście pod klasztor podchodziliśmy grupami, tak więc mogłam szybko zdjąć plecak, wyciągnąć z niego pelerynę, zarzucić na siebie i na nowo iść. Pod ołtarz polowy przyszliśmy jako drudzy. Zostaliśmy przedstawieni i przywitani przez naszego biskupa, księdza Grzegorza Kaszaka.
Widać mnie po prawej stronie w białej czapce i granatowej pelerynie(przynajmniej częściowo, ponieważ macham flagą)
Powitanie naszej grupy(i znowu widać tylko moją głowę, a raczej czapeczkę z daszkiem)
Po przywitaniu poszliśmy pokłonić się słynnemu obrazowi. Niektórzy poszli za ołtarz, ja jednak bałam się, że po prostu nie dam rady już wstać z tych klęczek. Tym bardziej, że jak już wcześniej pisałam, szłam z potłuczonymi kolanami i dłońmi. Nasz pokłon był dosyć krótki, ponieważ inne grupy też czekały, a i pielgrzymka z Tarnowa zbliżała się do celu swojej podróży. Ci szli aż 9 dni, a jedną grupę stanowili sami górale. 
Ponieważ Msza święta na Wałach przewidziana była na godzinę 19:00, mieliśmy prawie 6 godzin czasu wolnego. Niestety, pogoda nie sprzyjała do spacerowania. Udałam się więc na stołówkę na jakiś obiad. Za niecałe 10 złotych kupiłam żurek, ryż, kotlet schabowy, surówkę oraz kompot, a pani sprzedająca zaniosła mi wszystko do stolika. Kochani, da się w miarę tanio i smacznie zjeść. Tylko czasami trzeba dobrze poszukać. 
Wypogodziło się dopiero około godziny 17. Akurat wyskoczyłam na miasto po coś do picia. W klasztorze co prawda mają w miarę tanie jedzenie(o ile się je tanio skompletuje), za to ceny napojów w butelka powalają. A na mieście kupiłam małą butelkę z wodą za niecałą złotówkę. 
Pół godziny przed rozpoczęciem obrzędów liturgicznych poszłam pod wyznaczone miejsce, jakim były dwa drzewa po prawej stronie klasztoru. Znajdowało się pod nimi już kilka osób z naszej siódmej grupy. Nie ma to jak być zgranym. Punkt 19 rozpoczęło się ostatnie nabożeństwo nowenny przed uroczystościami Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej będące jednocześnie Wigilią tego święta. Kapłani koncelebrujący Mszę świętą przeszli w uroczystej procesji na ołtarz polowy z którego sprawowana była Najświętsza Ofiara. 

Kazanie zostało wygłoszone przez naszego księdza biskupa i dotyczyło nieposłuszeństwa ludzi pierworodnych, a w szczególności słów Boga Ojca skierowanych do węża: "Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i dzikich; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę.". Bardzo mi się podobało stwierdzenie, że bardzo często w dążeniu do własnego szczęścia pomijamy Boga, który schodzi na dalszy plan. To trochę tak jak Adam i Ewa - chcieli być szczęśliwi, więc sprzeniewierzyli się Woli Bożej. A przecież dla nas, chrześcijan, to Bóg powinien być na pierwszym miejscu.
Był wieczór, więc i zaczynało powoli powiewać chłodem. Zaczęłam żałować, że nie wzięłam sobie nic na szyję, a chusta identyfikująca była z materiału, który i tak by mnie nie ochronił. Na szczęście o 20:30 zaczęliśmy się zbierać do autokaru, który miał zawieść nas do domu. Ten, kto kiedyś był na Jasnej Górze wie, że parking jest tuż przy furcie klasztornej. Teoretycznie. Bo nasz autokar stał gdzieś na mieście. I znowu musieliśmy dojść. Jednak co to było przy pokonaniu tylu kilometrów? Tuż przed godziną 22 dotarliśmy pod Bazylikę, spod której rozeszliśmy się do naszych bloków i domów. Bagaże mogliśmy odebrać dopiero na drugi dzień, więc nie miałam dodatkowego obciążenia.

Ktoś niespełna 25 lat temu wydał wyrok, że nigdy nie wstanę na nogi, nie będę chodzić, widzieć, słyszeć, będę jak roślina. Tymczasem ta sama "roślina" ćwierć wieku później dociera na własnych nogach do jednego z najważniejszych miejsc sakralnych w naszym kraju, studiuje na kilku kierunkach, ma całkiem niezłą średnią na tych studiach, startuje w zawodach sportowych, pisze artykuły. Tak naprawdę nieznane są Boże Plany, a wręcz bywają zaskakujące. To tylko my, ludzie, czasami chcemy zrobić pewne rzeczy po swojemu.

3 komentarze:

  1. Karolinka pięknie to napisałaś, po prostu gratulacje tak jak i gratulacje dojścia na Jasną Górę!! Dziękuję za tak obszerną relację!

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama idea wyjścia i marszu przed siebie bardzo mi odpowiada.
    Medycyna nie jest nauką ścisłą :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! Nie tylko z powodu dotarcia na Jasną Górę... Ściskam mocno:)

    OdpowiedzUsuń