Minęła długa noc. Świt zbudził Wojtka z płytkiego snu. Otworzył oczy, przeciągnął się i ziewną. Był poniedziałek, 11 listopada. Ale chłopiec żył jeszcze dniem wczorajszym. W pamięci miał jeszcze wczorajszy triumfalny przejazd Józefa Piłsudskiego przez miasto.
- Tato, a co to w ogóle znaczy "niepodległość"? - zapytał poprzedniego wieczoru.
- To znaczy synu, że będziemy mieli własne państwo i nikt z zewnątrz nie będzie nam nic narzucał.
- Nawet Rosjanie?
- Nawet Rosjanie. A to się stanie już niebawem. W gazetach co rusz pisze, że któreś państwo biorące udział w tej wojnie skapitulowało. A wtedy, na przykład, będziesz się mógł uczyć w języku polskim, nie rosyjskim.
To wszystko wydawało się Wojtkowi niesamowite. Ani on, ani jego rodzice, ani nawet dziadkowie nie pamiętali tych czasów, kiedy Polska była wolna, a jej teren sięgał od jednego morza do drugiego. Dlatego słowa ojca wydawały mu się wręcz nieprawdopodobne. No bo jak to tak uczyć po polsku? Przecież we wszystkich szkołach uczyli naprzód ruscy, a ostatnio niemieccy nauczyciele. Wszyscy mówili, że ci Prusacy chcą sobie podporządkować warszawiaków robiąc wszystko, żeby zapomnieli, że było kiedyś coś takiego jak Polska. Rodzice nieraz rozważali wyjazd do Galicji, bo tam podobno nie było takich represji, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie.
Mama widząc, że synek nie śpi, zaczęła przygotowywać mu śniadanie. On sam ubrał się i obmył.
- Mamo, mógłbym wyjść dzisiaj na miasto? - zapytał.
- Tak, przecież idziesz dzisiaj do szkoły.
Ale on nie miał zamiaru iść do niemieckiej szkoły elementarnej. Po co? Po to aby w dalszym ciągu uczyć się znienawidzonych słówek w języku wroga, czy też uczyć zakłamanej historii? Dobrze, że rodzice propagowali w domu tradycję i kulturę polską. W przeciwnym razie zupełnie nie znałby języka swoich przodków.
O swoich zamiarach nie powiedział jednak matce. Zarzucił na siebie płaszcz i kaszkiet, porwał niemieckie książki pod pachę i wybiegł z domu.
Na dworze lekko dżdżyło. Chłopca jednak to nie zatrzymało. Nagle ktoś porwał go na ręce i zakręcił nim jakby był na karuzeli. Książki rozsypały się po bruku.
- Jesteśmy wolni! Wolni! Wolni!
Po chwili odstawił chłopca na ziemię. Świat wirował Wojtkowi przed oczami. "Wolni, wolni" - kołatało się po jego dziecięcej głowie.
- Ludzie! - krzyczał mężczyzna. - Cytadela odbita! Wróg wycofuje się ze stolicy!
Przechodnie oglądali się za nim jak za opętanym. Owszem, ostatnimi dniami mówiono coś o stopniowym zrzekaniu się przez Prusaków swoich urzędów, nikt jednak nie wiedział, ile w tych pogłoskach jest prawdy. A tu proszę - jedno z najświętszych miejsc warszawiaków zostało odbite!
Tłum ludzi ruszył pod Belweder. W samym środku marszu znalazł się Wojtek. Po chwili dołączono do innych, którzy wcześniej przybyli w to miejsce.
- Ktoś mówił, że lada dzień powstanie nowy rząd - rzucił ktoś obok chłopca. Wojtek włożył zziębnięte ręce do płaszcza i niecierpliwie czekał na dalszy ciąg wydarzeń.
Koło południa z budynku wyszedł Piłsudski. Uśmiechnięty, w galowym mundurze. Tłum, podobnie jak poprzedniego dnia, zaczął wiwatować na jego cześć. Po uspokojeniu się zebranych zabrał głos.
- Kochani rodacy, jesteśmy na etapie formowania się nowego rządu. Ale teraz mam dla was wszystkich jeszcze ważniejszą wiadomość: dzisiaj oficjalnie zakończyła się ta straszliwa wojna, a tym samym my, jako Polska, odzyskaliśmy wyczekiwaną od pięciu pokoleń niepodległość!
- Hura! Hura! Hura! - skandowano zewsząd. Po chwili wszyscy ludzie zaczęli śpiewać "Boże coś Polskę" z tym, że zamiast dobrze znanego chłopcu "Naszego króla zachowaj nam Panie" czy też "Ojczyznę naszą racz nam wrócić Panie", teraz śpiewano "Ojczyznę wolną pobłogosław Panie". To, o co modliły się i walczyły całe pokolenia stało się faktem.
Wzruszony Wojtuś zaczął powoli się wycofywać z tłumu i pobiegł w kierunku swojej kamienicy. Wpadł do mieszkania z okrzykiem:
- Koniec wojny! Koniec wojny! Jesteśmy niepodległym krajem!