Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 10 kwietnia 2019

898. Scena niczym z przeszłości, no może prawie

Strajk nauczycieli wywarł pewny chaos w społeczeństwie. Wiadomo, nieznający specyfiki zawodu nauczyciela nie będą widzieć w nim sensu. Może nie powinnam się wypowiadać, bo nie jestem pedagogiem i nie pracuję w oświacie, jednak jak wiecie - działam z dziećmi. I nawet po tych kilku godzinach w tygodniu(ok. 5 w sobotę w Oratorium + 2 godziny dyżuru w tygodniu + godzina zajęć z M. + 1,5 godziny zajęć z K.) jestem zmęczona. Do tego dochodzą półkolonie, gdzie też jest się odpowiedzialnym za innych. A dzieci mają różne "ciekawe" pomysły, to też przeszłam na własnej skórze. A co tutaj mówić o etacie w szkole, czy też wycieczkach, gdzie nieraz trzeba być odpowiedzialnym 24 godziny na dobę za nieswoje dzieci. Wiem więc ile wysiłku i nie ukrywajmy - pieniędzy, trzeba włożyć w przygotowanie zajęć. Wiem też, jaka potrafi być współczesna młodzież, a zwłaszcza jej rodzice. Uwierzcie mi, też kilka razy "oberwałam" w Oratorium za różne dziwne sytuacje. Wakacje, ferie, przerwy świąteczne - to też często fikcja. Nauczyciel też ma tylko 20/26 dni wolnego, a na wakacje musi jechać w ściśle określonym czasie. Bo konferencja, bo rekrutacja, bo awans zawodowy, bo egzamin poprawkowy. Naprawdę, jest czego "zazdrościć". Dlatego szanuję zawód nauczyciela i popieram postulaty tego protestu. Jedyne z czym się nie zgadzam to z terminem strajku - w najgorszym okresie, bo zewnętrznych egzaminów, które stanęły pod znakiem zapytania. Wszyscy wiedzą, że przez reformę edukacji ten rok dla szkół średnich będzie "ciężki" znajdą się w nich dwa roczniki. Dlatego młodzieży zależy na jak najlepszym napisaniu egzaminów kończących szkołę podstawową i gimnazjum. Stres był niesamowity. A tutaj jeszcze nadchodzi groźba ich odwołania. Ja rozumiem, że chcieli postawić rząd pod murem, ale dlaczego mają cierpieć uczniowie? I to jest jedyna moja negatywna uwaga co do strajku - zresztą przez ostatnie dni słyszałam panikę ośmioklasistów co będzie, jeżeli egzaminów nie będzie. I to dało do myślenia.
Zastanawiałam się, jak pani D. poradziła sobie z zorganizowaniem opieki na dni strajku dla swoich dwóch synów. Paradoksalnie nie ma ich z kim zostawić. Doszło do tego, że kiedy trafiła z zapaścią do szpitala, chłopców zabrano na ten czas do pogotowia opiekuńczego. Teoretycznie mogłaby wziąć  na ten czas wolne na młodszego z nich(ma niespełna 5 lat). I nawet byłam pewna, że to zrobi. A tymczasem schodzę dzisiaj z góry z papierzyskami i widzę, jak drzwi do budynku się otwierają i pojawia się w nich pani D. z J. i S. Młodszego prowadziła za rączkę, starszy szedł dziarsko obok niej. 
I nagle przypomniała mi się podobna scenka sprzed prawie 18 lat. W szkole musiała być wtedy jakaś rada pedagogiczna, czy coś w tym rodzaju. Tego moja pamięć już nie zanotowała. Zanotowała jednak coś zupełnie innego. 
Akurat wychodziliśmy już do domu. Nagle zobaczyłam jak głównymi drzwiami wchodzi do budynku nasza matematyczka z trzyletnim synkiem prowadzonym za rączkę. Musiała być zima, bo T. miał ubrany w taką zimową czapeczkę z misiem. To pamiętam. 
I pamiętam też spojrzenie pani B. na swojego młodszego synka - pełne miłości. Tak samo dzisiaj patrzyła pani D. na trzymanego za rękę S.
I tylko wtedy T. nie zwrócił na mnie uwagi, chociaż jego mama uśmiechnęła się do mnie serdecznie. Dzisiaj, dzisiaj S. zauważył mnie, puścił matczyną rękę i zaczął biec w moją stronę z wyciągniętymi rączkami. W ślad za nim podążał starszy o cztery lata J.
I krzyk pani D.:
 - S.! J.!
Ale już było za późno. Już S. wylądował na moich rękach i srebrzystym głosikiem szeptał mi na ucho o kolumnie jadących samochodów, które widział przed chwilą. A J. skakał niczym piłeczka. Na szczęście chwilę wcześniej zdążyłam odłożyć niesione papiery na pobliski parapet.
 - Proszę go nie dźwigać - pani D. zaczęła do mnie podchodzić. - On jest dla pani za ciężki.
"Wcale nie" - przemknęło mi przez myśl. Odstawiłam jednak malucha na ziemię. Pani D. spojrzała na niego karcącym wzrokiem.
 - Myślałam... myślałam, że pani wzięła sobie wolne - powiedziałam, próbując złagodzić sytuację. 
 - Wyobraża sobie pani dłuższą przerwę w działaniu sekretariatu?
 - No nie, ale może pani D-a zgodziłaby się znowu na zastępstwo? - swoją drogą zastanawiam się jak funkcjonował sekretariat, kiedy urodzili się chłopcy. 
 - Na razie dajemy radę. Ale niech zgadnę, nie wzięła pani dokumentów dla mnie.
 - Niestety nie, ale ja na serio myślałam, że pani nie będzie w pracy...
 - Nic się nie stało. 
 - Doniosę pani w piątek. Bo jutro mamy te całe warsztaty. Będzie pani w piątek?
 - Będę, będę...
 - Pobawisz się z nami? - S. niespodziewanie przerwał nam rozmowę. - U mamy mamy klocki lego.
 - S.! - skarciła go znowu mama.
 - Dzisiaj nie mogę, ale w piątek... Czemu nie.
 - To niech strajk trwa do piątku - rozmarzył się J. Pani D. ciężko westchnęła.
 - I ja mam tak z nimi na co dzień. Idzie pani na Kanoniczą?
 - Nie, to dla pani W. Widzę jej samochód, więc chyba jest gdzieś.
 - Na pewno jest. Ale słyszę, że ma pani większy kaszel niż ostatnio. Była pani u lekarza?
 - Tak, ale z tym kaszlem to już lepiej. Naprawdę.
I tutaj nasze dzisiejsze drogi się rozeszły. S. stawał się coraz bardziej krnąbrny. A i ja musiałam w końcu znaleźć panią W. i oddać jej te papiery. A przy okazji przemyśleć jutrzejszy występ na warsztatach. Bo każdy ma coś przygotować. Bez wyjątku i taryfy ulgowej. I to mi się podoba.

wtorek, 9 kwietnia 2019

897. I miłość była w obozie...

Z miesięcznym opóźnieniem, ale jakoś przegapiłam ten temat w swoich szkicach...

Z czym Wam się kojarzy obóz koncentracyjny? Z obskurnymi barakami? Z ponad milionem tysiącami pozbawionych życia istnień? Z piecami w których palono zwłoki? Z biedą, nędzą, nadludzką pracą, pozbawieniem podstawowych praw ludzkich? Z głodem i plagą wszy, które roznosiły różne choroby? Może z okropnymi zabiegami medycznymi wykonywanymi przez bezwzględnego doktora Mengele. I chyba mało kto z nas wie, a nawet podejrzewa, że w tym piekle na ziemi 75 lat temu dwoje ludzi zawarło związek małżeński, który w dodatku był zgodny z prawem i całkowicie legalny. Zaskoczeni? W takim razie poznajcie historię, którą ja osobiście poznałam zaledwie rok temu(dlatego nie zdziwcie się, że jest w tym tekście mowa o 74 rocznicy mowa, a nie o 75) i która naprawdę wyzwoliła we mnie naprawdę pozytywne uczucia.

"74 lata temu w Auschwitz zawarto jedyne w historii obozu małżeństwo

74 lata temu, 18 marca 1944 r., w niemieckim obozie Auschwitz pobrali się więzień Austriak Rudolf Friemel oraz robotnica przymusowa z Hiszpanii Margarita Ferrer Rey. Był to jedyny ślub w obozowym urzędzie stanu cywilnego w jego historii.
  • Związek został zawarty na podstawie prawa obowiązującego w III Rzeszy
  • Państwo młodzi otrzymali na jedną noc pokój w bloku 24
  • Austriak, jeden z liderów więźniarskiej konspiracji, nie przeżył wojny. Został powieszony przez Niemców 30 grudnia 1944 r.
Z okazji ślubu Rudolfowi pozwolono zapuścić włosy. Z magazynu SS otrzymał garnitur, koszulę i krawat. Podczas uroczystości zagrała orkiestra obozowa, a polski więzień Wilhelm Brasse zrobił nowożeńcom zdjęcia ślubne.
Związek został zawarty na podstawie prawa obowiązującego w III Rzeszy. W uroczystości uczestniczyli 3-letni synek Margarity i Rudolfa – Edi oraz ojciec i brat pana młodego.
Państwo młodzi otrzymali na jedną noc pokój w bloku 24. Rankiem następnego dnia Hiszpanka z dzieckiem wyjechali.
Rudolf Friemel był komunistą, mieszkał przed wojną w Wiedniu. Urodził się w 1907 r. Margarita była od niego o 9 lat młodsza. Poznali się w drugiej połowie lat 30. w Hiszpanii podczas wojny domowej. Austriak wspierał republikę, walcząc w brygadach międzynarodowych przeciw siłom generała Francisco Franco. Ona udzielała się w szeregach Mujeres Antifascistas (Kobiety Antyfaszystki). Pobrali się jeszcze w Hiszpanii. Ślub został zawarty na podstawie prawa obowiązującego w republice.

Ślub w budynku komendantury obozu
Po upadku republiki w Hiszpanii Friemel i Rey – różnymi drogami – wyjechali do Francji. Tam zostali internowani, a następnie ponownie rozdzieleni. W 1941 r. urodził się ich syn. Margarita z dzieckiem znalazła gościnę u ojca Friemela w Wiedniu. Rudolf próbował do nich wrócić, ale został aresztowany i po pobycie w więzieniach w pierwszych miesiącach 1942 r. trafił do Auschwitz.
Niemieckie władze, które wspierały generała Franco, nie uznawały prawa republikańskiego, w tym zawartych na jego podstawie związków małżeńskich. Ojciec Friemela i Margarita czynili starania, aby Rudolf mógł zawrzeć związek małżeński zgodnie z prawem niemieckim. Poprosili o to m.in. Reichsfuehrera SS Heinricha Himmlera, który ostatecznie wyraził zgodę.
Margarita i rodzina Friemela otrzymali zezwolenie na przyjazd do Auschwitz. Ślub odbył się w budynku komendantury obozu, w którym mieścił się urząd stanu cywilnego.
Austriak, jeden z liderów więźniarskiej konspiracji, nie przeżył wojny. Został powieszony przez Niemców 30 grudnia 1944 r. po próbie ucieczki z obozu przywódców ruchu oporu. Zginął w koszuli ślubnej, na której z okazji tej uroczystości więźniarki wyhaftowały mu róże.

Nieudana ucieczka w 1944 roku
Nieudana ucieczka miała miejsce 27 października 1944 r. Polaków: Bernarda Świerczynę, Czesława Duzela, Zbigniewa Raynocha i Piotra Piątego, a także Austriaka Ernsta Burgera z obozu miał wywieźć esesman Johann Roth. Uciekinierzy ukryli się w samochodzie, którym wywożono brudną bieliznę do pralni. Roth zdradził. Samochód zamiast wyjechać z obozu, podjechał wprost przed blok 11. Uciekinierzy zażyli truciznę. Na miejscu zmarli Raynoch i Duzel. Pozostałych odratowano i umieszczono w bloku 11. Trafili tam także Friemel i Ludwig Vesely, których Roth wskazał jako organizatorów ucieczki.
Friemel na dwa tygodnie przed śmiercią przesłał do żony gryps. Napisał w nim: "Moja kochana Margo, tulę Cię namiętnie do siebie i życzę Ci na święta wszystkiego najlepszego. Na zawsze Twój R. Co porabia mój mały uparciuch? Pisz mi dużo o nim. Moc ucałowań dla Was obojga!".
Margarita i dziecko przeżyli wojnę.
Niemcy założyli obóz Auschwitz w 1940 roku, aby więzić w nim Polaków. Auschwitz II-Birkenau powstał dwa lata później. Stał się miejscem zagłady Żydów. W kompleksie obozowym funkcjonowała także sieć podobozów. W Auschwitz Niemcy zgładzili co najmniej 1,1 mln ludzi, głównie Żydów, a także Polaków, Romów, jeńców sowieckich i osób innej narodowości.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

896. W pełnej gotowości

Ogólnopolski strajk nauczycieli odbija się szerokim echem w całym kraju. Tysiące przedstawicieli tego zawodu nie przeprowadziło dzisiaj planowych zajęć, setki szkół i przedszkoli było dzisiaj niedostępnych dla uczniów. Nie mnie oceniać publicznie tego przedsięwzięcia. I to nie dlatego, że nie mam swojego zdania, bo mam. Jednak czytając zagorzałe dyskusje prowadzone na portalach internetowych wraz ze wzajemnym obrażaniem się użytkowników napiszę krótko - nie mam siły przechodzić tego na tym blogu. Bo przecież zawsze na 5 komentatorów znajdzie się jeden, który za wszelką cenę będzie chciał wbić igłę tym, którzy mają odmienne od niego zdanie(nie ważne czy pozytywne, czy negatywne). Tutaj nie chodzi o to, aby wyrażać odmienne zdanie, ale żeby robić to w miarę kulturalnie. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
W związku z odwołaniem zajęć cała masa uczniów zmuszona była zostać w domu. Nie wszędzie przecież działały świetlice. Pół biedy, kiedy rodzice mogli sobie wziąć na te dni wolne, zorganizowali swoim pociechom opiekę lub po prostu będą brali je ze sobą do pracy(wiele firm zorganizowało taką możliwość). A co jeżeli nie? Tutaj z inicjatywą wyszła cała masa miejskich instytucji zajmujących się kulturą i sportem oferując całą masę alternatywnych zajęć. Tutaj chodzi nie tylko o zapewnienie dzieciom opieki, ale też możliwości wyjścia z domu, spotkania z rówieśnikami, ciekawego spędzenia czasu.cRównież nasze Oratorium przyłączyło się w tych dniach do organizowania opieki nad młodszymi. Co prawda większość z nas nie ma jeszcze ukończonych 18 lat, o kwalifikacjach już nawet nie wspomnę(chyba tylko ksiądz ma coś związanego z pedagogiką i ja kurs wychowawczy, w sumie muszę chyba pomyśleć o jakimś kursie pedagogicznym - tak awaryjnie), ale jakoś wiążemy koniec z końcem. Problem pojawi się pojutrze, kiedy mnie już nie będzie, ale cóż... Właściwie to do ostatniej chwili nie mogłam się zdeklarować czy będę, nie wiedziałam bowiem czy pani D. zorganizuje opiekę dla swoich chłopaków i czy w razie czego znowu nie wpadnie na pomysł wrzucenia mnie na zastępstwo(a jej po prostu nie potrafiłabym odmówić), jednak do dzisiejszego poranka nie dostałam na tej temat żadnej wiadomości. Uznałam więc, że chyba udało jej się wszystko ogarnąć i poszłam do Domu Młodzieżowego.
Z naszej oferty skorzystało 32 dzieci. Jeszcze w piątek dopracowywaliśmy program zajęć na cały tydzień, gdyby był potrzebny. Nikt przecież nie wie, kiedy to wszystko się skończy, a przecież warto być przygotowanym na mniej optymistyczną wersję, niż potem wszystko robić na ostatnią chwilę. Na dzisiaj zaplanowane było obejrzenie filmu animowanego "Władca Egiptu"(pamiętam, jak widziałam go po raz pierwszy, zrobił na mnie ogromne wrażenie) i dyskusja na ten temat, zajęcia matematyczne oraz geograficzne(tutaj chcieli wykorzystać moją obecność), prace plastyczne. Dzieciaki zagwarantowany mają też ciepły posiłek, który jedzą w dwóch turach(bo refektarz nie przewidział takiej możliwości). Zajęcia odbywają się w grupach w systemie klasy 1-3, 4-6 i 7 - 3 gimnazjum. Akurat na tyle pozwalają nam możliwości lokalowe. Ośmioklasiści i gimnazjaliści dostają ostatnie porady i konsultacje przed czekającymi ich egzaminami.
Na jutro zaplanowany jest film "Cudowny chłopiec" i dyskusja na temat niepełnosprawności, będzie też ścieżka biologiczna i przyrodnicza oraz coś w rodzaju wychowania fizycznego. Środa to dzień rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem, a za razem przeprowadzenia ścieżki historycznej oraz wychowania obywatelskiego. Czwartek chcemy poświęcić na przeprowadzenie prostych eksperymentów chemicznych oraz fizycznych, rozmowę na temat otaczających nas zjawisk. No i zostaje piątek - na wtedy zaplanowane są baśnie i legendy poświęcone naszemu miastu, jak też wycieczka do miejskiego szybu kopalnianego.
Jak widzicie, jesteśmy na razie przygotowani na cały tydzień, a jak będzie trzeba, to będziemy działać dalej. Trochę żałuję, że będę na "pół gwizdka", ale cóż, takie życie.

niedziela, 7 kwietnia 2019

895. Wielkopostne rozmyślania: Cz. 5 - porywczość

Różne są formy obrony. Czasami trzeba bronić się siłą, a czasami - słowem. W jednej i w drugiej sytuacji potrzebne są umiejętności, odwaga oraz rozwaga. 
Kiedy przebywający w Ogrójcu uczniowie obudzili się ze snu, zobaczyli tłum, który przyszedł pojmać Jezusa. Zobaczyli też Judasza, który pocałunkiem wydał ich Nauczyciela. Ich wzrok skierował się na niego. Widząc, że zanosi się na pojmanie Jezusa, uczniowie zapytali, czy mają użyć miecza. Jeden z nich użył go i uderzył sługę najwyższego kapłana, odcinając mu w ten sposób prawe ucho. Święty Łukasz nie sprecyzował, kto to był. Ale już święty Jan jako sprawcę tego czynu wskazał Piotra. 
Uczniowie w Ogrójcu byli porywczy i chaotyczni. Gdyby nie Jezus, tej nocy z pewnością polałoby się o wiele więcej krwi. Święty Łukasz zrelacjonował to w ten sposób: "Gdy On jeszcze mówił, oto zjawił się tłum. A jeden z Dwunastu, imieniem Judasz, szedł na ich czele i zbliżył się do Jezusa, aby Go pocałować. Jezus mu rzekł: «Judaszu, pocałunkiem wydajesz Syna Człowieczego?» Towarzysze Jezusa widząc, na co się zanosi, zapytali: «Panie, czy mamy uderzyć mieczem?» I któryś z nich uderzył sługę najwyższego kapłana i odciął mu prawe ucho. Lecz Jezus odpowiedział: «Przestańcie, dosyć!» I dotknąwszy ucha, uzdrowił go. Do arcykapłanów zaś, dowódcy straży świątynnej i starszych, którzy wyszli przeciw Niemu, Jezus rzekł: «Wyszliście z mieczami i kijami jak na zbójcę? Gdy codziennie bywałem u was w świątyni, nie podnieśliście rąk na Mnie, lecz to jest wasza godzina i panowanie ciemności»."(za Biblią Tysiąclecia, Łk 22, 47-53)
Uczniowie spali spokojnie w Ogrójcu i żaden z nich nie pomógł Jezusowi w chwili, kiedy ten zmagał się z wolą Ojca. Wypełnieniem woli Ojca była zgoda na to, co się miało stać. Wyrwani ze snu uczniowie, brali to, co wpadło im w ręce. Sięgnęli za miecze. Jednego, tego najbardziej porywczego, musiał powstrzymać sam Pan Jezus. 
Piotr chwycił za miecz i uciął prawe ucho słudze arcykapłana. Ta scena ukazuje, że choć Piotr stał się dla Boga wierny, to jednak obce mu były umiejętności szermiercze. Zamiast uciąć głowę - uciął ucho. Swoim zachowaniem tylko zdenerwował swoich przeciwników, którzy w dodatku mieli przewagę liczebną. Gdyby nie natychmiastowe działanie podjęte przez Jezusa, śmierć Piotra mogłaby mieć miejsce nie w Rzymie, ale w Ogrodzie Oliwnym. Jezus powiedział kiedyś, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Piotr wyciągając miecz nie pamiętał innych słów Mistrza: "że nie ma większej miłości, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich". Jezus oddał swoje życie za innych, pokazując tym swoją miłość. A Piotr sięgnął po miecz, chcąc w ten sposób zabijać. Pokazał tym tylko swoją porywczość i strach. 
Schował jednak swój miecz do pochwy i już nigdy nie wyjął go po to, aby zabijać. Zła nie da się bowiem wyeliminować przeciwstawiając mu przemoc. Nienawiści nie wyeliminuje się przeciwstawiając jej nienawiści. Zło karmi się złem, a nienawiść nienawiścią. I zamiast znikać - wzrastają. Jezus nigdy nie uczył tego, jak zwyciężać mieczem. Uczył natomiast, że zło można pokonać tylko miłością. 
Jezus został pojmany, wypuszczeni zostali natomiast wszyscy jego uczniowie. Zostali oni uratowani poprzez Jego zachowanie. Mogli przecież zostać pobici, a nawet zabici. Wszyscy oni zajęli jednak ważne miejsce w Boskim Planie. Jezus pokazał, że jest w stanie oddać własne życie, by ich uratować. Pokazał, że w jego rękach jest największy oręż do walki z szatanem. Tą drogę miało jeszcze wielu przejść w ofierze. Wobec tak wielu ludzi, którzy ufają, szatan jest bezradny. Szatan chciał, by Jezus się zbuntował przeciwko temu wszystkiemu, aby obraził się na swojego Ojca i mu złorzeczył, by okazał swoją fizyczną moc. Nie przypuszczał jednak, że owoc jego zemsty, może zostać zamieniony w dobrowolną ofiarę złożoną Bogu. Zaplanowana przez niego zbrodnia została przemieniona w największy akt miłości. Planowany tryumf stał się całkowitą klęską szatana. 
Klęczący w Ogrójcu Jezus odkrył przed nami, że dobro zawsze będzie potężniejsze od zła. Nienawiścią nie da się nikogo pokonać. Nienawiścią i chęcią zemsty nie da się pokonać także tych, którzy służą szatanowi. Zło zawsze powiększa swoje rozmiary, ponieważ obraca się w świecie nienawiści. Dlatego Syn Boży tak często przeciwstawiany jest nienawiści. Dzięki temu powiększa On obszar swojej działalności. 
Ofiara złożona przez Jezusa mówi o potędze dobra. A jednocześnie ukazuje małość i potęgę świata zła. Władcą tego świata jest szatan, książę ciemności. Ma on do swojej dyspozycji ludzi, którzy są zdeterminowani do tego, by podnieść rękę na innych. A jeśli nawet czują przed tym opór, to zrobi wszystko, aby spełnili jego zamiar. O tej rzeczywistości trzeba mówić. I w takiej rzeczywistości każdy z nas musi nauczyć się żyć. 
Pszenica może rosnąć obok kąkolu. Podobnie jest z uczniami Jezusa - można zdobywać świętość i żyć w świecie, w którym panuje ciemność. Ofiara złożona przez Chrystusa ukazuje także, że istnieje świat, w którym istnieje jasność i miłość. Ważne jest tutaj jezusowa lekcja, że porywczość nigdy nie realizuje Boskiego Planu. Nie można zła zwyciężać złem, tylko dobrem. Gdyby było inaczej Jezus by nam to na pewno powiedział.
Na koniec nasuwają się mi takie tematy do rozważenia: nie można żyć ciągłą nienawiścią do drugiego człowieka. Nie można jej też szerzyć. Kto idzie do walki bez oręża modlitwy, ten upadnie. Cierpienie zamienione w ofiarę zrodzoną z miłości jest najcenniejszym darem, jaki człowiek może ofiarować swojemu Bogu. 

Porywczość
Jestem porywczym człowiekiem, o Panie
który chce wszystko zrobić po swojemu,
Nie zastanawiając się nad tym,
co dla mnie masz w zamiarze.
A to co robię nie zawsze jest dobre,
krzywdzę tym innych i Ciebie przy okazji.
Powstrzymaj mnie przed tym mój Panie Boże,
Swoją ojcowską, dobrotliwą dłonią.

894. Na czwarte imię powinno mi być Spontan :)

Większości z nas ulica Tyniecka w Krakowie kojarzy się z osobą Karola Wojtyły. Po złożeniu egzaminu dojrzałości i dostaniu się na polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, ambitny chłopak wraz z ojcem, przeprowadzili się do krewnych od strony matki, którzy mieszkali właśnie przy ulicy Tynieckiej 10. Tutaj zastała ich wojna, tutaj ostatnie tchnienie wydał Karol Wojtyła senior, tutaj stał się cud podczas tzw. "czarnej niedzieli sierpnia", kiedy nazistom nie przyszło nawet do głowy, że w tamtejszej suterenie może się ktoś znajdować. Nie wiadomo, kiedy przyszły papież wyprowadził się ze skromnego domu swojej ciotki. Wiadomo, że był z nim bardzo związany. Podczas ostatniej pielgrzymki do Polski, kiedy zmierzał swoim papamobile do sanktuarium w Łagiewnikach, trasa jego przejazdu wiodła także przez krakowskie Dębniki. Samochód na chwilę przystanął przed domem znajdującym się na ul. Tynieckiej. Papież rzucił na niego spojrzeniem i pojechali dalej.
Jednak Dębniki znane są także z wyższego salezjańskiego seminarium duchownego, w którym kształcą się księża z całej Polski. Od ponad 80 lat, w okresie Wielkiego Postu, w niepozornym baraku wystawiają oni misteria pasyjne, w których przybliżają wiernym tajemnicę męki Pańskiej i Jego zmartwychwstania. Pierwszy raz na takim misterium byłam w 2007 roku i wstrząsnęło mną ono dogłębnie. Potem, od 2010 roku, nasza parafia organizowała co roku wyjazdy na nie, a ja zawsze(z wyjątkiem 2014 roku) starałam się na nie jechał, nawet kosztem zajęć w szkole policealnej.
W tym roku miało być podobnie. Przynajmniej w zamyśle wszystkich. Proboszcz miał zamówić bilety i mieliśmy jechać. Problemy pojawiły się jednak już na początku, kiedy po trzech dniach od otwarcia zapisów okazało się, że nie ma już miejsc. No dobra, zdarza się. Potem rzucono informację, że oto udało się zdobyć bilety na spektakl. Co prawda cena mnie zmroziła(ale czegoś można się spodziewać po przyznawaniu licznych dodatków), ale dobra. Zapisałyśmy się z Młodą i czekałyśmy na rozwój wydarzeń. Po tygodniu okazało się, że jednak nie jedziemy, bo nie zebrała się grupa, co mnie osobiście zbytnio nie zdziwiło. Machnęłam już na to ręką. Przeżyjemy. Zresztą za tydzień jadę na Forum Młodych, a potem czekają mnie trzy dni na Kalwarii Zebrzydowskiej.
I oto wczorajszego poranka okazało się, że zwolniło się kilka biletów na przedstawienie wystawiane o 14:00. Nie było zbytnio czasu do namysłu, więc tylko rzuciłam do Młodej:
 - Młoda, jedziemy na Misterium?
A po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi napisałam krótkie zgłoszenie do organizatorów. Udało się! Po chwili otrzymałam potwierdzenie rezerwacji. A kilkadziesiąt minut później jechałyśmy busem do królewskiego grodu. Co prawda nie za bardzo wiedziałam jak tam trafić samodzielnie(dotąd podjeżdżaliśmy pod samo seminarium autokarem), postanowiłam jednak zaufać swojej intuicji. Wiedziałam tylko tyle, że najlepiej iść "za Wisłą" - w 2011 podczas parafialnych półkolonii mieliśmy wycieczkę do Krakowa i w ten właśnie sposób dotarliśmy z dzieciakami na grilla w seminarium. Teraz jednak postanowiłam skrócić drogę i podjechałyśmy tramwajem na ulicę Szewską, a stamtąd już na nogach maszerowałyśmy wałami na miejsce. Trochę nam się pogoda popsuła, zaczęło mżyć, a my nawet do końca nie wiedziałyśmy jak daleko nam zostało na miejsce naszego przeznaczenia. Na szczęście po dłuższym marszu ukazała nam się siedziba krakowskiego SALOSu, a tuż za nim budynek seminarium. Zaczęłam się zastanawiać, którędy przejść do wejścia, wkrótce jednak zobaczyłam, że również z wałów można przejść na teren seminarium. I to praktycznie wprost pod drzwi budynku, w którym znajduje się kasa biletowa. Ucieszyłam się z takiego rozwiązania, bo deszcz przybierał na sile.
Wchodząc do budynku zaczęłam się zastanawiać, gdzie można odebrać zamówione bilety(zawsze robi to osoba zamawiająca, żeby uniknąć zamieszania) i w końcu za nie zapłacić. Z tego wszystkiego nie zdążyłam nawet zapytać... Na szczęście byłam przygotowana finansowo. Majątku raczej by sobie za nie nie zażyczyli, prawda? Po zasięgnięciu informacji u Kajfasza udałam się po nie do biura. Ku mojemu zdumieniu wydające je ksiądz nie chciał ode mnie ani grosza. Trochę głupio się czułam, bo wiadomo, zysk ze sprzedaży biletów wspomógłby finansowo seminarium, które jest wyjęte spoza kurii... A poza tym jadąc grupowo cena biletu zawsze była wliczona w cenę wyjazdu. Przynajmniej tak nam mówiono. 
Z mieszanymi uczuciami wróciłam do Młodej i wręczyłam jej bilet. Do przedstawienia zostały dosłownie minuty czasu. Dokładnie tyle, żeby przejść do niepozornego baraku, znaleźć swoje miejsce i je znaleźć. Tym razem trafiła mi się miejscówka w ostatnim rzędzie. Był jednak tego pewien plus - trzy ostatnie rzędy są na schodach, a więc automatycznie na podwyższeniu. Przy naszym niskim wzroście działa to jak wybawienie. Obok nas nie było właściwie nikogo, poza dosyć wysokim księdzem. Czyli właściwie nie udało im się wysprzedać wszystkich miejsc.
Trzy dość głośne dzwonki oraz przyciemnienie światła zwiastowało rychłe rozpoczęcie się przedstawienia, które w tym roku miało nazwę "Dobry Pasterz". I rzeczywiście, po chwili na scenie pojawił się kleryk, który przedstawił najważniejsze informacje na temat misterium, jak także poprosił o powstrzymanie się od spożywania jedzenia i picia oraz wyłączenie telefonów komórkowych. Niby oczywista rzecz, jednak w trakcie trwania przedstawienia okazało się, że nie dla wszystkich.
źródło zdjęcia
Wszyscy znamy przynajmniej jedną przypowieść opowiedzianą podczas działalności Jezusa Chrystusa. W tym roku motywem przewodnim misterium była przypowieść o zaginionej owcy i pasterzu, który idzie jej szukać, porzucając pozostałych 99 zwierząt. W przedstawieniu taką zaginioną owcą był młody gwiazdor, Borys(ale nie Szylc). Widz poznaje go na gali wręczenia ważnej filmowej nagrody. Borys żyje pełnią życia, ale gdzieś obok Boga i spraw duchowych. Bardzo często dzwoni do niego matka, on jednak nigdy nie znajduje czasu, aby jej oddzwonić. Pewnego dnia dostaje propozycje zagrania Jezusa w filmie o Zmartwychwstaniu. Oczywiście wzbrania się od tego, jednak pewne zbiegi okoliczności sprawiają, że w końcu mówi tak. Powraca do Bożego Stada, niczym przypowieściowa zaginiona owca.
źródło zdjęcia*
W misterium współczesność tradycyjnie przeplatana jest ze scenkami obrazującymi ostatnie dni życia Pana Jezusa, jego śmierć oraz Zmartwychwstanie. Nie mogło w nich zabraknąć radosnego wjazdu na osiołku do Jerozolimy, ostatniej wieczerzy wraz ze zdradą Judasza, scen w Ogrójcu, sądu u Piłata, wreszcie ukrzyżowania na Górze Golgocie i schowaniem do grobu, aż po chwalebną scenę zmartwychwstania. A wszystko to utrzymane w konwencji przypowieści o Dobrym Pasterzu.
źródło zdjęcia
źródło zdjęcia
źródło zdjęcia
źródło zdjęcia
Przedstawienie jest mocne i automatycznie zmusza nas do zastanowienia się, czy czasami sami nie jesteśmy taką zaginioną owieczką, która jest w Kościele tylko na pokaz, a tak naprawdę niezbyt się z nim identyfikujemy. A może sami znamy takie zaginione owce i możemy coś zrobić, aby powróciły one do stada. Druga rzecz, jaka nasunęła mi się na myśl podczas oglądania Misterium, to stosunki rodziców i ich dzieci. Czy bliżej nam w nich do stosunku Maryja - Jezus, w którym Syn Boży do końca myśli o swojej Matce oddając ją pod opiekę św. Jana Apostoła, czy może bardziej do relacji Borys - matka, gdzie zajęty robieniem kariery syn nie ma nawet czasu(a być może i ochoty) na oddzwonienie do swojej rodzicielki. Zastanówmy się nad tym, bo czasami na ten telefon może być już za późno.
Po wyjściu z sali, gdzie odbywało się przedstawienie, skierowałyśmy nasze kroki w kierunku Wawelu. Wcześniej jednak dowiedziałam się, że ten ksiądz siedzący obok nas to sam inspektor krakowskiej prowincji salezjańskiej... Tego bym się nie spodziewała. Tzn. owszem, mógł przyjść na przedstawienie, ale bardziej bym go umiejscowiła gdzieś z przodu widowni niż na samym tyle.
Teoretycznie mogłyśmy wrócić tramwajem pod Dworzec Główny, mnie się jednak zachciało przemierzyć tą trasę na nogach. Jeszcze rano miałam ochotę pofotografować trochę otaczającą mnie przyrodę, jednak siąpiący deszcz niezbyt temu sprzyjał. Na szczęście nie była to ulewa i spokojnie dało się iść wałami. Potem Mostem Dębnickim przeszłyśmy na drugą stronę Wisły i następnie podążałyśmy plantami w stronę Galerii Krakowskiej. Wedle GoogleMaps to ok. 4 kilometry. Nawet nie specjalnie czułam to w nogach. Teraz zostało nam tylko poczekać na busa do domu. A i ten wkrótce przyjechał.
Dzień oceniam jako zaliczony na plus. Pomimo tego, że został zorganizowany na spontanie i w sumie jadąc do Krakowa nawet do końca nie wiedziałam, czy na pewno mamy zarezerwowane te bilety, to wszystko poszło jak najbardziej po mojej myśli. A nawet lepiej, niżbym się tego spodziewała. No i wiem jak za rok kombinować w razie jakichkolwiek komplikacji, aby tam ponownie pojechać. Gdyby tylko nie ten deszcz... Nie da się jednak mieć w życiu wszystkiego. Na zdjęcia zrobione nad brzegiem Wisły też przyjdzie prędzej czy później pora. Na pewno...

* Tradycyjnie już podczas misterium nie można było robić zdjęć. Ja posiłkuję się tymi, które zostały zamieszczone przez organizatora na facebooku.