Strajk nauczycieli wywarł pewny chaos w społeczeństwie. Wiadomo, nieznający specyfiki zawodu nauczyciela nie będą widzieć w nim sensu. Może nie powinnam się wypowiadać, bo nie jestem pedagogiem i nie pracuję w oświacie, jednak jak wiecie - działam z dziećmi. I nawet po tych kilku godzinach w tygodniu(ok. 5 w sobotę w Oratorium + 2 godziny dyżuru w tygodniu + godzina zajęć z M. + 1,5 godziny zajęć z K.) jestem zmęczona. Do tego dochodzą półkolonie, gdzie też jest się odpowiedzialnym za innych. A dzieci mają różne "ciekawe" pomysły, to też przeszłam na własnej skórze. A co tutaj mówić o etacie w szkole, czy też wycieczkach, gdzie nieraz trzeba być odpowiedzialnym 24 godziny na dobę za nieswoje dzieci. Wiem więc ile wysiłku i nie ukrywajmy - pieniędzy, trzeba włożyć w przygotowanie zajęć. Wiem też, jaka potrafi być współczesna młodzież, a zwłaszcza jej rodzice. Uwierzcie mi, też kilka razy "oberwałam" w Oratorium za różne dziwne sytuacje. Wakacje, ferie, przerwy świąteczne - to też często fikcja. Nauczyciel też ma tylko 20/26 dni wolnego, a na wakacje musi jechać w ściśle określonym czasie. Bo konferencja, bo rekrutacja, bo awans zawodowy, bo egzamin poprawkowy. Naprawdę, jest czego "zazdrościć". Dlatego szanuję zawód nauczyciela i popieram postulaty tego protestu. Jedyne z czym się nie zgadzam to z terminem strajku - w najgorszym okresie, bo zewnętrznych egzaminów, które stanęły pod znakiem zapytania. Wszyscy wiedzą, że przez reformę edukacji ten rok dla szkół średnich będzie "ciężki" znajdą się w nich dwa roczniki. Dlatego młodzieży zależy na jak najlepszym napisaniu egzaminów kończących szkołę podstawową i gimnazjum. Stres był niesamowity. A tutaj jeszcze nadchodzi groźba ich odwołania. Ja rozumiem, że chcieli postawić rząd pod murem, ale dlaczego mają cierpieć uczniowie? I to jest jedyna moja negatywna uwaga co do strajku - zresztą przez ostatnie dni słyszałam panikę ośmioklasistów co będzie, jeżeli egzaminów nie będzie. I to dało do myślenia.
Zastanawiałam się, jak pani D. poradziła sobie z zorganizowaniem opieki na dni strajku dla swoich dwóch synów. Paradoksalnie nie ma ich z kim zostawić. Doszło do tego, że kiedy trafiła z zapaścią do szpitala, chłopców zabrano na ten czas do pogotowia opiekuńczego. Teoretycznie mogłaby wziąć na ten czas wolne na młodszego z nich(ma niespełna 5 lat). I nawet byłam pewna, że to zrobi. A tymczasem schodzę dzisiaj z góry z papierzyskami i widzę, jak drzwi do budynku się otwierają i pojawia się w nich pani D. z J. i S. Młodszego prowadziła za rączkę, starszy szedł dziarsko obok niej.
I nagle przypomniała mi się podobna scenka sprzed prawie 18 lat. W szkole musiała być wtedy jakaś rada pedagogiczna, czy coś w tym rodzaju. Tego moja pamięć już nie zanotowała. Zanotowała jednak coś zupełnie innego.
Akurat wychodziliśmy już do domu. Nagle zobaczyłam jak głównymi drzwiami wchodzi do budynku nasza matematyczka z trzyletnim synkiem prowadzonym za rączkę. Musiała być zima, bo T. miał ubrany w taką zimową czapeczkę z misiem. To pamiętam.
I pamiętam też spojrzenie pani B. na swojego młodszego synka - pełne miłości. Tak samo dzisiaj patrzyła pani D. na trzymanego za rękę S.
I tylko wtedy T. nie zwrócił na mnie uwagi, chociaż jego mama uśmiechnęła się do mnie serdecznie. Dzisiaj, dzisiaj S. zauważył mnie, puścił matczyną rękę i zaczął biec w moją stronę z wyciągniętymi rączkami. W ślad za nim podążał starszy o cztery lata J.
I krzyk pani D.:
- S.! J.!
Ale już było za późno. Już S. wylądował na moich rękach i srebrzystym głosikiem szeptał mi na ucho o kolumnie jadących samochodów, które widział przed chwilą. A J. skakał niczym piłeczka. Na szczęście chwilę wcześniej zdążyłam odłożyć niesione papiery na pobliski parapet.
- Proszę go nie dźwigać - pani D. zaczęła do mnie podchodzić. - On jest dla pani za ciężki.
"Wcale nie" - przemknęło mi przez myśl. Odstawiłam jednak malucha na ziemię. Pani D. spojrzała na niego karcącym wzrokiem.
- Myślałam... myślałam, że pani wzięła sobie wolne - powiedziałam, próbując złagodzić sytuację.
- Wyobraża sobie pani dłuższą przerwę w działaniu sekretariatu?
- No nie, ale może pani D-a zgodziłaby się znowu na zastępstwo? - swoją drogą zastanawiam się jak funkcjonował sekretariat, kiedy urodzili się chłopcy.
- Na razie dajemy radę. Ale niech zgadnę, nie wzięła pani dokumentów dla mnie.
- Niestety nie, ale ja na serio myślałam, że pani nie będzie w pracy...
- Nic się nie stało.
- Doniosę pani w piątek. Bo jutro mamy te całe warsztaty. Będzie pani w piątek?
- Będę, będę...
- Pobawisz się z nami? - S. niespodziewanie przerwał nam rozmowę. - U mamy mamy klocki lego.
- S.! - skarciła go znowu mama.
- Dzisiaj nie mogę, ale w piątek... Czemu nie.
- To niech strajk trwa do piątku - rozmarzył się J. Pani D. ciężko westchnęła.
- I ja mam tak z nimi na co dzień. Idzie pani na Kanoniczą?
- Nie, to dla pani W. Widzę jej samochód, więc chyba jest gdzieś.
- Na pewno jest. Ale słyszę, że ma pani większy kaszel niż ostatnio. Była pani u lekarza?
- Tak, ale z tym kaszlem to już lepiej. Naprawdę.
I tutaj nasze dzisiejsze drogi się rozeszły. S. stawał się coraz bardziej krnąbrny. A i ja musiałam w końcu znaleźć panią W. i oddać jej te papiery. A przy okazji przemyśleć jutrzejszy występ na warsztatach. Bo każdy ma coś przygotować. Bez wyjątku i taryfy ulgowej. I to mi się podoba.
- I ja mam tak z nimi na co dzień. Idzie pani na Kanoniczą?
- Nie, to dla pani W. Widzę jej samochód, więc chyba jest gdzieś.
- Na pewno jest. Ale słyszę, że ma pani większy kaszel niż ostatnio. Była pani u lekarza?
- Tak, ale z tym kaszlem to już lepiej. Naprawdę.
I tutaj nasze dzisiejsze drogi się rozeszły. S. stawał się coraz bardziej krnąbrny. A i ja musiałam w końcu znaleźć panią W. i oddać jej te papiery. A przy okazji przemyśleć jutrzejszy występ na warsztatach. Bo każdy ma coś przygotować. Bez wyjątku i taryfy ulgowej. I to mi się podoba.






