Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 2 września 2019

1016. Opowieść o kurierze z Warszawy

W zeszłym roku centrum naszego miasta, które zazwyczaj jest dosyć ruchliwe, zamarło na kilka godzin w bezruchu, zaś pod PKZ-tem, wizytówką D.G. zaparkowało kilka wozów transportowych. Wtajemniczeni wiedzieli o tym od dawna, ci mniej dowiedzieli się tego z internetowej strony miasta bądź gazety miejskiej - wnętrze PKZ-tu posłużyło jako plan filmowy do dopiero co powstającego filmu o Janie Nowaku-Jeziorańskim zatytułowanego "Kurier". Z chwilą przeczytania tej informacji pragnęłam obejrzeć ten film, wszak budynek jest mi bardzo dobrze znany, a nawet w jednej z sal moi rodzice wzięli ślub cywilny. 
Co prawda nie udało mi się udać na niego do kina(a seanse były wyświetlane nawet w owym PKZ-cie), jednak z okazji 80 wybuchu II wojny światowej telewizja polska wyświetliła produkcje tuż po wieczornym wydaniu "Wiadomości". Grzechem byłoby nie skorzystać z okazji i nie obejrzeć. Chociaż z drugiej strony byłam pozytywnie zaskoczona tym, że telewizja tak szybko emituje film po jego pojawieniu się w kinach. Przyznajcie, nie zdarza się to zbyt często.
Akcja filmu zaczyna się w Londynie, kilkadziesiąt dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Młodemu polskiemu oficerowi, Janowi Nowakowi zostaje powierzona ważna misja - ma zostać w trybie natychmiastowym przetransportowany kanałami przerzutowymi aż do Polski, gdzie ma dotrzeć do Warszawy i przekazać generałowi Tadeuszowi "Borowi" Komorowskiemu ściśle tajne informacje. Od tego, czy uda mu się wypełnić zadanie zależy życie wielu tysięcy ludzi, jednak gdyby wpadł w ręce wroga, miał zakończyć swoje życie, aby przemycane materiały nie wpadły w niepożądane ręce. Pierwsze problemy pojawiają się już w Londynie - alianci nie palą się do spełnienia obietnic i wysłania do Polski odpowiednich posiłków dających realne szanse na powodzenie Powstania, Nowak dostaje sprzeczne rozkazy od rodaków(jedni proszą o powstrzymanie wybuchu Powstania, inni wręcz go popędzają w tym kierunku), śledzą go nazistowscy szpiedzy poukrywani w stolicy Anglii, a w dodatku Jan Nowak łamie rękę i jego podróż do Polski staje pod wielkim znakiem zapytania. Mimo wszystko rozpoczyna swoją wędrówkę podróżując samolotami, pociągami, samochodami, furmankami, czy też na rowerze, przeżywając przy tym niesamowite przygody. Z drugiej strony Nowak staje pod pewnym dylematem moralnym. Niby odczuwa patriotyczny obowiązek dostarczenia dokumentów do odpowiednich osób oraz dołączenia do walki w Powstaniu, ale zastanawia się, czy w świetle posiadanych przez niego informacji to drugie nie okaże się bezsensowną kaźnią dla zwykłych ludzi. W dodatku Jan Nowak do końca nie wie, komu z napotkanych ludzi może zaufać. A zarazem zdaje sobie sprawę, że tylko od niego zależy decyzja, jaką podejmie.
Jan Nowak-Jeziorański jest postacią, o której więcej się mówiło po jej śmierci niż za życia. A trwało ono aż 91 lat. Zresztą odszedł tak jak żył - cicho, skromnie, z dala od blasku fleszy aparatów. Na kartkach podręczników do historii też nie poświęcono mu zbyt dużo miejsca. Dlatego cieszę się, że powstał tego typu film, chociaż jak dla mnie zbyt mało miejsca poświęcono samej działalności Jeziorańskiego w Warszawie, a za bardzo skupiono się na przygotowaniach do akcji. Niemniej uważam, że taki film był potrzebny aby przybliżyć szczególnie młodszemu pokoleniu postać, która mogłaby być inspiracją dla niejednego z nas. Nawet jeżeli produkcja ma pewne niedociągnięcia.

niedziela, 1 września 2019

1015. Nigdy więcej takich wrześniów

Pierwszy tragiczny pierwszy września miał miejsce 80 lat temu, w piątek. Właśnie kończyły się wakacje, na dzieci czekały miejsca w szkolnych ławkach. Dla katolików był to zaś pierwszy piątek miesiąca, czas spowiedzi świętej. Jednak zamiast szkolnych dzwonków, brzmiały kościelne dzwony bijące na trwogę. Zamiast przemówień dyrekcji szkół witających powracających do nich uczniów, większość z niedowierzaniem słuchała nadawanego przez Polskie Radio komunikatu mówiącego o tym, że wybuchła wojna. Tylko co gorliwsi wierzący poszli tradycyjnie do kościoła, nie zważając na lecące nisko samoloty. Samoloty, które najpierw zaatakowały pogrążony we śnie, położony tuż przy granicy z III Rzeszą Wieluń, a następnie zrównały go z ziemią. W tej samej chwili bombowce atakowały linię kolejową koło Tczewa oraz Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku. Chwilę przed godziną 5 rano pancernik "Schleswig-Holstein" przez 7 minut ostrzeliwał Wojskową Składnicę Tranzytową na Westerplatte. Polacy jednak chwycili za broń. To, co miało trwać najwyżej kilka dni, przeciągnęło się na prawie sześć lat. Zapanował terror i strach, a Hitlerowcy i Sowieci zdawali się być panami życia i śmierci. Strat w ludziach nigdy nie poznamy. Ludzie ginęli w czasie masowych egzekucji i przypadkowych strzelanin, w gettach i obozach koncentracyjnych, w obozach jenieckich, podczas zsyłek do Kazachstanu i na Syberię, w czasie powstań i masowych rzezi. Niejednokrotnie dzieci, które tamtego pamiętnego pierwszego września miały iść do szkoły, szły do walki. Ginęli przedstawiciele polskiej inteligencji, naukowcy, działacze społeczni, ginęli zwykli ludzie, ginęły dzieci, nadzieja przyszłości... A wszystko zaczęło się 1 września 1939 roku na krótko po godzinie 4 rano...
I drugi pierwszy września. Nie mniej tragiczny od tego z 1939 roku. Z tym, że miał on miejsce blisko 65 lat później. Z jednej strony z dala od Polski, a z drugiej tak bardzo blisko. I może dlatego, że dział się on niemal na moich oczach(no dobrze, za pośrednictwem telewizora) i dotyczył dzieci, to tak bliski stał się mojemu sercu. To było 15 lat temu, 1 września 2004 roku. W Polsce obchodzono 65 rocznicę wybuchu II wojny światowej. Jednak dla całej rzeszy dzieci był to dzień powrotu do szkoły. Kiedy wydawało się, że żyjemy we względnie bezpiecznym świecie(chociaż wiadomo było, że na Bliskim Wschodzie trwały działania wojenne) to czeczeńscy terroryści zaatakowali w najbardziej bezbronnych ludzi chodzących po ziemi - w dzieci. Rankiem wdarli się na teren szkoły nr 1 w Biesłanie, gdzie trwał apel na rozpoczęcie nowego roku szkolnego i zagonili blisko 1181 osób do szkolnej sali gimnastycznej*. Nauczycieli, rodziców, a przede wszystkim dzieci, w tym niemowlęta. Ich gehenna trwała trzy dni i była transmitowana przez większość telewizji na świecie. Terroryści żądali m.in. zwolnienia rebeliantów schwytanych trzy miesiące wcześniej podczas ataku na Inguszetię, wycofania wojsk federalnych z Czeczeni, czy też samej niepodległości państwa. 3 września, w piątek, napastnicy otworzyli ogień do ratowników, którzy mieli usunąć ciała z terenu szkoły, nastąpiły też dwie eksplozje(prawdopodobnie spadła źle przyklejona taśmą klejącą do kosza do koszykówki bomba, bądź porywacz stojący na detonatorze został trafiony przez snajpera). W powstałym zamieszaniu grupie ok. 30 zakładników udało się uciec z terenu szkoły, na co terroryści zareagowali ostrzałem. Nastąpił szturm na szkołę. Wywiązała się strzelanina, podczas której komandosi z służb specjalnych próbowali dostać się do szkoły i umożliwić zakładnikom ucieczkę. Do akcji użyto też dwóch wojskowych czołgów. Zdesperowani zakładnicy zdetonowali kolejne ładunki wybuchowe, niszcząc tym samym salę gimnastyczną. Wojsko wybijało dziury w ścianach budynku, chcąc w ten sposób pomóc zakładnikom w ucieczce. Dwie godziny po rozpoczęciu szturmu rosyjscy antyterroryści oświadczyli, że udało im się opanować szkołę. W czasie walk niewielkiej grupie napastników udało się przedrzeć przez wojskowy kordon i schronić w budynku mieszkalnym położonym tuż przy sali gimnastycznej. Budynek został zniszczony późnym wieczorem tego samego dnia. Do godzin wieczornych trwały walki na terenie szkoły, ponieważ trzech terrorystów ukryło się z częścią zakładników w piwnicach budynku. Ostatecznie wszyscy oni zginęli. Oficjalnie w wyniku zamachu śmierć poniosły 334 osoby, w tym aż 156 dzieci. Liczba ta jest jednak zaniżona, gdyż 176 ludzi uznano za zaginionych. Ponad 700 ludzi zostało zaś rannych. Podczas akcji zabito też 31 z 32 porywaczy oraz 11 antyterrorystów.

*Prawdopodobnie pojutrze pojawi się artykuł ukazujący piekło tego wydarzenia.

sobota, 31 sierpnia 2019

1014. Praskie Jezulatko - post inspirowany innym postem

Bardzo powoli uzupełniam zaległości w czytaniu Waszych blogów. Tradycyjnie na pierwszy ogień poszły starsze posty przeczytanych już w całości blogów i z czasem dochodzę do tych nowszych. Trochę się tego nazbierało, więc wybaczcie, że wszystko idzie tak wolno. Mam nadzieję, że prędzej niż później wyjdę na tzw. prośbą. Tym bardziej, iż w kolejce czekają też blogi, które dopiero mają zostać przeczytane. Problem w tym, że przecież jest tyle do zrobienia oprócz sfery blogowej, a czas nieubłaganie biegnie do przodu. Ważą się pewne sprawy, niepewność sięga najwyższej półki. Chcę z jedną sprawą wyrobić się do końca miesiąca, z dwoma innymi do końca przyszłego tygodnia. Dlatego trochę mniej piszę, chociaż tak jak wspominałam, w każdej wolnej chwili wpadam poczytać co u Was słychać.
Wędrując po Waszych blogach trafiłam na wpis Tereni, w którym wspominała o zakupie na giełdzie figurki Praskiego Jezulatka. Od razu przypomniała mi się wycieczka do Pragi sprzed dwóch lat, w czasie której miałam okazję, a za razem przyjemność, zobaczyć Dzieciątko na własne oczy. Wcześniej wiele razy o nim słyszałam, chociażby na uczelnianych wykładach, dlatego moja radość z wycieczki była jeszcze większa - w końcu miałam okazję zobaczyć cudowną figurkę na własne oczy. I chociaż Terenia napisała o niej co nieco, to pozwoliłam sobie też co nieco napisać na ten temat. 
Tekst został zaczerpnięty z książki "Miejsca cudownych zdarzeń", którą dostałam w zeszłorocznym konkursie wiedzy o kardynale Stefanie Wyszyńskim.

"Jezulatko" - Praga
Niemal w tym samym czasie, gdy Lwów walczył z naporem oddziałów tatarskich i kozackich, położona na południe od Rzeczpospolitej Praga po raz kolejny broniła się przed siłami szwedzkimi.
Od ponad trzydziestu lat toczyła się wówczas w niemal całej Europie wyniszczająca wojna na tle religijnym. Po jednej stronie stanęły państwa rządzone przez katolicką dynastię Habsburgów a po drugiej, protestanckie państwa wspierane między innymi przez Francję i Danię. W Czechach sytuacja zmieniała się dynamicznie i w różnych okresach wojny ich terytorium znajdowało się pod wpływem jednej lub drugiej strony konfliktu.
Szpital polowy
W drugiej połowie 1648 roku Czechy poddane były habsburskiemu cesarzowi Ferdynandowi III. Wojna miała się już ku końcowi, ale walki wciąż trwały. W czerwcu 1648 roku protestanckie wojska szwedzkie rozpoczęły kolejne już w czasie tej wojny oblężenie Pragi. Dowodził nimi Hans Christoff von Konigsmarck. Dość szybko udało im się zająć przedmieścia, ale w samym mieście napotkali na zwarty i skuteczny opór mieszkańców. Zajmowanie kolejnych przyczółków stolicy przebiegało bardzo powoli.
Jednym ze zdobytych budynków był praski klasztor karmelitów, w którym od dwudziestu lat otaczano czcią niewielką(45 cm wysokości) figurkę dzieciątka Jezus. Konigsmarck wydawał się nieporuszony tym kultem i zaordynował, że klasztor ma pełnić rolę szpitala polowego. Troska, jaką prażanie otoczyli swoje "Jezulatko", zrobiła na nim jednak ogromne wrażenie. W pewnym momencie miał paść na kolana i powiedzieć: "O, Dzieciątko Jezus! Jestem pod wrażeniem wiary Twoich wyznawców i cudów, które dla nich czynisz. Obiecuję Ci, że jak tylko to będzie możliwe, każę wojsku opuścić klasztor".
Szwedzi nie tylko opuścili szpital, ale wobec braku postępów oblężenia, wycofali się z Pragi. 
Dar księżnej
Nie był to pierwszy raz, gdy praskie Dzieciątko uratowało miasto przed najazdem. Odkąd tylko figurka dotarła pod dach tamtejszych karmelitów, dokonywały się niezwykłe rzeczy. Klasztor karmelitów wzniesiono w Pradze w 1624 roku, jako wyraz wdzięczności cesarza Ferdynanda II dla towarzyszącemu mu w czasie wojny kapłana - karmelity ojca Dominika. Przeorem został ojciec Jan Ludwik. W czasie modlitwy usłyszał on głos, że wraz z braćmi powinni - zgodnie z ewangelicznym wezwaniem - stać się "jako dzieci". To podsunęło mu myśl, by oddać cały dom zakonny pod opiekę Dzieciątka Jezus.
Być może czeska księżna Polyxene Lubkowitz usłyszała o tej decyzji przeora, bo nowo powstałemu klasztorowi ofiarowała rodzinną pamiątkę - figurkę Dzieciątka Jezus. Otrzymała ją od swojej matki w prezencie ślubnym. Gdy w 1628 roku księżna Polyxene owdowiała, postanowiła przekazać figurkę karmelitom. Oddając ją w ręce przeora, powiedziała: "Mój Ojcze, przynoszę Ci, co mam najdroższego, czcijcie to cudowne Dzieciątko Jezus, a od tej chwili nic Waszemu zgromadzeniu nie zabraknie".
Ojciec Cyryl
Przeor przyjął dar i umieścił figurę w ołtarzu kaplicy nowicjuszy. Niedługo potem, w 1629 roku w praskim klasztorze pojawił się karmelita, ojciec Cyryl, który przeniósł się tutaj z innego zgromadzenia karmelitańskiej rodziny. W związku ze swoją decyzją przeżywał ciągłe wątpliwości, czy słusznie postąpił, czy rzeczywiście to jest jego miejsce. Cierpiał prawdziwe udręki wewnętrzne, swoje żale wylewał w kaplicy przed "Jezulatkiem". Któregoś dnia usłyszał: "Miej litość nade Mną, a ja ulituję się nad tobą". W jednej chwili wszelkie cierpienia duchowe ustąpiły. Od tej pory ojciec Cyryl czuł się zobowiązany troszczyć o figurę.
W 1631 roku atakujący Pragę protestanci przepędzili karmelitów z klasztoru, budynek splądrowano, a figurę zniszczono. Nowicjat przeniesiono do Bawarii. Ojciec Cyryl nie mógł się pogodzić z tym, że porzucił "Jezulatko". Uprosił przełożonego, by pozwolił mu pojechać do Pragi i odszukać figurkę. Znalazł ją i przywiózł do domu zakonnego, tam bracia zaczęli się przed nią modlić o ocalenie swojego miasta. W tym samym czasie nacierające wojska szwedzkie odstąpiły od oblężenia Pragi.
Dbajcie o Mnie
Karmelici powrócili do swego domu wraz z cudowną figurką, która jednak mocno ucierpiała podczas wojennej zawieruchy. Bracia musieli odbudować swój dom i nie mieli środków na to, by odnowić figurkę. Ojciec Cyryl bardzo to przeżywał, bo zobowiązał się przecież do troski o nią.
Dawnym zwyczajem wylewał swoje żale przed Dzieciątkiem. Po kilku dniach został wezwany do umierającego. Człowiek ten był zamożny i chciał ofiarować pewną kwotę karmelitom. Ojciec Cyryl odczytywał to jako odpowiedź na swoje strapienie. Przeor był jednak innego zdania - zamiast odnowić dar księżnej, postanowił kupić nową, większą, która będzie się lepiej prezentowała w głównym ołtarzu. Jeszcze tego samego dnia, gdy ustawiono nową figurę, ciężki świecznik spadł na nią i roztrzaskał ją na drobne kawałki.
Pieniędzy na renowację cudownej figury nadal jednak nie było - ojciec Cyryl umieścił ją więc okaleczoną w zakrystii. Tam zobaczył ją pewien zamożny człowiek i zaoferował się za darmo ją zrekonstruować.
Od tej pory była ona często nawiedzana przez ludzi błagających "Jezulatko" o pomoc w cierpieniu. Wielu z nich odchodziło wysłuchanych. Dokonywały się uzdrowienia, doświadczyła go między innymi kuzynka księżnej Lubowitz.
A Dzieciątko - zgodnie ze swą obietnicą - odwdzięczyło się prażanom za ich opiekę i strzegło ich miasta w kolejnych wojennych zawieruchach.

wtorek, 27 sierpnia 2019

1013. A żeby Częstochowskiej Madonnie nie było przykro

też się do niej wybrałam. Każdego roku z Będzina-Syberki wyrusza Sosnowiecka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę, która dociera na miejsce w wigilię wspomnienia Matki Boskiej Częstochowskiej - 25 sierpnia. W tym roku odbyła się już po raz 28 pod hasłem "W mocy Ducha Świętego", co było nawiązaniem do programu duszpasterskiego dla Kościoła w Polsce, opracowanego na lata 2017-2019.
Jak wiecie, to nie pierwsza moja pielgrzymka do tego narodowego sanktuarium. Jak zwykle wyruszyłam z grupą z dekanatu, do którego należy moja parafia. W tym roku utworzyliśmy jedną z najliczniejszych grup - liczyliśmy ok. 120 uczestników w różnym wieku, co zostało utrwalone na zdjęciu z biskupem podczas pierwszym postoju, który miał tradycyjnie miejsce przy kościele w Będzinie-Łagiszy(niecałe 5 km. od kościoła, z którego wyruszyła pielgrzymka).
Zanim jednak wyruszyliśmy na szlak, odbyła się uroczysta Msza święta, która jak co roku miała miejsce w kościele w Będzinie-Syberce. Przewodniczył jej biskup naszej diecezji, a koncelebrowali wszyscy księża biorący udział w pielgrzymce. Niestety, nie wiem o czym było kazanie, ponieważ uciekł mi autobus, którym miałam dojechać na miejsce na czas. Na pewno nie było długie, bo kiedy dojechałam kolejnym autobusem(ok. 7:30), było już po Przeistoczeniu. Następnie poszczególne grupy wraz z księżmi-przewodnikami wyruszali w 2,5 dniowy marsz. 
Tak jak wspominałam pierwszy postój, tzw. śniadaniowy, był już niecałe 5 kilometrów dalej. Po drodze mijaliśmy m.in. średniowieczny będziński zamek, który majestatycznie wznosi się w centrum miasta. Teraz wschodzące słońce odbijało się od jego grubych murów. Niestety, piesza pielgrzymka ma to do siebie, że trzeba iść zwartą grupą na przód, a nie zatrzymywać się w celu utrwalania mijanych krajobrazów na fotografiach... 
Po pierwszym postoju, który trwał ok. 1,5 godziny, ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny postój był dopiero po jakiś 2,5 godzinie drogi, przed kościołem w Targoszycach. On też trwał dosyć długo, bo ok. 1 godziny. Na upadłego można się nawet wyspać. A już na pewno najeść. Tym bardziej, że ludzie z okolicznych domostw przygotowali, jak co roku, posiłek dla przybyłych pielgrzymów. Pożywieni i trochę zregenerowani przeszliśmy kolejny odcinek do Mierzęcic, gdzie miało miejsce godzinne nabożeństwo pokutne, połączone z możliwością przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania. Po nabożeństwie nastąpił ostatni przemarsz w tym dniu, tym razem już na nocleg, przemarsz do położonej ok. 9 kilometrów dalej, wioski Zendek. Teoretycznie powinnam spać w szkole, jednak ksiądz, a prywatnie mój stary znajomy jeszcze z czasów przed założeniem sutanny, załatwił mi nocleg u rodziny. Wszystko super, cud, miód i orzeszki. No, prawie. Jedyne co mi nie pasowało to współlokatorka, która się chciała zbytnio ze mną spoufalić, ale na to już nie miałam wpływu...
Nazajutrz wyszliśmy z Zendka ok. godziny 7:00 rano. Ponownie po jakiś 1,5 godziny marszu mieliśmy przerwę na śniadanie, tym razem na polance w środku lasu. Ale żeby nie było tak bezprzygodowo, to jedna z grup idących przed nami zgubiła się po drodze. Wszystko przez to, że dotychczasowa trasa musiała zostać zmodyfikowana przez wybudowanie obwodnicy. A że nikt wcześniej nie sprawdził nowej trasy, to takie były tego efekty. Na szczęście wszyscy szczęśliwie się odnaleźli, chociaż musieli zrobić kilka ponadprogramowych kilometrów. Po śniadaniu oraz krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem do położonych ok. 13 kilometrów dalej Woźnik. Na miejsce, gdzie czekał na nas ksiądz biskup, dotarliśmy na godzinę 12:00. Teraz mieliśmy trochę czasu na odpoczynek, tym bardziej, że w tym roku zrezygnowano ze Mszy świętej w położonej kilka kilometrów dalej Ligoty Woźnickiej, na rzecz Mszy w kościele w Starczy. Szczerze powiedziawszy, brakowało mi tego jednego postoju i do Starczy dotarłam ostatkiem sił. Po drodze mijaliśmy piękne krajobrazy. Tak jak wcześniej pisałam - dla mnie fotografowanie podczas wędrówki jest bardzo trudne. Jest za to czas na przemyślenia. I np. na ułożenie swojej własnej modlitwy:

Maryjo z Częstochowy,
Czarną Madonną nazwana.
Matko całego narodu,
Matko samego Pana.
Do Ciebie naród zmierza,
bez względu na żadną pogodę.
Do Ciebie wędruje z daleka,
w deszcz, upał oraz słotę.
Wysłuchaj Pani najdroższa,
próśb przed Twe oblicze kierowanych.
Daj siłę tym wszystkim pątnikom,
przez drogę niepokonanych.
Uczyń cud, chociażby mały,
tym, co o to Cię proszą.
Przyjm Śliczna Panienko wota,
co wdzięczni Ci z wiarą przynoszą.
A jeśli brak im jest podarków,
przyjm trud dalekiej wędrówki.
Wsłuchał się w ciche modlitwy,
dziecięce pogłaszcz główki
Spojrzeniem im dodaj otuchy,
gdy do powrotu będą gotowi.
Swą podniesioną dłonią,
błogosław wiernemu ludowi.

Trochę obawiałam się, w jaki sposób wszyscy pielgrzymi zmieszczą się na placu należącym do kościoła i w samym kościele. Wszak nie są one zbyt duże. Na szczęście, chociaż plac z każdą chwilą coraz bardziej się zapełniał, dla nikogo nie zabrakło miejsca, a nawet cienia(co przy marszu w pełnym słońcu było bardzo ważne). Mszę świętej tradycyjnie przewodniczył ksiądz biskup naszej diecezji, jednak kazanie oddał księdzu misjonarzowi, który przybył aż z Sri Lanki. Nie powinno nikogo dziwić to, że dotyczyło ono realiów bycia chrześcijaninem w tym muzułmańskim kraju. Również taca zebrana tego dnia przeznaczona była na tamtejszy kościół. Po zakończeniu Mszy świętej były ogłoszenia, podczas których dowiedzieliśmy się, że Ci z naszej grupy, którzy nie mają zapewnionego noclegu u rodzin w Nieradzie, śpią w szkole w Starczy(niektóre grupy ulokowano w nieradzkim budynku OSP). Normalnie nocleg byłby w szkole w Nieradzie, ale w te wakacje remontowali ją i teraz trwały ostatnie prace wykończeniowe. Z drugiej strony nie wiem czy tego dnia przeszłabym jeszcze te 6 kilometrów. A tak przynajmniej już po 17. koczowaliśmy w sali gimnastycznej w oczekiwaniu na samochód z naszymi bagażami. Potem wystarczyło już odstać swoje w kolejce do prysznica i można było wyciągnąć się na karimacie. Akurat tak się złożyło, że leżałam obok osób z mojej parafii, więc rozmowom nie było końca. A z drugiej strony sama nie wiem kiedy zasnęłam.
Sen trwał stosunkowo krótko, ponieważ pierwsi pielgrzymi zaczęli budzić się już po 4 rano. Z drugiej jednak strony już o 6 musieliśmy wyjść ze Starczy, aby ok. 7:30 połączyć się z grupami i pojedynczymi rodzinami nocującymi w Nierady. Może to dziwnie zabrzmi, ale zdecydowanie wolałam tą trasę pokonać z samego rana, niż poprzedniego dnia wieczorem. Zresztą w Nieradzie trochę nabraliśmy oddechu, czekając aż reszta grupy dojdzie spod kościoła na krzyżowanie, więc nie było tak źle. Ostatniego dnia czekał nas ok. 12-kilometrowy marsz z godzinną przerwą śniadaniową na jednej z leśnych polan. Wiele osób mówi, że ten odcinek jest najgorszy, jednak dla mnie najlepiej się go przemierza. Chociaż jak niosący emblemat i krzyż narzucili tempo, tak przez jakieś 4 kilometry biegłam. Biegłam z bolącym kolanem i gorączką. Biegłam, aby zarezerwować sobie niesienie flagi na ostatniej prostej - Alei Matki Bożej Częstochowskiej. I doszłam do końca o własnych siłach. W tym roku diecezjalny fotograf niezbyt mnie utrwalił na zdjęciach. Wyjątek stanowi grupowe i to z wejścia na szczyt tuż po godzinie 13:00.
Jak widzicie, weszliśmy przy dźwiękach wygrywanych przez (księdza) P. na saksofonie. Po uklęknięciu pod klasztorem udaliśmy się przed oblicze Czarnej Madonny, chociaż czasu starczyło nam jedynie na spojrzenie na cudowny obraz. Potem mieliśmy czas wolny aż do 19:00, kiedy odprawiona została uroczysta Msza święta na Wałach przed klasztorem. Wzięli w niej udział nie tylko wierni z naszej diecezji, ale też wielu innych. Zresztą księża też byli z różnych diecezji. Jednak to do naszego biskupa należało wygłoszenie kazania. Nawiązał w niej do orędzia fatimskiego wyjawionego dzieciom 13 lipca, w którym Maryja wspominała o prześladowaniach kościoła w kontekście ostatnich ataków pewnych środowisk na Matkę Boską Częstochowską i apelował, aby zaprzestali tych praktyk, bo ściągną one na cały naród gniew samego Boga. Mocne słowa padły też na zakończenie Mszy świętej, w których biskup częstochowskich skarał słownie władze miejskie, że pomimo próśb o uszanowanie niedzieli i poniedziałku oraz trudu pielgrzymowania i ściszyli trochę muzykę towarzyszącą dniom miasta, organizatorzy nie wykazali zrozumienia dla szacunku wobec uczuć religijnych.
Było po 21., kiedy zakończyła się Msza święta i zwartą grupą ruszyliśmy do autokaru. Wiele ludzi mówiło mi, że jestem taka dzielna, bo dałam radę dojść i że mnie podziwiają. Ja jednak nie zrobiłam nic wielkiego. Dla mnie godną podziwu jest 95-letnia Włoszka Emma Morosini, która przeszła blisko 1000 km z Włoch, aby pokłonić się jasnogórskiej Pani. Nawet na początku kazania została zaproszona przed ołtarz i przedstawiona wszystkim pielgrzymom. Moje wędrowanie jest naprawdę niczym wobec jej wędrowania, chociaż włożyłam w nie niemało wysiłku. Godzinna podróż powrotna do domu minęła stosunkowo szybko i tuż po 22 godzinie byłam już we własnym domu. Dałam radę i z tego bardzo się cieszę.

wtorek, 20 sierpnia 2019

1012. "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"

Słowa Janusza Korczaka od jakiegoś czasu towarzyszą mojemu życiu. Kocham patrzeć na uśmiechnięte dziecięce twarzyczki, kocham wsłuchiwać się w ich szczery śmiech. W ogóle kocham pracować z dziećmi, nawet w ramach wolontariatu, o czym chyba zdążyli się przekonać stali czytelnicy mojego bloga. 
Jednak nie wszystkie dzieci mają szczęśliwe i radosne dzieciństwo. Wiele zmaga się z chorobami, nierzadko śmiertelnymi, które odbierają im radość życia. Są jednak takie dni w kalendarzu, które powinny sprawiać uśmiech na ich twarzy. Do jednych z nich zdecydowanie należą urodziny. Urodziny, których niejednokrotnie według statystyk powinno nie być. A jednak są. Są dzięki determinacji i poświęceniu rodziców, dlatego świętuje się je ze szczególną nabożnością.
W najbliższym czasie urodziny będzie obchodziła trójka dzieciaczków, którym z całych sił kibicuję w walce z nierównym przeciwnikiem. Pierwszy z nich to Franio, który już 28 sierpnia skończy 10 lat. O Franiu jeszcze nie miałam okazji tutaj napisać, toteż pokrótce przedstawię Wam tego słodziaka. Franek urodził się jako zupełnie zdrowe dziecko. Zachwycał wszystkich swoją bystrością, był nawet członkiem dziecięcej ochotniczej drużyny strażackiej. Jednak w okolicy 6 roku życia rodzice zauważyli, że synek gorzej słyszy. Pierwotna diagnoza laryngologa brzmiała przerost migdałka. Jednak po wycięciu go niewiele się zmieniło. Dalsza diagnostyka przyniosła tragiczną diagnozę - Franio cierpi na rzadką genetyczną chorobę zwaną w skrócie ALD, która w uproszczeniu polega na obkładaniu się kwasów tłuszczowych w mózgu, a to z kolei uszkadza znajdującą się tam mielinę(kto oglądał film "Olej Lorenza" ten pokrótce wie o co chodzi). Choroba, na którą właściwie nie ma lekarstwa(jedyna szansa to zatrzymanie postępu choroby za pomocą komórek macierzystych, ale i tutaj jest loteria czy się uda, czy też nie), w pół roku ograniczyła chłopcu widzenie i słyszenie, następnie sprawiła z niego dziecko leżące, odżywiane dzięki gastrostomii i oddychające za pomocą rurki tracheotomijnej. Jeżeli chcecie wysłać Frankowi kartkę urodzinową, to możecie to zrobić na adres: Franio Fernezy, ul. Klasztorna 4, 24-120 Kazimierz Dolny.
2 września swoje 13 urodziny będzie obchodził mieszkający miasto dalej, a uczęszczający do tej samej szkoły podstawowej co ja, Oliwer. Starsi czytelnicy mojego bloga zapewne pamiętają akcję "Świeżak dla Olinka". Teraz ruszamy z nową akcją skierowaną w stronę Oliwera, a nazwaną "KOCIAKI dla SUPER CHŁOPAKA". Jak czytamy na fanpage poświęconemu chłopcu "Super chłopak to mój osobisty bohater - Oliwer Wieczorek, dzielnie zmagający się z paskudną genetyczną chorobą NBIA-PKAN2. Choroba jest nieuleczalna, śmiertelna i niesie za sobą ogrom bólu. Mimo bardzo złych rokowań(max 10 lat życia) Olinek jest nadal z nami, a 2 września skończy 13 lat. Mimo bólu i cierpienia, jakie niesie choroba, jest ostoją ciepła, spokoju i pokory...". Dlaczego wybrano KOCIAKI? "A to bardzo proste. Wystarczy zajrzeć na fanpega. Oli uwielbia koty od zawsze i od zawsze z nim są. Począwszy od gadaniu z nimi, a skończywszy na dotyku i słuchaniu miałczenia. Choć Olinek już nie może się poruszać, nie może też już zobaczyć swoich puchatych przyjaciół nadal może ich poczuć i usłyszeć. Od lat puchatymi łapkami niosą Olinkowi radość do dnia, kiedy tak samo cichutko jak na puchatych łapkach, przyjdzie ona - śmierć. Bardzo chcemy, aby Oli był wtedy w domu z nami i swoimi kotami...". Prace, nie tylko rysowane, ale też wykonane innymi technikami plastycznymi, można wysyłać na adres: Oliwer Wieczorek, ul. Krasickiego 12f/4, 42-500 Będzin do końca września. Następnie trafią one na licytację na bazarku. Wszystkie zebrane w ten sposób pieniądze trafią na subkonto chłopca w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą", a następnie zostaną przeznaczone na zakup leków i środków zaopatrzenia medycznego. Dzięki temu Oliwer może być w domu ze swoimi bliskimi. 
Trzecią osobą obchodzącą urodziny we wrześniu jest Weronika. O dziewczynce wspominałam przy okazji apelu o zbieraniu funduszy na leczenie jej i jej brata, rodzeństwa, które zmaga się z SMA(rdzeniowym zanikiem mięśni). Według podręczników dzieci dotknięte tą genetyczną chorobą powinny żyć maksymalnie dwa lata. Tymczasem 9 września Weronika będzie obchodziła 11 urodziny. To o 9 lat więcej niż przewiduje nauka. Jeżeli ktoś z Was chce jej zrobić przyjemność z tego powodu, to może wysyłać życzenia na adres: Weronika Dul, Biała Nyska, ul. Nyska 6a/3, 48-303 Nysa.

Kochani, od razu mówię, a raczej piszę: nie wymagam od każdego z Was, aby wysłał trzy kartki z życzeniami, bo to oczywiście są koszty. Ale jakby ktoś zechciał wysłać chociaż jedną kartkę z życzeniami jednemu z zaproponowanych przeze mnie dziecku to będę się cieszyła nie mniej niż ono... To tak niewiele, a zarazem tak wiele, aby sprawić radość drugiej osobie.