Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 23 kwietnia 2020

1142. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła" - część 5/Zapowiedź zmian

NALOT

Biegł szybko, możliwie jak najbliżej muru, pochylony do przodu i w każdej chwili gotów, by paść plackiem na ziemię. Nie myślał, że tak szybko przydadzą się instrukcje z obozu wojskowego Legii Akademickiej, z którymi wrócił przed kilkoma tygodniami.
Dziś rano obudził go warkot silników samolotów i wybuchy bomb. Niemcy uderzyli na Polskę!
13-letni Karol Wojtyła z księdzem Kazimierzem Figlewiczem
(źródło zdjęcia)
To był pierwszy dzień września 1939 roku. Pierwszy piątek miesiąca. Jak zwykle chciał iść do spowiedzi i na Mszę. Na Wawelu mieszkał ksiądz Kazimierz Figlewicz, jego dawny katecheta z Wadowic, a obecnie proboszcz królewskiej katedry. 
Dotarł do mostu Dębnickiego. Przebiegł na drugi brzeg Wisły. Wkrótce wspinał się na wzgórze, na którym stały zamek i katedra skrywająca szczątki wielkich polskich królów i wieszczów narodowych. Spoczywają tam Władysław Łokietek i Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło i królowa Jadwiga, a także Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki. Leży tam również Józef Piłsudski i wielu innych wybitnych Polaków.
 - Ani żywej duszy - zdziwił się, wchodząc do kościoła.
 - Wszyscy uciekli - wyjaśnił mu za chwilę ksiądz Figlewicz. - Nie ma mi nawet kto służyć do Mszy. Może ty mógłbyś?
Skinął głową. Zza murów świątyni dochodziły przytłumione głosy wybuchających bomb.

Od Anioła Stróża: Ufff, ależ to był dzień. Wojna to nie przelewki, a dla aniołów stróżów czas wyjątkowo ciężkiej pracy. Spełniłem swoje zadanie - przeprowadziłem Lolka tak, żeby mógł się wyspowiadać i uczestniczyć w pierwszopiątkowej Mszy świętej. Karol jeszcze o tym nie wiedział, ale w jego życiu zaczynał się nowy etap. Pan Bóg wprowadzał go na drogę wiodącą prosto do celu.

NIE BYŁO MNIE PRZY NIM

Prosto z apteki poszedł do Kydryńskich, gdzie zostawił menażki na obiad dla ojca. Matka jego przyjaciela Juliusza od pewnego czasu przygotowywała dla nich posiłki, ponieważ pan Wojtyła zachorował i nie mógł podołać domowym obowiązkom.
 - Wszystko gotowe - powiedziała pani Kydryńska, nalewając zupę do menażek. - Marysia pójdzie z
5-letni Karol z ojcem
(źródło zdjęcia)
tobą i odgrzeje na miejscu. Taki mróz, że wystygnie po drodze.

 - Bardzo pani dziękuję.
 - Marysiu, tylko wracaj szybko. Niedługo godzina policyjna - poprosiła córkę.
Od wkroczenia Niemców w Krakowie obowiązywał okupacyjny rygor. Określono godziny, w których bez specjalnej przepustki, nie wolno było wychodzić z domu. Zazwyczaj zaczynały się one wieczorem, a kończyły rano.
Droga na Tyniecką nie zajęła im wiele czasu.
 - Już jestem, tato! - zawołał wesoło Karol, otwierając drzwi.
Odpowiedziała mu cisza. Marysia poszła do kuchni, a on do ojca. Po chwili wrócił blady jak papier.
 - Nie żyje... - wyszeptał.
Łyżka, którą mieszała zupę wypadła jej z ręki.
Postanowiła wrócić do domu. Tam opowiedziała wszystko mamie i bratu. Julek poszedł do przyjaciela.
 - Zostanę z tobą - powiedział, gdy Lolek otworzył mu drzwi.
 - Dziękuję ci. Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie. A on... był sam. Nie było mnie przy matce, jak umierała, nie było mnie przy bracie, nie było mnie przy nim.

Od Anioła Stróża: Karol tylko częściowo miał rację. Przy panu Wojtyle był Anioł Stróż, była Matka Boża, choć nie było żadnego śmiertelnika. Mój kolega miał łatwe zadanie - przedstawił Najwyższemu całe nałęcza dobrych uczynków: jego wierność, wytrwałość, dobrą pracę. Tata Lolka był nie tylko troskliwym ojcem, ale przyjacielem i powiernikiem. Spełnił swoje zadanie. Pan Bóg zatroszczył się o to, by w życiu syna kapitana Wojtyły pojawili się inni ludzie, którzy pomogą mu przygotować się do czekających go zadań.
------------------------------------------------------------------
Początek II wojny światowej został "ogłoszony" w Krakowie przez nisko latające samoloty wojskowe. Początek światowej pandemii wywołanej przez koronawirusa miał mniej spektakularne wejście. Na świecie szalał już od grudnia zeszłego roku, do Polski postanowił "wprowadzić się" na początku marca. W pierwszych dniach właściwie nic się nie działo, może tylko ludzie zaczęli bardziej dbać o swoją higienę, a ludzi wracających z zagranicy kierowano na przymusową kwarantannę. Dzieciakom z POW trzeba było zaś tłumaczyć dlaczego w ogóle koronawirus nazywa się tak, jak się nazywa.
I nagle przyszedł 11 marca. Dzień był dosyć ciepły, słoneczny. Kilka dni wcześniej skończyłam(na szczęście) swoje godziny w POWie(wraz z ogłoszeniem kwarantanny nie byłoby to możliwe). Siedzieliśmy w sali nad kolejnym projektem socjalnym, kiedy do sali wpadła K. ogłaszając, że "góra" zadecydowała, że od następnego dnia wszystkie zajęcia zostają zawieszone. Spojrzeliśmy na siebie z Godzillą i Chihuahuą i wzruszyłyśmy ramionami.
 - To było do przewidzenia... - stwierdziła pani M. nie podnosząc wzroku znad teczki z papierami. - W razie czego na razie będziecie pracować nad projektami zdalnie. Zresztą w przypadku niektórych - tutaj wymownie spojrzała na mnie - to chyba jest najbardziej rozsądne wyjście.
Wlepiłam wzrok w pożyczony z sekretariatu laptop. Czternaście dni wydawało mi się ciut za krótkim czasem w walce z pandemią i szczerze nie wierzyłam w to, że wszystko "tak szybko" wróci do normy, ale cieszyłam się na chwilę przerwy w tym wszystkim.
Minęły dwa tygodnie, kwarantannę wydłużyli do świąt. A potem na czas nieokreślony... Niby wiele rzeczy dało się przenieść na tryb zdalny, ale nie wszystko.
Marzenia stanęły pod znakiem zapytania. Chwilami miałam wrażenie, że to kolejny chichot losu odnośnie moich marzeń i planów. Tylko dlaczego w ostatnim momencie, po poświęceniu na coś czasu i energii? Pojawiło się wiele pytań dotyczących przyszłości. Ale dwa z nich nie dawały mi spokoju. Tym bardziej, że do spełnienia jednego z marzeń zostało mi naprawdę niewiele. Zaczęłam się zastanawiać jak zostanie rozwiązana jedna rzecz, skoro tak wiele instytucji jest zamkniętych. A zrobić ją trzeba.
Przedwczoraj jednak przyszedł meil w tej sprawie. Znalazło się rozwiązanie tego problemu. Trzeba będzie trochę nad tym posiedzieć, ale pojawiło się światełko w tunelu. I może okaże się, że ten rok też będzie rokiem spełnionych marzeń? Było by wspaniale.
Ogólnie to mam wrażenie, że poprzez tą kwarantannę otwierają się nowe możliwości nauki, zwłaszcza dla osób niepełnosprawnych. Miałam to szczęście, że mogłam iść na studia. Może te pierwsze nie były moimi wymarzonymi, ale były. Tymczasem wiele zdolnych ludzi nie może dalej się kształcić tylko dlatego, że jest uwięzionych w swoich domach, a nierzadko wręcz i ciałach. O  braku udogodnień w budynkach uczelnianych już nie wspomnę. Uczestniczenie w tradycyjnych zajęciach, pisanie w takich warunkach kolokwiów byłoby dla nich nie do osiągnięcia. Ale dzięki nauczaniu zdalnemu ta bariera byłaby do przeskoczenia. Dotychczas wiele uczelni była przeciwko takiemu rozwiązaniu, zostawały najczęściej prywatne, które prowadziły zajęcia w formie e-learningu dla wszystkich. Myślę jednak, że dzięki tej sytuacji uczelnie przekonają się do tej formy zajęć i pozwolą na taki tryb chociażby tym osobom, które nie będą w stanie uczestniczyć z przyczyn zdrowotnych lub architektonicznych w tradycyjnym wykładach i ćwiczeniach.

środa, 22 kwietnia 2020

1141. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła" - część 4/Rok (nie?)spełnionych marzeń

KSIĄŻĘ


Klasa maturalna Karola Wojtyły
(źródło zdjęcia)
- Trzecia! - Jurek Kluger otarł usta serwetką i spojrzał z satysfakcją na Karola. W łacinie go nie pobije, ale w tej konkurencji ma poważne szanse. Po zakończonym egzaminie maturalnym poszli w kilku do kawiarni Hagenhubera, gdzie narodził się pomysł zawodów na liczbę zjedzonych kremówek.
 - Trzecia... - westchnął Lolek, spoglądając na niedojedzone ciastko na swoim talerzu. - Panowie, chyba nie dam już rady.
 - Co ty, pękasz? - Staszek Banaś dopiero zaczął się rozkręcać. Wyglądało na to, że jest w stanie pochłonąć znacznie więcej kremówek, choć imponowały rozmiarami, a na dodatek miały w sobie nieco alkoholu. To dodawało smaku dorosłości. Do tej pory, to znaczy do egzaminu dojrzałości, nie sprzedano by im tego specjału właśnie z powodu jego mocnej zawartości.
 - Robi mi się niedobrze.
 - Jak chcesz. Żyjemy w wolnym kraju.


Świadectwo maturalne Wojtyły
(źródło zdjęcia)
Od Anioła Stróża: Niestety, anioł ani kremówek ani innych smakołyków jeść nie może. Za to okazałem jedyną osobą, oprócz Lolka oczywiście, która była i przy tej konkurencji, i przy tym, kiedy sześćdziesiąt jeden lat później on sam wspominał: "Żeśmy to wszystko wytrzymali, te kremówki po maturze". To było w czerwcu 1999 roku na wadowickim rynku. Lolek miał prawie osiemdziesiąt lat i wciąż doskonałą pamięć. 
Ale maj 1938 roku zapamiętał nie tylko ze względu na maturę i na kremówki. W tamtych dniach Wadowice odwiedził niezwykły gość. Nazywano go "Książę", bo rzeczywiście pochodził z książęcego rodu - jednego z najznamienitszych w Polsce. Adam Stefan Sapieha od 1912 roku był biskupem krakowskim, a do rodzinnego miasta Karola Wojtyły przyjechał aby udzielić bierzmowania miejscowej młodzieży. Lolek znajdował się w tym gronie, zaś jego katecheta, ksiądz Edward Zacher wybrał go, aby powitał znamienitego gościa. 

 - Jak nazywa się ten młody człowiek - zapytał Sapieha.
 - Wojtyła, Karol Wojtyła - odpowiedział ksiądz Zacher.
 - A gdzie idzie na studia?
 - Na polonistykę.
 - Szkoda, że nie na teologię.

Żyjąc na co dzień poza Krakowem, w Wadowicach, stale do Krakowa tęskniłem i uważałem za wielki dzień w moim życiu, kiedy po zdaniu matury w 1938 roku już się tu na stałe przeprowadziłem i zacząłem uczęszczać na Uniwersytet Jagielloński.

 Jan Paweł II, Kraków, 8 czerwca 1979 rok

SPEŁNIONE MARZENIE

Z kolegami na szkoleniu wojskowym(2 rząd, pierwszy albo
drugi z lewej)(źródło zdjęcia)
 - Jak tak dalej pójdzie, to będzie nas stać na limuzynę, a być może i na mercedesa - powiedział Jurek Bober, gdy wychodził z Domu Katolickiego na rogu Zwierzynieckiej i Straszewskiego. Wesoła ferajna właśnie odniosła swój pierwszy sukces artystyczny w stolicy polskiej kultury, czyli w Krakowie. Był to wieczór poetycki "Drogą topolowy most", w którym studenci polonistyki przedstawiali swoje wiersze.
 - Mercedesów od dziś nie lubię! - zadeklarowała Halina. Deklamowała wiersz Tadka Kwiatkowskiego o dziewczynie imieniem Mercedes, która ginie w Hiszpanii w czasie szalejącej tam wojny domowej. Zakończyła recytację dramatycznym: "Już cię nie było Mercedes", a wtedy część widowni zakrzyknęła chórem: "Bęc!"(jak wiadomo, pełna nazwa niemieckiego producenta samochodów brzmi "Mercedes-Benz").
 - Halinko, nie martw się. Takie rzeczy zdarzają się przy mniej wyrobionej publiczności - pocieszał ją Tadek.
 - Utopimy zaraz ten smutek - dodał Jurek Bober. - Chodźmy do "Pasieki"!
 Był to popularny w Krakowie lokal, w którym serwowano alkohole miodowe w różnej postaci.
 - Teraz zobaczysz krakowskie życie - powiedział Bober do stojącego obok Lolka. Poznali się na obozie Junackiego Hufca Pracy w Zubrzycy Górnej i tam również Jurek dowiedział się o teatralno-literackich pasjach kolegi. W ten sposób Karol wszedł do grupy, która wystawiła swój dorobek.
Ruszyli w kierunku lokalu. Nagle Lolek wyprzedził ich, zatrzymał się i odwrócił rozkładając ręce.
 - Muszę wracać do domu - powiedział.
 - Co ty. Chcesz przepuścić taką okazję? - zdziwił się Jurek.
 - Wybacz, ale nie pójdę.
Spektakl "Kawaler księżycowy"
(źródło zdjęcia)
Bober zrozumiał, że dalsze przekonywanie Wojtyły mija się z celem. Nie ukrywał niezadowolenia.
 - To masz tu swoją dolę - odparł. - Na cukierki. - dodał z nutą ironii w głosie.
Reakcja Lolka zaskoczyła ich. Ani śladu urazy. Wojtyła cały się rozpromienił. Wziął srebrną monetę i podniósł rękę w pożegnalnym geście.
 - No to cześć - powiedział, odwrócił się i już go nie było.
 - On zawsze taki dziwny? - Jacek Stwora zapytał Halinę.
 - Po prostu trochę inny.

Od Anioła Stróża: Lolek szedł w stronę ulicy Tynieckiej, gdzie po przyjeździe z Wadowic zamieszkał ze swoim tatą, a ja leciałem za nim ciesząc się, że okazał się taki mocny. Nie chciał żeby jego tata samotnie spędzał ten wieczór. Pan Wojtyła pozostawił Wadowice i przeniósł się do Krakowa, aby pomagać synowi. Postarał się o mieszkanie w domu należącym do rodziny Emilii. Przez wakacje wyremontował skromne, znajdujące się w suterenie, dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. 
Lolek zapisał się na polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim i od października zaczął studenckie życie. Miał to być rok spełnionych marzeń. I wydawało się, że rzeczywiście tak jest.
Studia szły mu świetnie, zdawał egzaminy u najbardziej wymagających profesorów. A do tego zdobywał szlify aktorskie. Olśnił publiczność w śpiewanej komedii "Kawaler księżycowy", wystawianej w czerwcu 1939 roku. 
Widziałem jednak, że w środku męczył go niepokój. Kiedyś stanął przed tablicą z programem zajęć na polonistykę i mruknął: "Nie, to nie to...". Rok później napisze w jednym ze swoich utworów: "Umocniła się wiara moja tak, że dzisiaj mocniejsza jest, niż onych dni, szczęsnych na pozór, ale już od wnętrza robactwem toczonych, rozsadzanych...".
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Podobnie jak wybuch drugiej wojny światowej przerwał studia i pokrzyżował plany wielu ówczesnym studentom, tak samo wybuch pandemii koronawirusa wymusił na wielu z nas wiele zmian.
Rok akademicki 1938/1939 roku był dla 18-letniego Lolka "rokiem spełnionych marzeń". Dla mnie takim rokiem spełnionych marzeń był ubiegły rok. Wylot na Światowe Dni Młodzieży do Panamy, stabilizowanie się mojej sytuacji życiowej, działalność społeczna, spełnienie jednego marzenia po drugim.
Ten zapowiadał się nie mniej atrakcyjniej. Tym bardziej, że pojawiły się nowe perspektywy. Moje burzliwe życie powoli zaczęło trafiać na właściwe życie. Miałam nadzieję, że i o tym będę mogła powiedzieć "rok spełnionych marzeń".
Tymczasem stało się jak się stało - tzw. siła wyższa wywróciła życie większości z nas do góry nogami, a my uczymy się żyć w nowej rzeczywistości. Czasami się buntujemy, innym razem poddajemy. A tymczasem nasza postawa powinna być gdzieś w tzw. "zdrowym środku".
Wiele osób zadaje mi pytanie, jak nie wariuję w czterech ścianach. Jedni mają ogrody, inni balkony - to już jest coś. Ja mam tylko okno prowadzące na świat. Ale jakoś udaje mi się nie wariować. Czytam, uczę się języków obcych, ogrywam siostrę w "Scraable", "Rumika" i "SuperFarmera", rozwiązuję szarady i krzyżówki, prowadzę pewne badania. Dzisiaj nawet udzieliłam Kropce korepetycji z biologii przez Skype. Jasne, z balkonem byłoby lepiej, o własnym ogródku już nie wspomnę. Ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Staram się więc produktywnie wykorzystywać nadmiar wolnego. A przecież możliwości jest od liku, nawet w czterech ścianach mieszkania w dużym, przemysłowym mieście. Oczywiście, można już wychodzić na zewnątrz, ja jednak na razie wolę nie ryzykować. 

wtorek, 21 kwietnia 2020

1140. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła" - część 3/Nauka dla niepełnosprawnych

GWIAZDOR SZKOLNEGO TEATRU

Karol Wojtyła w jednej z ról teatralnych
(źródło zdjęcia)
Rozglądał się nerwowo, szukając wzrokiem korony. Zmienił już charakteryzację. Po odegraniu roli szlachetnego Kirkora przeistoczył się w złego Kostryna i za chwilę miał dołączyć do Haliny, która odgrywała tytułową Balladynę. Ale gdzie jest korona, dla której Kostryn dopuścił się morderstwa? Ze sceny dobiegał dramatyczny monolog Balladyny:
 - Jeżeli dziś nie zrobię rzeczy, jutro żałować będę. Wiem, żałować będę...
 - A ja żałować będę, że robię z siebie głupka - pomyślał, wyobrażając sobie co będzie, gdy za kilka minut pojawi się na scenie bez kluczowego rekwizytu. 
W tym momencie jego wzrok padł na stojące w półmroku krzesło. Korona leżała na nim. 
 - Ufff... - odetchnął z ulgą. 
Kilkanaście minut później nie miał już tyle szczęścia. W scenie finałowej zbrodniarka Balladyna miała zostać rażona piorunem. Przygotowali na tą okoliczność straszak i wiadro. Wystrzał z ukrytego w nim pistoletu dawał fantastyczny grzmot. Straszak jednak zniknął. Spektakl zbliżał się do końca, Halina-Balladyna deklarowała kolejne wersy, a za kulisami trwały poszukiwania. Bezskutecznie.
 - Winna jest śmierci! - zawołała Halina. Balladyna przyznała się do zbrodni i miała zostać ukarana przez uderzenie pioruna. Ale po jej dramatycznym wyznaniu zapadła jedynie niezręczna cisza.
 - Winna jest śmierci! - krzyknęła raz jeszcze, czekając na wystrzał. Zamiast niego zza kulis dobiegło delikatne brzęknięcie. To Lolek, z braku straszaka uderzył w trójkąt, który wydał łagodny dźwięk. Halina spadła z tronu.
Nie była to pierwsza niefortunna przygoda adeptów sztuki. Wcześniej, w czasie przedstawienia "Antygony", puściły pinezki podtrzymujące papier, na którym namalowali greckie kolumny. Halina-Antygona w pełnej dramatyzmu deklaracji żegnała się ze światem, a za jej plecami kolumna powoli zsunęła się ze ściany i osiadła na scenie. Na sali rozległ się z trudem tłumiony chichot widzów.
Przygody te nie zniechęciły młodych aktorów. Lolek z podziwem wziął udział w "Ślubach Panieńskich" Aleksandra Fredry. Zagrał lekkoducha Gucia. U jego boku znów stanęła Halina, tym razem w roli Anieli. W szkolnej gazetce napisało potem o nich, że "Halina Królikiewiczówna i Karol Wojtyła grali swoje role jak prawdziwie zakochani.

Od Anioła Stróża: Czy to tylko kunszt aktorski czy coś więcej? Lolek był przystojny i na dodatek popularny: gwiazdor szkolnego teatru, świetny uczeń, inteligentny rozmówca - to z pewnością czyniło go atrakcyjnym w oczach dziewcząt. Jako jego Anioł Stróż wiedziałem, że Najwyższy przewidział dla niego inną drogę. Łaska pracowała w nim mocno, co też dało się zauważyć. Miał na przykład taki zwyczaj, że po przerobieniu jakiejś części zadania domowego klękał na chwilę i dziękował Bogu. Sporo jego znajomych myślało, że zostanie księdzem. Czy koleżanki żałowały, czy może odzyskały nadzieję, kiedy dowiedziały się, że zdecydował się pójść na studia polonistyczne? Wiem, wiem, chcielibyście, abym wam zdradził odpowiedź na te pytania. Ale zrobię coś innego. Przeczytajcie uważnie pewien fragment wspomnień Lolka, który napisał, gdy minęło pół wieku od jego święceń kapłańskich:
"Jeżeli młody człowiek o tak wyraźnych skłonnościach religijnych nie szedł do seminarium, to mogło to rodzić domysły, że wchodzi tu w grę sprawa jakiś innych miłości czy zamiłowań. Miałem w szkole wiele koleżanek i kolegów, byłem związany z pracą w szkolnym teatrze amatorskim, ale nie to było decydujące. W tamtym okresie decydujące wydawało mi się nade wszystko zamiłowanie do literatury, a w szczególności do literatury dramatycznej i do teatru".

A zatem?

DECYZJA

Lolek(trzyma piłkę) z kolegami
Zbyszek Siłkowski wbiegł na pierwsze piętro domu przy rynku. "Zajrzę do Lolka, może też będzie chciał zagrać w ping-ponga" - postanowił chwilę wcześniej. Był jednym z najbliższych kolegów Karola. W jednej klasie został na drugi rok, jak mawiano w gimnazjum - "dla pogłębienia wiedzy" - i wtedy spotkał się z Wojtyłą. Zaprzyjaźnili się.
Zapukał i delikatnie nacisnął klamkę. Wszedł do pustej kuchni. Z pokoju obok dochodziły śmiechy i okrzyki. Uchylił drzwi. Zajrzał do środka i zaraz odruchowo cofnął głowę. Tuż obok niego przeleciała szmaciana piłka.
 - Jeeest! - krzyknął Karol Wojtyła senior, który właśnie wbił bramkę swojemu synowi.
 - Brawo! - zawtórował mu Zbyszek. - Takiego gola strzelić reprezentacyjnemu bramkarzowi naszej klasy! Pogratulować formy, panie kapitanie.
 - To już nie to, co dawniej, ale nie dajemy się, jak widzisz. Napijesz się herbaty?
 - Szczerze mówiąc to chciałem wyciągnąć Lolka na partyjkę ping-ponga.
 - Wybacz, ale dzisiaj nie dam rady - usprawiedliwił się Karol. - Muszę jeszcze przerobić sporo materiału. Mamy z tatą powtarzać niemiecki.
Szkolna drużyna piłki nożnej(Karol Wojtyła leży z przodu po
lewej stronie)(źródło zdjęcia)
 - Coś ty, przecież do matury jeszcze czas - zaoponował Zbyszek.
Karol bezradnie rozłożyć ręce. Po chwili uśmiechnął się.
 - Wiesz co - powiedział - zawrzyjmy kompromis. Zostaniesz przez kwadrans, przynajmniej przez kwadrans pogadamy.
 - To ja zrobię herbatę - kapitan poszedł do kuchni, a oni przysiedli na dywanie zwiniętym pod oknem. Kiedyś w tym pokoju był salonik, ale od śmierci Emilii właściwie go nie używano, czasem, jak dziś, służył za prowizoryczne boisko.
 - I co planujesz po maturze? - zapytał Lolek.
 - Podchorążówka. A ty? Zostaniesz pewnie księdzem.
 - Non sum dignus(Nie jestem godzien) - odpowiedział po łacinie Wojtyła. - Mamy z ojcem jechać na polonistykę. To pierwszy krok, żeby poważnie wziąć się za teatr.
Zbyszek spojrzał niego, jakby zobaczył wariata.
 - Chłopie, co ty, na głowę upadłeś! - wykrzyknął. - To nie dla ciebie takie życie.
 - Ty mi to mówisz? - Karol był wyraźnie rozweselony. - Zupełnie jakbym słyszał moje ciotki: "Lolek aktorem?" - powiedział, naśladując starszą panią. - Nie mogły pogodzić się z tym, że mógłbym spróbować sił na scenie.
 - Stary, ty nie znasz tego świata. Zjedzą cię tam. Nie słyszałeś o uciechach krakowskiej cyganerii? Wódeczka, kobietki, te rzeczy. I ty-sodalis mariański, członek gimnazjalnego kółka abstynenckiego w czymś takim?
 - Zbyszek, przecież mnie interesuje scena, a nie życie poza nią.
 - Zobaczysz na miejscu i wspomnisz moje słowa.

Od Anioła Stróża: W Krakowie będę musiał jeszcze bardziej na niego uważać - pomyślałem wtedy. Młody jest i niedoświadczony, ten kolega rzeczywiście może mieć rację. Na razie Lolek jakby zboczył z drogi, którą wyznaczył mu Najwyższy. Widocznie scenariusz napisany przez Pana Boga dla tego aktora ma jeszcze jakieś dodatkowe sceny.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Lolek aktorem", zupełnie jakbym słyszała "Lolek w Żeromie/Zamoju" w gimnazjum bądź "Lolek dziennikarzem/na turystykę?" w liceum. To pierwsze stwierdzenie padało z ust moich starszych o rok, dwa kolegów lub ich rodziców(np. kiedy mama powiedziała, że planuję kontynuować swoją naukę w którymś z dwóch przodujących liceów w moim mieście), to drugie z ust licealnego pedagoga szkolnego, który za wszelką cenę upierał się, że to nie są dla mnie zawody. Z pierwszym niedowierzaniem poradziłam sobie stosunkowo szybko. Z dwóch liceów zdecydowałam się jednak na Zamoja, ponieważ w tamtych latach miał on charakter integracyjny. Dzisiaj wiem, że nawet w Żeromie musieli by dostosować poziom nauczania do moich możliwości sprawnościowych, ale wtedy szkoła integracyjna wydawała mi się najlepszą opcją, zwłaszcza że mogłam ją połączyć np. z treningami sportowymi. Zresztą może Zamoj nie był tak prestiżowy jak Żeromski, ale w miarę dobrze przygotowywał do matury. Złożyłam papiery na profil z rozszerzoną matematyką, niestety w moim roczniku nie została ona utworzona jako integracyjna i tym sposobem trafiłam na humana. Ok., też mógł być, w sumie widziałam się wtedy w zawodzie dziennikarza, w szkole podstawowej i gimnazjum pisywałam artykuły do gazetki szkolnej, nawet zdobyłam jakieś nagrody za nie, więc polski jako rozszerzony też mi pasował(chociaż i tak planowałam zdawać matematykę na rozszerzeniu na maturze). Zwłaszcza że po pierwszym półroczu w szkole średniej, wdrożenia się w nowy rytm nauki oraz otrzymaniu laptopa, który zastępował mi zeszyty, zaczęłam w pełni wykorzystywać mój potencjał umysłowy. Oczywiście na klasówkach i innych wypracowaniach, bo do głosu dochodziłam stosunkowo rzadko. Za to jak już doszłam, to "jechałam na całego".
Minęła pierwsza klasa, minęła druga. Świadectwo wymarzone, jak na swoje możliwości. Szkolna pedagożka zachodziła w głowę, jakim cudem mam 6 z matematyki, skoro wszyscy mieli najwyżej 4. Tymczasem ja już od początku uczyłam się rozszerzonego materiału. Głównie po nocach i w weekendy, bo po lekcjach pędziło się na treningi i do kościoła. Do domu wracało się ok. 19-20, więc czasu starczało tylko na bieżące lekcje.
Przyszła trzecia klasa i deklaracja maturalna. Dla mnie wybór był oczywisty - polski i niemiecki na podstawie, WOS, matematyka i geografia(którą też kochałam i jako opcję awaryjną chciałam złożyć papiery na turystyce i rekreacji) na rozszerzeniu. Gdyby nie specyficzne prowadzenie zajęć przez polonistkę, to pewnie polski pisałabym też na rozszerzeniu, a tak trochę bałam się wypracowania. Nad WOSem też się zastanawiałam i w ostateczności napisałam go na podstawie. W każdym razie w marcu, dwa miesiące przed maturą złapała mnie pani pedagog i zaczęła mnie wypytywać, po co mi matematyka i geografia na rozszerzeniu i co ja w ogóle chcę robić po maturze. Odpowiedziałam jej zgodnie z prawdą, że myślę albo nad dziennikarstwem, albo nad turystyką i rekreacją(marzyłam też o matematyce, ale tutaj byłam realistką). O pedagogice, którą miałam jako plan awaryjny nr 3 też nie wspomniałam. Usłyszałam, że dziennikarstwo jest nie dla mnie ze względu na wadę wymowy, a TiR ze względu na sprawność i że pisanie przeze mnie matematyki na poziomie rozszerzonym, która nie jest mi do niczego potrzebna, uważa za nieporozumienie, bo na pewno sobie nie poradzę. Ale jak już koniecznie chcę iść na studia to na AWFie w Katowicach jest kierunek dedykowany osobom niepełnosprawnym...
Jakoś nigdy nie miałam do losu pretensji o moją niepełnosprawność, ale wtedy byłam naprawdę zła. Kurcze, dlaczego ludzie tak bardzo chcieli ingerować w moje życie i plany? I dlaczego przez niepełnosprawność musiałam mieć ograniczony dostęp do edukacji? Przecież gdybym była sprawna dostałabym się do klasy z rozszerzoną matematyką, potem nikt by mnie nie zniechęcał do studiów. A swoją drogą ciekawe, czy wszyscy byli tak lustrowani z tego, co chcieli robić po studiach...
Ech, było - minęło. A jednak czasami dociera do mnie zdziwiony głos pani pedagog - "Ty na dziennikarstwo?".

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

1139. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła" - część 2/Sztuka godzenia się z rzeczywistością

ENCYKLIKA LOLKA

Od Anioła Stróża: Miałem poważny problem. Zazwyczaj budziłem Lolka lekkim szturchnięciem tak, że zrywał się z łóżka i biegł szybko do kuchni, gdzie mył się i jadł śniadanie. Ale tego poranka Najwyższy powstrzymał mnie. Czekałem więc, zerkając z niepokojem na wskazówki zegara, które nieuchronnie zbliżały się do godziny szóstej. Chłopiec spał smacznie i ani w głowie mu było się obudzić. Tata podszedł do niego i delikatnie dotknął ramienia.

 - Wstawaj, spóźnisz się - powiedział. W odpowiedzi usłyszał niewyraźne mruknięcie. Dopiero po drugiej próbie zwlekł się z łóżka. Spojrzał na zegar.
 - Ojej, ale późno! - krzyknął. W pośpiechu zaczął naciągać spodnie, za chwilę miał służyć do Mszy. 
Po południu pan Karol zabrał syna na spacer. 
 - Synu, nie jesteś dobrym ministrantem - powiedział. - Ja wiem, że nie jest łatwo wstać rano, ale prawdziwy mężczyzna powinien nauczyć się przezwyciężać samego siebie. 
Lolek spuścił głowę. 
 - Wiesz, wydaje mi się, że za mało modlisz się do Ducha Świętego o Jego dary. 
W domu ojciec sięgnął na półkę i wziął z niej niewielką czarną książeczkę z czerwoną tasiemką służącą za zakładkę. Poszukał w spisie treści i otworzył na odpowiedniej stronie. 
 - Zobacz, tu jest ta modlitwa.
Lolek zaczął czytać: "O dar mądrości, o dar rozumu, o dar umiejętności, o dar rady, o dar męstwa, o dar pobożności, o dar bojaźni Bożej."
 - Módl się o każdy z nich - powiedział tata. - Zobacz, jest ich siedem. Każdego dnia tygodnia możesz modlić się bardziej o jeden. A jak będzie ci trudno wstać, proś o dar męstwa. Ja wiem, że to nie jest łatwe, ale uda się, zobaczysz.

Od Anioła Stróża: Zobaczyłem tego samego chłopca, tyle że o kilkadziesiąt lat starszego i ubranego w białą sutannę. To był dzień jego urodzin, 18 maja 1986 roku. Nachylał się nad książką i podpisywał ją wiecznym piórem. Ta książka nosiła tytuł "Dominum et vivificanten"("Pan i Ożywiciel) i poświęcona była Duchowi Świętemu. Była to druga encyklika papieża Jana Pawła II. Ojciec Święty bardzo dobrze zapamiętał rozmowę ze swoim tatą. "Była to ważna lekcja duchowa - wyzna później - trwalsza i silniejsza niż wszystkie jakie mogłem wyciągnąć w następstwie lektur czy nauczania, które odebrałem. Z jakim przekonaniem on do mnie mówił. Jeszcze dziś słyszę jego głos. Rezultatem tej lekcji z dzieciństwa jest moja encyklika o Duchu Świętym".

MUNDEK
Lolek i Mundek
(źródło zdjęcia)
Edmund Wojtyła(pierwszy z prawej)
jako lekarz(źródło zdjęcia)
Lolek nie mógł doczekać się Bożego Narodzenia. Nie tylko dlatego, że miał znaleźć pod choinką jakąś niespodziankę. Na święta przyjedzie do nich Mundek.
Starszy brat zawsze mu imponował. Kilka lat temu tata zabrał go do Krakowa, gdzie Mundek bronił dyplomu doktorskiego. Wielkie wrażenie na Lolku zrobiła aula Collegium Maius - najstarszego, pamiętającego jeszcze czasy króla Jagiełły budynku Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obserwował groźnie wyglądających panów w długich togach i stojącego naprzeciw nich Edmunda. Tata wyjaśnił mu, że jest to bardzo ważny egzamin. Musiało mu dobrze pójść, skoro na zakończenie rozgrzmiały gromkie oklaski. 
Spełniło się marzenie mamy - jej syn został lekarzem. Jakiś czas potem otrzymał posadę zastępcy ordynatora szpitala w Bielsku. Na szczęście nie było to daleko od Wadowic. Często odwiedzali Mundka, a Lolek zabawiał chorych, urządzając przedstawienia - jak mówił - teatru jednego aktora.
Żwawo wbiegał na górę pokonując po dwa, albo nawet i po trzy stopnie. Jeszcze minuta i nacisnął klamkę.
Ojciec siedział przy stole z głową ukrytą w dłoniach. Przed nim leżał telegram.
- Mundek nie żyje - powiedział, podnosząc głowę. Oczy miał czerwone od łez.
Lolek stał jak zamurowany. Spoglądał bezradnie to na tatę, to na kartkę papieru. Ojciec wstał, podszedł do niego i przytulił go mocno. Chłopiec wybuchnął płaczem.
 - Twój brat jest bohaterem - powiedział pan Wojtyła, gdy syn trochę się uspokoił. - Zaraził się od pacjentki, którą ratował.
Stali tak przez dłuższy czas. Za oknem sypał śnieg przypominający o zbliżającym się Bożym Narodzeniu.
Lolek Wojtyła w wieku 10-11 lat podczas odwiedzin u brata w Bielsku
Od Anioła Stróża: Najwyższy zabrał Edmunda, gdy blisko już było do świąt, a dzieci co rano chodziły na Roraty. To były najsmutniejsze Roraty w życiu Lolka. Trudność z porannym wstawaniem wydawała mu się błahostką w porównaniu z tym ile kosztowało go odmówienie modlitwy "Ojcze nasz", a szczególnie słów: "Bądź wola Twoja".
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cieszę się, że pierwsze dwa odcinki "Pamiętnika..." spotkały się z tak pozytywną reakcją. Tak dla przypomnienia - na blogu pojawi się cała książka. Bo mam wrażenie, że nie wszyscy o tym doczytali.
Nie wiem jak Wy, ale ja już powoli przyzwyczajam się do kwarantanny, chociaż przez większy jej okres skazana byłam na siedzenie w domu. Ale, jak to już zostało powiedziane w poprzedniej części "Pamiętnika papieskiego anioła" - życie wymaga czasami od nas trudnej sztuki powiedzenia "Tak" szczególnie w tych momentach, kiedy nie mamy na to najmniejszej ochoty. I dla mnie taką sztuką jest zgoda na postawione teraz warunki. Kto mnie zna ten wie, że raczej wszędzie mnie pełno. A tutaj trzeba siedzieć w domu i wychodzić tylko w uzasadnionych przypadkach. Jasne, czasami jestem sfrustrowana z tego powodu, ale z drugiej strony jest to niesamowity szlif dla mojej cierpliwości.
Skoro pojawił się temat związany z Duchem Świętym, to pozwolę sobie przytoczyć napisany kiedyś wiersz o Darach Ducha Świętego:

TO, CO ZOSTAŁO MI DANE
W dniu bierzmowania poprosiłam Ducha Świętego:
O dar Mądrości, abym mogła w jednej chwili zrozumieć to, co mówią nauczyciele,
a otrzymałam go po to, abym potrafiła dostrzec miłością, którą darzy mnie Bóg.
O dar Rozumu, abym rozwiązywała z łatwością zadania matematyczne,
a dzięki niemu bardziej rozumiem na czym polegają prawdy wiary, którą wyznaję.
O dar Rady, abym kierowała swoim życiem bez pomocy innych osób,
a gdyby nie on nie potrafiłabym podejmować rozsądnych decyzji.
O dar Męstwa, abym przeciwstawiała się otaczającemu mnie złu,
a na co dzień pomaga mi on w bronieniu swoich racji.
O dar Umiejętności, żebym rozwijała swoje talenty,
a dzięki niemu dostrzegam Boga, w otaczającym mnie świecie.
O dar Bojaźni Bożej, abym strzegła się szatana i złych duchów,
a pomógł mi on w doskonaleniu swojej relacji z Bogiem i drugim człowiekiem.
O dar Pobożności, abym dawała swoim postępowaniem świadectwo,
a dzięki niemu zaczęłam odnajdywać odpowiednie słowa mojej modlitwy.
Nie otrzymałam od Niego tego co chciałam,
ale to, co jest mi potrzebne,
do pogłębiania przyjaźni z Chrystusem.

Trzymajcie się ciepło.

niedziela, 19 kwietnia 2020

1138. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła" - część 1/Moja przygoda z szkaplerzem karmelitańskim

ROZDZIAŁ I - SIŁA PRZEBICIA
"Miłość moich najbliższych(...) dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy, nawet wtedy, gdy przyszło zmierzyć się z doświadczeniem śmierci i trudami codziennego życia w niespokojnych czasach"
Jan Paweł II, Wadowice, 16 czerwca 1999 rok

DWIE MAMY
Jedyne zdjęcie Karola z mamą
(źródło zdjęcia)
Wchodząc po krętych, metalowych schodach, Lolek już wiedział. Miał w uszach słowa nauczycielki Zofii Bernhardt, która powiedziała mu wprost: "Twoja mama umarła". Wszedł do kuchni, w której jeszcze dziś rano zjadł przygotowaną przez tatę jajecznicę, a potem nieśmiało pchnął drzwi prowadzące do sypialni. 
Mama leżała z zamkniętymi oczami. Przy łóżku klęczeli ojciec i Mundek. Tata na jego widok poderwał się z kolan i przytulił go. Łzy długo nie chciały przestać lecieć. 
 - Mama jest już u Pana Boga, nie cierpi - powiedział cicho ojciec i wyprowadził go z pokoju.
 - Nie będzie jej na mojej Pierwszej Komunii? - wyrwała mu się skarga.
 - Będzie Lolku, tylko inaczej. Ale bądź pewny że będzie! Jest tu blisko nas
Teraz pan Karol musiał zatroszczyć się o wszystkie przygotowania związane z Pierwszą Komunią syna. Na szczęście mógł liczyć na pomoc. W Wadowicach mieszkali kuzynowie, państwo Pukłowie, z których synem Adamem Lolek bardzo się przyjaźnił. Pani Pukło wykazała się nie lada zapobiegliwością i skompletowała cały strój. Tylko z trzewiczkami był problem. 
 - Cały rynek obleciałam, nigdzie nic nie mają - mówiła ojcu, pokazując komunijny garniturek: skromną marynarkę i krótkie spodenki - ale dogadałam się z jednym Żydem, który jeździ do Bielska. Podobno tam coś można znaleźć. Jutro będzie z powrotem, obiecał, że postara się przywieźć buty dla Lolka.
Nazajutrz zdegustowany chłopak patrzył na leżące przed nim trzewiki. Zamiast sznurowadeł miały zapięcie na paseczek. 
 - Przecież to dla dziewczyny - powiedział. - Wszyscy się będą ze mnie śmiać.
Ojciec patrzył na niego zakłopotany. Rozumiał syna. Był żołnierzem i szmat życia spędził głównie w
męskim gronie. Lolek chodził do szkoły, w której uczyli się sami chłopcy, i to liczna gromada. Klasa liczyła około pięćdziesięciu uczniów, z których wielu znajdzie się tego dnia w kościele. Wielu, nie wszyscy, bo znaczną część wadowickiej społeczności stanowili Żydzi. Ale śmiać się mogą i koledzy wyznania mojżeszowego, i katolicy. 
Chłopiec przeniósł wzrok z trzewików na tatę.
 - W końcu to nic takiego - powiedział. - Założę je.
Pan Wojtyła uśmiechnął się z ulgą. 

Karolek Wojtyła w komunijnej szatce
(źródło zdjęcia)
Od Anioła Stróża: Wiem, że jest w Polsce taki zwyczaj, aby obdarowywać dzieci z okazji Pierwszej Komunii. Prezenty dają rodzice, dają dziadkowie, dają wujkowie i ciocie, chrzestni i chrzestne. Dziwny prezent od Pana Boga dostał mały Karol. Stracił mamę, a do Komunii poszedł w bucikach, które na pewno mu się nie podobały. Były to podarunki wymagające. Towarzysząc mu przez następne lata jego życia widziałem, jak uczył się trudnej sztuki mówienia "Tak", gdy nie ma się na to najmniejszej ochoty.
Lolek przyjął Pana Jezusa rano, a po południu poszedł z tatą na tak zwaną Górkę, do klasztoru ojców karmelitów. Tam otrzymał jeszcze jeden prezent.

Ojciec Sylwester Gluczman odmówił modlitwę i nałożył chłopcu na szyję dwa kawałki materiału połączone tasiemkami. 
 - Weźmij tą poświęconą szatę - powiedział - i błagaj Najświętszą Dziewicę, abyś dzięki jej zasługom nosił ta szatę nieskalaną, a Ona niech cię broni od wszelkiej przeciwności i doprowadzi do życia wiecznego. Amen.
 - Musisz wiedzieć - powiedział karmelita, gdy już wyszli z kościoła - że nasz zakon narodził się w burzliwych czasach. Słyszałeś o krzyżowcach i Saracenach?
Lolek skinął głową. Uwielbiał opowiadania o rycerzach, którzy przed wiekami walczyli w Palestynie, broniąc przed muzułmanami miejsc uświęconych obecnością Pana Jezusa.
 - Pierwsi bracia naszego zgromadzenia - ciągnął zakonnik - mieszkali w Ziemi Świętej, na Górze Karmel. Tej samej, na której niegdyś przebywał prorok Eliasz. Byli bezpieczni, dopóki panowali tam chrześcijańscy władcy. Ale Saraceni ich pokonali, część karmelitów opuściła Palestynę, a ci, którzy pozostali, ponieśli śmierć męczeńską. Po powrocie do Europy zakon o mało co nie przestał istnieć. Wtedy nasz przełożony, Szymon Stock, modlił się do Matki Najświętszej prosząc o pomoc. Ona mu się ukazała ze szkaplerzem, obiecując opiekę nad zakonem. 
Szkaplerz karmelitański
(źródło zdjęcia)
 - Dlaczego akurat szkaplerz? - drążył Lolek.
Ojciec Gluczman uśmiechnął się.
 - Szkaplerz jest zwykłym fartuchem ochronnym, który zakładamy, aby nie ubrudzić habitu. Może Maryi, która sama była gospodynią i pewnie używała fartucha, spodobał się jako znak duchowy pragnienia, aby zachować czystą duszę? Zamiast fartucha nosi się teraz dwa kawałki materiału złączone tasiemką. Widzisz, na tym kawałku z przodu jest Pan Jezus, a na drugiej znajduje się obrazek Matki Bożej Szkaplerznej.
Od Anioła Stróża: I tak Matka Boża zastąpiła Lolkowi matkę ziemską. Mały Karol i od niej dostał prezent na Pierwszą Komunię. Nie rozstanie się z nim do końca życia.
Nastoletni Karol Wojtyły ze szkaplerzem na piersi
(źródło zdjęcia)
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 - Jesteś Lolek pewny? Bo wiesz, od tego nie ma już odwrotu? 
Sierpniowe słońce wlewało się na dziedziniec klasztoru księży karmelitów, który od prawie 100 lat stał na niewielkim pagórku górującym nad miastem. Z perspektywy postawionych niżej domków wyglądał niezwykle malowniczo. Spoglądałam to na niezwykle oświetlony obiekt sakralny, to na moje kuzynki. Za kilka dni miał się rozpocząć nowy rok szkolny, a ja miałam rozpocząć swoją sześcioletnią przygodę z klasą sportową. Skinęłam głową. Po wieczornej Mszy świętej zaprowadziły mnie na zakrystię, gdzie jakiś starszy karmelita pobłogosławił dwa kawałki materiału i nałożył na moją szyję, jednocześnie gratulując mi przyjęcia do rodziny karmelitańskiej.
Pisząc drugi fragment "Pamiętnika papieskiego anioła" nie mogłam sobie nie przypomnieć, jak sama po raz pierwszy nałożyłam na siebie szkaplerz. Stało się w tym samym miejscu, w którym dostąpił tego Karol Wojtyła, tyle że 71 lat później. Ech, nie mam nawet zdjęcia z tej uroczystości, ale przecież "Najpiękniejsze fotografie są zapisywane w głębi naszego serca". Podejrzewam, że nie wszyscy byli pewni, czy podołam takiej odpowiedzialności, czy nie zapomnę o codziennej modlitwie... Nie, nie zapomniałam. Pamiętałam nawet na wyjazdach na zawody i obozy, mimo zdziwionych min. Starałam się go nosić zawsze i wszędzie. No, może z wyjątkiem akwenów wodnych. Co ciekawsze, moi koledzy i koleżanki tak się zainteresowali szkaplerzem i historią św. Rafała Kalinowskiego, że jesienią 2000 roku wraz z wychowawczynią oraz księdzem katechetą udaliśmy się na wycieczkę do Czernej(miejsca spoczynku Kalinowskiego), gdzie wielu z nich również przyjęło szkaplerz.
Oryginalny szkaplerz niestety w pewnym momencie uległ zniszczeniu(przerwał się sznurek łączący jego dwie części). Aktualnie noszę szkaplerz w formie medaliku wraz z medalikiem Maryi Wspomożycielki Wiernych(patronki dzieł salezjańskich). Wiele razy myślałam czy nie podejść w Wadowicach "na Karmel" i nie kupić sobie materiałowego(teraz wystarczyłoby go tylko poświęcić, bo obrządek przyjęcia jest jeden na całe życie), ale wiecie jak to jest - nigdy nie ma czasu.

I na koniec - brawa dla tych, którzy obstawili Szymona jako ojca Judasza. Można o tym wyczytać w Ewangelii św. Jana - rozdział 13, werset 2.

Trzymajcie się ciepło

P.S. Z kim z Was się dzisiaj "spotkałam" na Mszy świętej o godzinie 10:00 w Łagiewnikach?
I w tym wszystkim nie zapominajmy też o dzisiejszej rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim