Kilka razy zastanawiałam się jak wygląda zdenerwowany Ksiądz Niosący Światło. I nie chodzi mi tutaj o denerwowanie się przed wizytami u lekarza czy też wynikami badań, ale bardziej o zdenerwowanie się jakąś sytuacją. Ja to się nawet dziwię, że on się jeszcze na mnie o nic dotąd nie zdenerwował... Nie, nie przesadzam, po prostu stwierdzam fakty. Tymczasem on zamiast mieć mnie dość, śmieje się, że chyba muszą mnie zaadoptować parafialnie. A jak nie było mnie kilka dni na Mszy, to zaraz w pierwszy dzień wyszedł z pytaniem, gdzie byłam jak mnie nie było. No dobra, czasami bywał drażliwy, lecz uznajmy, że trzymało się to w normie człowieka w fazie leczenia. Ale nawet wtedy jakoś specjalnie na mnie nie krzyczał, ani na siłę nie szukał zaczepki. Ogólnie ujmując - chodząca oaza spokoju.
Ale i tą oazę coś wzburzyło. A raczej ktoś. Wczoraj po wieczornej Mszy świętej jeszcze zostałam ogarnąć księdzu ołtarz. Do księdza akurat ktoś przyszedł po jakieś zaświadczenie. Ja tam nie wiem co się działo za drzwiami kancelarii, bo się w niej zamknęli, a ja nie podsłuchiwałam, ale musiała być ostra wymiana zdań. Tak ostra, że oboje wściekli wyszli z pomieszczenia. I wtedy nagle Księdzu Niosącemu Światło wszystko zaczęło przeszkadzać - moje mikro-spóźnienie na Mszę, nierówno złożony puryfikarz, a nawet mój katar i kaszel. No dobrze, przez trening wpadłam do kościoła w tym samym momencie, w którym wychodził z zachrystii, więc tak jakbym zdążyła. Puryfikarz może i był nie do końca równo złożony, ale najlepiej jak tylko się dało w tym momencie. Kaszel i katar znów nie był wywołany chorobą, a po prostu alergią. I nawet nie wiem jakbym chciała, to trudno by mi było go nimi zarazić. Z drugiej strony, gdybym chciała ograniczać się przez alergię, to przez kilka miesięcy musiałabym nie wychodzić z łóżka. Z trzeciej strony nieźle ostatnio zmokłam, co nie uszło jego uwadze, więc w sumie mógł podejrzewać, że się przeziębiłam. Na szczęście nic mi nie było, nawet temperatury nie miałam.
Widząc, że ksiądz naprawdę jest nie w humorze, postanowiłam ewakuować się najszybciej, jak tylko jest to możliwe. To nie tak, że miałam mu to za złe, bo jak pisałam na początku, ciężko jest go doprowadzić do takiego stanu. Po prostu nie chciałam jeszcze bardziej go denerwować. Zostawiłam go na zakrystii i jak gdyby nigdy nic poszłam zamknąć kościół na klucz. Potem tylko odniosłam mu go. Jeszcze raz uważnie mu się przyjrzałam, delikatnie pogładziłam po ramieniu, po czym rzuciłam krótkie "Z Panem Bogiem", zarzuciłam plecak na plecy i ruszyłam w swoją stronę.
Powinnam sama być na niego zdenerwowana, a mnie po prostu było go najzwyczajniej w świecie żal. Bardziej byłam zła na osobę, która doprowadziła go do takiego stanu. Bez przerwy miałam przed oczami jego obraz, siedzącego za biurkiem na zakrystii z twarzą ukrytą w dłoniach. Nie wiem czy płakał, nawet jeżeli, to tak, aby nikt nie widział. Tylko miałam nadzieję, że szybko mu ten nastrój minie. No bo to by oznaczało popadnięcie ze skrajności w skrajność.
Dzisiaj z małą obawą poszłam do tego ich kościoła. Nie bałam się tego, że ksiądz we mnie skieruje swoją złość. Jeżeli miałoby to mu ulżyć, to proszę go bardzo. Niech się na mnie wyżywa. Akurat co do niego to raczej mam pewność, że gdyby powiedział coś tak głupiego jak proboszcz mojej parafii, to raczej w nerwach. A w nerwach ludzie mówią i robią różne nieprzemyślane rzeczy. Bardziej się obawiałam tego, że ten stan wypompuje go od wewnątrz. Wyzuje go z sił, i tych fizycznych, i tych emocjonalnych. Ale nie, z jednej strony był trochę przybity, ale z drugiej było widać, że wraca powoli ten Ksiądz Niosący Światło, którego ja znam. A nawet zrobił coś, czego się nie spodziewałam - podszedł do mnie przed Mszą i najzwyczajniej w świecie przeprosił za wczoraj, tłumacząc się tym, że poniosły go nerwy. A potem miał wyrzuty sumienia za to, jak mnie potraktował. A przecież wcale nie musiał tego robić. Mógł uznać, że nic się nie stało, że ma takie prawo, bo jest duchownym, a ja tylko wiernym, w dodatku niepełnosprawnym i z innej parafii. Tłumaczył się zmęczeniem kolejną terapią, tym, że wyniki znowu poszły mu w dół, babcia wylądowała w szpitalu, a do tego jeszcze kobieta, którą widział pierwszy raz na oczy chciała zaświadczenie potrzebne do bycia chrzestną. Ale z tym kaszlem to naprawdę się obawiał, że się przeziębiłam po czwartku. Wszystko mu się skumulowało i niestety wyładował się na mnie. Powiedziałam mu, że wcale nie jestem na niego zła i że go rozumiem. I żeby się nie przejmował ani tamtą osobą, ani mną, bo szkoda jego wątłego zdrowia.
Chyba wszystko wraca do normy, a ksiądz z chwilowego kryzysu powoli na nowo staje się tą osobliwą oazą spokoju. Może czasami pojawiają się na niej wzburzone fale, ale po pewnym czasie i one się uspokajają. Łagodnieją. Wyciszają się. Dochodzą do siebie. I płyną swoim spokojnym nurtem, napajając tym spokojem też innych. A to prawdziwa sztuka, która udaje się nielicznym.
W ramach przeprosin dostałam zaproszenie na jutrzejszą sumę odpustową. I tak miałam iść, chociaż bardzo jest prawdopodobne, że będzie na niej proboszcz z mojej parafii. Ale nie boję się go, już nie.
- A "Te Deum" będzie po polsku czy po łacinie? - zapytałam na koniec.
- Po polsku. Tylko mi nie mów, że po łacinie też znasz.
- No, prawie...
Mina Księdza Niosącego Światło bezcenna.










