Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 13 sierpnia 2024

2010. Oaza spokoju też może zostać zburzona

Kilka razy zastanawiałam się jak wygląda zdenerwowany Ksiądz Niosący Światło. I nie chodzi mi tutaj o denerwowanie się przed wizytami u lekarza czy też wynikami badań, ale bardziej o zdenerwowanie się jakąś sytuacją. Ja to się nawet dziwię, że on się jeszcze na mnie o nic dotąd nie zdenerwował... Nie, nie przesadzam, po prostu stwierdzam fakty. Tymczasem on zamiast mieć mnie dość, śmieje się, że chyba muszą mnie zaadoptować parafialnie. A jak nie było mnie kilka dni na Mszy, to zaraz w pierwszy dzień wyszedł z pytaniem, gdzie byłam jak mnie nie było. No dobra, czasami bywał drażliwy, lecz uznajmy, że trzymało się to w normie człowieka w fazie leczenia. Ale nawet wtedy jakoś specjalnie na mnie nie krzyczał, ani na siłę nie szukał zaczepki. Ogólnie ujmując - chodząca oaza spokoju.
Ale i tą oazę coś wzburzyło. A raczej ktoś. Wczoraj po wieczornej Mszy świętej jeszcze zostałam ogarnąć księdzu ołtarz. Do księdza akurat ktoś przyszedł po jakieś zaświadczenie. Ja tam nie wiem co się działo za drzwiami kancelarii, bo się w niej zamknęli, a ja nie podsłuchiwałam, ale musiała być ostra wymiana zdań. Tak ostra, że oboje wściekli wyszli z pomieszczenia. I wtedy nagle Księdzu Niosącemu Światło wszystko zaczęło przeszkadzać - moje mikro-spóźnienie na Mszę, nierówno złożony puryfikarz, a nawet mój katar i kaszel. No dobrze, przez trening wpadłam do kościoła w tym samym momencie, w którym wychodził z zachrystii, więc tak jakbym zdążyła. Puryfikarz może i był nie do końca równo złożony, ale najlepiej jak tylko się dało w tym momencie. Kaszel i katar znów nie był wywołany chorobą, a po prostu alergią. I nawet nie wiem jakbym chciała, to trudno by mi było go nimi zarazić. Z drugiej strony, gdybym chciała ograniczać się przez alergię, to przez kilka miesięcy musiałabym nie wychodzić z łóżka. Z trzeciej strony nieźle ostatnio zmokłam, co nie uszło jego uwadze, więc w sumie mógł podejrzewać, że się przeziębiłam. Na szczęście nic mi nie było, nawet temperatury nie miałam.
Widząc, że ksiądz naprawdę jest nie w humorze, postanowiłam ewakuować się najszybciej, jak tylko jest to możliwe. To nie tak, że miałam mu to za złe, bo jak pisałam na początku, ciężko jest go doprowadzić do takiego stanu. Po prostu nie chciałam jeszcze bardziej go denerwować. Zostawiłam go na zakrystii i jak gdyby nigdy nic poszłam zamknąć kościół na klucz. Potem tylko odniosłam mu go. Jeszcze raz uważnie mu się przyjrzałam, delikatnie pogładziłam po ramieniu, po czym rzuciłam krótkie "Z Panem Bogiem", zarzuciłam plecak na plecy i ruszyłam w swoją stronę.
Powinnam sama być na niego zdenerwowana, a mnie po prostu było go najzwyczajniej w świecie żal. Bardziej byłam zła na osobę, która doprowadziła go do takiego stanu. Bez przerwy miałam przed oczami jego obraz, siedzącego za biurkiem na zakrystii z twarzą ukrytą w dłoniach. Nie wiem czy płakał, nawet jeżeli, to tak, aby nikt nie widział. Tylko miałam nadzieję, że szybko mu ten nastrój minie. No bo to by oznaczało popadnięcie ze skrajności w skrajność.
Dzisiaj z małą obawą poszłam do tego ich kościoła. Nie bałam się tego, że ksiądz we mnie skieruje swoją złość. Jeżeli miałoby to mu ulżyć, to proszę go bardzo. Niech się na mnie wyżywa. Akurat co do niego to raczej mam pewność, że gdyby powiedział coś tak głupiego jak proboszcz mojej parafii, to raczej w nerwach. A w nerwach ludzie mówią i robią różne nieprzemyślane rzeczy. Bardziej się obawiałam tego, że ten stan wypompuje go od wewnątrz. Wyzuje go z sił, i tych fizycznych, i tych emocjonalnych. Ale nie, z jednej strony był trochę przybity, ale z drugiej było widać, że wraca powoli ten Ksiądz Niosący Światło, którego ja znam. A nawet zrobił coś, czego się nie spodziewałam - podszedł do mnie przed Mszą i najzwyczajniej w świecie przeprosił za wczoraj, tłumacząc się tym, że poniosły go nerwy. A potem miał wyrzuty sumienia za to, jak mnie potraktował. A przecież wcale nie musiał tego robić. Mógł uznać, że nic się nie stało, że ma takie prawo, bo jest duchownym, a ja tylko wiernym, w dodatku niepełnosprawnym i z innej parafii. Tłumaczył się zmęczeniem kolejną terapią, tym, że wyniki znowu poszły mu w dół, babcia wylądowała w szpitalu, a do tego jeszcze kobieta, którą widział pierwszy raz na oczy chciała zaświadczenie potrzebne do bycia chrzestną. Ale z tym kaszlem to naprawdę się obawiał, że się przeziębiłam po czwartku. Wszystko mu się skumulowało i niestety wyładował się na mnie. Powiedziałam mu, że wcale nie jestem na niego zła i że go rozumiem. I żeby się nie przejmował ani tamtą osobą, ani mną, bo szkoda jego wątłego zdrowia.
Chyba wszystko wraca do normy, a ksiądz z chwilowego kryzysu powoli na nowo staje się tą osobliwą oazą spokoju. Może czasami pojawiają się na niej wzburzone fale, ale po pewnym czasie i one się uspokajają. Łagodnieją. Wyciszają się. Dochodzą do siebie. I płyną swoim spokojnym nurtem, napajając tym spokojem też innych. A to prawdziwa sztuka, która udaje się nielicznym.
W ramach przeprosin dostałam zaproszenie na jutrzejszą sumę odpustową. I tak miałam iść, chociaż bardzo jest prawdopodobne, że będzie na niej proboszcz z mojej parafii. Ale nie boję się go, już nie.
 - A "Te Deum" będzie po polsku czy po łacinie? - zapytałam na koniec.
 - Po polsku. Tylko mi nie mów, że po łacinie też znasz.
 - No, prawie...
Mina Księdza Niosącego Światło bezcenna.

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

2009. Co to za sierpień bez "Biegu Zbója"?

Nasza zbójowa rodzinka
Sierpień, mimo że jest to dla mnie miesiąc wolny w pracy, jest nieco intensywny. Kilka lat temu, zachęcona przez Bacę, zgodziłam się na pomoc w organizacji letniej edycji Biegu Zbója. Chociaż nie, mój debiut na Zbóju był na pierwszej zimowej edycji po tym, jak razem z Bacą biegliśmy pierwszy raz na Czupel. I jak w ogóle się poznaliśmy. A sam Zbój spodobał mi się na tyle, że w miarę możliwości staram się na nim być, czy to na letniej, czy to na zimowej edycji.
Nie inaczej było ostatnio. W tym roku Bieg Zbója wypadł w drugi weekend sierpnia. Nie sprawdzałam tego dokładnie, ale to jest chyba stały termin. Po ostatnich dwóch edycjach, podczas których zaliczyłam falstarty (na Biegu Niepodległości pomyliłam lokalizacje, a na tegorocznym już Zimowym postanowiłam się rozchorować), byłam zdeterminowana za wszelką cenę się na nim pojawić. Tym bardziej, że nie miałam żadnych poważniejszych planów na ten czas. A po co siedzieć w mieście i się nudzić (przynajmniej w teorii), skoro można zrobić coś z innymi i dla innych?
Nawet nie musiałam jechać pociągiem do B.-B. Szybko znaleźli się bowiem ludzie, którzy jechali samochodem z Tych(ów?) i mieli wolne miejsce. Co prawda dogadywaliśmy szczegóły jeszcze o 23:59, a o 2:30 już byłam na nogach, ale co tam, jestem do tego przyzwyczajona. A podróż koleją i tak mnie nie ominęła - jakoś musiałam dotrzeć na miejsce, z którego mieli mnie odebrać.
Tuż po 7 rano dojechaliśmy na bielskie błonia, na których już było pełno od biegaczy. Nawet nie wiecie jak ja lubię tego typu atmosferę. Wszyscy byli podekscytowani, a ta atmosfera bez problemu udzieliła się także i mnie. Wiedząc jednak, że tuż przed biegiem w biurze zawodów jest prawdziwy kociokwik połączony z kurcgalopkiem, bardzo szybko włączyłam się w jego funkcjonowanie. Może noszenie pakietów startowych jest czymś mało istotnym dla kogoś z zewnątrz, ale to zawsze jest jakaś pomoc. Pierwsze dwa biegi wystartowały już o godzinie 6:15 (na 60 km) oraz o 7:30 (na 42 km). Ostatnie dwa biegi przewidziane w sobotę (a właściwie to jeden, ale podzielony na dwie tury) na 25 kilometrów miały wystartować o 9:00 i 10:30.
Można więc powiedzieć, że po wystartowaniu drugiej tury mieliśmy chwilę na odpoczynek i posilenie się smacznymi pieczonkami, po czym część z nas wróciła do biura zawodów, aby wydawać pakiety na następny dzień, a część, w tym ja, udała się na metę. Tam najpierw porozkładaliśmy medale, butelki z wodą oraz piwa bezalkoholowe, a potem pozostało nam tylko czekać na kolejnych finiszujących biegaczy. Ci pierwsi, z biegu na 25 km, pojawili się niespełna dwie godziny po starcie. A po nich nadbiegali kolejni i kolejni. Czasami człowiek nie nadążał z rozwieszaniem im medali na szyjach. Ja dodatkowo mam taką zasadę, że każdemu gratuluję i staram się uściskać mu rękę, przybić piątkę albo żółwika. I tak do godziny 18:00, kiedy mijał limit na pokonanie najdłuższego dystansu. Ale bycie na mecie to nie tylko rozdawanie medali. W całym nawale pracy znalazł się czas np. na wygłupy z Bacą.
Pierwotnie po skończonej dniówce miałam wrócić pociągiem do domu, a nazajutrz przyjechać z rana na nowo, jednak dosłownie dzień wcześniej Baca zaproponował, że mnie przenocuje. Byłam niemal pewna, że pojedziemy do niego na wieś, ale okazało się, że ma mieszkanie w jednym z bielskich bloków. Wraz ze mną nocowała u niego jeszcze jedna dziewczyna. W zasadzie wieczór minął nam na rozmowie przy bezalkoholowym piwie oraz oglądaniu olimpijskiego finału boksu kobiet. A potem grzecznie poszliśmy spać - my w salonie, on w sypialni. Całkiem czysty układ.
Nazajutrz pojawiliśmy się na błoniach po godzinie 8:00. Głodni, bo lodówka Bacy była pusta. Ale skoro na co dzień tam nie mieszka, to dlaczego miałoby być inaczej? Na szczęście pieczonki już funkcjonowały, więc można było zjeść prowizoryczne śniadanie. A potem wziąć się do pracy, która wyglądała niemal identycznie jak dzień wcześniej. No, prawie, bo ostatni bieg - ten na 7 km. kończył się o 14:30. Jednak to on wywołał największe emocje, ponieważ brał w nim udział jeden z naszych wolontariuszy, Pączek. A skoro tworzymy jeden tandem, to każdy z nas przeżywał jego start. I gorąco mu kibicował, kiedy dobiegał do mety. Osobiście go podziwiam, bo nie wiem czy dałabym radę sama przebiec nawet te 7 kilometrów (o dłuższych dystansach już nie mówiąc) po górach (zresztą po płaskim terenie też) w upale (mnie samą nieźle spiekło, co można zobaczyć na zdjęciu obok) w ograniczonym do 2 godzin czasie. Ale dał radę, a na mecie otrzymał całkowicie zasłużone brawa.
Po zakończeniu biegu zostałam jeszcze na chwilę pozbierać nierozdane medale i zjeść jeszcze jedną porcję tych pysznych pieczonek, tym razem w ramach obiadu. Jeszcze czekała mnie droga powrotna do domu, tym razem już pociągiem, więc nie wiedziałam kiedy coś zjem. A skoro wolontariusze mogli częstować się bez ograniczeń, to czemu z tego nie korzystać? Może i takie pieczonki są niezbyt zdrowe, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą.
Potem już mogłam wracać do domu. Trochę mnie łamało w pociągu, ale lektura książki pozwoliła mi nie zasnąć po drodze. Chociaż sama książka do zbyt ciekawych nie należała, jeżeli mogę być szczera. No cóż, bywa i tak.

piątek, 9 sierpnia 2024

2008. Szósty zmysł?

Niemal od zawsze miałam w sobie intuicję mówiącą mi, czy dana osoba jest mi przychylna, czy też nie. Nie wiem jak to działa, ale wystarcza mi kilka chwil aby stwierdzić, do której grupy należy mój rozmówca, czy też osoba z którą jestem. Co ważne, niemal nigdy mnie to przeczucie nie zawodzi. Gdybym miała ocenić to procentowo, to powiedziała bym, że w ok. 95% przypadkach mam rację. Oczywiście zawsze zostaje te 5% ryzyka, że jednak się pomylę, bo i tak bywało, ale myślę, że te 95% to dużo. 
Trochę trudniej z tym w sieci, bo nawet do końca nie wiadomo kto jest po drugiej stronie monitora i jakie ma zamiary. Czasami trochę musi potrwać, aż wyrobię sobie o kimś zdanie i stwierdzę, że ktoś jest u mnie na dobre i na złe, czy może tylko na dobre. Tutaj nie mam też tej 95% pewności, bo przecież brakuje mi  chociażby mimiki tej drugiej osoby, jej tonu głosu, emocji, którymi przesiąka jej przekaz, a nawet tak trywialnej rzeczy jaką jest patrzenie w oczy rozmówcy (i kto to mówi - ten, kto ma z tym niesamowity problem). Wiele mogę sobie wyobrazić czytając jej teksty, ale nie wszystko. Sporo bowiem  zależy też od przekazu pozawerbalnego, a tego w świecie blogowym jednak brakuje. Ale i tak z samych Waszych komentarzy można wiele wywnioskować - to, kto jest dla mnie raczej przyjaźnie nastawieni, ale też to, komu raczej przeszkadzam, czy też zawadzam moim życiem, czy też raczej posiadaniem swojego małego kącika w świecie internetowym. Szkoda tylko, że takie osoby nie podpisują się pod takimi wpisami - czyżby na to jednak brakowało im odwago? Mój szósty zmysł niestety nie potrafi mi odpowiedzieć, kim jest owy anonimowy komentator.
Są też osoby, co do których nie stosuję tego, co podpowiada mi intuicja, bo wtedy zupełnie musiałabym je skreślić. To osoby głęboko niepełnosprawne, psychicznie chorzy czy też upośledzone umysłowo. Może ich zachowanie odpycha, ale w tych przypadkach niewiele można zmienić i po prostu łatwiej jest zaakceptować je takimi, jacy są, nawet jeżeli są niezbyt mili. Nigdy nie wiadomo, jacy by byli gdyby nie to. To też osoby daleko posunięte w wieku, często niewykształcone i ze wsi, które żyją według pewnych utartych stereotypów. A jeżeli ktoś myślał w dany sposób przez x lat, to naprawdę, bardzo trudno jest to zmienić. Dużo łatwiej jest działać od podstaw, od najmłodszych lat tłumaczyć co i jak.
Myślę, że łatwo się domyśleć, że z osobami pozytywnie ocenionymi chcę przebywać, a tych drugich po prostu unikam. Zwłaszcza kiedy nic szczególnego nie wnoszą do mojego życia. A wręcz je rujnują, zwłaszcza pod względem fizycznym. Wiem, że nie wszyscy mnie lubią, nawet ci, których ja lubię. Nie wiem, może i inni mają taki sam szósty zmysł, który każe im trzymać się ode mnie z daleka? Ja też nie wszystkich lubię, ale staram się (przynajmniej) okazywać im szacunek. Bo według mnie należy się on każdemu, dosłownie. Nawet tym, którzy nas nie szanują.

Żeby nie było, to nastrój mojego rozmówcy też potrafię wyczuć...

czwartek, 8 sierpnia 2024

2007. Takie anomalie pogodowe

Wystarczyło zaledwie pół godziny, aby ulice miasta w którym mieszkam zamieniły się w koryta rwących potoków. Nawet za bardzo nie jestem w stanie określić momentu, w którym błękitne niebo zostało przykryte ołowianymi chmurami, z których wkrótce lunął prawdziwy wodospad wody. Na efekty długo nie trzeba było czekać. Oto i one:
Akurat byłam w terenie i doświadczyłam tego na własnej skórze. I to dosłownie. Bluzę miałam przemoczoną do cna, w butach chlupała mi woda. Ale to nic. W zasadzie to nie pierwszy raz, kiedy zdarza mi się taka sytuacja. Ile razy w życiu lunęło na mnie podczas treningu, zawodów sportowych, albo po prostu przebywania na zewnątrz? Nie da się tego zliczyć. 
Tak się złożyło, że po tym przemoknięciu jeszcze spotkałam się z Księdzem Niosącym Światło. Po moim zeszłorocznym (mini) sukcesie z wycieczką do Wadowic i Kalwarii Zebrzydowskiej planujemy kolejną jesienną wycieczkę. "Na oku" mamy dwudniowy Niepokalanów, ale jeszcze muszę zrobić wstępny kosztorys, i po nim będziemy się zastanawiać co dalej. Trochę marudził, że mam wszystko mokre, potem chciał mnie odwieźć do domu samochodem. Przypomniała mi się taka sytuacja z czasów, kiedy studiowałam turystykę religijną w Krakowie i w niektóre dni zjeżdżałam na nocleg do Wadowic. Tego dnia, a raczej wieczoru, też lało jak z cebra. Postanowiłam przeczekać na przystanku, gdzie miałam jakąś ochronę. Ale i nie zapowiadało się na poprawę pogody, i jakieś podejrzane typy zaczęły się do mnie przystawiać. Zauważył to kierowca busa, którym przyjechałam i też zaproponował, że mnie podwiezie. Wtedy się zgodziłam, bo naprawdę bałam się tych ludzi. 
Teraz jednak sytuacja była inna - jak wychodziłam z zakrystii już nie padało, a tak naprawdę na moje osiedle można dojść różnymi drogami, także takimi, po których nie płynęła już woda. Co prawda dalej chlupało mi w butach, co wywoływało pewien dyskomfort, ale nie było nie wiadomo jakiej tragedii pod tym względem. W dodatku nie szłam prosto do domu, a jeszcze miałam odebrać znajomym paczkę z paczkomatu, ale tego akurat nie mówiłam księdzu. 
W rzeczywistości obsługa tego paczkomatu (z DPD) mnie przerosła i nie odebrałam tej przesyłki, na szczęście oni wracali na drugi dzień, więc kazali mi się tym nie przejmować. Trochę mi było głupio, ale też nie muszę wszystkiego umieć.

środa, 7 sierpnia 2024

2006. Rozwój sportu w drugiej Rzeczypospolitej

Jedną z moich ulubionych epok historycznych jest bez wątpienia okres dwudziestolecia międzywojennego, czyli II Rzeczypospolitej. Nie pytajcie mnie dlaczego. Może kiedyś przeczytałam jakąś książkę na ten temat? Może obejrzałam jakiś film dokumentalny? Albo taki, który został nakręcony w tamtym okresie, a po latach puszczono go w ramach cyklu "W starym kinie"? A może po prostu zainteresowały mnie lekcje historii, jeszcze prowadzone w szkole podstawowej, które omawiały tych dwadzieścia jeden lat wolnej Polski. Cokolwiek to było - zainspirowało mnie do samodzielnego poszerzania wiedzy w tym obszarze. Bo ta w podręczniku, nawet dla poziomu rozszerzonego, po prostu mi nie wystarczała. Skutek był taki, że z okresu dotyczącego czasów II RP miałam dosyć dobre oceny, czy to na historii, czy na języku polskim, kiedy to omawiana jest epoka Młodej Polski.
Pomimo tego, że ze szkoły wyszłam bardzo dawno temu, to w dalszym ciągu interesuje mnie ten okres. Także w tych obszarach życiowych, które nie są poruszane w szkolnych podręcznikach. A do takich zdecydowanie należy mój ukochany sport. Tak, wiem, że gdyby chciano nauczać wszystkich pobocznych dziedzin, to właściwie czasu starczyłoby jedynie na starożytność, bo wtedy też tyyyle się działo. Dlatego trzeba było iść na jakiś kompromis. W podręcznikach znalazły się najważniejsze i najistotniejsze informacje, a pozostałych wiadomości trzeba szukać na własną rękę. Na szczęście materiałów nie brakuje. A to, co uda się znaleźć w interecie, można uzupełnić lekturą książki. 
Ostatnio miałam okazję przeczytać "Życie sportowe w Drugiej Rzeczypospolitej" autorstwa Ryszarda Szujeckiego. Kilka lat temu sięgnęłam po inną książkę tegoż autora "Życie sportowe w PRL". Chociaż epoka nie należy do moich ulubionych, to sam temat sportu w tamtym okresie mnie wciągnął niczym wir. Wiele postaci i wydarzeń było mi już znanych, a dzięki książce miałam okazję odświeżyć sobie co do nich pamięć. Wtedy też dowiedziałam się, że Szujecki napisał w tym samym stylu książkę o sporcie w dwudziestoleciu międzywojennym. Co prawda zdobycie jej kosztowało mnie trochę zachodu, ale lektura wynagrodziła mi wszystko.
Tytuł: "Życie sportowe w drugiej Rzeczypospolitej"
Autor: Ryszard Szujecki
Wydawnictwo: BELLONA
Warszawa 2012
Ilość stron: 272

Okres II Rzeczypospolitej był bardzo ciekawym czasem, trwającym od odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku do wybuchu II wojny światowej w 1939 roku. W czasie tych prawie 21 lat państwo nie tylko odbudowywało się po byciu przez 123 lata pod zaborami, ale też rozwijało pod względem społecznym i kulturowym. Taką dziedziną, która niewątpliwie rozwinęła się w tym okresie, był sport. Zaczynaliśmy praktycznie od zera, bez związków sportowych, z Towarzystwami Gimnastycznymi "Sokół", promującymi kulturę fizyczną. W ciągu kilku lat w Polsce rozwinęły się praktycznie wszystkie znane wtedy dyscypliny sportowe, a w niektórych z nich odnosiliśmy prawdziwe sukcesy. Wiele sportowych historii z tamtego okresu przybliża książka Ryszarda Szujeckiego - "Życie sportowe w drugiej Rzeczypospolitej".
"Życie sportowe w drugiej Rzeczypospolitej" jest spójnym zarysem rozwoju sportu w Polsce tamtego okresu. Całość skupiła się w czterech rozdziałach. Pierwszy rozdział opowiada o początkach polskiego sportu w odradzającej się Polsce do 1924 roku. W drugim rozdziale opisano najważniejsze wydarzenia sportowe z lat 1925 - 1929. Trzeci rozdział to polski sport w latach 1930 - 1934. Czwarty rozdział przedstawia rozwój sportu w ostatnich latach istnienia II Rzeczypospolitej. W każdym rozdziale Szujecki przedstawia najważniejsze wydarzenia sportowe w Polsce, Europie i na świecie oraz przybliża najważniejszych przedstawicieli w danych dyscyplinach sportowych. Nie zgłębia się jednak w ich biografie. Niewątpliwym atutem książki jest to, że opracowuje temat w kompleksowy sposób, nie skupiając się tylko na jednej dyscyplinie sportowej. Oczywiście na tyle, na ile dana dyscyplina była w tamtym momencie rozwinięta. Pozwala to spojrzeć na problem rozwoju polskiego sportu w tamtym okresie w szeroki sposób. Język, wyłączając oryginalne relacje i artykuły, które ukazywały się w tamtym czasie, jest bardzo przystępny i zrozumiały nawet dla najbardziej wymagającego czytelnika. Po prostu "dobrze się to czyta".
Książka Ryszarda Szujeckiego to doskonałe kompendium wiedzy na temat rozwoju polskiego sportu w dwudziestoleciu międzywojennym. Chronologiczny układ treści ułatwia odnalezienie informacji interesujących czytelnika. Liczne ciekawostki, jak również artykuły z "epoki" okraszone fotografiami sprawiają, że całość czyta się w bardzo przyjemny sposób. A osobom, które interesują się w jakimś stopniu sportem, mogę polecić inną książkę tego samego autora, tym razem dotyczącą sportu w PRLu.