![]() |
| Nasza zbójowa rodzinka |
Sierpień, mimo że jest to dla mnie miesiąc wolny w pracy, jest nieco intensywny. Kilka lat temu, zachęcona przez Bacę, zgodziłam się na pomoc w organizacji letniej edycji Biegu Zbója. Chociaż nie, mój debiut na Zbóju był na pierwszej zimowej edycji po tym, jak razem z Bacą biegliśmy pierwszy raz na Czupel. I jak w ogóle się poznaliśmy. A sam Zbój spodobał mi się na tyle, że w miarę możliwości staram się na nim być, czy to na letniej, czy to na zimowej edycji.
Nie inaczej było ostatnio. W tym roku Bieg Zbója wypadł w drugi weekend sierpnia. Nie sprawdzałam tego dokładnie, ale to jest chyba stały termin. Po ostatnich dwóch edycjach, podczas których zaliczyłam falstarty (na Biegu Niepodległości pomyliłam lokalizacje, a na tegorocznym już Zimowym postanowiłam się rozchorować), byłam zdeterminowana za wszelką cenę się na nim pojawić. Tym bardziej, że nie miałam żadnych poważniejszych planów na ten czas. A po co siedzieć w mieście i się nudzić (przynajmniej w teorii), skoro można zrobić coś z innymi i dla innych?
Nawet nie musiałam jechać pociągiem do B.-B. Szybko znaleźli się bowiem ludzie, którzy jechali samochodem z Tych(ów?) i mieli wolne miejsce. Co prawda dogadywaliśmy szczegóły jeszcze o 23:59, a o 2:30 już byłam na nogach, ale co tam, jestem do tego przyzwyczajona. A podróż koleją i tak mnie nie ominęła - jakoś musiałam dotrzeć na miejsce, z którego mieli mnie odebrać.
Tuż po 7 rano dojechaliśmy na bielskie błonia, na których już było pełno od biegaczy. Nawet nie wiecie jak ja lubię tego typu atmosferę. Wszyscy byli podekscytowani, a ta atmosfera bez problemu udzieliła się także i mnie. Wiedząc jednak, że tuż przed biegiem w biurze zawodów jest prawdziwy kociokwik połączony z kurcgalopkiem, bardzo szybko włączyłam się w jego funkcjonowanie. Może noszenie pakietów startowych jest czymś mało istotnym dla kogoś z zewnątrz, ale to zawsze jest jakaś pomoc. Pierwsze dwa biegi wystartowały już o godzinie 6:15 (na 60 km) oraz o 7:30 (na 42 km). Ostatnie dwa biegi przewidziane w sobotę (a właściwie to jeden, ale podzielony na dwie tury) na 25 kilometrów miały wystartować o 9:00 i 10:30.
Można więc powiedzieć, że po wystartowaniu drugiej tury mieliśmy chwilę na odpoczynek i posilenie się smacznymi pieczonkami, po czym część z nas wróciła do biura zawodów, aby wydawać pakiety na następny dzień, a część, w tym ja, udała się na metę. Tam najpierw porozkładaliśmy medale, butelki z wodą oraz piwa bezalkoholowe, a potem pozostało nam tylko czekać na kolejnych finiszujących biegaczy. Ci pierwsi, z biegu na 25 km, pojawili się niespełna dwie godziny po starcie. A po nich nadbiegali kolejni i kolejni. Czasami człowiek nie nadążał z rozwieszaniem im medali na szyjach. Ja dodatkowo mam taką zasadę, że każdemu gratuluję i staram się uściskać mu rękę, przybić piątkę albo żółwika. I tak do godziny 18:00, kiedy mijał limit na pokonanie najdłuższego dystansu. Ale bycie na mecie to nie tylko rozdawanie medali. W całym nawale pracy znalazł się czas np. na wygłupy z Bacą.
Pierwotnie po skończonej dniówce miałam wrócić pociągiem do domu, a nazajutrz przyjechać z rana na nowo, jednak dosłownie dzień wcześniej Baca zaproponował, że mnie przenocuje. Byłam niemal pewna, że pojedziemy do niego na wieś, ale okazało się, że ma mieszkanie w jednym z bielskich bloków. Wraz ze mną nocowała u niego jeszcze jedna dziewczyna. W zasadzie wieczór minął nam na rozmowie przy bezalkoholowym piwie oraz oglądaniu olimpijskiego finału boksu kobiet. A potem grzecznie poszliśmy spać - my w salonie, on w sypialni. Całkiem czysty układ.
Nazajutrz pojawiliśmy się na błoniach po godzinie 8:00. Głodni, bo lodówka Bacy była pusta. Ale skoro na co dzień tam nie mieszka, to dlaczego miałoby być inaczej? Na szczęście pieczonki już funkcjonowały, więc można było zjeść prowizoryczne śniadanie. A potem wziąć się do pracy, która wyglądała niemal identycznie jak dzień wcześniej. No, prawie, bo ostatni bieg - ten na 7 km. kończył się o 14:30. Jednak to on wywołał największe emocje, ponieważ brał w nim udział jeden z naszych wolontariuszy, Pączek. A skoro tworzymy jeden tandem, to każdy z nas przeżywał jego start. I gorąco mu kibicował, kiedy dobiegał do mety. Osobiście go podziwiam, bo nie wiem czy dałabym radę sama przebiec nawet te 7 kilometrów (o dłuższych dystansach już nie mówiąc) po górach (zresztą po płaskim terenie też) w upale (mnie samą nieźle spiekło, co można zobaczyć na zdjęciu obok) w ograniczonym do 2 godzin czasie. Ale dał radę, a na mecie otrzymał całkowicie zasłużone brawa.
Nazajutrz pojawiliśmy się na błoniach po godzinie 8:00. Głodni, bo lodówka Bacy była pusta. Ale skoro na co dzień tam nie mieszka, to dlaczego miałoby być inaczej? Na szczęście pieczonki już funkcjonowały, więc można było zjeść prowizoryczne śniadanie. A potem wziąć się do pracy, która wyglądała niemal identycznie jak dzień wcześniej. No, prawie, bo ostatni bieg - ten na 7 km. kończył się o 14:30. Jednak to on wywołał największe emocje, ponieważ brał w nim udział jeden z naszych wolontariuszy, Pączek. A skoro tworzymy jeden tandem, to każdy z nas przeżywał jego start. I gorąco mu kibicował, kiedy dobiegał do mety. Osobiście go podziwiam, bo nie wiem czy dałabym radę sama przebiec nawet te 7 kilometrów (o dłuższych dystansach już nie mówiąc) po górach (zresztą po płaskim terenie też) w upale (mnie samą nieźle spiekło, co można zobaczyć na zdjęciu obok) w ograniczonym do 2 godzin czasie. Ale dał radę, a na mecie otrzymał całkowicie zasłużone brawa.
Po zakończeniu biegu zostałam jeszcze na chwilę pozbierać nierozdane medale i zjeść jeszcze jedną porcję tych pysznych pieczonek, tym razem w ramach obiadu. Jeszcze czekała mnie droga powrotna do domu, tym razem już pociągiem, więc nie wiedziałam kiedy coś zjem. A skoro wolontariusze mogli częstować się bez ograniczeń, to czemu z tego nie korzystać? Może i takie pieczonki są niezbyt zdrowe, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą.
Potem już mogłam wracać do domu. Trochę mnie łamało w pociągu, ale lektura książki pozwoliła mi nie zasnąć po drodze. Chociaż sama książka do zbyt ciekawych nie należała, jeżeli mogę być szczera. No cóż, bywa i tak.






Dziewczyno, jesteś niezniszczalna!
OdpowiedzUsuńPodziwiam nieustająco:-)
jotka
Podpisuję się pod komentarzem wyżej! Brawo!
OdpowiedzUsuńAle Ty jesteś niesamowita !!! Nieustraszona Karola !!! Brawo ! Podziwiam Cię za energię i odwagę oraz za to, że chwytasz dzień ! Dziękuję za tę relację z Biegu Zbója. Brawa dla Pączka !!! Pozdrawiam :)))
OdpowiedzUsuńIle w Tobie energii! 🔥 Fantastycznie! Uściski!
OdpowiedzUsuń