„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
W ostatnim wpisie wspominałam, że jedynym obiektem, jaki udało nam się odwiedzić podczas pobytu w Królewskich Łazienkach był budynek Starej Pomarańczarni. A nawet nie cały budynek, a jedynie jego część nazwaną Królewską Galerią Rzeźb, do której tylnymi drzwiami wpuścił nas pan ochroniarz. Do dziś śmiejemy się, że laska dla ociemniałych Archanioła + mój specyficzny chód zadziałały.
Królewska Galeria Rzeźby znajduje się w tzw. Ogrodzie Zimowym. Obok Galerii Obrazów w pałacu Na Wyspie oraz Galerii Grafiki w Białym Domu należy ona do jednej z trzech głównych galerii w Łazienkach Królewskich. Można we niej zobaczyć stałą ekspozycję gipsowych i marmurowych rzeźb, które pochodzą m.in. z ocalałej z II wojny światowej kolekcji należącej do Stanisława Augusta Poniatowskiego.
W latach 2012 - 2014 w budynku odsłonięto, poddano konserwacji i uzupełniono znajdujące się pod warstwami farby malowidła autorstwa Jana Christiana Kamsetzera. Malowidła pokrywały ok. 60% powierzchni ścian w Ogrodzie Zimowym. Ich odkrycie należało do jednego z najważniejszych odkryć w Warszawie w ostatnich latach.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś odwiedzę park Królewski Łazienki i dane mi będzie zobaczyć inne znajdujące się w nim obiekty.
Drugi dzień maja udało mi się spędzić wraz ze znajomymi z Wydziału Teologicznego na jednodniowym wyjeździe do Warszawy. Ten mój wyjazd stał pod znakiem zapytania, bo jeszcze kilka dni wcześniej leżałam w szpitalu. Na szczęście wszystko wróciło na tyle do normy, że mogłam sobie pozwolić na takie małe szaleństwo i odpoczynek od szaleństwa ostatnich dni kwietnia.
Głównym punktem naszej wyprawy było zwiedzenie budynku Sejmu i Senatu znajdującego się na ul. Wiejskiej. Jednak zanim to się stało spędziliśmy jakieś 2 godziny na podziwianiu piękna Królewskich Łazienek, a przynajmniej ich części, bo zwiedzenie całości w tak krótkim czasie jest raczej niemożliwe.
Przed wejściem do Łazienek trwała próba przed uroczystościami z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja.
Łazienki Królewskie to pałacowo-ogrodowy zespół w Warszawie założony w XVIII wieku przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Od 1960 roku jest to siedziba Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie. Nazwa ta pochodzi od barakowego pawilonu Łaźni. Został on wzniesiony w końcówce XVII wieku przez Stanisława Herakliusza Lubomirskiego. Stanisław August Poniatowski przebudował go na pałac Na Wyspie.
Samochód należący do samego Marszałka Józefa Piłsudskiego
Powierzchnia całego kompleksu wynosi ok. 76 ha (dla kontrastu, moja babcia i dziadek mieli 5 ha ziemi uprawnej). Oprócz budynków, pawilonów i wolnostojących rzeźb można w nim zobaczyć też cztery ogrody: Królewski, Romantyczny, Modernistyczny i Chiński. Park został założony na skarpie warszawskiej, co miało duże walory krajobrazowe. Stworzone zostały urozmaicone warunki dla fauny i flory.
W różnych częściach parku wzniesiono niewielkie budynki ogrodowe, które zostały zaprojektowane przez nadwornych architektów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Obszar parku powiększono od strony zachodniej, a mieszkającą tam ludność przeniesiono do nowej osady nazwanej Nową Wsią.
Stanisław August Poniatowski przebywał w Łazienkach od końca maja do września. Gościł w nich przedstawicieli innych państw, uczonych i literatów. Władca mieszkał w pałacu Na Wyspie, jego rodzina w Białym Domu, wyżsi urzędnicy dworscy w pałacu Myślewickim, a niżsi i służba - w Wielkiej Oficynie. Już wtedy obiekt był dostępny dla publiczności.
Po śmierci ostatniego króla Polski Łazienki przejął jego bratanek - Józef. Od 1801 do 1805 roku w Białym Domu w okresie letnim mieszkał król Francji - Ludwik XVIII. W 1808 roku Belweder został oddany Onufremu Kickiemu, a kilka lat później cały kompleks ogrodowy został sprzedany carowi Aleksandrowi I. W 1818 roku wydzielono Ogród Botaniczny.
Za panowania Romanowów wzniesiono m.in. Świątynię Sybilli, Świątynię Egipską, Koszary Kantonistów i cerkiew św. Aleksandra Newskiego. Do Łazienek sprowadzono kolekcję drzew egzotycznych, na potrzeby której wzniesiono specjalny pawilon. Jej najważniejszą część stanowił największy w Europie zbiór drzew pomarańczowych (niektóre z nich liczyły 300-400 lat). Niestety, pozostawiona bez opieki na czas I wojny światowej kolekcja drzew pomarańczowych przemarzła już w 1915 roku, a sam pawilon, w którym znajdowały się drzewa, rozebrano po wojnie.
Wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości, Łazienki będące dawnym mieniem carskim przeszły na Skarb Państwa. Wywiezione przez Rosjan ruchome wyposażenie wróciło w 1921 r na mocy traktatu ryskiego. W 1926 roku odsłonięto znany pomnik Fryderyka Chopina. Rok później wybudowano hipodrom uważany za najpiękniejszy tego typu obiekt w Europie.
We wrześniu 1939 roku kolekcja Państwowych Zbiorów Sztuki została przewieziona do Muzeum Narodowych. Na terenie Łazienek stacjonowało wojsko. W 1940 roku niemieckie władze okupacyjne zarządzili zamknięcie ogrodu dla ludności polskiej. W ostatnich dniach maja 1940 roku wysadzono w powietrze pomnik Chopina. Łazienki przemianowano na Seegarten, a wiele dzieł sztuki wywieziono do rezydencji Hansa Franka w Krzeszowicach. Po upadku powstania warszawskiego Niemcy oblali benzyną wnętrza pałacu Na Wyspie i podpalili je. Pożary zniszczyły też Ermitaż i Starą Kordegardę, zaś Pałac Myślewicki, Biały Dom i Nową Pomarańczarnię zdewastowano. Zniszczone zostały też egzotyczne rośliny hodowane w Starej i Nowej Pomarańczarni oraz uszkodzono niektóre rzeźby na terenie ogrodu.
Od 1959 roku pod odbudowanym pomnikiem Fryderyka Chopina zaczęły być organizowane niedzielne koncerty chopinowskie. W kwietniu 1960 roku w Łazienkach utworzono muzeum, który został oddziałem Muzeum Narodowego w Warszawie. Po zakończeniu odbudowy i urządzenia wnętrz do zwiedzania udostępniono siedem pierwszych odresturowanych sal pałacu Na Wyspie. Na początku lat 70 park został przekazany pod opiekę Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót Ogrodniczych. 1995 rok przyniósł przekształcenie Muzeum Narodowego w samodzielną placówkę - Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie.
Lata 2012-2025 przyniosły kapitalny remont pałacu Na Wyspie, a także Amfiteatru i Pałacu Myślewickiego wraz z otoczeniem. Z alejek w parku całkowicie usunięto asfalt i zastąpiono go kostką brukową albo nawierzchnią mineralną. W 2018 roku do Muzeum Łazienki Królewskie przyłączono Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa. W związku z pandemią COVID-19 w marcu 2020 roku park wraz ze wszystkimi obiektami został zamknięty do odwołania, czyli 20 kwietnia 2020. W lipcu 2024 roku w wyniku niespotykanej od lat nawałnicy ucierpiało ponad 100 drzew w ogrodach Łazienek oraz elementy małej architektury. W parku znajduje się ok. 40 obiektów, z czego 10 z nich posiada bardzo dużą wartość historyczną i artystyczną. Do parku można wejść przez jedną z 10 bram. Muzeum Łazienki Królewskie należą do Stowarzyszenia Europejskich Rezydencji Królewskich.
Najlepsza ekipa do zwiedzania, czyli kierunek Nauki o Rodzinie
Właściwie jedynym obiektem, do którego udało nam się wejść i coś zobaczyć była Stara Pomarańczarnia skrywająca różne rzeźby w antycznym stylu. Jednak na wizytę w niej zapraszam Was w następnym wpisie.
Ostatnio trafiłam na kilka dni do szpitala. Zdarza się nawet najlepszemu. A że w tym czasie miałam mieć zajęcia z bierzmowanymi, to szybko i ogólnikowo napisałam, że ja z mojej strony je odwołuję, ale może ksiądz będzie czuł się na siłach, aby z nimi je zrobić. Nie pomyślałam jednak, że wiadomość tą przeczyta też i ksiądz. I tak miałam do niego pisać, że mnie nie będzie, ale wcześniej do mnie zadzwonił z pytaniem, czy coś się stało, że tak w przeciągu kilku godzin odwołałam spotkanie. Próbowałam mu wmówić, że źle się czuję i dlatego mnie nie będzie (co akurat było prawdą), ale w tle było za głośno i chyba domyślił się, że to coś poważnego. No i w sobotę, zamiast iść do konfesjonału spowiadać, wolał iść do mnie do ławki i mnie ochrzanić. Tylko, że ja podejrzewam, że to kumulacja sytuacji stresogennych na studiach sprawiła, że poczułam się tak, a nie inaczej, a nie to, że mam dużo na głowie. Oczywiście usłyszałam, że mam nawet nie liczyć, że on mi da rozgrzeszenie przy spowiedzi (to pójdę do innego księdza, ale tutaj też wyszło jego specyficzne poczucie humoru), a przy okazji, że on już sam ogarnie w tym roku wyjazd na Lednicę. Dobra, niech ogarnia, zobaczymy co zrobi za tydzień, jak on sam na kilka dni pójdzie do szpitala (o ile wyleczy kaszel). Ale na koniec zapytał mnie, czy na pewno wszystko już w porządku. Pomijając to, że lekarz na prawdę już nie ma pomysłu, co zrobić z moimi jelitami, odpowiedziałam mu, że tak. Więc może aż tak bardzo się na mnie nie wkurzył.
Ale jest i pozytywny aspekt tego całego zamieszania - udało mi się wreszcie przeczytać dwie książki, na które ostatnio nie miałam czasu, a które miałam wypożyczone z biblioteki, więc czas na ich przeczytaniem skracał się z każdym dniem. Obydwie łączyło to, że opowiadały w jakimś stopniu o dawnych programach w telewizji, a więc można było sobie przypomnieć stare dobre czasy. Dziś chciałabym Wam napisać o takich pozycjach, jak "Superniania kontra trzyletni Antoś. Jak telewizja uczy wychowywać dzieci" Anny Golus oraz "Dawno temu w telewizji" Kamila Bałuka.
Tytuł: "Supperniania kontra trzyletni Antoś. Jak telewizja uczy wychowywać dzieci"
Autor: Anna Golus
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Warszawa 2022
Ilość stron: 308
Pamiętacie program "Superniania" lecący na TVNie w niedzielne popołudnia? Ja pamiętam. Tak samo jak to, że denerwowałam młodszą siostrę mówiąc jej, że któregoś dnia przyjedzie do nas taka "Superniania", aby ją wychować, tak jak wychowuje niegrzeczne dzieci w programie. Dziś jednak wiem, że większość sytuacji była w nim wyreżyserowana, a książka "Superniania kontra trzyletni Antoś" tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu.
Anna Golus poprzez analizę pierwszego odcinka programu omawia i opisuje błędne wzorce wychowawcze przekazywane rodzicom przez tytułową Supernianię. Szczególnie oberwało jej się za legendarnego "karnego jeżyka" oraz ignorowanie ataku złości dzieci, jak też o pokazywanie ich wizerunku. Anna skontaktowała się też z kilkoma młodymi bohaterami programu i sprawdziła w jaki sposób udział w nim na nich wpłynął. Dodatkowo omówiła też kilka innych programów telewizyjnych, w których udział biorą dzieci.
Po latach od emisji programu zaczęłam przeczuwać, że coś z nim było nie tak. Kiedy oglądałam archiwalne odcinki nie podobało mi się traktowanie dzieci przez Dorotę Zawadzką. Niby nie pochwalała bicia dzieci, ale w jej metodach było coś nie tak. Dzisiaj, po latach oraz u schyłku studiów z pedagogiki wiem, że stosowała być może jeszcze gorszą metodę wychowawczą - chłód emocjonalny. I chyba nawet cieszę się, że zakończono jego emisji, bo na pewno nie przekazywał pozytywnych wzorców wychowawczych.
Tytuł: "Dawno temu w telewizji"
Autor: Kamil Bałuk
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2023
Ilość stron: 304
Kiedy widzi się okładkę przypominającą kultową, a zarazem legendarną już telegazetę, to można być niemal pewnym, że będzie ona dotyczyła telewizji. I rzeczywiście, w pozycji zatytułowanej "Dawno temu w telewizji" znajdziemy wiele ciekawostek dotyczących telewizji lat 90 początku XXI wieku.
Młody dziennikarz Kamil Bałuk przeprowadził i umieścił w książce wywiady ze swoistymi ikonami telewizji: Mariuszem Szczygłem (takl-show "Na każdy temat"), Jackiem Kawalcem (program "Randka w ciemno"), Elżbietą Zapendowską (program "Idol"), Pauliną Chylewską i Justyną Dżbik-Kluge (program "Rower Błażeja"), Rafałem Rykowskim (teleturniej "Piraci"), Iloną Łepkowską (scenarzystką wielu polskich telenowel), Arturem Barcisiem i Cezarym Żakiem (serial "Miodowe lata") Magdą Mołek (telewizja śniadaniowa), Michałem Fajbusiewiczem (program kryminalny "997") oraz Okiłem Khamidovem (reżyser m.in. "Świata według Kiepskich"). Lekkie pióro autora oraz dar w przeprowadzaniu wywiadów spowodował, że całość nie tylko czytało się bardzo przyjemnie, ale też kilka razy uśmiech zagościł na mojej twarzy.
Chociaż tytuł książki brzmi "Dawno temu w telewizji", to dla mnie większość poruszanych tematów jest raczej znajomych. Bardzo dobrze pamiętam wspominany w niej takl-show "Na każdy temat", seriale, do których scenariusze napisała pani Ilona Łepkowska, teleturniej "Piraci", czy też śmieszne teksty z "Miodowych lat" i "Świata według Kiepskich". Jednym słowem ze wszystkiego, co było kręcone i puszczane w telewizji na przełomie XX i XXI w. Myślę, że żyła nimi większość ówczesnych Polaków. Ale miło było wrócić do nich i odświeżyć sobie pamięć chociażby poprzez przeczytanie wywiadów zamieszczonych w książce.
A teraz czas poświęcić się czytaniu czegoś o papieżu Franciszku i zbliżającym się konklawe. Wraz z wyborem papieża zapoznałam się z jego biografią. Jednak teraz postanowiłam zapoznać się z tym, co on sam o sobie napisał. Konklawe zaś jest nie dość, że tematem rzeką, to jednak jakże na czasie. Mam tylko nadzieję, że nie rozczarują mnie te pozycje.
W pierwszą niedzielę po Wielkanocy, tzw. Niedzielę Bożego Miłosierdzia, Duszpasterstwo Akademickie "Centrum" spotkało się w siedzibie "Gościa Niedzielnego" na śniadaniu wielkanocnym. Dosłownie, bo spotkanie miało miejsce o 9 rano, tak aby wszyscy mogli na spokojnie na nie dojechać.
Na spotkanie każdy z nas miał coś przygotować. Ja zdeklarowałam się na ciasto. Rok temu zrobiłam mazurek, który zrobił furorę, w tym roku też postawiłam na ten wypiek, który już się sprawdził. A że było nas trochę (chociaż nie tak dużo, jak na Wigilii), toteż na stole pojawiły się same pyszności.
W Wigilię Paschalną w Archikatedrze Katowickiej chrzest, pierwszą Komunię i bierzmowanie przyjął przygotowujący się w naszej wspólnocie katechumen - Marcin. Śniadanie było zarazem zwieńczeniem jego "Białego Tygodnia". Na pamiątkę tego wydarzenia dostał akt specjalnego błogosławieństwa podpisanego przez, świętej pamięci już, papieża Franciszka. To takie coś w rodzaju naszych obrazków z dnia Pierwszej Komunii Świętej. A poza tym mieliśmy czas na rozmowy, na wspominanie, na podzielenie się z innymi swoimi uwagami i spostrzeżeniami.
A potem uczestniczyliśmy w Mszy świętej sprawowanej w naszej akademickiej krypcie przez 91-letniego biskupa-seniora archidiecezji katowickiej, Damiana Zimonia. Tradycyjnie już wzruszyła mnie sekwencja wielkanocna, tym razem razem w wersji łacińskiej, która bardzo trafia w moje serce (szczególnie tłumaczenie "Jagnie odkupiło owce", co odpowiada znanemu nam "Odkupił swe owce baranek bez zmazy"). Słowo kazania skierował do nas ksiądz Kris. Nawiązując do usłyszanej Ewangelii, prosił nas, abyśmy nie zamykali się w "wieczernikach" wspólnotowych, bo w byciu w jakiejś wspólnocie nie o to chodzi. Abyśmy to, co zyskamy poprzez obecność w nich wynieśli w świat. Do takich "niewiernych Tomaszów", czyli tym, którzy potrzebują namacalnych dowodów na to, aby w coś uwierzyć (oj, mam ja takich kilku w mojej rodzimej parafii). Marcinowi zaś zdjęto "białą szatę" na znak zakończenia jego białego tygodnia.
A po Mszy jeszcze na chwilę wróciliśmy do siedziby "Gościa Niedzielnego", aby posprzątać przyniesione przez nas rzeczy. Na szczęście w miarę szybko uwinęliśmy się z tym, toteż i mój powrót do domu był w miarę szybki. A dzięki temu mogłam jeszcze pójść na Koronkę do Bożego Miłosierdzia.
Pierwsze spotkanie "Piekarnika" po świętach poświęcone było dziedzictwu papieża Franciszka
Testament
Trzeba potrafić nie być dwudziestoletnim staruszkiem,
co nie widzi już sensu w swoim młodym życiu,
albo chce żyć jutrem,
zapominając, że jest "dziś"
Trzeba umieć zejść z wygodnej kanapy,
nawet gdy oglądamy ciekawy film,
poszukać wygodnych butów,
ukrytych pod stertą eleganckich pantofli.
I iść w nich na życiowe peryferia,
gdzie biedni, głodni, odrzuceni,
by zanieść im choć odrobinę nadziei,
niczym skibkę świeżego chleba.
Kiedy w niedzielę wielkanocną papież Franciszek wyszedł o zgromadzonych na placu św. Piotra wiernych, aby udzielić im specjalnego błogosławieństwa "Urbi et orbi" i powiedzieć do nich kilka słów, myślę że nikt się nie spodziewał, że to jego ostatnie publiczne wystąpienie, a nazajutrz wiele katolików zapłacze na wieść o śmierci 265 następcy św. Piotra. Wśród tych osób byłam i ja. To wszystko wydawało mi się tak nieprawdopodobne, tak nierealne...
Papież Franciszek był bliski mojemu sercu. Nawet nie wiem, czy nie bardziej niż nasz Jan Paweł II. Może dlatego, że pontyfikat Franciszka przeżywałam bardziej świadomie? Tych 12 lat zapisało się w mojej pamięci w formie najpiękniejszych wspomnień, które we mnie odżywają za każdym razem jak spoglądam na zdjęcie ze środowej audiencji generalnej, na której nasze dłonie stykając się ze sobą.
Ogłoszenie wyboru nowego papieża po niespodziewanej abdykacji nastąpiło 13 marca 2013 roku późnym popołudniem. Pamiętam, że wracałam wtedy w treningu pływackiego, w autobusie było włączone radio, spiker podał tą wiadomość. I nagle ktoś krzyknął: "Jezus, Maria, murzyn!". Po powrocie do domu okazało się, że to nie "murzyn", a całkowicie biały kardynał. Już od pierwszego przemówienia ujął mnie tym swoim "dobry wieczór". I tym, że określił siebie "papieżem z końca świata". No cóż, mógł być papież z dalekiego kraju, to dlaczego miałoby nie być takiego z końca świata?
I tak to się zaczęło
Msza Inauguracyjna wypadła w tym samym dniu, w którym kierowcy komunikacji miejskiej ogłosili strajk i niewyjechanie na trasę, a w związku z tym rektor AWFu w Kato dał nam dzień wolny. Zupełny przypadek, ale dzięki temu mogłam obejrzeć na spokojnie transmisję tego wydarzenia prosto z Wiecznego Miasta. Uderzył mnie tłum ludzi. A także zdanie, że najpierw dorośli opiekują się dziećmi, a po latach to dzieci powinny opiekować się swoimi rodzicami. Jakoś mnie to wzruszyło.
W wakacje w Rio de Janeiro odbywały się Światowe Dni Młodzieży. Śledziłam je z zapartym tchem w telewizji. To, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie to Droga Krzyżowa w ubogiej dzielnicy miasta. Pamiętam, że dawno nic mnie tak nie poruszyła, jak ona. A kiedy ogłoszono, że kolejne Światowe Dni Młodzieży odbędą się w Polsce, wiedziałam, że raczej mnie na nich nie zabraknie.
Zaledwie trzy miesiące później, 16 października 2013 roku, wraz z innymi niepełnosprawnymi wzięłam udział w wycieczce do Włoch, a jednym z punktów była środowa audiencja u papieża. Mieliśmy zarezerwowane najlepsze miejsca, te dla niepełnosprawnych, i szansę, że każdy z nas dotknie papieża. Niestety, spóźniliśmy się i mimo posiadania wejściówek, przy papieżu były tylko osoby poruszające się na wózkach, a cała reszta została skierowana na Plac św. Piotra. No nic, nie można mieć wszystkiego. Dla mnie liczyło się, że byłam tam w tak ważnym dla nas Polaków dniu, że widziałam papieża przejeżdżającego w papamobile. A że mnie nie dotknął... nie można mieć wszystkiego.
Czekałam więc na 2016 rok i Światowe Dni Młodzieży, a w międzyczasie taką moją tradycją, właściwie do samego końca pontyfikatu papieża Franciszka, był niedzielny Anioł Pański. Czasami oglądany jako retransmisja, ale zawsze mnie ciekawiło, co też papież ciekawego powie. I znowu mnie zachwyca tym, że niemal za każdym razem witał się z wiernymi zwykłym "Dzień dobry", a żegnał życząc dobrego obiadu i prosząc, aby nie zapominać o nim w swoich modlitwach. I jeszcze po każdej kanonizacji i beatyfikacji prosił o brawa dla nowych świętych i błogosławionych. A trochę ich się nazbierało przez tych 12 lat. Czasami udawało mi się obejrzeć jakąś transmisję takiej kanonizacji i zawsze czułam wtedy wzruszenie, a w mojej głowie pojawiała się jedna ze zwrotek pieśni "Ciebie Boga wysławiamy" - "Ze Świętymi w blaskach mocy, Wiecznej chwały zlej nam zdroje, Zbaw o Panie lud sierocy, Błogosław dziedzictwo swoje". Pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły jego pielgrzymce do Fatimy i kanonizowaniu dwóch pastuszków - jego imiennika Franciszka i jego siostry Hiacynty. Albo kanonizacji Jana Pawła II oraz Jana XXIII. Oraz wielu innym. Inną tradycją było oglądanie pasterek i Dróg Krzyżowych pod jego przewodnictwem. No i starałam się czytać jego adhortacje i encykliki, które bardziej do mnie przemawiały niż teksty jego poprzedników. Tak samo jak orędzia na Wielki Post.
Wspomniane Światowe Dni Młodzieży w 2016 roku były dla mnie przełomem pod każdym względem. Pierwszy raz brałam udział w tak ważnym i ogromnym wydarzeniu, i to jeszcze jako wolontariusz. Tego ostatniego zupełnie się nie spodziewałam, ale postanowiłam wykorzystać tą szansę. I nawet zmieniło się podejście do mnie niektórych osób w mojej parafii. Co prawda tylko na rok, ale jednak. A więc z jednej strony działałam, czując się podwładnym samego papieża, a z drugiej z uwagą słuchałam o tym, żeby być odważnym oraz żeby zejść z wygodnej kanapy, założyć wędrowne buty i iść w świat.
Kraków 2016
Panama 2019
Potraktowałam to nieco dosłownie, bo następnym punktem mojej przygody były Światowe Dni Młodzieży w... Panamie. Pomysł kosmiczny, zważając i na koszty i na to, że wydarzenie odbywało się w okresie sesji studenckiej. Nie wiem, jak ja dałam radę to wszystko ogarnąć, ale kiedy moje koleżanki męczyły się z kolejnymi egzaminami, ja kolejny raz słuchałam na żywo słów papieża. Myślicie, że gdyby nie ŚDM to poleciałabym do Panamy" Wątpliwe.
No i wreszcie Lizbona w 2023 roku, ponownie jako wolontariusz. Ech, cóż to był za wyjazd. Całkowicie samodzielny do obcego kraju bez znajomości lokalnego języka. Ale i tutaj, z Bożą pomocą, wszystko się udało. A radosny taniec wolontariuszy podczas naszego spotkania z papieżem na koniec wydarzenia zapamiętam chyba do końca życia. Tak samo jak to, że aż trzy razy papież przejechał tuż obok mnie.
Lizbona 2023
Ale zaledwie dwa miesiące przed Lizboną stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Prawie dziesięć lat po wizycie w Wiecznym Mieście ponownie je odwiedziłam, tym razem w ramach wyjazdu studyjnego. Nawet pomogłam organizatorowi w ułożeniu planu zwiedzania po opuszczeniu murów tamtejszego uniwersytetu. Nie mógł mi za to zapłacić, bo regulamin funduszy tego nie przewidywał, ale obiecał, że coś wymyśli, abym nie była "stratna". Ta zapłata przyszła podczas środowej audiencji generalnej. A raczej po niej, kiedy zaprowadził mnie pod barierki i kazał czekać na papieża. On wierzył, że uda mi się go dotknąć, ja nie. Trochę to trwało, zanim Franciszek do nas dojechał, ale przez moment nasze dłonie zetknęły się ze sobą. Jezu, co za paradoks - nieważny dla świata człowiek na kilka sekund staje się najważniejszy dla Głowy Kościoła Katolickiego. Tą myśl przywołuję, kiedy mam doła. I zawsze mi pomaga. To spotkanie bliżej opisałam >>tutaj<<.
To spotkanie w Portugalii było przesunięte o rok (pierwotnie miało się ono odbyć w 2022 roku) z powodu pandemii COVID-19. Paradoksalnie nawet z okresu pandemii przechowuję w pamięci obraz papieża, kiedy przemierzał świecący pustkami Plac św. Piotra, aby w samotności modlić o jej ustanie. Pamiętam, że wtedy koleżanka z roku pisała, że teraz to już na pewno nastąpi koniec świata... Jak widać, Ziemia dalej kręci się swoim rytmem. Inny obraz, sprzed kilku miesięcy, to Franciszek otwierający Drzwi Święte w Bazylice św. Piotra z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego 2025. I ten ostatni, z dnia przed śmiercią, kiedy po raz ostatni udzielił błogosławieństwa Miastu i światu.
Nie da się ukryć, że był to niebanalny człowiek, a co za tym idzie - i pontyfikat był niezwykle barwny i pełen niecodziennych sytuacji. Papież powiedział wiele ważnych słów (proszę, pomińmy "głupoty", jakie zdarzyło mu się powiedzieć, któż z nas nie ma ich na swoim sumieniu? A może to właśnie one sprawiły, że dystans między nim, a zwyczajnymi ludźmi diametralnie się zmniejszył?), wychodził na peryferia, do ubogich, starych, niepełnosprawnych, więźniów, a nawet do homoseksualistów. Pokazywał tym, że w oczach Boga każdy jest ważny bez względu na wszystko. Ale też się nie narzucał. On nawet z umieraniem postanowił jakby poczekać - tak jakby chciał dać, czy też pozwolić chrześcijanom na całym świecie cieszyć się ze zmartwychwstania Pana.
Dekoracja w Archikatedrze
Początkowo miałam ochotę lecieć na jego pogrzeb. Jeszcze w środę bilety do Rzymu i z powrotem kosztowały niecałe 900 zł. Ale w końcu zrezygnowałam. W życiu nie można mieć wszystkiego. W telewizji też można było wszystko zobaczyć i nawet było tłumaczenie na żywo. Myślę, że Franciszek by się nie obraził, zwłaszcza że zaraz potem potrzebowałam pomocy medyka*. Pożegnałam go najlepiej, jak w tamtym momencie mogłam. A wcześniej, w czwartek, w ramach Mszy przed spotkaniem formacyjnym DA, uczestniczyliśmy w Mszy za duszę papieża Franciszka w Archikatedrze w Kato. Było nas tak wiele, że aż zostaliśmy potem pochwaleni przez księdza Krisa, że ludzie w końcu zobaczyli nas jako wspólnotę. A potem wspólnie podsumowaliśmy ten dwunastoletni pontyfikat.
Dla mnie osobiście jego najważniejszym przesłaniem było wychodzenie na peryferie wiary - nie zamykanie się we własnej strefie komfortu, ale wychodzenie poza nią. Że każdy jest ważny - i ten pod cierpieniem zgięty, i ten do lasu wypchnięty, i ten bogaty, i ten biedny.
Mieliśmy się jeszcze spotkać podczas Jubileuszu Młodych w Rzymie na przełomie lipca i sierpnia. Byłoby to moje czwarte tego typu spotkanie, w tym trzecie (po Krakowie i Lizbonie) w charakterze wolontariusza. Tym razem przyjdzie nam się spotkać z innym, 267 z kolei, następcą św. Piotra. Nie chcę mówić, kto powinien nim zostać, chociaż na wielu blogach i profilach społecznościowych czytam, że papieżem powinien być ten czy tamten kardynał. Serio? Od czasów papieża Franciszka (bo kiedy wybierali papieża Benedykta wierzyłam, że to Franciszek Macharski będzie papieżem, ale byłam wtedy 15-letnią gimnazjalistką) trzymam się zdania, że kardynałowie dokonają właściwego wyboru. Jedynie ostatnio, kiedy robiliśmy dekoracje w kościele związaną z papieżem Franciszkiem, powiedziałam, że nowy papież mógłby się nazywać Łukasz.
- Dlaczego Łukasz? - zapytał Ksiądz Niosący Światło przypominając, że jeszcze nie było papieża o tym imieniu. Odpowiedziałam mu, że skoro św. Łukasz Ewangelista był lekarzem, to oznaczałoby to, że nowy papież będzie chciał uzdrowić Kościół. To nie jest moja autorska myśl, taki motyw przeczytałam kiedyś w jakiejś powieści, nie pamiętam jednak jakiej. Ksiądz raczej też jej nie czytał, bo pewnie by ją skomentował na swój sposób.
Ale papież Łukasz? Czemu nie...
* Chociaż z drugiej strony gdybym poleciała do Watykanu nie musiałabym się denerwować kolejną akcją zafundowaną mi przez prowadzącą zajęcia z teatru...A wtedy pewnie nie wylądowałabym na SORze. Jak dobrnę do końca tych studiów to będzie dobrze.