Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 16 lipca 2026

2408. Działo się to 775 lat temu...

Żył wtedy zakonnik, który nazywał się Szymon Stock. Z pochodzenia był urodzonym w dosyć zamożnej rodzinie w Avlesford w hrabstwie Kent ok. 1655 r. Anglikiem. Legenda głosi, że już w kołysce naznaczony był wybraniem maryjnym oraz, że jeszcze nie ukończył pierwszego roku życia, a już odmawiał "Zdrowaś Maryjo". Kiedy tylko nauczył się czytać recytował Małe Oficjum Najświętszej Maryi Panny i trwał w tym zwyczaju do końca życia. Gdy miał 6 lat zaczytywał się Biblią. Podania przekazują, że zazdrosny brat nękał go tak bardzo, że dwunastoletni Szymon opuścił dom i zamieszkał w pustym dębie. „Stock”, czyli słowo oznaczające pień drzewa, stało się jego przydomkiem. Po latach zwierzył się karmelitańskim współbraciom, że to właśnie w pustym pniu po raz pierwszy zobaczył Maryję.
Ta, co według Apokalipsy „zdeptała głowę węża” była jego pierwszą przewodniczką w życiu duchowym. Pokazała mu, czym tak naprawdę są pokusy prowadzące do grzechu, w jaki sposób je pokonywać i jak rozeznawać dobre i złe duchy. Swoje pustelnicze życie Szymon wiódł przez 12 lat, a następnie wrócił do domu. Aby ponownie powrócić na swoją pustelnię, podjął studia teologiczne oraz wstąpił do zakonu. Kiedy znowu otrzymał od Maryi polecenie z nieba - że wkrótce wstąpi do zakonu, którego nie było jeszcze w Anglii, natychmiast zareagował.
W owym czasie nękani przez Saracenów karmelici podjęli decyzję, aby przenieść się do Europy. Szymon nie mógł mieć o tym pojęcia, ponieważ mieszkał w pniu drzewa. Kiedy dwaj zakonnicy pokonawszy kanał La Manche pojawili się w okolicy Kentu, a wieść o tym dotarła do Szymona, ten bardzo szybko się do nich dołączył. Miał czterdzieści lat. Najpierw zamieszkali w okolicach Oksfordu. Potem, kiedy karmelici zaczęli oficjalnie funkcjonować na terenie Anglii, Szymon wstąpił do klasztoru w Aylesford. W wieku pięćdziesięciu lat złożył śluby. Wtedy też ukończył studia teologiczne z tytułem doktora.
Przez jakiś czas przebywał w Rzymie, a potem udał się na Górę Karmel. Tam został wybrany wikariuszem generalnym, a następnie generałem. Całą swoją nadzieję złożył w Maryi, prosząc ją o ratunek słowami napisanej przez siebie antyfony "Flos Carmeli":
Kwiecie Karmelu,
Płodna winnico,
Ozdobo niebios,
Matko-Dziewico,
O Najwybrańsza!
Matko łagodna,
Czysta i wierna,
Dzieciom Karmelu bądź miłosierna,
O Gwiazdo Morza"
W wieku osiemdziesięciu lat powrócił do Anglii. W Cambrige założył klasztor karmelitański. Miał świadomość trudności i prześladowań z którymi zmagał się zakon. Toteż cierpiał, pościł i trwał na modlitwie. Podobnie jak przed laty nie tracił nadziei i zwierzał się ze swych trosk Maryi, która też nigdy go nie zawiodła.
Odpowiedź Maryi przyszła w nocy, z 15 na 16 lipca 1251 roku. Osiemdziesięciosześcioletni wówczas karmelita przebywał w swojej celi pogrążony na modlitwie. Maryja objawiła mu się ze szkaplerzem w dłoni, podając go jako znak szczególnej opieki dla zakonu, wiekuistego przywileju i zobowiązania. Objawienie to zostało potwierdzone przez papieża Jana XXII. Matka Boża miała go o to osobiście poprosić we śnie.
Warto zauważyć, że Maryja nie skupiła się na szybkiej pomocy zakonowi, ani nie podpowiedziała jak wyjść z problemów. Dała jednak uniwersalne, ponadczasowe i pomocne w osiągnięciu zbawienia przez jego członków narzędzie. Nie tylko dla samych karmelitów, ale tych wszystkich będących gotowymi na wejście na katmalitańską ścieżkę  świętości. 
Według przesłań, Matka Boża ukazała się Szymonowi ze szkaplerzem zakonu w ręku i podała mu go mówiąc: "Przyjmij, mój umiłowany synu, ten szkaplerz dla twego zakonu. Jest on szczególnym znakiem mego upodobania, które uzyskałam dla ciebie i twoich dzieci z góry Karmel. To będzie przywilej dla ciebie i dla wszystkich karmelitów: każdy, kto będzie umierał odziany w ten strój, zostanie zbawiony. To znak zbawienia, ochrona w niebezpieczeństwach, gwarancja pokoju i pojednania”.
Maryja miała też zapewnić Szymona, że jej opieka nad noszącymi szkaplerz nie ustanie z chwilą śmierci, i że w pierwszy dzień jej poświęcony, czyli w pierwszą sobotę po zgonie, wyprowadzi duszę swego czciciela z czyśćca i przeprowadzi przez wrota nieba.
Sam Szymon Stock dożył stu lat. W tamtych czasach osiągnięcie takiego wieku było uznawane za fenomen, a przez wierzących w Boga za prawdziwy cud. Średnia wieku była bowiem dużo niższa. Niejednokrotnie pięćdziesięciolatków określano mianem starców. A jednak, mimo surowego życia, trudnych podróży i wielu obowiązków przeżył swoich rówieśników. Zmarł 16 maja 1265 roku w Bordeaux. Ubrany był w szkaplerz, maryjny płaszcz, który mu ona sama objawiła. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej".

wtorek, 14 lipca 2026

2407. Będziemy tańczyć, będziemy śpiewać, będziemy klaskać w dłonie swe...

Z potrzeby sytuacji ostatnie przedobozowe spotkanie sztabu organizacyjnego "Rafałków" mieliśmy w formie on-line. Zresztą przedostatnie też. Tak jest wygodniej - i dla mnie, i dla wszystkich innych. Gdyby nie to, musiałabym jechać do Wadowic. A tak mogłam z własnego mieszkania podzielić się swoimi pomysłami na spędzenie tych kilku dni. Ogólnie tematem przewodnim jest modlitwa "Ojcze nasz", a konkretniej poszczególne jej wezwania. A to i tak nie na każdy jego dzień. Już jakiś czas temu napisałam do większości z nich scenki, które zostały zaakceptowane przez głównych koordynatorów. Ów, bo już myślałam, że konieczne będą nie wiadomo jakie poprawki. Oprócz tego mam przygotować wezwanie "Bądź wola Twoja, jako w Niebie tak i na ziemi". Chciano mi dać jeszcze jeden, ale na pierwszy raz jeden temat mi wystarczy. 
Teoretycznie mam pomysł jak to ugryźć. Mam też jednak pewne obawy, ponieważ mam niewiele okazji do przygotowania zajęć dla osób dorosłych niepełnosprawnych umysłowo. Dla dzieci - owszem, dla młodzieży też. Ale dla dorosłych upośledzonych umysłowo chyba tylko w ramach praktyk zawodowych w Środowiskowym Domu Samopomocy. Tylko mii nie piszcie,, że to żadna różnica przygotować zajęcia dla dzieci i dla osób niepełnosprawnych umysłowo. Nie, nie i jeszcze raz nie. Oni też mają prawo do swojej godności i uwierzcie mi, że potrzebują prostych, ale nie dziecinnych przekazów. Mam jeszcze kilka dni, coś wymyślę. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Od siebie zaproponowałam naukę kilku tańców lednickich. Z bloga zapewne wiecie, że od kilku lat regularnie uczestniczę w spotkaniach młodzieży nad Jeziorem Lednickim. Jednak moje pierwsze zetknięcie się z tańcami miało miejsce dziesięć lar temu podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie i z miejsca je pokochałam. Podczas każdego spotkania pod Bramą-Rybą poznawany jest jeden nowy układ taneczny do jego hymnu przewodniego, ale też tańczone są układy do poprzednich hymnów. Dzięki temu barrdziej się wszysttko utrwala i łatwiej przywołuje w pamięci.
A ponieważ motywem przewodnim obozu jest modlitwa "Ojcze nasz" zaproponowałam, abyśmy nauczyli się układów ruchowych do piosenek "Tak, tak Panie" oraz "Ojcze prowadź mnie" : 
Propozycja uzyskała aprobatę. Mam nadzieję, że tym razem to ja nie nawalę i uda mi się przygotować wszystko na czas. Nie chcę zawieść tych, którzy mi zaufali, chociaż wiem, że na pierwszy raz może być trudny. Ale myślę, że gdyby wszystko obyło się bez trudu, to byłoby w życiu zbyt łatwo i prosto. Że każda przeciwność losu w jakiś sposób mnie zahartowuje i uczy szukać niekonwencjonalnych rozwiązań.
Myślę też nad grami towarzyskimi, jakie mogę ze sobą wziąć. "Remik" i "Scriba" raczej odpadają, ale taki "Wirus", czy "Tabu biblijne" mogą "przejść".

poniedziałek, 13 lipca 2026

2406. Tak sobie oglądam w deszczowe dni...

Jakiś czas temu na youtubie zaczęto zamieszcza archiwalne odcinki "Świata według Kiepskich" oraz "Rodziny zastępczej". Obydwa seriale komediowe zaczęły być emitowane około 1999 roku, ja jednak dobrze pamiętam, jak oglądałam ich powtórki w wakacyjjne poranki 2000 roku. Ech, jeszcze mam przed oczami, jak razem z kuzynkami siedzimy na wersalce u babci w saloniku i oglądamy odcinek z radiowęzłem, czy też z Klątwą Tutenchama, złotym jajkiem lub rewią mody. A potem odtwarzaliśmy je w naszych dziecięcych zabawach.
Ale wcześniej, na początku wakacji, musiały iść powtórki "Rodziny zastępczej". Skąd takie przypuszczenie? Tak mi się podobała jedna scena, że próbowałam ją odtworzyć za pomocą lalek, które potem wzięłam na wieś i zostały tam już na wieki wieków. Co ciekawe, nie siedziałam całymi dniami przed telewizorem, a tylko rano i wieczorem oglądałam to, co mnie interesowało. To były czasy...
Teraz w wolnych chwilach, najczęściej przypadających na deszczowe dni, podczas których trudno jest się gdzieś ruszyć, włączam sobie jakiś stary odcinek któregoś ze wspomnianych seriali. Łatwiej jest w przypadku "Rodziny zastępczej", bo tam odcinki wrzucane są po kolei. "Świat według Kiepskich" wrzucany jest losowo, chociaż udało mi się już znaleźć kilka takich, które zostały wyemitowane w latach 1999 - 2001. Mówcie sobie co chcecie, ale w mojej opinii, tamte były najlepsze. Chociaż kilka późniejszych też było dobrych. Oglądam, ale z perspektywy lat trochę inaczej je odbieram. Patrzę na nie z innej, dojrzalszej perspektywy. To, co kiedyś cieszyło, teraz zastanawia i wzbudza zastanowienie. Są jednak i takie sceny, które chyba już zawsze będą wywoływać uśmiech na moich ustach. Ponadczasowe skecze i gagi sytuacyjne. Wtedy, te 26 lat temu prawdopodobnie ich nie rozumiałam. Teraz znam podtekst, wiem o co w nich chodzi i co wyśmiewają.
A może tylko mi się wydaje, że wiem? Może tylko odbieram świat w swoim krzywym zwierciadle i tak też rozumiem to, co widzę na ekranie monitora. Może to co widzę jest czymś w rodzaju matrixa, świata widzianego tylko przeze mnie samą. Mimo wszystko, miło jest czasami się odmóżdżyć i obejrzeć coś na pozór bez sensu, a jednak mającego swój podtekst...

niedziela, 12 lipca 2026

2405. Matka Teresa Kierocińska, Czcigodna Sługa Boża z Sosnowca

Są takie osoby, które w poruszający i niezwykły sposób wpisują się w historię jakiegoś miasta, czy też obszaru. Jedną z takich postaci, która od ponad 100 lat związana jest z historią Zagłębia Dąbrowskiego, a konkretniej Sosnowca, jest Czcigodna Sługa Boża i Zgromadzenie, którego jest Współzałożycielką. Przez blisko 25 lat kierowała Zgromadzeniem Karmelitanek Dzieciątka Jezus, założonym przez ojca Anzelma od św. Andrzeja Corsini. 
Janina, bo tak brzmiało jej świeckie imię, przyszła na świat 14 czerwca 1885 roku w rodzinie Antoniego i Antoniny. Źródłem jej utrzymania były dochody z młynów wiatrakowych oraz praca w gospodarstwie rolnym. Ze związku Antoniego i Antoniny przyszło na świat dziesięcioro dzieci, z których czwórka zmarła po urodzeniu. Janina była siódmym ich dzieckiem, a zarazem ostatnim, które przeżyło. 21 czerwca została ochrzczona w kolegiacie pw. Michała Archanioła i Nawiedzenia NMP w Wieluniu.
Dziewczynka zdobyła dobre wykształcenie. W latach 1892 - 1894 uczęszczała do prywatnej szkoły elementarnej mieszczącej się przy ul. Gaszyńskiej. Swoją edukację kontynuowała w latach 1894 - 1900 na pensji prowadzonej przez panią Pelagię Zasadzińską. Aby zdobyć zawód w latach 1901 - 1903 uczęszczała na kurs haftu i szycia, które zorganizowano w pracowni Pelagii i Marii Pawelskich.
Według opowieści matki Teresy, pierwsze myśli o powołaniu zakonnym pojawiły się u niej po przyjęciu I Komunii Świętej. Miało to miejsce 9 czerwca 1895 roku w uroczystość Trójcy Przenajświętszej. W związku z zakończeniem edukacji w 1903 roku, Kierocińska postanowiła zrealizować swoje pragnienie oddania się na wyłączną służbę Jezusowi. Jej ojciec stanowczo się temu sprzeciwiał, toteż bez wiedzy rodziców opuściła rodzinny dom i wyjechała do Warszawy, gdzie rozpoczęła kandydaturę w Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo (szarytki). Jednocześnie pracowała w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Z czasem, na wyraźne życzenie ojca, wróciła do rodzinnego domu. Nie zaniechała jednak marzeń podjęcia życia w zakonie lub zgromadzeniu zakonnym. W 1907 roku starała się o przyjęcie do Zakonu Sióstr Bernardynek, które miały swój klasztor w Wieluniu. Spotkała się z odmową z ich strony. W latach 1907 oraz 1909 Janina Kierocińska, prawdopodobnie szukając możliwości wstąpienia do zakonu i znalezienia zatrudnienia, na krótko odwiedziła Kraków. Podczas drugiej wizyty udała się z pielgrzymką do położonej nieopodal Czernej, gdzie pierwszy raz spotkała ojca Anzelma Gądka, który zgodził się być jej kierownikiem duchowym.
W 1910 roku Kierocińska opuściła rodzinny dom w Wieluniu i na stałe przeniosła się do Krakowa. Na pewien czas wynajęła mieszkanie u Anieli Zawadzkiej będącej karmelitańską tercjarką oraz podjęła pracę w prowadzonej przez nią szkole haftu.
Kierując się radami i opiniami ojca Anzelma, Janina Kierocińska wstąpiła do III zakonu karmelitańskiego, funkcjonującego przy klasztorze karmelitów bosych w Krakowie. 14 maja 1911 r wedle ówczesnego zwyczaju zakonu świeckiego miały miejsce jej obłóczyny, w trakcie których przyjęła imię św. Teresy od Jezusa, z kolei 6 października złożyła tercjarską profesję. W 1913 roku Janina kolejny już raz chciała wstąpić do zakonu, tym razem do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego (duchaczki). Ostatecznie zaniechała tego kroku, napotykając kolejny raz na sprzeciw ojca.
W czasie I wojny światowej pracowała w zakładzie dla starszych i niepełnosprawnych prowadzonym przez siostry albertynki, początkowo opiekując się chorymi, a potem jako furtianka. W 1917 lub w 1918 roku Janina ponownie zgłosiła się do zakonu, tym razem do zgromadzenia karmelitanek bosych w Krakowie. Jej prośba spotkała się z odmową, tym razem ze strony samych sióstr. Po zakończeniu wojny Janina Kierocińska pozostała w Krakowie. W dalszym ciągu mieszkała w wynajmowanym mieszkaniu, zajmowała się haftem i krawiectwem. W maju 1921 roku zmarł jej ojciec. Po jego śmierci matka Janiny, Antonina, udzieliła jej swojego błogosławieństwa i wyraziła zgodę na wstąpienie córki do zakonu.
W 1921 roku ojciec Anzelm Gądek rozpoczął tworzenie nowego karmelitańskiego zgromadzenia zakonnego o charakterze apostolskim. Myśl o założeniu tego typu wspólnoty wzorowanej na istniejących na Zachodzie Europy zgromadzeniach nurtowała go od pewnego czasu. Jego plany i zamierzenia napotkały na sprzyjające okoliczności zewnętrzne. Biskup Władysłsaw Krynicki poinformował ojca Gądka, że ks. Franciszek Raczyński z diecezji kieleckiej poszukuje osób do pracy w kierowanym przez siebie Sielecko - Sosnowieckim Towarzystwie Dobroczynności. Zatrudnienie sióstr w Towarzystwie dawało solidne podstawy materialne nowo powstającemu zgromadzeniu.
We wspomnianym roku ojciec Anzelm otrzymał pozwolenie ordynariusza diecezji kieleckiej, biskupa Augustyna Łosińskiego, aby powstało nowe zgromadzenie. Funkcja jego pierwszej przełożonej przypadła właśnie Janinie Kierocińskiej. 31 grudnia 1921 roku zgromadzenie karmelitańskie rozpoczęło swoją działalność. Tego samego dnia w krakowskim klasztorze sióstr karmelitanek bosych odbyły się obłóczyny Janiny Kieracińskiej, która przyjęła imię Teresy od św. Józefa oraz Wandy Karynowskiej, która przyjęła imię Józefa od św. Teresy. Do postulatu przyjęto też cztery kandydatki. Jeszcze tego samego dnia cała wspólnota sióstr wyjechała do Sosnowca. Siostry zamieszkały w barakach Towarzystwa Dobroczynności, zaś na drugi dzień rozpoczęły pracę w instytucjach stowarzyszenia. Nazwę nowopowstałemu zgromadzeniu nadano dopiero we wrześniu. Brzmiała ona: Zgromadzenie Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus. Matka Teresa Kierocińska pracowała w Towarzystwie Dobroczynności do lipca 1922 roku. Nadzorowała ona działalność kuchni Polsko - Amerykańskiego Komitetu Pomocy Dzieciom, prowadziła dokumentację i kierowała pracami magazynów Towarzystwa. Szybko okazało się, że duża ilość obowiązków podjętych przez siostry utrudniała im zachowanie zakonnej reguły i dyscypliny. Za zgodą ojca Gądka i po uzgodnieniu z biskupem kieleckim Augustynem Łosińskim, siostra Kieirocińska podjęła decyzję o rezygnacji z pracy w Towarzystwie.
Wspólnota sióstr karmelitanek znajdowała się w trudnej sytuacji. Siostry nie posiadały bowiem własnego domu, a mieszkały w wynajmowanych mieszkaniach. 6 stycznia 1924 roku w Sosnowcu w domu przy ul. Naftowej matka Teresa Kierocińska wraz z innymi siostrami złożyła na ręce Anzelma Gądka swoją pierwszą profesję (czyli śluby zakonne). W tym samym czasie siostry zdobywały środki poprzez organizację kursów haftu i szycia oraz opiekę nad chorymi. Jesienią 1924 roku matka Teresa w imieniu całego zgromadzenia zakupiła dom w Sosnowcu przy ul.. Wiejskiej, a 14 września siostry wprowadziły się do niego. W stuletniej historii sióstr karmelitanek Dzieciątka Jezus dom ten odegrał bardzo ważną rolę.
W okresie międzywojennym matka Teresa Kieracińska została dwukrotnie wybrana na urząd przełożonej generalnej Zgromadzenia. Jednym z jej obowiązków było kierowanie pracami nad regulacją statusu prawnego zgromadzenia. Dzięki jej staraniom udało się w 1933 roku uzyskać zatwierdzenie konstytucji zgromadzenia, rok później dekret Stolicy Apostolskiej zatwierdzający dotychczasowe akty prawne zgromadzenia i zezwalający na śluby wieczyste wymienionych sióstr, zaś w 1936 roku agregację zgromadzenia do zakonu karmelitów bosych. Wyjątkowo trudny dla matki Teresy był okres do zatwierdzenia konstytucji zgromadzenia w 1933 roku. Do tego wydarzenia losy Zgromadzenia były niepewne, a jego dalsze lossy stały pod znakiem zapytania. Wypełniając obowiązki przełożonej generalnej karmelitanek, Matka Teresa koordynowała prace nad powstaniem i fundacją nowych placówek zakonnych oraz tworzeniem i działalnością kolejnych instytucji opiekuńczo-wychowawczych w Sosnowcu, m.in. pracownię haftu i szycia, ochronkę dla dzieci, freblówkę, koedukacyjną 4-klasową szkołę powszechną, która została poszerzona do sześciu klas oraz przedszkole im. świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.
3 października 1934 roku matka Teresa złożyła śluby wieczyste. Uroczystość miała miejsce w kaplicy domu zakonnego w Sosnowcu. Śluby te przyjął ojciec Gądek. W trakcie tej samej uroczystości na ręce matki Teresy swoje śluby złożyły cztery inne siostry zakonne.
Matka Teresa Kierocińska miała zakończyć swoją drugą kadencję jako przełożona zgromadzenia w 1944 roku. Wobec wojny i okupacji niemieckiej biskup częstochowski podjął decyzję o przedłużeniu mandatu dla władz zakonnych do chwili ustania nadzwyczajnej sytuacji wojny i okupacji. Pomimo obaw o dalsze losy Zgromadzenia matka Teresa pozostała wraz z innymi siostrami w Sosnowcu. Niewielka wspólnota zakonna zamieszkująca klasztor stała się w okresie okupacji niemieckiej punktem pomocy dla doświadczonych wojną i okupacyjną rzeczywistością ludzi. W pomieszczeniach klasztoru znajdowały schronienie osoby wysiedlone przez Niemców. Ze względu na znaczną ilość osób zgłaszających się o pomoc materialną, siostry latem 1940 roku zorganizowały i uruchomiły jadłodajnię dla biednych. Duże ilości żywności pojawiające się w klasztorze stały się przyczyną plotek. Krążyły nawet podejrzenia, że matka Teresa podpisała volkslistę. W 1942 roku niemieccy urzędnicy przybyli do klasztoru i namawiali wszystkie siostry do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. Matka Teresa wraz z innymi siostrami zdecydowanie odmówiły, powołując się na swoją polskość. Proboszcz parafii Świętej Trójcy w Będzinie, jako spowiednik sióstr, w tym trudnym okresie odwiedzał sosnowiecki klasztor. Podsumowując rolę przełożonej i jej starania o klasztor przyznał: "Matka Generalna w tych czasach wykazała nadzwyczajny hart ducha. Zgromadzenie zakonne, pomimo trudnych warunków, żyło i pracowało zupełnie normalnie. Reguła zachowywana była z największą dokładnością, modlitwa trwała bez przerwy, adoracja błagalna o pokój dla świata i o ratunek dla nieszczęśliwego Narodu Polskiego. Zupełnie normalnie przyjmowane były nowe kandydatki, odbywał się nowicjat, obłóczyny, profesja, zupełnie jak w dobrych czasach. Same biedne nie odmawiały pomocy ubogim i głodnym. Matka Generalna powiedziała:: >>nikt głodny od naszej furty odejść nie może<<".
Kieracińska współpracowała z polskim ruchem oporu. Dzięki jej pomocy w klasztorze sosnowieckim byli ukrywani członkowie organizacji konspiracyjnych oraz oddziałów partyzanckich. Byli to chorzy i ranni, którym siostry udzielały pomocy pielęgniarskiej oraz ci, którzy musieli ukrywać się i czekać na przerzucenie ich na inny teren. Siostry przygotowywały dla żołnierzy paczki z żywnością, odzieżą i lekami, 
Sytuacja okupacyjna wymusiła założenie sierocińca. Do klasztoru coraz częściej trafiały dzieci, którzy stracili rodziców w czasie wojny. Pierwszym z takich dzieci była przyniesiona we wrześniu 1943 roku żydowska dziewczynka. Pod koniec wojny siostry miały pod swoją opieką 12 niemowląt i większą grupkę starszych dzieci. Ten dom dziecka funkcjonował w Sosnowcu do lat 60 XX wieku. Dzięki odwadze i otwartości matki Teresy, klasztor stał się schronieniem dla prześladowanych przez Niemców Żydów. Nie jest znana historia wszystkich ocalonych Jedynie matka Teresa wiedziała ile osób narodowości żydowskiej ukrywało się w placówkach prowadzonych przez siostry. Schronienie w klasztorach znajdowały zarówno dzieci, jak i dorośli. Świadectwa uratowanych osób przyczyniły się do przyznanie siostrze na początku lat 90. XX wieku tytułu "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata".
W czasie niemieckiej okupacji matka Teresa przywiązywała wielką wagę do umacniania nadziei na szczęśliwe zakończenie wojny. Zachęcała inne siostry do modlitwy oraz umartwiania. Modlitwy, posty i czuwania przed Najświętszym sakramentem ofiarowywano szczególnie w intencji osób znajdujących się w niebezpieczeństwie. W okresie okupacji upowszechniło się nabożeństwo do Najświętszego Oblicza Pana Jezusa. To Matka Kierocińska rozpowszechniła wizerunek tego Oblicza i modlitwy ku jego czci. Kaplica w sosnowieckim klasztorze była dla Polaków szczególnym miejscem modlitwy o wolność Ojczyzny oraz o szybkie zakończenie wojny. 
Okupacja niemiecka niezwykle ciężko doświadczyła całą rodzinę Kierocińskich. Matka Teresa z wielkim bólem przeżywała kolejne ciosy spadające na jej krewnych. W 1939 roku jej brat Stanisław został rozstrzelany przez Niemców, zaś jej rodzinę wygnano z rodzinnego domu. Rok później zmarła jej matka. Matka Teresa nie mogła przybyć na jej pogrzeb, ponieważ niemiecka władza nie wydały dokumentów uprawniających do przekroczenia granicy. W kolejnych latach kilkoro członków jej rodziny znalazło się w obozach koncentracyjnych.
Po zakończeniu II wojny światowej matka Teresa pozostała w Sosnowcu. Organizowała działalność placówek Zgromadzenia w nowych warunkach społeczno-politycznych. Kolejna kapituła generalna karmelitanek Dzieciątka Jezus miała się odbyć 20 lipca 1946 roku. Życzeniem biskupa T. Kubiny było, aby matka Teresa ustąpiła z funkcji przełożonej generalnej i nie kandydowała na następną kadencję. Siostra jednak zmarła kilka dni wcześniej. Na początku lipca karmelitanka ciężko zachorowała na ropne zapalenie otrzewnej. Ze względu na jej ciężki stan medycy odstąpili od operacji. Zmarła w sosnowieckim klasztorze w opinii świętości 12 lipca 1946 roku.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się 15 lipca. Przewodniczył im biskup pomocniczy diecezji częstochowskiej, Stanisław Czajka. Na prośbę ordynariusza diecezji biskupa Kubiny uroczystą Mszę św. żałobną odprawiono w kościele Wniebowzięcia NMP w Sosnowcu, po czym duży kondukt żałobny z ciałem zmarłej przeszedł przez całe miasto na cmentarz przy Alei Józefa Mireckiego.
Ciało matki Teresy spoczywało na cmentarzu parafialnym w Sosnowcu do 1982 roku, kiedy to dokonało ekshumacji doczesnych szczątków zmarłej, aby złożyć je w sarkofagu znajdującym się w kaplicy macierzystego zgromadzenia. Po wybudowaniu kościoła pw. Najświętszego Oblicza Pana Jezusa w Sosnowcu w 2005 roku doczesne szczątki Służebnicy Bożej zostały złożone w nowym sarkofagu znajdującym się w tymże kościele. 3 maja 2013 roku w Watykaknie promulgowano dekret o heroiczności jej cnót. Od tej pory przysługuje jej tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.

środa, 8 lipca 2026

2403. "Poczta serc" - prekursor "Marzycielskiej poczty"

Przez wiele, wiele lat w naszym kkraju działał niezwykły projekt noszący nazwę "Marzycielska Poczta". Jego ideą było wysyłanie zgłoszonym dzieciom, zmagającym się z ciężkimi chorobami, kartek ze słowami otuchy. W zamyśle były kartki, ale zdarzało się, że ludzie wysyłali też drobne upominki, mające na celu umilenie dzieciom czasu  spędxzonego w szpitalach i na różnych terapiach. W akcji brrały udział nie tylko indywidualne osoby, ale też cale firmy, zakłady pracy, a nawet szkooły. Wszystko po to, aby pokazać ciężko chorym dzieciom, że nie są same w tej walce. Projekt niestety upadł w okolicach pandemii. Szkoda, bo na pewno sprawił uśmiech na ustach niejednego podopiecznego.
W ostatni weekend po raz kolejny obejrzałam film, który być może był inspiracją do stworzenia wspomnianego projektu - "Poczta serc". Przedstawia on historię ośmioletniego chłopca imieniem Craig. Kiedy ten wesoły i pełen życia malec, na co dzień zapalony piłkarz, zaczyna słabnąć i gorzej się czuć, rodzice zabierają go do szpitala. Po wielu badaniach  lekarze wykrywają w mózgu chłopca guza - potworniaka. Zaczyna się walka o zdrowie, ale też życie Craiga. Pewnego dnia chłopiec otrzymuje kartkę z życzeniami od kolegów z klubu sportowego. Mama, widząc ile radości przysporzyła ona choremu dziecku, prosi krewnych, znajomych, a z czasem i obcych ludzi, o przesyłanie Craigowi podobnych kartek. Z czasem ich liczba przewyższa wszelkie wyobrażenia, a na horyzoncie pojawia się nawet wizja pobicia rekordu Guinnesa. Jak wpłynie to na zdrowie chłopca i na relacje między członkami rodzin?
Film w przystępny sposób pokazuje nie tylko rodzinną walkę ze śmiertelną chorobą młodszego dziecka, ale też to, jak ona wpływa na więzy między jej członkami i na kondycję całej rodziny. Mamy tutaj przebywające cały czas w szpitalu cierpiące dziecko, zmęczonych rodziców szukających różnych dróg ratunku, ale też sfrustrowanego starszego brata, który odszedł na dalszy plan. A jednak film pokazuje, że wzajemnej miłości połączonej z wyrozumiałością nic nie jest w stanie zniszczyć, nawet choroba. 
Historia Craiga oparta jest na autentycznej historii. Istnieją jednak różne wersje co do dalszych losów chłopca, który był pierwowzorem. Według jednej, podanej na końcu filmu, Craige przeżył. Według innej - zmarł. Jednak, jakkolwiek nie zakończyłaby się ta historia, jej pozytywną stroną jest powstanie podobnych inicjatyw w różnych częściach świata.