Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 11 lipca 2015

Jak to dobrze mieć porządek w papierach

No i nie pojechałam do Krakowa. Rano obudziłam się z 38 stopniami temperatury. Jeszcze musiałam dokładnie przyjrzeć się czerwonemu słupkowi rtęci, bo nie chciało mi się wierzyć, że mam aż tyle. No cóż, zważając na fakt, że jutro jadę na obóz sportowy, dzisiaj musiałam zrezygnować z wycieczki do Krakowa. Jakoś tego jednak nie żałuję, ponieważ w ciągu roku akademickiego codziennie bywam w tym królewskim mieście. Rano wysłałam więc mojej A. SMSa, że zostaje w domu, a następnie do taty, czy by mi czegoś nie przyniósł, bo przecież w moich zasobach lekowych są tylko te, które zażywam na stałe, a trochę ich jest. Dlatego miejsca na te sporadyczne brak. W ogóle to nie choruje się latem, więc czuję się niejako usprawiedliwiona tym brakiem. Czekając na działanie tabletek włączyłam sobie drugą część wspomnianej wczoraj bajki - "Samoloty". I muszę przyznać, że tym razem byłam mile zaskoczona. Zazwyczaj drugie części są gorsze od pierwowzoru, jednak w przypadku "Samolotów" sprawa się ma zupełnie inaczej. Tym razem bajka dostała na filmwebie zasłużone 8/10 :).
Po obejrzeniu bajki miałam ochotę poczytać sobie książkę Iwony Kienzler dotyczącą Zofii Nałkowskiej, jednak byłam tak słaba, że po prosto zasnęłam. A koteczek razem ze mną. Stęsknił się skubaniec i nie opuszcza mnie ani na krok. A tutaj czeka nas kolejna, tym razem dziesięciodniowa, rozłąka. I znowu sierściuszek wyląduje u rodziców. Już nie wiem, kto jest w tym wszystkim biedniejszy - kot, czy człowiek.

Po południu zalogowałam się natomiast na stronie rekrutacyjnej krakowskiego AWFu. Już jakiś czas temu postanowiłam, że ponownie złożę papiery na studiach magisterskich, tym razem z przyczyn logistycznych w Krakowie. Jak ja to pogodzę, nie wiem. Ale pogodzę. Nie mogę się poddać, tylko dlatego że ktoś miał "ale" do mojej wymowy. Nikt nie jest doskonały. I należy go akceptować takim, jakim jest. Tym bardziej, że nie wymagałam cudów. Mam nadzieję, że teraz pójdzie mi lepiej. Jedyne co mnie martwi to limit miejsc dla studentów z drugiego kierunku - tylko 18. Niby licencjat skończyłam ze średnią powyżej 4, a mimo to mam obawy, że się nie dostanę. Póki co postanowiłam poszukać potrzebnych dokumentów. W tym celu sięgnęłam po gigantyczny segregator z dosłownie wszystkim, zaczynając od świadectw szkolnych, poprzez całą masę dyplomów, aż po dokumentację medyczną. Szukałam, szukałam i zonk! Wiedziałam nawet w której koszulce powinnam szukać, dlatego wszystko z niej wyjęłam. Akurat mam to szczęście, że z reguły wiem co gdzie trzymam. Tym razem jednak się pomyliłam. Zgońmy to na karb przeziębienia. Nie pozostawało mi nic innego niż na nowo wszystko sobie ułożyć. To akurat robota niewymagająca wstawania z łóżka. Podczas układania kartek dostałam olśnienia, żeby sprawdzić jedną z podpisanych teczek, czy w niej nie ma wymaganych dokumentów. Bingo! Wiedziałam, że coś mi zostało z poprzedniej rekrutacji. Tym bardziej, że dokładnie pamiętałam, że po egzaminie licencjackim dostałam dwa druczki potwierdzające jego zdanie. Teraz muszę tylko wnieść opłatę rekrutacyjną i czekać na werdykt komisji. Ale tym się zajmę dopiero po powrocie z obozu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz