Drugim etapem naszej sobotniej pielgrzymki była stolica Dolnego Śląska - Wrocław. Jest on położony ok. 20 minut jazdy od Trzebnicy. Dzieje Wrocławia są dosyć burzliwe. Wielokrotnie znajdował się poza granicami Polski, by w końcu na mocy konferencji poczdamskiej w 1945 roku został przekazany naszemu krajowi. Jedno z najstarszych miast Polski lokowanych na prawach miejskich znane jest dzisiaj z licznych krasnali, znajdujących się niemal na każdym jego rogu.
Zwiedzanie miasta, pod opieką przewodnika, rozpoczęliśmy od jego najstarszej części, czyli Ostrowa Tumskiego. Tutaj po raz pierwszy miałam okazję się wykazać - przewodnik zapytał czy wiemy co oznacza nazwa "Ostrów Tumski". Zewsząd była cisza, więc nieśmiało szepnęłam, że "Ostrów" pochodzi od "wyspy", a "Tumski" od "katedry". Szefowa scholi przekazała to dalej.
- Bardzo dobra odpowiedź, proszę pani - skwitował przewodnik.
- Ale to nie ja. To nasz Lolek - poprawiła go, spoglądając w moją stronę.
- A wiecie może, gdzie jeszcze znajduje się Ostrów Tumski?
- W Poznaniu - szepnęłam, co znowu zostało przekazane dalej. I oczywiście okazało się prawdą.
| Po wyjściu z autokaru naszym oczom ukazał się rząd rybitw |
Wrocławski Ostrów Tumski widziałam już podczas wyjazdu na święcenia księdza Boskiego Oskiego oraz MGS-u. Teraz jednak miałam okazję dogłębniej poznać jego historię. Pierwszym obiektem, którego historia została nam przedstawiona był kościół św. Marcina, prawie najstarszej świątyni w mieście. Jest to fragment dawnego piastowskiego zamku w tym mieście. Nie wchodziliśmy do środka, za to na zewnątrz jest widoczna tablica z rzeką i historyczną stolicą Polski(niestety, nie cyknęłam fotki). Pytanie brzmiało: co to za rzeka i stolica.
- Wisła i Kraków - szepnęłam, bo oczywiście dalej nie chciałam się wychylać przed szereg. Jak myślicie(a może wiecie) - trafiłam, czy spudłowałam?
Następnie udaliśmy się pod kościół św. Krzyża z charakterystycznym świętym znajdującym się tuż przed nim. Kolejne pytanie przewodnika brzmiało: co to za święty.
- Święty Jan Nepomucen - widząc, że wszyscy milczą, znowu się odezwałam.
- To znowu Karolina - powiedziała pani hmm, może nazwijmy ją Dyrygent, bo dyryguje w parafialnej scholi. Z boku usłyszałam szepty, mam nadzieję, że nie na mój temat. Ale w sumie, ten święty był dla mnie banalny do rozwiązania - ze swoimi dwunastoma gwiazdami na głowie(symbolizującymi gwiazdy, które wskazały miejsce jego utonięcia w wodach Wełtawy) oraz krzyżem w ręce.
Za Janem Nepomucenem, jak już wspomniałam, znajduje się gotycka kolegiata Świętego Krzyża i Świętego Bartłomieja. Ciekawostką architektoniczną są tutaj "dziury" w wieżach, umożliwiająca postawienie rusztowania w razie remontu.
Na prawo od kolegiaty znajduje się "serce" Ostrowa Tumskiego, czyli archikatedra św. Jana Chrzciciela. Jest to gotycka świątynia orientowalna(tzn. ołtarz znajduje się na wschodzie, aby ukazywać wiernym drogę ku Zmartwychwstaniu - to moja odpowiedź na kolejne pytanie zadane przez przewodnika). Zniszczona podczas II wojny światowej, została ponownie odbudowana. Jest doskonałym przykładem na sklepienie trójdzielne. Znajdują się w nim m.in. ocalałe z Hali Stulecia organy, które zastąpiły te, które uległy zniszczeniu w trakcie bombardowania miasta.
Przed archikatedrą znajduje się figura Matki Bożej z Dzieciątkiem. Przewodnik zadał pytanie, czy coś nam ona przypomina.
- Apokaliptyczną wizję pokonania zła(co prawda ilość gwiazd mi się nie zgadzała, bo w Piśmie Świętym było ich 12, a tutaj tylko 7, jednak wąż pod nogami Maryi mówił sam za siebie, zresztą podobny posąg znajduje się w Krakowie przez kościołem św. Bartłomieja z Sieny i tak mi się skojarzyło).
Przed opuszczeniem Ostrowa Tumskiego zahaczyliśmy jeszcze o najstarszy wrocławski kościół, mający za patrona św. Idziego. Chyba najbardziej jest on znany z legendy o klusce, która znajduje się na szczycie arkady. Otóż żył sobie kiedyś chłop, który kochał jeść kluski śląskie przyrządzane przez żonę. Niestety, kobieta zmarła. Od tej pory chłop rozpaczał, bo nie miał co jeść. Wybrał się więc do Wrocławia, ale przysnęło mu się przy tymże kościele. We śnie przyszła do niego żona i obiecała, że będzie miał magiczny kociołek, który co noc będzie mu się napełniał kluskami. Warunek był tylko jeden - na dnie naczynia musi zawsze zostawać jedna z nich. Po obudzeniu okazało się, że to prawda - przed chłopem znajdował się garnek pełen klusek. Uszczęśliwiony chłop, zapominając o przestrogach żony, postanowił zjeść wszystkie z nich. Ostatnia jednak nie dała się złapać i uciekła na arkadę, gdzie skamieniała. Sam garnek już nigdy się nie napełnił.
Nieopodal kościoła św. Idziego znajduje się zielony skwer, na którym umieszczono "tajemnicze" latarnie. Przewodnik zapytał, czy wiemy na co są one zapalane.
- Na gaz - szepnęłam do dyrygentki, która podała odpowiedź dalej, zaznaczając, do kogo ona należy. Oczywiście znowu punkt dla mnie.
Opuszczając Ostrów Tumski minęliśmy jedną ze ścian archikatedry, na której widnieje głowa z grymasem bólu. Wedle kolejnej miejskiej legendy, przed wiekami w mieście mieszkał wyrabiające przedmioty z kruszców szlachetnych złotnik. Jednak żaden naszyjnik ani złoty pierścień nie mógł się równać z urodą jego córki. Wkrótce zakochał się w niej przyuczający się do zawodu złotnika praktykant. Dziewczyna odwzajemniała to uczucie. Kochankowie musieli się jednak ukrywać ze swoim uczuciem, ponieważ złotnik nigdy nie zgodziłby się na ślub swojej ukochanej jedynaczki z biednym czeladnikiem. Pewnego wieczoru złotnik nie mógł zasnąć i wyszedł do ogrodu, gdzie zobaczył ukochaną córkę w objęciach praktykanta. W gniewie kazał mu natychmiast opuścić dom i się mu nie pokazywać. Czeladnik postanowił jednak, że pójdzie w świat i wróci kiedyś do złotnika z niewyobrażalnym bogactwem. Pech chciał, że za murami miasta napadli na niego rozbójnicy i zabrali niewielki dobytek. Czeladnik stwierdził, że nie uda mu się wzbogacić uczciwą pracą, dlatego postanowił dołączyć się do zbójeckiej bandy. Szybko stał się zbójcą - rabował, napadał na kupców, potrafił napaść na biedaków, którzy wracali z ciężko zarobionymi na targu groszami. Minęło kilka lat i rozbójnik miał już dwa worki kosztowności. Zarzucił je na konia, założył bogaty strój i wjechał przez Bramę Świdnicką do miasta. Skierował się do domu złotnika, którego drzwi otworzyła mu jego córka. On jednak nawet na nią nie spojrzał, tylko poszedł do izby, w której pracował jego dawny mistrz i rzucając worki na stół przyznał, że teraz ma tyle złota, że może sobie za nie kupić córkę złotnika. Mistrz z podnieceniem oglądał złote bransolety, naszyjniki i diademy. Nagle ujrzał pierścień, który był zdecydowanie jego robotą. Zamówił go u niego bogaty kupiec, który po opuszczeniu miasta został napadnięty, ograbiony, aż w końcu zabity. Złotnik szybko domyślił się, skąd pochodzi przyniesione mu złoto. Spojrzał w stronę chłopaka, ale on już wybiegł z ich domu i zaczął planować zemstę. Wieczorem podkradł się pod warsztat złotnika, podłożył pod niego ogień i uciekł na drugą stronę Odry, gdzie wdrapał się na katedralną wieżę. Wyjrzał przez małe okienko, chcąc popatrzeć jak cały dobytek mistrza jest niszczony przez ogień, a on sam w jednej chwili staje się nędzarzem. Z radością przyglądał się jak ogień trawi jego dobytek, a następnie przenosi się na sąsiednie domy i obejmuje pół miasta. Chłopak uznał, że zemsta została dokonana i postanowił opuścić Wrocław. Jednak kiedy próbował wyciągnąć głowę z okienka, ale otwór zrobił się tak ciasny, że ledwie mógł ją odwrócić. To mury zaczęły zacieśniać się wokół jego szyi. Krzyczał, ale zajęci walką z ogniem ludzie po prostu go nie słyszeli. Zrozumiał, że nie uda mu się wydostać z wieży i pozostanie w katedralnych murach już na zawsze. I tak też się stało. A wykrzywioną grymasem rozpaczy i niedowierzania twarz do dzisiaj można oglądać na katedralnej wieży.
Po zwiedzeniu Ostrowa Tumskiego udaliśmy się w stronę głównego rynku miejskiego. Przy kościele p.w. Najświętszej Maryi Panny(inaczej "kościół na Piasku") można było jeszcze raz rzucić okiem na Ostrów Tumski, aby podziwiać jego piękno.
Kierując się w stronę rynku głównego weszliśmy na chwilę do Kościoła Najświętszej Maryi Panny. Jest on przykładem kościoła halowego. Żałuję, że nie można było przejść za okratowanie, bo z chęcią przyjrzałabym się szeregowi trójdzielnych obrazów. Kilka lat temu kościół ten słynął ze szopki, którą wraz z niepełnosprawnymi budował jeden z księży posługujących w świątyni.
Następnie minęliśmy Halę Targową, budynek wybudowany na początku XX wieku i pełniący do dzisiaj swoją pierwotną funkcję. Po drugiej stronie Hali znajduje się gmach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, przed którym znajduje się krasnal wzorowany na profesorze... Janie Miodku. Wszystko dlatego, że przed laty profesor wykładał na tejże uczelni.
Idąc Placem Biskupa Nankiera dotarliśmy do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, jednego z najbogatszych i najstarszych ośrodków kultury polskiej. Tak przy okazji to idąc Placem Nankiera warto zwrócić uwagę na wkomponowane w pewnym momencie w chodnik metalowe tabliczki przedstawiające najważniejsze fakty z historii miasta. Wśród nich możemy zobaczyć poświęconą m.in. lokacji miasta(1241 r.), założeniu Uniwersytetu Wrocławskiego(1702), czy też wielkiej powodzi(1997). A to przecież tylko niektóre z tzw. Stolpersteinów, które są regularnie poszerzone o te z nowymi wydarzeniami. W Zakładzie Ossolińskich znajdują się bogate zbiory biblioteczne, w tym ważne starodruki i rękopisy("Pieśni" Jana Kochanowskiego, czy też rękopis poematu "Pan Tadeusz"). Pierwotnym źródłem utrzymania Zakładu były dochody z majątków ziemskich jego fundatora - Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, a jego siedziba znajdowała się we Lwowie. Po wysiedleniu z miasta Polaków i odłączeniu go od Polski, Ossolineum, wraz z 1/3 zasobów zostało przeniesione do Wrocławia, gdzie znajduje się do dzisiaj. W chwili obecnej kontynuuje swoją misję jako fundacja narodowa Zakład Narodowy imienia Ossolińskich. Zakład Ossolińskich znajduje się w niegdysiejszym kompleksie zabudowań wrocławskiego klasztoru Szpitalików z Czerwoną Gwiazdą, który został założony w połowie XIII w. Działał on aż do 1811 roku, a następnie został przekształcony w Gimnazjum św. Macieja wraz z internatem, które zaś zostało przekształcone we wspomniane Ossolineum.
- Założę się, że nikt z was nie wie z czego zasłynął jeden z dziewiętnastowiecznych uczniów mieszczącego się tutaj gimnazjum, Jan Dzierżoń. Dodam tylko, że ma to związek z pszczelarstwem.
Zapadła głucha cisza, która wywołała uśmiech na twarzy przewodnika. Mnie jednak coś świtało w związku z tym nazwiskiem, chociaż do pszczelarstwa mi bardzo daleko(a nawet mam uczulenie na miód). Co prawda brat Młodej jest technikiem-pszczelarzem(chociaż jest na studiach weterynaryjnych), ale mnie daleko jest z fachową wiedzą na ten temat. Postanowiłam jednak zaryzykować.
- Wynalazł ul z wysuwanymi częściami, w których pszczoły wytwarzają miód.
Przewodnika co najmniej zatkało z wrażenia, chociaż wydał z siebie niezidentyfikowany jęk.
Innych pielgrzymów też co najmniej zatkało z wrażenia.
Proboszcz o mało nie zbierał szczęki z chodnika z wrażenia.
- Skąd wiedziałaś o tym ulu? - zapytała mnie pani Dyrygent, kiedy ruszyliśmy dalej.
- Po prostu przeczytałam "Historię pszczół" i tam była o tym wzmianka - odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą. Dyrygentka dołączyła do grona kompletnie zatkanych. A ja czułam się jak przybysz z planety "Encyklopedia".
Z Zakładu im. Ossolińskich przemieściliśmy się pod gmach rektoratu Uniwersytetu Wrocławskiego. Na jego dziedzińcu znajduje się pomnik nagiego studenta, który tym razem trzymał w ręku szablę(czasami jest ona zabierana przez amatorów białej broni), zachowany symbol jego godności.
Zmierzając dalej w stronę Rynku Głównego minęliśmy m.in. średniowieczne więzienie na ul. Więziennej oraz bardzo ciekawy, przynajmniej jak dla mnie, pomnik "Ku czci Zwierząt Rzeźnych" znajdujący się na ulicy Jatki. Niegdyś na tej ulicy znajdowały się sklepy rzeźnicze i stąd jej nazwa. A przy okazji najmłodsi dowiedzieli się, jak przechowywano mięso w czasach przedlodówkowych - wyławiano spływającą Odrą krę i zakopywano w ziemi, tworząc w ten sposób swoistą chłodnicę.
W oddali zaczął majaczyć nam kościół p.w. św. Elżbiety Węgierskiej, a to oznaczało, że byliśmy już prawie, prawie na rynku głównym, który jest nieco mniejszy i trochę starszy od tego, który kojarzymy z Krakowa. Nawet pan przewodnik się śmiał, że wrocławianie, zaprawieni w budowaniu u siebie rynku, pojechali potem do Krakowa, budować drugi. Z biegiem czasu wokół Rynku zaczęły powstawać kamienice patrycjatu, a następnie ciągłe pierzeje, które utrwaliły podziały własnościowe. W XIX wieku poprowadzono przez niego linie tramwaju(konnego i elektrycznego), które kursowały tamtędy do połowy lat 70 ubiegłego wieku. Rynek nie uległ większym zniszczeniom podczas działań wojennych. Po zakończeniu walk w pierwszej kolejności wyremontowano ratusz wraz z zabytkowymi kościołami. Pozostałą zabudowę zaczęto remontować w 1953 roku, prace trwały ok. 10 lat. W końcówce lat go powierzchnia Rynku została wyremontowana, zlikwidowano też ruch samochodowy oraz odnowiono większość elewacji. Jeszcze tylko rzuciliśmy okiem na dwie charakterystyczne kamienice, niegdyś domki opiekunów ołtarzy kościelnych, a zarazem granica cmentarza wspomnianego kościoła św. Elżbiety, nazwane humorystycznie "Jasiem i Małgosią" i udaliśmy się na Plac Solny, na którym kiedyś sprzedawano jakże cenną sól, miejsce zbiórki po odwiedzeniu jarmarku bożonarodzeniowego.
Bo ostatnim punktem wycieczki był tenże jarmark. W sumie niczym nie różnił się od tego w Królewskim Krakowie. Można było pochodzić pomiędzy kramami, poprzyglądać się różnym rzeczą, pośmiać, a także coś sobie kupić.
Po godzinie 17:00 wszyscy zebrali się w umówionym miejscu i udaliśmy się na parking, gdzie czekał na nas autokar. W zadowolonych humorach wracaliśmy do naszych ciepłych domów.
Wycieczkę uważam za udaną, chociaż chodzenia było co nie miara, w dodatku było dość zimno. No i w pewnym momencie aparat odmówił mi posłuszeństwa, co zresztą widać w powyższej notatce(a raczej czego nie widać). To jednak da się nadrobić, bo mam nadzieję jeszcze nie raz odwiedzić to cudowne miasto. Kto wie, być może latem wybiorę się szlakiem Wrocławskich Krasnali. Czy ktoś z Was byłby chętny wybrać się ze mną w wirtualny sposób?
Na prawo od kolegiaty znajduje się "serce" Ostrowa Tumskiego, czyli archikatedra św. Jana Chrzciciela. Jest to gotycka świątynia orientowalna(tzn. ołtarz znajduje się na wschodzie, aby ukazywać wiernym drogę ku Zmartwychwstaniu - to moja odpowiedź na kolejne pytanie zadane przez przewodnika). Zniszczona podczas II wojny światowej, została ponownie odbudowana. Jest doskonałym przykładem na sklepienie trójdzielne. Znajdują się w nim m.in. ocalałe z Hali Stulecia organy, które zastąpiły te, które uległy zniszczeniu w trakcie bombardowania miasta.
Przed archikatedrą znajduje się figura Matki Bożej z Dzieciątkiem. Przewodnik zadał pytanie, czy coś nam ona przypomina.
- Apokaliptyczną wizję pokonania zła(co prawda ilość gwiazd mi się nie zgadzała, bo w Piśmie Świętym było ich 12, a tutaj tylko 7, jednak wąż pod nogami Maryi mówił sam za siebie, zresztą podobny posąg znajduje się w Krakowie przez kościołem św. Bartłomieja z Sieny i tak mi się skojarzyło).
Przed opuszczeniem Ostrowa Tumskiego zahaczyliśmy jeszcze o najstarszy wrocławski kościół, mający za patrona św. Idziego. Chyba najbardziej jest on znany z legendy o klusce, która znajduje się na szczycie arkady. Otóż żył sobie kiedyś chłop, który kochał jeść kluski śląskie przyrządzane przez żonę. Niestety, kobieta zmarła. Od tej pory chłop rozpaczał, bo nie miał co jeść. Wybrał się więc do Wrocławia, ale przysnęło mu się przy tymże kościele. We śnie przyszła do niego żona i obiecała, że będzie miał magiczny kociołek, który co noc będzie mu się napełniał kluskami. Warunek był tylko jeden - na dnie naczynia musi zawsze zostawać jedna z nich. Po obudzeniu okazało się, że to prawda - przed chłopem znajdował się garnek pełen klusek. Uszczęśliwiony chłop, zapominając o przestrogach żony, postanowił zjeść wszystkie z nich. Ostatnia jednak nie dała się złapać i uciekła na arkadę, gdzie skamieniała. Sam garnek już nigdy się nie napełnił.
| Kluska mało widoczna, ale uwierzcie mi, że jest na tej arkadzie |
- Na gaz - szepnęłam do dyrygentki, która podała odpowiedź dalej, zaznaczając, do kogo ona należy. Oczywiście znowu punkt dla mnie.
Opuszczając Ostrów Tumski minęliśmy jedną ze ścian archikatedry, na której widnieje głowa z grymasem bólu. Wedle kolejnej miejskiej legendy, przed wiekami w mieście mieszkał wyrabiające przedmioty z kruszców szlachetnych złotnik. Jednak żaden naszyjnik ani złoty pierścień nie mógł się równać z urodą jego córki. Wkrótce zakochał się w niej przyuczający się do zawodu złotnika praktykant. Dziewczyna odwzajemniała to uczucie. Kochankowie musieli się jednak ukrywać ze swoim uczuciem, ponieważ złotnik nigdy nie zgodziłby się na ślub swojej ukochanej jedynaczki z biednym czeladnikiem. Pewnego wieczoru złotnik nie mógł zasnąć i wyszedł do ogrodu, gdzie zobaczył ukochaną córkę w objęciach praktykanta. W gniewie kazał mu natychmiast opuścić dom i się mu nie pokazywać. Czeladnik postanowił jednak, że pójdzie w świat i wróci kiedyś do złotnika z niewyobrażalnym bogactwem. Pech chciał, że za murami miasta napadli na niego rozbójnicy i zabrali niewielki dobytek. Czeladnik stwierdził, że nie uda mu się wzbogacić uczciwą pracą, dlatego postanowił dołączyć się do zbójeckiej bandy. Szybko stał się zbójcą - rabował, napadał na kupców, potrafił napaść na biedaków, którzy wracali z ciężko zarobionymi na targu groszami. Minęło kilka lat i rozbójnik miał już dwa worki kosztowności. Zarzucił je na konia, założył bogaty strój i wjechał przez Bramę Świdnicką do miasta. Skierował się do domu złotnika, którego drzwi otworzyła mu jego córka. On jednak nawet na nią nie spojrzał, tylko poszedł do izby, w której pracował jego dawny mistrz i rzucając worki na stół przyznał, że teraz ma tyle złota, że może sobie za nie kupić córkę złotnika. Mistrz z podnieceniem oglądał złote bransolety, naszyjniki i diademy. Nagle ujrzał pierścień, który był zdecydowanie jego robotą. Zamówił go u niego bogaty kupiec, który po opuszczeniu miasta został napadnięty, ograbiony, aż w końcu zabity. Złotnik szybko domyślił się, skąd pochodzi przyniesione mu złoto. Spojrzał w stronę chłopaka, ale on już wybiegł z ich domu i zaczął planować zemstę. Wieczorem podkradł się pod warsztat złotnika, podłożył pod niego ogień i uciekł na drugą stronę Odry, gdzie wdrapał się na katedralną wieżę. Wyjrzał przez małe okienko, chcąc popatrzeć jak cały dobytek mistrza jest niszczony przez ogień, a on sam w jednej chwili staje się nędzarzem. Z radością przyglądał się jak ogień trawi jego dobytek, a następnie przenosi się na sąsiednie domy i obejmuje pół miasta. Chłopak uznał, że zemsta została dokonana i postanowił opuścić Wrocław. Jednak kiedy próbował wyciągnąć głowę z okienka, ale otwór zrobił się tak ciasny, że ledwie mógł ją odwrócić. To mury zaczęły zacieśniać się wokół jego szyi. Krzyczał, ale zajęci walką z ogniem ludzie po prostu go nie słyszeli. Zrozumiał, że nie uda mu się wydostać z wieży i pozostanie w katedralnych murach już na zawsze. I tak też się stało. A wykrzywioną grymasem rozpaczy i niedowierzania twarz do dzisiaj można oglądać na katedralnej wieży.
Po zwiedzeniu Ostrowa Tumskiego udaliśmy się w stronę głównego rynku miejskiego. Przy kościele p.w. Najświętszej Maryi Panny(inaczej "kościół na Piasku") można było jeszcze raz rzucić okiem na Ostrów Tumski, aby podziwiać jego piękno.
Kierując się w stronę rynku głównego weszliśmy na chwilę do Kościoła Najświętszej Maryi Panny. Jest on przykładem kościoła halowego. Żałuję, że nie można było przejść za okratowanie, bo z chęcią przyjrzałabym się szeregowi trójdzielnych obrazów. Kilka lat temu kościół ten słynął ze szopki, którą wraz z niepełnosprawnymi budował jeden z księży posługujących w świątyni.
Następnie minęliśmy Halę Targową, budynek wybudowany na początku XX wieku i pełniący do dzisiaj swoją pierwotną funkcję. Po drugiej stronie Hali znajduje się gmach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, przed którym znajduje się krasnal wzorowany na profesorze... Janie Miodku. Wszystko dlatego, że przed laty profesor wykładał na tejże uczelni.
Idąc Placem Biskupa Nankiera dotarliśmy do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, jednego z najbogatszych i najstarszych ośrodków kultury polskiej. Tak przy okazji to idąc Placem Nankiera warto zwrócić uwagę na wkomponowane w pewnym momencie w chodnik metalowe tabliczki przedstawiające najważniejsze fakty z historii miasta. Wśród nich możemy zobaczyć poświęconą m.in. lokacji miasta(1241 r.), założeniu Uniwersytetu Wrocławskiego(1702), czy też wielkiej powodzi(1997). A to przecież tylko niektóre z tzw. Stolpersteinów, które są regularnie poszerzone o te z nowymi wydarzeniami. W Zakładzie Ossolińskich znajdują się bogate zbiory biblioteczne, w tym ważne starodruki i rękopisy("Pieśni" Jana Kochanowskiego, czy też rękopis poematu "Pan Tadeusz"). Pierwotnym źródłem utrzymania Zakładu były dochody z majątków ziemskich jego fundatora - Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, a jego siedziba znajdowała się we Lwowie. Po wysiedleniu z miasta Polaków i odłączeniu go od Polski, Ossolineum, wraz z 1/3 zasobów zostało przeniesione do Wrocławia, gdzie znajduje się do dzisiaj. W chwili obecnej kontynuuje swoją misję jako fundacja narodowa Zakład Narodowy imienia Ossolińskich. Zakład Ossolińskich znajduje się w niegdysiejszym kompleksie zabudowań wrocławskiego klasztoru Szpitalików z Czerwoną Gwiazdą, który został założony w połowie XIII w. Działał on aż do 1811 roku, a następnie został przekształcony w Gimnazjum św. Macieja wraz z internatem, które zaś zostało przekształcone we wspomniane Ossolineum.
- Założę się, że nikt z was nie wie z czego zasłynął jeden z dziewiętnastowiecznych uczniów mieszczącego się tutaj gimnazjum, Jan Dzierżoń. Dodam tylko, że ma to związek z pszczelarstwem.
Zapadła głucha cisza, która wywołała uśmiech na twarzy przewodnika. Mnie jednak coś świtało w związku z tym nazwiskiem, chociaż do pszczelarstwa mi bardzo daleko(a nawet mam uczulenie na miód). Co prawda brat Młodej jest technikiem-pszczelarzem(chociaż jest na studiach weterynaryjnych), ale mnie daleko jest z fachową wiedzą na ten temat. Postanowiłam jednak zaryzykować.
- Wynalazł ul z wysuwanymi częściami, w których pszczoły wytwarzają miód.
Przewodnika co najmniej zatkało z wrażenia, chociaż wydał z siebie niezidentyfikowany jęk.
Innych pielgrzymów też co najmniej zatkało z wrażenia.
Proboszcz o mało nie zbierał szczęki z chodnika z wrażenia.
- Skąd wiedziałaś o tym ulu? - zapytała mnie pani Dyrygent, kiedy ruszyliśmy dalej.
- Po prostu przeczytałam "Historię pszczół" i tam była o tym wzmianka - odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą. Dyrygentka dołączyła do grona kompletnie zatkanych. A ja czułam się jak przybysz z planety "Encyklopedia".
Z Zakładu im. Ossolińskich przemieściliśmy się pod gmach rektoratu Uniwersytetu Wrocławskiego. Na jego dziedzińcu znajduje się pomnik nagiego studenta, który tym razem trzymał w ręku szablę(czasami jest ona zabierana przez amatorów białej broni), zachowany symbol jego godności.
Zmierzając dalej w stronę Rynku Głównego minęliśmy m.in. średniowieczne więzienie na ul. Więziennej oraz bardzo ciekawy, przynajmniej jak dla mnie, pomnik "Ku czci Zwierząt Rzeźnych" znajdujący się na ulicy Jatki. Niegdyś na tej ulicy znajdowały się sklepy rzeźnicze i stąd jej nazwa. A przy okazji najmłodsi dowiedzieli się, jak przechowywano mięso w czasach przedlodówkowych - wyławiano spływającą Odrą krę i zakopywano w ziemi, tworząc w ten sposób swoistą chłodnicę.
W oddali zaczął majaczyć nam kościół p.w. św. Elżbiety Węgierskiej, a to oznaczało, że byliśmy już prawie, prawie na rynku głównym, który jest nieco mniejszy i trochę starszy od tego, który kojarzymy z Krakowa. Nawet pan przewodnik się śmiał, że wrocławianie, zaprawieni w budowaniu u siebie rynku, pojechali potem do Krakowa, budować drugi. Z biegiem czasu wokół Rynku zaczęły powstawać kamienice patrycjatu, a następnie ciągłe pierzeje, które utrwaliły podziały własnościowe. W XIX wieku poprowadzono przez niego linie tramwaju(konnego i elektrycznego), które kursowały tamtędy do połowy lat 70 ubiegłego wieku. Rynek nie uległ większym zniszczeniom podczas działań wojennych. Po zakończeniu walk w pierwszej kolejności wyremontowano ratusz wraz z zabytkowymi kościołami. Pozostałą zabudowę zaczęto remontować w 1953 roku, prace trwały ok. 10 lat. W końcówce lat go powierzchnia Rynku została wyremontowana, zlikwidowano też ruch samochodowy oraz odnowiono większość elewacji. Jeszcze tylko rzuciliśmy okiem na dwie charakterystyczne kamienice, niegdyś domki opiekunów ołtarzy kościelnych, a zarazem granica cmentarza wspomnianego kościoła św. Elżbiety, nazwane humorystycznie "Jasiem i Małgosią" i udaliśmy się na Plac Solny, na którym kiedyś sprzedawano jakże cenną sól, miejsce zbiórki po odwiedzeniu jarmarku bożonarodzeniowego.
Bo ostatnim punktem wycieczki był tenże jarmark. W sumie niczym nie różnił się od tego w Królewskim Krakowie. Można było pochodzić pomiędzy kramami, poprzyglądać się różnym rzeczą, pośmiać, a także coś sobie kupić.
Po godzinie 17:00 wszyscy zebrali się w umówionym miejscu i udaliśmy się na parking, gdzie czekał na nas autokar. W zadowolonych humorach wracaliśmy do naszych ciepłych domów.
Wycieczkę uważam za udaną, chociaż chodzenia było co nie miara, w dodatku było dość zimno. No i w pewnym momencie aparat odmówił mi posłuszeństwa, co zresztą widać w powyższej notatce(a raczej czego nie widać). To jednak da się nadrobić, bo mam nadzieję jeszcze nie raz odwiedzić to cudowne miasto. Kto wie, być może latem wybiorę się szlakiem Wrocławskich Krasnali. Czy ktoś z Was byłby chętny wybrać się ze mną w wirtualny sposób?

Byłam we Wrocławiu raz, na dwa dni. Przepiękne miasto. Świetny wyjazd~!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Nie byłam jeszcze we Wrocławiu, marzy mi się aby go zwiedzić. Piękne miasto, ma podobną architekturę do Torunia.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło :)
Zabawna legenda, jakby przestroga przed obżarstwem:-)
OdpowiedzUsuńDobrze napisane. :)
UsuńTy zdolniacho nieśmiała. ;) Ja tak w szkole odpowiadałam, nikt mnie nie słyszał. hehe Legenda o klusce...hahahah jak to śmiesznie brzmi. To jedna z najfajniejszych legend. :D Bardzo fajny wpis kochana, a Tyś zdolna kobieta i niech każdy to widzi, bo taki diament i tal lśni, nie ukryjesz go. :) Najserdeczniej pozdrawiam. :)))
OdpowiedzUsuńCiesze się, że zwiedziłaś to piękne miasto. Pozdrawiam cieplutko.
OdpowiedzUsuńKocham Kraków
OdpowiedzUsuńUwielbiam to miasto,a dziś podziwiam Twoją wiedzę❣️❤️♥️
Jestem pod wrażeniem
Byłam we Wrocławiu, oczarował mnie 😀
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko na miły dzień, dla mnie urodzinowy🙋💖🏵️🍵
Wrocław, a przy okazji Świdnica, Zagórze Śląskie, Jaworzyna Śląska i Gmina Żarów. Piękny mamy region.
OdpowiedzUsuńLegenda o klusce to kolejny znak dla mnie, żeby, żeby mniej jeść:)
OdpowiedzUsuńBuziaki, Karolinko.
Witaj już pomikołajkowo
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że Mikołaj nie ominął Twojego domu i pod poduszką włożył prezent, który sprawił Ci dużo radości.
Mój o mnie nie zapomniał. A Ty sprawiłaś mi przyjemność opowieścią o Wrocławiu.
Pozdrawiam ciepłem jeszcze pojedynczej adwentowej świecy