Dobrze pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam w filmie dokumentalnym o tym zdarzeniu. Trwały wakacje 2003 roku, a ja miałam niespełna 13 lat. Przebywałam wtedy na wyjeździe u babci na wsi, a że nie było u niej telewizji, na "Dobranocki"(a przy okazji i "Wiadomości") chodziłam do kuzynów.
Pewnego dnia usłyszałam zapowiedź dokumentu noszącego tytuł "Hindenburg - powietrzny >>Titanic<<". Zaintrygował mnie, głównie ze względu na człon "Titanic". Historia legendarnego transatlantyku była mi znana, nie tylko ze strony słynnego filmu w reżyserii Camerona, ale licznych dokumentów puszczanych na specjalistycznych stacjach telewizyjnych. Zresztą rok wcześniej podzieliłam się swoją wiedzą w tym temacie ze społecznością szkoły do której uczęszczałam(podczas lekcji wychowawczej opowiedziałam o moim dość nietypowym zainteresowaniu, no i wychowawczyni "załatwiła" mi prelekcję na ten temat), więc nie mogła się ona opierać na poniekąd fikcji filmowej.
Zajawka nie dawała mi spokoju. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, aby obejrzeć ten program. Pamiętam do dzisiaj, że akurat tuż przed tym rozpętała się burza z piorunami. A w taką pogodę ciotka wyłączała prąd w całym domu. Na szczęście wszystko przeszło na czas. Uprosiłam ciocię, abym mogła wcześniej włączyć telewizor. Nie pamiętam co mi odpowiedziała, pamiętam, że obejrzałam cały faworyzowany dokument. Zrobił na mnie wrażenie nie mniejsze niż filmy o "Titanicu". I na długo wbił się w pamięć. Kiedy kilka miesięcy później w gazetach wynoszonych przez sąsiada zobaczyłam artykuł o "Hindenburgu" zrobiłam wszystko, aby go zdobyć. Nie miałam wtedy jeszcze internetu, więc każda taka wzmianka była dla mnie na wagę złota.
Lata 30. XX roku to era narodzin podróży powietrznych przez ocean. Najpopularniejszym transportem powietrznym były zeppeliny, zwane też sterowcami. Wyprodukowany w Niemczech "Hindenburg"(nazwany na cześć byłego prezydenta tego kraju) uchodził za najbardziej luksusowy sterowiec na świecie. 3 maja 1937 roku zeppelin wraz z 36 pasażerami oraz 61 członkami załogi, wyruszył w powietrzny rejs do Ameryki. Jak się okazało - ostatni.
W przeciwieństwie do "Titanica" to nie był dziewiczy rejs "Hindenburga". Sterowiec od roku przemierzał powietrzną przestrzeń(pierwszy lot odbył nad Jeziorem Bodeńskim). Pod koniec marca 1936 roku brał udział w akcji propagandowej "Deutschlandfahrt" polegającej na rozrzucaniu ulotek zachęcających do popierania remilitaryzacji Nadrenii. Miał za sobą 17 lotów przez ocean i nie tylko. Można go było zobaczyć chociażby we Wrocławiu, Olsztynem, Olsztynkiem, a nawet podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Berlinie.
"Hindenburg" mierzył 245 m długości oraz 41 m średnicy. Napędzany był czterema wysokoprężnymi silnikami Daimler Mercedes Benz, każdy o sile 1200 koni mechanicznych. Dzięki temu mógł rozwinąć prędkość do 135 kilometrów na godzinę oraz udźwignąć 60 ton. Pokład wyposażony był w 70 kabin pasażerskich, kabiny dla załogi, jak i luksusowe pomieszczenia(w jednym z nich znajdował się np. fortepian Bluethner"). W celu poprawienia aerodynamiki, pomieszczenia dla pasażerów ulokowano wewnątrz kadłuba, a nie w podwieszonej pod spodem gondoli.
W założeniu sterowiec miał być napełniany helem, jednak z powodu narzuconego przez Stany Zjednoczone embargo przerobiono go na stosowanie wodoru. Nie było to problemem, ponieważ Niemcy miały doświadczenie z użyciem tego typu gazu. Aby nie doszło do zapłonu gazu, poszycie sterowca wykonano z materiału zapobiegającego wyładowaniom elektrycznym. Niewątpliwie zaletami zastosowania wodoru była jego niska cena oraz uproszczenie konstrukcji, dzięki któremu obniżenie pułapu statku powietrznego następowało po upuszczeniu części wodoru, a więc nie było konieczności instalowania skomplikowanych urządzeń do bezstratnego sprężania drogiego helu. Atutem była też siła nośna wodoru. Z drugiej strony to wodór mógł się stać źródłem tragedii, jaka miała miejsce na "Hindenburgu".
6 maja 1937 roku, po trzydniowej podróży przez Atlantyk, zeppelin znalazł się nad Nowym Jorkiem. Tuż przed osiągnięciem celu nad miastem rozpętała się burza, co nieco opóźniło dotarcie do bazy, co dodatkowo spowodowało pokrycie połaci sterowca ładunkiem elekromagnetycznym. Podczas cumowania na lotnisku w Lakehurst(stan New Jersey) zauważono, że kadłub ogarniają płomienie. W zaledwie 37 sekund ze wspaniałego sterowca pozostał jedynie goły szkielet. W wyniku zdarzenia zginęło 13 pasażerów, 22 członków załogi oraz główny członek załogi naziemnej, kapitan Ernst Lehmann(odpowiadał za starty "Hindenburga"). Co ciekawe, wiele ofiar nie straciło życia w płomieniach, lecz zostało przygniecionych przez skaczących ze statku pasażerów. Katastrofę udało się przeżyć m.in. kapitanowi sterowca - Max'owi Pruss'owi, który z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala.
Katastrofa "Hindenburga" została w interesujący sposób przedstawiona w jednym z odcinków serialu dokumentalnego "Tuż przed tragedią" emitowanych przez stację "National Geographic"(na dzień dzisiejszy znajduje się on na platformie cda). Jeden z ekspertów specjalizujących się w badaniach katastrof lotniczych, zanalizował tragedię sterowca. Doszedł do wniosku, że tak gwałtowny jego pożar mogło wywołać jedynie zapalenie się mieszanki wodoru i tlenu. Jednak pomimo pokrycia poszycia łatwopalnym materiałem, ogień nie był w stanie rozprzestrzeniać się tak szybko(co zresztą potwierdził przeprowadzony eksperyment).
Analiza dokumentów i zeznań świadków pozwoliła reżyserom programu na przedstawienie następującej kolejności zdarzeń:
- Lądowanie sterowca poprzedziła gwałtowna zmiana kierunku wiatru. W związku z tym kapitan dał rozkaz wykonania ostrego skrętu w lewo w celu utrzymania odpowiedniego kursu.
- Powyższy manewr spowodował zerwanie jednej z wielu stalowych lin, które wzmacniały konstrukcję kadłuba. Tego typu zerwania lin zdarzały się jednak już wcześniej.
- Zrywająca się lina uszkodziła jeden ze zbiorników z wodorem, który znajdował się w części ogonowej statku. Z uszkodzonego zbiornika zaczął wydobywać się gaz i ulatniać do atmosfery. Świadkowie opowiadali o falującym fragmencie poszycia w górnej części ogonowej "Hindenburga". Może to być potwierdzeniem teorii, że właśnie w tym miejscu doszło do ulatniania się wodoru.
- Ogon sterowca zaczął opadać. Aby wyrównać położenie kapitan zdecydował zrzucić wodę balastową z części ogonowej. Zwiększony ciężar ogona mogło wywołać utracenie wodoru, a co za tym idzie - zmniejszenie siły wyporu w tej części sterowca.
- Zrzut wody balastowej nie pomógł. Kapitan zdecydował się na wysłanie sześciu członków załogi na część dziobową statku, w celu wyrównaniu masą ich ciała położenie statku.
- Zrzucono nasiąknięte wodą na skutek padającego deszczu cumy. Mokre liny przyczyniły się do przepływu ładunku elektrycznego zgromadzonego na poszyciu sterowca Nastąpił przeskok iskry między naelektryzowanym poszyciem, a metalową konstrukcją sterowca. Iskra zapaliła wydobywający się z uszkodzonego zbiornika wodór.
- Pożar rozprzestrzenił się gwałtownie obejmując cały zeppelin. Wraz z płonącą mieszanką wodoru z tlenem spaliło się poszycie i inne elementy konstrukcyjne, co tłumaczyłoby jaskrawo-pomarańczowy kolor płomieni, a nie bezbarwny, jak w przypadku spalania czystego wodoru.
Istnieje teoria, że przyczyna szybkiego rozprzestrzeniania się ognia i łatwopalności powłoki leży w farbie zawierającej termit. Składa się on z dwóch składników: pyłu aluminiowego i tlenku żelaza. Aby utworzyć termit, potrzebne są odpowiednie proporcje obu składników i bardzo dobre ich wymieszanie. Jednak sterowiec pokryty był farbami zawierającymi te składniki w różnych miejscach: od góry osłony balonetów były pokryte farbą zawierającą tlenek żelaza dla ochrony przed promieniowaniem UV, a pod spodem farbą zawierającą lekkie aluminium.
Karolinko, gratuluję! Tego, że piszesz ksiązkę, Twojej wrażliwości, ambicji i samozaparcia. Jesteś wspaniała!
OdpowiedzUsuńP.S. Historia sterowca nie była mi znana :) Pozdrawiam gorąco...
Dziękuję. Jednak najbardziej cieszę się z tego, że przybliżyłam Ci historię sterowca. Pozdrawiam serdecznie
Usuńwow, piszesz książkę? Brawo!
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
W zasadzie to już napisałam ją...
UsuńCoś mi się obiło o uszy o tym balonie , dziekuję za przybliżenie tej historii. Wielkie gratulacje za pisanie ksiązki, Ty to masz głowę. Też pamiętam czasy burz, wszyscy byliśmy w kuchni wokół stołu i mama na stół gromnicę stawiała, musiała być bezwzględna cisza i po cichu się każdy modlił, ( mama najbardziej bała się burzy ) a prąd to sama elektrownia wyłączała lub była awaria. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńGłowa jak każda inna, a może jeszcze pustsza od innych? I to dosłownie(przynajmniej tak wynika z jej TK). Te czasy burz na wsi jeszcze nie zanikły i mam nadzieję, że nie zanikną. Bo wbrew pozorom pięknie się wtedy spędza wspólnie czas. Pozdrawiam serdecznie
UsuńMoja mama podobnie, też wyłącza prąd w całym domu. Powodzenia i sukcesów zwiazanych z ksiażką życzę.
OdpowiedzUsuńU nas co prawda jest względnie bezpiecznie, ale na wsi dalej wyłączają prąd. Dziękuję za życzenia. Pozdrawiam serdecznie
UsuńNie znałam tej historii. Super się czyta Twoją książkę Karolinko. Życzę powodzenia. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Cieszę się, że fragment mojej książki Ci się podoba. Pozdrawiam serdecznie
UsuńCos tam słyszałam, ale u ciebie poznałam szczegóły!
OdpowiedzUsuńCzy dobrze zrozumiałam, że piszesz książkę? Powiedz cos więcej!
Tą już napisałam :). Teraz piszę o św. Józefie. Cieszę się, że mogłam Ci przedstawić dokładniej tą historię. Pozdrawiam serdecznie
UsuńKsiążka zapowiada się wspaniale, powodzenia Karolinko:)
OdpowiedzUsuńDziękuję, cieszę się Ewo, że Ci się podoba jej fragment. Pozdrawiam serdecznie
UsuńNie znałam tej historii, Karolinko. Ile ja się dzięki Tobie dowiaduję!
OdpowiedzUsuńUściski.
A ja się zawszę zastanawiam, czy aby za bardzo Was nie zanudzam moimi pasjami i zainteresowaniami. Pozdrawiam serdecznie
UsuńGratuluję:)))Pozdrawiam serdecznie:))
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo. Również pozrawiam
UsuńPowiem Ci, ze ten fragment jest bardzo obiecujący, czyta się i widać scenę przed oczami. :)
OdpowiedzUsuńLubię programy o katastrofach. Zwykle potrzebny jest cały szereg niefortunnych czynników (co z jednej strony jest plusem, bo nie tak łatwo do niego doprowadzić, a z drugiej minusem, bo jednak do tego doszło), ale tutaj wydaje się, że jednak zabezpieczenia mogły być lepsze...
Właśnie cykl "Tuż przed tragedią" jest o tyle ciekawy, że pokazuje teoretyczne przyczyny katastrof z różnych punktów widzenia w dodatku co do sekundy. Przez przypadek trafiłam na odcinek poświęcony Titanicowi i tak mnie wciągnęło, że postanowiłam obejrzeć tak dużo, jak tylko się da... Pozdrawiam
Usuń