Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 19 lipca 2022

1451. O zimnym prysznicu, ludziach nieumiejących czytać regulaminów oraz dniu zaczynającym się o 1 rano, a kończącym ok. 23

Na wolontariat podczas dziesiątej już edycji Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich trafiłam przez przypadek - pewnego razu na fb mignął mi post, że poszukiwani są wolontariusze do organizacji tego wydarzenia. Postanowiłam zaryzykować i wysłać swoje zgłoszenie. W zasadzie nic nie ryzykowałam, a mogłam zyskać nie tylko okazję do pomocy w kolejnym ciekawym wydarzeniu, ale i pewien pretekst, aby jechać w tą stronę naszej pięknej Polski, w której jeszcze nie byłam. Kiedy więc po powrocie z pobytu na wsi otworzyłam pocztę elektroniczną i zobaczyłam, że się zakwalifikowałam wiedziałam, że trzeci weekend lipca spędzę w jednym z polskich kurortów położonym niemalże przy granicy polsko-czeskiej - Lądku Zdroju.
Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich organizowany jest przez Fundację Maratonów Górskich. Oprócz wspomnianej imprezy fundacja organizuje również Zimowy Półmaraton Gór Stołowych, Supermaraton Gór Stołowych czy też Kudowski Festiwal Biegowy. Oczywiście, jak łatwo się domyśleć, każda z tych imprez ma miejsce w innym czasie. Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich z reguły odbywa się w lipcu i obejmuje biegi na dystansach 240 km(tak, tak, są tacy, co tyle potrafią przebiec prawie nom stop), 130 km, 110 km, 68 km, 45 km, 33 km, 21 km, 10 km oraz biegi dla dzieci. Trasy wiodą po malowniczych szczytach Gór Stołowych, zacisznych kotlinkach oraz uroczych miastach i wioskach. Prawie wszystkie starty rozpoczynają się i kończą w przepięknym kurorcie w Lądku Zdroju. Głównym patronatem imprezy jest międzynarodowa firma Salomon oferująca obuwie sportowe do biegania po górach.

Moja podróż do tego cudownego miejsca, w którym zakochałam się od pierwszego wrażenia, rozpoczęła się w środowe popołudnie. O godzinie 12 z minutami wyruszyłam pociągiem w kierunku Wrocławia. Ponad dwugodzinną podróż umilała mi lektura książki "Dokąd odchodzą parasolki" Alfonso Cruza. Lekka, przyjemna. Co prawda w planach miałam jakąś książkę związaną z moją pracą dyplomową z nauk o rodzinie, ale stwierdziłam, że one to co najwyżej mogą mnie uśpić. Nie, żeby były wyjątkowo nudne, bardziej usypiało mnie monotonne kołysanie pociągu. We Wrocławiu musiałam przemieścić się na ulicę Dawida, skąd odjeżdżał autobus do Lądka Zdroju. Nie bardzo wiedziałam z której strony dworca PKP mam wyjść, ale koniec języka za przewodnika. Dzięki miłemu chłopcowi udało mi się dotrzeć na miejsce na czas. Było to o tyle istotne, że do miejscowości jeżdżą dwa autobusy na dzień, a ten do którego zmierzałam był ostatnim.
Po dwóch godzinach dojechałam do celu mojej podróży. Ponieważ kurort położony jest w górach, za oknem przesuwały się cudowne widoki. Można powiedzieć, że po trochu(z ojcowskiej krwi) jestem góralką, więc to był miód na moje serce i raj dla oczów. Z autobusu wysiadłam w rynku miasta. Z jednej strony o jeden przystanek za wcześnie, ale dzięki temu mogłam przejść się po jego pięknym centrum. Aż żałowałam, że aparat fotograficzny mam w plecaku podręcznym, a ten zaś miałam przymocowany do plecaka turystycznego, który zaś niosłam na plecach, bo chętnie uwieczniłabym go na zdjęciach. No, ale wiedziałam, że jak zdejmę tą konstrukcję, to już jej tak łatwo nie założę na plecy. Znowu nie wiedziałam którędy iść, na szczęście w centrum była mapa miasteczka. Szybko odnalazłam interesującą mnie ulicę, przy której była nasza baza noclegowa, czyli miejscowa szkoła, a także sprawdziłam ulice, którymi powinnam dojść.
Już przy pierwszym spotkaniu z główną koordynatorką wolontariatu przeżyłam szok - niemal od razu wiedziała, że ja to ja. Skąd? Może znalazła mnie na fb? Albo skontaktowała się z Wojtaszkiem, organizatorem Górskiego Biegu Frassatiego oraz Festiwalu Maratonów Górskich? Nie mam bladego pojęcia. W każdym razie przywitała mnie jak starego przyjaciela, chociaż widziałyśmy się pierwszy raz w życiu. Przy okazji wyjaśniła mi kilka rzeczy, m.in. co mam robić w piątek i w niedzielę(bo czwartek i sobota była jasno opisana w grafiku). Okazało się, że jestem wtedy na mecie(w piątek w Kudowie-Zdroju, a w niedzielę w Lądku Zdroju) i rozdaję medale. Następnie zaniosłam swoje rzeczy do sali gimnastycznej, w której mieliśmy noclegi. Była ona co prawda koedukacyjna, no ale lepsze to niż nic. Na piętrze było miejsce na przygotowanie sobie posiłku, toaleta też, za to prysznic był typowo turystyczny na zewnątrz budynku. Plusem była sama jego obecność, minusem - woda, której bliżej było do 0 niż do jakiejś sensownej temperatury. Ale dwa razy udało mi się wykąpać wraz z umyciem łepetyny, więc tragedii nie było.
W parku zdrojowym, gdzie była meta i start większości biegów
A taki sympatyczny gość wleciał do naszej sali gimnastycznej
Tak jak wspominałam, w czwartek i w sobotę przydzielona byłam do biura zawodów. Jednak do biura poszłam też w środowy wieczór tuż po przyjeździe, aby wspomóc je w pakowaniu pakietów startowych dla zawodników. Co prawda niewiele mogłam pomóc, ale zawsze. W czwartek i w sobotę moje zadanie polegało głównie na wyszukiwaniu i podawaniu odpowiednich kopert, które skrywały w sobie chipy i numerki startowe danego zawodnika osobie siedzącej przy stanowisku. Owa osoba czytnikiem sczytywała wygenerowane kody QR poszczególnych zawodników. Niby też mogłabym to robić, ale jednak wolałam pozostawić tą czynność komuś sprawniejszemu. Jak dla mnie bieganie pomiędzy stanowiskiem a stołem z kopertami w koszyczkach było doskonale dopasowanym do moich możliwości zajęciem. Co nie oznacza, że nie miałam okazji zeskanować kilka kodów. Jednak jakbym miała się tym zajmować na stałe, to tempo posuwania się kolejki oczekujących byłoby wolniejsze od tempa poruszania się żółwia czy też ślimaka. Na koniec podawałam koperty wraz z torbą z pakietem startowym zawodnikowi życząc mu udanego biegu i satysfakcjonujących wyników. Co prawda znalazło się kilkoro biegaczy, co to przyszli(w czwartek) dużo po zamknięciu biura zawodów i mieli pretensje, że działało ono do godziny 18:00, a nie od tej godziny, czy też było niezadowolonych z faktu, że nie może odebrać pakietu za swoich bliskich, ale tak to już jest, kiedy podpisuje się regulamin bez czytania jego treści. Zresztą tego typu zdarzenia są chyba wpisane w tzw. ryzyko wolontariackie. W czwartek byłam nawet za wcześnie, jednak w sobotę przyszłam trochę później. Miałam to jednak w pełni wybaczone - odsypiałam piątek :).
Z kolei w piątek i w niedzielę przydzielona zostałam do strefy medalowej - w piątek w Kudowa Zdroju, w niedzielę zaś w Lądku Zdroju. W czwartek zostałam jeszcze na chwilę w biurze zawodów, aby pomóc przy pakowaniu kolejnych pakietów startowych. Jednak jak reszta dowiedziała się, że nazajutrz mam odprawę o godzinie 1:30 w nocy, a potem jadę do Kudowy Zdroju, kazało mi wracać na bazę. Niemal od razu położyłam się spać, ubrana już w to, w czym miałam jechać nazajutrz. Co prawda na sali było nieco głośno, jednak jakoś udało mi się zdrzemnąć na te 2-3 godziny. Odprawę mieliśmy o godzinie 2:00. Okazało się na niej, że nasz Lider zapomniał wziąć z biura zawodów medali dla tych, co kończyli bieg na 130 km. Toteż jeszcze musieliśmy chwilę poczekać, aż po nie pojedzie. W tym czasie pakowaliśmy do busa różne produkty, ponieważ w Kudowie była nie tylko meta, ale i punkt żywnościowo-odpoczynkowy dla tych, którzy biegli na 230 km. W końcu na horyzoncie pojawił się Lider, co oznaczało, że mogliśmy jechać na punkt. Po godzinie byliśmy na miejscu. Dzień dopiero budził się do życia, a my rozkładaliśmy przepaki dla zawodników z dłuższego biegu według ich numerów startowych. Gdy już to zrobiliśmy, trzeba było przygotować punkt żywieniowy. Do krajania owoców, czy też robienia kanapek średnio się nadaję, ale do krojenia kabanosów już tak. A potem wystarczyło już tylko czekać z medalami na kolejnych biegaczy.
Nasza ekipa na punkcie
Chociaż na powyższym zdjęciu wszyscy trzymamy medale, to tak właściwie to ja zostałam głównym jego rozdawaczem. Lider sam mi to zaproponował. Na początku byłam trochę sceptycznie nastawiona - sama, z tyloma medalami i biegaczami... Jednak ultramaratony po górach mają to do siebie, że moment przybycia na metę poszczególnych zawodników jest bardzo rozbity. Każdy z nich na pokonanie owych 130 km miał 28 godzin(od 18:00 w czwartek do 20:00 w piątek). W czwartkową noc padał silny deszcz, co opóźniło bieg niektórych. Po drodze mieli też kilka punktów żywieniowo-odpoczynkowych, w tym jeden z ciepłym posiłkiem. Bywały momenty, kiedy na metę wpadało kilkoro biegaczy, ale i czasami przez kilkadziesiąt minut meta była pusta, a ja dosłownie usypiałam siedząc oparta o barierki. Na szczęście Lider czuwał i w chwilach kryzysu przywoływał mnie do porządku. Na mecie pojawiła się lokalna telewizja, która robiła reportaż z biegu. Na kilku ujęciach nawet mnie widać...
Dyżur medalowy na punkcie w Kudowa Zdroju trwał od 8 z minutami, kiedy pierwszy uczestnik biegu na 130 km przekroczył linię mety, do 20:00, kiedy nie tylko minął limit czasowy, ale i wystartował kolejny bieg, tym razem na 110 km w kierunku Lądka Zdroju. Każdemu zawodnikami starałam się z uśmiechem wręczyć medal, na który z pewnością zasłużyć oraz gratulując mu ukończenia biegu. Nie ważne, czy dobiegł pierwszy, czy ostatni, dla mnie wszyscy byli zwycięzcami. Medale otrzymywali też wszyscy ci biegacze z dystansu 240 km, którzy zdecydowali się ukończyć bieg na naszym punkcie. Trochę było z tym zamieszania, bo musieli zgłosić to w kilku miejscach, jednak istniała taka możliwość. Co do samych finiszujących biegaczy, to spotkałam się raczej z samymi pozytywnymi emocjami. Przybijali piątki, ściskali się "na misia", cierpliwie czekali na medal, po który czasami musiałam iść, niektórzy nawet pamiętali, że poprzedniego dnia wydawałam im pakiet startowy. Taka atmosfera pobudza lepiej niż niejedna kawa :). To ważne, zwłaszcza w sytuacji, kiedy punkt kończył swoją pracę o godzinie 22:00. Do Lądka wróciliśmy po 23. Jak łatwo obliczyć - tego dnia na nogach byłam jakieś 22 godziny :). Ależ jakie to były piękne godziny...
Drugim dniem, kiedy przydzielono mnie na strefę medalową, była niedziela. Ostatniego dnia zawodów odbywał się chyba najbardziej przyjazny bieg na 10 km po okolicy. Co prawda i tam pojawiały się górki i wzniesienia na trasie, czymże jednak one były przy podbiegach na trasie 240 km? Dlatego wiele osób biorących udział w biegach na dłuższych dystansach, wzięła również i w nim udział. Odprawa odbyła się o godzinie 9, godzinę przed startem biegu. Po wystartowaniu zawodników mieliśmy przynajmniej 40 minut(dotychczasowy, niepobity rekord trasy wynosi jakieś 42 minuty), aby rozwiesić medale na stojaku. Tutaj było jasne, że biegacze będą docierać na miejsce nawet w grupkach, dlatego do strefy medalowej przydzielonych zostało więcej wolontariuszy. Współdziałaliśmy i wymienialiśmy się podczas wykonywania naszego zadania.
Limit czasu na przebiegnięcie całej trasy wynosił 3 godziny, więc o 13:00 było już po wszystkim. 519 zawodników zameldowały się na mecie. A nie, ostatnie osoby ukończyły ten dystans kilkanaście minut po czasie. Już zaczęliśmy się martwić, że coś im się po drodze stało. Z drugiej strony na każdej tego typu imprezie na końcu biegu są osoby z obsługi, które zamykają go. I gdyby coś się komuś stało, to one informują wszystkich(medyków, metę itp.) o wszelkich wypadkach. Oczywiście zawodnicy sami też mogli zejść z trasy na jednym z trzech punktów regeneracyjnych. Na szczęście okazało się, że ta dwójka po prostu ukończyła ten dystans maszerując. Tak też można... Teoretycznie nie powinni otrzymać medalu, no ale na mecie pozostałam już tylko ja. A skoro wiem, jak to jest nie wyrobić się w limicie czasu, to dałam im te dwie blaszki.
Tuż po zamknięciu biegu na 10 km poszłam pomóc w zwijaniu i pakowaniu strefy mety. Znowu dużo nie pomogłam, ale zawsze coś tam im ulżyłam. Przynajmniej mam taką nadzieję. Zaś o 16:00 wszyscy obecni jeszcze wolontariusze udali się pod muszlę koncertową na wspólne zdjęcie. Wieczorem natomiast zostaliśmy zaproszeni do miejsca służącego za depozyt, gdzie mieliśmy pizzę, sałatki, a przede wszystkim tort na 10 lecie imprezy. Nie siedziałam tam jednak za długo - w poniedziałek miałam o 5:16 przewóz do Wrocławia, nie chciałam na niego zaspać. Tym bardziej, że nie wzięłam na ten dzień wolnego w pracy. Pożegnałam się więc z główną koordynatorką wolontariatu, dziękując jednocześnie za okazane mi zaufanie. Ona zaś podziękowała mi za obecność, zaangażowanie i oczywiście zaprosiła na kolejne organizowane przez nich imprezy. Jeszcze tylko podeszłam pożegnać się z Liderem z Kudowy Zdroju(całkiem sympatyczny chłopak) i udałam się na bazę noclegową do szkoły.
Rano pobudka przed 4 rano, szybkie pakowanko i można było iść na przystanek autobusowy. Zresztą nie tylko ja wybrałam tą godzinę powrotu, więc szliśmy większą grupą. Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy dopiero wracali z imprezy. Podczas tego marszu okazało się, że wysiadłam ciut(przystanek) za wcześnie. No cóż, zdarza się. 
Mini-autobus punktualnie przyjechał na zatoczkę. Zapakowałam plecaki do bagażnika, zapłaciłam kierowcy za przejazd i zajęłam wolne miejsce. I chociaż za oknem przesuwały się piękne widoki, zmęczenie wzięło górę. Obudziłam się dopiero we Wrocławiu. Tam przesiadłam się do zapełnionego po brzegi pociągu, który znów dowiózł mnie do Katowic. Zdążyłam jeszcze podskoczyć do domu, aby zostawić plecaki i nastawić pranie w pralce. A potem musiałam wrócić się do Katowic do pracy. Takie życie...

36 komentarzy:

  1. Karolinko, masz energii, wigoru i wytrwałości za kilka osób. Podziwiam i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczyno, ile Ty masz pary! Ja bym padła trupem od samego patrzenia na te wszystkie biegi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że napędziłabym niejedną lokomotywę na parę? Pozdrawiam

      Usuń
  3. Dołączam się do wyrazów podziwu nad Twoją energią i zaangażowaniem, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem pod wrażeniem Twoich sił:))Pozdrawiam serdecznie:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopóki tylko starczy mi sił, dopóty będę działać. Pozdrawiam

      Usuń
  5. Bardzo intensywny wolontariat w pięknej okolicy. Zadanie w sam raz dla Ciebie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, i ja się zachwycałam tą piękną okolicą. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  6. Nadal Cię bardzo podziwiam za ten wolontariat !! innym by się nie chciało!! Przyznaję że te okolice Lądka i Kudowej są mi mało znane , ale chętnie i ja bym je zobaczyła. Przy okazji podeślij mi taki formularz zgłoszeniowy do wolontariatu. Nie wiem czy takie stare osoby jak ja tam biorą , ale jak nie spróbuję to nie będę wiedzieć !. Wrocław jako taki znam , bo mieszkają tam moje dzieci , ale na dworcu PKP też bym chyba miała problem.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że Ci podeślę i uwierz mi, biorą i niedoświadczonych, i ludzi 60+. A przy tym może to być ciekawa okazja do spotkania. Ja z dworcami, tymi nie obeznanymi - rzecz jasna - zawsze mam problem, którędy wyjść, aby dojść :D. Pozdrawiam

      Usuń
  7. Jesteś silnia i podziwiam Ciebie Karolinko. Gorące pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochana!
    Jestem godna podziwu dla Ciebie: pomagasz innym, sama spełniasz wyzwania😊🍀💝
    Pozdrawiam najpiękniej, zdrówka życzę🤗
    Zapraszam na mojego bloga📖

    OdpowiedzUsuń
  9. Chciałabym mieć tyle energii i pasji co Ty, Karolinko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całą pewnością masz, Lenko! Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  10. Jesteś wprawdzie młoda, ale i tak podziwiam , że dajesz radę!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie to nie jestem już pierwszej młodości. Ale daję radę - mimo wszystko :). Pozdrawiam

      Usuń
  11. WOW. Podziwiam Cię za umiejętności zarządzania czasem.

    A ludzi biorących udział w takich biegach też podziwiam. Ja to bym nawet spokojnie idąc przeszedł może z 10 kilometrów, a i to nie do końca pewne.

    Heh. Już wiem, że jestem pozytywny jeśli o test chodzi. Ogólnie nie jest źle, w życiu miałem parę chwil, że czułem się o wiele, wiele gorzej niż teraz. Więc nie narzekam. :)

    Pozdrawiam!
    https://mozaikarzeczywistosci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też przejdę 10 km, ale przebiegam góra 5. Jak oni to robią, że przebiegają 230 km? I to w górach? Nie mam pojęcia. Pozdrawiam

      Usuń
  12. Jesteś bardzo zorganizowana i zdyscyplinowana.
    Tych ludzi co biegają po górach na krótkich i długich dystansach- też podziwiam.
    Pozdrawiam serdecznie, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się być zdyscyplinowana, chociaż nie zawsze mi to wychodzi. Wiadomo, nie jestem ideałem. Dla mnie to jakiś hardcore, tyle przebiec po górach. No ale jak widać da się. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  13. Jestem pełna podziwu dla Ciebie. Oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj u mnie na blogu. Cieszę się, że wpadłaś i pozostawiłaś po sobie ślad. Dziękuję za ciepłe słowa. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  14. Gratulacje Karolinko, bardzo się cieszę. Życie potrafi być fascynujące. Pozdrawiam serdecznie Kochana. Kasinyswiat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje. Masz rację - życie jest fascynujące. A dzięki temu - piękne. Pozdrawiam

      Usuń
  15. Przyłączam się do podziwu ilości energii i zorganizowania.
    A uczestników uważam za zwycięzców z powodu samego faktu, że zdecydowali się na taki bieg. :O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, chociaż prawdziwy podziw należy się zdecydowanie biegaczom na wszystkich dystansach. Pozdrawiam

      Usuń
  16. Ja też Cię podziwiam za energię i chęć pomocy. Jesteś super dziewczyną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ismar za ciepłe i pokrzepiające słowa. Pozdrawiam

      Usuń
  17. Jesteś niesamowita :) Ja po takim weekendzie pewnie potrzebowałabym dnia, żeby dojść do siebie, a Ty od razu do pracy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Takie życie, że do pracy też trzeba chodzić. Są jednak wakacje, to i dzieci mniej przychodzi na świetlicę. Pozdrawiam

      Usuń